Zamrożona - Natasza Socha - ebook + audiobook + książka

Zamrożona ebook

Natasza Socha

4,2

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Julia ma czterdzieści dwa lata, trójkę dzieci i jest zwyczajną żoną i matką. Jej życie to zlepek rytuałów, monotonnych i przewidywalnych. Świat Julii staje na głowie, kiedy podsłuchuje rozmowę dwóch kobiet, bez skrępowania opowiadających o pozamałżeńskim życiu seksualnym.

Julia nie lubi seksu, uważa, że jej ciało dawno już uległo wyziębieniu. Trochę wbrew sobie, a trochę z ciekawości nawiązuje wirtualną przyjaźń na jednym z portali randkowych. Kiedy umawia się na pierwsze spotkanie, rusza domino z tysiąca klocków. Tego procesu nie można zatrzymać, nawet jeśli tak nakazuje rozsądek. Julia na nowo odkrywa siebie, po raz pierwszy mówi głośno o swoich potrzebach, poznaje własne ciało, siłę dotyku i budzi uśpione pragnienia. Przypomina sobie, że jest kobietą.

Dlaczego kobiety czasem zdradzają? Czego szukają? Czego się wstydzą? Jak wiele z nich jest zamrożonych i nieświadomych własnej seksualności?

I czy taka historia może zakończyć się happy endem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright for Polish Edition © 2020 Edipresse Kolekcje sp. z o .o . Copyright © by Natasza Socha

Edipresse Kolekcje sp. z.o.o. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk Digital i projekty specjalne: Tatiana Dróżdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Biuro Obsługi Klienta mail: [email protected] tel.: 22 278 15 55 (pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Zofia Rokita Korekta: Katarzyna Szajowska Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając Zdjęcie z okładki: Trevillion Zdjęcie Autorki na II skrzydełku: Najka Photography/archiwum Autorki

ISBN: 978-83-8177-278-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeńjest wstrzemięźliwość seksualna.

Rémy de Gourmont

Rozdział pierwszy

To jest Julia

Piegi na czole Julii układają się w konstelację Wielkiego Wozu. Wiele osób to widzi, oczywiście tych, którzy mają pojęcie o gwiazdozbiorach. Jej oczy są zielone, choć gdyby dokładnie im się przyjrzeć, można dostrzec bursztynowe punkciki, które mienią się, kiedy pada na nie światło. Julia ma kasztanowe włosy, zazwyczaj spięte w kitkę. Trochę szkoda, bo rozpuszczone spływają miękko na ramiona i tworzą ciekawe obramowanie dla jej delikatnej twarzy.

– W takiej fryzurze jest pani najładniej – potwierdza fryzjerka, do której Julia przychodzi dość rzadko, bo zaledwie trzy razy w roku. Mogłaby częściej, ale jakoś nigdy nie może znaleźć czasu albo po prostu zapomina.

Kasztanowa farba wypłukuje się oczywiście po paru tygodniach i wtedy włosy Julii wydają się zakurzone, przydymione i matowe. Być może właśnie dlatego upina je w kitkę.

Siedzi jeszcze chwilę przed lustrem, dopija herbatę i patrzy na swoje odbicie.

Bardzo trudno odnaleźć sens życia, jeśli życie jest równie atrakcyjne jak wypicie herbaty rumiankowej. Julia tak naprawdę nie przepadała za jej smakiem, ale wyczytała kiedyś, że rumianek neutralizuje toksyny bakteryjne, i wyobraziła sobie, że dzięki niemu będzie zdrowsza. Ludzie miewają różne przyzwyczajenia, nawyki, a nawet nerwice, dzięki którym codzienność wydaje im się w jakimś sensie łatwiejsza. To pewnie kwestia powtarzalności dająca poczucie stabilności. Jeśli jest godzina szósta trzydzieści siedem – piję herbatę rumiankową. Jeśli jest piątek – kąpię się w wannie. A kiedy wychodzę z domu, zawsze trzykrotnie sprawdzam, czy drzwi są zamknięte.

Julia ma czterdzieści dwa lata i jest zlepkiem powtarzalności. Kumulacją drobnych rytuałów, dzięki którym czuje się pewnie i nie boi żadnych niespodzianek. Jest żoną, matką, nauczycielką, kobietą bardzo zwyczajną, choć pewnie niechętnie tak by o sobie powiedziała. Z drugiej strony doskonale wie, że nigdy nie wychyli się poza pewien poziom własnych możliwości. Są ludzie, którzy zawsze wspinają się na kolejne piętra, i tacy, którzy odnaleźli już swoje i niechętnie ruszaliby się z miejsca. Czy należy to potępiać?

– Pójdę już. – Podnosi się z fotela i strzepuje włosy z bluzki. Nawet jej samej podoba się ten odświeżony kolor i miękkie loki, które można nawinąć na palec i bawić się nimi jak w przedszkolu, kiedy wszystko sprowadzało się do tego, by być królewną.

– W co się bawimy? – padało pytanie.

– W królewny! – odpowiadała żeńska część grupy.

I trwało to latami, aż w końcu wszystkim tym małym dziewczynkom otworzyły się oczy.

Julia wychodzi na ulicę. Cieszy się, że ma jeszcze wolną godzinę. Lubi wykradać takie okruchy codzienności, rozciągać w czasie i bawić się minutami, które są tylko dla niej. Ktoś kiedyś powiedział, że w książkach wystarczy przewrócić kartkę, by minęło kilka tygodni. W życiu dorosłych ludzi bywało identycznie i za każdym razem wszyscy dziwili się, jak to możliwe, że lata mijają równie szybko jak mrugnięcie powiekami. Julia ma na to jednak swój sposób. Umie bawić się czasem, a może raczej go oszukiwać i łapać momenty w niewidzialne bańki. Wystarczyło nigdzie się nie spieszyć i wybrać sobie za punkt obserwacyjny coś, co z założenia mogłoby wydawać się kompletnie pozbawione sensu.

Przykład?

Niemal każdy widział klucz odlatujących ptaków. Patrzył na niego przez chwilę, a potem szybko zapominał. Julia tymczasem próbowała zabrnąć nieco dalej. Obserwując dzikie gęsi, układała w głowie algorytmy ich zachowań. Każdy ptak dopasowuje swoją prędkość do pozostałych. Przewodnik klucza zajmuje tę pozycję tylko przez kilkadziesiąt sekund, a potem ją oddaje. Co do minuty. Dzieje się to tak sprawnie i płynnie, że czasem ciężko dostrzec te zmiany.

– Czy pani widzi coś szczególnego tam w górze? – spytała ją kiedyś starsza kobieta.

Julia oderwała wzrok od nieba i zobaczyła, że wokół niej stoi dość spora grupka osób i z zaciekawieniem patrzy w górę.

– Patrzyłam na ptaki.

– Akurat – odezwał się mężczyzna w czarnym płaszczu.

Julia trochę się przestraszyła.

– Naprawdę. – Machnęła ręką w stronę nieba. – Klucz dzikich gęsi.

A potem uśmiechnęła się przepraszająco i chyba nawet uciekła, jakby ze strachu, że zaczną ją przesłuchiwać i dopytywać się o szczegóły. Poza tym nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Nawet we własnym domu. Chociaż czasem jest jej przykro, że za każdym razem, kiedy włącza swoją ulubioną stację radiową z muzyką filmową, niemal natychmiast ktoś z domowników zmienia ją na inną, mówiąc:

– Tego się nie da słuchać. Smęcenie. I ogólnie jakieś takie nudne.

Julia czasem chciałaby się zbuntować, tylko że zupełnie nie wie jak. W dzieciństwie też była uległa i nie przewodziła żadnej grupie. Najczęściej w ogóle stała po prostu z boku, nie mając wystarczająco odwagi, by otworzyć usta. Tak było w przedszkolu, w szkole podstawowej i na studiach również. Najgorzej wspomina, kiedy koleżanki wybierały kogoś do zabawy i zawsze czekała, aż padnie jej imię. Niestety, często padało dopiero na końcu, a czasem w ogóle. Zupełnie jakby była przezroczysta lub zbyt mało interesująca, żeby się z nią bawić. Trochę było w tym jej winy, bo często chowała się za plecami innych i chociaż nie lubiła tych swoich lęków, nigdy tak naprawdę nie chciała być liderem.

Kiedy jednak w domowej garderobie stało kilkanaście par butów, z których jej była tylko jedna („Mamo, schowaj swoje do szafy, bo przeszkadzają”), wtedy przez głowę przelatywała jej myśl, że nie tylko nadal chowa się za plecami innych, ale niemal w ogóle znika. I wtedy trochę się tego bała. Co innego stać z tyłu, co innego być niewidzialnym.

Julia widoczna jest tylko wtedy, gdy ma zadanie do wykonania.

– Mamo, nigdzie nie ma moich niebieskich spodni! – mówi córka Natalia, do której trzeba zwracać się Nela, inaczej nie reaguje. Lat trzynaście, wyjątkowo agresywny stopień dojrzewania z naciskiem na „nikt mnie nie rozumie”. Zbuntowana niemal od urodzenia, co bardzo zaskoczyło Julię, bo córka okazała się jej całkowitym przeciwieństwem. Już w wieku dwóch lat potrafiła wrzaskiem wymusić malinową kaszkę, a pogardliwie spluwać kleikiem.

Na to wspomnienie Julia uśmiecha się pod nosem, idzie do pokoju Neli i otwiera szafę. Spokojnie zerka na drugą półkę od góry, a potem wyciąga niebieskie spodnie, wepchnięte między dwie inne pary.

– Szukałam tam i nie było – mówi Nela.

Oczywiście. Nagle same przyleciały z pralki i ułożyły się miękko na półce. Spodnie zawsze tak robią. Podobnie zresztą jak inne rzeczy Neli. Córka tylko wzrusza ramionami i śmiesznie wydyma te swoje trzynastoletnie usteczka.

– Co zjesz na śniadanie? Płatki czy grzankę z miodem? – pyta Julia.

To pytanie też w jakimś sensie jest rytuałem. Od kilku miesięcy Nela zjada wyłącznie te dwie rzeczy i Julia w końcu daje za wygraną. Próby urozmaicenia śniadań kończyły się podobnie – wygrywała grzanka z miodem lub płatki z zimnym mlekiem. Wszelkiego rodzaju dyskusje o zdrowym odżywianiu i konieczności jedzenia różnych rzeczy były z góry skazane na niepowodzenie.

– Ja zawsze jadłam z ciepłym – powtarza Julia.

– A ja wolę zimne – odpowiada Nela.

Chwilę później w kuchni pojawia się Jonasz, piętnastolatek, który jako jedyny w całej klasie nie ma na twarzy żadnego pryszcza. I wie wszystko. O ociepleniu klimatu, o tym, że guma do żucia rozkłada się pięć lat, papieros z filtrem do dwóch, a torebka foliowa od stu do czterystu. Wie, że cukier szkodzi i powoduje spustoszenie w organizmie i że nie powinno się kupować pieczywa w marketach, bo jest nafaszerowane chemią. Nie używa plastikowych butelek i nie kupuje niepotrzebnych rzeczy. W przeciwieństwie do szafy Neli jego jest purystyczna i rygorystycznie skromna: siedem podkoszulków z krótkim rękawkiem, cztery z długim oraz sześć par spodni, dwa swetry, trzy bluzy. Policzalna jest również ilość skarpetek (dziewięć par) oraz majtek (osiem). Koszulki nosi tak długo, aż Julia zaproponuje mu, żeby w końcu je wyrzucił.

– Dobrze – zgadza się Jonasz. – Wyrzucę dwie najbardziej sprane i zniszczone.

Chłopak jest zaskakująco spokojnym i zrównoważonym nastolatkiem, ale również wie, czego chce.

– W przyszłości będę architektem projektującym budynki energooszczędne.

– Brzmi strasznie nudno – komentuje Nela, ale Jonasza to nie wzrusza.

– Będę dokonywał zawiłych obliczeń hydraulicznych niezbędnych dla rozwiązań technicznych, bardzo korzystnych dla zużycia energii do celów ogrzewczych. – Jonasz naprawdę rozumiał, co mówi, choć nawet dla Julii brzmiało to bardziej niż magicznie. No ale ona była humanistką.

Jest jeszcze Amelka. Sześciolatka, która kocha wszystko, co niebieskie i turkusowe. I która na każdej części ubrania musi mieć naszytą muszelkę, w przeciwnym razie nie pójdzie do przedszkola i Julia boi się, że faktycznie tak właśnie może się stać. A przecież nie może spóźnić się do pracy, bo jeśli pierwsza lekcja w szkole zaczyna się o godzinie ósmej, to ona powinna być co najmniej kwadrans wcześniej. To również pewien rytuał i chociaż Julia doskonale wie, że gdyby przyszła nawet pięć minut po dzwonku, świat z pewnością by na tym nie ucierpiał, ale jej poczucie odpowiedzialności jak najbardziej. I potem cały dzień czułaby się nieswojo.

I właśnie dlatego wstaje codziennie punktualnie o szóstej, a na każdym nowym ubraniu Amelki naszywa muszelkę. Kolejne dziecko, które wie, czego chce, i nie pozwoli sobie tego odebrać. Zupełnie jakby cała trójka zabrała Julii jej pewność siebie i sprawiedliwie rozdzieliła między sobą. Jej samej nie zostało już nic.

I właśnie dlatego na śniadanie są zawsze płatki, zimne mleko oraz grzanki i miód. Jest szklana butelka dla Jonasza oraz papierowe torebki na śniadanie. Jest plastikowy talerzyk w muszelki i szklanka z podobnym wzorem. Dzięki temu rytm dnia codziennego nie zostaje w żaden sposób zaburzony i każdy czuje się bezpiecznie.

Czy nie na tym właśnie powinno polegać udane życie?

Na poczuciu bezpieczeństwa?

Na przekonaniu, że jest dobrze, nawet jeśli czasem korci, by zamiast obiadu zjeść kawałek tortu i popić go lodowatą colą?

Julia nigdy nie zastanawiała się, czy lubi swoje życie, a to już był duży sukces. Nic jej nie kłuło, nie uwierało, nie powodowało, że cierpiała na bezsenność. Nie wstawała ze ściśniętym żołądkiem i nie miała poczucia, że coś jej umyka, że każdy kolejny rok traci na ważności, a ona sama za chwilę odejdzie w smugę cienia. Możliwe, że tak bardzo odsuwała od siebie te myśli, że faktycznie nauczyła się od nich odgradzać.

Julia jest kalką tysiąca podobnych jej kobiet. Być może nie są szczęśliwe, ale nie są również nieszczęśliwe. Być może ich codzienność nie ma koloru purpury, ale czy popielaty faktycznie jest aż tak nudny?

Codzienność jest zamknięta w czterech pokojach z balkonem i całkiem sporej łazience jak na mieszkanie w bloku. Oswojona, podobnie jak Konfitura – pies wielu ras, znaleziony pewnego dnia na ulicy.

Konfitura Wielosmakowa. Tak nazwała ją Julia i, o dziwo, wszystkim się spodobało. Nawet ją samą zdumiał fakt, że nie wytrącono jej argumentów, nie skrytykowano i nie wybrano innego imienia dla psa. A przecież na pewno by się zgodziła.

Konfitura została znaleziona tylko dzięki umiejętnościom Julii w zatrzymywaniu czasu. To był jeden z tych dni, kiedy lato powoli przechodziło w jesień, jeszcze niezdecydowane, ale już nie upalne i gubiące coraz więcej liści. Julia siedziała na ławce w parku i próbowała z zamkniętymi oczami odgadywać poszczególne odgłosy. Ciężko było przebić się przez normalne rozmowy, krzyki dzieci i ujadanie psów, ale koniec końców usłyszała nawoływania ptaków, kilka siarczystych przekleństw gdzieś w oddali, kogoś, kto grał na gitarze i wreszcie… ciche pojękiwanie. Skupiła się na nim jakoś odruchowo, a potem nagle wstała i poszła w tym kierunku, zatrzymując się co chwila i nasłuchując. Pół godziny później trafiła na ogródki działkowe, gdzie już od lat nikt nie mieszkał i które czekały na ostateczną rozbiórkę zdewastowanych domków.

I wtedy go zobaczyła.

Pies siedział przywiązany do jakiegoś metalowego pręta. Obok stała miska z wodą, dwa słoiki po konfiturach doszczętnie wylizane i kawałek kości. Julia pomyślała, że chociaż tyle ktoś dla niego zrobił. Nie rozglądała się za właścicielem, w ogóle nikogo nie szukała, tylko odwiązała psa i przyprowadziła do domu.

– To jest Konfitura i z nami zostanie. – Jeden jedyny raz powiedziała to takim tonem, że nikt nie próbował jej tego wyperswadować. Zresztą dzieci zawsze chciały mieć psa, a jej mąż doszedł do wniosku, że i tak nie będzie się nim zajmował.

Julia bardzo szybko ogarnia kuchnię, chowa naczynia do zmywarki, przeciera szmatką blaty i starannie zamyka lodówkę. Pakuje śniadaniówki, klepie Konfiturę trzy razy po prawym boku, a potem jest już ten moment, kiedy wszyscy muszą wyjść z domu, bez pośpiechu, bez złości, bez wzajemnych pretensji, przez kogo kto się spóźni.

O siódmej dwadzieścia dzwoni budzik i wtedy oczy otwiera Aleksander. W domu panuje przyjemna cisza, śniadanie czeka na niego na stole, przykryte lnianą ściereczką, ekspres do kawy jest włączony, radio jeszcze nie.

Kim jest Aleksander?

Rozdział drugi

To jest Aleksander

Funkcjonowanie rodziny jest dość schematyczne. Schematy są oczywiście różne, ale tak naprawdę można je policzyć na palcach jednej ręki. Ten, w którym zagnieździł się Aleksander, należał do konstelacji: „jestem uprzywilejowany”. Polegał na późniejszym wstawaniu niż reszta rodziny i nieuczestniczeniu w tym wszystkim, co mogło wywołać stres. Julia zgodziła się na taki układ, a nawet często podkreślała, że jest idealny. W końcu Aleksander naprawdę dużo pracował i musiał się zregenerować, śpiąc o godzinę dłużej niż pozostali domownicy. Lubił wchodzić do czystej i sprzątniętej kuchni i lubił, gdy panowała w niej cisza. Kiedy słychać było tylko tykanie zegara oraz szum pracującej zmywarki. Włączał ulubioną stację radiową i przeglądał w komórce wiadomości.

To były jego rytuały.

Początek dnia niezmącony szumem, dialogiem i niepotrzebnymi dyskusjami, z których i tak niewiele rozumiał.

Było jeszcze poranne stawanie przed lustrem i spoglądanie na siebie wzrokiem triumfalnym. Mężczyźni często to robią, tylko nieczęsto się do tego przyznają.

– Cześć! – Aleksander puścił do siebie oko i wciągnął brzuch. Wydął też usta w klasyczny dzióbek i gdyby ktokolwiek to zobaczył, pomyślałby, że ma do czynienia z dojrzałym okazem narcyza.

Aleksander ma czterdzieści siedem lat. Jest dentystą protetykiem, ma własny gabinet i satysfakcję, że odniósł sukces. Mieszkanie bez kredytu, samochód kupiony za gotówkę, wakacje dwa razy w roku i niewielkie, ale przyzwoite oszczędności. Wiele osób marzyło o takim życiu, a on stworzył je sobie i rodzinie sam, bez pomocy rodziców czy też jakiegoś spadku po ciotce, bez uruchamiania procedur kredytowych i bez zadłużania się u kogokolwiek. Wstawał codziennie o siódmej dwadzieścia i spokojnie przygotowywał się do wyjścia z domu. Wracał późno, co Julia doskonale rozumiała, chociaż zimą było jej trudniej, bo widywali się wyłącznie, gdy było już ciemno. To w zasadzie nie miało większego znaczenia, ale Julia była typem melancholiczki i ciemność wpływała na nią destrukcyjnie. A jeśli padał jeszcze deszcz i dmuchał wiatr, czuła się naprawdę smutna.

Nikt tego nie wiedział poza nią, bo Julia była doskonałą matką i żoną.

„Człowiek nie jest robotem. Ma swoje granice wytrzymałości, odporność psychiczną, wreszcie próg zwyczajnego zmęczenia. Pora uświadomić sobie, że bycie niedoskonałym nie jest wadą. Jest naszą naturą”, wyczytała to kiedyś w jakimś kobiecym piśmie i wtedy parsknęła śmiechem.

Kobiety bardzo szybko stają się robotami, ale ona wcale nie traktowała tego jako wady. Wręcz przeciwnie, była dumna, że role, które rzeczywistość nadaje poszczególnym ludziom, potrafi zagrać na najwyższym poziomie. Owszem, bywała zmęczona, czasem nawet chciało jej się płakać, ale następnego dnia wszystko znowu wracało do normy. Zawahania są czymś naturalnym, nawet zegarki starej daty trzeba od czasu do czasu nakręcić, żeby nadal pokazywały idealną godzinę. Najważniejsze, że nikt o tym nie wiedział, że nikt nie dostrzegał rys i pęknięć, a codzienność płynęła spokojnym rytmem.

Wróćmy jednak do Aleksandra.

Jest w nim coś, co wiele kobiet może fascynować. Postawny i męski. I ma czarujący uśmiech, co oczywiście jest naturalne u kogoś, kto sam jest protetykiem i tworzy takie uśmiechy niemal każdego dnia. Jest uprzejmy i sprawia wrażenie człowieka opanowanego. To kobiety również lubią, bo daje im poczucie bezpieczeństwa. Nawet najsilniejsze osobowości chcą, by czasem ktoś je otulił wielkim skrzydłem i pogłaskał po głowie. Aleksander miał takie umowne skrzydło, co automatycznie stawiało go w rzędzie mężczyzn pożądanych. Miał również gęste, ciemne włosy, ciemnobrązowe spojrzenie i zadbaną skórę, którą nawilżał balsamem z dodatkiem aloesu.

– Musi pan wiedzieć, że aloes ma cudowną zdolność do syntezy elastyny i kolagenu. Jeśli nałożymy na skórę krem z aloesem, automatycznie poprawiamy jej elastyczność i jędrność – powiedziała mu urocza dziewczyna w sklepie z kosmetykami i Aleksander nie miał żadnych podstaw, żeby jej nie uwierzyć.

– Pani zatem cała składa się z aloesu – oznajmił swoim niskim męskim tonem i dorzucił efektowne ciemnoczekoladowe spojrzenie, które miało cechy wybitnie zmiękczające.

Dziewczyna zareagowała typowo – uśmiechem, rumieńcem oraz rabatem dwudziestoprocentowym na wszystko z aloesem.

– Gdybym jeszcze w jakikolwiek sposób mogła pomóc… – dodała niskim tonem, a Aleksander podziękował jej serdecznie i obiecał, że jak tylko zużyje balsam, z pewnością tu wróci.

W zasadzie mógł przebierać wśród kobiet, ale podświadomość kazała mu zwrócić się ku Julii, która była jego pacjentką. Wybór partnera zawsze pozostaje zagadką, choć w przypadku Aleksandra duże znaczenie miała tu jego dalekowzroczność. Julia wydała mu się krucha, delikatna i nieroszczeniowo nastawiona do życia. To, wbrew pozorom, niezwykle ważne, zwłaszcza dla kogoś, kto woli decydować nawet o tym, po której stronie leżą widelce w kuchennej szufladzie. Ten typ ludzi wybiera na partnera kogoś słabszego, kogoś, kto łatwo ulega i nie buntuje się przy byle okazji. Nie robi tego z wyrachowania, po prostu podświadomie czuje, że życie z taką osobą nie będzie zbyt skomplikowane.

– Zanim przejdziemy do piaskowania, muszę wiedzieć, czy umówi się pani ze mną na kawę. – Dokładnie w ten sposób Aleksander zaczepił Julię, która na wszelki wypadek szybko skinęła głową.

Osobowość zależna, choć oczywiście nie całkowicie stłamszona. Taka była Julia. Nie lubiła podejmować decyzji i była wdzięczna, kiedy ktoś ją w tym wyręczał. Wierzyła, że mężczyzna został stworzony, by ocalić kobietę, nawet jeśli miałaby to być decyzja o zakupie nowej lampy. Nie przeszkadzało jej też to, że zawsze sprawdzał, czy dobrze doprawiła zupę, i za każdym razem dorzucał przynajmniej jedno ziarenko pieprzu.

Czasem właśnie na tym polega harmonia.

Czasem na czymś zupełnie innym, ale to już kwestia osobowości.

Małżeństwo spełniało oczekiwania Aleksandra, ale czy Julii również?

Nic nie jest pewne, dopóki człowiek nie stanie przed lustrem lub ktoś nie podsunie mu go pod nos.

Już za parę dni wydarzy się coś, co postawi ten ułożony świat na głowie, zburzy sielankowy obrazek i doprowadzi do małej rewolucji. Ale jeszcze nie teraz.

– Dzień dobry, panie doktorze! – Recepcjonistka ucieszyła się na widok Aleksandra, co od razu wprawiło go w dobry nastrój.

Naprawdę lubił swoją pracę. Jasnozielone ściany gabinetu i ta jedna ogromna, na którą nakleił fototapetę z lasem. Popielate fotele i drewniane podłogi wyciszone specjalną izolacją akustyczną, która likwiduje odgłosy kroków oraz tak zwany efekt pudła rezonansowego. Tak przynajmniej zapewniał producent i miał absolutną rację. Gabinet był przytulny, estetycznie urządzony i nawet dźwięk wiertła nie psuł panującej w nim miłej atmosfery. Zresztą znieczulenia Aleksander potrafił robić jak mało kto, pacjenci otrzymywali zatem minimalną dawkę bólu.

– Dzień dobry – odpowiedział. I był przekonany, że taki właśnie będzie.

Kolejny dobry dzień, bez żadnych nawałnic, burz i większych uniesień.

Na osiedle Zielone przeprowadzili się cztery lata temu, kiedy ich status materialny poprawił się na tyle, że mogli kupić mieszkanie bez zaciągania żadnego kredytu. Sprzedali stare, a Aleksander z dumą dołożył resztę ze swoich protetycznych oszczędności.

Julia, co prawda, wolałaby nadal mieszkać w starej kamienicy, w której wszystko wydawało jej się bardziej swojskie i przytulne, ale sama musiała przyznać, że dla pięcioosobowej rodziny mieszkanie jest zbyt ciasne. Trzy pokoje, nastolatek, dorastająca córka i mała syrenka oraz pies. Coraz częściej na siebie wpadali, coraz częściej potykali się o własne nogi i nogi domowników i złościli, że mieszkają jak Cyganie. Trochę w tym było racji, choć Julia wychowała się w mieszkaniu dwupokojowym, z czego jeden był wielkości lisiej jamy, i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Jednak w dzisiejszych czasach wszystko musiało być większe. Tyle że Julia nie lubiła nowego budownictwa. Do tej pory nie udało jej się nawiązać bliższej znajomości z sąsiadami, nigdy nie wiedziała, o co zapytać, żeby nie wyjść na zbyt nachalną, a jednocześnie wydać się wystarczająco interesującą dla rozmówcy. Aleksander miał z tym zdecydowanie mniej problemów, bo było mu wszystko jedno. I tak nie miał czasu na żadne dłuższe pogawędki. Wystarczyło mu, że wreszcie mają wygodne duże mieszkanie, na osiedlu wszystkie niezbędne sklepy i punkty usługowe (nawet szewc, co było wyjątkowo oldschoolowe), a on ma dość blisko do pracy. Sąsiedzi byli mu w zasadzie obojętni.

Julia bardzo chciała kogoś poznać, ale zazwyczaj tylko się uśmiechała i ograniczała do „dzień dobry” na przemian z „dobry wieczór”. Kilka razy spotkała kobietę z mieszkania piętro wyżej i chociaż miała ochotę do niej zagadać, słowa jakoś więzły jej w gardle. Najgorzej było w windzie, bo krępująca cisza wypełniała ją po brzegi i Julia za każdym razem odnosiła wrażenie, że zaczyna się dusić. Dlatego z czasem przestała jeździć windą, co było kompletnie niezrozumiałe dla Neli, w miarę akceptowalne dla Jonasza i tragiczne dla Amelki, która uwielbiała wciskać guziki, najlepiej wszystkie naraz, włącznie z alarmem. W końcu uzgodniła z dziećmi, że w dni parzyste jeżdżą windą, a w pozostałe wspinają się dzielnie schodami, co naprawdę nie było aż takim wyczynem, kiedy mieszkało się na drugim piętrze.

– Rozumiem tych z szóstego, ale dla nas to chyba żadna przeszkoda, prawda? – powtarzała, ale Nela za każdym razem patrzyła na nią wzrokiem bazyliszka sugerującego, że drugie piętro to prawie wieża Eiffla, po czym dorzucała przyspieszony oddech, wybałuszała oczy i przystawała niemal na każdym stopniu.

Ostatecznie stanęło na tym, że Julia wybierała schody tylko i wyłącznie wtedy, gdy była sama, ewentualnie z Konfiturą. Skończyło się zatem jak zwykle – wszyscy postawili na swoim i byli zadowoleni, a ona po raz kolejny poczuła, że niewiele ma do powiedzenia.

– Ja wszystko rozumiem, ale po co te dyskusje, skoro mieszkamy w bloku z windą? – dobił ją ostatecznie Aleksander.

Julia doszła do wniosku, że faktycznie nie ma o czym rozmawiać.

Człowiek tak naprawdę najbardziej potrzebuje w życiu komfortu psychicznego, a czasem nawet wewnętrznego bezruchu. Wszystko, co wytrąca z równowagi, jest równie niepotrzebne jak robak w śliwce.

Kto lubi zmiany?

Kto lubi ciągle od nowa oswajać lęki?

A jednak czasem tak bardzo chce się wyjść z klatki.

Rozdział trzeci

Bardzo zwykła kawiarnia

Nigdy nie wiadomo, kiedy w życiu człowieka dochodzi do przełomu. Trudno jednoznacznie określić godzinę czy nawet datę, która zmienia wszystko. Gdyby się dobrze zastanowić, to czasem jedna pochopna i kompletnie nieprzemyślana decyzja jest pierwszym elementem domina. Oczywiście, nic nie zapowiada zmian, zwłaszcza kiedy dnie są do siebie podobne, a człowiek nie podejmuje żadnych nierozsądnych decyzji. Ale nawet wtedy może się coś wydarzyć, co zmieni dotychczasowy bieg rzeki.

Julia ma dzisiaj wolne do godziny siedemnastej. Nela umówiła się po szkole z przyjaciółką, Jonasz zapowiedział, że wraca do domu i natychmiast się uczy, a Amelka została zaproszona na urodziny koleżanki z grupy. Oczywiście wodne urodziny, na basenie, z dodatkową atrakcją w postaci syrenich ogonów, które dla wszystkich dziewczynek zamówiła mama koleżanki.

– Dostanę niebieski, wiesz? Absolutnie jestem szczęśliwa. – Amelka powtórzyła to przy śniadaniu jakieś dziesięć razy, używając swojego ulubionego ostatnio słowa „absolutnie”, aż w końcu Nela kazała jej natychmiast skończyć ten beznadziejny syreni temat.

– Mamo… – Amelka wygięła usta w podkówkę, więc Julia spojrzała znacząco na starszą córkę, która oczywiście kompletnie się tym nie przejęła.

– A ja wierzę w syreny – dodał Jonasz i tym samym uratował poranek.

Obiad na dzisiaj był gotowy, a ponieważ Jonasz umiał obsługiwać kuchenkę, mógł go sobie sam podgrzać. Aleksander wróci jak zwykle około siódmej, więc Julia miała czas tylko dla siebie.

Wyszła na ulicę, szła powoli, krok za krokiem, mimo że było zimno. Naciągnęła wełnianą czapkę na uszy i poprawiła szalik. Żałowała, że nie wzięła rękawiczek, bo ręce okropnie jej zmarzły.

„Przyjemnie byłoby napić się teraz kawy”, pomyślała.

Nie lubiła, co prawda, chodzić sama do kawiarni, bo zawsze jej się wydawało, że wtedy wszyscy na nią patrzą i zastanawiają się, dlaczego nikt jej nie towarzyszy. Może jest porzucona? Rozwiedziona? Samotna? Niespełniona? To były głupie myśli, a jednak nie potrafiła się ich pozbyć. Zawsze miała przy sobie książkę, ale i tak zdecydowanie wolała samotny spacer po parku albo nawet bezczynne siedzenie na ławce niż samotny pobyt w kawiarni. Tyle że w styczniu park nie był najlepszym pomysłem. Zwłaszcza w tak lodowato-wietrzny dzień jak dzisiaj.

Poczuła ogromną ochotę na coś słodkiego, na coś z kremem i owocami. Do tego gorzka kawa z mlekiem. I chwila tylko dla siebie. Kusiło bardzo, zwłaszcza teraz, kiedy zimno wkradało się pod ubranie i człowiek marzł, zanim zdążył o tym pomyśleć.

Tak, Julia nie przepadała za styczniem. Zdecydowanie wolała inne miesiące, nawet listopad nie wydawał jej się aż tak bardzo ponury i zły, jak go reklamowano. W końcu był zapowiedzią grudnia i Bożego Narodzenia.

Styczeń był zbyt nowy. Trudno się było z nim tak od razu oswoić, polubić i dać mu szansę. Nie był też specjalnie zachęcający. Zimny, wietrzny, mroźny. Niby zapowiadał nadejście czegoś nowego, ale kiedy człowiek kończy czterdzieści lat, niespecjalnie na to nowe czeka. Woli raczej, żeby już nic się nie zmieniało i nie zaskakiwało serią niefortunnych wydarzeń.

Początkowo chciała pojechać do domu, ale kiedy niechcący podsłuchała na przystanku rozmowę trojga młodych ludzi, nagle zmieniła zdanie.

– Na początek polecam dietę tybetańską – oznajmił nagle chłopak. – Czyli kilka razy dziennie wywar z warzyw i obierków ziemniaków.

Zwariował? Julia zerknęła na niego ze zdumieniem, ale wyglądał dość poważnie.

– Przecież my nie jesteśmy grube – wtrąciła nieśmiało jedna z dziewczyn.

– Aha – zreflektował się – no tak. Musimy wymyślić coś innego. To może dieta białkowo-tłuszczowa? Odrzucamy wszelkie węglowodany. Koniec z batonikami, orzeszkami i czekoladą. Albo… dieta księżycowa?

– Mamy jeść, kiedy będzie świecił księżyc? A może podczas zaćmienia? – spytała dziewczyna, podczas gdy druga omal nie udławiła się śmiechem.

Chłopak spojrzał na nią z dezaprobatą.

– Chodzi o to, że poszczególne fazy księżyca określają przebieg cyklu jedzenia i w zależności od nich powinnyście jeść albo warzywa, albo mięso, albo owoce – wyjaśnił i zagryzł wypowiedź jabłkiem.

Julia prawie zachichotała, na szczęście tylko wewnętrznie. Głupio tak publicznie kogoś wyśmiać. Ale kiedy chłopak zaczął przedstawiać szczegółowy plan zdrowotny na każdy dzień, poczuła, że musi przyjąć ogromną porcję węglowodanów. I zapić je kawą najlepiej z dużym kleksem bitej śmietany.

A ten plan wyglądał następująco: o szóstej pobudka. Jogurcik LC1 na zaktywizowanie żołądka, szybka gimnastyka i poranny prysznic. Oczywiście z elementami hydroterapii. Gorąca woda, lodowata woda. Gorąca. Lodowata. Aż do czerwoności skóry. Następnie lekkostrawne śniadanko z elementami leczniczymi. Herbatka przeciw biegunce. Potem coś o syropach, tabletkach i witaminkach. A do tego seks na materacu zapobiegającym skrzywieniu kręgosłupa.

Ten chłopak naprawdę był osobliwy.

Julia zobaczyła nadjeżdżający autobus i podjęła błyskawiczną decyzję.

Trzeba zagłuszyć to, co usłyszała, dużym apetycznym ciastkiem. Najlepiej w kawiarni „Jaśmin i wanilia”, do której zajrzała już kiedyś i faktycznie pachniało tam wanilią.

Weszła do kawiarni, był czwartek, godzina piętnasta dwanaście. Usiadła przy stoliku stojącym nieco na uboczu, co bardzo sobie chwaliła. Nie ma bowiem nic gorszego niż stolik środkowy, gdzie każdy zahacza cię wzrokiem, nawet jeśli tylko niechcący. Tutaj była bardziej anonimowa, stopiona z ceglasto-zielonkawym tłem. Usiadła tyłem do dwóch kobiet, pochylonych tak bardzo, że aż stykały się głowami. Zamówiła dokładnie to, co wcześniej sobie zaplanowała.

Ciastko na kruchym spodzie, z kremem waniliowym i borówką amerykańską na wierzchu. Apetyczne, świeże i idealnie komponujące się z mieszanką indonezyjskiej robusty i brazylijskiej arabiki.

I byłby to naprawdę zwykły dzień i bardzo normalne popołudnie, gdyby nie kolejna rozmowa, która tym razem toczyła się za jej plecami.

Julia miała dość na dzisiaj, nie chciała więcej podsłuchiwać, nawet jeśli niechcący, ale słowa były tak wyraźne i dobitne, że same wpadały jej do uszu, a potem dalej i głębiej. I w końcu wywoływały w niej rewolucję, choć jeszcze o tym nie wiedziała.

– Spotkałam się z nim już dwa razy. Nie pisał dużo o sobie, ale coś mnie podkusiło, żeby się umówić. Jestem zachwycona. Ale spróbuję jeszcze z innym, chociaż ten trochę za bardzo przypomina mojego męża.

– Ja też staram się unikać takich podobieństw. Z drugiej strony, to tylko seks.

Julia niemal widziała, jak ta druga kobieta się uśmiecha.

– Jestem zachwycona. Nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze potrafię albo że kiedykolwiek skuszę się na taki układ.

Któraś z nich stukała palcami w blat stołu.

– Mam wrażenie, że wszyscy na tym korzystają. Wreszcie minęły mi te cholerne napady złości, te ataki kompletnie bez powodu. Wiesz, że ostatnio wpadłam w szał na widok zwiniętego ręcznika? Bo ktoś go nie rozwiesił na kaloryferze. A innym razem opieprzyłam kota za to, że rozrzuca suchą karmę z miski.

– Deficyt porządnego pieprzenia.

Julia wyprostowała się na krześle i poczuła, że się czerwieni. Nawet ją samą to nieco zaskoczyło, w końcu to tylko jakaś rozmowa, a słowa są być może wyrwane z kontekstu i ona zupełnie źle je interpretuje.

„Nie oceniaj zbyt pochopnie”, przebiegła jej myśl przez głowę.

Ale dialog za jej plecami nadal się toczył i stawał coraz bardziej konkretny i precyzyjny, o pomyłce nie mogło być mowy. Poczuła się niezręcznie nie dlatego, że brała w nim mimowolny udział, choć tylko jako strona bierna, ale że usłyszała coś tak odległego od jej wizji związków jak wyspa Attu na Alasce od atolu w Kiribati.

– Najchętniej namówiłabym jeszcze moją sąsiadkę, bo za każdym razem, kiedy ją widzę, czuję, że kobieta funkcjonuje na ostatnim oddechu. Nie tylko jest notorycznie podenerwowana, ale jednocześnie jakaś taka stłamszona. Zresztą nie dziwę się – jej mąż to chodzący burak. Ani razu nie powiedział mi jeszcze „dzień dobry”. Ta kobieta zdecydowanie potrzebuje odmiany. I kogoś, kto wreszcie porządnie jej dogodzi.

Czy te kobiety naprawdę są mężatkami i spotykają się z innymi mężczyznami tylko po to, by uprawiać z nimi seks? Czy sugerują jednocześnie, że to całkowicie normalne, a nawet usprawiedliwione?

Czy Julia faktycznie dobrze wszystko zrozumiała?

Czy właśnie dotarło do niej, że była świadkiem czegoś w rodzaju zdrady, choć nie do końca zna głównych bohaterów?

Ciastko wcale nie przestało smakować, kawa również, po prostu Julia na moment zawisła w czasoprzestrzeni i raz jeszcze odtworzyła słowo w słowo to, co przed chwilą usłyszała. A potem słuchała dalej, bo ta rozmowa ciągle była tak bardzo oderwana od tego, w co wierzyła, że chciała raz jeszcze skonfrontować jej sens z własnymi poglądami.

A może nawet się wtrącić?

Uderzyć pięścią w stół albo chociaż wrzasnąć?

Nigdy by tego nie zrobiła.

Nigdy, przenigdy.

– Lubię, kiedy mnie dotyka. Bo wreszcie ktoś mnie dotyka, a nie tylko bierze.

Obie się roześmiały, zupełnie jakby to było zabawne.

– A ja wreszcie rozumiem, co znaczy profesjonalne użycie języka. I nie mam tu na myśli gadania. I pomyśleć, że wystarczyło tylko założyć konto…

Julia naprawdę chce się teraz odwrócić.

Chce przysunąć swoje krzesło do krzeseł tamtych kobiet i spojrzeć im w oczy. Chce nawet o coś zapytać, ale dobrze wie, że nigdy nie starczy jej śmiałości. W końcu wygrywa jakieś wewnętrzne oburzenie. Jakaś złość na to, że miłość może tak wyglądać. Że jest rozdzielana na cudze dłonie i cudze usta. Że nie jest monogamiczna, a taka przecież być powinna. Że ktoś ją rozdaje, zupełnie jakby była paczką cukierków.

Zatyka na moment uszy. Oczywiście, że wie, co to jest zdrada. I wie, że świat nie jest idealny, ale to, co usłyszała, brudziło go jeszcze bardziej. Odzierało z romantyczności, w którą jednak wierzyła. Dodawało brzydkiego zapachu, który tłumił wszystkie inne. Wcale nie chciała się dowiedzieć, że można wyjść z domu, przespać się z obcym człowiekiem, a potem wrócić do siebie, wyjąć filiżankę z szafki, napić się kawy i zjeść kolację z kimś, komu ślubowało się wierność. Wszystko było tym dziwniejsze, że dotyczyło kobiet.

Julia nie była naiwna, a jednak świadomość, że to kobieta zdradza, że to kobieta oszukuje i manipuluje uczuciami, oburzała ją.

Tylko dlaczego?

Ciastko nie zostało do końca zjedzone, bo Julia nagle straciła apetyt. Nie chciała go jednak zabierać do domu, by nie przypominało jej słów, które usłyszała. Tyle że te słowa wwierciły się w jej mózg znacznie mocniej, niżby sobie tego życzyła. Nie bez powodu. Przecież dwa lata temu wcale nie była lepsza.

Bo jak się okazuje, nawet najbardziej potulna owieczka ma swoje tajemnice głęboko schowane pod gęstą wełną.

Rozdział czwarty

Zaczęło się od filiżanki

Dwa lata wcześniej…

Filiżanka zdecydowanie była retro. Wykonana z białej porcelany pokrytej kwiatowymi reliefami – z jednej strony bukiecik drobnych stokrotek i niezapominajek, z drugiej – kilka niebieskich płatków. Ładnie uformowane uszko, kontury złocone, choć w niektórych miejscach odrobinę przetarte. Stała na jakiejś książce z czarnym piórkiem na okładce i błyszczała zachęcająco. Julia była zachwycona. Uwielbiała uliczne jarmarki, zwłaszcza takie ze starociami, podczas których można było grzebać w przeszłości, dotykać jej, a może nawet kupić.

Żeby jeszcze lepiej poznać Julię, trzeba wydobyć z niej nie tylko to, czym się zajmuje i jak sprawnie sprząta kuchnię po śniadaniu, ale również przyjrzeć się tym cechom charakteru, które są nieco ukryte. O których być może sama już zapomniała, co przy trójce dzieci i codziennych obowiązkach jest zrozumiałe. Każdy człowiek składa się bowiem z pięter. Zupełnie jak amerykański drapacz chmur. Te najwyższe najlepiej widać i dlatego są dość przejrzyste i podobne jedne do drugich. Kiedy jednak zaczniemy schodzić coraz niżej i niżej, nagle okazuje się, że nie ma ludzi bez ciemnych korytarzy, ciemnych pokoi i zamkniętych w nich tajemnic. Każdy coś skrywa. Jeden to, co naprawdę się wydarzyło, drugi tylko swoje pragnienia. Jeden ma na koncie prawdziwe grzechy, drugi dopiero je popełni.

A jak jest z Julią?

Otóż Julia kocha wszystko, co już było, co pachnie przeszłością, ma jakąś historię do opowiedzenia i nie spieszy się na spotkanie z jutrem. Świat wokół niej pędzi, ale ona ma na niego swoje sposoby, niektóre już znamy. Nawet jeśli poranki wydają się nerwowe, nawet jeśli Amelka rozlała kakao, a Nela trzy razy zmieniła strój, zanim zdecydowała się wyjść z domu, Julia jakoś nad tym panuje. Po pierwsze – nie jest uzależniona od telefonu komórkowego, wiadomości sprawdza rano i wieczorem. Nie ma konta na Facebooku i nie robi zakupów online. Wszyscy wiedzą, gdzie pracuje, więc gdyby cokolwiek przydarzyło się któremuś z jej dzieci, nie byłoby trudno ją odnaleźć.

Po drugie – pędzące tramwaje, autobusy i taksówki nie robią na niej żadnego wrażenia, nawet jeśli przypominają o tym, że trzeba się spieszyć. Julia zazwyczaj chodzi spokojnym krokiem, nie podbiegając nawet na widok migającego zielonego światła. „Poczekam na następne”, myśli i staje przed przejściem dla pieszych, patrząc współczującym wzrokiem na ludzi, którzy przebiegają tuż przed maskami ruszających samochodów. Rzadko kiedy sama jeździ autem, woli autobusy, tramwaje albo po prostu spacer. Jonasz ją w tym wspiera, Nela jest wściekła, że musi marznąć lub się gotować, a Amelka – jeśli tylko ma muszelkę na kurtce, czapce i sweterku – jest po prostu szczęśliwa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki