Zanim nadejdzie jutro. Tom 2. Ziemia ludzi zapomnianych - Joanna Jax - ebook + audiobook
Opis

Różni ludzie i ich życiorysy, odmienne spojrzenie na świat i inne marzenia, jednak nadchodzi chwila, gdy ich drogi się krzyżują w jednym z bydlęcych wagonów. Pozbawieni majątku, rozdzieleni z bliskimi, pewnego dnia zostają zmuszeni, by wyruszyć w daleką podróż do miejsca, w którym nic już nie będzie takie samo. Walka o przetrwanie, głód i choroby wystawiają moralność człowieka na ciężką próbę. Postawy i wybory dokonywane w ekstremalnych sytuacjach nie są tak oczywiste, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Czy trudy życia i brak perspektyw zmienią tych ludzi na zawsze, czy też zdołają ocalić resztki człowieczeństwa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 499

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 53 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Jo­an­na Jax

Ilu­stra­cja na okład­ce

© Ka­tya Shut / shut­ter­stock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2019

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2018

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-7835-713-1

Bę­dziesz tu­ła­czem i wę­drow­cem na zie­mi.

Rdz 4,12

Moim Ro­da­kom z Ka­zach­sta­nu

1. Okolice Irkucka, 1940

Było jesz­cze ciem­no, gdy Kuba Staś­ko tę­pym scy­zo­ry­kiem za­czął wy­dra­py­wać na ścia­nie ba­ra­ku ko­lej­ną kre­skę. Jak więk­szość obo­zo­wych bu­dyn­ków i ten skle­co­no z gru­bych drew­nia­nych bali. W tej oko­li­cy bra­ko­wa­ło nie­mal wszyst­kie­go, je­dy­nie śnie­gu i drzew było pod do­stat­kiem. Kubę aż mdli­ło od za­pa­chu drew­na, cho­ciaż kie­dyś lu­bił woń ży­wi­cy, lasu i świe­żo ścię­tych pnia­ków. Tu­taj jed­nak wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Prze­cią­gnął pal­cem po wy­ry­tych rząd­kach kre­sek i po­li­czył, że jest w sy­be­ryj­skim obo­zie już dzie­więć­dzie­siąt czte­ry dni. W nor­mal­nym świe­cie wio­sna trwa­ła w naj­lep­sze, tu­taj na­dej­ście tej pory roku ozna­cza­ło, że tem­pe­ra­tu­ra pod­nie­sie się do mi­nus dwu­dzie­stu stop­ni.

Zwlókł się z po­sła­nia, jak każ­de­go dnia, obo­la­ły i zzięb­nię­ty, po czym pod­szedł do pry­mi­tyw­nej kozy i wrzu­cił do pa­le­ni­ska szcza­pę drew­na. Z od­da­li do­biegł go dźwięk kro­wie­go dzwon­ka, któ­rym todnie­wial­nybu­dził więź­niów do pra­cy. Kuba zbli­żył dło­nie do cie­płych ścia­nek pie­cy­ka i po­my­ślał, że pierw­szy raz, od­kąd tu­taj przy­był, nie ma po nocy ze­sztyw­nia­łych z zim­na pal­ców. A to ozna­cza­ło kil­ka mie­się­cy wy­tchnie­nia od za­bój­czych mro­zów. Owo na­dej­ście dłu­go wycze­ki­wa­nej wio­sny moż­na było uj­rzeć rów­nież na po­sła­niach w ba­ra­kach. Prze­by­wa­ją­cy w nim męż­czyź­ni już nie tu­li­li się do sie­bie w po­szu­ki­wa­niu odro­bi­ny cie­pła. Te za­cho­wa­nia były dla każ­de­go z nich czymś wsty­dli­wym i nie­mę­skim, ale gdy czło­wiek czu­je, że za chwi­lę za­mar­z­nie na kość, nie zwra­ca uwa­gi na po­dob­ne kwe­stie. Tu­taj i tak zo­sta­li odar­ci z god­no­ści i wszyst­kich cech, z któ­rych nie­gdyś mo­gli być dum­ni. Nikt ni­ko­mu nie po­ma­gał, jed­ni do­no­si­li na dru­gich i je­dy­nie ich trój­ka ja­koś trzy­ma­ła się ra­zem. Pa­weł Za­wi­ślań­ski, To­biasz Mo­ra­wiń­ski i on. Jak­kol­wiek z To­bia­szem za­przy­jaź­ni­li się jesz­cze przed woj­ną, tak mło­de­go le­ka­rza Kuba po­znał do­pie­ro w po­cią­gu ja­dą­cym do ła­gru w oko­li­cach Ir­kuc­ka.

***

Pierw­sze dni po­dró­ży więź­nio­wie zno­si­li cał­kiem do­brze. Na­wet za­ła­twia­nie, nie­mal­że pu­blicz­nie, in­tym­nych po­trzeb da­wa­ło się znieść. W koń­cu w wa­go­nie znaj­do­wa­li się sami męż­czyź­ni i każ­dy z nich po­sia­dał iden­tycz­ne po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne. Dużo roz­ma­wia­li, na­wet dow­cip­ko­wa­li, nie dys­ku­to­wa­li je­dy­nie o tym, dla­cze­go się tam zna­leź­li – w cuch­ną­cym, zim­nym wa­go­nie. Za­pew­ne oba­wia­li się, że ukry­wa się wśród nich ja­kiś za­usz­nik NKWD. Nie wia­do­mo, z cze­go wy­ni­kał ten lęk, po pro­stu bali się, że może spo­tkać ich coś gor­sze­go. A w nich na­dal tkwi­ła ogrom­na chęć do ży­cia i ten bez­miar na­dziei, któ­rą czu­je się, gdy nie­okieł­zna­na mło­dość wciąż wy­ry­wa się ku przy­go­dom, mi­ło­ści i ra­do­ści z każ­de­go prze­ży­te­go dnia.

Po ty­go­dniu ta siła drze­mią­ca w ich du­szach za­czę­ła tra­cić swo­ją moc, a za­miast niej po­ja­wi­ło się przy­gnę­bie­nie. Co­raz czę­ściej w wa­go­nie pa­da­ły py­ta­nia.

– Jak tam jest? Wiem, że to nie kasz­ka z mlecz­kiem, ale my na­wet nie wie­my, do­kąd je­dzie­my – jęk­nął po kil­ku dniach prze­ra­żo­ny mło­dy chło­pak z oko­lic Grod­na.

– Na stry­czek nas po­szlą – mruk­nął dru­gi i po­dra­pał się po gło­wie.

Tak, po kil­ku dniach wszy roz­pa­no­szy­ły się na do­bre, a otrzy­my­wa­ne raz dzien­nie wia­dro ki­pia­to­ka nie za­ła­twia­ło spra­wy.

– Co ty za dzi­wo­sy wy­ga­du­jesz? – wark­nął ko­lej­ny i po­cią­gnął no­sem.

Miał roz­pa­lo­ne czo­ło i błysz­czą­ce oczy od wy­so­kiej go­rącz­ki. Pa­weł Za­wi­ślań­ski mógł tyl­ko wes­przeć go do­brym sło­wem, bo o żad­nych le­kach nie mo­gło być mowy. Za­mie­nił się je­dy­nie z nim miej­scem na na­rach. Mło­dzie­niec, An­tek ze Świę­taj­na, miał swo­je miej­sce do spa­nia tuż przy nie­wiel­kim okien­ku, któ­re mimo chło­du dość czę­sto otwie­ra­no, by wy­wie­trzyć z wa­go­nu za­tę­chłe i cuch­ną­ce po­wie­trze. I za­pew­ne wdzie­ra­ją­cy się do wnę­trza zim­ny wiatr spra­wił, że po ty­go­dniu chło­pak się roz­cho­ro­wał.

– A ja ci mó­wię, że bę­dziem wi­sieć, i tyle – od­parł na­bur­mu­szo­ny chło­pak, snu­ją­cy od sa­me­go po­cząt­ku po­dró­ży czar­ne wi­zje do­ty­czą­ce ich przy­szło­ści.

– Gdy­by chcie­li za­bić, to zro­bi­li­by to w Wil­nie. Już oni zna­leź­li­by pa­ra­graf, by ska­zać na śmierć. Nie wieź­li­by nas taki szmat dro­gi tyl­ko po to, by za­mor­do­wać. Je­ste­śmy mło­dzi, sil­ni i za­pew­ne wy­ko­rzy­sta­ją nas jako dar­mo­wą siłę ro­bo­czą w ja­kiejś ko­pal­ni – ze spo­ko­jem roz­są­dził To­biasz.

To­wa­rzy­stwo za­mil­kło i nie­co się uspo­ko­iło. Mo­ra­wiń­ski i Za­wi­ślań­ski sta­no­wi­li nie­pi­sa­ną wła­dzę w wa­go­nie. Nie z ra­cji swo­jej sta­now­czo­ści, ale z uwa­gi na wy­kształ­ce­nie, któ­re­go bra­ko­wa­ło ich kom­pa­nom w po­dró­ży, sta­li się pew­ne­go ro­dza­ju au­to­ry­te­ta­mi. Kuba po­my­ślał, że do­brze się sta­ło, bo mło­dzi męż­czyź­ni chy­ba po­trze­bo­wa­li mieć ko­goś, kto bę­dzie nad nimi czu­wał i po­dej­mo­wał de­cy­zje, któ­re przy­nio­są wszyst­kim ko­rzyść.

Pa­sa­że­ro­wie wa­go­nu bez szem­ra­nia zgo­dzi­li się, by w miej­scu słu­żą­cym im za to­a­le­tę pil­no­wać względ­ne­go po­rząd­ku, jak rów­nież na to, by Pa­weł Za­wi­ślań­ski roz­dzie­lał wrzą­cą wodę i lu­ro­wa­tą zupę, zwa­ną ba­łan­gą, cho­ciaż ta na­zwa była je­dy­nie umow­na, bo­wiem nie wia­do­mo było do koń­ca, co w niej pły­wa­ło. Kie­dy po kil­ku dniach więź­nio­wie za­czę­li od­czu­wać brak moż­li­wo­ści wy­ko­na­nia cho­ciaż­by pod­sta­wo­wej to­a­le­ty, re­gu­lar­nie wy­bu­cha­ły kłót­nie o tę nędz­ną ilość wody. Ro­bi­li to tak za­wzię­cie, że war zdą­żył zwy­kle wy­sty­gnąć i nikt z do­bro­dziej­stwa nie sko­rzy­stał. Po­dob­nie było z zupą, któ­ra nie tyl­ko za­spo­ka­ja­ła w mi­ni­mal­nym stop­niu głód, ale też roz­grze­wa­ła ich żo­łąd­ki.

Wsta­wio­na do wnę­trza koza i kil­ka po­lan da­wa­ły cie­pło bar­dzo mi­zer­ne, dla­te­go każ­dy chciał sie­dzieć w jej po­bli­żu. Je­den z męż­czyzn był tak zde­spe­ro­wa­ny, by się ogrzać, że za­snął na go­łej pod­ło­dze przy pie­cy­ku i obu­dził się do­pie­ro wów­czas, gdy po­czuł pie­ką­cy ból na swo­jej gło­wie, współ­pa­sa­że­ro­wie zaś swąd spa­lo­nych wło­sów. Na­stęp­ne­go dnia wszy­scy na­igra­wa­li się z jego ły­sej czasz­ki i nad­pa­lo­nej skó­ry. Ob­ra­że­nia na szczę­ście nie były groź­ne, a pe­cho­wy ama­tor cie­płe­go pie­cy­ka od­gry­zał się, że przy­naj­mniej go wszy nie będą w gło­wę gry­zły.

Ta czte­ro­ty­go­dnio­wa po­dróż była nad wy­raz mę­czą­ca, ale więk­szość mło­dych męż­czyzn była na tyle sil­na i zdro­wa, że prze­trwa­ła ją dość zno­śnie. Wy­sia­da­jąc z po­cią­gu, po­czu­li ulgę, że w koń­cu będą mo­gli przejść się na wła­snych no­gach da­lej ani­że­li do są­sied­niej ścia­ny. Poza tym li­czy­li na po­rząd­ny prysz­nic, od­wsza­wia­nie i je­dze­nie w cy­wi­li­zo­wa­nych wa­run­kach.

Na sta­cji ko­le­jo­wej w Ir­kuc­ku Kuba ode­tchnął głę­bo­ko i chwi­lę po­tem po­ża­ło­wał tego. Prze­ni­kli­we zim­no wdar­ło mu się do noz­drzy tak moc­no, że nie­mal je roz­sa­dzi­ło. Na­cią­gnął swe­ter na nos i w ten spo­sób pró­bo­wał od­dy­chać, nie zwa­ża­jąc na odór wy­do­by­wa­ją­cy się z jego brud­ne­go ubra­nia.

Grup­ka oku­ta­nych w ko­żu­chy męż­czyzn po­go­ni­ła ich do pry­mi­tyw­nych sań, wciąż po­sztur­chu­jąc kol­ba­mi ka­ra­bi­nów. Usie­dli cia­sno na go­łych de­skach i ru­szy­li nie­mal cał­ko­wi­cie opu­sto­sza­ły­mi uli­ca­mi mia­sta, zer­ka­jąc na sku­te lo­dem ar­te­rie, zwi­sa­ją­ce z da­chów dłu­gie so­ple i ob­le­pio­ne szro­nem drze­wa. „Praw­dzi­wa kra­ina lodu” – po­my­ślał wów­czas Kuba, cia­śniej opa­tu­la­jąc się płasz­czem. Po­tem opu­ści­li mia­sto i po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach wje­cha­li w zło­wro­gie, ciem­ne lasy.

Kuba nie wie­dział, jak dłu­go pę­dzą sa­nia­mi po zmar­z­nię­tym śnie­gu, ale zda­wa­ło mu się, że mi­nę­li już ko­niec świa­ta i wciąż po­dą­ża­ją da­lej. Po­my­ślał­by, że jadą do pie­kła, ale prze­ni­kli­wy, zim­ny wiatr i mróz, pod wpły­wem któ­re­go za­ma­rza­ła na­wet śli­na, od­su­nę­ły od nie­go po­dob­ne my­śli. Zgod­nie z le­gen­dą w pie­kle po­win­no być jed­nak nie­co cie­plej.

– Kuda my idziem?– krzyk­nął chło­pak ze Świę­taj­na do sie­dzą­ce­go na koź­le wo­za­ka.

– Na ra­bo­tu. – Wo­zak za­re­cho­tał i wy­cią­gnął zza pa­zu­chy nie­wiel­ki bu­kłak. Od­krę­cił go, po­cią­gnął łyk i mla­snął.

– A żeby go świ­nia po­wą­cha­ła – burk­nął chło­pak. – Ły­czek sa­mo­go­nu zdzia­łał­by cuda. Już mnie rzyć przy­mar­z­ła do tych żer­dzi.

– Wy­da­wa­ło mi się, że w po­cią­gu było zim­no, ale tu­taj to do­pie­ro gwiź­dzi… – stwier­dził Kuba. – Jak lu­dzie mogą tu­taj żyć?

– Nie mają in­ne­go wyj­ścia, tak więc pew­nie przy­wy­kli – wes­tchnął Pa­weł Za­wi­ślań­ski.

Po kil­ku go­dzi­nach po­ja­wi­ły się ja­kieś za­bu­do­wa­nia, co roz­po­zna­li po uno­szą­cym się ku nie­bu dy­mo­wi i po­je­dyn­czym punk­tom świetl­nym.

– To tie­pier wa­sza go­sti­ni­ca – po­now­nie za­re­cho­tał wo­zak, któ­ry, ra­cząc się przez całą dro­gę go­rzał­ką, za­czął być sko­ry do żar­tów, cze­go w ża­den spo­sób nie moż­na było po­wie­dzieć o jego pa­sa­że­rach.

Kuby jed­nak nie opusz­czał opty­mizm. Uwa­żał, że to, co naj­gor­sze, mi­nę­ło, a on za chwi­lę po­si­li się cie­płą zupą i do­sta­nie czy­sty kąt do spa­nia. Jak­że się po­my­lił… Ad­mi­ni­stra­cja obo­zu od­no­to­wa­ła ich przy­jazd, przy­dzie­li­ła im bry­ga­dę le­so­bu­rów i zo­sta­wi­ła sa­mych so­bie. Wid­mo cie­płej stra­wy od­da­li­ło się aż do na­stęp­ne­go po­ran­ka, kie­dy to po raz pierw­szy usły­sze­li dziw­ny dźwięk kro­wie­go dzwon­ka.

Tym­cza­sem mu­sie­li sami zor­ga­ni­zo­wać so­bie miej­sce w ba­ra­ku, le­go­wi­sko i wa­to­wa­ne briu­ki, nie­zbęd­ne do pra­cy w ni­skich tem­pe­ra­tu­rach. Kuba zdą­żył za­le­d­wie po­my­śleć, że pra­ca na wol­nym po­wie­trzu przy ta­kiej po­go­dzie wy­koń­czy go, i już po­go­nio­no ich do bani, umy­wal­ni przy­po­mi­na­ją­cej chlew, bo znaj­do­wa­ły się w niej drew­nia­ne ko­ry­ta, w któ­rych pły­nę­ła go­rą­ca woda.

I do­pie­ro, gdy po­czuł nie­mal ukrop na cie­le, do­tar­ło do nie­go, że nie bę­dzie miał tam ła­twe­go ży­cia. Nie my­ślał ani o Lau­rze, ani o po­zo­sta­wio­nym w Wil­nie ka­wiar­nia­nym ży­ciu, ale o tym, jak nie­kie­dy czło­wie­ko­wi nie­wie­le jest po­trzeb­ne do szczę­ścia. Wy­star­czy cza­sa­mi cie­pła woda i moż­li­wość umy­cia się albo uczu­cie, że w koń­cu nie prze­szy­wa go przej­mu­ją­cy chłód. Ob­my­wał swo­je cia­ło i gdy w koń­cu od­ta­ja­ło po kil­ku­go­dzin­nej prze­jażdż­ce pry­mi­tyw­ny­mi sa­nia­mi, miał wra­że­nie, jak­by do­ty­kał go po raz pierw­szy w ży­ciu.

W ba­ra­ku, gdzie uda­ło im się zna­leźć miej­sce, miesz­ka­ło już trzy­dzie­stu więź­niów, głów­nie na­cme­nów z Ka­zach­sta­nu, Uz­be­ki­sta­nu czy da­le­ko­wschod­niej czę­ści Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Na szczę­ście w więk­szo­ści byli to po­li­tycz­ni, wro­go­wie ludu, a nie ban­dy­ci z kry­mi­nal­nych pa­ra­gra­fów, któ­ry­mi już zdą­żo­no ich na­stra­szyć.

***

Kuba otwo­rzył drzwicz­ki pie­cy­ka i sła­be świa­tło wnik­nę­ło do wnę­trza ba­ra­ku. Jak co­dzien­nie spoj­rzał na pię­tro­we nary, prze­su­wa­jąc po nich ner­wo­wo ocza­mi. Spraw­dzał w ten spo­sób, czy na każ­dej pry­czy wi­dać ru­chy bu­dzą­cych się więź­niów. Je­śli któ­ryś z męż­czyzn nie po­ru­szał się, mo­gło to ozna­czać, że tej nocy po­że­gnał się z ży­ciem. Chło­pak był na tym punk­cie prze­wraż­li­wio­ny, od­kąd pew­ne­go po­ran­ka zo­ba­czył mar­twe­go Uz­be­ka. Nie miał złych prze­czuć, gdy szar­pał go za ra­mię, ale w koń­cu zro­zu­miał, że Da­mir, na­uczy­ciel z Sa­mar­kan­dy, wca­le nie śpi, ale umarł tuż obok nie­go.

Da­mir był nie tyl­ko na­uczy­cie­lem, ale tak­że po­etą. Za­mie­nił swój przy­dział ty­to­niu na bu­tel­kę z na­mo­czo­ną w naf­cie szma­tą i mały po­jem­nik tego spe­cy­fi­ku. Pi­sał wier­sze tę­pym ogryz­kiem ołów­ka, na kart­kach wy­że­bra­nych od dzie­sięt­ni­ka, przy kiep­skim świe­tle pry­mi­tyw­nej lamp­ki. Taki czło­wiek jak dzie­sięt­nik, czy­li pra­cow­nik li­czą­cy nor­my więź­niom, stał wy­so­ko w hie­rar­chii ła­gro­wej, cho­ciaż szep­ta­no, że ową po­zy­cję zdo­był do­no­sa­mi na in­nych. I mimo że był zwy­kłym szu­braw­cem, uli­to­wał się nad do­mo­ro­słym po­etą i po­da­ro­wał mu kil­ka kar­tek pa­pie­ru.

Nie­kie­dy Da­mir czy­tał im swo­je wier­sze. Nie­wie­le z nich ro­zu­mie­li, ale me­lo­dia po­ezji brzmia­ła zde­cy­do­wa­nie le­piej niż cią­głe po­ła­jan­ki ra­zwod­czi­ków – pra­cow­ni­ków obo­zu za­ga­nia­ją­cych ich do ro­bo­ty. Jed­nak z każ­dym dniem głos Da­mi­ra sta­wał się cich­szy, jak­by ga­sło w nim ży­cie. I któ­re­goś po­ran­ka za­milkł na za­wsze.

2. W drodze do Kazachstanu, 1940

– Zjedz coś. – Ja­dwi­ga Kąc­ka po­da­ła Ga­brie­li ka­wa­łek chle­ba i jaj­ko ugo­to­wa­ne na twar­do. – Mu­sisz jeść.

Ga­brie­la po­krę­ci­ła je­dy­nie prze­czą­co gło­wą, pod­cią­gnę­ła nogi pod bro­dę i wpa­try­wa­ła się w szcze­li­nę wa­go­nu, przez któ­rą wpa­da­ła wą­ska smu­ga świa­tła. I tak było od kil­ku dni. Mat­ka wkła­da­ła jej w dłoń wy­cią­gnię­te z du­żej tor­by wik­tu­ały, a ona wciąż od­ma­wia­ła, by w koń­cu po licz­nych na­mo­wach ulec i skub­nąć odro­bi­nę chle­ba.

– A pa­nien­ka to hłuz­dy ma nie w po­rząd­ku, czy co? – zi­ry­to­wa­ła się oty­ła ko­bie­ta, Ste­fa­nia Pie­czar­kow­ska.

Jej mąż był dróż­ni­kiem na ko­lei i nie mia­ła po­ję­cia, co się z nim dzie­je od dnia, gdy go aresz­to­wa­no. Za to po­sia­da­ła pię­cio­ro dzie­ci w róż­nym wie­ku, któ­rym wy­dzie­la­ła je­dze­nie po tro­chu, by wy­star­czy­ło go na dłu­gą po­dróż. Za każ­dym ra­zem ję­cza­ły, że ich por­cje są sta­now­czo za małe w sto­sun­ku do ich po­trzeb i chcą wię­cej, a ona nie bar­dzo mia­ła jak temu za­ra­dzić. Tym­cza­sem pa­trzy­ła pra­wie co­dzien­nie na mat­kę nie­mal siłą wci­ska­ją­cą je­dze­nie swo­jej cór­ce, któ­ra do­pie­ro po licz­nych proś­bach, bła­ga­niach i na­mo­wach w koń­cu ra­czy­ła prze­żuć kil­ka kę­sów. Mia­ła przy tym minę, jak­by zmu­sza­no ją co naj­mniej do ora­nia w polu. Dla­te­go pew­ne­go dnia, sły­sząc ko­lej­ny raz po­dob­ny dia­log ko­biet, Pie­czar­kow­ska nie wy­trzy­ma­ła.

– Moja cór­ka jest cho­ra – bąk­nę­ła Ja­dwi­ga Kąc­ka.

– No, prze­cież mó­wię, że ma coś z gło­wą. Kto to wi­dział tak wy­brzy­dzać. I tyl­ko hoj­da się – wark­nę­ła ko­bie­ta i strze­li­ła po dło­ni ja­sno­wło­se­go wy­rost­ka, któ­ry, ko­rzy­sta­jąc z nie­uwa­gi mat­ki, chciał wy­cią­gnąć z jej to­boł­ka ka­wa­łek sło­ni­ny.

– A pani niech le­piej swo­je­go ho­ło­pup­ca pil­nu­je, bo lubi nam z to­boł­ków żar­cie po­kraść – wtrą­cił się Bła­żej.

– Taki sam je­steś ho­ło­pu­piec i jesz­cze le­pie­tasz – burk­nę­ła dróż­ni­ko­wa. – I mój syn nic nie po­kra­da.

– Czy ja jed­nak mógł­bym pro­sić o chwi­lę spo­ko­ju? Cho­ciaż do­ro­słych? Dzie­ci ro­bią wy­star­cza­ją­co dużo har­mi­dru, nie­po­trzeb­ne są nam jesz­cze ja­kieś py­sków­ki – dość ostrym to­nem ode­zwał się hra­bia Jan Mo­ra­wiń­ski, któ­ry do­tych­czas zwy­kle mil­czał, usi­łu­jąc przy­wyk­nąć do sy­tu­acji, a przy­naj­mniej god­nie ją znieść.

– Z mo­ich to tyl­ko Kaj­tek tro­chę się drej­ka, bo jesz­cze sy­suń jest, ale resz­ta? No wie pan! – żach­nę­ła się ko­bie­ta.

– Sza­now­na pani, ja nie mó­wię, że pani dzie­ci są bar­dziej ha­ła­śli­we od in­nych, ro­zu­miem rów­nież po­zo­sta­łe ma­lu­chy, któ­re na­gle za­mknię­to w drew­nia­nej klat­ce, ale do­ro­śli po­win­ni być świa­do­mi po­wa­gi sy­tu­acji. Jest nas tu­taj kil­ka­dzie­siąt osób, w tym wie­le ma­łych dzie­ci, jak każ­dy za­cznie ja­zgo­tać, to wszy­scy bę­dzie­my mie­li, jak to pani po­wie­dzia­ła, hłuz­dy po­prze­sta­wia­ne – spo­koj­nie po­wie­dział Mo­ra­wiń­ski.

– Bar­dzo do­brze pan dzie­dzic pra­wi – ode­zwał się Kon­stan­ty Pio­trow­ski. – Chwi­la­mi wo­lał­bym być głu­chy niż śle­py…

– My­ślę, że w obec­nej sy­tu­acji le­piej jed­nak, że pan nie wi­dzi tego wszyst­kie­go – wes­tchnął Mo­ra­wiń­ski.

– Ale czu­ję… – od­parł Kon­stan­ty i po­cią­gnął zna­czą­co no­sem.

Ga­brie­la wzię­ła w koń­cu od mat­ki jaj­ko i ka­wa­łek chle­ba i za­czę­ła po­wo­li jeść. Nie mia­ła za­mia­ru być obiek­tem po­dob­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Pra­gnę­ła, żeby wszy­scy zo­sta­wi­li ją w spo­ko­ju. A nade wszyst­ko chcia­ła nie obu­dzić się na­stęp­ne­go dnia. Wciąż czu­ła na so­bie za­pach Alek­san­dra, któ­ry po kil­ku dniach zmie­szał się z wo­nią jej wła­sne­go potu i smro­du wy­do­by­wa­ją­ce­go się z otwo­ru klo­acz­ne­go. Do­brze cho­ciaż, że ktoś wpadł na po­mysł, by zro­bić w tym miej­scu coś w ro­dza­ju za­sło­ny, na któ­rą skła­da­ły się sza­le i koce pa­sa­że­rów. W ten spo­sób przy­naj­mniej uzy­ska­no mi­ni­mum in­tym­no­ści, jed­nak za­cho­wa­nie czy­sto­ści w tym miej­scu i po­zby­cie się przy­krych za­pa­chów było nie­moż­li­we, zwłasz­cza że z owej to­a­le­ty ko­rzy­sta­ło w cią­gu dnia kil­ka­dzie­siąt osób. Do tego do­cho­dził odór nie­pra­nych nie­mow­lę­cych pie­luch i potu wy­do­by­wa­ją­ce­go się z nie­my­tych ciał. Go­rą­cej wody da­wa­no nie­wie­le i je­dy­nie czę­ste po­sto­je oraz moż­li­wość otwar­cia drzwi spra­wia­ły, że nie po­du­si­li się w tym ści­sku.

Do tego Ga­brie­la jesz­cze sły­sza­ła płacz dzie­ci i cią­głe uty­ski­wa­nie nie­któ­rych pa­sa­że­rów, dla­te­go chwi­la­mi my­śla­ła, że zwa­riu­je. „Na­wet po­wie­sić się nie ma na czym” – my­śla­ła nie­kie­dy, sie­dząc sku­lo­na w ką­cie nary.

Na­gle po­czu­ła szarp­nię­cie, po­ciąg zwol­nił i po chwi­li usły­sza­ła zgrzyt ha­mu­ją­cych kół skła­du. Bła­żej nie­mal na­tych­miast ze­rwał się z le­go­wi­ska i prze­su­nął drzwi, gdy tyl­ko straż­nik je od­ry­glo­wał. Do wnę­trza do­sta­ło się ja­sne świa­tło wio­sen­ne­go po­ran­ka i po­wiew świe­że­go, pach­ną­ce­go łąką po­wie­trza. Błę­kit­ne nie­bo, po­szar­pa­ne gdzie­nie­gdzie ja­sny­mi ob­ło­ka­mi, spra­wi­ło, że i Ga­brie­la pod­nio­sła się z po­sła­nia i wyj­rza­ła na ze­wnątrz. Zo­ba­czy­ła przed sobą siel­ski kra­jo­braz – łany traw i kwia­tów, a w od­da­li ma­ja­czy­ły wiej­skie cha­łu­py po­kry­te strze­chą. Na­gle świat wy­dał się jej taki pięk­ny. Ktoś krzyk­nął, że moż­na wy­siąść na chwi­lę, więc od razu ze­sko­czy­ła ze stop­nia wa­go­nu i po­bie­gła przed sie­bie. Ostat­nio mało co ja­dła, więc chwi­lę po­tem opa­dła z sił i, cięż­ko dy­sząc, klęk­nę­ła na zie­mi. Chwy­ci­ła w dłoń źdźbło tra­wy i przy­tknę­ła do nosa, by po­czuć za­pach, jaki ko­ja­rzył jej się z łą­ka­mi wo­kół Oszmia­ny, gdy bie­gła po nich na spo­tka­nie z uko­cha­nym Hu­ber­tem albo jeź­dzi­ła kon­no w to­wa­rzy­stwie swo­je­go ojca.

Nie mia­ła po­ję­cia, co się z nimi dzia­ło, czy w ogó­le żyli, ale prze­cież taka szan­sa ist­nia­ła. Być może złe prze­czu­cia, ja­kie jej to­wa­rzy­szy­ły, były je­dy­nie lę­kiem, a nie praw­dą? Może w tej chwi­li mie­li na­wet le­piej niż ona albo Mo­ra­wiń­scy? Może Hu­bert był już wol­ny i szu­kał jej roz­pacz­li­wie, a oj­ciec pró­bo­wał zna­leźć spo­sób, by ścią­gnąć je z po­wro­tem do domu? Prze­cież dla Hu­ber­ta chcia­ła żyć. Po to, by jesz­cze kie­dyś wtu­lić się w jego ra­mio­na, do­tknąć twa­rzy i po­pa­trzeć mu w oczy, jak wte­dy, gdy po­sta­no­wi­ła mu się od­dać. Kie­dyś za­po­mni o Alek­san­drze i jego ha­nieb­nym czy­nie, tak jak o tej po­dró­ży, któ­ra za­czy­na­ła za­mie­niać się w kosz­mar. Ale mu­sia­ła być sil­na i nie my­śleć o tym, co było, ani na­wet o tym, co jest te­raz, ale o przy­szło­ści, któ­ra wy­ma­że wszyst­kie do­zna­ne krzyw­dy. A mi­łość Hu­ber­ta bę­dzie naj­pięk­niej­szą na­gro­dą.

Tę­sk­ni­ła tak­że za oj­cem. On był fi­la­rem, na któ­rym opie­ra­ła się cała ich ro­dzi­na. Rot­mistrz Kąc­ki za­wsze wie­dział, co ro­bić i te­raz też zna­la­zł­by ja­kieś roz­wią­za­nie, by nie mu­sia­ły po­dró­żo­wać w tak ka­ta­stro­fal­nych wa­run­kach.

Za­kry­ła twarz rę­ko­ma, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć coś so­bie, tak po ci­chu, by nikt nie usły­szał.

– Nic nie jest waż­ne… Nic. Tyl­ko ty, Hu­ber­cie, i na­sza mi­łość. Będę dla cie­bie twar­da jak ska­ła, będę ja­dła i dba­ła o sie­bie, by być wciąż pięk­ną, gdy zno­wu mnie zo­ba­czysz. Ta­tu­siu, prze­cież na­zy­wam się Kąc­ka. A to na­zwi­sko ozna­cza nie­złom­ność i od­wa­gę. Nie pod­dam się, tak jak i ty byś się nie pod­dał.

Usły­sza­ła, że ktoś stoi za nią i cięż­ko dy­szy. Od­wró­ci­ła gło­wę i zo­ba­czy­ła Bła­że­ja.

– Czy z Ga­brie­lą wszyst­ko jest jak na­le­ży? – za­py­tał zdy­sza­ny.

Lu­bi­ła tego chło­pa­ka. I wy­ba­czy­ła mu jego przy­kre sło­wa, któ­re kie­dyś do niej skie­ro­wał. Już daw­no temu. Uśmiech­nę­ła się i wy­cią­gnę­ła do nie­go rękę.

– Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Chcia­łam je­dy­nie po­czuć za­pach łąki i uciec jak naj­da­lej od tego smro­du.

Po­dał jej dłoń i po­wie­dział:

– Ga­bry­sia pierw­szy raz się uśmiech­nę­ła, od­kąd… – Bła­żej zmie­szał się nie­co i do­dał: – Od­kąd wsia­dłaś do tego po­cią­gu.

– Po­wiedz to… Od­kąd ten by­dlak mnie zhań­bił. Nie mam się cze­go wsty­dzić, to jemu po­win­no być wstyd i tym wszyst­kim, któ­rzy mnie ob­wi­nia­ją – wy­ce­dzi­ła przez zęby Ga­brie­la i wy­rwa­ła dłoń z uści­sku chło­pa­ka.

– Nikt prze­cież Ga­bry­si nie ob­wi­nia – za­pew­nił Bła­żej, nie­co zdez­o­rien­to­wa­ny jej wy­bu­chem. Nie po­wie­dział o gwał­cie, bo nie chciał ko­lej­ny raz obe­rwać po twa­rzy.

– Nie wi­dzisz, jak Kla­ra na mnie pa­trzy? Z wy­rzu­tem? – prych­nę­ła dziew­czy­na.

– Ra­czej z tro­ską – bąk­nął nie­pew­nie Bła­żej, bo w isto­cie nie za­uwa­żył we wzro­ku dru­giej pan­ny Kąc­kiej żad­nej wro­go­ści.

Ow­szem, tak jak i on, i pani rot­mi­strzo­wa spo­glą­da­ła z lę­kiem na Ga­brie­lę, bo nie ja­dła, nie od­zy­wa­ła się i pa­trzy­ła przed sie­bie, jak obłą­ka­na. Raz tyl­ko mała Nela za­py­ta­ła, czy może ucze­sać jej wło­sy, bo ma ta­kie dłu­gie i pięk­ne, a pan­na Kąc­ka za­re­ago­wa­ła po­tak­nię­ciem gło­wy. Bła­żej pró­bo­wał dow­cip­ko­wać, że od ludz­kich wło­sów na­le­ży Nelę izo­lo­wać, a broń Boże, nie da­wać jej do ła­pek no­ży­czek, ale Ga­brie­la na­wet nie zmie­ni­ła wy­ra­zu twa­rzy, gdy to mó­wił. Tym­cza­sem mała Nela, wziąw­szy drew­nia­ny grze­bień od pan­ny Kla­ry, szar­pa­ła jej wło­sy, ta­pi­ro­wa­ła je i za­cze­sy­wa­ła na twarz, nie ba­cząc na fakt, że owe za­bie­gi są bo­le­sne i nie­przy­jem­ne. Ru­ga­na przez pa­nią Do­mo­sław­ską i stro­fo­wa­na przez Bła­że­ja, któ­ry czuł się nie­mal jak jej star­szy brat, nie usły­sza­ła ani sło­wa od swo­jej ofia­ry, czy­li Ga­brie­li.

– Bła­żej… – jęk­nę­ła na­gle Ga­brie­la, zer­ka­jąc na wło­sy chło­pa­ka. – Prze­cież ty masz wszy! Całe hor­dy łażą ci po gło­wie…

– To się Ga­bry­sia obu­dzi­ła. – Ro­ze­śmiał się. – Już po kil­ku go­dzi­nach nas ob­la­zły te ścier­wa. Zla­zły się, cho­le­ry ja­śni­ste, jak mu­chy do gów­na. Ty też pew­no masz, choć za bar­dzo nie spo­glą­da­łem na cie­bie, co­byś nie była na mnie ze­złu­ta.

– Nic nie czu­łam… – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– A co się tak pa­nien­ce na­gle po­lep­szy­ło? – Pu­ścił do niej oko.

– A bo jak tak zo­ba­czy­łam to słoń­ce i nie­bo, i tę zie­lo­ność na łące, to po­my­śla­łam, że cze­ka mnie w ży­ciu jesz­cze coś do­bre­go. Że tata i Hu­bert Mo­ra­wiń­ski wró­cą z nie­wo­li, ja ze zsył­ki i cze­ka nas pięk­ne ży­cie – wes­tchnę­ła.

Bła­żej po­smut­niał. Mógł się spo­dzie­wać, że pan­na Kąc­ka tak szyb­ko o swo­im na­rze­czo­nym nie za­po­mni, ale czym in­nym było to usły­szeć na wła­sne uszy i stra­cić w jed­nej se­kun­dzie wszyst­kie złu­dze­nia. A on miał wra­że­nie, że dla Ga­brie­li zro­bił­by wszyst­ko. Byle tyl­ko go chcia­ła. Jemu nie­strasz­na była po­dróż w nie­zna­ne i ssa­nie w żo­łąd­ku, a na­wet wszy, któ­re go ob­la­zły, bo prze­cież jego los dzie­li­ła pan­na Kąc­ka. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go aku­rat za­uro­czył się w Ga­brie­li, a nie w Kla­rze, któ­ra jak żywo przy­po­mi­na­ła jej od­bi­cie w lu­strze. Po pro­stu jego du­sza wy­ry­wa­ła się wła­śnie do niej i był prze­ko­na­ny, że na koń­cu świa­ta i z za­mknię­ty­mi ocza­mi od­róż­nił­by jed­ną od dru­giej.

Usły­sze­li na­wo­ły­wa­nie. Za chwi­lę po­ciąg miał ru­szyć da­lej, więc po­dą­ży­li w kie­run­ku wa­go­nu. Nie­mal wszy­scy już za­ję­li swo­je miej­sca, je­dy­nie pani Be­re­ni­ka krę­ci­ła się nie­spo­koj­nie wzdłuż wa­go­nów.

– Bła­żej! – krzyk­nę­ła roz­pacz­li­wie. – Neli nie ma! Jesz­cze kil­ka mi­nut temu krę­ci­ła się z Jadź­ką po łące, a te­raz prze­pa­dła. Prze­cież ja nie po­ja­dę bez niej, a już krzy­czą, że za­raz ru­sza­my.

– Za­wsze ga­da­łem, że tej gorz­kiej cho­le­rze to la­nie by się zda­ło – burk­nął Bła­żej, ale zde­ner­wo­wał się rów­nie moc­no, co pani Do­mo­sław­ska.

– Ja po­bie­gnę w tę stro­nę, a ty leć w dru­gą. Może wsia­dła do któ­re­goś wa­go­nu – za­rzą­dzi­ła Ga­brie­la, po czym zwró­ci­ła się do Be­re­ni­ki: – Na pew­no się znaj­dzie, nie od­je­dzie­my bez niej.

Ga­brie­la wca­le nie była pew­na, czy w isto­cie po­ciąg po­cze­ka na małą Nelę i wte­dy na­praw­dę był­by pro­blem. Za­trzy­ma­li się na kom­plet­nym pust­ko­wiu, na­wet nie wie­dzie­li do­kład­nie gdzie są.

Bła­żej biegł wzdłuż po­cią­gu, wy­py­tu­jąc lu­dzi w ko­lej­nych wa­go­nach, czy nie wi­dzie­li pie­go­wa­te­go czor­ta z dużą lal­ką o imie­niu Jadź­ka. Pa­sa­że­ro­wie krę­ci­li je­dy­nie gło­wa­mi, a chło­pak biegł co­raz szyb­ciej, bo po­ciąg był nie­moż­li­wie dłu­gi.

– A ty kuda? – Bła­żej usły­szał głos za ple­ca­mi.

– Dzie­wocz­ka, ma­len­ka. Wie­snusz­ki – wy­sa­pał, do­ty­ka­jąc po­licz­ków i nosa, na wy­pa­dek gdy­by straż­nik nie zro­zu­miał, że cho­dzi o pie­gi.

– A… Nela – za­re­cho­tał straż­nik.

Bła­żej nie­co się zdzi­wił. Czyż­by pani Do­mo­sław­ska już py­ta­ła go o cór­kę?

– Wi­dział ją pan? – za­py­tał.

– Ka­kij pan, ja soł­dat. – Żoł­nierz ko­lej­ny raz się za­śmiał. – A Nela u nas, kon­fie­ty swie­ta­jet.

Bła­żej aż otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia, po czym po­pro­sił o wska­za­nie wa­go­nu, w któ­rym re­zy­do­wa­ła ra­dziec­ka ob­słu­ga po­cią­gu. Żoł­nierz pil­nu­ją­cy wa­go­nów wska­zał mu miej­sce i krzyk­nął tyl­ko, żeby chło­pak się po­śpie­szył, bo ina­czej kon­wój od­je­dzie bez nie­go.

Biegł na zła­ma­nie kar­ku. Nie tyl­ko z uwa­gi na pły­ną­cy nie­ubła­ga­nie czas, ale z oba­wy o małą dziew­czyn­kę. Mar­twił się, że ci żoł­da­cy mogą zro­bić jej ja­kąś krzyw­dę albo Nela, zo­ba­czyw­szy, iż jest z dala od mat­ki, wy­stra­szy się.

Wa­gon żoł­nie­rzy wy­glą­dał nie­co le­piej niż ten, któ­rym on po­dró­żo­wał. Przede wszyst­kim nie było tu­taj ta­kie­go ści­sku, a po­sła­nia wy­glą­da­ły zde­cy­do­wa­nie po­rząd­niej. Na pa­le­ni­sku kozy go­to­wa­ła się woda, a na nie­wiel­kiej pół­ce przy­go­to­wa­no kub­ki na ro­syj­ski czaj.

Mała Nela nie była ani smut­na, ani wy­stra­szo­na. Sie­dzia­ła na ko­la­nach jed­ne­go z żoł­da­ków i opo­wia­da­ła mu, że Jadź­ka się „ze­sra­ła” i te­raz śmier­dzi w ca­łym po­cią­gu. Nie wia­do­mo, ile z tej pa­pla­ni­ny zro­zu­miał żoł­nierz, ale co rusz wy­cią­gał w kie­run­ku dziew­czyn­ki wy­mię­to­szo­ną pa­pie­ro­wą to­reb­kę z cu­kier­ka­mi, w któ­rej to Nela chęt­nie za­nu­rza­ła swo­ją brud­ną rękę. Uśmie­cha­ła się przy tym pro­mien­nie i kon­ty­nu­owa­ła opo­wieść o lal­ce – Jadź­ce.

– Nela! – wrza­snął Bła­żej. – Czyś ty ocza­dzia­ła? Mat­ka two­ja za­gło­si i szu­ka cię wszę­dzie.

Dziew­czyn­ka zu­peł­nie spo­koj­nie zsu­nę­ła się z ko­lan nowo po­zna­ne­go „przy­ja­cie­la”, dy­gnę­ła, jak na do­brze wy­cho­wa­ną pa­nien­kę przy­sta­ło, i po­wie­dzia­ła grzecz­nie:

– Do wi­dze­nia. Na na­stęp­nym po­sto­ju zno­wuż przyj­dę i opo­wiem, jak Bła­że­jo­wi łeb do ły­se­go ohe­blo­wa­łam.

Chło­pak chwy­cił Nelę wpół i trzy­ma­jąc na rę­kach, po­biegł w stro­nę ich wa­go­nu. Gdy­by nie to, że mu­siał się spie­szyć, za­pew­ne wy­rę­czył­by pa­nią Do­mo­sław­ską w uka­ra­niu Neli, bo gdy wszy­scy od­cho­dzi­li od zmy­słów, szu­ka­jąc gów­nia­rza, ten sie­dział so­bie bez­tro­sko i wtry­niał cu­kier­ki otrzy­ma­ne od So­wie­tów.

– Gdzieś ty była?! – krzyk­nę­ła roz­dzie­ra­ją­co Be­re­ni­ka, gdy za­sa­pa­ny Bła­żej po­sta­wił dziew­czyn­kę w wa­go­nie.

I wte­dy po­ciąg ru­szył. Nela za­pisz­cza­ła i chwi­lę po­tem przy drzwiach zna­la­zło się kil­ku męż­czyzn z wa­go­nu. Wcią­gnę­li Bła­że­ja do środ­ka, nie­mal wy­ry­wa­jąc mu ręce ze sta­wów. Jed­nak on nie czuł bólu, je­dy­nie szyb­ko po­wiódł wzro­kiem po na­rach. Do­strzegł sie­dzą­cą na swo­im miej­scu Ga­brie­lę i uspo­ko­ił się.

– Ta mała wszyst­kich do gro­bu wpę­dzi, szczę­ście od Boga, że straż­ni­cy drzwi nie za­ry­glo­wa­li – mruk­nął dzia­dek Kon­stan­ty i po­kle­pał Bła­że­ja po ra­mie­niu. – Do­brze cię ro­dzi­ce wy­cho­wa­li.

– To nie ro­dzi­ce mnie wy­cho­wa­li, ale ty i bab­cia – po­wie­dział ci­cho Bła­żej i spoj­rzał z nie­chę­cią na Nelę, któ­ra wła­śnie wda­ła się w awan­tu­rę ze swo­ją mat­ką.

– Tam nie śmier­dzi gów­na­mi, mają cie­płą her­bat­kę i cu­kier­ki. A tu jest pa­skud­nie! – krzy­cza­ła mała.

– Nie mo­żesz cho­dzić do ob­cych – wark­nę­ła Be­re­ni­ka.

– A niby że dla­cze­go? Oni mnie prze­cież lu­bią. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Bo ja tak mó­wię i masz mnie słu­chać – zi­ry­to­wa­ła się pani Do­mo­sław­ska.

– Tak nie moż­na, pani ko­men­dan­to­wo – spo­koj­nie po­wie­dział na­uczy­ciel hi­sto­rii ze szko­ły w Oszmia­nie. – Trze­ba dziec­ku wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go źle po­stę­pu­je. Naj­now­sze ba­da­nia po­ka­za­ły…

Nie do­koń­czył zda­nia, bo pani Be­re­ni­ka prze­rwa­ła mu w pół sło­wa.

– Za­tem niech pan pro­fe­sor spró­bu­je tych swo­ich no­wa­tor­skich me­tod na tym czor­cie.

Pan Ko­brzyń­ski po­pra­wił na no­sie oku­la­ry i cie­pło zwró­cił się do dziew­czyn­ki:

– Nelu, two­ja ma­mu­sia bar­dzo się mar­twi­ła, bo dłu­go nie wra­ca­łaś, bo nie wie­dzia­ła, co się z tobą dzie­je i gdzie je­steś. Gdy­by Bła­żej cię nie zna­lazł, two­ja mama zo­sta­ła­by na tej łące i cze­ka­ła na cie­bie. I jak póź­niej by­ście się od­na­la­zły? – za­czął de­li­kat­nie.

– No jak to gdzie? U Sie­rio­ży by­łam.

– Ale prze­cież two­ja mama nie zna Sie­rio­ży – cią­gnął ła­god­nie pro­fe­sor Ko­brzyń­ski.

– To mo­gła za­py­tać Wani, tak jak Bła­żej. – Dziew­czyn­ka wciąż nie ro­zu­mia­ła, w czym tkwi pro­blem.

Na­uczy­ciel z pew­no­ścią po­my­ślał, że je­śli ko­lej­ny raz po­wie, iż jej mama nie zna Wani, ta zno­wu poda ko­lej­ne imię. Spró­bo­wał więc od in­nej stro­ny:

– Mama mar­twi­ła się i pła­ka­ła…

– A po co? – Nela ko­lej­ny raz wzru­szy­ła ra­mion­ka­mi.

W tym mo­men­cie Ko­brzyń­ski pod­dał się i po­wie­dział z lek­kim nie­sma­kiem:

– To dziec­ko jest po­zba­wio­ne uczuć wyż­szych…

– A panu syry śmier­dzą – bez­ce­re­mo­nial­nie rzu­ci­ła dziew­czyn­ka.

Na te sło­wa pro­fe­sor zro­bił się czer­wo­ny jak bu­rak, a resz­ta to­wa­rzy­stwa usi­ło­wa­ła po­wstrzy­mać śmiech. Każ­dy z nich śmier­dział i mie­li tego świa­do­mość, ale nikt tak­tow­nie o tym nie mó­wił, cho­ciaż w isto­cie z bu­tów pro­fe­so­ra Ko­brzyń­skie­go wy­do­by­wa­ła się wy­jąt­ko­wo in­ten­syw­na i pa­skud­na woń, któ­ra nie­kie­dy na­wet po­tra­fi­ła zdo­mi­no­wać smród z otwo­ru klo­acz­ne­go.

***

Nina nie była za­do­wo­lo­na z fak­tu, że musi dzie­lić się je­dze­niem z Apo­lo­nią Ry­szew­ską. Ta bo­wiem naj­wy­raź­niej spo­dzie­wa­ła się w tym po­cią­gu wa­go­nu re­stau­ra­cyj­ne­go i nie za­bra­ła ze sobą nic, czym mo­gła­by się po­ży­wić. Za to ku­fe­rek pod­ręcz­ny pod­sta­rza­łej ak­tor­ki wy­peł­nio­ny był roz­ma­ity­mi pu­dra­mi, szmin­ka­mi i czer­ni­dła­mi do brwi, a te rze­czy, jak wia­do­mo, nie nada­wa­ły się do je­dze­nia. Tym bar­dziej było to iry­tu­ją­ce, że Nina w ostat­niej fa­zie cią­ży była głod­na wła­ści­wie bez prze­rwy i z wiel­ką chę­cią spa­ła­szo­wa­ła­by wszyst­ko, co mia­ła, w trak­cie jed­ne­go po­sił­ku. Świa­do­ma była jed­nak, że dro­ga cze­ka ich dłu­ga, a tym, co da­wa­no im do je­dze­nia, może na­sy­cić się co naj­wy­żej mały ko­ciak. Nie mó­wiąc o tym, że owa ciecz, któ­rą na­zy­wa­no zupą, bar­dziej przy­po­mi­na­ła po­my­je, a i woń roz­ta­cza­ła po­dob­ną. Tym­cza­sem Apo­lo­nia zer­ka­ła za każ­dym ra­zem na Ninę, gdy ta się­ga­ła do swo­jej tor­by po ka­wa­łek chle­ba czy sło­ni­ny. A po­tem prze­ły­ka­ła śli­nę tak gło­śno, że na­wet stu­kot po­cią­gu nie był w sta­nie za­głu­szyć tego dźwię­ku. I wte­dy ko­lej­ny raz Nina da­wa­ła się zła­mać, dzie­ląc się ostat­ni­mi za­pa­sa­mi.

– A cze­mu tak nie po rów­no? – jęk­nę­ła Apo­lo­nia, gdy Nina od­kro­iła dla niej mniej­szy ka­wa­łek sło­ni­ny.

– Bo je­stem w cią­ży i mu­szę jeść za dwo­je – ze spo­ko­jem od­po­wie­dzia­ła Nina.

– Po­dob­no to bzdu­ra, że ko­bie­ta w cią­ży po­win­na jeść wię­cej. Nie­któ­re ko­bie­ty so­bie fol­gu­ją i dla­te­go po po­ro­dzie wy­glą­da­ją jak sło­je smal­cu, a nie jak ko­bie­ty – wark­nę­ła Apo­lo­nia.

Żona dróż­ni­ka, mat­ka pię­cior­ga dzie­ci i wła­ści­ciel­ka po­kaź­nej tu­szy, żach­nę­ła się.

– Le­piej być tłu­ściut­kim niż po­marsz­czo­nym jak su­szo­na śliw­ka.

– Ale wów­czas suk­nie nie leżą tak pięk­nie – od­po­wie­dzia­ła wy­nio­śle Apo­lo­nia.

– Tak… Cał­kiem jak na wie­sza­ku. – Pie­czar­kow­ska za­re­cho­ta­ła i do­da­ła: – I po­tem za­miast biu­stu ro­bią się dwa na­le­śni­ki.

– No cóż, jed­ni wolą na­le­śni­ki, inni kro­wie wy­mio­na – burk­nę­ła roz­złosz­czo­na Apo­lo­nia.

– Pani, chłop do pier­siów to chce się do­tu­lić, a nie się nimi owi­nąć. I jak pani tak żreć nie lubi, to cze­go cią­gle tej cię­żar­nej wy­ja­da? Le­d­wie co ko­bie­ci­na coś do py­ska pod­nie­sie, to pani już łapy wy­cią­ga, jak po swo­je – od­py­sko­wa­ła żona dróż­ni­ka, któ­ra od sa­me­go po­cząt­ku krzy­wo pa­trzy­ła na Apo­lo­nię i chy­ba tyl­ko cze­ka­ła, by móc wsz­cząć z nią ja­kąś kłót­nię.

– Nie wzię­łam ze sobą je­dze­nia, bo są­dzi­łam, że tu­taj mi je za­pew­nią – god­nie od­par­ła Apo­lo­nia i pod­nio­sła się z nary.

Za­pew­ne chcia­ła opu­ścić to­wa­rzy­stwo nie­zbyt uprzej­mej ko­bie­ty, ale nie bar­dzo mia­ła do­kąd się udać. Mo­gła co naj­wy­żej sta­nąć so­bie nie­opo­dal otwo­ru na nie­czy­sto­ści, ale odór, jaki wy­do­by­wał się z tej pro­wi­zo­rycz­nej to­a­le­ty, nie­mal świ­dro­wał w noz­drzach.

– Jak­by pani Ru­skich nie zna­ła. Po­żyw­no­ści to oni na­wet dla swo­ich nie po­tra­fią zor­ga­ni­zo­wać, a co do­pie­ro mó­wić o Po­lia­kach – prych­nę­ła ko­bie­ta. – Jak pani głu­piaś, to pani spra­wa, ale co pani ta nie­szczę­sna ko­bie­ci­na zro­bi­ła?

Nina po­sta­no­wi­ła się wtrą­cić, bo nie po­do­ba­ło się jej, w ja­kim kie­run­ku zmie­rza ta roz­mo­wa. Apo­lo­nia była iry­tu­ją­ca i w isto­cie nie­za­bra­nie żad­nej żyw­no­ści w tak dłu­gą po­dróż było głu­po­tą, ale sław­na ak­tor­ka za­pew­ne na­wet nie przy­pusz­cza­ła, że od­bę­dzie ją w po­dob­nych wa­run­kach.

– Czę­stu­ję pa­nią Apo­lo­nię do­bro­wol­nie, nikt tu­taj ni­ko­mu nie wy­ry­wa z rąk je­dze­nia – po­wie­dzia­ła sta­now­czo.

Żona dróż­ni­ka w jed­nej chwi­li za­mil­kła i za­ję­ła się od­ma­wia­niem ró­żań­ca.

– Dzię­ku­ję – nie­mal bez­gło­śnie po­wie­dzia­ła Apo­lo­nia i zmie­sza­ła się.

Za­pew­ne dla­te­go, że nie­wie­le było w jej ży­ciu chwil, gdy ko­muś dzię­ko­wa­ła, o coś pro­si­ła czy ko­go­kol­wiek prze­pra­sza­ła. Spra­wia­ła wra­że­nie oso­by, dla któ­rej uży­wa­nie po­dob­nych słów było po­ni­żej jej god­no­ści. Oczy­wi­ście w zwro­tach grzecz­no­ścio­wych sto­so­wa­ła tego typu for­my, ale wy­ni­ka­ło to ra­czej z kur­tu­azji. Nie­kie­dy brzmia­ło to wręcz ko­micz­nie. Na przy­kład, gdy po­wie­dzia­ła pew­ne­go razu do sie­dzą­ce­go nie­opo­dal niej męż­czy­zny:

– Prze­pra­szam, czy mógł­by pan nie spo­ży­wać czosn­ku na czas po­dró­ży. A je­śli już pan musi, pro­szę nie chu­chać w moją stro­nę. Wy­dzie­la pan bar­dzo przy­kry za­pach.

– Pani ład­na, śmier­dzi szczy­na­mi, po­tem i gów­nem, a prze­szka­dza pani za­pach czosn­ku? – za­py­tał nie­co zdzi­wio­ny je­go­mość.

Apo­lo­nia już nic nie po­wie­dzia­ła, tyl­ko od­wró­ci­ła się i z prze­past­nej wa­liz­ki wy­cią­gnę­ła fla­kon fran­cu­skich per­fum, któ­ry­mi za­czę­ła spry­ski­wać sie­bie, za­sło­nę przy to­a­le­cie, a na­wet sto­py pro­fe­so­ra Ko­brzyń­skie­go.

– No, jesz­cze tyl­ko per­fu­my bra­ko­wa­ło – mruk­nę­ła mło­da ko­bie­ta prze­wi­ja­ją­ca nie­mow­lę. – Niech­że tyl­ko mi pani na dzie­cia­ka tym nie sika.

Roz­po­czę­ła się ko­lej­na awan­tu­ra. Jed­ni z lu­bo­ścią ła­pa­li noz­drza­mi mgieł­kę ele­ganc­kich fran­cu­skich per­fum, inni za­czę­li pry­chać, kasz­leć i uty­ski­wać, że śmier­dzą tak samo, jak ich spo­co­ne ubra­nia.

Apo­lo­nia za­prze­sta­ła swo­ich prak­tyk, ale na jed­nym z po­sto­jów po­sta­no­wi­ła in­ter­we­nio­wać. Wy­sia­dła z wa­go­nu i uda­ła się do star­sze­go ran­gą żoł­nie­rza.

– Zdraw­stwuj­tie, ta­wa­riszcz – za­czę­ła.

–Szto?Cze­go chce­cie? – nie­zbyt uprzej­mie za­py­tał żoł­nierz. Mó­wił tro­chę po pol­sku, ze śpiew­nym ak­cen­tem, i za­pew­nedla­te­go uczy­nio­no go kie­row­ni­kiem tego ca­łe­go za­mie­sza­nia.

– Czy moż­na coś zro­bić z tym fe­to­rem w wa­go­nie? Jest nas za dużo, wa­run­ków sa­ni­tar­nych nie ma żad­nych, a to wia­dro wrząt­ku, któ­re da­je­cie nam raz dzien­nie, wy­star­cza za­le­d­wie na opłu­ka­nie rąk. Już wszy­scy mamy wszy, cier­pi­my na bie­gun­kę. Do­praw­dy, pro­szę coś z tym zro­bić – prze­ma­wia­ła Apo­lo­nia spo­koj­nym gło­sem.

– A pa­szła ty mnie! – krzyk­nął. – Bur­żuj­ska żopa.

Wszyst­kie oso­by ja­dą­ce wa­go­nem z Apo­lo­nią za­mil­kły i ocze­ki­wa­ły w na­pię­ciu na ciąg dal­szy. Za­czę­li mieć oba­wy, że zde­ner­wo­wa­ny żoł­nierz za karę po­zba­wi ich zupy i tego nędz­ne­go wia­dra ki­pia­to­ka. Apo­lo­nia jed­nak nie my­śla­ła o ewen­tu­al­nych kon­se­kwen­cjach. Do­sta­ła hi­ste­rii i prze­sta­ła nad sobą pa­no­wać.

– Świ­nie w chle­wie mają lep­sze wa­run­ki niż my. Każ­da żopa po­trze­bu­je, żeby ją cza­sa­mi umyć. My też nie mamy tył­ków z bla­chy. Ta­wa­risz­cze też nie lu­bią, jak ich wszy gry­zą. Żą­dam… Tak, wła­śnie, żą­dam, aby na­tych­miast do­star­czo­no nam jesz­cze jed­no wia­dro ki­pia­to­ka. I chle­ba. Chcę chle­ba! Nie ka­wio­ru i szam­pa­na, ale zwy­kłe­go chle­ba! – wrzesz­cza­ła Apo­lo­nia, szar­piąc się za wło­sy i brud­ne ubra­nie.

Kie­dy za­czę­ła szlo­chać, Jan Mo­ra­wiń­ski pod­szedł do niej i od­cią­gnął ją od nie­co skon­ster­no­wa­ne­go straż­ni­ka, któ­ry po wy­bu­chu Apo­lo­nii po pro­stu onie­miał. Po chwi­li jed­nak bez sło­wa od­szedł w kie­run­ku lo­ko­mo­ty­wy. Tym­cza­sem Apo­lo­nia usia­dła na łące i scho­wa­ła twarz w dło­niach, jak­by nie chcia­ła, by oglą­da­no ją, gdy pła­cze.

– Pani Apo­lo­nio, musi pani być sil­na. Nie­dłu­go do­trze­my na miej­sce i ja­koś się urzą­dzi­my – spo­koj­nie prze­ma­wiał Mo­ra­wiń­ski.

On, przy­zwy­cza­jo­ny do nie­mal luk­su­so­we­go ży­cia, tak­że nie mógł przy­wyk­nąć do po­dob­nych wa­run­ków. Miał jed­nak wpra­wę w wy­gła­sza­niu po­cie­sza­ją­cych fra­ze­sów, bo od­kąd NKWD wy­pro­wa­dzi­ło ich z domu, mu­siał po­dob­ne wy­po­wia­dać do żony i cór­ki.

– Nie wy­trzy­mam, nie dam rady. Ja ży­łam ina­czej… W każ­dym mie­ście cze­ka­ły na mnie naj­lep­sze ho­te­le, do dys­po­zy­cji mia­łam lo­ka­jów i wy­szu­ka­ne po­tra­wy, po­da­wa­ne wprost do po­ko­ju. Ja­da­łam na srebr­nych pół­mi­skach, w to­wa­rzy­stwie am­ba­sa­do­rów, a na­wet ko­ro­no­wa­nych głów… To już nie upa­dek, to upodle­nie – jęk­nę­ła, łka­jąc.

– To kie­dyś po­wró­ci. I luk­sus, i do­bre to­wa­rzy­stwo – bez prze­ko­na­nia obie­cał Mo­ra­wiń­ski. – Ja w ka­te­go­riach stra­ty my­ślę je­dy­nie o swo­ich sy­nach. Nie wiem, co się z nimi dzie­je, czy w ogó­le żyją. Resz­ta… nie ma dla mnie kom­plet­nie żad­ne­go zna­cze­nia.

– Ja stra­ci­łam męża i syna daw­no temu. Mia­łam tyl­ko ka­rie­rę i luk­sus. A te­raz za­bra­no mi na­wet to… – szep­nę­ła i pod­nio­sła się z zie­mi, bo na­ka­za­no za­koń­czyć po­stój i udać się do wa­go­nów.

Dziw­nym tra­fem tuż przed od­jaz­dem je­den ze straż­ni­ków przy­niósł do ich wa­go­nu wia­dro ki­pia­to­ka i je­den bo­che­nek ciem­ne­go, nie­co gli­nia­ste­go chle­ba.

3. Okolice Irkucka, 1940

Paweł Za­wi­ślań­ski za każ­dym ra­zem, gdy sły­szał kro­wi dzwo­nek, sta­rał się nie my­śleć, ile razy jesz­cze bę­dzie mu­siał re­ago­wać na ów dźwięk. Zda­wa­ło mu się za­wsze, że do­pie­ro przy­ło­żył gło­wę do sien­ni­ka, a już trze­ba było wstać, ob­myć twarz w zim­nej wo­dzie i roz­pro­sto­wać obo­la­łe cia­ło. A po­tem wy­cią­gnąć spod pry­czy wa­to­wa­ną ro­bo­czą kurt­kę i wyjść na wie­lo­stop­nio­wy mróz. Jesz­cze nie cał­kiem do­bu­dzo­ny, po­włó­cząc no­ga­mi w okrop­nych za du­żych bu­cio­rach, po­dą­żał w mil­cze­niu wraz z in­ny­mi miesz­kań­ca­mi ba­ra­ku do obo­zo­wej kuch­ni. Tam usta­wia­li się w ko­lej­ce po li­chą zupę i ka­wa­łek chle­ba. Wła­ści­wie to nie była zupa, ale woda, w któ­rej pły­wa­ły nędz­ne reszt­ki ka­szy. Pa­weł od­no­sił nie­kie­dy wra­że­nie, że owa zupa po­wsta­je wsku­tek płu­ka­nia ko­tłów, z któ­rych na­le­wa­no ją wcze­śniej na mi­ski sta­cha­now­ców, czy­li przo­dow­ni­ków pra­cy. On do­szedł do wnio­sku, że nie bę­dzie pra­co­wał po­nad siły, by do­stać lep­sze ra­cje żyw­no­ścio­we, bo i tak nie wy­star­czą one, by za­spo­ko­ić głód tak cięż­ko pra­cu­ją­ce­go czło­wie­ka. Sta­rał się być „śred­nia­kiem”, nie rzu­cać się w oczy i scho­dzić z dro­giroz­wod­czi­kom, dzie­sięt­ni­komczyurkom. Ci ostat­ni tyl­ko czy­ha­li, by ktoś im pod­padł. Na­wet prze­lot­ne spoj­rze­nie na ta­kie­go ban­dzio­ra mo­gło skut­ko­wać do­sta­niem po mor­dzie.

Ziew­nął i do­tknął pal­ca­mi swo­ich zę­bów. Mar­twił się, że po­zba­wio­ne od­po­wied­niej hi­gie­ny nie­dłu­go mu wy­pad­ną albo sczer­nie­ją jak tym, któ­rzy prze­by­wa­li w obo­zie dłu­żej niż rok. Miał tak­że inne zmar­twie­nie. Do­wód­cy w swo­jej wiel­kiej ła­ska­wo­ści po­zwa­la­li po­słusz­nym więź­niom raz na dwa mie­sią­ce wy­sy­łać do domu ko­re­spon­den­cję. Pa­weł zdo­łał wy­słać do Niny dwa li­sty, ale na ża­den nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Współ­więź­nio­wie po­in­stru­owa­li go, żeby nie pi­sał ni­cze­go, co mo­gło­by się nie spodo­bać wła­dzy, bo­wiem każ­dy list jest wni­kli­wie czy­ta­ny i przy byle po­dej­rze­niu nie dość, że nie do­trze do ad­re­sa­ta, to jesz­cze na­ra­zi pi­szą­ce­go na kar­cer. Pa­weł nie był idio­tą, miał świa­do­mość, że tu­taj kon­tro­lu­ją wszyst­ko, po­cząw­szy od ko­re­spon­den­cji, a na brud­nych, za­wszo­nych sien­ni­kach koń­cząc. Nie wy­lą­do­wał w kar­ce­rze, czy­li w głę­bo­kiej, wą­skiej dziu­rze przy­kry­tej drew­nia­nym de­klem, a na­wet do­stał moż­li­wość na­pi­sa­nia ko­lej­ne­go li­stu. A za­tem zro­bił wszyst­ko jak na­le­ży.

Rą­biąc albo pi­łu­jąc drew­no, a po­tem tar­ga­jąc je na pry­zmy, wciąż za­sta­na­wiał się, co mo­gło stać się z jego żoną. Była w cią­ży, w Wil­nie nie mia­ła ni­ko­go, może więc wy­je­cha­ła? Być może wy­że­bra­ła, żeby ją wy­pusz­czo­no albo spie­nię­ży­ła, co się dało i opła­ci­ła wła­ści­wych lu­dzi? Ty­sią­ce po­my­słów przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy, łącz­nie z tym, że Nina wpa­dła w łap­ska tego by­dla­ka, Ari­sto­wa. Szep­ta­no, że sto­sun­ki So­wie­tów z Li­twi­na­mi da­le­kie są od ide­ału, a wia­do­mo było, że ci pierw­si są w sta­nie zro­bić wszyst­ko, co im tyl­ko wpad­nie do gło­wy, by nie utra­cić swo­ich wpły­wów, więc za­pew­ne na­dal się pa­no­szy­li.

– Ty się, pa­ni­czy­ku, ru­szaj żwa­wiej, bo nikt za cie­bie ty­rał nie bę­dzie – wy­sy­czał Li­nas Va­ta­kus, Li­twin, po­dob­nie jak Za­wi­ślań­ski, z Wil­na.

– Nie daję rady pra­co­wać szyb­ciej – od­po­wie­dział spo­koj­nie Pa­weł.

– Ale to­bie nada… Jak na­sza gru­pa nie wy­ro­bi nor­my, to zno­wu bę­dzie­my żar­li po­my­je z ostat­nie­go ko­tła.

Tak, nic nie dzia­ła­ło le­piej niż więź­nio­wie pa­trzą­cy na ręce in­nym więź­niom. Łą­czy­li ich w czwór­ki, a po­tem zli­cza­li wy­nik ca­łej gru­py, a póź­niej do­pie­ro każ­de­go z osob­na. Jed­nak­że w ra­zie bra­ku wy­ni­ków ca­łej eki­py, ka­ra­no wszyst­kich. Nie­kie­dy naj­bar­dziej am­bit­ni zgła­sza­li chęć prze­nie­sie­nia do bar­dziej wy­daj­nej bry­ga­dy. Dla ko­goś ta­kie­go jak Pa­weł ozna­cza­ło to dużo cięż­szą pra­cę.

– Już do­brze – burk­nął Pa­weł.

– Co tam się dzie­je? – za­in­te­re­so­wał się Li­nas.

Odło­żył piłę i wy­prę­żył się, wy­pa­tru­jąc, ja­kie to za­mie­sza­nie wy­bu­chło w są­sied­niej gru­pie. W isto­cie, do Paw­ła Za­wi­ślań­skie­go tak­że do­tar­ły pod­nie­sio­ne gło­sy dzie­sięt­ni­ka.

– Chy­ba coś się nie zga­dza w ra­chu­bach – po­wie­dział Pa­weł, ale za­czął bacz­niej się przy­słu­chi­wać, bo­wiem w tam­tej bry­ga­dzie pra­co­wa­li To­biasz i Kuba.

Do nie­daw­na było w tam­tej gru­pie czte­rech więź­niów, ale je­den przed­wczo­raj się nie obu­dził, umie­ra­jąc z wy­cień­cze­nia, a dru­gi od­rą­bał so­bie pa­lec sie­kie­rą. Naj­pew­niej ce­lo­wo, bo ta­kie zra­nie­nie ozna­cza­ło kil­ku­dnio­wą labę w obo­zo­wym szpi­ta­lu.

– Idź no, sprawdź, może trze­ba po­móc dzie­sięt­ni­ko­wi. I tak się obi­jasz od rana. – Li­nas na­cią­gnął moc­niej uszat­kę na gło­wę i chwy­cił wraz z Ka­za­chem, Jer­ża­nem, za ogrom­ną piłę.

Pa­weł odło­żył na stos gru­by pień i po­wo­li za­czął po­dą­żać w kie­run­ku gru­py To­bia­sza i Kuby. Nie śpie­szył się, bo taki spa­cer ozna­czał chwi­lę wy­tchnie­nia, nor­mę zaś za­pew­ne nad­ro­bi Li­nas.

I wte­dy zo­ba­czył To­bia­sza, któ­ry z sza­leń­stwem w oczach i z sie­kie­rą w dło­ni za­mie­rzył się na dzie­sięt­ni­ka. Ani on nie zdą­żył za­re­ago­wać, ani też bie­gną­cy w ich stro­nę Kuba. Obuch sie­kie­ry z im­pe­tem wy­lą­do­wał na gło­wie męż­czy­zny.

– To­biasz, prze­stań, po­wie­szą cię albo zdech­niesz w pie­kle! – krzyk­nął Pa­weł.

Kar­cer na­zy­wa­no nie­kie­dy pie­kłem, bo w isto­cie wie­lu więź­niów umie­ra­ło w nim w mę­czar­niach, zmo­żo­nych zim­nem i gło­dem. A ta­kie ka­tu­sze moż­na było prze­ży­wać je­dy­nie w pie­kle.

Mo­ra­wiń­ski, jak­by w zu­peł­nym amo­ku, ude­rzył ko­lej­ny raz.

– Chciał mnie oszu­kać. Tam­ci go prze­ku­pi­li, żeby do­pi­sał im na­sze drew­no. A tak mi mało bra­ko­wa­ło, że­bym do­stał zupę z dru­gie­go ko­tła. Oszu­kał mnie… – chry­piał z wście­kło­ścią w oczach To­biasz.

Kuba pod­biegł do To­bia­sza i, chwy­ciw­szy wpół, od­su­nął go od ofia­ry.

– Pa­weł, sprawdź, co mu jest – wy­sa­pał i wska­zał bro­dą na le­żą­ce­go dzie­sięt­ni­ka.

Wszyst­ko wo­kół uma­za­ne było krwią, któ­ra kon­tra­sto­wa­ła z bie­lą śnie­gu. Wy­glą­da­ło to kosz­mar­nie.

Za­wi­ślań­ski po­chy­lił się nad ofia­rą, ale już na pierw­szy rzut oka mógł stwier­dzić, że To­biasz za­tłukł go na śmierć. Za mi­skę lep­szej zupy… Byli tam do­pie­ro trzy mie­sią­ce, trud­no więc było so­bie wy­obra­zić, jak będą się za­cho­wy­wać, gdy mi­nie czas ich od­siad­ki.

– Nie żyje… – po­wie­dział ci­cho.

– I co te­raz? – wy­stę­kał prze­ra­żo­ny Kuba, wciąż trzy­ma­jąc z ca­łych sił To­bia­sza, bo ten wy­ry­wał się, by ko­lej­ny raz przy­ło­żyć dzie­sięt­ni­ko­wi.

– Kar­cer, stry­czek, roz­strze­la­nie… A skąd ja mam, u li­cha, wie­dzieć? – za­py­tał zdzi­wio­ny Pa­weł, a po­tem do­dał: – Uspo­kój się, To­biasz, i tak już go za­szlach­to­wa­łeś, jak pro­sia­ka.

Mo­ra­wiń­ski na­gle prze­stał się sza­mo­tać i ko­lej­ny raz po­wtó­rzył:

– Chciał mnie oszu­kać, ob­ra­bo­wać z mo­je­go drew­na, chciał, że­bym zdechł z gło­du.

Pa­weł ro­zej­rzał się. Teo­re­tycz­nie gdzieś w po­bli­żu po­wi­nien krę­cić się bry­ga­dzi­sta. Na szczę­ście tra­fił im się wy­jąt­ko­wo le­ni­wy, któ­ry głów­nie prze­sia­dy­wał przy ogni­sku i pa­lił ma­chor­kę.

– Prze­nie­sie­my go da­lej i za­sy­pie­my śnie­giem. I krew też mu­si­my za­sy­pać. A po­tem uło­ży­my w tym miej­scu drew­no. Wo­za­cy i tak przy­ja­dą pra­wie o zmierz­chu, więc ja­kichś ma­łych pla­mek nie za­uwa­żą.

Mu­sie­li za­ry­zy­ko­wać, bo przy­zna­nie się do winy ozna­cza­ło dla To­bia­sza pew­ną śmierć. Tym­cza­sem Mo­ra­wiń­ski był nie­zbyt po­moc­ny, bo wciąż ga­dał jak obłą­ka­ny, że dzie­sięt­nik chciał po­zba­wić go mi­ski zupy. W koń­cu Pa­weł pod­szedł do nie­go, ude­rzył go w twarz i po­trzą­snął nim.

– Chcesz zjeść zupę z dru­gie­go ko­tła?

To­biasz po­ki­wał gło­wą, jak au­to­mat, a po­tem uśmiech­nął się.

– To rób, co po­wiem… Ukry­je­my cia­ło dzie­sięt­ni­ka, a po­tem po­zbę­dziesz się krwi z dło­ni i z wa­cia­ka.

Li­nas był bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny, kie­dy Za­wi­ślań­ski po­wró­cił do swo­jej bry­ga­dy po zbyt dłu­giej, jego zda­niem, nie­obec­no­ści.

– Łaj­zo jed­na, po­wiem bry­ga­dzi­ście, żeby cię do naj­gor­szej gru­py przy­dzie­lił i zdech­niesz z gło­du – syk­nął.

Pa­weł już chciał wdać się z nim w dys­ku­sję, gdy uj­rzał na swo­im brud­nym wa­cia­ku świe­żą pla­mę. Z krwi. Od­wró­cił się gwał­tow­nie i pod­niósł belę drew­na.

– Nie wście­kaj się, nad­ro­bię stra­ty. Mu­sia­łem jesz­cze za po­trze­bą sko­czyć, bo od rana mam bie­gun­kę.

– A ty wiesz, mnie też dzi­siaj tak ja­koś szar­pie… Ty po­dob­no le­karz je­steś – po­wie­dział Li­nas.

– I co mi po tym, jak żar­cie nam ta­kie li­che dają, a le­kar­stwa do­sta­jesz, jak już je­steś jed­ną nogą w gro­bie.

– A co tam się dzia­ło? Co to za awan­tu­ra?

– A bo ten nasz dzie­sięt­nik to tak umie li­czyć, że niech go Pan Bóg po­ko­cha. Ale w koń­cu spraw­dził jesz­cze raz i po­szedł do gru­py Mi­cha­iła.

– To i tak miał chłop szczę­ście, bo jak­by się u Mi­cha­iła po­my­lił, to ten by mu łeb sie­kie­rą po­rą­bał. – Li­nas za­re­cho­tał.

Pa­weł aż drgnął. Po chwi­li po­my­ślał jed­nak, że gdy znaj­dą mar­twe­go dzie­sięt­ni­ka, spo­koj­ny i nie­co wy­de­li­ka­co­ny To­biasz bę­dzie ostat­nią oso­bą, któ­rą po­są­dzą o krwa­wą jat­kę. Po­dob­nie bę­dzie z Kubą, któ­re­go mimo ka­ta­stro­fal­nych wa­run­ków nie­zu­peł­nie opu­ścił hu­mor i wszy­scy uwa­ża­li go za obo­zo­we­go dow­cip­ni­sia. Nie wie­dzie­li, że Kuba Staś­ko w ten spo­sób ukry­wał swój strach. Nie tyl­ko przed na­stęp­nym dniem, ale tak­że przed tym, by pew­ne­go razu nie skoń­czyć ze sobą w ja­kiś dra­stycz­ny spo­sób. Pa­weł wie­rzył jed­nak, że Kuba po­ra­dzi so­bie, tak jak do­tych­czas. Na­wet z urka­mi ro­bił in­te­re­sy albo grał z nimi w kar­ty i po­zwa­lał im wy­gry­wać. Żeby dali mu spo­kój, a w przy­pły­wie hu­mo­ru po­czę­sto­wa­li chle­bem czy pa­pie­ro­sem, któ­ry po­tem wy­mie­niał na coś do zje­dze­nia.

Za to z nie­po­ko­jem pa­trzył na To­bia­sza, któ­ry jak­by gasł w oczach. Mó­wił co­raz mniej, na­wet nie prze­kli­nał, jak wszy­scy inni w tym miej­scu. Tak jak­by ucie­kał do wła­sne­go świa­ta, w któ­rym są luk­su­so­we dwor­ki, pięk­ne ko­bie­ty i ele­ganc­kie knaj­py z dan­sin­giem. I w koń­cu do­szło do tra­ge­dii. Za­sta­na­wiał się, czy To­biasz ock­nie się i do­trze do nie­go, co zro­bił. Za­bił prze­cież z zim­ną krwią czło­wie­ka. I to z tak bła­he­go po­wo­du, jak źle po­li­czo­na nor­ma. Tu co praw­da lep­szy wy­nik ozna­czał mi­skę lep­szej zupy, ale wciąż nie uspra­wie­dli­wia­ło to czy­nu tak po­twor­ne­go, jak mor­der­stwo. Ten dys­tyn­go­wa­ny mło­dzie­niec, lu­bią­cy szam­pa­na i czy­stą wód­kę, cier­pią­cy daw­niej z po­wo­du byle za­gnie­ce­nia na smo­kin­gu, na­gle przy­był do miej­sca, w któ­rym nie po­tra­fił od­na­leźć sa­me­go sie­bie.

4. W drodze do Kazachstanu, 1940

Gdy nad­cho­dził zmierzch, w wa­go­nie ro­bi­ło się kom­plet­nie ciem­no. Ktoś był na tyle za­po­bie­gli­wy, że za­brał ze sobą świecz­kę, ale daw­ko­wał jej świa­tło oszczęd­nie. Tu­taj każ­dy sta­rał się do­zo­wać wszel­kie do­bra, bo nikt nie wie­dział, jak dłu­go jesz­cze po­trwa ta po­dróż. Mi­nę­ły po­nad dwa ty­go­dnie, gdy po­ciąg wy­ru­szył z Wi­leńsz­czy­zny, z tym że co­raz czę­ściej stał w szcze­rym polu, ani­że­li je­chał. Od cza­su do cza­su po­stój wy­pa­dał w ja­kiejś mie­ści­nie i każ­dy, kto dys­po­no­wał pie­niędz­mi lub war­to­ścio­wy­mi dro­bia­zga­mi, mógł do­ku­pić so­bie tro­chę je­dze­nia. Nie­kie­dy ja­cyś po­czci­wi lu­dzie przy­no­si­li owo­ce albo mle­ko i na­wet nie chcie­li nic w za­mian.

Wszy­scy, któ­rych spo­ty­ka­li pod dro­dze, są­dzi­li, że ci upchnię­ci w wa­go­nach lu­dzie wy­jeż­dża­ją w od­le­głe re­jo­ny Związ­ku Ra­dziec­kie­go do­bro­wol­nie, w po­szu­ki­wa­niu pra­cy i lep­sze­go ży­cia. Być może ni­ko­mu nie przy­szło do gło­wy, że star­cy, ko­bie­ty z dzieć­mi czy po­czci­wie wy­glą­da­ją­cy męż­czyź­ni są dla wła­dzy wro­ga­mi ludu.

Nocą w wa­go­nie było względ­nie ci­cho. Mil­kły roz­mo­wy i wa­śnie, a nie­mow­lę­ta za­sy­pia­ły, zmę­czo­ne ca­ło­dzien­nym za­wo­dze­niem. Od cza­su do cza­su któ­reś za­kwi­li­ło, ale za chwi­lę mat­ka przy­tu­la­ła je do pier­si albo ko­ły­sa­ła, by uspo­ko­iło się i nie za­kłó­ca­ło snu in­nym.

Fe­tor był okrop­ny. Czę­ste po­sto­je po­zwa­la­ły nie­co wy­wie­trzyć wa­gon, ale nocą odór sta­wał się nie do znie­sie­nia. Może dla­te­go każ­dy chciał za­snąć jak naj­szyb­ciej i obu­dzić się do­pie­ro, gdy na­dej­dzie świt, a po­ciąg ko­lej­ny raz za­trzy­ma się na ja­kimś po­sto­ju i bę­dzie moż­na otwo­rzyć drzwi.

– Je­zus Ma­ria, Jó­ze­fie świę­ty! – Na­gle w wa­go­nie roz­legł się roz­pacz­li­wy, roz­dzie­ra­ją­cy ko­bie­cy krzyk.

– Pani, daj­że pani lu­dziom po­spać – wark­nął na wpół roz­bu­dzo­ny męż­czy­zna.

– Je­stem cała mo­kra… Wszyst­ko jest mo­kre – jęk­nę­ła Apo­lo­nia Ry­szew­ska.

– Jak­żeś pani zro­bi­ła pod sie­bie, to masz mo­kro – syk­nął ko­lej­ny raz męż­czy­zna i do­dał: – I nie wy­da­waj pani ta­kich okrzy­ków, bo za­raz się sy­su­ny po­bu­dzą i drzeć gębę będą przez resz­tę nocy.

Apo­lo­nia w isto­cie za­mil­kła, ale za­czę­ła krę­cić się nie­spo­koj­nie i do­ty­kać wszyst­kie­go wo­kół, nie ro­zu­mie­jąc, dla­cze­go ma mo­kre ubra­nie. Była pew­na, że nie zmo­czy­ła się przez sen. Gdy chcia­ła już dać so­bie spo­kój i prze­cze­kać do rana, usły­sza­ła jęk le­żą­cej nie­opo­dal Niny.

– Boże, jak boli, ja chy­ba ro­dzę.

Do Apo­lo­nii do­tar­ło, co się wy­da­rzy­ło. Ni­nie Korcz ode­szły wody. Ko­bie­ta mia­ła jesz­cze mie­siąc do roz­wią­za­nia i obie li­czy­ły, że po­ród na­stą­pi, gdy już do­trą na miej­sce, ale naj­wy­raź­niej dzie­cia­ko­wi śpie­szy­ło się na ten okrut­ny świat. Być może cią­głe wi­bra­cje ja­dą­ce­go po­cią­gu spra­wi­ły, że owo wy­da­rze­nie na­stą­pi­ło szyb­ciej, niż po­win­no.

– Ko­bie­ta ro­dzi! Chry­ste Pa­nie, niech ktoś za­pa­li świecz­kę! Obudź­cie się, po­móż­cie lu­dzie! Czy jest tu­taj le­karz? – Apo­lo­nia wpa­dła w hi­ste­rię, za­głu­sza­jąc swo­im krzy­kiem na­wet Ninę, któ­ra z każ­dą chwi­lą od­czu­wa­ła co­raz sil­niej­sze skur­cze.

Ja­kieś nie­mow­lę do­łą­czy­ło do krzy­czą­cej Apo­lo­nii i wkrót­ce w ca­łym wa­go­nie na­stą­pi­ło po­ru­sze­nie.

– Pani Pie­czar­kow­ska, za­pa­li pani świecz­kę – po­pro­sił ktoś z cze­lu­ści wa­go­nu.

– A co to za­pa­li? Na czar­ną go­dzi­nę trzy­mam – burk­nę­ła roz­złosz­czo­na ko­bie­ta, za­pew­ne dla­te­go, że zo­sta­ła bru­tal­nie wy­rwa­na ze snu.

– Wła­śnie taka na­de­szła. Pani Za­wi­ślań­ska ro­dzi – po­wie­dział Mo­ra­wiń­ski.

– O mój Boże… – jęk­nę­ła dróż­ni­ko­wa i bez sło­wa za­czę­ła gme­rać w swo­jej tor­bie, by zna­leźć świe­cę i za­pał­ki.

Jak­kol­wiek świe­ca nie­co roz­pro­szy­ła mrok pa­nu­ją­cy w wa­go­nie, tak py­ta­nie o le­ka­rza po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi. Wła­ści­wie każ­dy wie­dział już po kil­ku dniach, że wśród pa­sa­że­rów nie ma oso­by o po­dob­nej pro­fe­sji.

– Uspo­kój się pani. Nie ona pierw­sza i nie ostat­nia. Ja sze­ścio­ro dzie­ci na świat wy­da­łam. Jed­no mi, co praw­da, umar­ło, ale już tak pod ro­czek mia­ło – wtrą­ci­ła się żona dróż­ni­ka.

Jej ton był mało przy­jem­ny i nie­co lek­ce­wa­żą­cy. Za­pew­ne dla­te­go, że la­rum pod­nio­sła Ry­szew­ska, a wia­do­mo było, iż obie pa­nie nie lu­bią się za­nad­to.

– To niech pani co po­ra­dzi ko­bie­cie. Ona pierw­szy raz ro­dzi – po­wie­dział ze spo­ko­jem Kon­stan­ty Pio­trow­ski.

– Go­rą­cej wody po­trze­ba i czy­stych prze­ście­ra­deł – mruk­nę­ła dróż­ni­ko­wa.

Ktoś krzyk­nął, że wie­zie po­ściel, i wy­cią­gnął świe­że prze­ście­ra­dło, jed­nak woda obec­nie była nie­osią­gal­na. Zwłasz­cza go­rą­ca. W jed­nej chwi­li wszel­kie kłót­nie i py­sków­ki umil­kły, każ­dy sta­rał się słu­żyć radą, a ja­kaś star­sza ko­bie­ta za­rzą­dzi­ła od­ma­wia­nie ró­żań­ca.

Kla­ra trzy­ma­ła za­pa­lo­ną świe­cę w po­bli­żu ro­dzą­cej, zaś Ga­brie­la pod­kła­da­ła pod Ninę prze­ście­ra­dło. Dróż­ni­ko­wa zaj­rza­ła mię­dzy nogi ko­bie­ty i orze­kła, że dzie­ciak pcha się na świat jak sza­lo­ny, więc niech przy­szła mat­ka prze, ile ma siły. Ktoś rzu­cił z głę­bi wa­go­nu, iż bę­dzie trze­ba pę­po­wi­nę czymś prze­ciąć i dać dziec­ku klap­sa. Jed­ni z za­cie­ka­wie­niem za­glą­da­li na miej­sce, gdzie le­ża­ła Nina, inni dla od­mia­ny od­wra­ca­li wzrok, by nie oglą­dać tej, bądź co bądź, in­tym­nej czyn­no­ści.

Nina par­ła na tyle, na ile mo­gła, wciąż po­na­gla­na przez Pie­czar­kow­ską i stro­fo­wa­na, że nie robi tego na­le­ży­cie. Na twa­rzy ro­dzą­cej po­ja­wi­ły się kro­ple potu i wciąż za­ci­ska­ła zęby, jak gdy­by wsty­dzi­ła się krzy­czeć.

– Drzyj się pani! – wrza­snę­ła dróż­ni­ko­wa.

Na­wet gdy­by Nina chcia­ła za­cho­wać pew­ną po­wścią­gli­wość i tak nie da­ła­by dłu­żej rady. Z jej gar­dła wy­do­był się roz­dzie­ra­ją­cy krzyk, ale mia­ła wra­że­nie, że ani jej, ani dziec­ku w ni­czym to nie po­mo­gło. Przez cały czas to za­ci­ska­ła zęby, to gło­śno dy­sza­ła i mia­ła wra­że­nie, że za chwi­lę ze­mdle­je z bólu. Mę­czy­ła się tak przez całą noc, ale jej dziec­ko było wy­jąt­ko­wo upar­te i wo­la­ło po­zo­stać w ło­nie mat­ki.

Nad­szedł świt, a stru­mie­nie świa­tła wpeł­zły do wnę­trza przez wą­skie szpa­ry mię­dzy de­ska­mi wa­go­nu i małe okien­ko umiesz­czo­ne wy­so­ko na jed­nej ze ścian. I na­gle Nina po­czu­ła, że bóle jak­by mi­nę­ły, ale dziec­ka wciąż nie było na świe­cie. Pie­czar­kow­ska zo­ba­czy­ła mię­dzy no­ga­mi ko­bie­ty głów­kę, na­wet nie­zdar­nie pró­bo­wa­ła ją wy­cią­gnąć na ze­wnątrz, ale jej za­bie­gi speł­zły na ni­czym.

– Wy­trzyj­cie mi czo­ło, bo się jak pro­siak spo­ci­łam – jęk­nę­ła Ste­fa­nia z uma­za­ny­mi krwią rę­ka­mi i do­da­ła: – Al­boś pani za wą­ska, albo dzie­ciak się pę­po­wi­ną okrę­cił, bo nic nie idzie. A jak moc­niej po­cią­gnę, to mogę głów­kę urwać.

Po wa­go­nie roz­szedł się jęk współ­pa­sa­że­rów. Być może wy­obra­zi­li so­bie, że oto na­gle za­miast dziec­ka uj­rzą je­dy­nie małą głów­kę od­se­pa­ro­wa­ną od resz­ty cia­ła.

– Nic mnie nie boli – zmę­czo­nym gło­sem jęk­nę­ła Nina.

– Nie­do­brze, pani. Le­ka­rza tu trze­ba. Mnie bo­la­ło za każ­dym ra­zem, do­pó­ki nie po­ro­dzi­łam – po­wie­dzia­ła dróż­ni­ko­wa zło­wróżb­nie.

– Jak tyl­ko po­ciąg się za­trzy­ma, po­bie­gnę wzdłuż wa­go­nów i po­py­tam o le­ka­rza – obie­ca­ła Ga­brie­la.

– Pój­dę z tobą – ocho­czo za­de­kla­ro­wał Bła­żej, ale Ga­brie­la mach­nę­ła tyl­ko od nie­chce­nia ręką.

– A w czym ty mi po­mo­żesz?

– Zro­bi­my tak, jak wte­dy, gdy szu­ka­li­śmy Nel­ki. Ty w jed­ną, ja w dru­gą.

Tym­cza­sem Apo­lo­nia sta­ła przy drzwiach wa­go­nu, bez opa­mię­ta­nia wa­ląc w nie pię­ścia­mi i nie zwa­ża­jąc na bez­sen­sow­ność swo­ich po­czy­nań.

– Kie­dy ten cho­ler­ny po­ciąg się za­trzy­ma! Prze­cież ona cier­pi! Ona po­trze­bu­je le­ka­rza! – Ry­szew­ska zno­wu wpa­dła w hi­ste­rię.

– Jesz­cze ta wa­riat­ka ho­mo­ni… Zrób­cie co z nią – zde­ner­wo­wa­ła się dróż­ni­ko­wa.

– A co my, pani, zro­bim? Udu­sim? – prych­nął zdun spod Wil­na.

– A udu­ście szku­le­pę – mruk­nę­ła.

– Kogo? – Apo­lo­nia na­gle za­prze­sta­ła wa­le­nia w drzwi.

W wa­go­nie nikt nie od­po­wie­dział na py­ta­nie, bo wro­dzo­ny takt nie po­zwa­lał im przy­znać, że owym wy­szu­ka­nym okre­śle­niem na­zy­wa się brzyd­kie, nie­zgrab­ne i sta­re ko­bie­ty. Apo­lo­nia mo­gła­by wów­czas po­paść w jesz­cze więk­szy amok niż w tej chwi­li.

Kil­ka mi­nut póź­niej cała roz­mo­wa po­szła w za­po­mnie­nie, bo po­ciąg zwol­nił dra­stycz­nie, co mo­gło ozna­czać, że nie­ba­wem gdzieś się za­trzy­ma.

– To ja­kieś mia­stecz­ko – stwier­dził Bła­żej, usi­łu­jąc wy­su­nąć gło­wę przez małe okien­ko wa­go­nu.

– Daj Boże. – Ja­dwi­ga Kąc­ka prze­że­gna­ła się.

W isto­cie nie­ba­wem po­ciąg za­trzy­mał się, ale straż­ni­cy ja­koś nie kwa­pi­li się, by od­ry­glo­wać drzwi. Być może nie chcia­no, by prze­by­wa­ją­cy na pe­ro­nach zo­ba­czy­li brud­nych i nie­co już wy­nędz­nia­łych lu­dzi, cuch­ną­cych go­rzej niż dwor­co­wa sła­woj­ka.

– Te­raz wal­my wszy­scy, bo za chwi­lę po­ciąg ru­szy da­lej.

Stu­kot w drzwi przy­niósł re­zul­tat, bo chwi­lę po­tem od­ry­glo­wa­no je i prze­su­nię­to ze zgrzy­tem.

– A cze­go tam?! – wark­nął roz­złosz­czo­ny straż­nik.

– Ko­bie­ta ro­dzi i uro­dzić nie może. Le­ka­rza, wra­cza, nam po­trze­ba. Ko­niecz­no – wy­sa­pał zde­ner­wo­wa­ny Bła­żej w mie­sza­ni­nie pol­skie­go i ro­syj­skie­go.

Zdez­o­rien­to­wa­ny męż­czy­zna pa­trzył przez chwi­lę na Bła­że­ja, ale za­nim zdą­żył się ode­zwać, Ga­brie­la ze­sko­czy­ła z po­cią­gu i po­wie­dzia­ła szyb­ko:

– Po­szu­kam, może jest w któ­rymś z wa­go­nów.

– Tol­ko by­stro – mruk­nął straż­nik i z po­wro­tem za­su­nął drzwi wa­go­nu, tuż przed no­sem Bła­że­ja.

Ga­brie­la Kąc­ka pod­bie­ga­ła do drzwi każ­de­go z wa­go­nów i usi­łu­jąc prze­krzy­czeć znaj­du­ją­cych się we­wnątrz lu­dzi oraz zgiełk sta­cji, wy­krzy­ki­wa­ła:

– Le­karz, czy jest u was le­karz?!

Nikt się jed­nak nie ode­zwał.

Na­gle wpa­dła z im­pe­tem w ra­mio­na ja­kie­goś czło­wie­ka, któ­ry od­ru­cho­wo od­su­nął ją od sie­bie, za­pew­ne z po­wo­du nie­cie­ka­we­go za­pasz­ku, jaki wy­dzie­la­ła.

– Uwa­żaj, bo ko­goś za­bi­jesz – po­wie­dział po pol­sku, lek­ko za­cią­ga­jąc.

– Po­lak? Niech pan mi po­mo­że… Ko­bie­ta ro­dzi. Są ja­kieś kom­pli­ka­cje – jęk­nę­ła Ga­brie­la, ze wszyst­kich sił sta­ra­jąc się nie roz­pła­kać.

– Nie Po­lak, taki w po­ło­wie Po­lak. – Męż­czy­zna uśmiech­nął się smut­no i do­dał: – Po­cze­kaj.

Pod­szedł do jed­ne­go z żoł­nie­rzy pil­nu­ją­cych po­cią­gu, a po­tem obaj uda­li się na te­ren dwor­ca. Ga­brie­li wy­da­wa­ło się, że cze­ka­ła całe go­dzi­ny, gdy w koń­cu męż­czyź­ni po­wró­ci­li, a wraz z nimi ni­ski czło­wiek o przy­sa­dzi­stej bu­do­wie i si­wych wło­sach, z le­kar­ską tor­bą w dło­ni. Pan­na Kąc­ka do­my­śli­ła się, że to le­karz i po­pro­wa­dzi­ła ich do wa­go­nu. Gdy straż­nik od­su­nął nie­znacz­nie drzwi, siwy męż­czy­zna aż cof­nął się pod wpły­wem wy­do­by­wa­ją­ce­go się z wnę­trza za­pa­chu. Po­pa­trzył nie­co zdez­o­rien­to­wa­ny na straż­ni­ka, ale ten tyl­ko wska­zał bro­dą, że ma wejść, a po­tem spoj­rzał na le­ka­rza ta­kim wzro­kiem, że ten nie ośmie­lił się za­dać ja­kie­go­kol­wiek py­ta­nia.

Bła­żej, sto­ją­cy naj­bli­żej drzwi, po­mógł wie­ko­we­mu dok­to­ro­wi wsiąść, a póź­niej wy­cią­gnął ręce w kie­run­ku Ga­brie­li. Ta jed­nak od­wró­ci­ła się na chwi­lę i zwró­ci­ła się do męż­czy­zny, któ­ry udzie­lił jej po­mo­cy. Stwier­dzi­ła, że mimo iż wy­glą­dał na bar­dzo zmę­czo­ne­go, był nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny. W in­nych oko­licz­no­ściach może na­wet po­flir­to­wa­ła­by z nim, by cho­ciaż na chwi­lę nie my­śleć o Hu­ber­cie Mo­ra­wiń­skim, te­raz jed­nak nie był to od­po­wied­ni mo­ment. Naj­waż­niej­sze było zdro­wie nie­na­ro­dzo­ne­go ma­leń­stwa i jego mamy.

– Bar­dzo dzię­ku­ję… – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– Jak masz na imię? – za­gad­nął.

– Ga­brie­la. Na­zy­wam się Ga­brie­la Kąc­ka. A pan?

– Mam na imię Igor. – Męż­czy­zna uśmiech­nął się i od­szedł szyb­kim kro­kiem w kie­run­ku bu­dyn­ku sta­cji.

– Wsia­daj! – wark­nął straż­nik.

– A nie mogę chwi­lę tu­taj po­stać? Prze­cież i tak mu­si­my po­cze­kać, aż le­karz wy­sią­dzie – za­py­ta­ła przy­mil­nie.

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, a je­dy­nie po­tak­nął i się­gnął do kie­sze­ni po ręcz­nie skrę­co­ne­go pa­pie­ro­sa. Pod­pa­lił go, po czym wy­cią­gnął dłoń w kie­run­ku Ga­brie­li. Dziew­czy­na ni­g­dy nie mia­ła w ustach tej używ­ki, ale sły­sza­ła kie­dyś, że dym ty­to­nio­wy za­bi­ja głód, więc po­sta­no­wi­ła sko­rzy­stać z uprzej­mo­ści straż­ni­ka. Poza tym oba­wia­ła się, iż od­mo­wa może być przez nie­go źle ode­bra­na.

Od chwi­li, kie­dy po­sta­no­wi­ła nie pod­da­wać się, a tak­że za­po­mnieć o Alek­san­drze i jego okrut­nym czy­nie, dzie­li­ła los wszyst­kich pa­sa­że­rów i wciąż bra­ko­wa­ło jej je­dze­nia. Czu­ła co­dzien­nie to samo ssa­nie w żo­łąd­ku i ma­rzy­ła, by w koń­cu do­trzeć do miej­sca prze­zna­cze­nia. Łu­dzi­ła się, że wów­czas naje się do syta. Nie my­śla­ła o ra­ry­ta­sach, ja­kie zwy­kle po­ja­wia­ły się na sto­le w domu Kąc­kich, ale o świe­żym, pach­ną­cym chle­bie i cie­płym mle­ku.

Za­cią­gnę­ła się ma­chor­ką i na­tych­miast się za­krztu­si­ła, a łzy za­czę­ły jej pły­nąć po po­licz­kach. Straż­nik za­śmiał się, po­krę­cił gło­wą i wy­cią­gnął zza pa­zu­chy mun­du­ru woj­sko­wą ma­nier­kę. Przy­ję­ła ją z wdzięcz­no­ścią i po­cią­gnę­ła so­lid­ny łyk. Po­czu­ła w gar­dle pa­lą­cy spi­ry­tus i zno­wu za­czę­ła kasz­leć. Po chwi­li jed­nak jej prze­szło i na­pi­ła się ko­lej­ny raz, a po­tem zno­wu spró­bo­wa­ła pa­pie­ro­sa. Kie­dy mi­nę­ło kil­ka­na­ście mi­nut, była już kom­plet­nie pi­ja­na, a nogi mia­ła jak z waty.

I wte­dy w drzwiach wa­go­nu po­ja­wił się le­karz. Przy­gła­dził siwe wło­sy i przy wspar­ciu chwie­ją­cej się Ga­brie­li sta­nął na pe­ro­nie.

– I co, pa­nie wracz? – wy­beł­ko­ta­ła Ga­brie­la. – Mal­czik ili die­wocz­ka?

– Mal­czik – wes­tchnął le­karz. – On miertw.

Ga­brie­la jak­by oprzy­tom­nia­ła na chwi­lę, ale nie była w sta­nie za­dać ko­lej­ne­go py­ta­nia.

– Trze­ba go wy­rzu­cić – mruk­nął straż­nik. – Jak kto nie­ży­wy, to nie może da­lej je­chać.

– Tu­taj? – za­py­ta­ła Ga­brie­la, po czym po­ło­ży­ła dłoń na ra­mie­niu męż­czy­zny i do­da­ła: – Na na­stęp­nym po­sto­ju, do­brze?

Straż­nik wes­tchnął i na­ka­zał Ga­brie­li wsiąść do po­cią­gu. Ta bez sło­wa wgra­mo­li­ła się do wa­go­nu, ści­ga­na nie­chęt­ny­mi spoj­rze­nia­mi, cho­ciaż po­peł­ni­ła do­bry uczy­nek i przy­pro­wa­dzi­ła do Niny Za­wi­ślań­skiej le­ka­rza. Jed­nak wszy­scy za­uwa­ży­li, że jest pi­ja­na i w do­dat­ku zro­bi­ła to w to­wa­rzy­stwie so­wiec­kie­go żoł­nie­rza. Ga­brie­la mia­ła w no­sie re­pu­ta­cję. I tak stra­ci­ła ją, gdy wy­szła z domu w po­dar­tym ubra­niu i opusz­czo­nych do ko­stek poń­czo­chach, a tuż za nią kro­czył Alek­san­der Maj­kow­ski w nie­do­pię­tym ofi­cer­skim mun­du­rze.

Nie ob­cho­dzi­li jej tak­że Mo­ra­wiń­scy, nie­do­szli te­ścio­wie, bo od­kąd spo­tka­li się w wa­go­nie ja­dą­cym za Ural, igno­ro­wa­li ją w spo­sób wręcz nie­przy­zwo­ity. Jak­by hań­bą było dla nich, że taka oso­ba mia­ła zo­stać ich sy­no­wą i wyjść za bo­ha­te­ra wo­jen­ne­go, i w do­dat­ku dzie­dzi­ca. A może do­szli do wnio­sku, że to całe na­rze­czeń­stwo było je­dy­nie ka­pry­sem ich star­sze­go syna i za­koń­czy­ło się wraz z osa­dze­niem Hu­ber­ta w obo­zie przej­ścio­wym dla ofi­ce­rów. Je­dy­nie Jan Mo­ra­wiń­ski od cza­su do cza­su ra­czył ją uśmie­chem albo życz­liw­szym sło­wem, nie ro­bił jed­nak tego zbyt czę­sto, bo­wiem nie­mal na­tych­miast jego mał­żon­ka po­sy­ła­ła mu peł­ne po­tę­pie­nia spoj­rze­nie. Za­pew­ne wie­dzia­ła o nie­gdy­siej­szym ro­man­sie pan­ny Kąc­kiej z or­dy­nan­sem, a jej wy­gląd po ostat­nim spo­tka­niu z nim je­dy­nie utwier­dził ją w prze­ko­na­niu, iż jest oso­bą roz­wią­złą i w żad­nym ra­zie nie­god­ną zo­sta­nia jej sy­no­wą.

Ga­brie­li Kąc­kiej nie za­le­ża­ło na ich apro­ba­cie, dla niej li­czył się tyl­ko Hu­bert i ich mi­łość. Sta­rzy Mo­ra­wiń­scy zaś i ich dziw­na cór­ka ani tro­chę jej nie ob­cho­dzi­li.

5. Wilno, 1940

Bo­ris Ari­stow jak zwy­kle sie­dział w pierw­szym rzę­dzie te­atru na Po­hu­lan­ce i wsłu­chi­wał się w wy­po­wia­da­ne na sce­nie sło­wa. Co praw­da te­atr znaj­do­wał się w rę­kach Li­twi­nów, skru­pu­lat­nie pil­nu­ją­cych, by po­ja­wia­ły się w nim spek­ta­kle nie­bu­dzą­ce kon­tro­wer­sji, ale on miał tam sta­łe miej­sce i bar­dzo li­czo­no się z jego zda­niem. Był prze­ko­na­ny, że nie­ba­wem po­wró­ci tu­taj w cha­rak­te­rze pana i wład­cy, bo sto­sun­ki po­mię­dzy Li­twą i Związ­kiem Ra­dziec­kim były co­raz bar­dziej na­pię­te. Prze­bą­ki­wa­no, że ci nie­wdzięcz­ni Li­twi­ni pró­bu­ją do­ga­dać się z Niem­ca­mi za ple­ca­mi ich rzą­du, co nie tyl­ko było nie­tak­tem, ale wręcz po­licz­kiem dla ko­goś, kto od­dał im Wil­no, wy­ry­wa­jąc je z rąk Pol­sce.

Ari­stow wszę­dzie wie­trzył spi­sek. Na­wet w po­zor­nie nie­win­nych tek­stach te­atral­nych do­szu­ki­wał się alu­zji po­li­tycz­nych, w ar­ty­ku­łach dzien­ni­kar­skich wy­pa­try­wał mię­dzy wier­sza­mi słów pod­że­ga­nia do bun­tu, a w każ­dym spoj­rze­niu Po­la­ka czy Li­twi­na wi­dział nie­na­wiść. Wy­star­czy­ło, że coś uro­ił so­bie w gło­wie, by nie­win­ny czło­wiek na­gle zni­kał w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach. Co praw­da po wyj­ściu Ar­mii Czer­wo­nej i ofi­cjal­nym od­da­niu rzą­dów w ręce Li­twi­nów nie mógł się pa­no­szyć jak wcze­śniej, ale na­dal mógł bar­dzo wie­le.

Tak, mógł dużo i miał wy­so­kie no­to­wa­nia na wier­chusz­ce, ale wciąż tar­ga­ły nim pew­ne opo­ry do­ty­czą­ce Niny. Z jed­nej stro­ny, nie­wie­le wy­star­czy­ło­by, żeby Nina Korcz z po­wro­tem przy­by­ła do Wil­na, z dru­giej – wciąż pa­mię­tał jej okrut­ne sło­wa. Były mo­men­ty, że z tę­sk­no­ty gryzł po­dusz­kę, ale po­tem jak­by po­wra­cał do rze­czy­wi­sto­ści i drę­czy­ły go my­śli, że prze­cież Nina go nie­na­wi­dzi. A on tak bar­dzo chciał, żeby go ko­cha­ła… Pró­bo­wał ją do tego zmu­sić, ale oka­za­ło się, że nie jest to wła­ści­wa dro­ga. Nie­kie­dy du­mał, iż być może te­raz, gdy­by za­wró­cił ją z dro­gi do nie­przy­ja­zne­go Ka­zach­sta­nu, po­ko­cha­ła­by go z wdzięcz­no­ści. A gdy­by za­opie­ko­wał się nią i dziec­kiem, oka­za­ła­by mu odro­bi­nę sym­pa­tii?

Ma­rzył o wspól­nym domu, peł­nym cie­pła i praw­dzi­wej, nie uda­wa­nej mi­ło­ści. Ale Nina była ak­tor­ką, i to do­brą, mo­gła­by go prze­cież zno­wu oszu­kać? Czy roz­po­znał­by, że robi to z mi­ło­ści, a nie z wy­ra­cho­wa­nia?

Prze­cież dał jej szan­sę. Mo­gła być jego car­ską księż­nicz­ką, jego mi­ło­ścią. Dał jej wszyst­ko, po czym oka­za­ło się, że te jego sta­ra­nia na nic się zda­ły, bo Nina ani przez mo­ment, ani przez jed­ną krót­ką chwi­lę, nie na­le­ża­ła do nie­go. Miał tyl­ko jej cia­ło, ile razy chciał i kie­dy chciał, ale te­raz już wie­dział, że jej du­sza na­le­ży do tego pa­ni­czy­ka, dok­tor­ka z pań­skie­go dwor­ku, Paw­ła Za­wi­ślań­skie­go. Czy mógł mieć do niej żal, bo ko­cha­ła in­ne­go? Wła­ści­wie nie po­wi­nien mieć. Tak jak nie po­wi­nien go mieć do sie­bie, że za­ko­chał się w nie­wła­ści­wej ko­bie­cie. A jed­nak miał. Zwłasz­cza do niej. Był szczę­śli­wym czło­wie­kiem, któ­ry okres po­nu­re­go dzie­ciń­stwa i kom­plek­sów miał już za sobą. Tak było, do­pó­ki nie po­trą­cił jej przy­pad­kiem w te­atrze. I wte­dy wszyst­ko się zmie­ni­ło. W pew­nym mo­men­cie Nina sta­ła się jego ob­se­sją. A im bar­dziej go od­py­cha­ła, tym bar­dziej jej pra­gnął. Być może to sta­re za­dry dały o so­bie znać i je­śli Bo­ris nie mógł cze­goś mieć na wła­sność, od razu czuł się gor­szy od in­nych. Jak­by nie do­cie­ra­ło do nie­go, że nie ist­nie­je czło­wiek na tej zie­mi, któ­ry miał­by wszyst­ko.

Ko­lej­ny raz wszedł do Za­ci­sza, za­mó­wił kie­li­szek wód­ki z za­ką­ską, po czym przy­wo­łał ge­stem ręki Wie­sła­wa Po­top­ka. Ten prze­pro­sił klien­tów i nie­mal na­tych­miast udał się do Ari­sto­wa. Nie tyl­ko dla­te­go, że bał się tego czło­wie­ka jak dia­beł świę­co­nej wody, ale z uwa­gi na nowe za­ję­cie, ja­kie so­bie zna­lazł. Nie oba­wiał się, że robi coś nie­le­gal­ne­go, bo­wiem z jego usług ko­rzy­sta­li naj­wyż­si ran­gą ofi­cje­le. A mia­no­wi­cie Wie­siek Po­to­pek strę­czył dla nich uro­dzi­we ak­to­recz­ki, ba­let­ni­ce i damy z wyż­szych sfer, któ­re nie po­gar­dza­ły ani sy­pia­niem z wro­giem Pol­ski, ani też gro­szem i przy­wi­le­ja­mi, ja­kie mia­ły z tego ty­tu­łu. Pod­rzęd­ni żoł­nie­rze li­tew­scy i ra­dziec­cy, gdy jesz­cze w Wil­nie było ich mro­wie, albo ko­rzy­sta­li z usług zwy­kłych pro­sty­tu­tek, albo bra­li siłą, co im wła­śnie wpa­dło w ręce. I cho­ciaż le­gen­da gło­si­ła, że wszy­scy ko­mu­ni­ści są rów­ni, znaj­do­wa­li się wśród nich nie­co rów­niej­si. Ży­czy­li so­bie naj­lep­sze wód­ki bia­łe, ga­tun­ko­we lub bur­żuj­skie ko­nia­ki, ni­g­dy nie ja­da­li po­dej­rza­nie wy­glą­da­ją­ce­go mię­sa i nie cuch­nę­li dzieg­cio­wym my­dłem, a je­dy­nie wodą ko­loń­ską, tak in­ten­syw­ną, że aż krę­ci­ło w no­sie.

Jako że Wie­sław Po­to­pek z ra­cji wie­lo­let­niej pra­cy w naj­lep­szej wi­leń­skiej knaj­pie z dan­sin­ga­mi znał wszyst­kich, bez tru­du po­tra­fił wska­zać od­po­wied­ni „to­war” dla ofi­cje­li. Z wdzięcz­no­ści otrzy­my­wał wy­na­gro­dze­nie, głów­nie w na­tu­rze, ale w cza­sie woj­ny do­dat­ko­we de­pu­ta­ty na je­dze­nie i wę­giel były na wagę zło­ta, nie­mal do­słow­nie. Zu­bo­ża­li Po­la­cy bo­wiem po­zby­wa­li się kosz­tow­no­ści wsze­la­kich, na­wet ślub­nych ob­rą­czek, byle tyl­ko zjeść coś po­żyw­ne­go.

– I kak, Wie­slaw, masz ty dla mnie jaką kra­sa­wi­cę