Zamruczę ci - Agata Bieńko - ebook

Zamruczę ci ebook

Agata Bieńko

4,4

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Zabawna romantyczna historia, w której nie tylko nieszczęścia chodzą parami!

Pod kołami samochodu Pauli ginie czarny kot, któremu niechcący odebrała ostatnie – siódme – życie. Właścicielka kota, stara cyganka, rzuca na dziewczynę klątwę. Z początku ta nic sobie z niej nie robi, jednak po roku ma za sobą trzy nieudane związki, niezliczone kłótnie, a do tego jej młodsza siostra właśnie planuje ślub! Nawet jej najlepsza przyjaciółka i współlokatorka Zosia, która „zna się na takich rzeczach”, niewiele może zdziałać.

Grzegorz jest cenionym i zabójczo przystojnym ginekologiem mającym wokół siebie wianuszek kobiet także po pracy. To typowy gracz, który nie potrafi i nie chce zaangażować się w poważny związek. Dla Pauli miał być przygodą na jedną noc pozwalającą chociaż na chwilę odpędzić jej ponure myśli.

Los jednak sprawia, że ciągle na siebie wpadają, mimo tego, że kompletnie nie potrafią się dogadać. Grzegorz nie zamierza stracić z oczu pięknej Pauli, a ta planuje wykorzystać go w nieustającej wojnie z matką, która nie chce dać jej spokoju. Czy niesforny pan doktor pomoże jej zrobić dobre wrażenie na rodzinie?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 589

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
iwonadrugi

Dobrze spędzony czas

Zaskakująco dobra . Czyta się przyjemnie i lekko. Zostaje niedosyt i oczekiwanie na kolejną część. Oby nie przerodziła się w tasiemca. Wolę zamknięte formy .
40
magdalena_wu

Nie oderwiesz się od lektury

Szkoda, że nie można od razu sięgnąć po drugi tom! Czekam z niecierpliwością na dalsze losy Pauli i Grzegorza. Czyta się bardzo lekko i bardzo szybko.
10
KasiaMalecka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka!
00
Ewulek30

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Szkoda ze nie ma następnej części.
00

Popularność




Moim Valeriom, Carmen, Lolom i Nereom. Dzięki z a inspirację!

Prolog

– Co za małpa! – Uderzam dłonią w kierownicę, a moje wargi zaciskają się tak mocno, że nie zmieściłaby się pomiędzy nimi nawet karta kredytowa. Taka zbliżeniowa. Przy zakupach do stu złotych bez PIN-u.

Stopa na gazie robi się ciężka, gdy popędzam auto, by wreszcie wywiozło mnie z rodzinnej wioski. Stara mazda wyje dziko, kiedy wrzucam piąty bieg. Tłumik mi tak podkręcili, mechanicy od siedmiu boleści. Jedno naprawią, drugie popsują. Zawodowi idioci. Krzywię się na wspomnienie sprzed paru chwil.

– „Miruś i ja się zaręczyliśmy”– przedrzeźniam słodki głos mojej najdroższej siostrzyczki. – Och, jak słodko! A pierścionek jest z pieprzonym brylantem, a ślub już wkrótce! „Pojedziemy powozem, konnym oczywiście”. Trzeba to podkreślić, żeby taka kretynka jak Paulina nie pomyślała, że może oślim. Bo Miruś ma forsę i stanowisko. I w ogóle jest zajebisty! W książce takiego nie znajdziesz. – Przewracam oczami i zjeżdżam trochę na prawo, bo jakiś kretyn chce mnie wyprzedzić. Widzę, że się czai, ofiara losu. Duży srebrny passat mija mnie, a ja wściekle odprowadzam go wzrokiem.

– „A ty, Paulinko? – Jestem pewna, że idealnie naśladuję głos mamy. – Twoja młodsza siostrzyczka bierze ślub, a co z tobą?” Co z tobą, Paula?!

Z chęcią spojrzałabym w lusterko, żeby to pytanie zadać sobie bardziej dobitnie. Ale skupiam się na drodze.

– Twoja dwudziestodwuletnia siostra bierze ślub, a ty, mając na karku dwadzieścia pięć wiosen, ciągle nie masz faceta. Dobrze, że dziewicą chociaż nie jesteś.

Tak naprawdę mam tego dosyć. Hanka zawsze musi być lepsza, piękniejsza, mądrzejsza. Jeszcze ten jej pełen wyższości wzrok i krótkie: „Przecież to oczywiste, że ona będzie sama. Kto by ją zechciał”.

– Jeszcze się zdziwicie, wszyscy. Wszystkich was rozpieprzę na łopatki, takiego sobie Greya znajdę! – Uśmiecham się z satysfakcją. – Bad boya z trudną przeszłością, którą wyleczę jednym dotknięciem. I bogaty będzie, i przystojny. I takiego, o! – Puszczam kierownicę i zakładam ręce w geście Kozakiewicza. – I to wszystko we Wrocławiu. Spotkam go na ulicy, jak będę szła po bułki. – Szybko mrugam, bo czuję, że zaraz się rozbeczę. Tak naprawdę nie wiem, co musiałabym zrobić, żeby chociaż raz w życiu być lepsza od swojej młodszej siostry. Ten facet musiałby być nieskazitelny, żeby dorównać Mirusiowi. A doskonale wiem, że nieskazitelnych facetów nie ma.

Zaciskam usta i depczę gaz. Wjeżdżam w teren zabudowany, ale pilnuję, żeby nie przekroczyć dziewięćdziesięciu na godzinę i nie stracić prawka. Prędkość trochę pomaga mi się wyładować. Zastanawiam się, ile paliwa zmarnuję, zanim przejdą mi nerwy.

Nagle zaczyna mnie coś piec w prawym oku. Nie pomaga mruganie. Nie ściągając nogi z gazu, jedną ręką łapię za lusterko wsteczne i na chama wykręcam je w kierunku swojej twarzy. Trochę się wyginam, nerwowo łypiąc to na drogę, to na swoje odbicie. Widzę ją. Krowę rzęsę… – Wpycham palec do oka, licząc, że upierdliwy włos przyklei się do spoconej skóry. Nagle słyszę dziwny, tępy odgłos. Moja noga automatycznie wciska hamulec. Auto gwałtownie staje. Oko mnie boli, bo dźgnęłam się palcem, a w dodatku nie wiem, co się dzieje.

– Ała…

Wydaje mi się, że coś przejechałam.

Dwa oddechy – jeden płytszy, drugi pełen udręki – i wysiadam z samochodu. Z bólem wypuszczam powietrze, widząc, że się nie myliłam. Idę kilka kroków do czarnej kupki leżącej na asfalcie w kałuży ciemnej krwi. Zamykam oczy, bo kot trzęsie się w ostatnich drgawkach. Jestem pewna, że ostatnich, bo na wierzch wyszło mu wszystko, co mogło mu wyjść. Szkoda mi biedaka. Nie dość, że mam pierdolnięte życie, to w słoneczny, ciepły, letni dzień przejechałam Bogu ducha winnego kota.

Chociaż rzęsa w oku już nie drapie…

Nerwowo rozglądam się dookoła, zastanawiając się, co zrobić. Odjechać czy sprzątnąć go, żeby inni po nim nie jeździli? Niby otaczają mnie jakieś domy, ale skąd mam pewność, że nie zapukam do drzwi właściciela tego kota? I skąd mam pewność, że to nie będzie jakiś fanatyk zwierząt?

– Czarownica. – Podskakuję, słysząc za sobą ochrypły głos.

Odwracam się i widzę siwą staruszkę, ubraną w kwiecistą granatową sukienkę. Jest lekko zgarbiona, głową sięga mi do piersi. Nie przeszkadza jej to jednak widocznie, bo wlepia we mnie jasne źrenice w sposób, który zmroziłby samego Schwarzeneggera. Przechodzi mnie dreszcz.

– To pani kot? Przepraszam… – Nagle chcę się wytłumaczyć, więc wstrzykuję w mój ton tyle współczucia, ile tylko zdołam.

– Siódme życie odebrała, przekleństwo! – charczy, a jej małe wredne ślepka wypalają mi dziury w twarzy.

– Ale że co? – Zaczynam się trochę bać. Czuję się jak w ukrytej kamerze, więc dyskretnie rozglądam się na boki.

– Pech. – Staruszka spluwa na ziemię. Mija mnie i nachyla się nad kotem. Mamrocząc coś pod nosem, chwyta go za ogon i podnosi. Mrużę oczy z obrzydzeniem, kiedy zwierzę odkleja się od asfaltu. – O czymś myślała, nie będziesz miała – syczy na mnie wściekle babina, a potem najzwyczajniej w świecie odwraca się i odchodzi.

Oniemiała, patrzę na jej oddalające się plecy, chwiejny chód i kota, niewładne bujającego się wraz z nią. Rozglądam się na boki, sprawdzając, czy ktoś mnie obserwuje. Nic. Cisza, spokój. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc zaplatam je na piersi, ale zaraz wpycham w tylne kieszenie dżinsów. Mój wzrok przyciąga czerwona plama na drodze. Kiedy znów spoglądam za staruszką, jej już nie ma.

– Pierdololo takie – gderam pod nosem poirytowana.

Wracam do auta, ale zamiast wsiąść, idę sprawdzić zderzak. Przeklinam kilkakrotnie na nowe pęknięcie, nerwowo spoglądam na miejsce śmierci futrzaka i w końcu siadam za kierownicą.

– Miotłę sobie kup, wiedźmo – mruczę. Przez sekundę myślę, o co mogło jej chodzić, ale szybko dochodzę do wniosku, że to jakaś miejscowa szajbuska. Kto normalny odkleja kota od asfaltu gołą ręką?! – Niech ten dzień już się skończy.

Wrzucam pierwszy bieg. Żal mi tego zwierzaka. Wiem już, że przez cały dzień będę o nim myśleć.

1. Przytul mnie, Zenek

Rok później

– A ty gdzie? – Zatrzymuję się gwałtownie, słysząc za sobą głos pana Józefa.

– Skończyłam na dziś. – Moje oczy automatycznie zezują w stronę sypialni starszego małżeństwa, gdzie aktualnie pracuję. – W poniedziałek dokończę brzegi i mural będzie gotowy.

– Widziałem – odpowiada krótko. Wzdycha ze zniecierpliwieniem, jakby ganił jedno ze swoich wnucząt. – Naprawdę zamierzasz wyjść bez obiadu? – nie dowierza, a ja wydaję z siebie krótkie „uch”.

– Pani Halinka będzie zła…

– Będzie wściekła – oznajmia tym swoim stanowczym tonem. – Przyjeżdżasz tu jeszcze w poniedziałek, więc ja bym nie ryzykował.

– Józek, obiad! Zawołaj Paulinkę!

– Nie dość, że mi państwo płacicie, to jeszcze karmicie jak własną córkę – mówię, a on szczerze się uśmiecha.

Kiedy smętnie zwieszam ramiona, dotyka moich pleców i śmiało popycha do dużego, przestronnego salonu. Odsuwa mi krzesło, bym mogła posadzić na nim swój upaprany farbą tyłek. 

Stół wygląda przepięknie. Okrągły blat, nakryty żółtym kwiecistym obrusem. Na środku stoi mały wazonik ze świeżymi kwiatami. Trzy nakrycia – trzy zielone podkładki z białymi głębokimi talerzami.

– Dzisiaj ogórkowa – oznajmia pani Halina, żona Józefa. Oboje mogą mieć około sześćdziesiątki, ale ani jedno, ani drugie nie wykazuje żadnych oznak mijających lat. Są weseli, dynamiczni, pozytywnie nastawieni do życia. Niemal tak jak ja, kiedy widzę gotówkę za wykonaną robotę. Tylko potem jakoś ten entuzjazm mi mija.

– A co na drugie, kochanie? – dopytuje mąż.

– Jak zjesz pierwsze, to się dowiesz – cicho mówię razem z jego żoną.

Pracuję u nich już dwa tygodnie i czasami wiem, co jedno odpowie drugiemu. Obserwuję kątem oka, jak mężczyzna prycha pod nosem i markotnieje. Wszystkie zmarszczki na jego twarzy dają teraz swój popis. Te na czole – głębokie i szerokie, te w kącikach oczu i w kącikach ust, które poruszają się w nieznanych mi, cichych słowach. Spoglądam na lekkie zakola na głowie i siwe włosy, które przyciął przedwczoraj. Na krzaczaste białe brwi i ciemne oczy, w których tańczą zawadiackie iskierki. Mężczyzna puszcza mi oko, na co uśmiecham się z zaskoczeniem, przyłapana na tej wnikliwej obserwacji.

Dziękuję pani Halinie za zupę, którą mi podaje. Dopiero czując jej zapach, zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem głodna.

– Pięknie pachnie – oznajmia Józef, uważnie lustrując żonę.

Jej włosy, związane w wysoki kok, są czarno-siwe, pomieszane tak niesamowicie, że podobnego efektu nie osiągnęłaby nawet najlepsza fryzjerka. Kobieta jest szczupła, a jej twarz usiana zmarszczkami, podobnie jak u mężczyzny. Bystre niebieskie oczy właśnie zauważają biedronkę chodzącą po czerwonym tulipanie w bukieciku na stole. Zgarnia ją z kwiatu i podchodzi do okna. Zawsze nosi sukienki. Dzisiaj lawendowa, z delikatnym, owalnym dekoltem.

Zupa smakuje tak, jak pachnie, a my rozmawiamy głównie o obrazie, który powstał na ścianie ich sypialni. Fragment krajobrazu, nad jeziorem, z zacumowaną łodzią. W spokojnej tafli wody odbijają się ciepłe barwy zachodzącego słońca. Podobno to miejsce, gdzie Józef oświadczył się Halinie. Ma im przypominać tamtą zaczarowaną chwilę.

Oboje są dość zabawni, bo ani razu nie zajrzeli do pokoju, żeby mnie skontrolować. Dostałam tylko kilka fotografii, na których miałam się wzorować, i kilka instrukcji. Zastanawiam się, czy nie powinni w końcu tego zobaczyć, może zechcą coś zmienić. Jeszcze jest na to czas. Proponuję im to zaraz po tym, jak Józef wyraża swoje zadowolenie ze schabowego na drugie danie.

– Naprawdę? – Kobieta się uśmiecha. – Oczywiście, skoro już skończyłaś. Nie mogłam się doczekać! – Podekscytowana spogląda na męża.

Mam wrażenie, że obiad kończą w tempie błyskawicy. W każdym razie po raz pierwszy od dwóch tygodni ja zostaję w tyle. Mało tego, jeszcze mnie poganiają, w co nie mogę uwierzyć.

Po krótkiej chwili stajemy przed drzwiami sypialni. Czuję się trochę jak z dwójką zniecierpliwionych dzieci, które nie mogą doczekać się wymarzonej zabawki. Pani Halina naciska klamkę. Zauważam, że dłoń lekko jej drży, i nagle ogarnia mnie strach, bo chyba po raz pierwszy dociera do mnie, jak wielkie znaczenie ma dla nich ten mural. Mam ochotę zacząć modlić się o powodzenie misji, a jednocześnie dziękuję swojej podświadomości, że nie uświadomiła mnie o tym wcześniej, bo pod presją na pewno bym coś popsuła.

Serce wali mi jak opętane, kiedy wchodzę za nimi do pokoju. Pani Halina przystaje i chwyta dłoń męża, drugą przykłada sobie do ust, z których wypływa ciche westchnięcie. Wiem już, że jest dobrze.

Oboje patrzą na ścianę w milczeniu. Żałuję, że nie widzę ich twarzy, ale po chwili odwracają się do mnie. Szklanki w oczach. Muszę się opanować, żeby do nich nie dołączyć.

Kobieta posyła mi leciutki uśmiech, który odwzajemniam.

– Piękny, aż mi się przypomniało… – mówi drżącym głosem, podczas gdy mąż pociera jej ramię.

– Kawał dobrej roboty – dodaje pan Józef. – Wiesz co, Halinko, ja do tej pory nie wiem, coś ty tam z Kryśką wyrabiała na potańcówce przed ślubem – mówi z nutą ciekawości, ale i lekką pretensją.

– Mniej wiesz, lepiej śpisz.

– Nie ma to tamto! W końcu musisz mi powiedzieć.

Słucham ich zabawnych docinków i czuję się coraz bardziej nieswojo. Myślę, że na mnie już czas. Szybko dziękuję za pyszny obiad, żegnam się i wychodzę.

Przed domem otwieram mazdę i ładuję się za kierownicę.

– Para papara papa ooo ooo aaa – nucę disco polo, broniąc się tym samym przed pieprzoną nostalgią, która swoimi twardymi pazurami zaczyna mnie chwytać za kark. Wszystko przez to, że za bardzo rozczuliłam się nad dwójką starszych ludzi, którzy ciągle tak mocno się kochają. A ja jestem sama. Sama jak palec. Właściwie nawet nie… Nie rozumiem tego powiedzenia. Palec ma wokół siebie cztery inne palce.

– Durnota – mamroczę niepocieszona i zła. Kto by nie chciał być tak kochanym? – Kto by nie chciał tak kochać. – Wzdycham, próbując uwolnić ciężar z serca. – Paula, przydałby ci się ktoś do kochania. Znowu? – Nie wierzę, że o tym myślę. – Znowu tego chcesz? Mało ci było tych wszystkich niepowodzeń? – strofuję się. – Poza tym miałaś już nie gadać do siebie. Dobra, już nie będę.

Staję na czerwonym świetle i bębnię palcami w kierownicę. Obserwuję ludzi drepczących po chodniku, ludzi przechodzących po pasach, wystawę księgarni. Posterunek straży miejskiej, sklep zoologiczny…

– A właściwie kto powiedział, że to musi być facet? – Uśmiecham się pod wpływem nowej, przyjemnej myśli. Światło się zmienia, a ja kombinuję, gdzie tu zaparkować, żeby nie dostać mandatu.

***

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – stwierdza Mucha, moja współlokatorka, jakąś godzinę później.

– Nie bądź taka sceptyczna – odpowiadam, nie odrywając wzroku od czarnego welona teleskopa, pływającego w małym akwarium. Ma tu tylko żwirek i wodę, ale chyba niczego więcej mu nie trzeba. – Nie patrz tak – mówię zaraz po tym, jak spojrzenia moje i Muchy się krzyżują. – Odczuwam wewnętrzną potrzebę kochania czegoś.

Zośka siada na kanapie naprzeciwko mnie. Dzielą nas tylko stolik i rybka, która wesoło tapla się w wodzie.

– Kochania ryby? Zastanawiałaś się, czy to nie jest kolejna decyzja podjęta pod wpływem chwili?

– O co ci chodzi?

– W twoim pokoju na parapecie stoją tylko dwa kaktusy. Uważasz, że ta ryba przeżyje z tobą chociaż tydzień?

Przez chwilę rozważam słowa Zośki, uważnie obserwując jej kok upięty z brązowych włosów. Zastanawiam się, kiedy ostatnio widziałam ją w rozpuszczonych.

– Po co to? – Jej słowa sprawiają, że wracam do rzeczywistości. Do ryby.

Opadam na kanapę.

– Wszystko przez tych staruszków! – jęczę. – Ja też chciałabym tak kochać! Mam prawie dwadzieścia sześć lat, a na horyzoncie ciągle nie widać tego jedynego! Zaraz mi stuknie trzydziestka… – Ostatnie zdanie mówię z autentyczną rozpaczą.

– Masz ścisk na faceta – podsumowuje rezolutnie Zośka.

– No właśnie nie bardzo – mamroczę. W końcu patrzę w jej brązowe oczy, a ona robi tę swoją współczującą minkę. – Pokaż mi drugą kobietę, którą w ciągu roku zdradziło dwóch mężczyzn! Już o tych wszystkich kanaliach, którzy uciekli, zanim cokolwiek się zaczęło, nie wspomnę.

Mucha dosiada się do mnie i pocieszająco pociera moje ramię.

– Przecież to nie twoja wina.

– Gdyby jeden mnie zdradził, tobym pewnie tak myślała, ale dwa razy to już trochę przesada, nie sądzisz? – Patrzę na nią z wyrzutem. Zawsze tak robię. Niby ironizuję, niby się śmieję ze swojego pecha, a tak naprawdę sądzę, że coś jest ze mną grubo nie tak.

– Ale ja ci mówiłam, że to wszystko przez tego kota.

– Nie zaczynaj. To wszystko przez to, jaka jestem. Przez moje złe wybory, a nie jakieś siły nadprzyrodzone. Takie rzeczy nie istnieją.

– Zastanówmy się. – Mucha szybko podrywa się z miejsca. Nie mogę! Czuję, że nie mogę jej słuchać, a ona nawet jeszcze dobrze nie zaczęła. Mieszkam z największą przesądziarą w mieście. Zaraz da popis. – Przejechałaś czarnego kota. Czarnego – podkreśla, jakbym tego nie wiedziała. – Spotkałaś staruszkę, która majaczyła coś o pechu.

– To było tak dawno, że już tego nie pamiętam. – Ale przeklinam dzień, w którym ci o tym powiedziałam, Zocha.

– Być może właśnie zamordowanie tego zwierzaka sprowadziło na ciebie nieszczęście.

– Jakie nieszczęście? Jakoś na brak kasy nie narzekam, zlecenie goni zlecenie. Mam dwie najlepsze przyjaciółki, zajebistego kumpla, wynajmuję świetne mieszkanie, jestem spełniona zawodowo. Mam kochanego starszego brata, siostrę zołzę i rodziców, którzy mają mnie za kompletne zero, ale tak było zawsze.

– Tylko nie masz faceta. – Zośka powoli wraca na swoje miejsce.

– Tak, tylko nie mam faceta. I już naprawdę nie wiem, jak mam go znaleźć, bo nie szukać go też już próbowałam. Nie przyszedł.

– Jesteś ładna, mądra i nie masz faceta.

– No nie mam.

– Ciągle jesteś sama.

– Ile razy jeszcze będziemy to powtarzać?

– Paula, to musi być fatum! Ta babka rzuciła na ciebie klątwę, ale obejmuje ona tylko sprawy sercowe. Najwyraźniej ten kot był jakiś… jakiś… – Mucha szuka odpowiedniego słowa. – Kot odpowiadający za spełnienie uczuciowe. Przejechałaś go i bach! – Klaszcze. – Nie masz szczęścia w miłości.

– Większej bzdury w życiu nie słyszałam.

– Ale zobacz – nie daje za wygraną. – Wszystko zaczęło się od Michała. Harleyowiec, przystojniak, dobry w łóżku. – Mrożę ją spojrzeniem. – No sama opowiadałaś…

– Tak, i jeśli o Michała chodzi, nie dziwię się, że się puścił, bo on taki był, tylko ja byłam ślepa.

– Dobra, można stwierdzić, że tak ci się trafiło. A pomiędzy nim a Dawidem był ktoś?

– Był. Marek.

– A tak. – Widzę, jak zagryza wargę, żeby się nie roześmiać. – I to już jest pierwszy mocny dowód na działanie klątwy. Najpierw złamał rękę… – Ta kretynka parska śmiechem, powodując, że sama z trudem się hamuję. Już po chwili rżę jak kobyła razem z nią.

Po prostu Marek taki był. Nasz związek trwał dwa miesiące, podczas których złamał rękę, pogryzł go pies naszego kumpla, publicznie podarł sobie spodnie i ktoś zwinął mu rower. Na pewno było coś jeszcze, ale teraz już nie pamiętam. Poza tym nosił długie włosy, które kiedyś niechcący podpaliłam mu zapalniczką. Trzeba było obciąć. No i fakt, w łóżku nam nie szło. Czailiśmy się, zawsze ktoś nam przeszkadzał, a jak już się udało, to kończyło się tak szybko, jak się zaczęło. Jeśli ktoś z nas był pechowy, to właśnie on. Ja nie miałam z tym nic wspólnego.

– Do tej pory pamiętam ten smród spalonych kłaków. – Zośka powoli się uspokaja. – Okej, więc mamy Michała, Marka i Dawida. Pierwszy cię zdradził, ale był dupkiem, drugi ciągle robił sobie jakąś krzywdę, a trzeci też cię zdradził, i w dodatku miał czelność błagać, żebyś do niego wróciła.

– Właśnie mi uświadomiłaś, że za dużo o mnie wiesz. – Silę się na słaby uśmiech.

– Paula, to wszystko w ciągu roku. Zanim potrąciłaś tego kota, twoje życie biegło o wiele spokojniej. Nie zastanawia cię to? – Obie wzdychamy ciężko. Nerwowo pocieram dłoń o dłoń. Robi się jakoś smętnie. – Pozwól mi coś wymyślić, żeby odczynić ten czar. Pomogę ci.

Jasne. Zośka tylko na to czeka. Każdy, kto ją zna, wie, że ta kobieta karmi się horoskopami jak popcornem, wierzy w przesądy, fazy księżyca, nadprzyrodzone moce, tajemnicze księgi, lalki voodoo i klątwy.

– Nie – mówię, zanim w moim umyśle zrodzi się wątpliwość, która przechyliłaby szalę na jej stronę.

– Ale, Paula…

– Nie wierzę w te pieprzone zabobony. – W duchu dziwię się, że nie mam już tej stuprocentowej pewności, którą czułam za każdym razem, kiedy wypowiadałam te słowa. Wstaję i podnoszę małe akwarium. – Nic na siłę. Widocznie tak ma być. Poza tym teraz mam… – wbijam wzrok w rybę, usiłując wymyślić na poczekaniu jakieś imię – …Zenka.

– Co?

– Nie było tematu!

Ruszam do swojego pokoju, nie oglądając się za siebie.

– Przecież ty nawet nie wiesz, czy to samiec!

Szybko odwracam się do Zośki.

– Sprzedawca powiedział, że samiec.

– Sprzedawca zrobił z ciebie idiotkę. Widziałaś, żeby zaglądał jej pod ogonek?

Totalnie zbija mnie z tropu.

– Coś ty się ostatnio pyskata zrobiłaś – kpię, bo przecież dobrze ją znam. Mucha jest okropnie nieśmiała przy ludziach, których nie zna, a zwłaszcza przy mężczyznach. Tylko dla mnie i dla Agi jest taką zołzą.

– Pamiętasz, że jutro panieński Agnieszki? – rzucam jeszcze przez ramię, zanim ostatecznie zamknę się w pokoju.

– Tak!

Wyczuwam, że jest wkurzona. Na pewno dlatego, że nie pozwoliłam jej zająć się sprawą zabójstwa kota. Jeszcze mi tego brakuje, żeby zasmrodziła kadzidłem całe mieszkanie i zaczęła mi czytać jakieś farmazony z tych swoich opasłych ksiąg. Wystarczy, że jej przesądy zatruwają mi życie.

– A najgorsze, Zenuś – stawiam go w swoim pokoju, na komodzie – że przez to jej gadanie sama zaczynam w to wierzyć. No bo sam powiedz, dwie zdrady w ciągu roku… Każdemu posypałaby się pewność siebie, mały.

Podchodzę do długiej fioletowej zasłony i wyjmuję zza niej duże lustro. Opieram je o ścianę i robię kilka kroków w tył. Patrzę na swoje odbicie. Szczupłe ramiona, cycki w rozmiarze C, smukła talia, która jest magiczna, bo nie obrasta tłuszczem, pomimo ton czekolady, które w siebie ładuję, i nogi w brudnych od farby dżinsach. Przenoszę wzrok na twarz. Zdejmuję gumkę, która ściągała moje ciemnobrązowe, proste włosy w kucyk. Część przenoszę na przód i stwierdzam, że czas je obciąć, bo urosły już sporo poniżej pasa. Patrzę w swoje zielone oczy i robię kilka głupich min.

– Do urody nie ma co się przyczepić. – Spoglądam w stronę Zenka. – W przekleństwa też nie wierzę. – Zaszczycam moją rybę minutową ciszą. – Charakterem ich odstraszam…

2. Niezobowiązujący opie*dol

Grzegorz

Znowu mi za ciepło. Nawet o siódmej rano jest zbyt gorąco, żeby wyjść z klimatyzowanego mieszkania. Idąc ulicą, mijam znajome witryny. Otaczają mnie ci sami ludzie, chyba podświadomie zapamiętuję ich twarze.

Jest i ona. Dziś mijamy się na przejściu dla pieszych. Jestem ciekaw, czy chociaż na mnie popatrzy. Ten skąpy dresik, który nosi, jest jak poranna kawa. Może nawet lepszy, bo kawa aż tak nie pobudza. Brunetka, długie nogi, jędrne piersi. Zastanawiam się, czy są sztuczne. Spojrzała. Raz, dwa, trzy, cztery sekundy – mijamy się, ona wciąż patrzy. W końcu to ja odwracam głowę, jednocześnie pokazując zęby w uśmiechu. Stawiam tysiaka, że do następnej soboty będę znał rodowód jej cycków. Może po mamie, może po babci, może po chirurgu plastycznym. A nie, zaraz, przecież przegrałbym ten zakład. W poniedziałek Aśka wróci z delegacji, a ja znowu będę „grzeczny”.

Dzwoni telefon. Grzebię w kieszeni dresowych spodni, które obsuwają się trochę za nisko. Szybko je poprawiam, bo kobieta stojąca pod Biedronką dosłownie pożera mnie wzrokiem. Niektóre baby mają jakiegoś pieprzonego bzika na punkcie męskich majtek i tych kilku kłaków na brzuchu, które prowadzą prosto do kutasa.

– Co jest, Andrzej? – rzucam, wchodząc do marketu.

– Klub dzisiaj wieczorem? – słyszę po drugiej stronie.

– Nie wiem – odpowiadam mechanicznie, bo nie wymyśliłem jeszcze, co zjem na śniadanie, a właśnie stoję przed półką z nabiałem.

– Jest sobota.

– No.

– Idziesz?

– No.

– Ruchasz czy co? Przeszkadzam ci?

Parskam śmiechem i biorę twaróg.

– Jestem w sklepie. Nie potrafię jednocześnie rozmawiać i myśleć o tym, z czym zrobię sobie kanapkę.

– Będę o ósmej.

Rozłącza się.

Miałem kupić coś ważnego, wiem to, ale przez niego zapomniałem co.

Paula

– „Nie mogę uwierzyć, że los jest taki cudowny! Spotkał nas ze sobą. Sprawił, że ja akurat wtedy zdecydowałam się kupić kajzerki w innym sklepie niż zazwyczaj, a jemu uciekł pies. Jego piękne oczy śnią mi się po nocach, a kiedy mnie dotyka, czuję iskry. Chyba się zakochałam. Co ja teraz zrobię? On jest taki władczy i niebezpieczny”. Rety, Mucha, czy te książki robią się tak denne, czy to ja gorzknieję na starość?

– Akurat trafiłaś na słabą.

– A jest tego trzy tomy! – mówię z trwogą.

Mucha prycha pod nosem.

– Syf jest w domu, Paula. Zróbmy coś z tym. – Spogląda na mnie jednym okiem.

Odkładam książkę, kładę się na kanapie i zaplatam ręce za głową. Swędzi mnie stopa, więc zginam się, żeby ją podrapać.

Zośka włącza telewizor i pyta:

– Gdzie wyjeżdżasz?

– Nigdzie.

– Po stopie się drapiesz. – Domyślam się, że coś, z czego nie zdaję sobie sprawy, jest dla niej oczywiste. Wymyśliła kolejną bzdurę. – Jak stopa swędzi, to znaczy, że będziesz podróżować.

Jasne…

– Naprawdę? – udaję zaciekawienie. – A jak swędzi mały palec? – Chwytam się za palucha i patrzę na nią, udając przejętą. – Bangkok? Wiedeń? A może Sosnowiec?

– Świnia.

– Wiedźma.

Mucha przewraca oczami, a ja chichoczę cicho. Jest już dwunasta, a mi nadal chce się spać, mimo że wstałam dwie godziny temu.

– Otworzę – rzucam, słysząc dzwonek do drzwi.

Przygładzam nieuczesane włosy, starając się nie myśleć o tym, jak wyglądam. Spodenki od pidżamy wrzynają mi się w tyłek, więc muszę je poprawić, zanim złapię za klamkę.

– Cześć – witam Maćka, naszego sąsiada z góry, i od razu się odsuwam, żeby mógł wejść.

Zanim robi krok, do mieszkania wpada jego buldog angielski i kręcąc swoim tłustym tyłkiem, pokazuje, jak bardzo się cieszy, że mnie widzi.

– Co robicie? – pyta Maciek.

– Nic, jak to w sobotę.

Powoli drepczę do salonu, a on papla za moimi plecami coś o globalnym ociepleniu. I bez tego wiem, że jest gorąco, bo w domu nie mamy klimy, a kiedy Mucha zapomni pozamykać okna od słonecznej strony, smażymy się jak kotlety.

Tylko ona zapomina o zamknięciu okien. Ja pamiętam zawsze. Naprawdę.

Maciek siada na kanapie obok Zośki, a ta mierzy go ostrożnym spojrzeniem. To jest dopiero cyrk. Podobnie jak ja, zna naszego sąsiada niecałe pół roku, ale boi się go, jakby parzył żywym ogniem. Tak po prostu ma, zaraz robi te swoje sarnie, przestraszone oczy i nie może wydusić logicznego zdania. W życiu nie widziałam tak nieśmiałej dziewczyny. 

Być może jej zachowanie jest spotęgowane faktem, że nasz sąsiad jest wyjątkowo urodziwy. Wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt parę, szerokie ramiona, zawsze okryte dopasowanym T-shirtem. Klatka piersiowa chyba też zadbana. Włosy ciemny blond, na jeżyka, delikatny zarost na policzkach i brodzie. Zielone oczy i długie rzęsy dopełniają całości tej wspaniałości. Jedyne, co mi się w nim nie podoba, to bardzo szczupłe dłonie; lubię, jak facet ma łapę niczym goryl.

Może nawet próbowałabym zeswatać ich ze sobą, gdyby Maciek nie miał dziewczyny. Laska jest tak zaborcza, że najchętniej założyłaby mu obrożę. Bo przecież my z Muchą takie miss świata i do tego mistrzynie w odbijaniu facetów. Ona ze strachu nie dotknie go nawet palcem, ja mam już dosyć rozwalonych związków. Moich czy nie moich, mało ważne.

– Weźmiecie Łajdaka na dwa dni? – pyta Maciek, rozwalając się na kanapie. Jego prawa ręka spoczywa na oparciu, na wysokości ramienia Muchy.

Moja współlokatorka odwraca się do mnie, a ja, widząc jej wystraszoną minę, prawie parskam śmiechem. 

– Jasne – mówię, klepiąc miejsce obok siebie. Mała zaśliniona świnia natychmiast wskakuje i siada. – Jedziesz dokądś?

– Jedziemy z Natalią nad jezioro. W niedzielę wieczorem go podrzucę, we wtorek wieczorem odbiorę.

Mucha zrywa się z miejsca.

– Dokąd idziesz? – Wodzę za nią wzrokiem.

– Gszpsz… – Tyle usłyszałam. Czemu mnie to nie dziwi?

– Zośka chyba ma pierwszą zmianę, ale ja się nim zajmę. Damy radę. – Drapię Łajdaka za uchem i uśmiecham się do niego. Uwielbiam tego psa, bo jest łagodny jak baranek i mało szkodliwy. A do tego piękny na swój psiowski sposób. Biały, z brązowymi dużymi łatami. Jedna z nich otacza lewe oko, nadając mu wygląd bandyty. Ma wielką paszczę, z której nieraz wystaje mały różowy język. Brązowe oczy są takie bystre, no i te wałki na całym ciele, manifestujące, że grube jest piękne. Jedyną jego wadą jest to, że nie lubi rowerów i jak zerwie się ze smyczy, to nie chce wracać. W sumie go rozumem. Kto chciałby całe życie ograniczać się do krótkiego sznurka.

– Wychodzimy gdzieś wieczorem? – pyta Maciek. – Pomyślałem, że jakby Natalia bliżej was poznała, to… no rozumiesz. – Wzdycha na moją zdziwioną minę. – Zrozumiałaby relacje, które nas łączą. Może jakby się dowiedziała, co przeżyłaś, wiesz, z tymi facetami, to dotarłoby do niej, że ani ty, ani Mucha…

– No to jej to powiedz – mówię bez entuzjazmu. Naprawdę wszystko mi jedno.

– Inaczej, jak usłyszy to ode mnie, a inaczej od ciebie. Po prostu fajnie by było, jakbyście się zaprzyjaźniły. Paula, wiesz, że was lubię. Męczy mnie to, że często muszę wybierać. Szczególnie jeśli chodzi o ciebie… – Ostatnie zdanie mówi z takim wyrzutem, że aż mnie zatyka.

– Chcesz mi powiedzieć, że o mnie jest bardziej zazdrosna? To nie fair. Bo niby co? – pytam wyzywająco.

– A kto zrozumie kobietę… – Widać, że sam ma już dosyć. Patrzy na mnie w taki sposób, że miękną mi nogi. I do tego ten skruszony wyraz na twarzy. Nic do niego nie mam, ale, cholera, właśnie teraz wykorzystuje swoją atrakcyjność!

– Dzisiaj nie mogę. Idziemy na panieński do Agnieszki. To ostatnia okazja, kiedy wszystkie jesteśmy wolne, więc zamierzam się upić.

– Coś takiego. A co z kacem na drugi dzień?

– Jakoś to przeżyję. – Uśmiecham się słabo. – Raz na jakiś czas się przemęczę. Zresztą kupiłam specjalne tabletki. 

Tak to już jest, że Maciek, Mucha i Aga wiedzą o mnie wszystko. O tych nieszczęsnych związkach, o rodzinie, której nie lubię – z wzajemnością, o tym, że ciężko znoszę kaca, że tak naprawdę wszystko, co mam, to moja firma, o którą dbam jak o swoje dziecko, i gdybym ją straciła, to byłby mój koniec. Że nie lubię być w centrum uwagi, że kocham romanse…

– Paula? – Maciek milknie na chwilę i nachyla się do mnie. W napięciu obserwuję, jak porusza wargami. – Zastanawiałaś się kiedyś, jak Mucha obsługuje ludzi na kasie? 

Przez chwilę po prostu siedzę i pozwalam, żeby dotarł do mnie sens tego, co powiedział.

– Normalnie?

Maciek prycha.

– Przecież nawet do mnie mówi dwa słowa na tydzień. A co, jeśli kasuje zakupy jakiemuś mężczyźnie?

Powoli, powoli zaczynam go rozumieć.

– Faktycznie – mruczę. – Ale z drugiej strony przecież nie musi mówić nic poza „dzień dobry” i „do widzenia”. Słyszałeś, żeby ekspedientka w Biedronce mówiła coś jeszcze?

Maciek się zastanawia. Po chwili na jego usta wpełza szeroki uśmiech.

– „Mogę być winna grosik?” – pyta słodko.

Wybucham śmiechem. Próbuję się uspokoić, ale na próżno. Rząd jego równych, wyszczerzonych zębów skutecznie podtrzymuje moje rozbawienie.

– Idę! Do jutra. – Maciek wstaje i gwiżdże na Łajdaka.

Że też nie zastanawiałam się nad tym wcześniej. Do tej pory Zośka tylko studiowała. Jest ode mnie dwa lata młodsza. Finansowo pomagają jej rodzice, ale z racji tego, że jest koniec czerwca, postanowiła sobie dorobić i usiadła na kasie w Biedronce. Jak ona to wytrzymuje? A raczej – jak ludzie to wytrzymują…? Muszę ją o to zapytać.

***

– Karmiłaś dzisiaj rybę? – pyta Mucha, kiedy wysiadamy z taksówki. Szybko obciągam obcisłą, czarną sukienkę i usiłuję sobie przypomnieć, czy Zenek zobaczył dzisiaj coś do jedzenia. Chyba nie. Ewidentnie widzi to w moich oczach, bo rzuca: – Tyranka. Skoro już kupiłaś rybę, dbaj o nią.

– Może po jednym dniu nie zdechnie – próbuję brzmieć twardo, żeby nie zaczęła na mnie krzyczeć. – Świetnie wyglądasz – przymilam się, zmieniając temat.

Nie ma w tym ani krzty kłamstwa. Zośka założyła kremową sukienkę obszytą delikatną koronką. Jest idealne dopasowana i leży na niej jak druga skóra, pięknie podkreślając kształty. Obie mamy szczupłe ciało i długie nogi, z tym że Zośka jest ode mnie trochę niższa. Mogłaby tylko rozpuścić tego koka. Któregoś dnia ją do tego przekonam.

– Ty też. Dobrze ci w czarnym. Ale na twoim miejscu nie upijałabym się za bardzo, bo wystarczy chwilowy brak kontroli nad garderobą i wszyscy zobaczą twoje majtki.

– Phi! – Biorę ją pod ramię i ciągnę w stronę klubu. – Niech patrzą. Aga za tydzień będzie mężatką. Nie zamierzam sobie żałować.

Ledwo zbliżamy się do wejścia, już ją widzę. Naszą śliczną blondynkę w towarzystwie swojej siostry. Rozkładam ramiona, żeby mocno ją uściskać, a wtedy Mucha popycha mnie tak mocno, że prawie ląduję nosem na ziemi.

– Idź, no idź! – krzyczy.

– Porąbało cię?! Mam szpilki! – Nie wiem, o co chodzi, ale pragnę ją udusić.

– Chyba nie będziesz się witała przez próg! – Podchodzi do mnie tak blisko, że pomimo gwaru i głośnej muzyki nie musi krzyczeć.

– Kurwa, Mucha, gdzie ty tu próg widzisz?!

Zośka nie odpowiada, bo dopada do nas Aga.

– Co się stało? – pyta.

Kręcę tylko głową, bo nie mam już siły na tę wredną wiedźmę. Jestem przekonana, że nie zna znaczenia nawet połowy przesądów, w które wierzy.

Wszystkie idziemy pod bar. Każda ma na sobie seksowny ciuszek, który pokazuje nogi i kawałek piersi. Jak się kompromitować, to w czwórkę.

Rzucamy kilkoma nowinkami, śmiejemy się z błazeńskich opowieści, czasem przeskanujemy jakiegoś faceta. Aga prosi mnie, żebym pomogła jej w kawiarni, bo ostatni tydzień przed ślubem ma napięty do granic. Umawiamy się, że razem z Muchą będziemy tam pracować, żeby ją odciążyć. I tak już pomagam jej wieczorami, więc wiem, z czym to się je. Kończę mural u starszego małżeństwa i chwilowo mam trochę luzu.

Z Agą znamy się najdłużej. Nasza przyjaźń zaczęła się na pierwszym roku malarstwa. Po studiach każda z nas założyła firmę. Ja maluję, a ona rozkręciła kawiarnię. Kiedy dwa lata temu szukałam współlokatorki, trafiłam na Muchę i od tej pory trzymamy się we trzy. Oczywiście, żeby zaprzyjaźnić się z Zośką, trzeba było mieć dużo cierpliwości, ale jak widać, udało się.

Jest dobrze, bardzo dobrze. Parkiet nas kocha, kiedy we cztery skaczemy jak szalone i wymachujemy rękami. Wydzieramy się, że Aga wychodzi za mąż, i wpychamy ją w ramiona przypadkowych facetów. Odgraża się, że się zemści, i każdemu posyła mordercze spojrzenie. Wiktor powinien być dumny, że ma taką narzeczoną. Mam nadzieję, że pod tym względem nie różni się od niej, w przeciwnym razie będziemy musiały go wykastrować.

Po jakichś czterech godzinach zaczynają boleć mnie nogi. Odpuszczam parkiet i wlokę się do baru. Zamawiam heinekena w butelce i leniwie taksuję otoczenie. Obok mnie jakaś blond kokietka o twarzy nieskażonej myśleniem flirtuje z ciemnowłosym facetem. Widać, że oboje są napaleni i niedługo stąd znikną. Może faceci lecą na takie trochę… głupsze? A może ja też spróbowałabym być taka? Kto powiedział, że zawsze trzeba być sobą?

Piwo wchodzi mi bardzo szybko i przyjemnie szumi mi w głowie. Tylko gdzie są dziewczyny? Sądząc po tym, ile w siebie wlały, pewnie jedna drugiej trzyma tyłek przy sikaniu.

Grzegorz

– Szukasz czegoś dzisiaj? – pyta Andrzej. Podobnie jak ja, podpiera klubową ścianę.

– Aśka wraca chyba w środę.

Wypijam swoje piwo i odprowadzam wzrokiem dwie kobiety trzymające się za rękę. Zaraz myślę o trójkącie.

– Co? Znudziło ci się klepanie jednej foczki? – śmieje się Andrzej.

Wzruszam ramionami. To nie miejsce na takie rozmowy. Zresztą nie wiem, czy w ogóle chcę o tym mówić. Od kiedy dałem Aśce klucze, duszę się. Ale nie będę teraz o tym myślał.

Coś czuję, że on chce grać solo, bo nie ciągnie tematu. Szkoda, akurat dzisiaj mam ochotę na trójkąt. Andrzej to dobry gracz. Pieprzymy jedną laskę, nie patrząc sobie na twarze, a potem każdy z nas idzie w swoją stronę. Jest niezły w wybieraniu odpowiednich kobiet, tych, które nie pytają o adres i numer buta. Brakuje mi takiego niezobowiązującego seksu jak powietrza.

– Mam coś dla ciebie. – Chwyta mnie za rękaw koszulki. Dłonią, w której trzyma piwo, pokazuje na kobietę siedzącą przy barze. Jedyne, co wpada mi w oko, to jej nogi do nieba. – Jak Aśka się dowie, to cię powiesi za jaja…

Ale Aśki tu nie ma. A przecież nie będę pieprzył tej brunetki na środku parkietu. Mam wolną chatę.

Paula

– Jak się bawisz? – słyszę za plecami.

Już mam mruknąć, że się nawaliłam za wszystkie czasy, ale dociera do mnie, że to nie Mucha ani Aga, ani nawet jej siostra. Że to w ogóle nie kobieta.

– Dobsze. – Nie poznaję swojego nieśmiałego tonu.

Facet pojawia się znikąd, po mojej prawej, i opiera się o blat. Rzuca okiem na moją pustą butelkę i zamawia dwa piwa. Kiedy spogląda w moją stronę, dalej nie bardzo dowierzam, że to o mnie mu chodzi. Ponad jego ramieniem widzę, jak blond kokietka zakłada kosmyk włosów za ucho. Postanawiam zrobić to samo, ale jestem pijana. Zamiast kosmyka biorę trochę więcej włosów. Ale zakładam… co, cholera, ja nie założę?

– Jesteś sama?

Mrużę oczy, kiedy postanawiam się uśmiechnąć.

– Hi, hi, hi, hi – naśladuję te wszystkie kobiety. Jesteś dzisiaj głupiutka, Paula, pamiętaj o tym.

– Co cię tak bawi?

– Hłe, hłe, hłe… hmmrrr… – Coś mi rzęzi w gardle i muszę odkaszlnąć. Jakiś gość za mną klepie mnie po plecach, a moje biedne, wątłe ciało leci do przodu. Pan nieznajomy mocno mnie chwyta i ratuje przed zderzeniem z… czymś. Z czymś zderzyłabym się na pewno. – O nie! Złamałam tipsa! – Spoglądam na swoje poobgryzane paznokcie. Uch, zapomniałam, że nie mam tipsów, ale to facet, nie skuma. Co jeszcze mogłabym powiedzieć? – Niezły jesteś – wypalam komplemencior, niemrawo spoglądając na jego rozczochrane, czarne włosy.

– Dzięki. – Chwyta mnie za rękę i uwalnia ją z plątaniny moich kłaków. Bohater. Po prostu zamiast założyć je za ucho, nawinęłam na nadgarstek. Wielkie mi rzeczy.

– Sama bym tego lepiej nie zrobiła – mamroczę pod nosem.

– Co?

– Nic. – Postanawiam zatrzepotać rzęsami, aby roztoczyć przed nim swój czar. – Co tutaj robisz?

Jego zdziwiona mina tylko upewnia mnie w tym, że jestem zdrowo narąbana. Porąbana też. Mija mnie blond kokietka, odprowadzana przez faceta, który trzyma ją za tyłek. Mrużę oczy, żeby wyostrzyć wizję. Słyszę głośne westchnięcie, ale nie wiem czyje. W mojej ręce ląduje piwo, a na moim udzie ląduje jego dłoń. Duża dłoń. Przechodzi mnie przyjemny dreszczyk. Och, jak dawno tego nie czułam. Skurcz w kroku jest jedyną reakcją oznajmiającą mi, że jeszcze w ogóle potrafię coś czuć. Opieram się o bar.

– Nie, ja chyba nie dam rady… – szemram do siebie. Po cholerę piję jeszcze jedno piwo?

– Jesteś tu sama? – pyta on.

– Moja kol… ko… – Wzdycham. – Kogegże… – Jest już źle. – Aga ma panieński.

– Ostatnie dni wolności, co? – Chyba jest rozbawiony. Postanawiam zachichotać. Patrzę przy tym w swój dekolt, bo coś mnie tam drapie.

Kiedy chcę na niego spojrzeć, widzę, że jest już dużo bliżej. Jego dłoń tymczasem przyjemnie masuje moje udo, doprowadzając moje zmysły do szaleństwa…

– Mnie też się podoba. – Lekko pociąga za sukienkę. Dęba staje mi wszystko, co stanąć może. Od sutków po włosy na karku. Jestem onieśmielona tym mało dyskretnym gestem, a w dodatku, kiedy podnoszę wzrok, napotykam jego oczy. Stwierdzam w duchu, że lecę na te źrenice. – Choć wolałbym ją zdjąć… Na osobności.

Z trudem przełykam ślinę. Jego słowa docierają do mnie tak leniwie, że to aż boli. On chce się ze mną przespać. Na osobności. Jestem pewna, że rozdziawiam usta, kiedy dociera do mnie to wszystko. Mam ochotę puknąć się w głowę. Przecież o to tu chodzi! Tylko o jednorazowe bzykanko, a nie o jakiś związek. Tylko czy ja tak potrafię? Nigdy tego nie robiłam!

Grzegorz

Jaka głupia dziewucha! Mam ochotę zostawić ją tu, nie bacząc na wszystkie jej atuty. Dyskretnie spoglądam w stronę Andrzeja. Obserwuje mnie, kurwa, nie mogę teraz odpuścić. Będę się z nią pieprzył, a nie rozmawiał. Na pierwszy rzut oka nie powiedziałbym, że ma mózg wielkości orzecha. To dziwne, życie powinno mnie już oduczyć stereotypowego myślenia.

– Do mnie czy do ciebie? – Jestem bezpośredni. Widzę, że jej chodzi o to samo. Ciepła skóra drży pod moją dłonią, a ja upajam się tym pierwszym kontaktem. Staram się wykasować z głowy świadomość, że ta laska prawdopodobnie bywa tu co weekend i pieprzy się z kim popadnie. Zbyt długo czekam na odpowiedź i jestem zmuszony na nią spojrzeć. Ma ogromne oczy. Jak zwierzak proszący o smakołyk. Bawi mnie ta myśl. Ponaglam ją spojrzeniem.

– Do ciebie – szepcze. Przez sekundę zastanawia mnie wahanie w jej głosie, jednak ignoruję je. W mojej głowie rusza rollercoaster pragnień. Zaraz poznam ją tak dogłębnie, jak tylko się da. 

Chwytam jej rękę i ściągam ją ze stołka. Przytrzymuję, gdy traci równowagę. Wychodzimy z klubu. Po drodze zatrzymuje nas jakaś laska, chyba jej koleżanka, ale dziewczyna ją spławia. Łapię jeszcze rozbawione spojrzenie mojego kumpla i wyprowadzam ją z klubu.

Zaraz po tym, jak wsiadamy do taksówki, dopadam do niej i całuję. Pierwszy smak, mocniejszy dotyk, to wszystko sprawia, że się budzę. Budzę się z pieprzonego zimowego snu, w którym trwałem. Jej ciało będzie pierwszym shotem, który wypiję z tej okazji.

Paula

Ożeż w mordę! Jeszcze, jeszcze, jeszcze – kołacze się w mojej głowie, kiedy na chwilę wypuszcza mnie z ramion. Chyba szuka kluczy, ale teraz naprawdę mało mnie to obchodzi! Ma mnie dotykać tak, jak to robił w taksówce, i ciągle rozgrzewać, bo mokre majtki bardzo szybko robią się zimne.

Głośno mruczę z zachwytem, gdy znów wpycha tam dłoń. Wprawny z niego żeglarz, ale z drugiej strony ma niezły ocean. Nawet amator dałby radę.

Chrzęst zamka jeszcze nigdy nie był dla mnie takim miłym odgłosem. Ledwo przestępuję próg, przyciska mnie do ściany i z dzikim pomrukiem atakuje moje usta. Ręce mam gdzieś nad głową, przygwożdżone mocnym uściskiem. Podwija mi sukienkę, zsuwa majtki.

– Bierz mnie, zanim się rozmyślę. – Zapominam o przesłodzonym tonie, którym raczyłam go do tej pory. Uśmiecha mi się w usta. To wszystko jest takie nowe, wyuzdane, przyjemne… Dlaczego nie robiłam tego wcześniej? – Tak! – okrzykiem witam jego palce. – Tak, tak, tak…

Nagle razi mnie światło żarówki, a on szybko odskakuje.

– Aśka? – słyszę jego zdziwiony głos.

Mrugam szybko, próbując wyostrzyć obraz. Kilka metrów dalej w wąskim korytarzu stoi kobieta. Klaszcze z uznaniem, jakbyśmy właśnie odegrali spektakl. Mokry kapturek i napalony wilk…

– Brawo! Wspaniała niespodzianka, kochanie!

Prędko poprawiam sukienkę. Facet patrzy to na mnie, to na nią, a potem łapie się za głowę.

– Kurwa… byłem pijany… uwiodła mnie… Ale sama widzisz, do niczego nie doszło! – Podnosi ręce.

Zaczynam się śmiać. Chyba nie dowierzam, że mnie to spotyka. Dzisiaj, lekko po północy, prawie stałam się czyjąś kochanką. Tego jeszcze nie grali!

– Uwiodła cię?! Bo ty jesteś taki święty! Pieprzony kurwiarzu!

– To ja zmykam – mamroczę i ruszam do drzwi.

– Asia…

W momencie, kiedy zamykam je za sobą, słyszę nowe wrzaski, aż wstrząsa mną dreszcz. Nie wierzę, naprawdę w to nie wierzę. Nie mogę opanować głupawki. Śmieję się, przykrywając usta dłonią, i chwiejnym krokiem wychodzę z klatki.

Wyjmuję telefon. Jak najszybciej muszę wrócić do domu. Przez te mokre majtki zimno mi w tyłek…

3. Mucha, ty lesbijko

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
1. Przytul mnie, Zenek
2. Niezobowiązujący opie*dol
3. Mucha, ty lesbijko
4. Oswoić osła
5. Skazani na trójkąt
6. Koci zamach na nos
7. Troskliwe rodzeństwo
8. Niezidentyfikowane uczucie
9. Czarujący Mustang z Doliny Wiecznego Pieprzenia
10. Uzależniony od prywatnej kocimiętki
11. Kosmaty przyjaciel
12. Doświadczona dziwka
13. Pierwszy misterny atak
14. Źli chłopcy
15. Może czujesz wolność, ale na głowie nosisz już kantar, Mustangu
16. Nie to tak, a tak to bierz mnie
17. Pierdolamento
18. Katastrofa
19. Naćpany miętowym towarem
20. Zwierzyniec

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Agata Garbowska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: Joanna Florczak

Zdjęcie na okładce: © helterskelter / Shutterstock.com

Wyklejka: © Supza, © Yuliya Bokhanchenko / Shutterstock.com

Copyright © 2021 by Agata Bieńko

Copyright © 2021, Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-16-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek