Zanim odszedł - Edyta Świętek - ebook
Opis

Karolina, po tragicznej śmierci męża i utracie dziecka, długo nie może dojść do siebie. Zachęcona przez przyjaciółkę, Sylwię, postanawia przelać swoje emocje na kartki książki. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę, a Karola pisze i wydaje coraz to kolejne powieści. Oparcie znajduje w przyjaciółkach – krzykliwej i przebojowej Sylwii oraz dopiero co poznanej za pośrednictwem Internetu Caro.

Z czasem okazuje się, że z wirtualną znajomą łączy ją zadziwiająco wiele podobieństw, a w kobietach rodzi się podejrzenie, że mogą one być ze sobą spokrewnione. Wrażenie to jest tym silniejsze, że Karolina nigdy nie poznała swojego ojca, który zmarł przed jej narodzinami, a jej matka uparcie nabiera wody w usta, kiedy kobieta próbuje dowiedzieć się czegoś o swoich korzeniach. Caro również odnosi wrażenie, że jej rodzina coś przed nią ukrywa. Czy stare zdjęcia, które obie kobiety posiadają, mogą przedstawiać tego samego mężczyznę – Karola, który prawdopodobnie jest ich ojcem? Nic nie jest jednak takie, jak się wydaje, w dodatku nie tylko Karolina i Caro ukrywają swoje małe sekrety…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphotos.com/ Volodina

Copyright © depositphotos.com/ dundanim

Skład, łamanie, przygotowanie wersji elektronicznej

Maciej Drozdowski

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-337-0

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

Wszystkie postaci i wydarzenia, a także praktyki stosowane przez Wydawnictwo Pagina są fikcyjne – wszelkie podobieństwa są dziełem przypadku.

Podziękowania:

− dla wspaniałej ekipy wydawnictwa Replika – za owocną współpracę,

− dla Gosi Sobczyk – Margo, Ty wiesz za co,

− dla Pauliny Żak – za całokształt,

− a wreszcie dla dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu – męża oraz syna − za to, że wypełniacie moje życie szczęściem.

Coś było, coś odeszło, po­zos­tało coś.

– William Wharton

2014

Zawsze najtrudniej jest napisać pierwsze zdanie. Niewiele osób wiedziało o tym lepiej niż Karolina Rozwadowska. Od godziny tkwiła nieruchomo przed matrycą notebooka, obiecując sobie, że nie ruszy się z miejsca, nim nie zacznie pisać powieści. Pomysł miała w głowie już od dawna, niemalże gotowy i dopracowany w szczegółach. Problemem był początek – o wiele łatwiej przychodziło pisanie następnych zdań.

Dziewczyna wystukała kolejną wersję. Spojrzała krytycznie na zapisany ciąg znaków i wydała z siebie ciężkie westchnienie. Niemoc twórcza była koszmarna.

Nie mogła ot tak po prostu odpuścić sobie pisania. Była początkującą autorką. Nie utrzymywała się z twórczości, lecz z prozaicznej pracy w Fundacji Rozwoju Myśli Ekologicznej. Sam proces tworzenia pociągał ją jednak tak bardzo, że wciąż myślała o tym jako swoim docelowym źródle zarobków. Póki co miała na koncie trzy powieści, w tym dwie już wydane, trzecia miała ukazać się w ciągu kilku tygodni, czwarta dojrzewała w jej głowie. Pomysły na piątą, szóstą oraz następne roiły się w myślach i snach Karoli niczym unoszące się nad łąką chmary wielobarwnych motyli.

Do pisania dojrzewała bardzo długo, niemalże od zawsze. Ciągle jednak brakowało jej a to czasu, a to chęci, a to znowuż skupiona była na codziennym życiu. Twórcze uniesienia znajdowały się w sferze nieuchwytnych marzeń. Być może nigdy nie zmobilizowałaby się do działania, gdyby nie to, że trzy lata wcześniej w jej słodkim świecie rzeczywistym nastąpiło dramatyczne tąpnięcie. Skutkiem tego był krater, który nagle pojawił się w sercu Karoliny. Do tego doszły dziesiątki nieprzespanych nocy oraz ponurych dni, zmieniających się w smutne tygodnie, które bezpowrotnie przeciekały przez palce.

– Siadaj i pisz o tym, co czujesz – poleciła jej najlepsza przyjaciółka Sylwia. – Potraktuj to jako formę terapii. A później dasz mi do poczytania i zobaczymy, co będzie dalej.

Sylwia była najbardziej apodyktyczną zołzą, jaką Karola znała. Z zawodu dziennikarka, wszędzie potrafiła się wcisnąć, miała rozległe znajomości. Gdy wyrzucano ją drzwiami, wchodziła oknem. W razie potrzeby wdrapywała się po rynnie na dach i wciskała przez komin, wzorem świętego Mikołaja.

Sylwia była pełna ekspresji, otwarta i dynamiczna, Karolina – wyciszona, spokojna, niemalże nobliwa.

Sylwia wciąż strzelała jakieś gafy, chociaż ze wszystkich sił starała się być damą. Karolina damą po prostu się urodziła – zawsze była opanowana i dystyngowana.

Sylwia ciągle dokądś biegła, nosiła glany i spodnie bojówki z licznymi kieszeniami, w których upychała dyktafony, notesiki, długopisy, rolki z kliszami i inne niezbędne rzeczy. Karolina majestatycznie kroczyła przez życie, zachowując równowagę w dziesięciocentymetrowych szpilkach, traktując elegancką jedwabną sukienkę niczym drugą skórę.

Sylwia miała krótką, modną fryzurę chłopczycy, ufarbowaną na marchewkoworudy kolor z lekką domieszką pomarańczu. Karolina nosiła długi warkocz w odcieniu bardzo ciemnego blondu.

Sylwia kopciła jak lokomotywa, odpalając papierosa od papierosa. Karolina nie ulegała żadnym nałogom. Ba! Ona zdawała się nie mieć w ogóle żadnych słabości.

Sylwia była żywiołowym ogniem, Karolina opływającą wodą.

Karolina, która łatwo poddawała się emocjom, była w rzeczywistości twarda jak głaz. Sylwia, sprawiająca wrażenie równie niewzruszonej co średniowieczna twierdza, była krucha niczym zamek ze szkła.

Obydwie uwielbiały martini bianco, francuskie piosenki i zwierzęta.

Kochały się bardziej, niż gdyby były siostrami, mimo że nie łączyła ich nawet kropla krwi. Kochały się platonicznie, bez podtekstów i erotyzmu. To była po prostu najmocniejsza przyjaźń świata, nieskażona zazdrością o urodę, ciuchy i facetów, gdyż były tak różne, jak różny może być ogień i woda. A to pozwalało im na życie w pełnej symbiozie.

Sylwia często narzucała Karolinie swoje zdanie, a Karola skwapliwie pozwalała się tyranizować. Nawet w kwestii Bartka były całkowicie zgodne. Co więcej, sam Bartek, nim odszedł ciemnym korytarzem w stronę przyzywającej go jasności, ze stoickim spokojem godził się na ten stan rzeczy.

Chcąc, nie chcąc, ponaglana przez przyjaciółkę, Karolina Rozwadowska zasiadła przed nowiutkim wówczas laptopem, aby napisać swą debiutancką powieść zatytułowaną Zanim zaśniesz, opowiadającą o kruchości ludzkiego szczęścia. Ruda, która wciąż czekała na ten tekst, tupiąc ze zniecierpliwienia stopą obutą w ciężki, skórzany bucior, porwała dzieło przyjaciółki, gdy tylko Karola postawiła kropkę po ostatnim zdaniu.

Przez następne dwadzieścia cztery godziny nie dała znaku życia, co było do niej totalnie niepodobne. Zdawać by się mogło, że przepadła na dobre, bowiem zazwyczaj, jeśli nie zjawiała się osobiście, to dzwoniła lub słała SMS-y albo e-maile. Miała nieprawdopodobnie wielką potrzebę pozostawania z przyjaciółką „w kontakcie”.

Dobę później, gdy dręczona bezsennością i niepokojem Karola już miała, jeśli nie słać listy gończe, to przynajmniej wszcząć jakąś akcję poszukiwawczą, Sylwia, tupocząc swoimi ciężkimi buciorami, wpadła jak tornado do małego mieszkanka przyjaciółki.

– Uff… Ledwo zipię – wysapała zgodnie z prawdą, gdyż wbiegła na czwarte piętro rączo niczym łania, przeskakując po trzy stopnie naraz.

Padła na najbliższy fotel w wyjątkowo mało estetycznej pozie, wachlując się wymownie dłonią (na zewnątrz panował trzydziestostopniowy upał) i błagając o szklankę zimnej wody. Zaspokoiwszy pragnienie, mogła w końcu przejść do rzeczy:

– Karola! To najbardziej zajebisty tekst, jaki w życiu czytałam. – W przypadku Sylwii wszystko musiało być „mega”, „totalne” lub przynajmniej „zajebiste” (określenie stosowane najrzadziej, głównie z uwagi na subtelne uszy Karoliny). – Sorry – poprawiła się, widząc, jak Karolina marszczy brwi. – Chodzi o to, że jest mega! Nie, no pardon! Tym razem musisz mi wybaczyć słownictwo. To najbardziej mega totalnie zajebista rzecz, jaką czytałam! Powinnaś być poetką. Niby to proza, co napisałaś, lecz tyle w tym liryzmu, dramatyczności… To jest po prostu epickie!

Zachwyty zachwytami, lecz znalezienie wydawcy dla tego mega totalnie zajebistego dzieła okazało się sprawą niełatwą. Postępując zgodnie z radami Rudej, Karola rozesłała tekst do wydawców, a następnie uzbroiła się w zalecaną przez wszystkich cierpliwość. Tej ostatniej zabrakło Sylwii, dla której niepojętym było, że do tego stopnia można lekceważyć tak wiekopomne dzieło. Ponaglała więc wciąż przyjaciółkę, by ta z kolei słała ponaglenia do wydawców. W końcu zirytowana wzięła rzecz w swoje ręce (a raczej w pyskate usta, gdyż większość spraw załatwiała telefonicznie) i tak oto miesiąc później zawarta została umowa trójstronna pomiędzy Wydawnictwem Pagina z Warszawy, autorką Karoliną Rozwadowską oraz agentem literackim i patronem medialnym w jednej osobie, czyli Sylwią Kasprzyk.

Pagina była wprawdzie niewielką, raczkującą dopiero oficyną wydawniczą, lecz Sylwia tryskała optymizmem i uważała, że świetnie rokuje na przyszłość.

– Oni dopiero zaczynają, lecz mają książki we wszystkich ważnych sieciach sprzedaży. Do tej pory nie odnieśli oszałamiających sukcesów, ich oferta jest przeciętna. Potrzebują megagwiazdy. Masz wszelkie predyspozycje, aby nią być: świetnie piszesz, masz styl i pomysły. I, co ważne, masz ładną buźkę, która pozwoli na to, aby wykreować ci wspaniały wizerunek medialny. Już moja w tym głowa, Karola! Słuchaj się mnie, to zobaczysz, że daleko zajdziesz!

– Ale co ja mam robić? – zmartwiła się Karolina. Nie w głowie jej były sukcesy, kariera oraz splendor, o którym przez ostatnie dwie godziny opowiadała z entuzjazmem przyjaciółka.

– Ty? Ty po prostu pisz. I pozostań sobą. Bądź dokładnie taka, jaka jesteś: delikatna, subtelna, troszkę tajemnicza. O, to, to! Tajemnicza! – Ucieszyła się pomysłem Sylwia, jakby Karola ze swą dystyngowaną naturą była dziełem jej własnych rąk. – Musisz koniecznie mieć bloga albo stronę internetową, i profil na Facebooku, Twitterze czy gdzie tam wolisz.

– Ale po co – zdziwiła się przyszła gwiazda – skoro sama zalecasz mi tajemniczość i skromność?

– No właśnie po to, aby troszkę tę twoją tajemniczość uzewnętrznić. Niczym arabska księżniczka puścisz oko zza woalki. O! Zajebiste… Eee… Sorry, mega trafne porównanie – zachichotała, kołysząc diabła na stopie.

– Sylwia! Litości! Żadnych woalek i arabskich księżniczek – jęknęła Karolina, czując, że jej spokojny i wyciszony mikrokosmos zaczyna nagle wirować, jakby miała w nim rozbłysnąć supernowa.

Byle tylko nie okazało się, że to jednak czarna dziura.

– No, przecież mówiłam ci, że to przenośnia – nawijała dalej niezrażona oporem przyjaciółka. – Chodzi mi o to, że musisz się upublicznić, aby rozbudzić ciekawość czytelników. Nie możesz jednak pokazywać nazbyt wiele: żadnych samojebek… ups! Selfików – poprawiła się, zmiażdżona kolejnym karcącym spojrzeniem brązowych oczu Karoliny. – Żadnych wynurzeń typu: jestem nieszczęśliwa, szczęśliwa, boli mnie wielki palec u lewej stopy, poszło mi oczko w pończosze, na obiad zeżarłam pół wieprzka i popiłam beczką piwa, w dowód czego wrzucam zdjęcia. No, niektóre „gwiazdeczki” tak właśnie robią – wyjaśniła, widząc, że przyjaciółka patrzy na nią jak na wariatkę. – Wierzę w ciebie i wiem, że wyjdzie nam pełen profesjonalizm.

I tak oto zaczęła się przygoda Karoliny Rozwadowskiej z pisaniem, blogowaniem oraz social mediami.

Prowadzenie bloga i Facebooka uważała za zło konieczne – nużyło ją to zajęcie. O ile nie narzekała na brak pomysłów do pisania powieści, tak wszelkie formy aktywności internetowej przyprawiały ją niemalże o ból głowy. Była zbyt zamknięta w sobie i powściągliwa, aby uzewnętrzniać swoje myśli.

Oczywiście najbardziej i niemalże bez reszty wciągnęło ją tworzenie. Było balsamem dla obolałej duszy, lekiem na bezsenność, pocieszeniem w chwilach melancholii.

Za oknem zapadał zmierzch. Z wolna cichł gwar kurdwanowskiego osiedla. Karola wciąż bujała w obłokach, namyślając się nad skleceniem najważniejszego zdania. Nie mogła tak po prostu pominąć tego i zacząć od rozwijania dalszej myśli, gdyż była na to zbyt uporządkowana. Uważała, że jeśli zacznie w odpowiedni sposób, to później pójdzie już jak po maśle. Tak było przynajmniej w trzech poprzednich przypadkach. Poza tym, miała opracowany szczegółowy plan pracy, a to, jak wiadomo, rzecz święta. Za każdym razem trzymała się go dosyć ściśle, realizując punkt po punkcie, i nie wyobrażała sobie odstępstw od tego standardu. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik.

Z zadumy wyrwał ją dźwięk sygnalizujący jakiś ruch na Facebooku. Wiedząc, że i tak nie zdoła skupić się na niczym, kliknęła w ikonkę firefoxa, powiększając opuszczoną do belki stronę internetową.

„Michał Żaczek chce dołączyć do grona Twoich znajomych na Facebooku” – brzmiał komunikat, który oderwał ją od twórczych mozołów. Zaakceptowała zaproszenie. Idąc za sugestią Rudej, przyjmowała do swojego kręgu absolutnie wszystkie osoby, które się napatoczyły. Chodziło o jak największe grono odbiorców dla komunikatów, które publikowała. Jej wall w całości poświęcony był pisarstwu: informacjom o spotkaniach autorskich, relacjom z promocji, przebiegu prac wydawniczych itp. Czasami „wrzucała” jakieś zabawne fotki znalezione w sieci lub króciutkie fragmenciki swojej twórczości.

Po półtora roku obecności w serwisie miała spore grono „znajomych”, pośród których były również inne autorki, recenzentki oraz przypadkowi ludzie. Ściśle stosowała rady Sylwii, otaczając się subtelną mgiełką tajemnicy. Z uwagą obserwowała poczynania innych osób, często działających w myśl zasady: nieważne co, ważne, by o tobie mówili. Bez pudła potrafiła odróżnić klakierstwo od szczerych pochwał. Zdążyła nabrać dystansu do facebookowej plątaniny intryg oraz plotek. Co więcej, uważała, że popularny portal społecznościowy to po prostu wielki słój, w którym całe towarzystwo wzajemnej adoracji kiśnie niczym ogórki.

Z nudów zajrzała na profil Żaczka. Wyglądał na sympatycznego mężczyznę w sile wieku. Na ogół udostępniał wieści oraz fotorelacje z różnych spotkań towarzyskich i imprez kulturalnych, które mają miejsce we wsi Szydłowniki, oraz z miasta i gminy Chrząstkowo, skąd zapewne pochodził. Ot, jeszcze jeden zupełnie zwyczajny facet.

Aaa… Nie do końca zwyczajny! Widać było, że gorąco interesuje się literaturą. Miał w gronie swoich znajomych co najmniej tyle samo autorów co ona. Zaraz po tym, jak potwierdziła wirtualną znajomość, została wręcz zasypana przez niego lajkami – widać, także eksplorował właśnie jej profil.

Dobra, koniec przerwy – zdyscyplinowała samą siebie. – Zadanie na dzisiaj: pierwsze zdanie plus nie mniej niż dziesięć tysięcy znaków. Do boju!

Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w głowie dziewczyny rozbłysło światełko. Kolejne trzy godziny spędziła na niestrudzonym stukaniu w klawiaturę i uśmiechaniu się do swoich myśli.

Przez następny tydzień Michał Żaczek był najbardziej aktywną postacią, z jaką Karola miała do czynienia w wirtualnym świecie. Reagował żywo na każdy jej wpis, lajkując, komentując i udostępniając niemalże wszystko. Sprawiał wrażenie nietuzinkowego, nieco zabawnego człowieczka, przejętego faktem, że ma tyle interesujących wirtualnych znajomości. Karola zauważyła, że w tym samym czasie przybyło na jej fanpage’u mnóstwo nowych sympatyków, którzy w większości byli znajomymi Michała.

Ona także nie pozostawała mu dłużna i też coś tam „polubiła” lub komentowała. W końcu, po kilku dniach wymiany uprzejmości, otrzymała od Żaczka wiadomość prywatną następującej treści:

Droga Karolino, czy byłabyś zainteresowana spotkaniem z czytelnikami w Szydłownikach? Mamy tutaj nowo otwarty dom kultury, do którego zapraszamy artystów. Jeśli tak, to podaj mi swoje warunki.

Od słowa do słowa, Karola umówiła się na spotkanie autorskie, które miało nastąpić kilka dni po premierze jej najnowszej powieści. Nawet nie próbowała ukrywać, że propozycja tego zabawnego człowieczka przyszła w samą porę. Miała dzięki temu możliwość zaprezentowania światu swego dzieła. No, może nie od razu całemu światu, ale od czegoś trzeba było zacząć. Czemu więc nie od szydłowniczan?

***

Caro Grzegorczyk de domo Firlej głowiła się nad notą biograficzną, która miała widnieć na okładce jej najnowszego tomu poezji. Chciała, aby to było coś niebanalnego i niedosłownego. W końcu bycie poetką do czegoś zobowiązuje – na pewno do zachowań nieszablonowych.

Brr, wszędzie negacja: „niebanalnie”, „nieszablonowo”, „niedosłownie” – kobieta poczuła, że ogólnie jest to dzień na jedno wielkie, krzyczące „NIE!”.

Była w kiepskiej formie, co nie zdarzało się nazbyt często. Miała za sobą nieprzespaną noc, podczas której w jej pamięci ożywały postaci z przeszłości. Szczególnie jedna z nich: Emilka, ze swoimi małymi, ciepłymi rączkami oplatającymi jej szyję.

Ogniu gorejący w mej duszy

Czyż już nigdy twe płomienie nie ugasną?

Te dwa wersy kołatały w głowie Caro od ładnych paru godzin, więc dla świętego spokoju zanotowała je obok ostatniego zdania noty: „Zawieszona między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia”.

Bleee, nie lubię myśleć o sobie w kategoriach wieku – westchnęła i zerknęła w bok, aby przekonać się, że lustro wiszące na ścianie domowego gabinetu (No i co z tego, że lubię się przeglądać? Jestem kobietą, mogę sobie pozwolić na próżność) wciąż odbija młodą, pełną wdzięku twarz.

Odetchnęła z ulgą. Trafiły się jej wyjątkowo dobre geny. Lustrzana tafla była dla niej bardzo przychylna. Ukazywała subtelną blondynkę z dość ciemnym, miodowym odcieniem włosów zaplecionych w zacny warkocz. Wokół orzechowych oczu Caro nie widać było zmarszczek innych niż mimiczne. Rozciągnęła ładnie wykrojone usta w sztuczny uśmiech. Tak – zdecydowanie miała powody do zadowolenia – wciąż wyglądała pięknie. Mimo morza wylanych łez i dziesiątek bezsennych nocy.

Sprawdzę, co w necie – pomyślała.

Internet był nieocenionym środkiem komunikacji i narzędziem do pozyskiwania czytelników. Bardzo często publikowała tam fragmenty swoich wierszy, które po wielokroć udostępniane, trafiały do coraz szerszego grona osób. Dzięki temu jej poezja ożywała. Caro często dostawała e-maile lub wiadomości na czacie, świadczące o tym, że ludzie czytują takie utwory. Najprzyjemniej było, gdy ktoś pisał, że po latach intelektualnego niebytu, zafascynowany jej liryką, sięgnął po słowo pisane.

Zanim jednak zalogowała się na Facebooku, do gabinetu zajrzał jej młodszy synek, Piotruś. Chłopiec wstał właśnie z poobiedniej drzemki.

– Pójdziemy na spacer? – zapytał, bez pardonu tarabaniąc się na kolana matki. – I na ryby, tak jak obiecałaś, pamiętasz? Mieliśmy iść nad jezioro – przypomniał.

– Oczywiście, wróbelku. Muszę się tylko przebrać – oznajmiła Caro. – Ty w tym czasie leć po wędki. Zapytaj też Kamila, czy nie poszedłby z nami.

Nota biograficzna, wiersze, Facebook – wszystko to w jednej chwili utraciło ważność. Caro uważała, że najbardziej wartościowe są chwile, które może spędzać z dziećmi. Dla swoich chłopców rzucała absolutnie wszystko i była szczęśliwa, że nie musi stać, jak większość kobiet, przed wyjątkowo trudną kwestią: pójść do pracy czy opiekować się potomstwem.

Przebrana w wygodne bojówki, zajrzała do gabinetu, skąd zabrała mały notatnik i długopis. Miała nadzieję, że gdy chłopcy zajmą się wędkowaniem, to jej uda się sklecić tę nieszczęsną notatkę. Mogłaby także napisać wiersz, pozwalający oczyścić duszę z majaków, które nawiedziły ją minionej nocy.

Poezja bez wątpienia była znaczącą częścią jej życia emocjonalnego. Czasami, podczas wieczorków poetyckich, dopytywano Caro, skąd pomysł na taką formę ekspresji oraz kiedy powstał pierwszy utwór. Nie znosiła tych dwóch pytań. Przede wszystkim dlatego, że nie pamiętała okoliczności powstania pierwszego wiersza. Już jako kilkuletnia dziewczynka układała sobie różne rymowanki o wszystkim, co przyszło jej do głowy. Ten pomysł na życie nie powstał pod wpływem impulsu – nie było w jej życiu poranka, gdy obudziła się i stwierdziła: od dzisiaj będę poetką. Liryka po prostu stanowiła nierozerwalną część jej duszy.

Jako mała dziewczynka Caro nie tylko tworzyła wierszyki – była także jednoosobowym wydawnictwem. Starannym, kaligraficznym pismem przepisywała bardziej udane utwory do gładkiego zeszytu. Przy każdym rysowała ilustracje.

– Trafiła nam się cudowna dziewczynka – mawiała z dumą mama Karoliny, głaszcząc z czułością jej złocistą główkę.

– Ciekawe, po kim toto takie mądre i dobre? – zastanawiał się tato.

Rodzice wymieniali się znaczącymi spojrzeniami. Byli szczęśliwi, że los obdarzył ich utalentowaną, inteligentną córeczką. Czekali na dziecko wiele lat – zdecydowanie zbyt wiele – ale gdy wreszcie ich wiara i cierpliwość zostały nagrodzone, wiedzieli, że warto było dożyć tych chwil.

Caro bez cienia wstrętu nadziała robaka na haczyk. Nie miała problemu z ujęciem żywej glisty w palce. Niby czemu miałoby to wzbudzać w niej obrzydzenie? Wychowywała się na Pojezierzu Mazurskim. Całe życie mieszkała nad wodą. Wędkowanie i robaki, pływanie i usuwanie pijawek – wszystko to były rzeczy oczywiste. Podała przygotowaną wędkę młodszemu synkowi. Starszy chłopiec, Kamil, doskonale radził sobie sam.

Zazwyczaj z przyjemnością wędkowała wraz z dziećmi. Tego dnia nie dołączyła do zabawy. Usiadła na drewnianym pomoście obok chłopców. Ograniczyła się do pilnowania, aby nie zaplątali żyłek lub nie wszczęli jakiegoś konfliktu. Zrzuciła miękkie tenisówki i zanurzyła stopy w przyjemnie chłodnej wodzie. W migotliwych refleksach odbijających się od powierzchni majtała nogami, wzniecając drobne fale.

– Mamo! Płoszysz nam ryby! – Oburzył się Kamil. – Zawsze mówisz, żeby nie huśtać diabła na stopie, a sama co robisz? Chcesz, żeby wskoczył ci na nogę diabeł morski?

– Głupek! – pisnął Piotruś, który, jak przystało na dobrze wychowanego dżentelmena, poczuwał się do obrony kobiet. – Diabły morskie są w morzu.

– Sam jesteś głupek! – odciął się natychmiast starszy chłopiec.

– Mamo, on się przezywa!

– Nieprawda! To Piotrek zaczął. Piotrek, Pietrucha! Mucha ci lata koło ucha!

– Kamil-sramil! – Piotruś nieodmiennie czuł się pokrzywdzony, gdyż imię jego brata nigdy nie rymowało się tak wdzięcznie jak jego własne.

No masz! Zaczyna się – westchnęła Caro, wiedząc, że z tej na pozór banalnej wymiany zdań może zaraz wyniknąć wielka kłótnia. Znała swoich trzpiotów nazbyt dobrze.

– Hej, panowie! Sami zaraz spłoszycie wszystkie ryby – ostrzegła ich.

I co mi zostało z poezji? Proza życia.

Uśmiechnęła się.

Nie oddałaby tej prozy nawet za nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.

***

Aldona Samuślik wierzyła, że pieniądze posiadają cechy męskie. Jej zdaniem nigdy nie można było na nie liczyć. Miały wyjątkowy dar do znikania z jej portfela w taki sam sposób jak przygodni kochankowie po upojnej nocy. Mężczyźni nie lgnęli do niej, podobnie jak pieniądze. Forsa przeciekała przez palce, a faceci przez uda. Ledwo rozchylała kolana – kandydat na męża zaraz się ulatniał.

W wieku drastycznie zbliżającym się do magicznej czterdziestki Aldona wciąż pozostawała bezdzietną starą panną – bez znaczących dokonań literackich i sześciocyfrowego konta w banku. Nie tak to wszystko miało wyglądać! Oj… Nie tak.

Mama zawsze powtarzała jej, że z taką urodą i intelektem może zawojować świat.

Uważała, że typowo słowiańska uroda jedynaczki powinna być atutem Aldusi w drodze na salony. W rzeczywistości owa uroda stanowiła nieco naciągnięte pojęcie. Może i panna Samuślik nie była potworą, ale do ósmego cudu świata było jej zdecydowanie zbyt daleko. Jasna szatynka z pyzatymi policzkami, piwnymi oczami oraz czołem myślą nieskalanym – tak można najkrócej ją określić. Wrażenie bezmyślności potęgowały wiecznie rozchylone usta, nadające jej twarzy wyraz permanentnego zdziwienia. Nie była to jednakże buzia brzydka. W nieco wcześniejszych czasach zawisło na niej niejedno męskie spojrzenie, które później prześlizgiwało się w dół, aby znieruchomieć z zachwytu nad popiersiem Aldony.

Cienkie jak pajęcze nitki, długie do połowy pleców włosy były zbyt niesforne i liche. Na domiar złego miały tendencję do przetłuszczania się i sklejania w nieestetyczne strączki.

W rojeniach Genowefy Samuślik mężczyźni mieli padać do stóp Aldusi. Nadmienić przy tym należy, że stopy te były w zadziwiająco małym rozmiarze 36 – małym w stosunku do wzrostu i całokształtu. Ogólnie rzecz biorąc, była ona bowiem kobietą okazałą. Mierzyła blisko metr osiemdziesiąt. Miała obfite piersi oraz biodra, co przykuwało uwagę mężczyzn gustujących w pełnych, kobiecych kształtach. Niby nie była tęga, lecz sprawiała wrażenie, jakby ktoś wyciosał ją toporem z grubego pniaka, nie troszcząc się o subtelność i wdzięk.

W gruncie rzeczy ciężko byłoby jednoznacznie sklasyfikować jej urodę jako mniej lub bardziej piękną. Zapewne gdyby Aldona dołożyła nieco starań, prezentowałaby się znacznie lepiej. Jej jednak nie w głowie były metamorfozy i kosztowne zabiegi kosmetyczne.

O ile wysoki wzrost nie martwił Aldony (przecież wszystkie modelki są wysokie), tak obfitość kobiecych walorów wymuszała od nieszczęsnej permanentną dietę. Brakowało jej jednak wytrwałości, więc co jakiś czas (co najmniej raz w tygodniu) folgowała swoim zachciankom. W końcu, pogodzona z własnym wizerunkiem oraz niemożnością dokonania gruntownych zmian, spoglądała z zawiścią na szczuplejsze kobiety – tylko po to, by już po chwili prychnąć:

– Facet nie pies, na kości się nie rzuca.

– Krzepka jak rzepa. Dziewucha jak się patrzy – mawiała babcia Florentyna, matka jej ojca, kobieta prosta, której Aldona troszkę się wstydziła i nieszczególnie za nią przepadała.

Właściwie nie miała ku tej niechęci jakichś konkretnych powodów. Aldona była mieszkanką stolicy, a starowinka mieszkała gdzieś na Podlasiu, woniejąc z lekka stęchlizną oraz naftaliną. Ludowe mądrości babci irytowały nowoczesną panienkę z miasta, zaściankowe poglądy i mentalność śmieszyły, a gwara, jaką to wszystko było wygłaszane, budziła grozę. Na szczęście Flora nie znosiła Warszawy równie mocno jak jej wnuczka Podlasia, więc nieczęsto miały ze sobą do czynienia.

Dla Aldony powodem do radości było to, że prócz owej krzepkości, od przodków po mieczu nie odziedziczyła więcej cech, a po kądzieli dostały jej się inteligencja, talent oraz szlachetny rys. Na czym ów szlachetny rys miałby polegać, tego nie potrafiła dokładnie opisać. Czuła się jednak inna niż wszyscy, bardziej wyjątkowa i zdecydowanie lepsza. W końcu nie wypadła sroce spod ogona.

W przekonaniu, że jest kimś, utwierdzano Aldonę od najwcześniejszych lat życia. Tato, zanim odszedł, nazywał ją swoją królewną i spełniał każdy kaprys. Chwalił talenty literackie, wokalne i aktorskie. Podziwiał rysunki, hafty oraz figurki, które lepiła z modeliny. Cieszył się swoją najpiękniejszą w świecie, utalentowaną córunią.

W rzeczywistości Aldusia pisała całkiem przeciętne teksty, które w szkole oceniano proporcjonalnie wysoko do stanowiska piastowanego przez szanownego tatkę. Aktorskie ciągoty wypadały przeciętnie, natomiast śpiew delikwentki nasuwał myśl, że panna Samuślik ma niedrożne kanały słuchowe. Również i prace manualne pozostawiały wiele do życzenia: rysowała jednowymiarowo, bez perspektywy, hafty były nierówne, a figurki… Cóż, można było znaleźć lepsze zastosowanie dla modeliny.

Niemniej jednak tatko, który swoją córcię widywał niemalże od święta, gdyż większość czasu spędzał w rozmaitych delegacjach i rozjazdach, piał z zachwytu nad każdym dziełem swego dziecięcia. Podobnie rzecz miała się z mamą, babcią Dagmarą, nauczycielkami w szkole oraz chłopcami, którzy w pryszczatych latach nastoletnich ślinili się do wybujałych kształtów koleżanki.

Nawiasem mówiąc, pan Samuślik, który tak wynosił swą latorośl pod niebiosa, był człowiekiem zdolnym i ambitnym. Posiadał pewne predyspozycje artystyczne, które w młodym wieku zostały zmarnowane (czy może raczej stłumione) na rzecz fachowego, starannego wykształcenia. Zamiast wykorzystywać swoje talenty, ojciec Aldusi robił karierę przyziemną, ale za to dochodową. Ponieważ z każdym dziełem córeczki odzywały się w nim okrutne tęsknoty za tworzeniem – swoje niespełnione ambicje przelał na wypieszczoną „Niniusię”, pilnując, aby matka na bieżąco opłacała dziecku wszelakie zajęcia dodatkowe, włącznie z baletem. Ten ostatni Aldusi nie cieszył, gdyż przy filigranowych koleżankach czuła się niczym świnka Piggy w krynolinie. Balet jednakże był jedynym kaprysem tatki, a tam, gdzie tatko decydował, nie było miejsca na odmowę.

Mimo że w domu rodzinnym Aldonka była wypieszczona i wynoszona ponad niebiosa, o wiele więcej radości sprawiała jej adoracja ze strony chłopców z klasy. Cieszyły ją cielęce spojrzenia kolegów, ich zaczepki oraz końskie zaloty. Ba! Lubiła nawet drobne uszczypliwości, gdyż dowodziły, jak popularna jest wśród rówieśników. A ona przecież pragnęła sławy już od najmłodszych lat. Miała być kimś wyjątkowym i basta! Hołdy po prostu jej się należały.

Rozczarowanie przyszło w dorosłym życiu.

Pryszczaci nastolatkowie przedzierzgnęli się we wrednych mężczyzn, którzy woleli szczupłe, seksowne blondynki (niekoniecznie z wysokim ilorazem inteligencji) lub skromne szare myszki domowe, albo kobiety sukcesu, które jak burza szły przez życie. Aldona nie mieściła się w żadnej z tych kategorii, a swoimi inteligentnymi wywodami przyprawiała mężczyzn o impotencję – dosłownie. Czasami, gdy na dłużej zamykała usta, udawało się jej zwrócić na siebie uwagę jakiegoś mężczyzny gustującego w bujnej kobiecości. Niemniej jednak nigdy nie zdołała stworzyć trwałego związku, gdyż jej osobowość była zbyt przytłaczająca, aby zatrzymać kogoś na dłużej.

Ponieważ od zawsze miała ciągoty artystyczne, wiedząc, że jako aktorka czy wokalistka świata nie zawojuje, postawiła w końcu na literaturę. Z większym lub mniejszym powodzeniem pisywała felietony do prasy, czasami udawało jej się skrobnąć recenzyjkę, to znów zrobić wywiadzik, raz czy drugi wskoczył jakiś reportażyk. Niestety, Aldonie brakowało stałego zajęcia, podobnie zresztą jak pieniędzy. Na tym polu odczuwała bolesną krzywdę wyrządzoną przez jakiegoś podłego demiurga. Przyzwyczajona od dziecka do dostatku – teraz ledwo, ledwo zarabiała na podstawowe potrzeby. A gdzie ciuszki? Butki? Przyjemności? Gdzie wczasy na Majorce i drinki z palemką?

Dobrze jeszcze, że w podorędziu pozostawała mamuńcia (pieszczotliwe określenie, stosowane na potrzeby żebracze), która wciąż wspierała swoją ukochaną jedynaczkę nie tylko na wyboistej i trudnej ścieżce kariery, lecz również i w życiu jako takim.

Za każdym razem, gdy Aldonie udawało się zyskiwać dofinansowanie, troski o byt doczesny kurczyły się i chowały w kąt. Na pierwszy plan wysuwały się ambicje zawodowe (no, powiedzmy) – pragnęła być wziętą dziennikarką. Zgłosiła się nawet na tę cholerną konferencję o lasach amazońskich. Wiedziała z nieoficjalnych źródeł, że ktoś spomiędzy uczestników może dostać szansę wyjazdu do Ameryki Południowej. Ona wolałaby wprawdzie mniej egzotyczne miejsce, lecz cóż – taki wyjazd na pewno byłby windą szybkobieżną na sam szczyt kariery. Byłby także porządnym zastrzykiem finansowym – przecież nikt nie wylatuje za ocean za darmochę! Tego, że załapie się na delegację, była niemalże pewna (miała swoje chody w środowisku), musiała tylko przeczekać jakoś najtrudniejszy okres do momentu wyjazdu. Bardzo pomagały jej w tym darmowe obiadki podrzucane przez rodzoną matuś (dieta dietą, ale żyć jakoś trzeba) oraz pieniążki przelewane na konto Aldusi bądź dostarczane w postaci czystej, żywej gotówki.

Drugim sposobem na znalezienie ujścia niespożytej weny twórczej było pisanie książki. Aldona przez kilka miesięcy, w znoju i pocie czoła, tworzyła dzieło o dość enigmatycznym tytule Lawenda musi zniknąć, które to miało przebojem wejść na rynek literacki i zdominować wszystkie listy bestsellerów na bardzo długi czas.

Sam proces pisania był na tyle żmudny oraz inspirujący, że panna Samuślik rozpisywała się o tym bardzo szeroko na wszelkich portalach internetowych, w szczególności na własnym blogu oraz Facebooku. Litościwie udzielała życzliwych porad w kwestii pisarstwa mniej gramotnym gryzipiórkom, przecierając im w pewien sposób szlaki w nadziei, że z biegiem czasu (czyli niebawem) osiągnie status guru w tej branży. Nie liczyła wprawdzie na daleko posuniętą wdzięczność, ale mimo wszystko wierzyła, że ktoś doceni jej dobre serce oraz wkład w rozwój polskiej literatury popularnej.

Jakiś czas temu (przed rokiem) wysłała tekst swej debiutanckiej powieści do kilku wydawców. Właściwie to nie do kilku, lecz kilkudziesięciu, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy jej propozycja pasuje do profilu wydawniczego. Wychodziła bowiem z założenia, że każdy e-mail zwiększa szansę na zaistnienie tego wiekopomnego dzieła. Mimo że była pewna sukcesu wydawniczego – wszak redaktorzy czekali na ten rewolucyjny tekst, który przełamywał wszelkie stereotypy, był niesztampowy i po mistrzowsku zapodano w nim czytelnikowi suspens – postanowiła zrobić w tym kierunku więcej niż mniej. Zawsze lepiej jest przebierać w ofertach i kręcić nosem, aby w końcu wybrać tę najlepszą. Aldona liczyła na błyskawiczny odzew.

Tak czy owak, tekst został wysłany. A później zapadła martwa cisza, która przedłużała się w długie tygodnie. Zniecierpliwiona kandydatka na laureatkę nagrody Nike rozesłała ponaglające e-maile do wydawnictw. Ku jej goryczy i ogromnemu rozczarowaniu, większość została bez odpowiedzi, natomiast te, które dostała, wołały o pomstę do nieba. Aldona poczuła się wybitnie zlekceważona. Niby dlaczego ma czekać cierpliwie, aż wydawca sam się z nią skontaktuje (termin rozpatrywania propozycji szacowano na około pół roku), o ile w ogóle będzie zainteresowany? Trzy wydawnictwa od razu odrzuciły ofertę – cóż, na pewno napisano to na „odczepnego” – Aldona była przekonana, że nikt nawet nie zajrzał do jej tekstu.

– Podłość ludzka nie ma granic – powtórzyła słynny cytat z filmu Wyjście awaryjne i popadła w zwątpienie. Po kilku minutach zawieszenia w próżni zreflektowała się. – Podłość ludzka nie ma granic, podłość ludzka nie ma granic… Ależ tak! To genialne! Ja po prostu muszę znaleźć moje własne, prywatne wyjście awaryjne! Poczekaj, wredny świecie! Poczekaj, kapryśny rynku wydawniczy! Poczekajcie, wy wszyscy… wy… wy… – Tutaj zabrakło jej koncepcji na to, kto miałby jeszcze czekać. – Ja wam jeszcze pokażę, co to znaczy lekceważyć Aldonę Grażynę Samuślik!

***

– Proszę unieść lekko głowę do góry. O tak, świetnie! Broda nieco wyżej. Nie, nie, nie! Proszę obniżyć tak, jak przed momentem. O tak! Super. A teraz proszę uważać, aby nie mrugnąć powiekami… – Maksymilian Stec spoglądał przez obiektyw aparatu fotograficznego. Nie był zadowolony z osiągniętego efektu, lecz po półgodzinnych korektach w ułożeniu „modelki” uznał, że nie zdoła wycisnąć nic więcej z istoty siedzącej trzy metry dalej.

Dziewczyna byłaby w gruncie rzeczy niebrzydka, gdyby nie to, że przytłoczyła ją nazbyt gruba warstwa „tapety” – makijażu, a niekorzystne wrażenie potęgowały doklejone rzęsy. Jako artysta fotograf, Max znał się na damskiej urodzie i bez pudła potrafił ocenić skalę naturalności. W jego kategoriach estetycznych plastik zdecydowanie plasował się na szarym końcu. A wdzięcząca się do obiektywu modelka była nader sztuczna. Na domiar złego miała biust powiększony przez chirurga plastycznego.

Tak, jest ewidentnie sztuczny – ocenił, krytycznie przyglądając się zawartości kusej bluzeczki w kolorze fluoroscencyjnej żółci.

Było bowiem niemożliwością, aby osoba o przeraźliwie chudej, niemalże anorektycznej sylwetce dysponowała aż tak potężnym… hm… arsenałem. Zwłaszcza, że poza imponującą zawartością solidnie wyeksponowanego (żeby nie powiedzieć – obnażonego) dekoltu, pannica nie posiadała nawet grama zbędnego tłuszczyku. Zasadniczo potrzebnego także nie miała: jej łydki były tak chudziutkie, że Max z lękiem patrzył na stworzenie kuśtykające niezgrabnie w ciężkich butach na grubym koturnie. Przecież mogło się toto złamać od byle przeciągu.

Fotograf zaprosił klientkę przed monitor komputera i pokazał jej efekty swojej pracy. Właściwie mógł być zadowolony, gdyż manipulując oświetleniem, zdołał nadać lalce odrobinę naturalności. Może gdyby miał bardzo dużo czasu, to wydobyłby z niej coś więcej.

Żywa kopia lalki Barbie zerknęła na ekran i wydęła usta.

– Eee… Jakieś takie bezpłciowe – orzekła. – Mało seksapilu. Ręka zasłania mi dekolt. I rzęsy jakieś takie krótkie mi wyszły. Trzeba było bardziej z boku. W ogóle jakieś to takie blade i bez koloru. To może ja poprawię makijaż i spróbujemy jeszcze raz? – zaproponowała.

Mężczyzna stojący za jej plecami przeraził się.

– Ależ proszę mi uwierzyć, że świetnie pani wygląda na tym zdjęciu – powiedział stanowczym tonem. – Gdyby było więcej koloru, to wyszłoby wulgarnie.

– Ale… – już chciała coś powiedzieć, lecz Max nie dopuścił jej do głosu:

– Do czego potrzebuje pani tych zdjęć? Do dokumentów? CV? Dla narzeczonego?

– Nie! Ja chcę się zgłosić do takiego programu… Tap madl, słyszał pan?

Max zdusił ironiczny uśmiech.

– Tak, tak. Oczywiście, że słyszałem. I wie pani co? Myślę, że one są idealne: doskonale uchwyciłem w nich pani rysy twarzy. A przecież o to w tym chodzi, prawda? Jurorzy chcą widzieć rysy twarzy, aby mogli ocenić, na ile uda im się odmienić panią przez makijaż, fryzurę i tak dalej. Jestem przekonany, że jeśli zakwalifikuje się pani do programu, to eksperci od wizażu sami ocenią, jak podkreślić pani… hm… atuty.

Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną, lecz dalszą dyskusję przerwało brzęczenie telefonu komórkowego. I chociaż Max, z szacunku dla klientów, nigdy tego nie praktykował – tym razem zamiast odrzucić, przyjął połączenie. Jak się później okazało, była to doskonała decyzja, gdyż trzyminutowa przerwa w rozmowie na temat zdjęć dała lalce wystarczająco dużo czasu do namysłu. Bez dalszych perturbacji zapłaciła Maxowi za wykonaną pracę. On zaś zyskał kolejne zlecenie – Michał Żaczek, najbardziej aktywny działacz społeczny w Szydłownikach, poprosił go o zrobienie fotorelacji z wieczoru autorskiego jakiejś świeżo upieczonej pisarki.

Na pewno taka praca nie stanowiła szczytu marzeń – Max często otrzymywał podobne zlecenia czy to z gminy, czy to z różnorodnych instytucji. Było to z reguły nudne i nie pozostawiało pola do popisu. Wiedział, że na takiej imprezie z całą pewnością nie wykona najlepszego zdjęcia w życiu. Nie stać go jednak było na kręcenie nosem, gdyż atelier fotograficzne nie przynosiło na tyle dużych dochodów, aby mógł utrzymywać się wyłącznie z niego.

Robienie zdjęć stanowiło jego pasję, zamiłowanie i całe życie, od chwili, gdy po raz pierwszy wziął do ręki aparat fotograficzny. Pozwoliło mu na przetrwanie najtrudniejszych momentów. Sprawiało, że miał jakieś cele i pragnienia. Wypełniało pustkę samotnych dni i nocy.

Niestety, coraz mniej ludzi zamawiało artystyczne portrety. W dobie wszechobecności „idioten camera” oraz (o zgrozo!) aparatów w komórkach, smartfonach czy tabletach, znaczna część populacji odkryła w sobie ducha artystycznego, produkując kiepskiej jakości fotki, które on później drukował. Albo i nie, gdyż większość tych fantastycznych zbiorów istniała w postaci plików JPG w komputerach artystów amatorów. Niemniej jednak, ten owczy pęd do pstrykania fotek: byle jak, byle gdzie i byle czym, odbierał chleb ludziom takim jak Maksymilian Stec – artystom fotografikom. A to z kolei zmuszało go do chałturzenia wszędzie, gdzie tylko nadarzyła się sposobność.

Max właściwie nigdy nie marzył o jakiejś oszałamiającej karierze. Nie dążył do tego, aby jego fotografie publikowano w prasie, nie startował w konkursach. On czerpał przyjemność z samego procesu twórczego – satysfakcjonowało go wydobywanie ukrytego piękna oraz emocji. Czasami zamieszczał swoje dzieła w sieci: na Facebooku lub fotoblogu. Było mu przyjemnie, gdy ktoś pozostawił pod zdjęciem ślad w postaci komentarza. Był estetą – najlepiej wychodziły mu portrety, ze szczególnym uwzględnieniem płci pięknej.

Fotorelacja ze spotkania autorskiego. Trudno, dobre i to. Pisarka pewnie będzie jakąś drętwą, wiekową nudziarą w drucianych okularach. Albo „starą-młodą”, obleczoną w byle jaką pensjonarską sukienczynę. Tak było w większości przypadków, z jakimi miał do czynienia. Wyjątkiem była poetka (Jakżeż ona się nazywała?), która gościła w Szydłownikach rok temu. Piękne, klasyczne rysy twarzy, ładne włosy i nogi takie, że fiu, fiu! Tylko pozazdrościć jej szanownemu małżonkowi, który nie odstępował artystki niemalże na krok. Pewnie zazdrosny, bo i jest o co! W każdym razie tamten reportaż był jednym z najlepszych, jakie Max popełnił w całym swoim dorobku.

Ech… Znowu trzeba będzie wysłuchiwać wywodów na temat porywów serca, weny twórczej lub twórczej niemocy… Z kim jak z kim, ale z wszelkiej maści pismakami oraz autorzynami Maxowi było nie po drodze. Szczęściem, on nie będzie musiał siedzieć jak, dajmy na to, burmistrz Kazimierz Marecki (który obowiązkowo uczestniczy w takich spędach), i udawać, że jest zainteresowany tematem. Max zakładał, że przeplącze się z lustrzanką tu i ówdzie, pstryknie parę fotek i jakoś zlecą te dwie godziny, które zarezerwował u niego Żaczek.

Spotkanie autorskie… Brr, jakoś to przeżyję.

***

Niefart! Tylko ona mogła mieć takiego pecha, żeby przesunięto termin konferencji dotyczącej globalnych skutków wycinania lasów amazońskich. Nieprawdopodobnie zależało jej na uczestnictwie w tej imprezie – dostosowała do niej swój kalendarz oraz kalendarz Karoliny Rozwadowskiej. To ona, Sylwia „Ruda” Kasprzyk, odpowiadała za szczegóły i terminy spotkań autorskich. Tak nimi żonglowała, aby jeździć na nie ze swoją ukochaną przyjaciółką. Nie chciała zostawać jej samej. Karola bywała w takich sytuacjach zagubiona i bezradna jak dziecko. Kiedy miała wyjść do publiczności, paraliżowała ją trema.

– Jak wiem, że jesteś blisko, to czuję się lepiej – powiedziała kiedyś, na samym początku swojej drogi artystycznej. – Spotkania autorskie są miłe, ale… no wiesz…

– Wiem, wiem. Zżera cię trema. A nie powinna, jesteś zajeb… znaczy… bardzo dobra w tym, co robisz. Uwierz mi.

– Wierzę – zaśmiała się cichutko Karola – ale czuję się bez porównania lepiej, gdy widzę wśród publiczności znajomą twarz. No i oczywiście nikt nie zrobi mi ładniejszej fotorelacji na fejsa.

Z tym argumentem Sylwia nawet nie próbowała dyskutować. W końcu to ona dbała o wizerunek publiczny przyjaciółki i… była zazdrosna o każde zdjęcie, którego nie wykonała osobiście.

No i masz ci los! Konferencja wypadała w tym samym terminie co spotkanie w Szydłownikach. Nie mogła z niej zrezygnować, gdyż musiała jakoś zarabiać na swój chleb powszedni. Z Karoliny natomiast nie miała i nie chciała mieć korzyści. Pomagała jej (no dobra: mobilizowała ją do pisania) z dobroci serca, gdyż na działalności artystycznej kokosów nie dało się zbić. Na pewno nie na tym etapie, na którym była Karola.

Chociaż Sylwia działała charytatywnie, wkładała w to całe serce. Wierzyła, że w ten sposób jest w stanie pomóc przyjaciółce w powrocie do normalności. Biedna Karola – wciąż nie mogła się pozbierać, chociaż od tamtych traumatycznych przeżyć minęło już mnóstwo czasu.

Ruda zastanawiała się, czy Karolina jeszcze kiedykolwiek dojdzie do siebie. Za dużo było tego wszystkiego jak na jedną osobę. Dręczyły ją zbyt bolesne wspomnienia. Gdyby chociaż miała dziecko – może wówczas inaczej by to wszystko wyglądało? Może ta rozpacz nie byłaby tak przejmująca?

Cholerny Bartek!

Cholerny świat.

Poniekąd Sylwia czuła się temu winna. To ona poznała ze sobą tych dwoje, żywiąc nadzieję, że są dla siebie stworzeni. Przez cztery lata małżeństwa stanowili idealną parę – tak przynajmniej wyglądali w oczach znajomych oraz przyjaciół. A później szlag trafił wszystko, łącznie z ową iluzją „dopasowania”. Bartek odszedł, a Karola została sama. Właściwie nie tak całkiem sama, gdyż niewielkie mieszkanko na Kurdwanowie miało współwłaściciela: bank, który udzielił małżeństwu kredytu. Z jednej pensji ciężko było utrzymać się i spłacać raty. Ruda dobrze wiedziała, że przyjaciółka ledwo wiąże koniec z końcem i starała się jakoś jej pomóc. Między innymi dlatego ostro negocjowała warunki z wydawcą i załatwiała dla Rozwadowskiej jak najwięcej spotkań autorskich.

Sylwia nie pierwszy raz analizowała sytuację i coraz częściej dochodziła do tych samych wniosków. Karolina nie powinna być sama – pominąwszy kulejące kwestie finansowe, nie potrafiła odnaleźć się w pustym mieszkaniu. Może więc lepiej, żeby – zamiast łykać w samotności gorzkie łzy – ułożyła sobie życie na nowo? Pisanie książek to było zdecydowanie za mało. Ona, Sylwia, nie mogła wciąż przy niej czuwać i prowadzić jej za rękę. I to nie dlatego, że miała swój własny świat, swoje życie i swoje problemy. Nie! Jej światem, życiem i problemami była właśnie Karolina – do bólu, niemalże do krwi (największy i, niestety, nie jedyny sekret, jaki Sylwia miała przed przyjaciółką).

Ta przyjaźń to był swoisty fenomen. Owszem, Sylwia nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem kontaktów, lecz jednocześnie równie łatwo, co zawieranie znajomości, przychodziły jej rozstania: krótkotrwałe, długotrwałe oraz dożywotnie. Mogła nie widywać pewnych osób latami, później zaś wpaść na kogoś takiego przez przypadek na ulicy i na nowo zadzierzgnąć nić bliskiego porozumienia. Tylko Karola opierała się tym tendencjom – Ruda nie potrafiła zrezygnować z utrzymywania z nią kontaktu na dłużej niż parę godzin. Mimo że były rówieśnicami, traktowała ją trochę jak młodszą siostrę: z pełną pobłażania tkliwością, bacząc na to, aby nikt nie uczynił jej krzywdy. Nie uważała przyjaciółki za bluszcz, aczkolwiek nie mogłaby zaprzeczyć, gdyby postawiono tezę, że Karola wyzwala w niej instynkty opiekuńcze. Stąd też, gdy tylko udało się jej namówić Karolinę na działalność artystyczną, natychmiast rozpostarła nad nią swoje skrzydła.

Było to o tyle łatwe, że, jako dość uznana dziennikarka, potrafiła bezbłędnie oceniać cudze teksty: dostrzegała ciężar gatunkowy, lekkość pióra czy finezję. Była z tym tematem tak bardzo za pan brat, że z powodzeniem mogłaby pracować jako recenzent. Niestety, brakowało jej samozaparcia, aby pójść w tym kierunku. Mogła być drogowskazem dla Karo, udzielać jej rad i wskazówek. Nie wyobrażała sobie jednak takich działań na szerszą skalę. Wiedziała, że nadmiar tekstów bardzo szybko wywołałby w niej przesyt, a czytanie przestałoby sprawiać przyjemność, gdyby stało się jeszcze jednym obowiązkiem. Poza tym miała zbyt cięty jęzor i była bezpośrednia – mogłaby więc bardzo szybko narazić się autorom, a to do niczego nie było jej potrzebne.

Ciągoty literackie Sylwii oscylowały zatem wokół reportażu oraz czuwania nad karierą Karoli i nie starczało jej miejsca na cokolwiek dodatkowego. Niekiedy, dla zabicia czasu, pisywała jakieś drobne opowiadania, lecz nigdy nie przeszło jej przez myśl, aby zaistnieć z nimi dla szerszego grona odbiorców. Zasadniczo o tej pisaninie nie wiedział nikt poza nią i Karoliną, gdyż Sylwia, mimo że wciąż pracowała wśród tłumów ludzi, w rzeczywistości była najbardziej samotną osobą świata.