Zanim - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - ebook
Opis

Emancypantka, emigrantka, sumienna studentka, obowiązkowa żona, matka dwóch córek, fatalna kucharka, ateistka, patriotka, namiętna kochanka, skandalistka, pasjonatka tatrzańskich wędrówek i jazdy na rowerze, wybitny umysł, przyjaciółka Einsteina, laureatka dwóch Nagród Nobla, pierwsza kobieta profesor, która objęła katedrę na Sorbonie, dla świata – Francuzka, w głębi serca na zawsze pozostała Polką...

Paryskie losy Marii Skłodowskiej-Curie znają wszyscy, tymczasem kiedy opuszczała Warszawę, miała dwadzieścia cztery lata. Jak zatem wyglądał polski epizod jej życia? Kim była, Zanim poznał ją świat?

Jest styczeń 1886 roku. Osiemnastoletnia Mania Skłodowska przyjeżdża do Szczuk, niewielkiej wsi na peryferiach zaboru rosyjskiego. Panienka ze zubożałej nauczycielskiej rodziny marzy o studiach, lecz zamiast tego zmuszona jest zarabiać na życie jako guwernantka we dworze bogatego ziemianina, Juliusza Żórawskiego.

W scenerii pól i sielskiego dworu, w cieniu parkowych alejek oraz kominów cukrowni Krasiniec rozkwita płomienne uczucie młodej nauczycielki i syna właściciela majątku. Miłość pierwsza, burzliwa, płomienna. Miłość niemożliwa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Chociaż powieść ta została osnuta na prawdziwych wydarzeniach, stanowi jednak kreację artystyczną. Nie należy jej traktować jako biografii przyszłej noblistki, a wyłącznie – fikcję literacką.

Z największej rozpaczy można uczynić najbardziej niezwyciężoną nadzieję.

Friedrich Nietzsche

Listopad 1891

Prolog

Teraz Brońciu, raz jeszcze proszę Cię o ostateczne postanowienie: namyśl się, czy możesz mnie wziąć do siebie. Cieszyłabym się bardzo, bo toby mnie moralnie postawiło na nogi po bardzo przykrych przejściach tego lata, które mają znaczenie dla całego mojego życia (…). Jestem tak zdenerwowana perspektywą wyjazdu, że o niczem innem pisać nie mogę, póki nie mam odpowiedzi od ciebie[1].

Za kilka dni skończę dwadzieścia cztery lata.

Za kilka dni wysiądę na Gare du Nord, a moje życie zupełnie się zmieni.

A jednak, chociaż stoję na początku drogi, wszystko zdaje się być już poza mną…

Myślę o tym, obserwując ołowiane chmury, które zawisły nad dachem Dworca Wiedeńskiego. W powietrzu czuć wilgoć i zapach zbutwiałych liści. Wiatr hula po peronie, rozwiewa miejski kurz, przekrzywia cylindry na głowach panów i szarpie podróżne toalety pań. W szalonym tańcu wzbija ku niebu tumany pary, wypluwanej przez komin lokomotywy, której zwalista sylwetka przypomina pancerz leśnego chrząszcza. Syberynowy płaszcz stanowi lichą ochronę w taką pogodę, czepek także jest zbyt cienki, więc w środku cała drżę. Lecz nie przez chłód. Chłodu nie czuję wcale. Zobojętniała nie doświadczam prawie niczego. Moje myśli krążą daleko; hen od czterdziestogodzinnej podróży do Paryża, którą zaraz rozpocznę. Myślę o nas – a przecież nas już nie ma. Myślę o tobie. Bez złości, a jednak nadal z żalem, niepogodzona, rozczarowana, zła na los, ludzi, konwenanse, na świat zbudowany z niesprawiedliwych norm i kołtuńskich obyczajów. I zła jestem na to, że chociaż stanęłam przed drzwiami prowadzącymi do kolejnego, długo wyczekiwanego rozdziału życia, za klamkę chwytam bez wiary, nie umiem się cieszyć na myśl o tym, co nadejdzie. Nadal należę do tego miejsca, do przeszłości. Wciąż zanadto żywe jest we mnie wspomnienie naiwnej dziewczyny, żałosnego podlotka, pragnącego od życia zbyt wiele. Dziewczyny, którą byłam.

Którą przestałam być przed miesiącem.

W cieniu tatrzańskich turni, w ich niewzruszonym, skalnym spokoju, w szmerze potoków, w chłodzie pierwszych dni września, ostatni raz, ty i ja, ustawiliśmy pionki na szachownicy uczuć i powinności. I przegraliśmy tę partię. Miłość przegrała z obowiązkiem. Szach-mat. Właśnie tak. Niespełnionego uczucia nie znieczuli eter rozsądku. Okład z babki lekarskiej, pachnącej rozkosznie łąką i słońcem, nie zaleczy ran, które zadałeś mi pod zakopiańskim niebem. Wracając do tamtej chwili, znowu czuję upokorzenie, twarz piecze, jak po policzku, którego przecież nikt nikomu nie wymierzył. Łzy dławią mnie w gardle – zdusiłam je wtedy dumą i wstydem, lecz one i tak popłynęły; spływały do środka, czułam ich smak w ustach i głęboko w sobie, ich gorycz pozostanie we mnie na długo.

A przecież z pozoru nic się nie stało. Nie padły między nami żadne bolesne słowa. Żadne zbyt dosłowne, zbyt dosadne zdania. Nikt nie podniósł głosu, nie okazał emocji. Do końca byłeś dżentelmenem. Jak zawsze. Mimo to od razu zrozumiałam – znam każdy grymas twych ust, każdy cień w spojrzeniu – że to koniec. Koniec! Smreczyny szumiały rzewnie nad naszymi głowami, melancholijnie wygrywając pieśń rozczarowania, pierwsze krople deszczu zmoczyły nasze twarze… Zrozumiałam, że się ze mną żegnasz. Raz na zawsze. Ostatecznie. Chociaż rozstawaliśmy się w podobny sposób już tyle razy, teraz naprawdę dotarliśmy do finału wspólnej historii.

I tak mi pusto teraz bez ciebie. Tak rozdzierająco smutno. Niełatwo jest wymazać z pamięci tamte wakacje i kolejne lata, które nastąpiły po nich.

Ów rozdział dobiegnie kresu z chwilą, gdy wsiądę do pociągu. Gdy zatrzasną się za mną drzwi przedziału, równocześnie zamknie się czas wielkich nadziei, uniesień, czas niedotrzymanych umów i rzucanych na wiatr obietnic. Połyskliwe wody Sekwany wypłuczą spod moich powiek wspomnienie twojej twarzy. Dźwięki paryskich ulic zagłuszą pragnienie wspólnego życia, którego nigdy nie zaznamy, i zamażą obraz uniwersum, zamkniętego kreską horyzontu pomiędzy niebem a mazowiecką równiną. Nie będzie dworu wśród pól, który wypełniłby się naszym śmiechem, nie będzie przydomowej szkółki dla wiejskich dzieci, którą planowaliśmy założyć. Nie zaznamy słodyczy owoców z naszego sadu i smaku chleba z pszenicy falującej złotymi łanami na naszych polach. A w najczarniejsze dni roku, skąpani w świetle naftowych lamp nie będziemy wspólnie marzyć o Polsce wolnej i szczęśliwej. Nie będziemy dyskutować o świecie, w którym moglibyśmy w pełni być sobą. Nie będzie takich wieczorów i rozmów. Teraz już zawsze pozostaniemy osobni. Sobie obcy. Ty tu, ja tam. W oddaleniu, w zapomnieniu. Każde z nas pójdzie w swoją stronę. Tak się stanie. Już nie mogę czekać. Czekałam wystarczająco długo. Czekałam przez te wszystkie lata. Tak mocno wierzyłam w twoje obietnice, że sama stałam się czekaniem. Byłam cierpliwością, poświęceniem, tęsknotą. Wszystko podporządkowałam tobie, zatracając przy tym siebie. Teraz nadszedł czas, abym odzyskała wolność, dlatego wyjeżdżam. Uciekam. Wmawiam sobie, że pośród nowych dekoracji, nieznajomych ludzi, ulic, płynąc z melodią obcego języka, rozpocznę wszystko od nowa. Resztki dawnych uczuć pogrzebię na dnie niepamięci i już nigdy nie pozwolę, żeby do mnie powróciły. Nigdy więcej się nie zatracę i nie poddam słabości. Nikomu nie powierzę losu, nie wskażę drogi do serca. Nikt już nie nazwie mnie Manią. Mani już nie ma. Kiedy tu wrócę – a wrócę na pewno – będę kimś nowym i zupełnie innym.

Stanę się silna, niezależna.

Chociaż na razie tak bardzo się boję…

Na peronie panuje harmider i ścisk. Tragarze przekrzykują się, namawiając pasażerów do skorzystania z ich usług. Umorusany dzieciak lawirując w tłumie, sprzedaje Kurjer Warszawski. Jakaś dziewczyna w kraciastej chuście, z koszem w dłoni zachęca uśmiechem, by kupić od niej chryzantemy. Wśród podróżnych panuje atmosfera zniecierpliwienia i podniecenia, wszyscy głośno się żegnają, śmieją, płaczą – pociąg do Paryża ruszy lada moment. I tylko ja i ojciec stoimy w ciszy. Gwizdek lokomotywy daje znak do odjazdu. Ostatni raz ściskam jego dłonie. Odchodzę. Kiedy zatrzymuję się na pierwszym stopniu schodków prowadzących do wagonu czwartej klasy, moje nogi drżą. Jeszcze raz zerkam za siebie, ogarniam spojrzeniem zastygłą na peronie postać starzejącego się mężczyzny. Ojciec unosi rękę w geście pożegnania. Uśmiecha się do mnie krzepiąco. Będzie dobrze, zdaje się mówić jego uśmiech. Musi być dobrze – myślę, wierząc, że stale powtarzane życzenie zamieni się w rzeczywistość. Jeszcze raz spoglądam za siebie, na budynki dworca, na tłum kłębiący się wokoło. Dzisiejsza scena bardzo przypomina tę sprzed pięciu lat. W tym miejscu wszystko się zaczęło, a teraz właśnie się kończy. O wszystkim, co za mną, postaram się zapomnieć. Przede mną już tylko terra incognita. Ziemia nieznana, obiecana, wyczekana. Czas ruszać w drogę. Żegnaj najmilszy…

[1] Maria Skłodowska do Bronisławy Skłodowskiej-Dłuskiej, 23.09.1891, Ewa Curie, Maria Curie, Wydanie XIII, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1972.

Rok 1886

1.

Postanowiłam więc przyjąć miejsce nauczycielki domowej na wsi. (…) w siedemnastym roku życia opuściłam ojcowski dom, żeby rozpocząć życie niezależne. To rozstanie należy do najważniejszych wspomnień mej młodości[2].

Ponad zasypanymi białym puchem dachami Dworca Wiedeńskiego wiszą ołowiane chmury. Wiatr hula po peronie, w szalonym tańcu unosząc płatki śniegu i wzbijając ku niebu obłoki pary, która kłębami dobywa się z komina masywnej lokomotywy. Styczniowe powietrze przesyca kwaśny zapach podkładów kolejowych. Na szybach poczekalni – podobnie jak na okienkach pociągu relacji Warszawa–Mława, podstawionego na tor – mróz wymalował lśniące srebrem kwiaty ostrokrzewów. Mimo że zegar na budynku wskazuje zaledwie szesnastą, wszystko wokoło spowija przygnębiająca szarówka.

Jest pierwszy dzień nowego roku. Ulice Warszawy trwają w uśpieniu. Na peronach, przez które zazwyczaj o tej porze przelewają się tłumy, dzisiaj panuje względny spokój. Z tyłu składu, w miejscu gdzie znajdują się przedziały drugiej i trzeciej klasy, oczekując sygnału do odjazdu, w śnieżnych zaspach przystanęło paru podróżnych; jakaś para w zbyt lekkich znoszonych ubraniach, kuląca się z zimna, i starzec ze skołtunioną długą brodą, a także pewien młodzian, o zawadiackim spojrzeniu i zarumienionej twarzy, od którego na odległość czuć niestrawioną gorzałką. Nieco na uboczu zatrzymała się chuda kobieta o pustym spojrzeniu, w trudnym do określenia wieku. Może mieć dwadzieścia kilka, lecz równie dobrze trzydzieści parę lat. Trudno dociec, tak bardzo zniszczona jest jej twarz. Kiedyś prawdopodobnie była bardzo piękna – w innym, lepszym życiu – lecz smutek i bieda odebrały jej urodę. Kobieta zdaje się być skrępowana swoim ubóstwem, jak gdyby ów stan był dla niej czymś nowym, obcym i nadal nieoswojonym. Być może dlatego odsuwa się od reszty podróżnych. Zgrzebną, tu i ówdzie pocerowaną suknię, stara się ukryć pod całkiem nową, wdowią chustą. A przy tym mocno przyciska do siebie dwójkę towarzyszących jej dzieci. Jedno z nich, dziewczynka, na oko czteroletnia, wtulając się w fałd spódnicy, z mieszaniną ciekawości i przerażenia wpatruje się w stalowe, posapujące cielsko parowozu – być może po raz pierwszy odbędzie podróż pociągiem? Drugie, jeszcze maleńkie, zawinięte w koc, śpi w matczynych objęciach. Głęboko i spokojnie. Obrazu ich biedy dopełnia spoczywające na śniegu zawiniątko, mieszczące prawdopodobnie cały dobytek.

Tymczasem na przeciwległym krańcu peronu, przed drzwiami do wagonów pierwszej klasy zgromadziło się kilka pań w wytwornych kapeluszach, głęboko nasuniętych na czoła, w ciepłych sukniach i z puszystymi mufkami. Jak również eleganccy panowie chroniący twarze przed nieprzyjemnymi podmuchami za postawionymi na sztorc kołnierzami z lisów bądź karakułów. W tej grupce parę osób zachowuje się nieco hałaśliwiej niż reszta. Rozbawione towarzystwo rozmawia ze sobą na cały głos, bez skrępowania, po rosyjsku, co chwila wybuchając śmiechem. Ich ostentacja wywołuje u pozostałych pasażerów wyraźny niesmak, oni sami jednak za nic mają pogardliwe spojrzenia. Są tu przecież u siebie! Zatem bawią się w najlepsze. Być może opowiadają sobie jakieś anegdoty? A może w ich głowach nadal musuje bąbelkami echo sylwestrowego wieczoru? Wprawdzie prawosławny Nowy Rok zacznie się dopiero za kilka dni, lecz widać każda okazja jest dobra do świętowania… Pomiędzy nimi uwija się grupka wyrostków. Kilkunastoletni chłopcy, uginając się pod ciężarem kufrów i pudeł z kapeluszami, ze służalczymi uśmiechami na spoconych twarzach i nadzieją na kilka kopiejek napiwku, taszczą bagaże wielmożnych państwa do wskazanych przedziałów.

W pewnej chwili pośród zamożnych pasażerów pojawia się przygarbiona babina, która w posiniałych z zimna rękach dzierży wiklinowy kosz. Strzeże go niczym skarbu. Twarz ma pomarszczoną, ciało przygięte do ziemi. Jej mizerny wygląd żywo kontrastuje z eleganckimi toaletami podróżnych pierwszej klasy i zdaje się zakłócać wysmakowaną estetykę dworca. Obraz biedy kłuje w oczy, smród łachmanów drażni nozdrza i psuje dobre samopoczucie tym, którym fortuna sprzyja. Osoby jej pokroju nie powinny mieć wstępu na peron! Tymczasem stara jakoś przemknęła niezauważona pod nosem czujnego stójkowego, który zazwyczaj, niczym Cerber, strzeże wejścia na dworzec od strony Alej Jerozolimskich. Jeśliby ją spostrzegł, niechybnie przepędziłby na cztery wiatry, albo kazał wracać precz, do jednej z zawilgoconych nor na Powiślu. Tam jest miejsce warszawskich nędzarzy, obszarpańców, obywateli drugiej kategorii… Kobiecina jednak tu jest i teraz nieśmiałym szeptem, wykrzywiając usta w bezzębnym grymasie – który prawdopodobnie przypominać ma uśmiech – zachęca najwykwintniej ubranych podróżnych do zakupu obwarzanków. Bezowocnie. Widocznie ci, w których kieszeniach pobrzękują świnki[3], po minionej nocy nie mają już ochoty na słodkości. Nie przerywając rozmowy ze współtowarzyszami, z czystej ciekawości zerkają najwyżej pod szmatkę, którą przykryty został koszyk, po czym przepędzają handlarkę znudzonym gestem i wysyczanym przez zęby: paszoł won.

Babina przez chwilę jeszcze kręci się w miejscu, nie wiedząc, co ze sobą począć, a wreszcie, ze spojrzeniem, w którym nie pozostał cień nadziei, rusza w stronę drzwi poczekalni. Jeżeli tu nie znalazła klientów, to z pewnością w drugiej części dworca, gdzie czekają gorzej sytuowani podróżni, również nie dopisze jej szczęście; biedacy na pewno zawczasu zaopatrzyli się w bułki i serdelki, które teraz spokojnie czekają na dnie ich podręcznych tobołków. A i na ulicach Warszawy przez mróz, przez tę podłą pogodę, ze świecą przyjdzie jej szukać amatorów wypieków. Do zimnego domu wróci bez grosza; spuszczając smutno oczy i powłócząc nogami, starowina zmierza do wyjścia.

Jest już prawie przy drzwiach, kiedy słyszy za plecami kroki i czuje na ramieniu czyjś dotyk.

– Proszę zaczekać.

Odwraca się i patrzy nieufnie. Tuż za nią stoi smukła, o głowę od niej wyższa panienka – już nie dziecko, jeszcze nie kobieta – ubrana w niemodny i podszyty wiatrem płaszcz, w trudnym do zdefiniowania, burym kolorze. Dziewczyna zamiast mufki nosi rękawiczki, a jej głowę chroni mało twarzowy czepek. Spod niego, okalając po dziecinnemu zaokrąglone policzki, wystaje kilka niesfornych loków, w kolorze mysiego blondu. Może właścicielka nie potrafi ich ujarzmić, a może nie przywiązuje wagi do fryzury? Zresztą włosy, chociaż zdrowe i błyszczące, wyglądają nieco dziwnie; tu, gdzie u nastoletnich dziewcząt na ramiona zwykle spływają warkocze, u niej sterczą krótkie nierówne pukle. Jakby dopiero co zaczęły odrastać. Stara ciekawie przekrzywia głowę. Widywała już na ulicach Warszawy podobne panienki. Mówi się, że to jakaś nowa moda, jakaś kolejna idée fixe młodych. Że dziewczęta noszące się po męsku i ścinające włosy na krótko, to pozytywistki czy emancypantki. Handlarce nic oczywiście te obco brzmiące wyrazy nie mówią, ale też niewiele ją obchodzą podobne sprawy. Wiekowa jest, więc i wierna panującemu od wieków porządkowi świata. Bóg u zarania zadecydował o losie kobiety i mężczyzny, wyznaczył im role, a z Jego wyrokami nie należy dyskutować. Nie należy się sprzeciwiać. Nie wolno łamać Jego zasad! Kiedyś młodzież była inna. Lepsza. Za jej czasów. Dawno. Nie tak krnąbrna i wyzwolona jak obecnie. Teraz się w głowach młodym poprzewracało. Kobieta z krótkimi włosami – kto to widział?! Takie brewerie groźne są dla ładu i niechybnie niebezpieczne dla duszy, myśli stara.

Ale ta tutaj, pannica, wcale nie wygląda groźnie, za to uśmiecha się nieśmiało, zachęcając kobietę ruchem głowy, żeby ponownie odsłoniła zawartość koszyka.

– Co tam sprzedajecie, babciu? – pyta uprzejmie.

Stara jeszcze raz taksuje ją wzrokiem. Nie wygląda jej na taką, którą by stać było na zbytki. Niby schludna i grzeczna, jak panienka z dobrego domu, lecz skromna suknia i znoszony płaszcz bardziej pasują do szaraków z ostatnich wagonów niż do wyfiokowanych dam dyskutujących po rosyjsku tuż obok. Wzrusza ramionami i bez nadziei, że dobiją targu, odsłania kosz:

– Obwarzanki mam.

Dziewczyna nachyla się nad złocistymi krążkami. Powietrze wypełnia słodki zapach pieczywa.

– Świeże?

– A jakże inaczej? – obrusza się. – Dzisiaj rano pieczone. Ja towaru czerstwego nie sprzedaję.

Na jej święte oburzenie tamta rozpromienia się jeszcze bardziej:

– Ile kosztują?

– Trzy trojaki[4] sztuka. – Wraz z odpowiedzią w ochrypłym głosie ponownie rozkwita nadzieja. Oczami wyobraźni stara już widzi, jak za zarobione pieniądze kupuje u Żyda wiązkę drewna, którym napali dziś w piecu i ogrzeje zbolałe kości. Tak bardzo tęskni za ciepłem – odruchowo pociera jedną zgrabiałą dłonią o drugą.

– W takim razie poproszę jednego – rzecze dziewczyna, przywołując kobiecinę do rzeczywistości. A widząc jak na pomarszczoną twarz powraca otucha, dodaje nieoczekiwanie: – Albo niech będą dwa.

Babina nie kryjąc radości, trzęsącą się dłonią dobywa ze spodu dwa okazałe obwarzanki. W zamian w jej dłoni ląduje kilka miedziaków. Panienka, dzierżąc swój zakup, kiwa głową na pożegnanie i odwraca się na pięcie. Jednak robi zaledwie kilka kroków, kiedy słyszy za plecami:

– Chyba się panienka pomyliła!

Zatrzymuje się. Na jej twarz wstępuje rumieniec.

– Pomyliłam się?

– Tu jest dwadzieścia kopiejek, nie dziewięć. – Trzymając dłoń blisko oczu, babina szybko przelicza utarg.

– Naprawdę? – Dziewczyna udaje zaskoczenie. – Ależ to nic. Niech je babcia zatrzyma. Zresztą jej bardziej potrzebne niż mnie.

– Panienka w podróży. Pieniądz się przyda. – Stara nie daje za wygraną. Wyciąga posiniałą dłoń z nadpłaconymi monetami przed siebie, ale panienka tylko zaprzecza ruchem głowy, robiąc krok w tył.

– W mieście zimą życie trudne, coś o tym wiem. Kupi sobie babcia drew i izbę ogrzeje. Mrozy jeszcze długo potrzymają. A ja jadę na wieś i głodu ani chłodu tam nie zaznam. Zresztą wybieram się do pracy. Zarobię. Proszę to przyjąć – nalega.

Suche usta kobiety nieznacznie drżą.

– Jakże ja mam panience dziękować? – Wreszcie zaciska dłoń z datkiem. – Niech chociaż panienka zdradzi swoje imię. Pomodlę się w Świętej Trójcy w panienki intencji, żeby na tej wsi Bóg miał panienkę w opiece. Żeby jej się darzyło w nowym roku…

Dziewczyna poważnieje. W jej gołębich, głęboko osadzonych oczach odmalowuje się cień niezdecydowania. A może sceptycyzmu? Jakby nie wierzyła, że jakakolwiek boska siła zdoła osłodzić jej najbliższą przyszłość. Mimo to, na odchodnym, rzuca za siebie:

– Mania. Na imię mi Mania.

*

Stary profesor wiedzie spojrzeniem za opuszczającą dworzec kobietą i wzdycha wymownie, kiedy córka wręcza mu obwarzanki:

– Oddałaś jej, córeczko, ostatnie pieniądze.

– Teraz mi one na nic, a wkrótce znowu zacznę zarabiać. To przecież tylko kilka marnych kopiejek. – Macha ręką, jak gdyby sprawy materialne nie miały dla niej znaczenia. – Zresztą widział ojciec, jaka ona była obdarta, jaka zziębnięta, a nikt z tamtych jej nie wspomógł. – Nie kryjąc odrazy, wskazuje ruchem głowy rozbawionych Rosjan. – Przepędzali ją niczym trędowatą.

Ojciec potakuje ze zrozumieniem:

– Poczciwe z ciebie dziecko.

Chce chyba dodać coś jeszcze, lecz w tej samej chwili komin lokomotywy wypluwa ogromny obłok pary. Mleczna mgła unosi się, a potem z wolna opada na peron. To znak, że praca ukrytego w parowozie palacza, ładującego od jakiegoś czasu węgiel w rozżarzoną paszczę kotła, przyniosła rezultaty. Ciśnienie w cylindrach osiągnęło odpowiedni poziom, żeby wprawić w ruch tłoki parowozu. Powietrze przeszywa przeciągły gwizd – pociąg gotów jest do drogi. Na ów charakterystyczny sygnał wokoło robi się ruch. Podróżni zaczynają nerwowo żegnać się z odprowadzającymi, tłoczą się przy drzwiach do przedziałów.

Pośród tego poruszenia, nawoływań, płaczów i śmiechu, profesor i jego córka nadal stoją naprzeciw siebie w bezruchu. Nie spieszy im się do rozstania.

– Tragarz już zaniósł twój kufer na miejsce, więc chyba powinnaś wsiadać – mówi wreszcie z ociąganiem ojciec.

Stara się przy tym krzepiąco uśmiechnąć, ale kiepsko mu to wychodzi. Jego czoło przecina pionowa zmarszczka, a oczy się szklą. Nie potrafi ukryć wzruszenia. Dotyka odruchowo siwiejącej brody – czyni tak zawsze, kiedy jest zdenerwowany, bądź mocno czymś poruszony.

Za chwilę rozstanie się z córką, która, chociaż już prawie dorosła, dla niego nadal pozostaje małą Manią, Maniusią, ukochanym Anciupecio – jak zwykł ją nazywać w dzieciństwie. A to dzisiejsze rozstanie boli go mocniej niż wszystkie inne, których w życiu doświadczył. Tym razem wysyła w daleki, nieprzyjazny świat najmłodsze dziecko. Pod dach obcych ludzi, na cudzą łaskę i niełaskę, nie wiadomo na jak długo. Na zbyt długo. Do pracy, która, chociaż sama w sobie szlachetna i godna, to jednak odbiera dziewczynie marzenia i młodość. A przecież tę należałoby spożytkować na naukę i dalsze kształcenie. Na rozwój – Mania taka żądna jest wiedzy, taka jej spragniona. A przy tym ambitna, pojętna i zdolna. Może nie bardziej niż reszta jej rodzeństwa – każde z dzieci Władysława Skłodowskiego odznacza się nadzwyczajną inteligencją – jednakże diament, aby mógł błyszczeć pełnią światła, należy oszlifować. Talent i zdolności, niedoskonalone, z czasem zanikają, marnieją. I na taki los posyła teraz córkę stary ojciec. A przecież uważa, że jej przeznaczeniem nie jest dola guwernantki w jakimś prowincjonalnym, szlacheckim domu, lecz studia. Studia! Oczywiście nie tu, nie w Warszawie, gdzie carska władza zakazuje kobietom wstępu na wyższe uczelnie, lecz w miejscu, gdzie nauki pobierają wszystkie ambitne panny z inteligenckich, polskich domów – na Sorbonie.

Pan Władysław, usiłując zdusić przygnębienie, unosi dłoń i dotyka ramienia córki. Głaszcze ją z czułością – gdybyż ten pociąg stację docelową miał w Paryżu. Tam uniwersyteckie aule i katedry otwarto już dla kobiet. Tam Mania mogłaby rozwinąć skrzydła, osiągnąć szczyty naukowego Parnasu, a ojcowskiego serca nie ściskałby teraz tak dotkliwy skurcz. Gdyby tak… Lecz pociąg zaraz wyruszy w zupełnie innym kierunku.

– Chyba powinnaś już wsiadać – powtarza głucho, cofając rękę. Blady, z zaszklonymi oczami i poczerwieniałym od mrozu nosem, wygląda na starszego i dalece bardziej zmęczonego niż zazwyczaj.

Mania patrzy z roztkliwieniem na ojca, a później – na dworcowy zegar. Do odjazdu pociągu pozostało niespełna dziesięć minut.

– Kiedy mnie z ojcem tak trudno się rozstać. Nie wiem, czy zdołam ojca odwiedzić w najbliższym czasie. Może na Wielkanoc, albo dopiero w wakacje? A to taki szmat czasu…

Milknie. Żal coraz mocniej zaciska się stalową obręczą wokół jej żołądka. Cały hart ducha, wszelki entuzjazm, jaki do dzisiejszego dnia odczuwała, myśląc o wyjeździe, tutaj, na zaśnieżonym dworcu, w obliczu rozstania, uleciał bezpowrotnie. Pozostają jedynie wątpliwości i strach przed nieznanym oraz bolesne poczucie, że przez najbliższe miesiące jedyny kontakt z najbliższymi stanowić będą słowa zamknięte w listach; a przecież nawet najobfitsza korespondencja nie zastąpi fizycznej bliskości. Zresztą każda marka[5] też swoje kosztuje. Jak ona, taka jeszcze niedojrzała, dziecko zaledwie, poradzi sobie bez wieczornych rozmów z ojcem, bez jego rad i wskazówek, bez mądrości i wiedzy? Jak zdoła przetrwać samotność na takim odludziu? Jak przeżyje, nie widząc całymi tygodniami Józia i Heli, wyczekując każdego dnia wiadomości od Broni z Paryża. O ile dłużej na tę odległą wieś na końcu świata, niemal pod samą pruską granicą, będą szły listy od najukochańszej, starszej siostry? Od tej, której los jest dla Mani pocieszeniem, światełkiem w tunelu, od siostry, która właśnie spełnia swój sen o studiach medycznych w mieście świateł. Bez pełnych zachwytu relacji Broni, bez jej ciepłych, krzepiących słów Mania na pewno podda się przygnębieniu, a ów wewnętrzny smutek, który czasami odczuwa tak intensywnie, teraz znowu się nasili. Czeka ją wiele miesięcy, a może nawet lat rozłąki… Świadomość niewesołej perspektywy uderza w dziewczynę z taką mocą, że najchętniej złapałaby ojca za rękę i w jednej chwili uciekła z dworca. Wróciłaby na Nowolipie i ukryła się przed światem w bezpiecznych ścianach skromnego mieszkanka…. Ale taki scenariusz nie wchodzi w grę. Mania doskonale wie, że nie ma już odwrotu. Klamka zapadła. Dziewczęta takie jak ona – bez posagu, bez perspektyw – nie mają wyboru. Zobowiązała się, że pierwszego stycznia wyruszy do domu nowych pracodawców, gdzie przejmie obowiązki domowej nauczycielki i obietnicy musi dotrzymać. Z dworu w Szczukach na stację w Ciechanowie na pewno posłano już sanie. Ktoś będzie na nią czekał. Zatem Mania musi wsiąść do pociągu. I wyjedzie, i będzie zarabiać. I dotrzyma obietnicy…

Resztkami rozsądku dusi w sobie atak paniki i zmusza się do uśmiechu. Kąciki jej ust unoszą się z wysiłkiem – ojciec nie powinien zobaczyć, jak bardzo się boi, jaka jest przerażona. Wystarczy, że sam się zadręcza ich rozstaniem.

– Pamiętaj, jeżeli nie dasz rady, w każdej chwili możesz do nas wrócić. Nikt nie będzie miał ci tego za złe. Tu jest twój dom, a jego drzwi zawsze będą stały przed tobą otworem. Nie rób niczego wbrew sobie. Jeśli państwo Żórawscy okażą się nieżyczliwi, wracaj. Poszukamy wówczas innego rozwiązania.

Mania w milczeniu kiwa głową.

– Wielką odpowiedzialność wzięłaś, córciu, na swoje barki – kontynuuje smutno ojciec. – A ja wiem, że to moja wina. Gdybym nie stracił wszystkich oszczędności, gdyby nie ten przeklęty młyn…

Na te słowa, tyle już razy słyszane, córka uspokajającym gestem chwyta go za rękę. Nie lubi, gdy wracają do tej sprawy. Historię chybionego interesu, w który profesor nieszczęśliwie zainwestował przed laty, Mania zna przecież doskonale.

Pan Władysław nigdy nie ukrywał przed dziećmi, że marna kondycja finansowa rodziny to rezultat feralnie ulokowanego kapitału. Swego czasu postawił na niewłaściwego konia. Zagrał va banque – w myśl dewizy, że nie ma zysku bez ryzyka – i przegrał. Mania wraz z rodzeństwem byli jeszcze dziećmi, kiedy ojciec, z natury nieskłonny do jakiejkolwiek brawury, za namową dalekiego kuzyna – lekkoducha i utracjusza – ulokował trzydzieści tysięcy rubli, czyli cały majątek, który w przyszłości stanowić miał zabezpieczanie syna i córek, w budowę młyna. Sukces był na wyciągnięcie ręki. Profesor wierzył że inwestycja znacząco poprawi ich sytuację. I bez wątpienia by poprawiła, gdyby nie fakt, że młyn, nim zaczął się zwracać, spłonął. Być może nieszczęśliwym zrządzeniem losu? A może w wyniku zaniedbań, jakich dopuścił się pomysłodawca projektu, ów daleki krewniak? Tak czy inaczej – ruina interesu oznaczała ostateczną zapaść finansową profesora. Z kłopotów, w które podówczas popadł, już nigdy miał się nie dźwignąć. Co prawda w tamtym czasie zajmował stanowisko podinspektora w jednym z warszawskich gimnazjów, ale już wkrótce miał je stracić. Zdegradowano go po tym, jak broniąc swoich patriotycznych przekonań, zadarł z carskim przełożonym. Od tamtej chwili główne źródło utrzymania rodziny stanowiły zyski z prowadzenia w mieszkaniu Skłodowskich stancji dla chłopców oraz z udzielania prywatnych lekcji. Jednak wszystkie wysiłki ojca przynosiły marny efekt. Dochód pozwalał co prawda na jako taką egzystencję, lecz stanowił zaledwie kroplę w morzu potrzeb dorastających dzieci. Pieniędzy nigdy nie starczało do pierwszego, kołdra zawsze była za krótka. Buty pociech pana Władysława zazwyczaj miały dziurawe podeszwy, płaszcze – wytarte łokcie i kołnierze, a suknie farbowano i przerabiano po wielokroć. Rodzina nie cierpiała głodu, ale też o żadnych zbytkach nie mogło być mowy. O zagranicznych studiach dla córek tym bardziej należało zapomnieć.

– Niepotrzebnie się ojciec zadręcza. Po cóż do tego wracać? Stare dzieje. Zresztą to nie była ojca wina.

– Niestety, moja córciu. Wyłącznie moja. – Unosi się nieznacznie. – Nie przewidziałem. Byłem głupi, naiwny. Trzeba było tę sumę zdeponować w banku, a nie w geszefty się wikłać, o których pojęcia się nie ma. Procent byłby niewielki, ale pewny, a tak… Teraz ty się musisz gdzieś na końcu świata obcym ludziom wysługiwać. Nie takiej przyszłości pragnąłem dla moich dzieci – dodaje z naciskiem.

– Ja przecież nie jadę na zesłanie. – Mania cały czas stara się, żeby jej słowa brzmiały swobodnie, ale czuje, że ojciec doskonale wyczuwa fałszywe nuty. Nie jest nazbyt dobrą aktorką. Zresztą oboje marnie odgrywają dzisiaj role stoików. Aby pokryć smutek, wyrzuca na jednym oddechu: – To wymarzona posada. I dobrze płatna. Gdzie indziej zarobiłabym pięćset rubli przez rok?

– Tylko dlaczego to musi być tak daleko? Tyle godzin od domu…

– Daleko… – powtarza za ojcem. A później, jakby chciała otrząsnąć się z niepożądanych myśli, zaczyna lekkim tonem zaklinać rzeczywistość: – Ojciec przecież wie, jak ja kocham wieś, przyrodę. I jazdę konną i pływanie. Dobrze mi tam będzie. Na pewno.

Na pewno! Mania naprawdę chce w to wierzyć, bo chociaż urodziła się w mieście, chociaż czuje z Warszawą jakąś trudną do opisania, metafizyczną więź, to właśnie w scenerii pól i lasów przeżyła najcudowniejsze chwile dzieciństwa. To tam oddycha pełną piersią, tam czuje, że żyje naprawdę.

W każde wakacje ktoś z licznej familii ojca lub matki zapraszał Manię i jej rodzeństwo do jednej ze starych siedzib rodowych poza stolicą. Dzięki temu blade miejskie dzieci przez dwa letnie miesiące mogły zaznawać uroków prowincji i wdychać świeże powietrze. Rok w rok Mania podróżowała więc do nieodległych Marek, gdzie mieszkała ciocia Lucia Boguska, albo do dalekiej Zwoli, czy Skalbmierza, w których rezydowali kolejno: wuj Władysław Boguski i stryj Zdzisław Skłodowski. A ich włości stały się dla niej drugim domem. Azylem. Małą Arkadią, gdzie czas płynie wolniej, gdzie nie ma trosk i problemów. Zresztą oprócz tych letnich wypadów, zaraz po ukończeniu gimnazjum Mania spędziła poza domem ponad rok; stary profesor uparł się, że urlop od ślęczenia nad książkami dobrze córce zrobi. Kochany dobry papa oczywiście miał rację. Mania, stworzenie na wskroś miejskie, na wsi szybko odzyskała nadwątlone siły. Przez rok biegała po polach, jeździła konno, czytała naiwne romanse i pływała w rzece. W karnawale flirtowała z miejscowymi kawalerami, szalała na kuligach, a Białego Mazura tańczyła do białego rana… Zachowywała się jak zwyczajna nastolatka. Czuła się szczęśliwa i beztroska. Ale przede wszystkim wolna. Prawdziwie wolna. Bowiem najcenniejsze, co oferowała wieś, to głębokie poczucie swobody – na prowincji zakazy i nakazy narzucone przez zaborcę uwierały ją znacznie mniej. Mania na chwilę przestawała czuć się więźniem we własnym kraju – kraju, który chociaż nie istnieje na mapie, to zajmuje istotne miejsce w jej sercu. I tak – pod osłoną lasów, za połyskliwymi wstęgami rzek – mogła wreszcie głośno mówić po polsku i nucić patriotyczne pieśni bez obawy, że trafi do więzienia, mogła recytować wiersze ulubionych poetów, a dla uciechy – czemużby nie – strzelać z procy do wizerunku znienawidzonego cara Aleksandra. Na wsi mogła być sobą i ma nadzieję, że teraz, w Szczukach, będzie podobnie…

– Jednak kanikuły u naszej drogiej Luci czy Zdzisława to nie to samo, co odrabianie pańszczyzny z cudzymi dziećmi. – Słowa ojca wyrywają ją z zamyślenia. – Dobrze wiesz, że nauczanie to ciężki kawałek chleba. Ludzie są różni. A co, jeśli państwo Żórawscy będą podobni do tych poprzednich?

Mania wzdryga się na wspomnienie byłych chlebodawców. Rozstała się z nimi w nie najlepszych stosunkach.

– Gorzej, jak w tamtym domu, nigdzie mi już nie będzie – stwierdza. – Poza tym, praca to nie pańszczyzna. To nasz obowiązek. Ojciec zna moje poglądy na tę sprawę.

– Gdyby nie ja, mogłabyś swój obowiązek spełniać w Paryżu, razem z Bronią. Gdyby oszczędności nie przepadły, miałbym dzisiaj na wiano dla ciebie, dla Broni i Heli. Wszystkie was bym posłał na studia. Nie musiałabyś wycierać się po cudzych kątach. Tymczasem przeze mnie stracisz najlepsze lata, całą młodość zaprzepaścisz. Ach, mój Boże… Na co to przyszło, żebyś ty, moje dziecko, wyręczać mnie musiała w ojcowskich obowiązkach. Nie wywiązałem się z nich tak, jak trzeba. Nie byłaby ze mnie dumna moja kochana żona, a przecież przysięgałem jej na łożu śmierci, że dopilnuję, by nasze dzieci lepszego niż my zaznały losu, żeby nie musiały się tak z życiem szarpać. Ale nie potrafiłem dotrzymać słowa.

– Ojciec nigdy nie powinien tak mówić. Mama na pewno byłaby dumna z tego, jak sobie ojciec poradził. Wszyscyśmy na ludzi wyszli. Trzymamy się razem. Jedno by za drugim w ogień skoczyło, a to wartość nie do przecenienia. Szkoły żeśmy pokończyli. Józek i Bronia zostaną lekarzami. Będą kimś i jeszcze na starość staną się ojcu podporą. Hela być może zrobi tę swoją karierę śpiewaczki, a ja…

– No właśnie, Maniu, a ty…? – Patrzy na nią miękko. – Ani rozumem, ani ambicjami nie ustępujesz rodzeństwu, tymczasem zamiast się rozwijać, zakopiesz się na lata w jakimś prowincjonalnym piekiełku. W Warszawie przynajmniej na ten swój Uniwersytet Latający[6] mogłaś uczęszczać. Wśród ludzi podobnych sobie się obracałaś, miałaś dostęp do nowych myśli, idei, do książek. A tam? Jak ty tam wiedzę będziesz pogłębiać, z kim dyskutować, i o czym? Oj, nie powinienem był się na to godzić…

– Uniwersytetu mi trochę szkoda, chociaż to raczej zaledwie wprawka do prawdziwych studiów i pewnie dużo więcej, ponad to, czego już się nauczyłam, nie wyniosłabym stamtąd. A co do reszty… Będzie mi ojciec książki dosyłał i pisma naukowe w miarę możliwości, a w listach zadania do rozwiązania. Przerobimy korespondencyjnie wszystko, co byśmy wieczorem w domu omawiali. Nadal będzie mi ojciec pomagał i wszystko zostanie po staremu – dodaje cicho.

– Maniu… Dobre z ciebie dziecko. Nie wiem, skąd taki hart ducha w tobie, skąd wola niezłomna?

Córka uśmiecha się smutno. W kąciakach oczu starszego pana wzbierają łzy. Być może zaraz się przeleją, a wtedy i ona nie da rady dłużej panować nad sobą.

– Jeżeli mój charakter jest choć trochę tak silny, jak ojciec twierdzi, to jedynie dlatego, że miałam dobry przykład w domu. Że latami obserwowałam, jak się ojciec z życiem zmaga i jak ciężary losu podnosi. To teraz i ja mam siłę. – Wypuszcza powietrze. – No, niech już tatko oczy wytrze, bo mi serce pęknie…

Dworzec ponownie przenika odgłos gwizdka, zagłuszając dalsze słowa Mani. Jego wysoki dźwięk zwiastuje, że oto właśnie nadszedł ostateczny czas rozstania. Zawiadowca o posępnej twarzy i długich, wywiniętych ku górze wąsiskach daje sygnał maruderom, aby wsiadali do wagonów – pociąg na nikogo nie będzie czekał. Pan Władysław ostatni raz, z ciężkim sercem, przygarnia do siebie córkę. Tylu jeszcze wskazówek chciałby jej udzielić – Mania powinna ciepło się ubierać i koniecznie zakładać kalosze na spacery, żeby w tych wiejskich błotach nóg, nie daj Boże, nie przemoczyć, bo to katar gotowy, i nie powinna czytać zbyt długo po nocach, żeby oczu nie stracić. Chciałby ją kolejny raz zapewnić, że będą tu za nią tęsknić i pisać tak często, jak tylko się da. Tyle powinien jej powiedzieć… Lecz ich wspólny czas właśnie dobiegł końca. Niech więc Mania zabierze chociaż te obwarzanki, co je przez litość i dobre serce kupiła od nędzarki – ojciec próbuje wsunąć w jej dłoń złote krążki, jednak córka dziękuje przeczącym ruchem głowy. Słusznie zakłada, że przez najbliższe godziny nie będzie w stanie nic przełknąć. Ojciec nie naciska dłużej. Zamiast tego całuje swoje najmłodsze dziecko w czoło i szepcze do ucha zduszonym szeptem:

– Bywaj zdrowa, Maniu.

Na nic więcej w tej chwili go nie stać. Słowa więzną w gardle. Odrywa ją łagodnie od siebie i popycha w stronę drzwi wagonu.

Mania odchodzi. Wilgoć zebrana pod powiekami rozmazuje jej obraz dworca. Niech już ta chwila rozstania dobiegnie końca. Niech łzy, które muszą się wylać, wyleją się w spokoju. I bez świadków – nie odwracając się za siebie, wdrapuje się prędko po metalowych stopniach i zatrzaskuje za sobą drzwi.

We wnętrzu pociągu jest dużo cieplej niż na dworze, więc rozpina płaszcz, zdejmuje czepek i dopiero wówczas zajmuje miejsce na ławce pod oknem. Czuje gorąco bijące od napełnionego wodą podnóżka. Dzięki niemu cienka warstwa szronu zdążyła już spłynąć z szyby i peron widać jak na dłoni. Mania wzdycha rozpaczliwie, a słone krople zaczynają kreślić lśniące ślady na policzkach. Ojciec nadal stoi na peronie, w jednej ręce ściska obwarzanki, drugą macha w jej kierunku. Ona także mu macha. Dotyka zimnej, mokrej szyby, a wtedy szkło także zaczyna płakać. Palce jej marzną, ale ich nie cofa. Trwa w tym geście do czasu, gdy w akompaniamencie syków, pogwizdywań i stukotu pociąg rusza w dal.

[2] Maria Skłodowska-Curie, Autobiografia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1959 (data przybliżona).

[3] Złota moneta pięciorublowa.

[4] Trzy grosze. Drobna moneta odpowiadająca 1½ kopiejki.

[5] Tu: znaczek pocztowy.

[6] Tajna szkoła wyższa dla kobiet, działająca od początku lat osiemdziesiątych XIX w. pod zaborem rosyjskim w Warszawie. Nazwa pochodzi od ciągle zmieniających się adresów, pod którymi odbywały się zajęcia. Studentki mogły wybrać spomiędzy czterech kierunków: nauk społecznych, filologiczno-historycznych, pedagogiki i nauk matematyczno-przyrodniczych.

2.

Z ciężkim sercem wchodziłam na stopnie wagonu. Miał mnie on oddalać przez kilka godzin od tych, których kochałam. (…)

Co mnie tam spotka? Takie zadawałam sobie pytanie, siadając przy oknie wagonu i spoglądając na szeroko rozpostarte równiny[7].

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

[7] Maria Skłodowska-Curie, Autobiografia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1959 (data przybliżona).

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

7.

Dostępne w wersji pełnej

8.

Dostępne w wersji pełnej

9.

Dostępne w wersji pełnej

10.

Dostępne w wersji pełnej

11.

Dostępne w wersji pełnej

12.

Dostępne w wersji pełnej

13.

Dostępne w wersji pełnej

14.

Dostępne w wersji pełnej

15.

Dostępne w wersji pełnej

Wrzesień 1891

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Stefan Bałuk, Józef Hurwic, Olgierd Wołczek, Maria Skłodowska-Curie. Jej życie i dzieło, Wydanie I, Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1967.

Helena Bobińska, Maria Curie-Skłodowska, Wydanie IV, Czytelnik, Warszawa 1959.

Piotr Cieśliński, Jerzy S. Majewski, Spacerownik. Śladami Marii Skłodowskiej-Curie, Agora, Warszawa 2011.

Ewa Curie, Maria Curie, Wydanie XIII, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1972.

Józef Hurwic, Maria Skłodowska-Curie i promieniotwórczość, Wydawnictwo Edukacyjne Zofii Dybkowskiej „Żak”, Warszawa 1993.

Françoise Giround, Maria Skłodowska-Curie, Wydanie I, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987.

Teresa Kaczorowska, Córka mazowieckich równin, czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza, Wydanie II, Związek Literatów Polskich w Ciechanowie, Akademia Humanistyczna im. A. Gieysztora, Ciechanów 2011.

Laurent Lemire, Maria Skłodowska-Curie, Świat Książki, Warszawa 2003.

Maciej Sadowski, Maria Skłodowska-Curie. Fotobiografia, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2011.

Maria Skłodowska-Curie, Autobiografia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1959 (data przybliżona).

Maria Skłodowska-Curie, Badanie ciał radioaktywnych, Wydanie krytyczne w 125 rocznicę urodzin Uczonej, z przedmową i posłowiem Józefa Hurwica, Instytut Kształcenia Ekonomicznego PTE, Polska Akademia Nauk, Warszawa 1992.

Helena Skłodowska-Szalay, Ze wspomnień o Marii Skłodowskiej-Curie, Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej Nasza Księgarnia, wyd. 1, Warszawa 1958.

Susan Quinn, Życie Marii Curie, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997.

Philip Steele, Maria Skłodowska-Curie. Kobieta, która zmieniła dzieje nauki, Wydawnictwo MWK, Warszawa 2010.

Olgierd Wołczek, Maria Skłodowska-Curie, Wydanie II, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1985.

Copyright © 2016, Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-291-9

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska

Opracowanie redakcyjne: MG

Korekta: Atelier Słowa

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com