Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Zanim się pojawiłeś ebook

Jojo Moyes

4.33128834355828 (163)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 552 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zanim się pojawiłeś - Jojo Moyes

„Tę książkę przyjaciółki powinny przekazywać sobie nawzajem. Lou i Will to niezwykła para, która trafi do serc czytelników tak jak Emma i Dex z „Jednego dnia”. Powieść, której warto poświęcić popołudnie na kanapie z garścią chusteczek.”

"Independent on Sunday"

„Triumf. Taka dawka emocji, że przyda się pudełko chusteczek.”

"Elle"

„Magiczne i rozdzierające. Niezbędny wodoodporny tusz do rzęs.”

"Marie Claire"

Autorka „Ostatniego listu od kochanka” o sile miłości dwojga ludzi wyrzuconych poza nawias życia.

Dwudziestosześcioletnia Lou spotyka na swej drodze Willa. Ona właśnie straciła pracę i rozstała się ze swoim chłopakiem, a on po wypadku samochodowym nie ma chęci do życia i chce je sobie odebrać. Will nie wie jeszcze, że Lou wtargnie w jego życie niczym kolorowy ptak.

Czy wielka miłość, nawet bolesna, naprawdę może przezwyciężyć frustrację, zniechęcenie i natarczywe myśli o samobójstwie? Doskonale rozegrana psychologicznie, sugestywna powieść o sile uczuć i magicznym wpływie człowieka na człowieka.

Jojo Moyes jest pisarką i dziennikarką. Zanim zajęła się wyłącznie pisaniem, przez dziesięć lat pracowała w " The Independent". Wszystkie jej wcześniejsze powieści: „The Ship of Brides”, „Zakazany owoc” oraz „Ostatni list od kochanka” zyskały pochlebne recenzje. Mieszka w Essex z mężem i trójką dzieci.

Opinie o ebooku Zanim się pojawiłeś - Jojo Moyes

Cytaty z ebooka Zanim się pojawiłeś - Jojo Moyes

Pocałowałam go, próbując przywołać go z powrotem. Przez chwilę zatrzymałam wargi na jego ustach, tak że nasze oddechy się zmieszały, moje łzy zostawiły słony ślad na jego skórze, a ja powiedziałam sobie, że jakieś jego cząsteczki na zawsze będą częścią mnie, wciąż żywe, wieczne. Chciałam przytulić się do niego całą sobą, stopić się z nim. Chciałam dać mu całą swoją energię i zmusić go, żeby żył.

Fragment ebooka Zanim się pojawiłeś - Jojo Moyes

Tytuł oryginału ME BEFORE YOU

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaLidia Drabik

Redakcja technicznaLidia Lamparska

KorektaMaciej Korbasiński Ewa Grabowska

Copyright © Jojo Moyes, 2012 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Dominika Cieśla-Szymańska, Warszawa 2013

Świat Książki Warszawa 2013

Weltbild Polska Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanie Kolonel

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-373-5

W serii:

Caroline Leavitt Szczęście w twoich oczach

Karolina Monkiewicz-Święcicka Taniec z przeszłością

W przygotowaniu:

Alina Krzywiec Długa zima w N.

Leslie Daniels W łóżku z Nabokovem

Vanessa Greene Klub Porcelanowej Filiżanki

Dla Charlesa, z wyrazami miłości.

Prolog

2007

Kiedy on wychodzi z łazienki, ona już nie śpi, siedzi oparta o poduszki, przeglądając katalogi biur podróży leżące obok łóżka. Ma na sobie jeden z jego T-shirtów, a jej potargane długie włosy nasuwają myśli o zeszłej nocy. On przystaje na chwilę i wycierając głowę ręcznikiem, cieszy się tym krótkim wspomnieniem.

Ona spogląda na niego znad katalogów i wydyma usta. Z pewnością jest już na to za duża, ale są ze sobą na tyle krótko, że to wciąż jeszcze jest urocze.

– Czy koniecznie musimy jechać gdzieś, gdzie trzeba wspinać się po górach albo zwisać nad przepaścią? To właściwie nasz pierwszy wspólny wyjazd, a tutaj nie ma ani jednej wycieczki, która nie wymagałaby skakania skądś albo – udaje, że się wzdryga – noszenia polaru.

Rzuca katalogi na łóżko, wyciąga nad głową ramiona o karmelowej skórze. Jej nieco schrypnięty głos świadczy o tym, że niewiele spała tej nocy.

– A może luksusowe spa na Bali? Moglibyśmy wylegiwać się na piasku... dawać się rozpieszczać... i te długie relaksujące wieczory...

– Zwariowałbym na takich wakacjach. Ja muszę coś robić.

– Na przykład skakać z samolotu.

– Nie krytykuj czegoś, zanim nie spróbujesz.

Ona robi niby-obrażoną minę.

– Jeśli i tak ci nie zależy, raczej nie przestanę krytykować.

On czuje, że jego koszula jest lekko wilgotna. Czesze włosy grzebieniem i włącza komórkę, krzywiąc się na widok listy wiadomości, która natychmiast rozbłyskuje na ekraniku.

– Dobra – mówi. – Muszę lecieć. Weź sobie śniadanie.

Pochyla się nad łóżkiem, żeby ją pocałować. Jest ciepła, pachnąca, zmysłowa. Wdycha zapach jej włosów i na chwilę gubi wątek myśli, gdy ona obejmuje go za szyję i pociąga na łóżko.

– Czy nadal zamierzamy wyjechać w ten weekend?

Niechętnie wyswobadza się z jej objęć.

– To zależy, co będzie z tą transakcją. Na razie wszystko wisi w powietrzu. Wciąż jest możliwe, że będę musiał być w Nowym Jorku. Ale niezależnie od tego, może jakaś kolacyjka w okolicach czwartku? Ty wybierz lokal.

Sięga po strój motocyklowy wiszący na drzwiach.

Ona mruży oczy.

– Kolacyjka. Z panem BlackBerry czy bez niego?

– Słucham?

– Przez pana BlackBerry mam wrażenie, jakbyśmy nigdy nie byli sami, jakby zawsze jeszcze ktoś zajmował twoją uwagę.

– Wyciszę go.

– Drogi panie Traynor! – mówi ona z przyganą. – Przecież musi pan czasem go wyłączać.

– Przecież wyłączyłem wczoraj wieczorem.

– Tylko pod przymusem.

On uśmiecha się szeroko.

– A więc teraz to się tak nazywa?

Wkłada skórzane spodnie motocyklowe. I wreszcie uwalnia się od czaru Lissy. Zarzuca kurtkę na ramię i wychodząc, posyła jej całusa.

Na jego blackberry są dwadzieścia dwie wiadomości, pierwsza przyszła z Nowego Jorku o trzeciej czterdzieści dwie nad ranem. Jakiś problem prawny. Zjeżdża windą na podziemny parking , starając się zorientować, co wydarzyło się w firmie w ciągu nocy.

– Dzień dobry panu.

Ochroniarz wychodzi z budki. Ma na sobie kurtkę nieprzemakalną, chociaż tu na dole nie trzeba się chronić przed deszczem. Will zastanawia się czasem, co ten facet tu robi w środku nocy, wpatrując się w monitor kamer bezpieczeństwa i lśniące zderzaki drogich samochodów, które nigdy się nie brudzą.

Wkłada kurtkę .

– Jak jest na dworze, Mick?

– Fatalnie. Leje jak z cebra.

Will zatrzymuje się.

– Naprawdę? Marna pogoda na motocykl?

Mick potrząsa głową.

– Marna, proszę pana. Chyba że ktoś ma ze sobą dmuchaną szalupę. Albo chce się zabić.

Will spogląda na motocykl, po czym zdejmuje spodnie i kurtkę. Nieważne, co myśli sobie Lissa, on uważa niepotrzebne ryzyko za bezsensowne. Otwiera bagażnik motocykla i wkłada tam strój, po czym zamyka go i rzuca kluczyki Mickowi, który chwyta je zręcznie jedną ręką.

– Wsuń je przez szparę na listy, dobrze?

– Nie ma problemu. Zawołać panu taksówkę?

– Nie. Po co mamy obaj zmoknąć.

Mick wciska guzik, by otworzyć automatyczną bramę, a Will wychodzi, unosząc rękę w geście podziękowania. Wczesny ranek jest ciemny i burzowy, ulice centralnego Londynu powoli się zatykają, chociaż jest dopiero wpół do ósmej. Stawia kołnierz i długimi krokami idzie w stronę skrzyżowania, gdzie najłatwiej złapać taksówkę. Asfalt jest śliski od wody, mokre chodniki odbijają szare światło.

Przeklina w duchu, widząc innych ludzi w garniturach stojących na skraju chodnika. Od kiedy to cały Londyn wstaje tak wcześnie? Chyba wszyscy wpadli na pomysł z taksówką.

Zastanawia się, gdzie najlepiej stanąć, kiedy dzwoni jego telefon. To Rupert.

– Jestem w drodze. Właśnie próbuję złapać taksówkę.

Dostrzega wolną taksówkę nadjeżdżającą po drugiej stronie ulicy i rusza szybko w jej kierunku, mając nadzieję, że nikt inny jej nie zauważył. Z rykiem przejeżdża autobus, a za nim ciężarówka, której hamulce piszczą, zagłuszając słowa Ruperta.

– Rupe, nie słyszę, co mówisz! – próbuje przekrzyczeć samochody. – Powtórz!

Staje na chwilę na wysepce pośród rzeki samochodów, dostrzega pomarańczowe światełko wolnej taksówki i wyciąga rękę, mając nadzieję, że kierowca dostrzeże go mimo ulewnego deszczu.

– Zadzwoń do Jeffa w Nowym Jorku. Jeszcze się nie położył, czeka na ciebie. Próbowaliśmy cię złapać wczoraj wieczorem.

– A jaki jest problem?

– Prawny. Dwie klauzule, które próbują wcisnąć w paragrafie... podpis... dokumenty... – Głos Ruperta zagłusza przejeżdżający samochód, opony syczą na mokrym asfalcie.

– Nie usłyszałem, co mówisz.

Taksówkarz go zauważył. Zwalnia i wzbijając fontannę wody, przystaje po drugiej stronie ulicy. Will widzi nieco dalej truchtającego żwawo mężczyznę, który jednak zwalnia rozczarowany, bo Will jest szybszy. Ogarnia go uczucie triumfu.

– Niech Cally przygotuje te papiery i położy mi na biurku! – wrzeszczy. – Będę za dziesięć minut.

Rozgląda się, po czym z pochyloną głową przebiega ostatnie kilka metrów do taksówki, już prawie mówiąc: „Na Blackfriars”. Deszcz spływa mu za kołnierz. Zmoknie, zanim dotrze do biura, choć ma do przejścia niewielki kawałek. Będzie musiał wysłać sekretarkę po koszulę na zmianę.

– I musimy załatwić tę sprawę należytej staranności, zanim zobaczy to Martin...

Podnosi głowę, słysząc piskliwy dźwięk, g wałtowny ryk klaksonu. Widzi przed sobą lśniący bok czarnej taksówki, której kierowca już opuszcza okno, a na skraju pola widzenia coś, co niezupełnie potrafi rozpoznać, zbliżające się do niego z niebywałą prędkością.

Odwraca się w tamtą stronę i w ułamku sekundy dociera do niego, że stoi na drodze tego czegoś, że w żaden sposób nie ucieknie. Zaskoczony otwiera dłoń, upuszczając blackberry na ziemię. Słyszy krzyk, być może swój własny. Ostatnia rzecz, jaką widzi, to skórzana rękawica, twarz za przyłbicą hełmu, grozę w oczach tamtego człowieka, niczym lustrzane odbicie własnej grozy. Następuje wybuch i wszystko rozpada się na kawałki.

A potem nie ma już nic.

1

2009

Z przystanku autobusowego do domu jest sto pięćdziesiąt osiem kroków, ale jeśli człowiek się nie spieszy, wychodzi i sto osiemdziesiąt, na przykład kiedy ma się buty na koturnach. Albo buty kupione w sklepie z tanimi ciuchami, z motylkami na palcach, ale słabo trzymające piętę, co wyjaśnia, dlaczego zostały przecenione do 1,99 funta. Skręciłam za róg , weszłam na naszą ulicę (sześćdziesiąt osiem kroków) i od razu zobaczyłam dom – szeregowiec z czterema sypialniami w rzędzie innych trzyi czteropokojowych szeregowców. Przed domem stał samochód taty, co znaczy, że jeszcze nie pojechał do pracy.

Za moimi plecami słońce zachodziło za zamkiem Stortfold, a czarny cień zamku spływał ze wzgórza jak płynny wosk, żeby mnie zagarnąć. Kiedy byłam dzieckiem, nasze wydłużone cienie walczyły, strzelając do siebie z karabinów, cała ulica zmieniała się w scenę z westernu. Któregoś dnia mogłabym wam opowiedzieć o wszystkim, co przydarzyło mi się na tej drodze: gdzie tato uczył mnie jeździć na rowerze bez bocznych kółek, gdzie pani Doherty w przekrzywionej peruce piekła nam walijskie ciasteczka, gdzie Treena, która miała wtedy jedenaście lat, wetknęła rękę w żywopłot, prosto w gniazdo os, i biegłyśmy z krzykiem aż do zamku.

Trójkołowy rowerek Thomasa leżał przewrócony na ścieżce, więc zamykając za sobą furtkę, zaciągnęłam go na ganek i otworzyłam drzwi. Ciepłe powietrze uderzyło we mnie z siłą poduszki powietrznej; mama nie znosi zimna i nie wyłącza ogrzewania przez cały rok. Tata nieustannie otwiera okna, narzekając, że przez nią wszyscy zbankrutujemy. Mówi, że nasze rachunki za ogrzewanie są wyższe niż budżet małego afrykańskiego państwa.

– To ty, kochanie?

– No.

Powiesiłam kurtkę na przepełnionym wieszaku.

– Ale która ty? Lou? Treena?

– Lou.

Rozejrzałam się po salonie. Tata leżał na brzuchu na kanapie, z ręką wciśniętą głęboko pod poduszki, co wyglądało, jakby pożarły mu ją w całości. Thomas, mój pięcioletni siostrzeniec, siedział mu na pupie, wpatrując się w niego badawczo.

– Lego. –Tato odwrócił do mnie twarz buraczkową z wysiłku. – Czy oni muszą robić je takie małe ? Widziałaś może lewą rękę Obi-Wan Kenobiego?

– Leżała na DVD. Chyba przyczepił Obiemu ręce Indiany Jonesa.

– Ale teraz Obi nie może mieć beżowych rąk. Musimy znaleźć czarne.

– Nie przejmowałabym się tym. Dobrze pamiętam, że Darth Vader i tak obcina mu rękę w drugiej części? –Wskazałam palcem na swój policzek, żeby Thomas dał mi całusa. – Gdzie mama?

– Na górze. Zobacz tylko. To waży chyba z kilogram!

Spojrzałam w górę, skąd dochodziło znajome skrzypienie deski do prasowania. Josie Clark, moja mama, nie potrafiła ani przez chwilę siedzieć bezczynnie. Nieustanne krzątanie było dla niej punktem honoru. Któregoś razu stała na zewnątrz na drabinie i malowała okna, czasem tylko przerywając, żeby nam pomachać, podczas gdy reszta rodziny jadła na obiad pieczeń.

– Spróbujesz poszukać tej cholernej ręki? Szukam jej od pół godziny, a muszę się zbierać do pracy.

– Jesteś na nocnej zmianie?

– Tak. Jest wpół do piątej.

Zerknęłam na zegarek.

– Właściwie to jest wpół do czwartej.

Wydobył rękę spod poduszek i mrużąc oczy, spojrzał na zegarek.

– W takim razie co robisz w domu tak wcześnie?

Potrząsnęłam głową tak, jakbym nie zrozumiała pytania, i poszłam do kuchni.

Dziadek siedział na swoim krześle przy oknie, pochłonięty sudoku. Jego opiekun powiedział, że to dobre na koncentrację, pomaga w skupieniu uwagi po wylewach. Podejrzewam, że nikt oprócz mnie nie zauważył, że dziadek po prostu wstawia w kratki dowolne liczby, jakie przyjdą mu do głowy.

– Cześć, dziadku.

Podniósł głowę i uśmiechnął się.

– Chcesz herbaty?

Potrząsnął głową i otworzył lekko usta.

– Coś zimnego?

Przytaknął.

Otworzyłam lodówkę.

– Nie ma soku jabłkowego. – Sok jabłkowy, jak sobie teraz przypomniałam, był za drogi. – Lemoniady?

Potrząsnął głową.

– Może chcesz wody?

Gdy wręczyłam mu szklankę, skinął głową i mruknął coś, co mogło być podziękowaniem.

Mama weszła do pokoju z wielkim koszem starannie poskładanego prania.

– Czy to twoje? – Wyciągnęła parę skarpetek.

– To chyba Treeny.

– Tak myślałam. Dziwny kolor. Chyba się wyprały z fioletową piżamą taty. Wcześnie wróciłaś. Idziesz gdzieś?

– Nie. – Nalałam sobie do szklanki wody z kranu i wypiłam ją.

– Patrick przyjdzie tutaj? Dzwonił wcześniej. Wyłączyłaś komórkę?

– Mhm.

– Powiedział, że już zarezerwował wasz wyjazd. Tata mówił, że pokazywali to miejsce w telewizji. Dokąd to jedziecie? Na Ipsos? Kalypsos?

– Skiathos.

– O, właśnie. Lepiej sprawdź dobrze ten hotel, zanim pojedziecie.

Można to zrobić przez internet. On i tata widzieli coś w wiadomościach w porze lunchu. Połowa z tych najtańszych hoteli jest podobno w budowie, a człowiek się dowiaduje dopiero na miejscu. Tatusiu, może napijesz się herbaty? Czy Lou ci nie zaproponowała? – Mama postawiła czajnik na gazie i spojrzała na mnie. Chyba wreszcie zauważyła, że się nie odzywam. – Wszystko w porządku, kochanie? Strasznie jesteś blada.

Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego czoła, tak jakbym nie miała dwudziestu sześciu lat, tylko dużo mniej.

– Chyba nie pojedziemy na wakacje.

Jej ręka znieruchomiała. Spojrzenie przenikało mnie na wskroś, tak jak w dzieciństwie.

– Czy macie jakieś problemy?

– Mamo, ja...

– Nie chcę się wtrącać. Po prostu jesteście już razem bardzo długo. To zupełnie naturalne, że ludzie się czasem poprztykają. Mam na myśli, że ja i twój tata...

– Straciłam pracę.

Zapadła cisza. Słowa zawisły w powietrzu niewielkiego pokoiku.

– Co takiego?

– Frank zamyka kawiarnię. Od jutra. – Wyciągnęłam rękę z lekko wilgotną kopertą, którą wciąż zszokowana ściskałam w ręku przez całą drogę powrotną. Wszystkie sto osiemdziesiąt kroków od przystanku. – Dał mi trzymiesięczną odprawę.

Dzień zaczął się jak co dzień. Nie znam człowieka, który by lubił poniedziałkowe poranki, ale mnie one nie przeszkadzały. Lubiłam przychodzić wcześnie do The Buttered Bun, włączać wielki termos bufetowy na herbatę, przynosić skrzynki z mlekiem i pieczywem z podwórka na tyłach i gawędzić z Frankiem, gdy przygotowywaliśmy się do otwarcia.

Lubiłam dusznawe, lekko pachnące bekonem ciepło kawiarni, powiewy chłodnego powietrza, gdy drzwi otwierały się i zamykały, cichy g war rozmów, a kiedy nie było klientów, radio Franka brzęczące w kącie. To nie był modny lokal – na ścianach wisiały zdjęcia zamku na wzgórzu, stoliki wciąż były pokryte laminatem, a menu nie zmieniło się, odkąd zaczęłam tu pracować, pojawiło się tylko kilka nowych batoników, a do tacy z drożdżówkami dodano czekoladowe ciastka z orzechami i muffinki.

Ale najbardziej lubiłam klientów. Lubiłam Keva i Angelo, hydraulików, którzy przychodzili prawie każdego ranka i przekomarzali się z Frankiem, wymyślając, gdzie kupuje mięso. Lubiłam panią Dmuchawiec, którą nazywałam tak z powodu rozwichrzonych siwych włosów. Codziennie od poniedziałku do czwartku jadła u nas sadzone jajko z frytkami, a potem siedziała, czytając darmowe gazety i sącząc powoli dwie filiżanki herbaty. Zawsze starałam się z nią pogawędzić. Podejrzewałam, że to być może jej jedyna rozmowa w ciągu dnia.

Lubiłam turystów, którzy wstępowali do nas po drodze na zamek albo z zamku, hałaśliwe dzieciaki, które wpadały po szkole, stałych klientów z firm przy tej samej ulicy oraz Ninę i Cherie, fryzjerki, które wiedziały, ile kalorii ma każda pozycja w menu The Buttered Bun. Nie przeszkadzali mi nawet irytujący klienci, tacy jak ruda właścicielka sklepu z zabawkami, która co najmniej raz w tygodniu czepiała się, że wydano jej za małą resztę.

Przyglądałam się, jak przy stolikach związki zaczynają się i kończą, jak rozwiedzeni małżonkowie przekazują sobie dzieci, widziałam pełną poczucia winy ulgę rodziców, których przerastało gotowanie, i potajemną błogość emerytów jedzących jajka na bekonie. Przewijali się tu przeróżni ludzie i niemal z każdym udawało mi się zamienić słowo, przerzucić się żartem albo jakąś opinią nad parującym kubkiem herbaty. Tato zawsze mówił, że nigdy nie można przewidzieć, co powiem, ale w kawiarni to nie miało znaczenia.

Frank mnie lubił. Sam milczący z natury, powiedział, że ożywiam atmosferę. Czułam się trochę jak barmanka, z tym że nie musiałam znosić pijaków.

I nagle dziś po południu, kiedy skończyła się pora lunchu, a w kawiarni nagle zrobiło się pusto, Frank wytarł ręce w fartuch, wyszedł zza kuchenki i obrócił wiszącą na drzwiach tabliczkę, tak by pokazywała „zamknięte”.

– Czekaj, Frank, przecież ci mówiłam. Napiwków nie wlicza się do płacy minimalnej. – Frank był, jak ujął to tata, dziwny jak niebieskie gnu. Podniosłam wzrok.

Nie uśmiechał się.

– Ojej. Chyba nie wsypałam znów soli do cukierniczek?

Gniótł w dłoniach ścierkę i wyglądał na bardziej zdenerwowanego niż kiedykolwiek. Przemknęła mi przez głowę myśl, że może ktoś się na mnie poskarżył. A potem dał mi znak, żebym usiadła.

– Przykro mi, Louisa – powiedział, kiedy już wyjawił mi straszną prawdę. – Ale wracam do Australii. Z ojcem nie jest dobrze, poza tym wygląda na to, że na zamku otwierają kawiarnię. Przechlapane.

Siedziałam z otwartymi ustami. A potem Frank wręczył mi kopertę i odpowiedział na moje pytanie, zanim zdążyłam je zadać.

– Wiem, że nigdy nie podpisałem z tobą żadnej formalnej umowy, ale nie zostawię cię bez niczego. Tutaj jest kasa za trzy miesiące. Zamykamy jutro.

– Za trzy miesiące! – wybuchnął ojciec, a mama wetknęła mi do rąk kubek posłodzonej herbaty. – Cóż za hojność, biorąc pod uwagę, że harowała tam jak dziki osioł przez ostatnie sześć lat.

– Bernardzie. – Mama rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, kiwając głową w kierunku Thomasa. Rodzice zajmowali się nim codziennie po szkole, zanim Treena nie wróciła z pracy.

– I co u diabła ona ma teraz ze sobą zrobić? Mógł jej o tym powiedzieć trochę wcześniej niż na dzień przed.

– Cóż... będzie musiała znaleźć sobie inną pracę.

– Ale Josie, nie ma pracy. Wiesz to równie dobrze jak ja. Jesteśmy w samym środku cholernej recesji.

Mama na moment przymknęła oczy, tak jakby zbierając siły.

– To bystra dziewczyna. Coś sobie znajdzie. Ma już spore doświadczenie na koncie, prawda? Frank wystawi jej dobre referencje.

– Och, po prostu fantastyczne: Louisa Clark rewelacyjnie smaruje grzanki masłem i dobrze sobie radzi ze starym czajnikiem.

– Dzięki, że tak we mnie wierzysz, tato.

– Tylko tak mówię.

Wiedziałam, czego obawia się tato. Moja pensja była ważna. Treena zarabiała grosze w kwiaciarni. Mama nie mogła pracować, bo musiała zajmować się dziadkiem, który miał bardzo marną emeryturę. Tata stale się martwił o swoją pracę w fabryce mebli. Jego szef od kilku miesięcy mamrotał coś o możliwych zwolnieniach. W domu rozmawiano ukradkiem o długach i żonglowaniu kartami kredytowymi. Dwa lata temu pewien nieubezpieczony kierowca skasował ojcu samochód i to wystarczyło, żeby chwiejna konstrukcja, jaką stanowiły finanse moich rodziców, wreszcie się rozpadła. Moje skromne zarobki były ważną pozycją w codziennym budżecie, dzięki nim rodzina mogła jakoś przeżyć z tygodnia na tydzień.

– Spokojnie. Lou powinna pójść jutro do biura pośrednictwa i zobaczyć, co mają. Na razie ma z czego żyć – mówili tak, jakbym nie stała obok. – I jest bystra. Jesteś bystra, prawda, kochanie? Może mogłaby pójść na kurs maszynopisania. Zatrudnić się w jakimś biurze.

Siedziałam na kanapie, podczas gdy rodzice rozmawiali o tym, do jakiej jeszcze pracy nadawałabym się przy moich ograniczonych kwalifikacjach. Praca przy taśmie, operator maszyn, smarowacz kanapek. Po raz pierwszy tego popołudnia poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Thomas patrzył na mnie wielkimi, okrągłymi oczami, po czym w milczeniu wręczył mi połowę rozmiękłego herbatnika.

– Dzięki, Tomciu – powiedziałam bezgłośnie, po czym go zjadłam.

Był w klubie sportowym, tak jak zawsze od poniedziałku do czwartku, regularnie jak w zegarku, ćwiczył na siłowni albo biegał w kółko po oświetlonej rzęsiście bieżni. Zeszłam po schodach, obejmując się ramionami, żeby się rozgrzać, i wyszłam powoli na bieżnię. Pomachałam, kiedy znalazł się dostatecznie blisko, żeby widzieć, kto to.

– Pobiegaj ze mną – wydyszał, gdy dobiegł do mnie. Jego oddech tworzył jasne chmurki. – Zostały mi jeszcze cztery okrążenia.

Zawahałam się chwilę, po czym zaczęłam biec obok niego. Tylko w ten sposób mogłam z nim porozmawiać. Miałam na sobie różowe tenisówki z turkusowymi sznurówkami, jedyne moje buty nadające się do biegania.

Cały dzień spędziłam w domu, starając się na coś przydać. Mniej więcej przed godziną zaczęłam włazić mamie pod nogi. Mama i dziadek mieli swoje zwyczaje, rytm, który im tylko zaburzałam. Tata spał, bo w tym miesiącu pracował na nocnej zmianie, i nie można mu było przeszkadzać. Posprzątałam swój pokój, potem oglądałam telewizję ze ściszonym dźwiękiem, a kiedy przypominałam sobie, dlaczego w środku dnia jestem w domu, czułam w piersi ukłucie bólu.

– Nie myślałem, że przyjdziesz.

– Miałam dość siedzenia w domu. Pomyślałam, że moglibyśmy zrobić coś razem.

Zerknął na mnie kątem oka. Na twarzy miał warstewkę potu.

– Kotku, im szybciej znajdziesz sobie nową pracę, tym lepiej.

– Minęła dopiero doba, od kiedy straciłam poprzednią. Czy nie mogę być chociaż przez chwilę nieszczęśliwa i oklapnięta? Chociaż dzisiaj?

– Ale musisz na to spojrzeć pozytywnie. Wiedziałaś, że nie możesz zostać tam na zawsze. Trzeba iść dalej, piąć się w górę. – Dwa lata wcześniej Patrick zdobył tytuł Młodego Przedsiębiorcy Roku w Stortfold i chyba wciąż był pod wrażeniem tego zaszczytu. Od tego czasu znalazł sobie wspólniczkę, Ginger Pete, zaczął oferować osobisty trening na obszarze w promieniu siedemdziesięciu kilometrów od miasta i miał dwie kupione na raty furgonetki z logo firmy. Miał też w biurze tablicę, na której lubił zapisywać spodziewane obroty, wciąż na nowo poprawiając liczby, dopóki nie zaczęły go satysfakcjonować. Nigdy nie byłam całkowicie pewna, czy mają jakikolwiek związek z rzeczywistością.

– Zwolnienie z pracy może odmienić człowiekowi życie, Lou. – Zerknął na zegarek. – Co chcesz robić? Mogłabyś się przekwalifikować. Na pewno pomagają ludziom takim jak ty.

– Ludziom takim jak ja?

– Ludziom, którzy szukają nowych możliwości. Kim chcesz być? Mogłabyś być kosmetyczką. Jesteś dość ładna. – Szturchnął mnie, biegnąc, tak jakbym powinna być wdzięczna za komplement.

– Wiesz, jak dbam o urodę. Mydło, woda, stara papierowa torebka.

Wyraźnie zaczynało mu brakować pomysłów.

Zaczęłam zostawać w tyle. Nienawidzę biegania. Nienawidziłam go za to, że nie zwolnił.

– Pomyśl... sprzedawczyni. Sekretarka. Agentka nieruchomości. Nie wiem... Musi być coś, co chciałabyś robić.

Ale nie było niczego takiego. Podobało mi się w kawiarni. Lubiłam wiedzieć to wszystko, co można było wiedzieć o tym małym światku i słuchać o życiu ludzi, którzy się przez niego przewijali. Czułam się tam bezpiecznie.

– Nie możesz płakać nad sobą. Musisz iść naprzód. Wszyscy najlepsi biznesmeni zaczynali od zera. Jeffrey Archer. Richard Branson. – Poklepał mnie po ramieniu, chcąc, żebym przyspieszyła i biegła w jego rytmie.

– Wątpię, czy Archera kiedykolwiek zwolniono z pracy przy tosterze. – Brakowało mi tchu. I miałam na sobie nieodpowiedni biustonosz. Zwolniłam, oparłam ręce na kolanach.

Odwrócił się i biegł tyłem. Jego głos niósł się w nieruchomym, chłodnym powietrzu.

– Ale gdyby... tak tylko mówię. Prześpij się z tym, a potem ubierz się ładnie i idź do pośredniaka. Albo jeśli chcesz, możesz trenować i pracować ze mną. Wiesz, że z tego będą pieniądze. I nie martw się o wakacje. Ja zapłacę.

Uśmiechnęłam się do niego.

Posłał mi dłonią całusa, a jego głos odbił się echem w pustej hali:

– Oddasz mi, jak znów staniesz na nogi.

Po raz pierwszy w życiu wystąpiłam o zasiłek dla poszukujących pracy. Odbyłam czterdziestopięciominutową rozmowę, a następnie rozmowę grupową, wraz z mniej więcej dwudziestką kobiet i mężczyzn. Połowa z nich miała taką samą lekko oszołomioną minę, jaką zapewne miałam ja, a druga połowa obojętne, znudzone twarze ludzi, którzy są tu nie pierwszy raz. Starałam się ubrać jak przyzwoity człowiek – jak określił to tata.

W efekcie tych starań musiałam wycierpieć krótkie zastępstwo na nocnej zmianie w zakładzie przetwórstwa drobiu (całymi tygodniami miałam potem koszmary) i dwa dni na szkoleniu dla doradców do spraw energii w gospodarstwie domowym. Dość szybko zorientowałam się, że właściwie to jestem szkolona, jak omamić starszych ludzi, żeby zmienili dostawcę prądu, i powiedziałam Syedowi, mojemu osobistemu „doradcy”, że nie mogę tego robić. Nalegał, żebym nie rezygnowała, więc wyliczyłam kilka metod, które miałabym stosować w tej pracy, a wtedy troszkę go zatkało i zaproponował, żebyśmy (to zawsze było

„my”, chociaż było dość oczywiste, że jedno z nas już ma pracę) spróbowali czegoś innego.

Dwa dni przepracowałam w sieciowym barze szybkiej obsługi. Praca była w sensownych godzinach, jakoś też znosiłam fakt, że od firmowego stroju elektryzują mi się włosy, nie mogłam jednak nauczyć się zasad „właściwych reakcji”, to znaczy: „Czym mogę dziś panu służyć?” oraz „Czy do tego duże frytki?”. Zostałam zwolniona po tym, jak jedna z dziewczyn od pączków przyłapała mnie na omawianiu z pewną czterolatką rozmaitych walorów dodawanych za darmo zabawek. Co mogę powiedzieć? To była bardzo rezolutna czterolatka. Ja też uważam, że Śpiące Królewny są głupie.

Teraz siedziałam na swojej czwartej rozmowie w pośredniaku, a Syed szukał dla mnie kolejnych „możliwości zatrudnienia”. Nawet on, ze swoją nieustępliwie dziarską miną kogoś, kto potrafi wcisnąć gdzieś nawet największych nieudaczników, wydawał się już lekko znużony.

– Hm... Czy kiedykolwiek brałaś pod uwagę pracę w przemyśle rozrywkowym?

– Na przykład jako zwariowana staruszka w teatrzyku dla dzieci?

– Nie. Ale szukają tancerek na rurze. Nawet kilku.

Uniosłam brwi.

– Chyba żartujesz.

– Trzydzieści godzin tygodniowo, samozatrudnienie. Myślę, że można liczyć na niezłe napiwki.

– Błagam, powiedz, że nie doradziłeś mi właśnie pracy polegającej na paradowaniu w bieliźnie przed obcymi ludźmi.

– Mówiłaś, że lubisz pracować z ludźmi. Poza tym wydaje mi się, że lubisz... efektowne... stroje. – Zerknął na moje błyszczące zielone rajstopy. Włożyłam je, mając nadzieję, że poprawią mi humor. Thomas przez prawie całe śniadanie nucił motyw z Małej syrenki.

Syed postukał w klawiaturę.

– A może moderator czatu dla dorosłych?

Gapiłam się na niego. Wzruszył ramionami.

– Mówiłaś, że lubisz rozmawiać z ludźmi.

– Nie. Nie zgadzam się też na kelnerkę topless. Ani masażystkę. Ani operatorkę kamery internetowej. Daj spokój, Syed. Musi być coś, co mogłabym robić, a od czego mój ojciec nie dostałby zawału.

Wyraźnie zbiłam go z pantałyku.

– Niewiele zostało, poza pracą w elastycznych godzinach w branży spożywczej.

– Czyli układaniem po nocach towaru w supermarkecie? – Byłam tu już wystarczająco wiele razy, żeby zacząć mówić ich językiem.

– Jest lista oczekujących. Zwykle biorą tę pracę rodzice, bo mogą to pogodzić ze szkołą dzieci – powiedział przepraszająco. Znów wpatrzył się w ekran.

– Więc tak naprawdę zostały nam już tylko oferty dla opiekunów osób starszych.

– Podcieranie tyłka staruszkom.

– Obawiam się, Louisa, że masz za małe kwalifikacje, żeby mieć większy wybór. Gdybyś chciała się przekwalifikować, chętnie wskazałbym ci właściwy kierunek. W ośrodku kształcenia ustawicznego jest mnóstwo kursów.

– Ale już o tym rozmawialiśmy, Syed. Jeśli to zrobię, stracę zasiłek dla szukających pracy, prawda?

– Jeśli nie podejmiesz pracy, tak.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Patrzyłam na drzwi, przy których stało dwóch krzepkich ochroniarzy. Zastanawiałam się, czy dostali tę pracę dzięki biuru pośrednictwa.

– Nie nadaję się do pracy ze starszymi ludźmi, Syed. Mój dziadek mieszka z nami, od kiedy miał wylew, i nie umiem sobie z nim poradzić.

– Ach. Więc masz jakieś doświadczenie w opiece nad starszymi ludźmi.

– Właściwie to nie. Moja mama wszystko przy nim robi.

– A czy twoja mama chciałaby pójść do pracy?

– Bardzo zabawne.

– Ja nie żartuję.

– A wtedy ja siedziałabym w domu i zajmowała się dziadkiem? Nie, dzięki. Jemu też by się to nie podobało. Czy nie ma żadnych ofert w kawiarniach?

– Chyba zostało za mało kawiarni, żeby zag warantować ci zatrudnienie, Louisa. Spróbujmy Kentucky Fried Chicken. Może tam bardziej ci się spodoba.

– Bo lepiej będzie mi szło wciskanie ludziom kubełka w promocji niż chickenburgera ? Nie sądzę.

– Może musimy poszukać na większym obszarze.

– Z naszego miasta są tylko cztery autobusy. Wiesz o tym. Wiem, że mówiłeś, że powinnam sprawdzić autobus turystyczny, ale zadzwoniłam na dworzec i on zatrzymuje się tutaj o piątej rano. Poza tym kosztuje dwa razy tyle co zwykły.

Syed wyprostował się w fotelu.

– Louisa, na tym etapie procedury naprawdę muszę zwrócić ci uwagę, że jako sprawna i zdolna osoba, aby nadal kwalifikować się do pobierania zasiłku, musisz...

– Wykazać, że próbuję znaleźć pracę. Wiem.

Jak miałam mu wyjaśnić, że bardzo chciałabym pracować? Czy miał choć blade pojęcie o tym, jak bardzo tęsknię za dawną pracą? Bezrobocie było dla mnie dotąd tylko abstrakcyjnym pojęciem, czymś, o czym ględzili dziennikarze w wiadomościach w związku ze stoczniami albo fabrykami samochodów. Nigdy nie sądziłam, że gdy ktoś traci pracę, może się czuć, jakby obcięli mu nogę – jakby stracił coś stałego, coś, nad czym się nie zastanawiał. Nie sądziłam, że oprócz oczywistych obaw o pieniądze i przyszłość utrata pracy powoduje, że człowiek zaczyna się czuć nie na miejscu, trochę bezużyteczny. Że trudniej mu wstać rano teraz niż wtedy, gdy budzik brutalnie wyrywał go ze snu. Że można tęsknić za ludźmi, z którymi się pracowało, niezależnie od tego, jak mało się miało z nimi wspólnego. Albo że idąc ulicą, zaczynasz się rozglądać za znajomymi twarzami. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam panią Dmuchawiec, która snuła się wzdłuż witryn i wyglądała na tak samo niepotrzebną nikomu jak ja, musiałam się powstrzymywać, żeby nie podejść do niej i jej nie przytulić.

W moje rozmyślania wdarł się głos Syeda.

– Aha. Może się uda.

Próbowałam zajrzeć mu w monitor.

– Właśnie przyszło. W tej chwili. Szukają opiekuna.

– Mówiłam ci, że nie nadaję się do...

– Nie chodzi o opiekę nad starszymi ludźmi. To... szuka osoba prywatna. Opiekun ma pracować na miejscu, niecałe trzy kilometry od twojego domu. Opieka i towarzystwo dla osoby niepełnosprawnej. Masz prawo jazdy?

– Tak. Ale czy będę musiała podcierać...

– Nie, o ile mogę stwierdzić, warunki tego nie obejmują. – Wpatrzył się w ekran. – To człowiek z paraliżem czterokończynowym. Potrzebuje kogoś w ciągu dnia, do pomocy przy jedzeniu i towarzystwa. W takiej pracy często chodzi o to, żeby być z kimś, kiedy chce gdzieś wyjść, pomóc przy prostych czynnościach, których taki ktoś nie może sam wykonać. Och. Nieźle płacą. Sporo więcej niż płaca minimalna.

– Może dlatego, że trzeba też podcierać tyłek.

– Zadzwonię, żeby się upewnić, czy tego nie ma w umowie. Ale jeśli tak będzie, poszłabyś na rozmowę?

Powiedział to tak, jakby to było pytanie.

Ale oboje znaliśmy odpowiedź.

Westchnęłam i zabrałam torebkę, żeby pojechać do domu.

– Boże słodki – powiedział mój ojciec. – Wyobrażacie sobie? Nie dość, że człowiek wylądował na cholernym wózku inwalidzkim, to jeszcze będzie miał naszą Lou za towarzystwo.

– Bernardzie! – zganiła go mama.

Za moimi plecami dziadek śmiał się do kubka z herbatą.

2

Nie jestem tępa. Wolałabym po prostu pominąć ten temat. Ale trochę trudno nie czuć pewnych braków w Dziale Szarych Komórek, kiedy dorasta się z młodszą siostrą, która została najpierw przesunięta do mojej klasy, a potem klasę wyżej.

Katrina robiła wszystko, co sensowne albo inteligentne, wcześniej niż ja, chociaż jest młodsza o półtora roku. Każdą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytałam, ona czytała już wcześniej, o czymkolwiek wspomniałam przy kolacji, ona już to wiedziała. To jedyna osoba, jaką znam, która naprawdę lubi egzaminy. Czasem myślę, że ubieram się tak, jak się ubieram dlatego, że jedyne, czego Treena nie potrafi, to dobrać ciuchów. Najchętniej chodziłaby w dżinsach i swetrze. Co najwyżej je wcześniej wyprasuje.

Tato mówi, że mam charakterek, bo zwykle mówię pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Twierdzi, że jestem jak ciotka Lily, której nigdy nie poznałam. To trochę dziwne być nieustannie porównywanym do kogoś, kogo nigdy nie widziało się na oczy. Schodzę na przykład na dół w fioletowych butach, a tato kiwa do mamy i mówi: „Pamiętasz ciotkę Lily i jej fioletowe buty?”, na co mama cmoka i zaczyna się śmiać, jakby z ich sekretnego żartu. Mama nazywa mnie indywidualistką, co jest grzecznym sposobem stwierdzenia, że nie rozumie mojego stylu ubierania się.

Ale poza krótkim okresem, kiedy byłam nastolatką, nigdy nie chciałam wyglądać tak jak Treena albo którakolwiek z dziewczyn w szkole, do wieku czternastu lat wolałam ubierać się jak chłopak, a teraz ubieram się tak, jak mi się podoba – zależnie od nastroju, jaki mam danego dnia. Nie ma sensu, żebym próbowała wyglądać normalnie. Jestem niewysoka, mam ciemne włosy i jak twierdzi tato, twarz jak elf. Ale nie chodzi o elfią piękność. Nie jestem brzydka, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek uznał mnie za piękną. Nie mam w sobie tego czegoś. Patrick mówi, że jestem cudowna, kiedy ma ochotę się pomiziać, ale ja wtedy wiem doskonale, o co mu chodzi. Ostatecznie znamy się już prawie siedem lat.

Mam dwadzieścia sześć lat i właściwie nie wiem, kim jestem. Dopóki nie straciłam pracy, specjalnie się nad tym nie zastanawiałam. Myślałam, że pewnie wyjdę za Patricka, machniemy sobie kilkoro dzieciaków i zamieszkamy kilka ulic od domu rodziców, w którym mieszkałam od zawsze. Poza szczególnym gustem i niewysokim wzrostem niewiele odróżnia mnie od kogokolwiek mijanego na ulicy. Nikt by się nawet za mną nie obejrzał. Zwykła dziewczyna, wiodąca zwyczajne życie. I było mi z tym zupełnie dobrze.

– Musisz pójść na tę rozmowę w garsonce – upierała się mama. – Teraz wszyscy ubierają się stanowczo zbyt swobodnie.

– Bo przy karmieniu staruszka łyżeczką garsonka jest niezbędna.

– Nie bądź taka mądra.

– Nie stać mnie na kostium. A jeśli nie dostanę tej pracy?

– Możesz włożyć mój, wyprasuję ci jakąś ładną bluzkę i chociaż raz mogłabyś nie czesać się... – wskazała na moje włosy, zwykle związane w dwa ciemne supły po obu stronach głowy – jak księżniczka Leia. Spróbuj wyglądać jak normalny człowiek.

Wiedziałam, że lepiej się z nią nie kłócić. Domyślałam się też, że przykazała ojcu, żeby nie rzucał żadnych uwag na temat mojego stroju, kiedy wychodziłam z domu, drobiąc niezdarnie w za ciasnej spódnicy.

– Cześć, kochanie – powiedział, a ja widziałam, jak drgają mu kąciki ust. – Trzymam kciuki. Wyglądasz bardzo... profesjonalnie.

Żenujące było nie to, że mam na sobie kostium mamy, ani nawet nie to, że taki krój przestał być modny pod koniec lat osiemdziesiątych, ale że był trochę na mnie za mały. Czułam, jak pasek wpija mi się w brzuch, i z trudem dopięłam dwurzędowy żakiet. Jak mówi tato o mamie: „więcej tłuszczu jest na spince do włosów”.

Czując, że lekko mnie mdli, przejechałam kilka przystanków. Właściwie nigdy nie byłam na prawdziwej rozmowie o pracę. Do The Buttered Bun trafiłam dlatego, że Treena założyła się ze mną, że nie znajdę pracy w jeden dzień. Weszłam do środka i zapytałam Franka, czy nie potrzebuje kogoś do pomocy. Otworzył kawiarnię właśnie tego dnia i sam nie wiedział, jak mi dziękować.

Teraz, gdy się nad tym zastanowiłam, nie mogłam sobie przypomnieć, żebyśmy kiedykolwiek rozmawiali o pieniądzach. Powiedział, ile będzie mi płacił tygodniowo, ja się zgodziłam, a potem raz do roku mówił, że daje mi niedużą podwyżkę, zwykle nieco wyższą, niż byłam gotowa poprosić.

A o co zwykle pytają na takich rozmowach? Co jeśli poproszą, żebym zrobiła coś konkretnego przy tym staruszku, na przykład nakarmiła go albo wykąpała, albo coś? Syed powiedział, że mają tam pielęgniarza, który zajmuje się potrzebami osobistymi (wzdrygnęłam się na to określenie). Wymagania wobec drugiego opiekuna były „nieco niejasne w tym względzie”, jak powiedział. Wyobraziłam sobie, jak ocieram ślinę cieknącą staruszkowi z ust i jednocześnie pytam głośno: „Czy chce pan herbaty?”.

Na początku, kiedy dziadek zaczął wracać do zdrowia po wylewach, nie był w stanie nic koło siebie zrobić. Mama wszystko robiła.

– Twoja mama jest święta – mówił tato, co chyba znaczyło, że mama podciera dziadkowi tyłek i nie wybiega z domu z krzykiem. Mnie by raczej nikt tak nie nazwał. Kroiłam dziadkowi jedzenie i robiłam mu herbatę, ale jeśli chodzi o inne rzeczy, nie wiem, czybym się do tego nadawała.

Granta House był po drugiej stronie zamku Stortfold, niedaleko średniowiecznych murów, przy długiej, pozbawionej chodnika ulicy, przy której stały tylko cztery domy i sklep National Trust, w samym środku strefy turystycznej. Mijałam ten dom milion razy, ledwo go zauważając. Teraz, kiedy przechodziłam przez parking i tory miniaturowej kolejki, przy czym jedno i drugie było tak puste i ponure, jak tylko pusta i ponura może być letnia atrakcja w lutym, zobaczyłam, że jest większy, niż sobie wyobrażałam: czerwona cegła, dwuskrzydłowe drzwi frontowe, taki dom, jaki widuje się, przeglądając stare numery „Country Life” w poczekalni u lekarza.

Podeszłam długim podjazdem, starając się nie myśleć o tym, czy ktoś przygląda mi się z okna. Podchodzenie długim podjazdem stawia cię w niekorzystnej sytuacji, człowiek od razu czuje się gorszy. Zastanawiałam się, czy nie zacząć ciągnąć się za kosmyk włosów na czole, kiedy drzwi otworzyły się znienacka, aż podskoczyłam.

Na ganek wyszła kobieta, niewiele starsza ode mnie. Miała na sobie białe spodnie i tunikę wyglądającą jak fartuch lekarski, a pod pachą niosła płaszcz i teczkę. Minęła mnie z uprzejmym uśmiechem.

– Dziękujemy, że pani przyszła – słychać było czyjś głos z wnętrza. – Odezwiemy się do pani. Ach. – Pojawiła się twarz kobiety w średnim wieku, ale piękna, pod kunsztownie ostrzyżoną fryzurą, niewątpliwie spod ręki drogiego fryzjera. Miała na sobie kostium ze spodniami, który, jak sądziłam, kosztował więcej niż miesięczna pensja mojego ojca.

– Pani to pewnie panna Clark.

– Louisa. – Wyciągnęłam rękę, tak jak wpajała mi mama. Teraz młodzi ludzie nigdy nie podają ręki, jak uważają moi rodzice. Kiedyś nikomu nawet by do głowy nie przyszło, żeby powiedzieć „cześć” albo, co gorsza, pocałować kogoś w powietrzu. Ta kobieta nie wyglądała na kogoś, kto miałby ochotę być całowany w policzki, nawet symbolicznie.

– Dobrze. Tak. Proszę wejść. – Wysunęła rękę z uścisku tak szybko, jak tylko się dało, ale czułam na sobie jej wzrok, tak jakby już mnie oceniała. – Zapraszam. Porozmawiamy w salonie. Nazywam się Camilla Traynor.

Wydawała się znużona, jakby dzisiaj już wiele razy wypowiadała te słowa.

Poszłam za nią do wielkiego pokoju z oknami sięgającymi od podłogi do sufitu. Ciężkie zasłony w eleganckich fałdach spływały z grubych mahoniowych prętów, a posadzki pokrywały perskie dywany o zawiłych wzorach. Pachniało woskiem i zabytkowymi meblami. Wszędzie stały małe eleganckie stoliki do kawy, na ich wypolerowanych blatach ustawiono ozdobne szkatułki. Ciekawe, gdzie u licha Traynorowie stawiają filiżanki.

– Trafiła pani do nas przez biuro pośrednictwa, prawda? Proszę usiąść.

Podczas gdy ona przeglądała papiery, ja rozglądałam się ukradkiem po pokoju. Myślałam, że będzie trochę jak w domu opieki, wszędzie podnośniki i łatwo zmywalne powierzchnie. Ale tu wyglądało raczej jak w jednym z tych przeraźliwie drogich hoteli, gdzie czuje się dawne fortuny, pełnych ukochanych przedmiotów, które same z siebie wyglądają na cenne. Na kredensie stały fotografie w srebrnych ramkach, ale były za daleko, żebym mogła dostrzec twarze. Podczas gdy ona przeglądała papiery, ja przesunęłam się nieco na krześle, próbując się im przyjrzeć.

I wtedy właśnie usłyszałam ten dźwięk – niedający się z niczym pomylić odgłos pękających szwów. Gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam, że dwa kawałki materiału, które łączyły się z boku mojego prawego uda, rozeszły się, a spomiędzy nich wystrzeliły poszarpane kawałki jedwabnej nitki, niczym niechlujna grzywka. Poczułam, że robię się buraczkowa.

– Więc... Panno Clark, czy ma pani jakieś doświadczenie z paraliżem czterokończynowym?

Odwróciłam twarz w stronę pani Traynor, przesuwając się tak, żeby zakryć żakietem jak największy kawałek spódniczki.

– Nie.

– Czy od dawna jest pani opiekunką?

– Hm... Właściwie nigdy się tym nie zajmowałam – powiedziałam, po czym dodałam, tak jakbym słyszała w uchu głos Syeda: – Ale jestem pewna, że mogę się nauczyć.

– Wie pani, co to jest paraliż czterokończynowy?

– Kiedy... – zająknęłam się – ktoś jest uziemiony na wózku.

– Pewnie można to i tak ująć. Są różne stopnie paraliżu, ale w tym przypadku mówimy o całkowitej utracie władzy w nogach i bardzo ograniczonej władzy w dłoniach i ramionach. Czy to pani przeszkadza?

– No, oczywiście nie tak bardzo jak jemu – uśmiechnęłam się, ale twarz pani Traynor pozostała bez wyrazu. – Przepraszam, nie miałam na myśli...

– Umie pani prowadzić, panno Clark?

– Tak.

– Nie była pani karana za niebezpieczną jazdę? Potwierdziłam.

Camilla Traynor zaznaczyła coś na swojej liście.

Rozdarcie powiększało się. Widziałam, jak pełznie nieuchronnie coraz wyżej. Jeśli będzie się posuwać w tym tempie, zanim wstanę, będę wyglądać jak striptizerka z Las Vegas.

– Dobrze się pani czuje? – Pani Traynor patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem.

– Trochę mi za ciepło. Nie będzie pani przeszkadzać, jeśli zdejmę żakiet ? – Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, jednym płynnym ruchem ściągnęłam żakiet i zawiązałam go sobie w pasie, zasłaniając rozdarcie na spódnicy. – Jest tak gorąco – powiedziałam z uśmiechem – gdy się wchodzi z zewnątrz.

Pani Traynor milczała przez sekundę, po czym spojrzała znów do swojej teczki.

– Ile ma pani lat?

– Dwadzieścia sześć.

– I w poprzednim miejscu pracy pracowała pani sześć lat.

– Tak. Z pewnością ma pani kopię moich referencji.

– Hm... – Pani Traynor podniosła kartkę i zmrużyła oczy. – Pani poprzedni pracodawca twierdzi, że jest pani „serdeczną, rozmowną i ożywiającą atmosferę osobą”.

– Tak, zapłaciłam mu za to.

Znów ta pokerowa mina.

„Cholera” – pomyślałam.

Czułam się, jakby mnie ktoś prześwietlał. Z niekoniecznie dobrym rezultatem. Spódnica pożyczona od mamy nagle wyglądała tandetnie, syntetyczna tkanina błyszczała w słabym świetle. Powinnam była włożyć najzwyklejsze spodnie i bluzkę. Cokolwiek, byle nie tę garsonkę.

– Dlaczego więc zrezygnowała pani z tamtej pracy, gdzie tak panią doceniano?

– Frank – właściciel – sprzedał tę kawiarnię. To jest ta u stóp zamku. The Buttered Bun. Była – poprawiłam się. – Bardzo bym się cieszyła, gdybym mogła dalej tam pracować.

Pani Traynor skinęła głową, albo dlatego, że nie miała już nic więcej do powiedzenia na ten temat, a może dlatego, że ona także cieszyłaby się, gdybym tam została.

– A co konkretnie chce pani zrobić ze swoim życiem?

– Słucham?

– Czy ma pani jakieś ambicje zawodowe? Czy to będzie krok do jakiegoś następnego etapu? Czy ma pani marzenia, które chciałaby pani zrealizować?

Patrzyłam na nią tępo, zastanawiając się, czy to jakiś podstęp.

– Ja... właściwie na razie o tym nie myślałam. Od kiedy straciłam pracę. Ja tylko... – przełknęłam ślinę. – Chciałam znów pracować.

Marnie to brzmiało. Kto przychodzi na rozmowę o pracy, nie wiedząc nawet, co chciałby robić? Mina pani Traynor świadczyła, że myśli dokładnie to samo.

Odłożyła długopis.

– Więc, panno Clark, dlaczego miałabym zatrudnić panią zamiast na przykład poprzedniej kandydatki, która ma wieloletnie doświadczenie w pracy z ludźmi z tetraplegią?

Spojrzałam na nią.

– Hm... szczerze? Nie mam pojęcia. – Milczała, więc dodałam: – Myślę, że wszystko zależy od pani decyzji.

– Nie potrafi mi pani podać ani jednego powodu, dla którego miałabym panią zatrudnić?

Nagle zobaczyłam przed oczami twarz mojej mamy. Myśl o tym, że wrócę do domu w zniszczonej garsonce, po kolejnej nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej, była nie do zniesienia. Poza tym płacili tutaj więcej niż sześć funtów za godzinę.

Wyprostowałam się nieco.

– No... szybko się uczę, nigdy nie choruję, blisko mieszkam i jestem silniejsza, niż wyglądam... Pewnie mogłabym pomagać dźwigać pani męża.

– Mojego męża? Nie pracowałaby pani z moim mężem. To mój syn.

– Pani syn? – zamrugałam. – Yyy... Nie boję się ciężkiej pracy. Dobrze sobie radzę z bardzo różnymi ludźmi i... potrafię robić przyzwoitą herbatę. – Czułam, że zaczynam bełkotać, więc zamilkłam. Myśl, że to jej syn, powaliła mnie. – To znaczy mój tata chyba uważa, że to nie jest jakaś wielka umiejętność. Ale z mojego doświadczenia wiem, że niewiele jest takich rzeczy, na które nie pomogłaby filiżanka dobrej herbaty...

Pani Traynor patrzyła na mnie trochę dziwnie.

– Przepraszam – wykrztusiłam, gdy zdałam sobie sprawę, co powiedziałam. – Nie mam na myśli tego, że tetra... paraliż... pani syna... można wyleczyć filiżanką herbaty.

– Myślę, że powinna pani wiedzieć, panno Clark, że to nie jest umowa na czas nieokreślony. Najwyżej na pół roku. Dlatego właśnie wynagrodzenie jest... współmierne. Chcemy przyciągnąć właściwą osobę.

– Proszę mi wierzyć, kiedy ktoś pracował na zmiany w zakładzie przetwórstwa drobiu, nawet praca w obozie Guantanamo wydaje się atrakcyjna. – „Zamknij się, Louisa”. Przygryzłam wargę.

Ale pani Traynor jakby nie zwróciła uwagi na moje słowa. Zamknęła teczkę.

– Mój syn Will prawie dwa lata temu został ranny w wypadku. Wymaga całodobowej opieki, którą zapewnia w większości fachowy pielęgniarz. Ja niedawno wróciłam do pracy, a od opiekuna oczekujemy, by był tu przez cały dzień, by dotrzymywał mu towarzystwa, pomagał przy jedzeniu i piciu, ogólnie służył pomocą i dbał o to, by nie stało mu się nic złego. – Camilla Traynor spuściła głowę. – To bardzo ważne, żeby Will miał przy sobie kogoś, kto rozumie tę odpowiedzialność.

Wszystko, co mówiła, nawet to, jak podkreślała poszczególne słowa, wydawało się dawać mi do zrozumienia, jaka jestem głupia.

– Rozumiem. – Wzięłam torebkę.

– Więc przyjęłaby pani to stanowisko?

To było tak niespodziewane, że w pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam.

– Słucham?

– Chcielibyśmy, żeby zaczęła pani tak szybko, jak tylko się da. Honorarium będziemy wypłacać raz w tygodniu.

Na chwilę mnie zatkało.

– Chce mnie pani zatrudnić zamiast... – zaczęłam.

– Praca trwa długo – od ósmej do piątej, czasem dłużej. Nie ma przerwy na lunch, chociaż kiedy Nathan, pielęgniarz, który zajmuje się nim w ciągu dnia, przychodzi około południa, będzie miała pani wolne jakieś pół godziny.

– Czy nie będą państwo wymagać jakichś zabiegów... medycznych?

– Will ma zapewnioną wszelką opiekę medyczną. Chcemy, żeby był przy nim ktoś silny i optymistyczny. Jego życie jest... skomplikowane, i to ważne, by ktoś dodawał mu otuchy, by... – urwała, wpatrując się w coś za wysokim oknem. Wreszcie znów odwróciła się do mnie. – Powiedzmy, że jego dobry stan psychiczny jest równie ważny jak fizyczny. Rozumie pani?

– Chyba tak. Czy będę musiała... nosić fartuch?

– Nie. Stanowczo żadnego fartucha. – Zerknęła na moje nogi. – Chociaż mogłaby pani włożyć coś mniej... eksponującego.

Zerknęłam w dół. Żakiet przesunął się, odsłaniając hojnie spory kawałek gołego uda.

– Przepraszam. Spódnica mi się rozdarła. Właściwie jest pożyczona.

Ale pani Traynor chyba już mnie nie słuchała.

– Wyjaśnię pani, co trzeba robić, kiedy pani zacznie. Will nie jest teraz łatwy w kontaktach, panno Clark. W tej pracy chodzi w równej mierze o nastawienie psychiczne, co o umiejętności zawodowe. Zatem widzimy się jutro?

– Jutro? Nie chce pani... nie chciałaby pani, żebym go poznała?

– Will ma dziś kiepski dzień. Myślę, że lepiej, jeśli odłożymy to na później.

Wstałam, widząc, że pani Traynor jest już gotowa odprowadzić mnie do drzwi.

– Tak – powiedziałam, owijając się żakietem mamy. – Eee... Dziękuję. Do zobaczenia jutro o ósmej.

Mama nakładała tacie ziemniaki na talerz. Nałożyła mu dwie łyżki, a on próbował podkraść z półmiska jeszcze więcej. Zablokowała jego dłoń, kierując ziemniaki z powrotem na półmisek, a wreszcie dała mu łyżką po łapach, kiedy znów do niego sięgnął. Przy niewielkim stole siedzieli rodzice, moja siostra z Thomasem, dziadek i Patrick – który zawsze przychodził na obiad we środy.

– Tato – powiedziała mama do dziadka. – Czy chcesz, żeby ci pokroić mięso? Treena, pokroisz dziadkowi mięso?

Treena nachyliła się i zaczęła zręcznymi ruchami kroić jego porcję. Po drugiej stronie zrobiła już to samo dla Thomasa.

– Lou, więc jak bardzo jest chory ten pan?

– Chyba źle z nim, skoro są gotowi wypuścić na niego naszą córkę – stwierdził mój tato. Za moimi plecami był włączony telewizor, żeby tato i Patrick mogli oglądać mecz. Co jakiś czas przestawali jeść, zerkali na ekran i z pełnymi ustami patrzyli na kolejną sytuację podbramkową.

– Myślę, że to wielka szansa. Będzie pracować w jednym z tych dużych domów. Dla przyzwoitej rodziny. Czy to eleganccy ludzie?

Na naszej ulicy elegancki mógł być każdy, kto nie miał w rodzinie nikogo karanego za drobne przestępstwa.

– Chyba tak.

– Mam nadzieję, że ćwiczysz dyganie – uśmiechnął się tato.

– Poznałaś tego gościa? – Treena pochyliła się, żeby przeszkodzić Thomasowi w zrzuceniu soku na podłogę. – Tego kalekę? Jaki jest?

– Jutro go poznam.

– Ale to jednak dziwne. Będziesz z nim przez cały dzień, codziennie. Dziewięć godzin. Będziesz z nim spędzać więcej czasu niż z Patrickiem.

– To akurat nie jest trudne – odparłam.

Patrick po drugiej stronie stołu udawał, że nie słyszał.

– Ale nie będziesz się musiała martwić, że będzie się do ciebie dobierał – stwierdził ojciec.

– Bernardzie! – zganiła go ostro matka.

– Mówię tylko to, co wszyscy myślą. To chyba najlepszy szef dla twojej dziewczyny, jakiego można by znaleźć, co nie, Patrick?

Po drugiej stronie stołu Patrick uśmiechnął się. Właśnie starał się nie dopuścić, by mama dołożyła mu ziemniaków, choć starała się, jak mogła. W tym miesiącu był na diecie bezwęglowodanowej, bo przygotowywał się do maratonu na początku marca.

– Tak sobie myślałam, czy nie będziesz musiała nauczyć się języka migowego? Jeśli on nie jest w stanie się komunikować, skąd będziesz wiedziała, czego chce?

– Ale ona nie powiedziała, że on nie może mówić, mamo. – Właściwie nie pamiętałam, co powiedziała pani Traynor. Wciąż byłam w lekkim szoku, że naprawdę dostałam tę pracę.

– Może mówi przez takie urządzenie. Jak ten naukowiec. Ten, co był w Simpsonach.

– Dupek.

– Nie – odparł Bernard.

– Stephen Hawking – powiedział Patrick.

– A ty jak zwykle – odezwała się mama, patrząc oskarżycielsko to na Thomasa, to na tatę. Mogłaby pokroić stek tym spojrzeniem. – Uczysz go brzydkich słów.

– Nieprawda. Nie wiem, skąd on to bierze.

– Gnojek – powiedział Thomas, patrząc prosto na swojego dziadka.

Treena skrzywiła się.

– Chybabym się przeraziła, gdyby mówił przez taki laryngofon. Wyobrażasz sobie? „Po-daj mi tro-chę wo-dy” – wygłupiała się.

Była inteligentna – ale nie dość inteligentna, żeby nie wrócić do domu z brzuchem, jak mruczał czasem tato. Jako pierwsza z naszej rodziny poszła na studia, ale gdy pojawił się Thomas, przerwała je na ostatnim roku. Rodzice nadal mieli nadzieję, że pewnego dnia dzięki niej rodzina będzie bogata. Albo przynajmniej że Treena znajdzie sobie pracę, w której personel nie musi siedzieć osłonięty kratą. To by zupełnie wystarczyło.

– Dlaczego ktoś, kto siedzi na wózku, miałby mówić jak mutant z kosmosu? – zapytałam.

– Ale będziesz musiała być bardzo blisko niego. Będziesz musiała co najmniej ocierać mu usta i podawać mu picie i tak dalej.

– No to co? Do tego nie trzeba doktoratu.

– Tak mówi ktoś, kto założył Thomasowi pieluszkę tył na przód.

– Tylko raz.

– Dwa razy. A przewijałaś go trzy razy.

Nałożyłam sobie fasolki, starając się robić dobrą minę do złej gry.

Ale już kiedy po spotkaniu z panią Traynor jechałam autobusem do domu, te same myśli brzęczały mi w głowie. O czym będziemy rozmawiać? A jeśli tylko będzie się na mnie gapił przez cały dzień, chwiejąc głową? Czy będę się go bać? A jeśli nie będę rozumieć, czego chce?Byłam słynna z tego, że przy mnie nic się długo nie utrzyma. Nie mieliśmy już w domu roślin doniczkowych ani zwierząt, po katastrofach z chomikiem, patyczakami i złotą rybką o imieniu Randolph. I jak często będzie w pobliżu jego sztywna jak kij od szczotki matka? Nie byłoby fajnie, gdyby ktoś stale mnie pilnował. Pani Traynor wydawała się kobietą, pod której spojrzeniem nawet iluzjonista zmieniał się w niezdarę.

– Patrick, a ty co o tym wszystkim myślisz?

Patrick wziął duży łyk wody, po czym wzruszył ramionami.

Na zewnątrz deszcz stukał w parapety, ledwo słyszalny wśród szczęku talerzy i sztućców.

– To dobre pieniądze, Bernardzie. Lepsze niż w zakładzie przetwórstwa drobiu.

Wszyscy mruknęli z aprobatą.

– To chyba coś znaczy, jeśli wszystko, co możecie powiedzieć o mojej pracy, to że jest lepsza niż taszczenie kurzych zezwłoków w hangarze lotniczym – powiedziałam.

– Przynajmniej będziesz mogła tymczasem poćwiczyć, a potem jeszcze trenować z Patrickiem.

– Poćwiczyć. Dzięki, tato. – Właśnie miałam sięgnąć po kolejny kartofel, kiedy zmieniłam zdanie.

– Ale dlaczego nie ? – Mama sprawiała wrażenie, jakby miała w końcu usiąść. Wszyscy umilkli na chwilę, ale nie, znów wstała i nałożyła dziadkowi trochę sosu. – Dobrze o tym pamiętać na przyszłość. Z pewnością masz dar elokwencji.

– Raczej niewyparzony język – prychnął tato.

– Właśnie dostałam pracę – powiedziałam. – Za którą zapłacą mi więcej niż w poprzedniej, jeśli o to chodzi.

– Ale to tylko tymczasowe – wtrącił się Patrick. – Twój tata ma rację. Może zaczniesz jednocześnie trenować. Mogłabyś być dobrym osobistym trenerem, jeśli tylko włożysz w to odrobinę wysiłku.

– Nie chcę być osobistym trenerem. Nie podoba mi się... całe to... podskakiwanie. – Zrobiłam obraźliwą minę do Patricka, który się uśmiechnął.

– Lou chciałaby pracę, w której może leżeć brzuchem do góry i oglądać telewizję, karmiąc starego Ironside’a przez słomkę.

– Tak. Ponieważ układanie podwiędłych dalii w wiaderkach z wodą wymaga takiego wysiłku umysłowego i fizycznego, prawda, Treen?

– Przekomarzamy się z tobą, kochanie. – Tato podniósł kubek herbaty. – To wspaniale, że dostałaś tę pracę. Już jesteśmy z ciebie dumni. I mogę się założyć, że kiedy tylko postawisz nogę w tym wielkim domu, te gnojki nie będą mogły się bez ciebie obejść.

– Gnojek – powiedział Thomas.

– To nie ja – odparł tato z pełnymi ustami, zanim mama zdążyła się odezwać.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Epilog

Podziękowania

Dziękuję mojej agentce Sheili Crowley w Curtis Brown oraz wydawczyni Mari Evans w Penguin, które od razu dostrzegły w tej książce to, czym jest – historię miłosną.

Szczególne podziękowania należą się Maddy Wickham, która dodawała mi otuchy, kiedy nie byłam pewna, czy potrafię i czy powinnam ją napisać.

Dziękuję wspaniałemu zespołowi w Curtis Brown, wyrazy wdzięczności niech zechcą przyjąć: Jonny Geller, Tally Garner, Katie McGowan, Alice Lutyens i Sarah Lewis, za entuzjazm i doskonałą pracę.

W Penguinie chciałabym zwłaszcza podziękować Louise Moore, Clare Ledingham i Shan Morley Jones.

Wielkie podziękowania dla wszystkich z grupy Writersblock – mojego prywatnego Fight Clubu, tylko bez „Fight”.

Wyrazy wdzięczności niech przyjmą również India Knight, Sam Baker, Emma Beddington, Trish Deseine, Alex Heminsley, Jess Ruston, Sali Hughes, Tara Manning i Fanny Blake.

Dziękuję Lizzie i Brianowi Sandersowi, a także Jimowi, Bei i Clemmie Moyes. Ale przede wszystkim, jak zawsze, Charlesowi, Saskii, Harry’emu i Lockiemu.