Zanim stanę się lalką. Zapis obsesji tworzenia - Monika Mostowik - ebook

Zanim stanę się lalką. Zapis obsesji tworzenia ebook

Monika Mostowik

5,0
7,99 zł

lub
Opis

„Bardzo dobra proza. O poszukiwaniu siebie, o definiowaniu tożsamości, o niezależności. Lalki to nie pretekst. Właśnie one są najważniejsze, a ich upodmiotowienie pozwala zadać pytania o pasję, siłę i motywację tworzenia. Monika Mostowik pisze bezkompromisowo, szczerze i mądrze. Trzeba czytać” – Bernadetta Darska.

„To, że coś nie jest zwyczajne, pospolite, potocznie mówiąc „normalne”, nie znaczy, że jest czymś gorszym, patologicznym, co trzeba naprawiać, wyprostować. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak ciężko jest zaakceptować inność, zainteresować się nią i uczyć się jej, zamiast zwalczać. Odrzucenie jej sprawia, że stajemy się ograniczeni. Ja nie mogę sobie na to pozwolić. Nie szukam inności, ale ją znajduję. To nie jest tak, że przeczesuję otoczenie, skanuję wzrokiem tłum i łowię. Czasem to, co najbardziej rzuca się w oczy jest najbardziej pospolite. Generalnie nie liczę na nic dobrego, to, co najciekawsze, sama sobie wymyślam.

Najwięcej przyjemności zawsze dawała mi moja własna wyobraźnia, ona też najmniej mnie raniła. Przez pewien czas wychodziłam z założenia, że ludzie różnią się między sobą jedynie sposobem, w jaki mogliby mnie skrzywdzić. Ale to tylko moja wina, że tak myślę, podobno powinnam nad tym pracować. Zamiast tego zamknęłam się w domu i robię lalki. Już dawno nie byłam taka szczęśliwa” – fragment.

Monika Mostowik – kolekcjonerka i fotografka lalek (a) bjd czyli (asian) ball jointed dolls. Miłośniczka czarnych kotów i kultury japońskiej. Socjolożka. Pisarka. Scenarzystka. Podróżniczka. Autorka m.in. powieści Wyrzuty (Prószyński S-ka, 2009), zbiorów opowiadań taka ładna (Portret, 2004), Akrobatki (Prószyński i S-ka, 2006), Histeryjki o May (Prószyński i S-ka, 2008) oraz Patrzę (JanKa, 2017). Swego czasu felietonistka „Zadry”. W 2016 roku według jej scenariusza postał film „Urodziny” w reż. Wiesława Zielińskiego. Mieszka, pracuje i tworzy w Krakowie, w wolnych chwilach tańczy flamenco.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 249

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Wstęp

 

 

To tekst o twórczości, o żmudnym, uzależniającym procesie twórczym. O obsesji. O głodzie tworzenia. To tekst o lalkach, nie o zabawkach. Użyłam w nim słowa lalka jakieś pięćset razy. Odmieniłam je przez przypadki, liczby i konteksty. Nie bójmy się tego słowa. Choć bardzo lubię synonimy, nie mogłam postąpić inaczej. Lalka to jednak lalka, nie rzeźba. I o tym także jest ta książka.

 

 

 

Na początek

trzeba zacerować dziury

ludzi tylko wspominać

ciało buntować

żeby tworzyć

świat na nowo.

Mam w sobie tylko lalki

ich stroje

odmierzają czas

i przeszłość

się spełnia

aż odejdzie.

Baletnice znów zatańczą

imiona oswoją

prawdziwy świat

bo on mnie uczy

przedmioty ożywiać.

Kiedyś chciałam być lalką

światło połykać

zanim

odpocznę

stworzę

dom

zamiast pisać pamiętnik

w środku

i na koniec.

 

 

 

Na początek

 

 

Noszę w sobie lalki. Rosną we mnie, kwitną, dojrzewają. Kiedy przychodzi TEN moment, rodzę je. W bólach. Nie zawsze jest to moment odpowiedni. Czasem one po prostu ze mnie wypadają. Mimochodem. Kiedy wcale nie jestem na to gotowa. Jeszcze powinny były się przepoczwarzać, ale wychodzą na świat, pośpiesznie, co najmniej jakby ktoś na nie czekał. Od razu mi ich żal, czeka je takie wielkie rozczarowanie, ale muszę im na to pozwolić, choćby ich historia miała trwać zbyt krótko. Gdybym je wszystkie w sobie trzymała, nie pozwoliła im powstać, zgniłyby we mnie, zatrułyby mnie. Już przez to przechodziłam, udawałam, że ich nie ma, nie otwierałam ust ani oczu, zapijałam je i usypiałam, aż w końcu rzygałam nimi, pozwalałam im ulatywać. Nie pomieściłabym tego wszystkiego w sobie. Naprawdę trzeba mi to wybaczyć, bo zbyt często muszę je tworzyć wbrew sobie.

 

Zdarza się, że najpierw rodzi się imię. Imię jest tak nośnym słowem, pełnym znaczeń, głębokim jak studnia. Imię kreuje twarz i opuszki palców. Słowo, które przyciąga kolejne słowa, zlepia je ze sobą i wypełnia ramiona, łydki, twardnieje jak płytka paznokcia, zamyka oczy, jakby miały żelazne powieki. Imię to czasem zbyt wiele. Czasem lepiej go nie mieć, nie pamiętać, nie używać. Być anonimową istotą, bo czasem to wygodniejsze, lżejsze. Niekiedy bardzo ciężko jest unieść swoje imię. Może tak przygnieść, że trudno się spod niego wyczołgać. Czasem chciałabym się obudzić rano, zupełnie nie pamiętając, kim jestem. Móc sobie stworzyć nową tożsamość, nie być do niczego przywiązaną, nie mieć historii, przypisanego znaczenia, nie być nazwaną. Być nikim, żeby móc być kimś. Kimkolwiek, kimś, kim naprawdę chcę być, albo kim chcę pobyć przez moment, żeby się przekonać, jak to jest. Tymczasem wybieram im imiona bardzo starannie. Dobieram słowa, sylabizując je, dbam o to, jak brzmią, jak wyglądają na piśmie i jak łatwo je można zapomnieć. Ludzie zbyt szybko zapominają, ale też zbyt często pamiętają.

 

To nieprawda, że najważniejsza jest głowa. Na jednym z moich stołów walają się ciała, do których żadna głowa nie pasuje. Mam też skrzynie pełne głów, którym nie potrzeba niczego więcej. Z takich małych główek robię sobie czasem naszyjnik, co dwie głowy to nie jedna, więc może razem mi powiedzą, kim miałyby się stać. Tak im zazdroszczę, że są puste, lekkie; jak wydrążone orzechy, jak wydmuszki, z których ktoś wyssał zawartość, żeby je uwolnić i nadać im zupełnie inne znaczenie. Chciałabym być wydmuszką, choć jest krucha tak bardzo, że rzadko kto potrafi się z nią obchodzić i najczęściej zgniata ją niechcący w palcach. Lekkość jest ryzykowna, a jednak mam wrażenie, że potrafiłabym z tym żyć. Czasem jednak pakuję im do głowy różne śmieci, wypełniam je nimi po brzegi, aż wypływają uszami, oczami, nozdrzami…

 

Lalki to nie ludzie, nikomu nie zrobią krzywdy. A jednak ludzie obawiają się, że coś dziwnego w nich powodują, otwierają w nich jakieś sekretne drzwi, które już dawno powinny być zamknięte, albo nigdy nie powinny być otwierane. Tymczasem wcale nie trzeba ich wyważać, wystarczy lekki podmuch wiatru…

 

 

trzeba zacerować dziury

 

 

Całe popołudnie cerowałam rajstopy i myślałam wtedy: to wspaniale, żesą jeszcze na świecie rzeczy, które można naprawić. Nie wyglądają najlepiej, ale nikt tego nie zobaczy. Grunt, żeby nie zdejmować butów przy ludziach. I chyba o to właśnie chodzi: dopóki się nie rozbierzesz, nikt nie widzi twoich blizn. Można z powodzeniem udawać, że jest się normalną osobą, jak wszyscy - jeść smakołyki, spacerować, śmiać się, żyć. Można udawać, że nikt ci nigdy nie podłożył nogi, aż długo musiałaś się od nowa uczyć chodzić, nie ufając nawet poręczom.

 

Ludzie myślą, że jak gryziesz kieliszek, i szkło szatkuje ci usta to to cię boli; ale bardziej boli, kiedy odwracają głowę, choć wtedy cieknie mniej krwi i jest to mniej spektakularne. I sądzą też, że rany ciężko się goją, że nawet jak odpadną strupy, skóra pod nimi pozostanie zbyt delikatna, ale nie wierzą, że boli znacznie bardziej, kiedy je rozdrapują, żeby zobaczyć, kto ci to zrobił. Te wszystkie wspomnienia, które nagle w środku nocy atakują znienacka, nawet kiedy zmówisz już pacierz, rzucają cię na kolana i znowu płaczesz, kiedy pękają szwy. Nie ma takich nici, które by to wytrzymały, próbowałam wszystkiego. Trudno to wszystko unieść, w dodatku z podniesioną głową. A jeśli miałabym się czołgać, wolę zostać tu, gdzie jestem, nie ruszać się z miejsca. Wszystko niech sobie idzie, niech się zmienia, niech się toczy, ja tu zostanę.

 

Oczywiście, że można mnie było spisać na straty. Zamknąć w ośrodku, nafaszerować lekami, sprawić, że będę się poruszać wolniej i nie wyrządzę nikomu szkody, nawet sobie i dzięki temu nikt nie będzie miał wyrzutów sumienia. Chemia czyni cuda, wystarczy mi zaaplikować jakąś końską dawkę uspokajającą, żebym nie wierzgała i będę się uśmiechać, pozytywnie myśleć i nie zbaczać z drogi. Skończą się wreszcie te huśtawki nastrojów, które przecież są nie do wytrzymania. Ludzie potrzebują przewidywalności, aby mogli zaufać i czuć się bezpiecznie. Wreszcie będę sobą, naszprycowaną kukiełką, wystrojoną laleczką, na którą aż miło popatrzeć, a nie jakimś zwierzęciem, które się chowa w piwnicy. W piwnicy mieszkają tylko szczury, ciemnością karmią się tylko demony. Wszystko to jest zanadto podejrzane, lepiej było mnie trzymać w białym pokoju z zabezpieczonym oknem, ale jednak oknem, wychodzącym na ten piękny świat, lepiej było zaryglować drzwi, żebym się nim nie zachłysnęła.

 

Dbam o siebie. Smaruję każdą bliznę maścią z aloesem, wcieram ją delikatnie, żeby odbudował się naskórek, żeby nie został ślad, który mnie oszpeca. Żebym była czystą, białą kartą, żeby można było zacząć wszystko od nowa. Jeśli nagle dotrze do ciebie, że zmierzasz donikąd, że droga, którą idziesz, nie prowadzi w żadne konkretne miejsce, zawsze można zacząć od początku. Odwrócić się na pięcie i już. Od nowa można się cieszyć wszystkim, poznawać świat jak dziecko, odkrywać do czego służą przedmioty, a do czego ludzie, i znowu się w tym pogubić. Mam krótką pamięć, nowe rzeczy nie zostają we mnie na dłużej. Czasem wydaje mi się, że nie ma już we mnie miejsca na nic nowego. Że zapchałam się wspomnieniami, zupełnie niepotrzebnymi odpadkami, resztkami. Zostało niewiele miejsca na cokolwiek, tylko drobne szczeliny. Powtarzam sobie, że kropla drąży nawet skały, ale póki co, wszystko, co we mnie wpada, od razu wypada, ulatuje. Niewiele pozostaje. Jakby się przeszczep nie przyjął, wszystko odrzucam, mimowolnie, bo często przecież łapczywie po to sięgam i desperacko chcę gdzieś w sobie upchnąć, żeby zostało na zawsze. Niestety, jestem zbyt oporna. Muszę wszystkiego doznawać od nowa, w kółko, raz po raz. Chciałabym nauczyć się przestać żyć przeszłością. Niepodlewać w sobie wspomnień jak kwiatów, które już nie zakwitną. Trzeba przecież zostawić pole na nowe rzeczy, zasiać coś pożytecznego. Najtrudniej jest pozbyć się korzeni. Wrastają głęboko, oplatają mocno płuca i serce, dlatego ciężko jest mi czasem oddychać. Skoro nie mogę ich wyrwać, staram się nie dopuścić, żeby przebiły się na powierzchnię. Staram się pilnować ich, doglądać, ale także pielęgnować nowe sadzonki. Kiedyś budziłam się i przeżywałam to, co już dawno minęło, jakby się właśnie działo. Wspomnienia paraliżowały mnie, ale i były jedyną rzeczą, którą mogłam przeżywać. Płakałam, myśląc o przeszłości albo śmiałam się w głos. To było jedyne źródło moich emocji, nic innego ich nie powodowało, rzeczywistość nie istniała, bagatelizowałam ją. Ekmnezja w najczystszej postaci. Nie potrzebowałam niczego więcej, wystarczyło to, co nazbierałam już wcześniej, miałam zapasy. Długo musiałam się uczyć wyrzucać z siebie te śmieci, przestać zbierać złotka z czekoladek, w obawie, że już nigdy takiej nie zjem, więc muszę zostawić sobie pamiątkę. Zapach czekolady i tak zbyt szybko wietrzał, zostawał pusty, zwyczajny papierek, któremu na siłę nadawałam znaczenie, wszystko się działo tylko w mojej głowie, smak czekolady też. Wychodziłam z założenia, że nie należy płakać nad rozlanym mlekiem, jednak musiałam roztrząsać przeszłość, żeby nie powtarzać starych błędów. Ale nagle przyszedł ten moment, że mogłam żyć naprawdę i wziąć się w garść. Zanim stanę się lalką, postanowiłam trochę pożyć. Poczuć coś, doznać czegoś, poznać, posmakować. Chciałam wyjść poza własną głowę, a to nie było łatwe, choć z ciała zawsze wychodziłam bez trudu.

 

Mam twardą skórę, bo jest pełna zrostów. Zabliźnione miejsca są zgrubiałe i twardsze.

 

Jednak pod tą skorupą jestem jak jajko na miękko, ale oczywiście nikt się nigdy o tym nie przekona, bo wszyscy wolą jajecznicę. Podaną na talerzu. Przystrojoną świeżą zieloną cebulką i rzodkiewką, rzeźbioną jak babcine filiżanki.

 

Jakby nie można było zamiast tego po prostu wysadzić w powietrze tych wszystkich archeologów, którzy grzebią w przeszłości i wywlekają zwłoki małej dziewczynki, którą ponoć żywcem pogrzebałam, skoro nie mogłam zaprzeczyć, że istnieje. Chodzi o to, że nawet jak wywalisz z siebie te śmierdzące flaki, to i tak będziesz je musiała sobie wsadzić z powrotem i zaszyć jakimś schludnym, artystycznym ściegiem. Nikt ci ich nie zabierze, nie wypierze, nie wyleczy, nie sprawi, że znikną. Poogląda, nadziwi się, może się nawet zainspiruje, pożałuje, jaka jesteś biedna, pochwali cię, jaka jesteś dzielna i odważna, że to z siebie wyrzuciłaś, ale i tak musisz posprzątać po sobie i żyć z tą zgnilizną w środku. Trzymać ją szczelnie z daleka od wszystkich, żeby nie psuć komuś nastroju czy deseru.

 

Wszystkie te bajki o bliskości, intymności i empatii powodują u mnie mdłości. Ludzie są opakowani w worki foliowe. Nawet jeśli się przez nie przedrzesz, zaraz zapakują się znowu. Zdezynfekują i zakleją. Szczelnie zaplombują. Można się dotykać tylko w gumowych, jednorazowych rękawiczkach. Wszyscy musimy o siebie dbać. Świat jest pełen zagrożeń, trzeba uważać, być czujnym i ostrożnym. Jeden błąd może kosztować życie. Niekoniecznie twoje.

Podobno jest we mnie dużo złości i jadu. Skrapla mi się na powierzchni skóry, odsączam go i butelkuję, w razie, gdyby mi się polepszyło. Mam dosyć dopasowywania się do innych, chcę robić wszystko po swojemu. Po cichu, w ukryciu. Te wszystkie złote reguły, zasady, etykiety, konwenanse, są dla mnie zbyt trudne, niemam czasu ani siły, żeby je przyswajać. Nie przestrzega ich byle przechodzień, pasażer autobusu, sprzedawca, czy recepcjonista, nawet jeśli mu za to płacą. Dlaczego więc ja miałabym się do tego wszystkiego stosować?Dość udawania, że czuję się między ludźmi jak ryba w wodzie. Jeśli nie mogłabym zostać tu, gdzie jestem, obawiam się, że mogłabym zrobić coś złego, na przykład wyludnić jakiś skrawek ziemi, żeby tam móc sięschować. Lepiej po prostu zejść mi z drogi, tak jak ja schodzę, do podziemia.

 

Cała sztuka polega na tym, żeby zarazić się uczuciami innych i żeby innych zarazić sobą. Chodzi o to, żeby się wzruszyć, a nie tylko wzruszyć ramionami. Desperacko chodziłam po galeriach, podglądałam artystów w ich pracowniach, żeby poczuć ten dreszczyk. Skakałam od obrazu do obrazu, żeby poczuć to na nowo. Najgorsze jednak były te momenty, kiedy godziny spędzone w galeriach kompletnie mnie nie ruszały; co najwyżej pokłóciłam się z kustoszem, bo zakazał mi biegać między salami i dziwiłsię, że tak długo nie wychodzę. Bałam się, że straciłam zdolność odczuwania, że jestem już niewrażliwa nawet na sztukę.

 

Odkryłam już jakiś czas temu, że nie jest dobrze się zaskorupić. To w niczym nie pomaga. Skorupa pęka. Jak moje lalki, są twarde, ale kruche, zbyt łatwo się rozpadają. Japończycy, naprawiając rozbite przedmioty, wypełniają pęknięte szczeliny złotem, Szlachetnie je uzupełniają. Nie po to, żeby ukryć, co się stało, lecz na odwrót, żeby uwidocznić ślady. Wierzą, że coś, co cierpiało, było rozbite, i ma swoją historię, może być jeszcze piękniejsze.

 

Jedną taką lalkę posklejałam złotem. Rozbiłam ją w złości, ale teraz jest piękna, choć spękana.

 

Dlatego czasem moja skóra jest z gumy. Żyję w silikonowym kokonie, którego na pierwszy rzut oka nawet się nie zauważa. Jestem bezpieczna. I jakże elastyczna. Potrafię się świetnie dopasować. Jeśli tylko mam na to ochotę, jestem w końcu giętka, potrafię zdziałać cuda. Oczywiście, że jestem przez to mniej odporna na ciepło, rozpalone policzki mogą mnie drogo kosztować, ale na tym polega życie. A przecież żyję, nie jestem jeszcze lalką. A może nawet nigdy nie będę, choć to nie dodaje mi otuchy.

 

Wychodzę na świat, żeby czerpać. Nie mam nic do dania, do dzielenia się, po wszystko sami sięgają, wyszarpują, albo biorą, co się wysypuje z dziurawych kieszeni; czasem sama gubię różne rzeczy po drodze. Ale nie mam też nic do stracenia. W związku z tym nie ma sensu czegokolwiek ode mnie oczekiwać. Na szczęście jednak trafiam na ludzi, którzy chętnie siebie rozdają. Jakby po to żyli, żeby sobą karmić innych, muszą zaistnieć w kimś, w czymś więcej, inaczej nic nie ma znaczenia. Można więcpowiedzieć, że jestem dla nich świetną okazją, pożyczam ich trochę i na trochę, inspiruję się nimi, modeluję, koloryzuję. Nigdy nie było jeszcze tak, żeby ktoś idealnie nadawał się na lalkę. Zawsze jest jakiś rozdźwięk. Coś nie gra, nie pasuje, coś psuje resztę, jak narośl, którą trzeba natychmiast usunąć, albo wszczepić, żeby nadać komuś charakter, przełamać jakąś doskonałość. Czasem jest po prostu nudno. Zazwyczaj jest nudno. Rozglądam się, i nie ma niczego, co by mnie zatrzymało w bezruchu, choćby na sekundę. Zazwyczaj wtedy niecierpliwie przebieram palcami i zaczynam rzeźbić, żeby jakoś zapełnić tę pustkę. Można się i czyjąś pustką zainspirować. Patrzysz na kogoś, a portretujesz zupełnie innego człowieka. Taki skok w bok.

 

 

ludzi tylko wspominać

 

Ona jednak była niemal idealna. A przynajmniej tak wtedy mi się wydawało. Musiałam ją wyrzeźbić. Najpierw zrobiłam jej mnóstwo zdjęć. Musiałam za nie zapłacić. Pytała, gdzie je opublikuję, powiedziałam żartobliwie, że wszędzie, ale wiedziałam, że przecież nigdzie. Wtedy jeszcze była nikim. Była tylko sobą. Przechadzała się ulicami, w jaskrawych sukienkach, żeby ktoś ją dostrzegł. Ubierała się zbyt kolorowo, żeby rzucać się w oczy, chodziła w okropnie stukających butach, żeby nikt jej nie przeoczył. Zarzucała sieci nawet na rybaków i wędkarzy. Cieszę się, że trafiła na mnie, obie byłyśmy wtedy sobie potrzebne. To nieprawda, że ją wykorzystałam. Prosiła się o to. Dziwne, że jej obrońca w sądzie przytoczył później argument ofiary gwałtu, którą się obwinia o to, że była ubrana w kusą spódniczkę. Nic takiego nie miałam na myśli. Po prostu trafiłyśmy na siebie w odpowiednim czasie, zbiegły się okoliczności, nie można mnieza to winić. Za to, że ją uratowałam. Zapiłaby się z rozpaczy na śmierć, gdybym jej nie odkryła, była już przecież wtedy na skraju załamania nerwowego, o krok od klinicznej depresji. Byłam jej światłem, powinna mi być wdzięczna, zamiast posądzać mnie o złodziejstwo. To tak, jakby twierdziła, że ukradłam jej odbicie w lustrze. Swoją drogą, lalka, którą zrobiłam, wcale nie jest już do niej podobna. Bo ona zmieniła się nie do poznania. Zniszczyła się. Nie jest już tą osobą, na której podobieństwo rzeźbiłam, lalka jest piękna, a ona sama przeminęła. W związku z tym wszystko powinno już zostać dawno unieważnione. To powinno mnie było nauczyć, żeby przestać się inspirować ludźmi. Można sobie przecież wszystko wymyślić, wykreować, poskładać z wyrzuconych na śmieci kawałków i podpatrywać ludzi. Ale ona była wyjątkowo kusząca. Nie mogłam się oprzeć. Niedoszła modelka, tak bardzo chciała być uwieczniona. Ten jeden raz mnie poniosło. Może przestraszyła się, naczytała o laleczkach voodoo i pomyślała, że chcę jej zrobić krzywdę. Może jest zbyt przesądna. Nie będę prosić ludzi o zgodę na wykorzystanie ich wizerunku, nie będę już o nic prosić. Nigdy nie ujawnię tego, jak bardzo ktoś był dla mnie inspirujący. Wtedy zupełnie się nie domyśli, nie rozpozna siebie; to wszystko przecież i tak jest w mojej głowie, ludzie nie mają pojęcia kim są, ani do czego mogą być zdolni. Gdybym ich nie przetworzyła, nie byliby żadną interesującą postacią. Ale już wiem, jak potrafią się odpłacić, więc poradzę sobie bez nich. To nie jest tak, że chodzę po świecie i szukam, i rozglądam się, bo brakuje mi pomysłów. Ja po prostu ich znajduję, wpadają mi oko. Zazwyczaj chodzi o szczegóły, a nie całe sylwetki. Jakiś tatuaż, pieprzyk, blizna, kształt paznokci, szerokość bioder, załamanie nosa. Tylko w niej było to coś, czego nie potrafiłabym nazwać, dlatego zrobiłam tę lalkę i nazwałam jej imieniem. Bez tego cholernego imienia nigdy nie wzięłaby tego do siebie.

 

Można pomyśleć, że żyję sobie w swoim własnym świecie, szczelnie w nim zamknięta, ale to nieprawda. Żyję z pełną świadomością tego, że tam za drzwiami, za moimi drzwiami, jest coś więcej. Jest prawdziwy świat. Brutalny i kłamliwy świat, który może mnie pożreć albo po prostu zniszczyć. Być może on tylko lituje się nade mną i dlatego zostawia mniena raziew spokoju, ale wiem, że czyha. Czeka na mój moment słabości, czeka, aż rozszczelnią się moje okna, żeby cienką strużką wtargnąć i się panoszyć. Udaje, że o mnie nie pamięta, ale wiem, że kiedyś się o mnie upomni. I boję się tego. Najbardziej jednak boję się człowieka, który łączy mnie ze światem. Przychodzi tu i roznosi go na butach, zostawia ślady na dywanach i parkiecie. Każdy człowiek, choćby wyrwany z kontekstu, wyjęty z tłumu ma znaczenie. Na przykład hydraulik, którego musiałam wpuścić do domu. Staram się zawsze ich umniejszać, i zwykle szybko się kimś nudzę, ale to i tak bardzo męczące. Boję się świata, bo zabiera mi zbyt wiele energii, którą mogłabym zdecydowanie lepiej spożytkować. Z nim sobie poradzę, niezależnie od czyjejś złej woli mam w sobie taką siłę, która mnie uratuje, ale chcę tę siłę przekuć w coś pięknego, nie tylko w przetrwanie. Przetrwanie jest piękne tylko przez moment, potem powszednieje jak płatki śniadaniowe. Można sobie je urozmaicać owocami, orzechami, ziarnami zbóż, ale to jednak zawsze będzie miska płatków śniadaniowych Przestajesz czuć ich smak zbyt szybko. Służą tylko zapełnianiu żołądka, żeby nie trawił własnych ścianek, żeby być aktywną i robić coś ważniejszego, tylko trudno sobie przypomnieć, o co konkretnie chodziło.

 

Piwnica jest moim schronem. Naloty bombowe nie zdarzają się co prawda zbyt często, ale przecież czasem wystarczy jeden, żeby wszystko zniweczyć. Panuje w niej mniej więcej stała temperatura, trudno więc odgadnąć porę roku. Nie ma okien, więc nie muszę się przejmować tym, że trzeba już iść spać, bo jest ciemno, albo wstać, bo jest jasno. Nie pozwolę sobą sterować. Sama decyduję o sobie.

 

Problem ze mną jest taki, że albo jestem w totalnej rozsypce, rozbita na kawałki, które walają się po podłodze, przyklejają do buta, albo jak już się zbiorę w całość, staję się litą skałą. Tak czy inaczej, ciężko ze mną nawiązać kontakt, nie mówiąc o porozumieniu. Porozumienie, to zawsze w moim przypadku za dużo powiedziane, kontakt jest lepszym słowem, choć też często nieadekwatnym. Kontakt wzrokowy nie gwarantuje niczego, a wręcz przeciwnie, może zbić z tropu. Przez lata poznawałam swojego sąsiada tylko po butach, nigdy nie spojrzałam mu w twarz. Oczy są niebezpieczne, ta pustka może cię pochłonąć, utopić, albo przynajmniej zdołować. Kontakt w sensie wtyczki tak, możesz się do mnie na chwilę podłączyć i czerpać, daję wszystko, ale kabel jest dość krótki. Długo tak nie wytrzymasz, daleko nie odejdziesz, to jak pępowina.

 

Tęsknię za pięknem. Wszystko wydaje mi się takie brzydkie, spartaczone i zmarnowane. Im bardziej się zagłębiam w coś, tym większym gównem się to okazuje. Postanowiłam traktować rzeczy bardziej powierzchownie. Jak ludzi. Jeśli nie spodziewasz się cudów, wszystko może być cudowne.

 

Przyjechałam tu, bo nie znam w tym mieście nikogo. Mogę swobodnie przemierzać ulice bez obaw, że spotkam kogoś, kto zapyta, co u mnie słychać i zaprosi na kawę. Nie znoszę tych kurtuazyjnych, niezręcznych sytuacji. Nie znają mojego języka, a ja nie znam ich, więc szybko się zniechęcają i mogę iść dalej. Najchętniej chodziłabym w burce, aby nie zwracać na siebie uwagi, ale tutaj przyniosłoby to odwrotny skutek. Sama musiałam sobie stworzyć taką burkę, niewidzialną. To podobno wynika z lęku przed oceną. Ja jednak ciągle dopuszczam się aktów ekshibicjonizmu, wystawiając lalki w galeriach i na aukcjach, zamieszczając zdjęcia w internecie, biorąc udział w spotkaniach autorskich czy udzielając wywiadów, z czego jasno wynika, że burka jest mi potrzebna do czegoś zupełnie innego.

 

Marzy mi się bycie niewidzialną, aby móc ludzi śledzić, obserwować z ukrycia, wtedy, kiedy są naprawdę sobą. Szpiegować ich i wnikać w ich życie, bez konieczności interakcji. Bez wymiany siebie, bez niekorzystnych i podejrzanych transakcji. Ludzie czasem myślą, że będą bezpieczniejsi, kiedy podzielisz się z nimi jakąś swoją historią. Taka wymiana broni. Wymyślam więc te historie, są dla mnie kluczem. Pozwalają się wkupić, otwierają każde drzwi. Mam ich na pęczki. Moje prawdziwe historie są raczej niebezpieczne, nie mogłabym nikogo nimi uraczyć bez szwanku dla nich. Kiedy potrzebuję, aby ludzie się zamknęli, też mam coś w zanadrzu. Jestem świetnie przygotowana na każdą ewentualność, mam kolekcję opowiastek. Godzinami chodziłam ulicami i chłonęłam. Przyglądałam się im, gapiłam się bez umiaru, czasem bez taktu. Znajdowałam w nich podobieństwo do moich lalek, nawet tych, które jeszcze nie powstały. Czasem odchodzą, odwracają się, czasem podchodzą. Patrzę na nich intensywnie, jeśli już patrzę, ale nie chodzi mi przecież o rysy twarzy, o kształty nosa czy zarys kości policzkowych. Wiedziałam, że to nie potrwa długo, robiłam zapasy, żeby nie musieć się już z nikim zadawać. Szukam tego czegoś, co jest pod skórą, co powoduje zmarszczki, i mimikę, tego wewnętrznego animatora, który sprawia, że czasem mimowolnie, ale uśmiechają się, choćby do siebie. To jest dla mnie pożywką. Zlizuję z podłogi ich ślady, kiedy już sobie pójdą. Nigdy nie zabieram im tego, czego mi nie dają, chyba, że coś zostawiają, jak zużytą chusteczkę do nosa czy zapłacony rachunek. Wcześniej czy później rozsuwają zamki blezerów, rozpinają płaszcze i wyjmują tętniące życie. Podają mi to życie na dłoni, czasem ot tak, do śniadania, jakbym była gotowaje przełknąć niczym espresso, mocne, skondensowane w formie i treści. Czasem biorę, ale chowam na potem. Podobno każdy chce jakoś zaistnieć. Gdybym powiedziała, do czego ich tak potrzebuję, być może rozdawaliby mi siebie jeszcze chętniej. Ale ja wolę, kiedy robią to bezinteresownie, kiedy otwierają się, bo muszą. Jak stają się wtedy sobą, zaczynają siebie czuć, choć nie rozumieją. Nie lubię, jak są nachalni, podkładają się pod nos, uwypuklają cechy, które uważają za najmocniejsze atuty i stają się wtedy istnymi pokrakami. Nie lubię, jak mają zbyt wysokie mniemanie o sobie, i już niby znają swoją cenę, sprzedają uśmiechy czy inne wyrazy twarzy, nawet łzy, bo wszystko jest na sprzedaż, mają to ponazywane, opakowane, w pakietach taniej, albo hurtowo. Mogę wyjść w miasto jak do sklepu, wystarczy ustalić stawki, a wtedy masz wszystkiego do wyboru, do koloru. Tylko się tak wydaje, że to jest prawdziwe i takie naturalne. A tymczasem tylko moje lalki wyglądają jak prawdziwe. Bo wszystko jest tak prawdziwe, jak nam się wydaje.

 

Kupiłam na targu truskawki wielkości pięści i poczęstowałam ją. Wyglądała pięknie, jedząc je. Mrużyła przy tym oczy. Sok ściekał jej po brodzie jak krew. Tak bardzo miałam ochotę go zlizać, ale wtedy nie mogłabym już jej wyrzeźbić, za dużo byłoby mnie w tej lalce. Pozowała mi pięknie, zrobiłam ze dwadzieścia szkiców, a nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem. Ja rysowałam, ona jadła truskawki. Pokazałam jej rysunki, a ona śmiała się jak dziecko. W końcu zaczęła płakać. Nie próbuję tego zrozumieć. Nauczyłam się nie usiłować wszystkiego rozumieć. Po prostu przyjmuję to, co jest. Jeśli jest piękne, dlaczego miałabym nagle rozkładać to piękno na drobne części? Mogłoby się okazać, że te części wcale do siebie nie pasują, zupełnie nie przystają jedna do drugiej. Są jakby z innej lalki. Czasem tak mam: patrzę na poszczególne elementy ulepione, odlane, umieszczam je w zimnych metalowych miskach, głowy osobno, ręce i nogi osobno. Nagle okazuje się, że nie mogę ich połączyć. Mam kilka takich lalek. Niby rozsypanych, ale jednak są jakąś całością. Niczego im nie brakuje poza łączeniami. Gdyby się udało je połączyć, mogłoby się okazać, że to koniec jakiegoś bytu. A przecież to zawsze ma być dopiero początek. Choć niekoniecznie dobry. Uparłam się, żeby jednak jej elementy połączyć. Staw łokciowy musiał pasować do przedramienia. To wszystko kwestia szlifowania. Spiłowałam odstające boki, resztki formy, potraktowałam papierem ściernym i pilnikiem. To jak pilling ciała, płacimy za to czasem duże pieniądze, żeby ktoś z nas zeskrobał te niepotrzebne, zawadzające, szorstkie części. Chcemy być gładkie i delikatne. Zrogowaciałe miejsca nie świadczą o nas najlepiej, mówią o zmęczeniu, o tym, że coś się w nas zbiera, odkłada. To jakiś nadmiar, którego wcale nie potrzebujemy, martwy naskórek, przez który trudno się przebić. Rzadko traktuje się go jako ochronę. Wygładzałam jej uda i pośladki. Czyściłam miejsca między palcami, żeby nie zlewały się w całość. Ona ma mieć wszystko osobno. Jest taką mozaiką. W końcu nawlekłam ją na gumkę i związałam. Ułożyłam do snu. Musiałyśmy obie odpocząć, zanim zaczęłam ją malować.

 

Czasem robię zdjęcia zamiast rysunków, wtedy żałowałam, że postanowiłam rysować zamiast wyjąć aparat. Ale bałam się, że zacznie się mizdrzyć do obiektywu, i nie złapię jej prawdziwej. Będzie zbyt zafałszowana. Żałowałam jednak barw; nie złapałam tego koloru jej ust, który odrobinę się różnił od truskawki. Uspokajam się, że najważniejsze jest to, co zostaje w mojej głowie. To jak ją zapamiętałam, jak ją widzę teraz, i teraz tworzę ją na nowo. To nie jest muzeum figur woskowych, nie jestem nadworną portrecistką ani lustrem, nie odzwierciedlam, nie odtwarzam, tylko tworzę. Ona miała być dla mnie jedynie inspiracją; dlaczego nagle tak brakowało mi tego jednego szczegółu, dlaczego akurat w tym wypadku uparłam się na wierność? Mogłam wymyślić sobie jakikolwiek odcień czerwieni, ale zamiast tego zaraz rano poszłam na ten targ. Nie chciałam jej znaleźć. Chciałam kupić te truskawki. Czekała tam na mnie. Rzuciła mi się na szyję jakbyśmy się znały od lat, jakby bardzo za mną tęskniła. Poczułam się niezręcznie, ale czułam też, że pęka mój gips. Od pewnego czasu czułam się wśród ludzi, jakbym cała była w gipsie. To krępuje, ogranicza ruchy, ale daje jakąś odporność. Dałam się namówić na jej występ. Tańczyła w jakimś klubie. Rzucali jej pod nogi pieniądze zamiast róż. Była wtedy marionetką. Wiotka, gibka marionetka, oni pociągali za sznurki. Na końcu odstawiła specjalny numer z truskawkami. Publiczność była zachwycona, a ja byłam zazdrosna. Miałam ochotę zedrzeć ją z tej zbyt mocno oświetlonej sceny i zamknąć w klatce. Długo nie mogłam skończyć tej lalki. To wszystko przez nią. Uciekła mi w jakieś ciemne ulice, nie chciałam iść za nią. Nic tam po mnie.

 

Nigdy się nie nauczę, że powinnam przestać interesować się ludźmi. Niezależnie od tego, ile razy się sparzę, nieważne, ile razy powtarzam tę mantrę o wycofaniu, ile razy zamknę się w piwnicy, wciąż wychylam głowę z nory, jak surykatka, staję zdziwiona i nadstawiam się, narażam się na rozdeptanie. Suną na mnie walce i czołgi, a mnie się nawet wtedy wydaje, że jak zanucę jakąś wzruszającą piosenkę, albo jak złożę ręce do modlitwy, to one się nagle zatrzymają.

 

Zbyt często jest tak, że ludzie mnie rozczarowują. Że moje wyjścia na świat źle się kończą. Potem zamykam się na dłużej niż do tej pory, za każdym razem coraz dłużej. Rzadko mi jest w sobie, u siebie, ciasno. Nie potrzebuję otwierać okien. Ale kiedy to mnie napada, taka potrzeba poszukiwania doznań, zamiast grzebania w sobie i w swoich notatkach, zdjęciach, szkicach i fiszkach, to nic nie może mnie powstrzymać.

 

Miesiącami potrafię nie wychodzić z domu, ludzie mnie tylko rozpraszają. Martwią się o mnie nawet sklepikarze. A ja czuję się naprawdę dobrze. Niczego mi nie brakuje. I nie mówię wtedy do siebie, nie potrzebuję słyszeć żadnego głosu, nie włączam radia, żeby zagłuszyć tę niby niezręczną ciszę, nie rozmawiam z lalkami, nie dziwaczeję. Choć dla większości ludzi już samo zamykanie za sobą drzwi jest dziwactwem.

 

Nie wiem, dlaczego ludzie tak przeceniają te wszystkie społeczne aspekty. Co rusz mnie ktoś raczy pouczać, że powinnam wychodzić do ludzi, szukać inspiracji na zewnątrz. Przecież świat mnie zepsuł, dlaczego miałabym czegoś od niego jeszcze chcieć, tak długo się z niego leczyłam. Oczywiście, że zdarzało mi się wychodzić po ratunek, ale nie poczytuję sobie tego za powód do dumy, nie chwalę się tym. I oczywiście mogę być w tym niekonsekwentna, wszystko jest kwestią nastroju i chwili. Nie wiem, co będzie jutro, mogę tylko przeczuwać.

 

 

ciało buntować

 

 

Czasem organizm odmawia mi posłuszeństwa, moje ciało drętwieje, dłonie nie nadążają, albo trzęsą się, drżą, marnuję wtedy zbyt dużo materiału, palce stają się sztywne, zaczyna mi się kręcić w głowie. Zaczynam słabo widzieć, kark staje się tak zdrętwiały, że nie mogę pochylić się nad porcelaną. Wtedy staram się robić jakieś prymitywne ćwiczenia, choćby kiwnąć palcem, otwieram okno, albo nawet wychodzę na taras. Zainstalowałam sobie w domu fotel do masażu, maskę tlenową, kroplówki i tym podobne wynalazki podtrzymujące życie, ale to nie zawsze działa. Czasem się zapominam i przegapiam moment, kiedy jestem jeszcze w stanie podłączyć się sama. Kiedy przewróciłam się na progu, bo kolana nagle przestały mi się zginać, straciłam przytomność i tak zostałam na paręnaście godzin. Nie ocucił mnie nawet deszcz, dopiero sąsiadka zadzwoniła po pogotowie. Bała się nawet do mnie podejść. Zrobiło mi się głupio, że nie dałam się nigdy wcześniej zaprosić na herbatę i czekoladowe babeczki, z których znana jest w całej okolicy. Teraz nasze stosunki zupełnie inaczej by się układały, dbałybyśmy o siebie nawzajem, mogłabym podlewać jej kwiaty, kiedy wyjeżdża odwiedzić dzieci do Ameryki, mogłabym pożyczać od niej cukier. Choć nic nie wiem o podlewaniu kwiatków, stałabym się normalnym człowiekiem, a tymczasem ja tylko trzasnęłam jej drzwiami przed nosem, zamknęłam się na cztery spusty i jak twierdzi, udaję, że nikogo nie potrzebuję. W sumie jestem jej wdzięczna, że zadzwoniła jednak po pomoc, muszę przecież skończyć jeszcze parę lalek. Za cztery miesiące wystawa, a ja mam niektóre lalki całkiem w proszku, niektóre tylko w głowie albo w kawałkach, co rano zmieniam koncepcję i muszę być w formie, żeby je w końcu ogarnąć, przystać na jedną z wersji. Trudno nadawać czemuś kształt, jeśli się samej go nie ma.

 

Zazdroszczę lalkom, że nie mają ciała. Nie czują bólu, nie starzeją się, nie pocą. Czasem chciałabym siędonich upodobnić. Do niedawna miałam problemy z rozebraniem się, pod prysznic wchodziłam w podkoszulku i w majtkach, nie mogłam się zobaczyć nago, brzydziłam się siebie. W końcu wpadłam na sposób, zaczęłam to robić po ciemku i było znacznie lepiej, ale wtedy szorowałam się do krwi i raniłam się, (a raczej moje przeklęte ciało), na różne sposoby. Nie widziałam tych czerwonych strużek, więc nie czułam nic, do czasu. Czasem jest lepiej i zaczynam się goić, choć to też boli, albo jest nawet wtedy gorzej, bo to takiemęczące swędzenie. Nie zawsze wiem, co z tym zrobić. Kiedyś owijałam się folią spożywczą, z lęku, że się rozpadnę. Tak często boli mnie wszystko, całe ciało, po kawałku i co chwilę inaczej. Piecze, parzy, cierpnie, mrowi, kłuje, taki potworny, rozdzierający ból. Swędzi niby tuż pod skórą, ale nie potrafię