Zanim powiesz: "Żegnaj". Jak odbudować związek? - Peter M Kalellis - ebook
Opis

Na przykładzie sytuacji z własnego życia i małżeństw, z którymi spotkał się w swojej poradni, autor omawia przyczyny nieporozumień i sposoby ich rozwiązywania. Proponuje parom podjęcie konkretnych zadań do wykonania, zanim podejmą decyzję o rozstaniu. Przekonuje, że w każdym człowieku drzemie pragnienie pojednania i pokoju oraz siła niezbędna do pracy nad odbudowywaniem związku.

Dla wielu książka Petera M. Kalellisa może się okazać ostatnią szansą na uratowanie małżeństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Restoring Relationships

Five Things To Try Before You Say Goodbye

Copyright © 2001 by Peter M. Kalellis

Published by arrangement with The Crossroad Publishing Company, Inc.

831 Chestnut Ridge Road, Chestnut Ridge, NY 10977

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2016

Redakcja

Wiesława Otto-Weiss

Projekt okładki do serii

Radosław Krawczyk

Redakcja techniczna i opracowanie okładki

Justyna Nowaczyk

Fotografia na okładce

Fotolia © Photographee.eu

ISBN 978-83-7906-057-3

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2016

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

Pragnę z całego serca tym oto osobom podziękować za pomoc, jaką, nie szczędząc trudu, okazały mi w tworzeniu tej książki:

Mojemu agentowi Reidowi Boatesowi, któremu zawdzięczam sam pomysł książki i jej tytuł, a także słowa zachęty podczas żmudnej pracy nad nią.

Mojemu serdecznemu przyjacielowi Ernie Anastosowi, prezenterowi telewizyjnemu, który przeczytał pierwszy szkic książki i przekazał mi cenne uwagi, potem przeze mnie uwzględnione.

Margery Hueston, skrupulatnej redaktorce wstępnego szkicu.

Patti Lawrence, współwydawcy i mojej przyjaciółce, która zrozumiała z tekstu znacznie więcej, niż jest w nim napisane.

Johnowi Eaglesonowi, redaktorowi mojej pierwszej książki, Pick Up Your Couch and Walk, który nadał moim słowom potrzebną nośność.

Redaktorowi obecnej książki w Crossroad Publishing Company, Paulowi McMahonowi, oraz menadżerowi marketingu Johnowi Tintera; obaj nie mniej niż ja pragnęli pomóc wszystkim parom, których związki zostały nadwątlone.

Pacjentom spotykanym w ciągu wielu lat mojej praktyki terapeutycznej. Jakkolwiek wykorzystałem w książce przeżycia niektórych, zachowałem jednak ich anonimowość, zmieniając imiona i realia.

Mojej żonie Pat, która wspierając mnie z miłością i dzieląc się ze mną pomysłami i uwagami, była dla mnie nieocenioną pomocą i natchnieniem.

Moim dzieciom, Katinie, Basilowi, Michaelowi i Mercene, których radość z faktu, że tata pisze książkę, podtrzymywała nieraz mój stygnący zapał.

Osobne, szczególne słowa podziękowania należą się Gwendolin Herder z Crossroad Publishing Company, która od pierwszych chwil odniosła się z zainteresowaniem do projektu mojej książki.

Peter M. Kalellis

Prolog

Siedzą przede mną Tom i Tracy. Sztucznymi uśmiechami pokrywają zdenerwowanie, oboje wiercą się na krzesłach, z ich twarzy bije drażliwość i zniecierpliwienie. Ich burzliwe, trwające od siedmiu lat małżeństwo zawisło na włosku. Chcą się rozwieść, ale ich przyjaciel, prawnik, skierował ich jeszcze do mnie. Jestem dla ich związku ostatnią deską ratunku.

Tracy ma 34 lata, ale widoczna w niej frustracja, wrogość i wściekłość postarzają ją. 38-letni Tom przywdział maskę mówiącą „wszystko jest w porządku” i zdaje się nie rozumieć, po co to spotkanie. Trudno uwierzyć, że siedem lat temu ci dwoje byli w sobie bardzo zakochani i nie wyobrażali sobie życia bez siebie.

Przy pierwszym spotkaniu dowiaduję się, że mają dwójkę dzieci – czteroletniego synka i czternastomiesięczną córeczkę. Chłopiec na podwórku zachowuje się agresywnie, gryzie i bije inne dzieci. Dziewczynka co noc po kilka razy budzi się z płaczem. To ofiary poszarpanej więzi. Już teraz żyją w stanie zagrożenia i niepokoju; awantura rozwodowa naznaczyłaby je na zawsze.

Małżonkowie rozmawiają obojętnie, ale w ich gestach czuje się namiętność błagania. Czy ten terapeuta jest w stanie coś zrobić? Czy mógłby przywrócić naszemu małżeństwu pokój, miłość i radość?

Mam na to swoją stałą odpowiedź: „Nie jestem cudotwórcą, ale spróbuję pomóc wam odbudować wasze małżeństwo. Mogę wskazać wam drogę; ale wy musicie wstąpić na nią z dobrą wolą i wytrwale nią podążać”.

W książce, którą trzymasz, czytelniku, w rękach, robię to samo – wskazuję pięć rzeczy, których możesz spróbować, nim zdecydujesz się rozstać. Zapraszam – do lektury i do starań!

Wprowadzenie

Oddając tę książkę w ręce czytelników, nie chcę wywierać nacisku na podtrzymywanie związku za wszelką cenę, ale zachęcić tych, którzy znajdują się u progu jego rozerwania (oraz ich życiowych partnerów), aby przedtem przyjrzeli się jeszcze raz zagrożonej relacji i zastanowili, co mogą zrobić dla jej uratowania. Partnerstwo mężczyzny i kobiety, kochających się i zakładających rodzinę, jest najbardziej osobistym i najgłębszym doświadczeniem, jakie dwojgu ludzi może się przydarzyć, a ma szansę być też doświadczeniem najpiękniejszym. Kiedy jednak tych dwoje rozczarowuje się sobą i wzajemnymi relacjami, to samo doświadczenie może stać się skomplikowane, bardzo uciążliwe i bolesne. Czasem przyczyną zakłóceń są nierozwiązane problemy z przeszłości, w jakie od lat uwikłany jest któryś z partnerów, związane na przykład z jego życiem rodzinnym czy też społecznym; czasem negatywne emocje wkradają się w istniejący związek i nawarstwiając się bez możliwości rozładowania, stopniowo go osłabiają, mogąc w końcu doprowadzić do rozpadu.

U podstaw książki leży wizja, jaka ukształtowała się we mnie w ciągu wielu lat pracy z parami, niekoniecznie małżeńskimi, zgłaszającymi się ze swymi problemami na terapię. Ich zrelacjonowane tutaj losy dostarczają przykładów, jak w szczegółach może przebiegać rozkład więzi. Wiele z nich to typowe opowieści ku przestrodze czytelnika, inne oddziałują w sposób zastanawiający i wywołujący niepokój, wszystkie jednak pobudzają do myślenia.

W pięciu częściach książki przedstawiono kolejno główne aspekty partnerskiego związku, a także odpowiadające im nastawienia pozytywne, jakie mogą być kluczem do odrodzenia relacji. Nie wszystkim parom spośród tych, z którymi pracowałem, udało się, korzystając z tych sugestii, uratować związek – być może nie były gotowe czynić tego z pełną determinacją. Niektórzy z moich pacjentów musieli działać na każdej z opisanych tu pięciu dróg naprawy związku z równym wysiłkiem i intensywnością, inni zaś skupili się tylko na tych, które szczególnie wiązały się z ich sytuacją. Zasadniczo jednak – jak mogłem zaobserwować – każdy, kto szczerze pragnie pojednania z partnerem i uzdrowienia swojego związku, powinien zatrzymać się przy wszystkich wyodrębnionych tu elementach terapii.

Każdy zatem, komu zależy na trwałości więzi z ukochanym partnerem czy partnerką, winien wziąć pod uwagę następujące wskazówki:

Poddaj się i zacznij od nowa

Akcentuję tu potrzebę rzetelnej i wymagającej skupienia pracy własnej pacjenta nad związkiem, stanowczej decyzji o jej podjęciu i determinacji, a następnie cierpliwości oraz wytrwałości w jej realizowaniu; podsuwam zarazem pewne pomysły i zasady pomocne w tym zadaniu, zwracając uwagę na przeszkody, których trzeba się strzec.

Rozładuj rozsądnie swój gniew

Złość jest jedną z głównych przeszkód w interakcji między osobami, szczególnie w więziach z najbliższymi. Uczucie to trzeba skutecznie wygaszać, aby uniknąć jego katastrofalnych konsekwencji. Będziesz z pewnością zaskoczony, poznając źródła złości i dowiadując się, jak wpływa ona na ciało i psychikę. Warto nauczyć się, jak dobrze rozumieć złość, nie jako wroga, lecz jako sprzymierzeńca.

Wybacz i wyzwól się

Lektura tej części książki może podziałać na ciebie wyzwalająco. Przekona cię, mam nadzieję, że nie trzeba być Bogiem, żeby wybaczyć komuś, kto nas zdradził, zaszkodził nam czy wyrządził niesprawiedliwość. Powinna ci też pomóc w odnalezieniu wewnętrznej siły, niezbędnej, by pogodzić się z odniesionymi ranami, utrudniającymi ci życie. Uzdrowienie zranionych uczuć będzie prawdopodobnie mieć nader dobroczynny wpływ na wasz związek. Czując, że znów jesteś sobą, będziesz dysponować jasnym umysłem i odnowioną zdolnością nawiązania kontaktu z partnerem.

Dogadaj się i zbliż

Przeciwieństwem wzajemnej komunikacji jest martwota emocjonalna. W tej części książki wykraczam poza teorie na temat barier komunikacyjnych, zastanawiając się raczej, jak w praktyce może przebiegać uczciwa, symetryczna, wynikająca z miłości rozmowa dwojga ludzi, jak mogą oni wejść w intymny dialog, prowadzący do pogłębienia bliskości w związku.

Kochaj i żyj dalej

Uśmiechnij się! Czy pamiętasz, jak cudownie jest kochać?! Miłość jest potężnym uczuciem, które może dostarczyć człowiekowi największej dostępnej w życiu radości. Bez niej życia wcale by nie było. Nie wgłębiając się w teorie i abstrakcje, zostawiając na boku naiwne mity i romantyczne mrzonki, zastanawiam się tu, czym jest rzeczywista miłość i jak trzeba starać się o to, aby umieć kochać i móc być kochanym.

Chcąc jak najwięcej skorzystać z tej książki, należałoby czytać ją wolno, podkreślając miejsca, które zyskały naszą aprobatę, sporządzając streszczenia pozostałych fragmentów i później odczytując je sobie jeszcze raz. Warto notować myśli przychodzące do głowy podczas lektury. Pamiętaj przy tym, czytelniku, że to ty właśnie kierujesz swoim życiem, odpowiadasz za nie, i ty też jesteś w stanie je poprawić. Najważniejsze to uzbroić się w nadzieję i odwagę. Jeśli tylko zdecydujesz się, by podjąć ten wysiłek – wszystko stanie się możliwe do osiągnięcia. Kiedy już podejmiesz próbę, przeżyjesz z pewnością głęboką satysfakcję, płynącą z przekonania, że zrobiłeś, co mogłeś, żeby w więź z partnerem wnieść zgodę i miłość.

Część pierwsza

PODDAJ SIĘ I ZACZNIJ OD NOWA

Jeśli szczerze pragniesz naprawy

i trwania waszego związku,

podporządkowuj się temu celowi,

aż go osiągniesz.

Możliwość doznania ponownego zranienia

jest na dłuższą metę o wiele mniej niebezpieczna

niż samotność.

Rozdział 1

Tak czy nie?

Pozwalając, aby w nasz związek wkradły się myśli czy postawy, w których nie ma miłości, ryzykujemy, że nasz świat emocjonalny runie.

Marianne Williamson

Nie wziąłeś tej książki do rąk bez powodu. Być może w twoim małżeństwie, w twoim związku, już od dawna dzieje się coś niepokojącego; cierpisz przez to albo przynajmniej przeżywasz rozterkę, nie wiedząc, co robić. Może nawet czujesz się zagrożony tym, co cię czeka – załamaniem się porozumienia z partnerem, separacją, kto wie, czy nie rozwodem. Na wszelkie dostępne sposoby unikasz konfrontacji z partnerem, potrafisz wręcz snuć najprzemyślniejsze plany, żeby tylko zapobiec cierpieniu czy też założyć bandaż na krwawiącą ranę samotności.

Czy chcesz, żeby twój związek został odbudowany, żeby przetrwał? Jeśli odpowiadasz :„Nie, mam to już za sobą. Próbowałem wszystkiego, ale na darmo”, w takim razie nie masz po co czytać tej książki. Zdecydowałeś już, że twój związek jest nie do uratowania, przepadło więc.

Przypuśćmy jednak, że w głębi duszy żywisz promyczek nadziei, który muska twoje serce i rozpala w nim przelotnie dawną miłość i współodczuwanie. Nie przyznałbyś się do tego bez wahań, a jednak myślisz sobie: „Tak, chcę nadal tego małżeństwa, to ważny dla mnie związek, pragnę go budować”. Jeśli tak, to właśnie z myślą o tobie powstała ta książka – skorzystaj z niej.

Gdy tylko odpowiesz „tak”, skoncentruj wszystkie myśli i uczucia na tym, że kochasz, i na cierpliwym trudzie działania; skup się na „tak”, bądź jak najdalej od „nie”. Wszystko w sobie podporządkuj temu celowi i przeznacz tyle czasu, ile będzie trzeba, na doprowadzenie do obiecującego spotkania z partnerem – trzy miesiące, sześć, a może dziewięć. Zwrot „podporządkuj się” może cię odstraszać, pamiętaj jednak – to podporządkowanie nie ma wcale prowadzić do uległości. Winno się odwoływać do tego, co musiało przetrwać w waszych sercach, wynikać z dostrzegania istoty życia, zgody na to, co ono niesie, i wierności życiu, niezależnie od bólu, jakiego przyczynia (ból niewierności jest o wiele większy). Przyjmij zatem, że pojednanie jest obecnie najważniejszą sprawą w twoim życiu.

Okres, który teraz nastąpi, nie jest łatwy, a już na pewno nie przyniesie wyraźnych, ostatecznych rezultatów. Znajdą się prawdopodobnie zwolennicy łatwej rezygnacji, którzy w dobrych intencjach będą cię przekonywać, że pojednanie z dotychczasowym partnerem to marzenie ściętej głowy. „Takie rzeczy nigdy się nie udają – powiedzą ci doradcy – znajdź sobie kogoś innego, kto cię będzie kochał i da tobie szczęście”. Nawet i bez tych głosów będą cię nurtować wątpliwości, czy stary związek da się ostatecznie uratować. To normalne, gdyż rzeczywiście mimo najszczerszych starań można w walce o uratowanie związku pobłądzić i upaść, dotkliwie raniąc uczucia. Nie jesteśmy doskonali i pozostaje nam tylko ufać, że cierpliwość i wytrwałość zwyciężą wszelkie przeszkody.

Pozwól sobie rozpocząć wszystko od nowa.

Jesteście wrażliwi, a to, co się stało, wstrząsnęło wami. Lękacie się, że znowu zostaniecie zranieni. Rodzi się myśl, żeby jak najprędzej zrzucić więzy, umknąć. Skutecznym sposobem na ostudzenie takiego pragnienia jest świadomość, że bardzo często niechęć do partnera bywa odbiciem czegoś, co mamy do zarzucenia samym sobie.

Peggy, pracująca jako prawnik w cenionej firmie, od 25 lat była żoną Bernie’ego, 45-letniego renomowanego inżyniera. Ich córka była na przedostatnim roku w college’u. W czasie służbowej podróży do Japonii Bernie przespał się z inną kobietą. Kiedy Peggy dowiedziała się o romansie męża, przyjęła to spokojnie, nie wybuchnęła nawet złością, lecz w głębi duszy czuła się zraniona i zdradzona. Szczęśliwe i czułe dotąd życie erotyczne małżeństwa od tej chwili się załamało. Peggy usiłowała zracjonalizować i zbagatelizować zdarzenie: „To przecież był tylko drobny wyskok, jakich pełno w dzisiejszych czasach. Nie mogę nawet poważnie gniewać się o to na męża. To, co zrobił, mogło się zdarzyć każdemu. Mnie samej kiedyś niewiele brakowało, żeby zdradzić go z kolegą, tylko że lepiej panowałam nad swoimi popędami”. A jednak fakt zdrady boleśnie dotknął Peggy. „Jak mam mu teraz wierzyć?” – myślała.

Bernie powiedział w rozmowie ze mną: „W naszym związku z Peggy jest ogromny potencjał miłości. Niestety, pół roku temu zachwiałem nim”. Zły na siebie, oskarżał się: „Jak mogłem ulec tak głupiej zachciance? Ta przygoda nic dla mnie nie znaczyła”.

Współcześni ludzie najwyraźniej bez wielkich oporów przyznają się do tego rodzaju upadków, przy czym zwierzają się z nich często tej właśnie osobie, którą najmocniej zranili. Po sześciu miesiącach od swego ekscesu Bernie, dręczony wyrzutami sumienia, przyznał się do niego żonie, podkreślając, że bardzo żałuje tego, co zrobił. Wierzył, iż żona mu wybaczy, a sam poczuł znaczną ulgę w duszy, zadowolony ze swej uczciwości.

Wyznanie Bernie’ego nie było jednak aktem dojrzałości ani miłości. Kierowała nim intencja, niestety, egoistyczna: chęć zrzucenia z siebie ciężaru winy. Kiedy z nieprzemyślaną intencją powołujemy się na uczciwość, zachowujemy się nieraz w sposób najgorszy z możliwych. Czy Bernie był tego świadom? W szukaniu ulgi poszedł jeszcze dalej, być może nieświadomie poddając żonę testowi: czy dalej będzie mnie kochać tak jak dotąd, kiedy ujawnię przed nią jakieś tkwiące we mnie zło?

Kochając dojrzale, rzekłby sobie tak: „Zburzyłem porządek. Była to moja wina i ja muszę nieść jej ciężar. Nie mam prawa uwalniać się od niej kosztem mojej partnerki. Wsparcia i rady mogę szukać u księdza (czy też pastora lub rabina), u terapeuty czy bliskiego przyjaciela. Być może oni jakoś mi pomogą”.

Peggy znalazła w sobie dość miłości, żeby wybaczyć mężowi, niemniej rana przez długi czas się jątrzyła. W końcu Peggy pod kierunkiem terapeuty poddała się badaniu z zastosowaniem inwentarza osobowości; chcąc określić, jakie aspekty jej osobowości i związku z Bernie’em wymagają przepracowania. Zastanawiając się nad pozytywnymi wartościami ich związku, uświadomiła sobie, że Bernie, jakkolwiek złamał przyrzeczenie wierności, jest człowiekiem rozumnym, wrażliwym, pracowitym i dobrym. Przeżyła z nim wiele wspaniałych lat, podróżując po świecie, błogo wspólnie wypoczywając, dzieląc radości i smutki. Wybudowali sobie piękny dom. „Jeślibym zdołała zapomnieć o ranie, jaką mi zadał, i stała się dla niego lepszą partnerką, on też potrafiłby być lepszym partnerem. Czuję w głębi duszy, że nie zawiodłabym się na nim. Wciąż jesteśmy w stanie razem szczęśliwie żyć”. Rozważywszy to, Peggy poczuła siłę do działania.

Podzieliła się myślami z Bernie’em, który zgodził się, że zbyt wiele dali z siebie, tworząc związek, by teraz łatwo z niego rezygnować. Wdzięczny, że wyciągnęła do jego rękę, odpowiedział: „Musimy wspólnie pracować nad tym, żeby to, co nas dziś łączy, ocalić i pogłębić. Obiecuję, że zrobię, co w mojej mocy, żeby być dobrym mężem”. Ich wzajemne uwrażliwienie na potrzeby drugiej strony wzmocniło ostatecznie tę więź.

Czasem wydaje nam się, że w związku popsuło się już zbyt wiele i trzeba pogodzić się z jego rozkładem. Mówimy wtedy: „Nic już nie mogę zrobić”. Jednak każdy akt rezygnacji – myśl o niej czy wywołujące taką myśl uczucie – może przyczynić się do uruchomienia procesu naprawy związku. Zostaw sobie trochę czasu, by dojrzeć do woli pojednania; nie wiąż sobie pochopnie rąk nieodwracalnymi posunięciami. Kiedy myślenie negatywne, o krzywdach, jakie partner ci wyrządził, zastąpisz pozytywnym, o wartościach, jakie jest on w stanie wnieść w wasz związek – wtedy twój nastrój powinien się poprawić, masz więc szansę poczuć się silniejszy. Nie zakładaj, iż nie wolno ci tu ulegać żadnym wahaniom, staraj się jednak w miarę możliwości postępować według obranego kursu. Umiejętność pielęgnacji nadwątlonego związku nie jest łatwa; wymaga koncentracji, zręczności i cierpliwości, jednak można się jej nauczyć, a wtedy otwiera się szansa odtworzenia pozytywnej relacji partnerskiej w najłagodniejszy sposób, bez wzajemnego wkraczania stron w swoje „ja”.

Siła, jaką dysponujesz

Jeśli przestałeś się wahać, jeśli postanowiłeś podjąć ciężki trud ratowania związku, jeśli uwierzyłeś, że masz w sobie dość siły, by zmienić swoje życie – co teraz? Starogrecka mądrość podpowiada: „Wejrzyj w siebie głębiej i poradź się duszy”. Cenna jest też sugestia Elisabeth Kübler-Ross: „Naucz się wsłuchiwać w swoją wewnętrzną ciszę; pamiętaj też, że wszystko w życiu ma sens”. Nie zapominaj również, że to, co masz teraz robić, jest sprawą wyłącznie twoją, decydujesz w niej sam i robisz to dla siebie.

Ciało człowieka nieustannie pracuje – serce bije, płuca oddychają, oczy patrzą, uszy słyszą, pomalutku rosną włosy. Mechanizm ciała działa sam, żadnej z tych funkcji nie trzeba uruchamiać. Kiedy dojdzie do choroby somatycznej, stosuje się odpowiednią kurację, ale i ona odbywa się poza naszą wolą: złamana kość się zrasta, uszkodzony organ zdrowieje, jeśli tylko jakimś działaniem nie pokrzyżujemy leczenia.

Potrzebą duszy człowieka czy też jego psychiki jest zgoda i spokój. Jeśli więc żyjesz w związku małżeńskim bądź innym związku partnerskim, jego charakter emocjonalny jest równie istotny, jak aspekt fizyczny, materialny czy prawny. O stan związku trzeba nieustannie, troskliwie i odpowiedzialnie dbać, podobnie jak o zdrowie fizyczne i materialne środki do życia. W pielęgnację związku, a zwłaszcza w odtwarzanie nadwątlonej więzi, należy zaangażować całą swą pozytywną energię, przede wszystkim zaś obecne w każdym człowieku naturalne pragnienie zgody i pojednania.

Johnsonowie, małżeństwo od siedmiu lat, oboje po trzydziestce, tworzyli burzliwy związek. Życie w małżeństwie nie odpowiadało ich oczekiwaniom. Doszli w końcu wspólnie do wniosku, że obojgu zbyt mało na sobie zależy, by małżeństwo miało trwać dalej. Pochodzili z rozbitych rodzin, zatem rozwód wydawał im się realnym, łatwym do przyjęcia rozwiązaniem. Każde z nich wynajęło adwokata i już zanim rozpoczął się proces, wydali razem na honoraria dla swych prawników ponad 12 tysięcy dolarów. Podczas wstępnej rozprawy sędzia zalecił małżonkom poddać się – przez co najmniej sześć tygodni – odpowiedniej terapii i odroczył do tego czasu proces. Wtedy właśnie trafili do mnie, pytając, co mają robić.

Oboje Johnsonowie byli emocjonalnie zranieni, zaskorupiali w gniewie. Z pewnym ociąganiem wspomnieli, że mają troje dzieci. Żona ze złością i łzami w oczach, ale i z akcentem uroczystego patosu, zdjęła z palca obrączkę i rzuciła ją mężowi na znak, że małżeństwo jest zerwane. Powiedziała mi, że mąż w cztery tygodnie po narodzinach ich trzeciego dziecka wyprowadził się od niej do swego dawnego przyjaciela, gdzie zaczął prowadzić życie kawalera.

Oboje patrzyli na siebie z pogardą. Nic nie wskazywało na to, żeby w którymś z nich mogło obudzić się pragnienie pojednania.

„Jakie macie państwo oczekiwania?” – spytałem.

Dłuższą chwilę nie odpowiadali, w końcu żona odezwała się: „Zostawił mnie z trójką dzieci, obraca się teraz wśród swoich przyjaciół. Zupełnie nie poczuwa się do obowiązków ojca czy męża”.

„Przesyłam ci pieniądze, prawda?”

„To możesz sobie darować. Dzieci potrzebują ojca”.

„Odszedłem, bo nigdy nie czułem się doceniany”.

„Bzdura. Mam troje dzieci i chodzę do pracy. Czego więcej chcesz ode mnie?”

„Seksu!” – wykrzyknął gniewnie.

Ich spór robił się coraz gwałtowniejszy, sypały się obraźliwe słowa, uznałem więc, że muszę przerwać tę scenę. Powiedziałem: „To nie ring bokserski. Taka wymiana ciosów do niczego nie prowadzi”.

„Bez przerwy tak z sobą walczymy” – odparła żona.

„Zdecydowaliśmy już. Najlepszym sposobem jest rozwód” – dodał twardo mąż.

„To ty zdecydowałeś. Ja nie chcę rozwodu” – powiedziała żona.

„Jeśli państwo pozwolicie, pomogę wam podjąć decyzję” – zaproponowałem.

„Czuję, że już jest za późno” – odrzekła żona, wyraźnie załamana.

„Nasz ślub był pomyłką, nie pasujemy do siebie” – dorzucił Johnson.

„Gdybyście państwo nie mieli dzieci, rozwód byłby łatwiejszy” – wtrąciłem się. „Zastanówcie się jednak, jak spojrzycie im w oczy, zawiadamiając, że rozbijacie rodzinę, że radykalnym cięciem odmieniacie strukturę ich świata i odtąd w ich życiu już nigdy, nawet przez jeden dzień, nie będzie tak jak dawniej. Muszę przy tym powiedzieć, że odnosicie się państwo do siebie w sposób nieodpowiedzialny”.

Zobaczyłem, jak twarz Johnsona czerwienieje z gniewu. Pojęcie „odpowiedzialność” musiało poruszyć w nim czułą strunę. Jego żona przyglądała mu się wielkimi ze zdziwienia oczami.

„Dam jej wszystko, czego sobie życzy. Mam tego dość”.

„Życzę sobie jednego: żebyś wrócił”.

„Nie kocham cię już”.

„Nie wiesz, co ja czuję!”

„Nic mnie to nie obchodzi”.

„A co z dziećmi?” – rozpłakała się.

Jest naturalnym odruchem wszystkich rodziców, że, o ile tylko jest to w ich mocy, starają się oszczędzić dzieciom cierpienia. Kiedy Johnsonowie powiedzieli swoim dzieciom o perspektywie rozwodu, dwoje starszych rozpłakało się i nie mogły się uspokoić. Płakały rozpaczliwie, aż pod oczami zrobiły się im sińce, pobladłe buzie ściągnęło przeczucie nieszczęścia. Pytały nieustannie: „Mamo, czemu? Tato, czemu? Nie rozwódźcie się, zróbcie coś!”.

Kiedy Johnsonowie o tym opowiadali, przyglądałem się uważnie ich twarzom i w pewnym momencie poczułem, że odnajduję nadzieję na przyszłość ich związku. Byli wstrząśnięci reakcją dzieci i zaniepokojeni ich sytuacją. Pomyślałem, że to małżeństwo dałoby się uratować, gdybym zdołał dwojgu siedzących przede mną ludzi uświadomić, że nie brakuje im do wspólnego szczęścia tak wiele – głównie szacunku dla siebie nawzajem i odpowiedzialności za rodzinę, którą stworzyli.

Na szóstym spotkaniu, kiedy wywiązali się już z nałożonego przez sąd zobowiązania, spytali, czy mogliby przedłużyć terapię o kilka następnych sesji.

„Przecież po to tu jestem” – odrzekłem z uśmiechem. Gdy notowałem w zeszycie termin następnego spotkania, przemknęło mi przez głowę zdanie wypowiedziane przez Richarda Taylora: „Małżonków trzyma w związku nie tylko miłość, ale i wiele innych rzeczy; te inne czasem wystarczają, kiedy miłość wygaśnie, albo zostanie z niej tylko ślad”.

Na jednym z następnych spotkań poprosiłem Johnsonów, żeby zrelacjonowali, jak wyglądało ich małżeństwo po przyjściu na świat trzeciego dziecka. Jak mi powiedzieli, zgodzili się wtedy ze sobą, że połóg i opieka nad noworodkiem nie pozwalały im na wiele wzajemnej czułości i romantyzmu. W miarę jak przybywało codziennych trudów, emocjonalnie się od siebie oddalali. Fizycznie byli sobie bliscy – spali w jednym łóżku, razem jedli obiad i oglądali telewizję, prowadzili jakieś rozmowy – ale przestali się rozumieć. Miewali stosunki seksualne, jednak nie przeżywali już miłości. Powoli weszli w stan wzajemnej chłodnej izolacji od siebie, czuli złość i samotność. Role rodziców wypełniali także z oporami.

W toku terapii małżeńskiej Johnsonowie stopniowo dojrzeli do tego, by dostrzec pozytywny potencjał, istniejący w nich i w ich związku. Pojęli, że aby nie dopuścić do wzajemnego osamotnienia emocjonalnego, szybko niszczącego związek, muszą dzielić się ze sobą uczuciami i myślami – że jest to forma odpowiedzialności partnerów za wspólnie stworzony związek. Krok po kroku uczyli się rozwiązywać drobne nieporozumienia, nim urosły do rangi poważnych konfliktów, i zaczynali nawzajem tolerować swoje odmienne poglądy. Przy każdym niemal spotkaniu z Johnsonami dialog oscylował wokół stanu emocjonalnego dzieci. Stopniowo sobie uświadamiali, jaki wpływ miało na dzieci zakłócenie ich interakcji: zapragnęli wówczas zbliżyć się do dzieci i nadrobić rodzicielskie zaległości. Jednocześnie postanowili spędzać razem wszystkie piątkowe wieczory, próbując pielęgnować w tym czasie swą miłość i rozmawiać o niej. Od tamtej pory minęło pięć lat, a Johnsonowie nadal są razem.

Kiedy twój związek przeżywa kryzys, nie znaczy to bynajmniej, że jest już martwy i trzeba z nim skończyć; prawdopodobnie ma wszelkie szanse, by, odbudowany, odzyskał dawną świeżość. Owszem, potrzeba zmiany jego charakteru – powinien to być związek bez wrogości i wzajemnego odrzucania się, nie przynoszący doznań, które wywołały cierpienie i alienację. Zasługujesz na taki związek. Jeśli postarasz się być wrażliwy na potrzeby partnera, twój związek odrodzi się z popiołów właśnie w takiej pożądanej postaci, o jakiej tu mówimy. Inne małżeństwa rozpadają się, ale w twoje może wstąpić nowe życie, bo powiedziałeś „tak”.

Współdziałanie umysłu i serca

Normą nowoczesnej kultury jest unikanie bólu; znaleźliśmy wiele środków, nieraz bardzo pomysłowych, żeby uciec nie tylko przed cierpieniem fizycznym, ale też psychicznym poczuciem czy intelektualną świadomością nieszczęścia. Odwracamy się od naszego losu, wybierając raczej znieczulenie niż poszukiwanie rozwiązania. Gdy tylko jakaś sprzeczka z bliską osobą naruszy codzienną, rutynową równowagę, wpadamy w panikę lub przyjmujemy postawę obronną. Znieczulamy się koncepcjami wytworzonymi przez nasz ułomny umysł, by zagłuszyć rzeczywisty ból, ważny, bo sygnalizujący nam, że coś się popsuło. Nasz związek znosi te wybiegi z trudem. My sami gorzkniejemy od nich, obwarowując się sceptycyzmem – tymczasem czemu nie wsłuchać się w mądrość naszych uczuć, nie poszukać w nich bardziej twórczej odpowiedzi? Możemy się zdobyć na powierzchowne tylko, wątpliwe rozwiązanie problemu, kiedy szukamy go jedynie w umyśle i natychmiast wprowadzamy w czyn. Jeśli troska o związek ma postać szeregu doraźnych reakcji na trudne sytuacje, wtedy nasza frustracja szybko podnosi głowę, nadzieja na poprawę redukuje się do oczekiwania bezpośrednich efektów, a rozczarowania łatwo wyczerpują cierpliwość. Dopiero nachylając się umysłem do serca, możemy uzyskać trwałe wskazówki postępowania i mieć nadzieję, że z głębi naszej jaźni wypłynie w końcu rozwiązanie.

Widzialne efekty podjętej pracy nie będą pewnie tak wyraźne, jak mógłbyś pragnąć i oczekiwać. Chwilami możesz zmagać się z wątpliwościami, czy twoje starania przynoszą jakikolwiek skutek. Pamiętaj, że wątpliwości te podpowiada umysł, z zasady żądający czytelnych efektów, nie serce, które naturalnie pragnie pojednania. Kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna, przypomnij sobie słowa Antoine’a de Saint-Exupéry’ego z Małego Księcia: „Dobrze widzi się tylko sercem; to, co najważniejsze, jest niewidzialne dla oczu”.

To, co najważniejsze, jest niewidzialne dla oczu. Co to znaczy dla kogoś, kto stara się o pojednanie w swym związku? Czy ma z tych słów wynikać, że ty i twój partner możecie w tej samej sytuacji doznawać odmiennych uczuć? Może i tak – nie dowiesz się, jeśli nie sprawdzisz.

Poradź się swego serca: Czy jestem gotów powierzyć siebie, własną duszę, swojemu partnerowi? Czego to będzie wymagać? Czy uważam, że warto? Czy mam podejmować ryzyko starań o odtworzenie związku bez żadnych gwarancji? Jak zniosę to, że z początku nie będę wiedział, co dały moje starania?

Proces naprawy związku nieuchronnie będzie wam obojgu utrudniał oczywisty odruch oczekiwania takich relacji interpersonalnych, myśli, uczuć i zachowań, jakich doświadczyliśmy w przeszłości. Przezwyciężenie tych uprzedzeń i podjęcie ryzyka ponownego zaangażowania w związek wymaga dodatkowej odwagi i wysiłku. Współdziałanie umysłu i serca uruchamia tu mechanizm samospełniającej się decyzji – chcesz poprawy atmosfery, a gdy coś cię niepokoi, nie wpadasz w obawę, ale reagujesz współczuciem, nakazującym widzieć w niedoskonałości tego drugiego bodziec do własnego wysiłku.

Proponuję, żebyś się zatrzymał na chwilę w ruchu i zastanowił. Czy chcesz odtworzyć swój związek? Jeśli tak, nie rozważaj już tego, odpręż się, rozluźnij na kilka minut i wsłuchaj się uważnie w swoje pragnienie. Wiem – te pierwsze kroki są trudne. Możesz powątpiewać, czy starczy ci umiejętności, siły. Możesz mieć pokusę, by przerzucić problem na jakiegoś wynajętego charyzmatycznego fachowca. Kiedy jednak zamilknie w tobie zgiełk świata, kiedy dopuścisz do głosu własną duszę, może obudzić się w tobie poczucie, że w głębi twego smutku tkwi radość, w głębi zagubienia stanowczość, na dnie lęku spokój, pod bezradnością siła. Ta siła będzie ci teraz potrzebna.

Nie jesteś marionetką, która gra swoją rolę, gdy pociągnie się za odpowiednie sznurki. Nie mogę popchnąć cię do niczego. Takiego prawa nikt nie ma. To twoje życie – rządzisz nim, masz za zadanie nim rządzić. Posiadasz siłę sprawczą, możesz zmieniać stan rzeczy wokół siebie. Nie powinieneś wykorzystywać jej kapryśnie i samolubnie, żeby zaspokoić własne interesy, lecz rozumnie, z zamiarem pojednania. Więc masz osiągnąć coś, czego nie kupiłbyś za żadne pieniądze? Ma stać się cud? Owszem, cud – taki, jaki sam wypracujesz.

Czy wciąż wątpisz w siebie? W takim razie zapamiętaj, co napisała niezrównana Martha Graham: „Tkwi w tobie pewna określona energia, chęć życia. Działając, materializujesz ją. Nikt inny nie jest i nigdy nie będzie tobą, więc to, co możesz zdziałać, jest niepowtarzalne. A jeśli to stłumisz, przepadnie bezpowrotnie”. Powtarzaj sobie ten apel w myślach co najmniej trzy razy dziennie.

Jeśli uwierzyłeś, że masz w sobie siłę żywotną, energię, którą można wprowadzić w czyn, najwyższa pora, żebyś wstał i zaczął szukać rozwiązania. Trzeba zrobić pierwszy krok. Jest was dwoje dotkniętych problemem – czemu nie masz być tym, który zacznie?

„To niesprawiedliwe!” – zaprotestujesz.

Sprawiedliwe czy nie, którejś ze stron musi zależeć na związku w takim stopniu, żeby zrobić ten pierwszy krok. Czasem ten, kto go zrobi, sam przebywa całą drogę i dopiero wtedy spotyka się z partnerem. Czytasz tę książkę pewnie sam, więc to na ciebie spada teraz odpowiedzialność. Do pełnego sukcesu trzeba oczywiście, żeby nad naprawą związku pracowały obie jego strony. Gdybyś skrupulatnie robił to, co do ciebie należy, a twój partner byłby na to zupełnie głuchy, związek szwankowałby nadal, ale ty przynajmniej zyskałbyś spokój, świadom, że zrobiłeś wszystko, co się dało, żeby go ocalić.

Zamieszczam poniżej kilka bardziej szczegółowych sugestii. Pomyśl o nich od czasu do czasu, zastanów się, którą z nich i w jaki sposób zastosować. Jeśli któraś nie przynosi skutków, nie trać wiary – przyłóż się jeszcze bardziej. Myśląc o tych zasadach, praktykując je, będziesz nabierać coraz więcej wprawy w twoim zadaniu, lepiej też będziesz widział, czego jeszcze brak. Skup się na procesie, nie na rezultatach – rozwój często następuje skokowo, a jeśli będziesz wciąż przebiegał myślami, jakie ten czy tamten chwyt dał dotąd efekty, staniesz się po prostu nerwowy. Nie staraj się usilnie przewidywać wyników takich zabiegów; myśl o tym, że jesteś w drodze i chcesz dojść do celu – czyli odnowy związku. Jak w każdej innej podróży, nie śpiesz się zanadto i nie chodź na skróty. Teraz trwa odbudowa; póki co, ważne, żebyś był przekonany, iż w twoim związku może być lepiej. Życie toczy się dalej – trzymaj się prosto, stąpaj pewnie, patrz na partnera śmiało, raźnie z nim rozmawiaj. Pielęgnuj w sobie te uczucia, które wyzwalają harmonię. Lecz przede wszystkim staraj się przeżywać ten rozpoczęty proces, który zainicjowałeś; nie myśl o tym, żeby go jak najprędzej skończyć.

Ćwiczenia

Naucz się języka miłości. Skoro mówisz „tak”, znaczy to, że gotów jesteś dać jeszcze jedną szansę twojemu związkowi, a więc podejść do niego w jakiś nowy, odmienny sposób, zmieniając pewnie dotychczasowe formy wyrazu. Być może powinieneś pomyśleć o czułości swoich słów – nie rozmawiasz przecież z przedmiotem, ale z żywym człowiekiem. Musisz zmienić język – przemówić językiem miłości.

Pozwól się kochać. Być kochanym, zostać wybranym, to najgłębsza potrzeba człowieka. Jest to wspaniałe uczucie – wiedzieć, że ktoś cię szczerze kocha. Nawet, jeśli twój partner głęboko cię zranił, wciąż potrzebujesz jego miłości. Boisz się oczywiście odrzucenia, ponownego zranienia. Nie bez podstaw. Pamiętaj jednak, że w dłuższej perspektywie nowe zranienie nie jest dla ciebie nawet w części tak wielkim niebezpieczeństwem jak samotność.

Obdarowuj miłością. Kiedy na nowo zbliżasz się do partnera, otwarty na jego ciepło, jest mało prawdopodobne, że cię odepchnie. Oboje jesteście czującymi, wrażliwymi istotami. Wrogość, podejrzliwość, pielęgnowanie ukrytych motywów osłabiają spoistość związku i narażają go na rozpad pod wpływem pierwszego lepszego ciosu. Kiedy dajesz z siebie miłość, nie dajesz jej właściwie partnerowi ani też sobie, ale obdarowujesz nią wasz związek, wnosząc weń nowe życie.

Kontroluj swoje wymagania. Jeśli myślisz, że partner będzie spełniał wszystkie twoje potrzeby, oczekujesz więcej, niż ktokolwiek mógłby ci dać. Więcej możesz osiągnąć, dostrzegając potrzeby związku jako całości i starając się je zaspokoić.

Bądź troskliwy i opiekuńczy. Podchodź do partnera czule na niego otwarty; postaraj się cieszyć tym, że masz sposobność do kontaktu z nim. Jeśli przekonasz się, że wszystko, co partner mówi do ciebie, jest nie do przyjęcia czy niedorzeczne, skup się na wytyczonym celu – pamiętaj, że masz prawo dążyć do utrzymania warunków umożliwiających kolejne zbliżenie z partnerem.

Śpiesz się powoli. Nie wyrywaj się za wszelką cenę z wyrzuceniem z siebie za pierwszym razem wszystkich uczuć i myśli. Okaż, że interesuje cię odpowiedź partnera. Skup się na chwili obecnej i ciesz się tym, co już teraz możesz uzyskać.

Nie zakładaj różnych rzeczy z góry; założenia są stworzonymi przez umysł przeszkodami w drodze do celu. Nie warto zawracać sobie głowy takimi na przykład myślami: „Związki innych są lepsze niż mój, ludzie nie mają z nimi takich problemów. Konflikt w związku jest czymś nienormalnym i niszczącym, należy go więc unikać; dobry związek powinien przebiegać gładko. Czemu inni są tacy szczęśliwi, a my napięci i cierpiący?”.

Wystrzegaj się chęci kontrolowania. Nikt nie lubi być kontrolowany. Stwierdzenia podyktowane przez rozum w rodzaju „Wiem, ile możemy wydać!” albo „Wiem, że jestem teraz w porządku” stresują znacznie bardziej niż uwagi płynące z serca, jak „Zastanówmy się nad tym wspólnie”.

Staraj się nie zmieniać swego partnera. Ludzie nie zmieniają się pod presją, ale wtedy, gdy sami czują, że zmiana jest potrzebna. Elementem czy sprężyną zmiany może być, powolne nieraz, odkrywanie radości płynącej z dzielenia życia z drugą osobą.