Zamknij drzwi - Rachel Abbott - ebook
NOWOŚĆ

Zamknij drzwi ebook

Rachel Abbott

4,2

453 osoby interesują się tą książką

Opis

Spokojne i szczęśliwe życie Jo Palmer wkrótce dobiegnie końca. Ash – jej ukochany mężczyzna – zostanie aresztowany przez policję. Millie – jej najdroższa córeczka – zostanie jej odebrana. Jo utraci przyjaciół i zacznie wątpić w swoje zdrowie psychiczne. Ktoś kradnie wszystko, co Jo kocha, i nie powstrzyma się przed niczym.

W tej chwili Jo spędza beztrosko czas przy stole z rodziną i niczego nie podejrzewa. Na zewnątrz pada deszcz. Rozlega się pukanie do drzwi. Przyszli.

„Mroczny, niezwykle wciągający thriller psychologiczny o świetnie poprowadzonej fabule”
– The Times

„To oczywiste, dlaczego czytelnicy wciąż sięgają po kolejne thrillery tej autorki”
– Observer

„Wciągający thriller, po którym strach zgasić światło”
– Red Magazine

„Doskonała fabuła i intryga, a wszystkie postacie są bardzo wyraziste! Naprawdę trudno odłożyć ją na półkę!”
– Mystery People

Ponad 4 miliony sprzedanych egzemplarzy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

Prolog

 

 

 

 

 

Za dużo się uśmiechasz. Wiesz o tym? To takie irytujące.

Śmiejesz się głośno, machasz do ludzi na ulicy.Czasami nawet podśpiewujesz, spacerując. Widzę, jak idziesz kołyszącym krokiem, a twoje długie włosy powiewają na wietrze. Uśmiechasz się szeroko, jakby świat był całkowicie wolny od trosk.

Przez cały czas otaczasz się przyjaciółmi – w domu i poza nim. Często ich widuję, przychodzących i wychodzących, wołających „do zobaczenia wkrótce!”, kiedy zamykasz za nimi drzwi.

Czy na tym polega bycie szczęśliwą? Bycie tobą?

Nie chcę być tobą. Zasługuję na coś dużo lepszego.

Ale masz coś, czego chcę.

I zamierzam ci to odebrać.

 

1

 

 

 

 

 

Niedziela

 

Przyglądam się mojej rodzinie zgromadzonej przy stole i marzę o tym, by zamknąć ten śmiech, droczenie się i żartobliwe dokuczanie w bańce czasowej, która pozwoli mi wrócić do tego ponownie w przyszłości. Wiem, że moje życie nie będzie takie samo w nieskończoność – Millie dorośnie i pójdzie pewnie na uniwersytet, a brat i siostra Asha mogą się przenieść na drugi koniec świata lub wkrótce założyć rodziny.

Czuję, że ta przełomowa chwila się zbliża, że ciągle jestem zagrożona. Nie chcę niczego zmieniać.

– Chce ktoś dokładkę ziemniaków? – pytam, starając się pozbyć tych niepokojących myśli.

– Nie, dzięki, mamo – odpowiada Millie. Moja córka nie odziedziczyła po mnie pragnienia pochłonięcia każdego pieczonego ziemniaka w polu widzenia i w wieku siedmiu lat jest małym chudzielcem.

– Na pewno, Millie?

Kiwa głową.

Przenoszę spojrzenie na mojego partnera, Asha, który się uśmiecha, ale kręci głową. Mojej uwadze nie umyka lekki smutek w jego łagodnych, brązowych oczach. Chciałabym potrafić go stamtąd całkowicie wyeliminować.

– Sami?

Brat Asha podnosi wzrok znad telefonu, który leży obok niego na blacie. Wydaje z siebie pomruk, który interpretuję jako zgodę.

– Czy mógłbyś odłożyć ten telefon, kiedy siedzimy wspólnie przy stole? – pytam nie po raz pierwszy.

Sami i Nousha to młodsze rodzeństwo Asha, które łącznie określamy mianem „dzieciaków”. Ash przez całe swoje życie – a przynajmniej od nastoletnich czasów – opiekuje się obojgiem, a choć Sami ma już trzydzieści lat, a Nousha dwadzieścia sześć, wciąż zachowują się jak nastolatkowie. Kocham ich jednak i zawsze cieszy mnie ich towarzystwo.

– Jo ma rację – wtrąca Ash. – Cieszymy się jak cholera, że wpadliście do nas na niedzielny lunch, ale niewielka z tego korzyść, jeśli nie bierzecie udziału w rozmowie. Jeśli Nousha potrafi się dostosować do naszej jednej, jedynej zasady, to ty chyba również?

Sami rzuca bratu pogardliwe spojrzenie, ale pochyla się do przodu i uśmiecha do mnie sztucznie.

– Chętnie zjadłbym jeszcze odrobinę tych twoich ziemniaków, Jo. Dziękuję. Są naprawdę pyszne.

Wszyscy wiemy, że to ironia, ale taki już jest Sami. Kiedy matka Asha opuściła ich dom, porzucając dzieci – w tym Noushę, która dopiero co wyszła z okresu niemowlęctwa – ich ojca pochłonęła praca i zlekceważył rodzinę. W efekcie wszyscy troje mocno ucierpieli. Młodszym brakuje dyscypliny, a teraz Sami zmienia pracę jak rękawiczki, pomieszkuje w pustostanach lub u przyjaciół i zjawia się zawsze wtedy, gdy ma ochotę na dobry posiłek.

Nousha postarała się nieco bardziej i obecnie pracuje. Ash opłaca jej małe mieszkanie po tym, jak oświadczyła, że nie zarabia wystarczająco dużo, żeby starczyło na czynsz. Daje jej również pieniądze na ciuchy. Mój Ash ma chyba odrobinę zbyt miękkie serce.

Odzywa się telefon Samiego, który natychmiast przenosi wzrok na ekran. Widzę, że Ash zaczyna tracić panowanie nad sobą, więc decyduję się na manewr wyprzedzający.

Odsuwam krzesło i okrążam stół. Chwytam telefon Samiego, podchodzę do kredensu, otwieram chlebak, wkładam komórkę do środka i zamykam.

Millie chichocze, a Ash próbuje powstrzymać uśmiech, kiedy do niego mrugam.

– Nie wierzę, że to zrobiłaś! – woła Sami, ale nawet on nie powstrzymuje się od śmiechu w reakcji na moją zuchwałość.

– Nasz dom, nasze zasady. Zawsze możesz wstać od stołu, zabrać telefon i pójść do salonu.

Sami wie, że to oznaczałoby koniec niedzielnego lunchu, a już z pewnością brak rabarbarowego ciasta, które planowałam podać w następnej kolejności. Pewnie żadna ze mnie gospodyni roku, ale w kuchni radzę sobie nieźle.

Odwracam się do Noushy.

– Co porabiałaś w ciągu tygodnia, Noush? Opowiesz nam coś ciekawego?

Wszyscy kiwamy z entuzjazmem głowami, kiedy relacjonuje wyjście do klubu z przyjaciółmi. Wracam myślami do czasów, kiedy byłam w jej wieku, i zastanawiam się, czy ja również podchodziłam do życia na takim luzie. Nie sądzę. Nie miałam starszego brata, który wyciągałby mnie z opałów, a jedynie przeciętnie zaangażowaną w sprawy rodzinne matkę, którą bardziej interesowały próby zdobycia następnego męża niż błądząca w życiu córka. Teraz ma już męża numer cztery, a ja nie potrafię zrozumieć, jak w ogóle może rozważać pozbycie się go.

W wieku Noushy byłam całkowicie przekonana, że zostanę następną Meryl Streep, choć nie udało mi się wyjść poza kilka epizodów w operze mydlanej i parę niedużych ról w amatorskim towarzystwie artystycznym. Nie jestem pewna, na czym w ogóle oparłam swoje przeświadczenie o przyszłym sukcesie. Musiałam jednak wziąć się do siebie i rzadko miałam pieniądze na to, żeby szwendać się po klubach.

Opowieść Noushy przerywa telefon Asha, który leży na kredensie w pobliżu – ale nie w środku – chlebaka.

– Wybaczcie – mówi i wstaje od stołu.

Sami otwiera usta i gapi się na mnie.

– Dlaczego on może korzystać z telefonu, a ja nie?

– Gdzie pracuje twój brat, Sami? – Przerywam na chwilę i unoszę brwi. – Ach tak! Chyba sobie przypomniałeś. Jest chirurgiem dziecięcym opiekującym się małymi pacjentami po operacjach, które przeprowadził. Nie świadczyłoby chyba o nim dobrze, gdyby odpowiedział współpracownikom w szpitalu, żeby nie zawracali mu głowy w trakcie lunchu?

Sami nie jest tak naprawdę zły. Ash twierdzi, że buntuje się raczej przeciwko ojcu, choć chyba powinien już wreszcie zrozumieć, że ten mężczyzna, oddalony obecnie o tysiące kilometrów dzielących ich od Abu Zabi, nie ma pojęcia, jak zachowuje się jego młodszy syn i że mało go to interesuje, więc szkoda tak naprawdę marnować na to energię.

Ash patrzy na ekran, a na jego twarzy maluje się niepokój.

– Przepraszam was, ale muszę to odebrać.

Rzucam mu pełne troski spojrzenie, kiedy opuszcza pomieszczenie i cicho zamyka za sobą drzwi. Mam nadzieję, że to nie dotyczy jednego z jego pacjentów.

Niemal w tej samej chwili odzywa się mój telefon. Esemes.

Sami patrzy z zaciekawieniem, czy zamierzam wstać od stołu i pójść go odczytać, ale nie ma się o co martwić. Jestem pewna, od kogo jest ta wiadomość i co jest w niej napisane. I mam złe przeczucia.

Moje idealne niedziele mogą się skończyć szybciej, niż sądziłam.

 

2

 

 

 

 

 

Poniedziałek

 

Budzę się nieco zamroczona po niespokojnej nocy. Zazwyczaj natychmiast zapadam w sen pozbawiony marzeń, jednak za każdym razem, kiedy zaczynałam odpływać, przed oczami pojawiała mi się wiadomość, którą odebrałam podczas lunchu.

ZADZWOŃ!

To cała treść, ale mnie wystarczała.

Zignorowałam ją.

Leżę jeszcze przez kilka minut w pościeli, odsuwając wszystkie myśli związane z tym jednym słowem i lekkim poczuciem zagrożenia, które się z nim wiąże, starając się w zamian skoncentrować na nadchodzącym tygodniu. Przytyję zapewne kilogram, zamiast zrzucić planowane trzy, ale może to będzie właśnie ten tydzień, w którym nastąpi ten jakże oczekiwany przeze mnie przełom – główna rola w dużym dramacie realizowanym dla telewizji. Choć liczę na podobne doświadczenie w każdy poniedziałek od dobrych piętnastu lat, wciąż nie tracę optymizmu.

Uwielbiam poniedziałkowe poranki. Początek nowego tygodnia zawsze napełnia mnie nowym poczuciem optymizmu, jednak dziś zwyczajowa radość się kurczy, kiedy sobie uświadamiam, że nie będę mogła dłużej ignorować tej wiadomości.

Zanim udaje mi się wymyślić jakąś sensowną odpowiedź, do sypialni wchodzi Millie, całkowicie już ubrana w swój szkolny mundurek.

Wygląda rozkosznie i tak mądrze. Patykowate nóżki wystają spod spódniczki, dzięki czemu natychmiast sobie przypominam, że niebawem muszę kupić jej nową. Z tej już prawie wyrosła.

Ash wyszedł już dawno temu. Dziś ma napięty grafik – zaplanowano w szpitalu kilka operacji – i zastanawiam się, jak on w ogóle daje sobie z tym radę. Wiem, że czasami napięcie w pracy niemal go przerasta, ale pacjenci go uwielbiają, podobnie jak pielęgniarki, co zdążyłam wielokrotnie zauważyć, kiedy bierzemy udział w jednym z organizowanych spotkań, na które okazjonalnie zgadza się przyjść.

Nic dziwnego, że jest lubiany. Ash jest człowiekiem dość enigmatycznym i nie uśmiecha się bez powodu. Z reguły zachowuje się dość powściągliwie i nie lubi stawiać nikogo w niekomfortowej sytuacji, trudno jednak stwierdzić, co chodzi mu po głowie. Założę się, że to właśnie czyni go intrygującym w oczach innych. Ponadto nie mogę zaprzeczyć, że jego cudowne, brązowe oczy o ciemnej oprawie są dość wyjątkowe. Ale on jest mój i to się nie zmieni, więc inni mogą sobie myśleć, co tylko chcą.

– Wstajesz już, mamo?

Głos córki przerywa moje przemyślenia.

– Wybacz, Millie, wskoczę tylko pod prysznic. Za minutkę będę na dole.

Trudno jest mi zwlec się z łóżka. Lubię tak leżeć, planować dzień, myśleć o drobnych przekąskach dla Millie i o tym, co przygotuję na obiad. Z kolei Millie budzi się i wyskakuje z pościeli każdego ranka, gotowa zacząć dzień. Zmuszam się w końcu do odrzucenia na bok kołdry i pójścia do łazienki, blokując dostęp do mojej głowy wszystkim myślom związanym z wczorajszą wiadomością.

 

Częściowo tylko wytarta, z włosami wciąż mokrymi od zimnej wody, której krople spływają mi teraz po plecach, wracam pospiesznie do sypialni i zaczynam szukać czegoś, co nie jest aż tak wymięte, żeby nie dało się tego włożyć. Pamiętam, że po szkole jestem umówiona z moją przyjaciółką Tessą. Jest nieco starsza ode mnie – dobiega pięćdziesiątki, choć na tyle nie wygląda – i należy do tych kobiet, które w zwykłej parze dżinsów i zbyt obszernym swetrze wyglądają po prostu stylowo. Często nosi czapkę, a kiedy dokłada do tego wielki szal, owinięty kilkakrotnie wokół szyi, wszyscy w jej towarzystwie czują się w jakiś sposób niestosownie ubrani.

Wkładam szkarłatną tunikę z marszczonego – dzięki Bogu! – materiału w purpurowe wzory i legginsy. Potrząsam długimi ciemnymi włosami, tak żeby po wyschnięciu ułożyły się w naturalne fale, po czym zbiegam na dół, do kuchni.

– Co dzisiaj na śniadanie, panienko Millie?

Moja córka wygląda, jakby się nad tym zastanawiała, ale ja już znam odpowiedź. Zawsze jest taka sama.

– Mogę prosić o jajecznicę?

– Oczywiście. A kiedy będę ją robiła, możesz mi opowiedzieć, na co dziś najbardziej się cieszysz.

Podnoszę obie pokrywy na kuchence, żeby rozgrzać nieco kuchnię, i słucham, jak mówi swoim wysokim głosikiem, że ma dziś dyktando i że nauczyła się wszystkich potrzebnych do jego napisania słów. Wiem o tym, bo sama ją przepytywałam, ale powtarza je wszystkie po kolei, czekając na jajecznicę.

Po zjedzeniu śniadania odkładam brudne naczynia do zlewu, uznawszy, że umyję je później, po czym zabieram szkolny plecak Millie. Zawsze chodzimy do szkoły na piechotę, o ile nie jestem spóźniona, i nawet mimo tej zimnej, wilgotnej aury Millie wesoło podskakuje.

Ledwie wychodzimy za bramę, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam jednak była zawieźć jej dzisiaj samochodem. Czuję mrowienie na karku, jakby ktoś wbijał we mnie wzrok, odwracam więc głowę, żeby spojrzeć za siebie.

Ulica jest pełna innych matek, ojców i kilkorga dziadków, którzy odprowadzają dzieci do szkoły. Nikt tutaj nie wyróżnia się z tłumu.

Czy udałoby mi się go rozpoznać? – zastanawiam się.

Nie wiem. Mógłby stanąć za moimi plecami w sklepie, a ja bym nawet nie wiedziała, że to on. Może już tak zrobił.

Millie przez cały czas coś mówi, nie zauważając nawet, że jej nie słucham, a kiedy docieramy do bramy, czeka tam na nią dziewczynka o poważnej minie. Millie podbiega do niej i ją przytula. Wiem, że to Zofia, mała Polka, która dołączyła ostatnio do ich klasy i która nie zna angielskiego. Millie postanowiła jej pomóc i traktuje swoją misję bardzo poważnie.

Opierając się pokusie wycałowania córki na do widzenia, macham jej i oddalam się od szkoły, tęskniąc już od pierwszej minuty, w której znika za drzwiami budynku.

W ostatniej chwili zaczynam się zastanawiać, czy powinnam była przekazać jakąś informację szkole, poprosić ich o specjalną opiekę nad moją córką. Waham się przez chwilę, po czym postanawiam pójść na spotkanie z Tessą. Ona będzie wiedziała, co powinnam zrobić.

 

3

 

 

 

 

 

Kiedy wchodzę do kawiarni, Tessa jest już na miejscu – zgodnie z moimi przewidywaniami wygląda niekonwencjonalnie, a zarazem doskonale. Włożyła dzisiaj karmazynowy kapelusik i szal z czarno-białego jedwabiu z wzorkiem w stylu art déco. Jest dyrektorką naszej lokalnej grupy teatralnej i agentką kilku gwiazd oper mydlanych, choć odnoszę wrażenie, że obecnie z pracą w tej branży jest dość kiepsko. Tessa nie jest moją agentką – z obecną współpracuję od dwudziestu lat i z natury jestem lojalna.

– Hej, Tessa. – Pochylam się, żeby ją ucałować. – Co u ciebie?

– Chyba w porządku. A u ciebie?

Siadam naprzeciw niej i wyciągam ręce z kurtki.

– Daję radę. Jak tam układa się sprawa z Geoffem?

Chciałabym jej opowiedzieć o swoich obawach, ale ma własne problemy, więc pozwalam jej mówić.

Tessa wydaje z siebie jęk.

– Podszedł do tego zdecydowanie zbyt poważnie. Nie chce zaakceptować faktu, że to już koniec.

Cmokam i przewracam oczami.

– A czego oczekiwałaś? Sprawiasz, że ci faceci miotają się, jak tylko mogą, a potem ich spławiasz bez ostrzeżenia.

– Odsyłam ich z powrotem do żon, gdzie ich miejsce, choć Geoff przebąkuje coś o zostawieniu swojej, co mnie oczywiście wcale nie cieszy.

Mam ochotę jej powiedzieć, że nie popieram jej stylu życia, ale powtarzałam jej to już wielokrotnie. Tessę interesują wyłącznie żonaci faceci, bo nie chce się angażować w nic poważniejszego. Mówiłam jej wiele razy, że niszczy w ten sposób małżeństwa, ale ona uparcie obstaje przy swoim.

– Przecież ja oddaję tym żonom przysługę. Ci faceci muszą być przede wszystkim gotowi na romans, więc lepiej, że trafiają na mnie – kobietę, której nie kręci długoterminowy związek – niż na kogoś, kto szuka mężczyzny na stałe i kto będzie próbował ich wyrwać rodzinie. Bardzo się cieszę, że mogę ich zwracać po wykorzystaniu całych i zdrowych. Jestem bezpieczną inwestycją.

Nie rozumiem, dlaczego tak boi się w cokolwiek zaangażować, ale nie mnie to osądzać. Nie chcę brnąć dalej w ten temat, więc pochylam się w jej stronę i mówię pospiesznie:

– Tess, zrobiłam coś głupiego i zupełnie nie wiem, co mam teraz z tym począć. Miałam dobre intencje, ale chyba dostaję rykoszetem i odnoszę wrażenie, że on mnie obserwuje.

Wyciąga dłoń nad stolikiem i chwyta moją.

– Zwolnij, Jo. Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Co takiego zrobiłaś? Kto cię obserwuje?

Otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć, kiedy Tessa zerka nad moim ramieniem w stronę drzwi.

– Nie odwracaj się. Zgadnij, kto właśnie przyszedł.

– Jakaś podpowiedź? – pytam, wcale nie mając ochoty zerkać za siebie.

– Twoja nowa najlepsza przyjaciółka.

Wiem, że ma na myśli Shonę, nowy nabytek naszej grupy teatralnej. Zawsze próbujemy zaangażować nowych ludzi, gdzie tylko się da, sprawić, że poczują się komfortowo, a ja właśnie takie zadanie zrealizowałam. Shona wpadła do mnie do domu na kawę kilka razy, ale Tessa za każdym razem odmawiała zaproszenia. Wygląda na to, że podchodzi dość niechętnie do naszej przyjaźni.

Uważa Shonę za „ten typ”, cokolwiek ma na myśli. To chyba dlatego, że Shona należy do tych kobiet, które mogą sobie pozwolić na włożenie obcisłych dżinsów i odsłaniającej brzuch koszulki, ale nie można jej mieć tego za złe. To w końcu nie jej wina, że wolimy z Tessą wino i krakersy od zdrowej sałatki i gazowanej wody mineralnej.

– Ona jest w porządku, Tess. Po prostu wciąż próbuje się odnaleźć.

– No cóż, jeśli nie chcesz, żeby słyszała, co cię martwi, to lepiej udawaj, że jej nie widzisz.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

– Ile my mamy lat? Dwanaście?

Odwracam się i macham do Shony, dając jej znać, że powinna podejść i do nas dołączyć. Moje problemy mogą na razie zaczekać. Pewnie za bardzo się przejmuję, i tyle.

– Jezu, Jo, dlaczego to zrobiłaś?

– Nie bądź jędzą. – Wstaję, a kiedy Shona podchodzi do naszego stolika, ściskam ją krótko.

– Co cię dziś tutaj sprowadza? – Wygląda na to, że Tessa nie potrafi się powstrzymać.

– Przypomniałam sobie, że wspominałaś kiedyś pyszne ciasta, które tutaj serwują. Moja mama wpada w odwiedziny, więc pomyślałam, że kupię coś dobrego. Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam?

– Oczywiście, że nie – odpowiadam, rzucając Tessie wymowne spojrzenie.

– Może chcecie napić się kawy? – pyta, ale obie kręcimy głowami.

Zastanawiam się, jaki temat poruszyć, by nie nadziać się na ostrą ripostę Tessy, która przy odpowiednim nastroju miewa naprawdę cięty język. Ta jednak niespodziewanie zsuwa się w dół na swoim krześle i praktycznie znika pod stołem.

– Ja pierdolę – rzuca.

Zanim udaje mi się zareagować, słyszę kolejny głos:

– Tessa! Miałem nadzieję, że cię tutaj zastanę. Drogie panie, czy mogę do was dołączyć?

To Geoff, ostatnia zdobycz Tessy. Najwyraźniej nie zrozumiał przekazu, ale w jego szerokim uśmiechu dostrzegam lekkie drżenie kącika ust. Biedak stara się z całych sił, ale Tessa nic sobie z tego nie robi.

– Nie tutaj, Geoff. Chodź, pogadamy na zewnątrz. – Zaczyna grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki.

– Ja zapłacę – oznajmiam, a Tessa odpowiada czymś pomiędzy uśmiechem wdzięczności a niemym wołaniem o pomoc. Nie mogę nic zrobić. To wyłącznie jej sprawa.

Kiedy wychodzi, Shona jest wyraźnie zmieszana, więc próbuję jakoś zbagatelizować sytuację.

– To tylko facet, który dostał kosza i źle to przyjął.

– Żonaty?

Wzruszam ramionami, jakbym nie znała odpowiedzi, ale nie wydaje mi się, żeby Shona nie słyszała o reputacji Tessy.

– Nie przejmuj się. Nie powiem ani słowa, poza tym nie zamierzam nikogo osądzać. W naszym wieku odnosi się czasami wrażenie, że wszyscy najlepsi faceci są już zajęci – mówi. – Tobie się poszczęściło z Ashem. Chciałabym go poznać. Jaki on jest?

Mieszam kawę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Bardzo się ode mnie różni – mówię w końcu. – Jest poważny, zorganizowany. Może dlatego jest dla mnie taki dobry, bo ja nie jestem ani poważna, ani zorganizowana, jak już pewnie zauważyłaś po wizycie w moim domu. Poza tym jest świetnym ojcem dla Millie.

– Jakie to pocieszające spotkać kogoś, kto jest szczęśliwy w swoim związku. Ile znasz osób, które mogłyby powiedzieć coś takiego z pełnym przekonaniem?

Uśmiecham się, ale zachowuję myśli dla siebie. Tylko Tessa wie o tym, że całkiem niedawno pokłóciłam się z Ashem, mam jednak nadzieję, że wkrótce wszystko wyprostuję. W tej chwili nie mam ochoty o tym rozmawiać.

– A jak tam u ciebie? – pytam. – Masz kogoś na radarze?

– W obecnej chwili nikogo. – Przerywa, jakby się nad czymś zastanawiała. – Nie mów o tym nikomu, ale podjęłam decyzję, żeby spróbować szczęścia w randkach online. Tak trochę dla zabawy – nie mam zbyt wielkiej nadziei, że poznam w ten sposób kogoś na stałe, ale może zdołam nieco podnieść swoje morale.

Wygrzebuje telefon z torebki, żeby pokazać mi kilku facetów, których znalazła na Tinderze, pytając mnie przy okazji, czy przesunąć ich profile w lewo, czy w prawo, i co o nich sądzę. Nie wiem za bardzo, o co w tym wszystkim chodzi, ale wyraźnie zależy jej na mojej opinii.

Kiedy sączę kawę z mlekiem, pochyla się nieco bliżej, żebym mogła lepiej widzieć ekran, a ja wyczuwam zapach jej perfum.

– Ten zapach to Elie Saab? – pytam.

– Tak. Skąd wiesz?

– Bo to mój ulubiony. Ash kupił mi go na urodziny w ubiegłym miesiącu. Próbuję używać tej wody jak najoszczędniej, bo kupowanie czegoś tak ekstrawaganckiego w zasadzie nie jest w jego stylu. To typ faceta, który raczej decyduje się na zakup kapci.

Śmieję się w reakcji na własne słowa, ale Shona marszczy lekko brwi. Może dla niej kapcie byłyby wyjątkowo fatalnym prezentem. W końcu się uśmiecha i przysuwa nieco bliżej z krzesłem.

– Skoro lubimy ten sam zapach, to znaczy, że mamy podobny gust, jesteś zatem właściwą osobą, która może mi pomóc wybrać faceta.

Udaję zainteresowanie kolejnymi twarzami, które wyświetla na ekranie, i staram się reagować entuzjastycznie, kiedy twierdzi, że ten czy inny to prawdziwe ciacho. Przy jednym z profili waha się przez chwilę i mruczy pod nosem:

– Fajny, ale nie w moim typie. – Przesuwa ekran w lewo, co oznacza – jak już zdążyłam się zorientować – że dana propozycja zostaje odrzucona.

– Wróć do niego – mówię nieco ostrzej, niż tego chcę.

Shona marszczy czoło.

– Wyglądał mi na trochę sztywnego. To raczej ktoś mało rozrywkowy.

– Okej, ale chciałabym tylko spojrzeć jeszcze raz.

Unosi brwi, jakby uznała, że sama się nim zainteresowałam, po czym wraca do jego profilu. Ma rację. To poważna twarz. Pełne usta, skóra w kolorze toffi z dużą ilością mleka, brązowe oczy i gęste, kręcone, czarne włosy, dość krótko przycięte. Od jego okularów odbija się światło. Patrzę na niego już zdecydowanie zbyt długo.

– Fakt, masz rację. To zupełnie nie twój typ – mówię w końcu.

Odnoszę wrażenie, że ktoś walnął mnie w pierś. Doskonale znam twarz widoczną na ekranie telefonu.

To Ash.

 

4

 

 

 

 

 

Czwartek

 

Choć minęły trzy dni, od kiedy zobaczyłam zdjęcie Asha na Tinderze, wciąż nie mogę sobie z tym poradzić.

W kawiarni Shona nie przestawała gadać o mężczyznach, których wybrała. Piłam mechanicznie kawę, ale nie potrafiłam zbyt długo udawać zainteresowania. Musiałam się stamtąd oddalić, zanim zdradzę się, czyje zdjęcie właśnie mi pokazała.

– Wybacz, Shona. Daj mi chwilę – powiedziałam, po czym zerwałam się na równe nogi, ledwie odnotowując jej zdumienie. – Chyba powinnam sprawdzić, co z Tessą. Nie ma jej już od dłuższego czasu i boję się trochę, że ten Geoff sprawia jej jakąś przykrość. Przypilnujesz moich rzeczy?

Odwróciłam się i odeszłam pospiesznie od stolika, po czym odbiłam w stronę toalety i zamknęłam się w kabinie. Oparłam głowę o drzwi, próbując uspokoić dudniące w piersi serce.

Co to ma znaczyć? Dlaczego Ash jest na Tinderze?

Miałam ochotę do niego zadzwonić, zapytać o przyczynę, ale zostawiłam telefon na stoliku.

Trochę to trwało, zanim się uspokoiłam, w końcu jednak wzięłam kilka głębokich oddechów i wróciłam do kawiarni, gotowa wymyślić jakieś usprawiedliwienie i wyjść.

Tessa zdążyła już wrócić do stolika i zaraz się zorientowała, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku? – zapytała. – Wyglądasz trochę blado.

Shona obserwowała mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Cholernie tam zimno, szukałam cię na sąsiednich ulicach, Tess, ale nie mogłam znaleźć.

Tessa rzuciła mi zdziwione spojrzenie, ale nie powiedziała nic więcej, kiedy próbowałam uporządkować myśli.

– Muszę się już zbierać. Wybaczcie, ale mam jeszcze zakupy do zrobienia.

Powiedziawszy to, wyszłam pospiesznie z kawiarni, ledwie się żegnając.

Tessa zapukała do moich drzwi pół godziny później, pytając, dlaczego uciekłam i czy na pewno wszystko jest w porządku. Udało mi się ją zbyć jakimś wymyślonym na poczekaniu usprawiedliwieniem, spróbowała więc mnie namówić, żebym jej powiedziała, co zaniepokoiło mnie wcześniej. Odparłam, że to nic takiego i że chyba za bardzo zadziałała moja wyobraźnia. Poczuła się nieco urażona, że nie chcę z nią rozmawiać, ale okazała się na tyle wrażliwa, że postanowiła zapewnić mi trochę przestrzeni.

Nie zadzwoniłam do Asha, żeby zapytać go o zdjęcie na Tinderze, i później również o tym nie wspomniałam. Tessa kazałaby mi pewnie zażądać wyjaśnień i właśnie z tego powodu postanowiłam jej o tym nie mówić. Uznałam po prostu, że pytając go, niczego bym nie osiągnęła.

Jeśli naprawdę umieścił swoje zdjęcie na Tinderze, to temu zaprzeczy. Powie, że ktoś ukradł jego fotografię, a ja nie będę wiedziała, czy wierzyć w to, co mówi. Jeśli to nie był on i ktoś faktycznie wykradł jego zdjęcie, będzie przerażony, że mam o nim takie zdanie, i uzna, że mu nie ufam. Żadna z opcji nie jest dobra.

Byłam zbyt zdenerwowana, żeby przeczytać opis profilu, kiedy Shona pokazała mi zdjęcie, ale gdybym mogła sprawdzić, co tam jest napisane, to pewnie zorientowałabym się, czy to naprawdę on. Rozważyłam nawet założenie konta na Tinderze, żeby przeprowadzić własne śledztwo. Wciąż zadaję sobie pytanie, czy jeśli Ash znalazł się w serwisie randkowym, to zrobił to dlatego, żeby zaangażować się w jakiś związek, czy po prostu z myślą o przypadkowym seksie. Im więcej jednak o tym myślę, tym trudniej mi uwierzyć, że byłby do tego zdolny. Nie dlatego że mnie kocha, ale dlatego że to zupełnie nie w jego stylu. Ostatecznie uznałam, że najlepiej będzie, jeśli powiem mu, co widziałam, ale od razu zaznaczę, że nie wierzę, że to naprawdę on.

Zamierzam zaczekać na odpowiedni moment. Sobotni wieczór jest zawsze dobry, bo Ash jest zwykle zrelaksowany po dniu, którego nie spędził na dyżurze. Spróbuję jednocześnie nie obserwować jego reakcji niczym jastrząb.

Siedzę przy kuchennym stole z kubkiem herbaty, próbując się uspokoić, zanim pojadę do szkoły po Millie. Muszę być w lepszym stanie, kiedy się z nią spotkam. Moja córeczka zasługuje wyłącznie na dobry nastrój.

Jestem tak pogrążona w myślach, że ledwie dociera do mnie odgłos pukania do drzwi. Słyszę go, a jednak przez chwilę odnoszę wrażenie, że nie ma on ze mną nic wspólnego.

W końcu wracam do rzeczywistości, podnoszę się z krzesła i idę do korytarza. Kto może pukać do drzwi w czwartkowe popołudnie?

Jest to ostatnia osoba, której bym się spodziewała, i aż muszę uczepić się drzwi, żeby utrzymać równowagę.

– Steve! Chryste, co ty tutaj robisz?

Myliłam się, kiedy wątpiłam, że będę w stanie go rozpoznać. Jest starszy, schludniejszy, ale wciąż ma te same zwisające blond włosy i niebieskie oczy.

– To miłe, szczególnie że przyjechałem specjalnie po to, by się z tobą zobaczyć. – Zerka mi przez ramię, jakby sprawdzał, czy jestem sama. – Mogę wejść?

– Nie! Oczywiście, że nie. – Ściskam trochę mocniej drzwi. – Ash może wrócić w każdej chwili, a nie powinien cię tutaj zobaczyć.

To dość mało prawdopodobne, żeby zjawił się o tej porze, ale Steve tego nie wie, a ja muszę go spławić. Nie chcę go tutaj.

Steve wyraźnie mnie ignoruje.

– Gdzie jest Millie?

– W szkole, ale za chwilę muszę po nią pojechać. Steve, co ty, kurwa, sobie wyobrażasz, zjawiając się ot tak pod moimi drzwiami? Rozmawialiśmy już o tym, że musimy zachować to w tajemnicy.

– Ty tak powiedziałaś, a ja nie pamiętam, żebym się na to zgodził. Prosisz mnie naprawdę o wiele. Może chciałbym przekonać się, jak wygląda sytuacja, zanim się zgodzę?

Gapię się na niego z nadzieją, że na mojej twarzy nie maluje się trwoga.

– Niczego od ciebie nie chcę. Zachowujesz się po prostu niedorzecznie. Proszę, idź już. Wpadnę do ciebie, może jutro, kiedy Millie będzie w szkole.

Wydyma dolną wargę w bardzo nieatrakcyjny sposób.

– Nie da rady, obawiam się. Zamierzam się zatrzymać w samym środku niczego – gdzieś na wzgórzach – u znajomej.

Dlaczego się pojawił tutaj, w Manchesterze, ponad trzysta kilometrów od domu? Czy ja miałam rację? Czy to jego spojrzenie czułam na karku w poniedziałek? Ta myśl przyprawia mnie o dreszcz.

– Śledzisz mnie?

Parska śmiechem.

– Daj spokój. Powiedziałbym ci, że zamierzam dziś wpaść z wizytą, gdybyś odpowiedziała na moją wiadomość. Nie pomagasz, ignorując mnie w taki sposób, wiesz? To poważna decyzja, a jeśli chcesz, żebym był po twojej stronie, powinnaś być dla mnie nieco milsza, nie sądzisz?

Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Nie chcę zaogniać sytuacji, ale on stoi za blisko i to sprawia, że czuję się niekomfortowo. Jeśli cofnę się o krok, może to uznać za zaproszenie do wejścia do domu, tkwię więc nieruchomo, czując na policzku jego oddech cuchnący starym tytoniem.

– Może będę cię śledził. To wcale nie taki głupi pomysł. Nie będę z tobą rozmawiał, zachowam dystans.

Nie chcę tego. Ta myśl przepełnia mnie strachem, nie mogę jednak powstrzymać człowieka przed chodzeniem po ulicy, a wiem, że Steve jest wystarczająco uparty, żeby skrócić ten dystans, jeśli nie zachowam się odpowiednio.

Chyba dostrzega niepewność w moich oczach, bo cofa się z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

– Nie rozglądaj się, Jo. Będę tuż za tobą.

 

Wracając ze szkoły z Millie, czuję się niekomfortowo. Przez cały czas odnoszę wrażenie, że Steve nas obserwuje, ale powstrzymuję się przed jego wypatrywaniem. Millie jak zwykle podskakuje wesoło, opowiadając mi o swoim dniu i o tym, jak pomogła Zofii nauczyć się kilku nowych słów.

– Pomyślałam, mamo, że powinna nauczyć się słów „proszę” i „dziękuję”, trudno jednak wytłumaczyć, dlaczego tak się mówi. – Chichocze. – I tak by nie zrozumiała, więc zaczęłam je powtarzać w odpowiednich miejscach i wiesz co?

– Nie, powiedz.

– Kiedy poszłyśmy na lunch, wzięła swój talerz i powiedziała „dziękuję”. Fantastycznie, prawda?

Cudownie jest widzieć jej podekscytowanie, ale chyba wyczuwa, że coś jest nie tak, bo nie droczę się z nią ani nie próbuję jej rozśmieszyć.

– Dobrze się czujesz, mamo?

Uśmiecham się i kiwam głową, ale Millie nie daje się oszukać. Chwyta mnie za rękę i prowadzi w milczeniu przez resztę drogi.

W końcu docieramy do domu i zamykam za nami drzwi. Natychmiast odzywa się mój telefon.

SŁODKI DZIECIAK. CHYBA ZACZNĘ SIĘ ZASTANAWIAĆ.

Chcę mu odpowiedzieć, ale co mam napisać? „Popełniłam błąd. Odejdź, proszę, i daj nam spokój”?

Taka jest prawda. Naprawdę popełniłam błąd, i to poważny. Do tego nie wiem zupełnie, jak wydostać się z tego bagna, w które sama się wpakowałam.

Przechodzimy z Millie do kuchni, gdzie mała wypakowuje na stół książki z plecaka. Nalewam jej szklankę mleka, a ona informuje mnie, że idzie odrobić lekcje. Lekcje w wieku siedmiu lat! Jestem temu zdecydowanie przeciwna, ale ona to uwielbia i robi to z niemal religijną czcią.

Nieco poniewczasie przypominam sobie, że zaprosiłam na dzisiejsze popołudnie część grupy teatralnej, żeby popracować nad kostiumami na następną produkcję. Chwytam za telefon, żeby to odwołać, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Już za późno, żeby je odesłać.

Pięć kobiet wchodzi do mojego domu, śmiejąc się i szczebiocząc. Jedynie Tessa zauważa, że nie mogę się już doczekać, kiedy wyjdą za drzwi.

Dzieje się tak dopiero po dwóch godzinach, zanim jednak znajduję czas, żeby poczuć się winna z powodu braku uwagi poświęconej przyjaciółkom, znów odzywa się mój telefon.

CHCĘ POGADAĆ. MOGĘ TERAZ WPAŚĆ? WIDZĘ, ŻE TWOJE KOLEŻANKI JUŻ SOBIE POSZŁY.

On mnie obserwuje. Czuję gęsią skórkę na całych ramionach, a palce mi się trzęsą, kiedy piszę odpowiedź.

NIE. ASH JEDZIE DO DOMU.

Nie mam tak naprawdę pojęcia, kiedy wróci. Przełączam się na niego, żeby go o to zapytać, kiedy znów słyszę sygnał wiadomości.

NIE BĘDĘ CZEKAŁ W NIESKOŃCZONOŚĆ.

 

5

 

 

 

 

 

Sobota

 

– Millie, idź zapytać tatusia, czy napije się herbaty, dobrze, kochanie?

Moja córka odkłada marker na kuchenny stół i posłusznie rusza w stronę schodów. Słyszę, jak cienkim głosikiem woła Asha, kiedy ten w gabinecie czyta dokumentację pacjenta, przygotowując się do operacji, którą ma przeprowadzić rano. Rzadko pracuje w niedziele, ale to wyjątkowa sytuacja, a on podchodzi do tego bardzo sumiennie.

– Tatuś już schodzi – oznajmia Millie, wracając do rysowania.

Podchodzę do niej i zerkam nad jej ramieniem, nie mogąc się powstrzymać od przeczesania palcami jedwabistych blond włosów i pocałowania w miękki policzek. Często się zastanawiam, jak udało mi się stworzyć coś tak doskonałego, szczególnie że jest taka drobna i delikatna – całkowite przeciwieństwo mnie.

Moja matka zawsze powtarzała, że jestem posągowa – zazwyczaj jako komplement, choć w jej ustach był to eufemizm oznaczający, że jestem za wysoka i zbyt dobrze zbudowana. Byłam dziewczyną, która nie znosiła jakichkolwiek ćwiczeń i zawsze miała niewielkie szanse na to, by być szczupłą. Nigdy nie udało mi się zostać piękną, bezbronną i kruchą istotą, co moja matka uważała za istotne do usidlenia mężczyzny. Jeśli sądziła, że to mój główny cel w życiu, to znaczy, że w ogóle mnie nie zna.

Wzdycham, wracając do przygotowywania kolacji. Szykuję typowy sobotni posiłek wieczorny – dużą miskę zapiekanki z mięsem i ziemniakami z pyszną, chrupiącą warstwą. Później zaplanowaliśmy obejrzeć jakiś bezsensowny talent show w telewizji, który uwielbia Millie, stłoczeni na jednej sofie. Nie pamiętam nawet, co dokładnie zamierzamy oglądać – The Voice, X Factor czy Mam talent. Wszystkie zlewają mi się w jedno, choć podobają mi się te przesłuchania, szczególnie kiedy uczestnik jest absolutnym beztalenciem, ale aż ocieka pewnością siebie. Dlaczego nie? Może warto takim być. Powinniśmy wszyscy w siebie wierzyć, inaczej nigdy niczego nie osiągniemy.

Próbuję nie myśleć o rozmowie, którą muszę przeprowadzić z Ashem po tym, jak już Millie pójdzie do łóżka. Wiem jednak, że nie mogę tego dłużej odwlekać.

Ash wchodzi do kuchni, kiedy wyjmuję z piekarnika mięso, gdzie dusiło się rozkosznie przez ostatnich kilka godzin.

– Dodam tylko ziemniaków, a potem zrobię ci herbaty – mówię, uśmiechając się do niego przez ramię.

Odpowiada uśmiechem i pochyla się nad rysunkiem Millie. Wskazuje postać ubraną na czarno.

– A to kto? Mamusia?

Widziałam już ten rysunek i pokazuję mu język. Szczerzy do mnie zęby, a Millie chichocze.

– Nie, tatusiu, to wiedźma.

– A co ta wiedźma robi? – pyta.

– Przyszła mnie zabrać do swojego zamku.

– To wiedźmy żyją w zamkach? – Ash zawsze zwraca uwagę na szczegóły, a Millie znów się śmieje.

– Ta akurat tak, ale mnie nie złapie, bo zaraz narysuję ciebie. Ty mnie uratujesz.

Ash się pochyla i całuje ją w głowę.

– Racja. Zawsze uratuję moją małą Millie.

Unosi główkę i uśmiecha się do niego z taką miłością, że aż topnieje mi serce. Kocha go, a on nie mógłby być jeszcze lepszym tatą, przez co jeszcze trudniej jest mi odmówić tego, czego chce.

Przenosi spojrzenie na mnie, a ja przez chwilę widzę w jego oczach ból – ból, który sama wywołałam – i zastanawiam się momentalnie, czy nie jestem niesprawiedliwa.

– Oto twoja herbata – mówię. – Millie, możesz sobie jeszcze trochę porysować, kochanie? Muszę porozmawiać z tatusiem o jego planach na przyszły tydzień.

Daję mu znak głową, żeby poszedł za mną do salonu. Unosi brwi, ale słyszę za plecami jego kroki na panelach.

Zrzucam na podłogę stertę kostiumów, nad którymi zgodziłam się popracować, po czym siadam na sofie. Ash zerka na panujący tutaj bałagan, ale nie komentuje go w żaden sposób. Nie siada jednak, tylko chodzi w tę i we w tę. Może to dobry moment, żeby wspomnieć o zdjęciu na Tinderze, ale odkładam to na później. W ten sposób tylko niepotrzebnie doprowadziłabym do większego napięcia.

– To nie może dłużej trwać, Ash. Wiem, że cię zraniłam, ale musimy nauczyć się z tym żyć. Wiesz, że cię kocham, prawda? – pytam.

Splata dłonie na karku, a na jego twarzy gości wyraz bezradności. W końcu ściąga okulary i przeciera oczy.

– Nie sądzę, żebym był choć trochę mądrzejszy w tej kwestii, Jo. Jesteś cholernie niezależna. Rozumiem to i wiem, skąd się bierze. Nie uświadamiasz sobie jednak, że ta sama niezależność buduje jednocześnie barierę. Czuję się niepotrzebny.

Wzdycham z rozpaczą. Rozmawiamy o tym co kilka dni od ostatnich trzech miesięcy i nie robimy żadnych postępów.

– Sam fakt, że nie chcę ślubu, wcale nie oznacza, że nie pragnę spędzić z tobą reszty życia. Marzę o tym! Niczego więcej mi nie potrzeba. Jak możesz czuć się niepotrzebny? To ty spajasz tę rodzinę. Potrzebuję cię. Millie cię potrzebuje.

Spuszcza wzrok i mówi cicho:

– Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo czuję się przez ciebie odrzucony.

Przypomina mi się wieczór sprzed trzech miesięcy, kiedy Ash mi się oświadczył. Włożył mnóstwo wysiłku w przygotowania – piękna restauracja, kwiaty, szampan. Kupił nawet pierścionek.

A ja powiedziałam „nie”.

Wstaję z sofy i podchodzę do niego, unosząc ręce, żeby oprzeć mu je na ramionach.

– Och, daj spokój, Ash. Nie odrzucam cię. Odrzucam jedynie małżeństwo, a to…

– Mamo! – Słyszę wołanie Millie dobiegające z kuchni. – Chyba coś się przypala.

Opuszczam ręce. To bezcelowe, a ja po raz pierwszy się zastanawiam, czy straty, których narobiłam, da się jeszcze w ogóle naprawić.

 

6

 

 

 

 

 

Kolację jemy jak zwykle w kuchni. Pomimo panującego tutaj nieporządku jest to moje ulubione pomieszczenie w domu. Uważam ją za bardzo przytulną z moją piękną, szaroniebieską kuchenką na jednym końcu i piecem opalanym drewnem na drugim. Słychać uderzające o szyby krople deszczu, ale my wciąż się znajdujemy w blasku żółtego światła rzucanego przez miedziany żyrandol zawieszony nad stołem ze świerkowego drewna.

Ash postanowił chyba na razie nie okazywać swojego rozczarowania, choć jestem pewna, że to tylko tymczasowe. Śmieje się w reakcji na opowiadaną przeze mnie historię z jednej z prób grupy teatralnej, kiedy to doszło do sprzeczki między dwiema członkiniami różniącymi się zdaniem co do tego, która z nich powinna stać na środku sceny.

Uśmiechamy się do siebie, kiedy rozlega się pukanie do drzwi wejściowych. Trzy głośne stuknięcia.

– Dzwonek nie działa? – rzucam z niezadowoleniem, odsuwając krzesło.

Ash daje mi ręką znak, żebym została.

– Ja otworzę.

– Nie – odpowiadam szybko. – Siedź.

Tylko jedna osoba nie korzysta z dzwonka przy drzwiach. Steve. Proszę, niech to nie będzie on.Ale kto inny miałby się zjawić przy tej paskudnej pogodzie? Jeśli to Steve, muszę go natychmiast odprawić.

Idę do holu i otwieram frontowe drzwi, gotowa rzucić mu odpowiednią wiązankę, ale na zewnątrz dostrzegam dwóch mężczyzn, których nie rozpoznaję. Jeden z nich wysuwa przed siebie portfel z odznaką.

– Sierżant Bruce Isles – przedstawia się. – To mój kolega, posterunkowy Iain Waterman. Czy możemy wejść do środka?

Pierwsza myśl, która pojawia się w mojej głowie, dotyczy jednego z dzieciaków. Czy coś mogło się stać Noushy lub Samiemu? O Boże, jeśli tak, Ash tego nie przeżyje.

Po chwili wahania otwieram szerzej drzwi i mężczyźni przekraczają próg.

– Chcielibyśmy zobaczyć się z panem Ashrafem Rajavim. Zastaliśmy go w domu?

Przełykam ślinę i otwieram usta, by zawołać Asha, kiedy drzwi prowadzące do kuchni się otwierają i on sam materializuje się w holu. Podchodzę szybko do drzwi za jego plecami i je zamykam, nie chcąc, by Millie cokolwiek słyszała.

– Pan Rajavi? – pyta sierżant.

– Tak? – Ash marszczy czoło. Zapewne myśli o tym samym co ja, chwytam go więc za rękę i ściskam.

– Ashrafie Rajavi, jest pan aresztowany pod zarzutem stosowania przemocy wobec osoby w wieku poniżej szesnastu lat. Ma pan prawo do zachowania milczenia, ale może panu to zaszkodzić, jeśli nie powie pan czegoś, na co później powoła się na swoją obronę w sądzie. Wszystko, co pan powie, może zostać przekazane jako dowód.

Ash wyszarpuje swoją dłoń z mojej, a ja odwracam głowę, żeby na niego spojrzeć. Stoi w bezruchu, wpatrując się w mężczyzn. Wygląda na tak samo przerażonego jak ja. Czy to ma jakiś związek z jednym z jego pacjentów?

Posterunkowy wyciąga ręce i chwyta Asha za nadgarstek, żeby założyć mu kajdanki.

– Proszę się odwrócić – nakazuje i przeciąga Ashowi drugą rękę za plecy, by zatrzasnąć drugą obręcz.

– To z pewnością nie jest konieczne – mówię drżącym głosem.

– Pani Joanna Palmer, zgadza się? Matka Millie Palmer?

Patrzę w poważne oczy detektywa i kiwam głową.

– Tak, zgadza się.

– Bardzo mi przykro, panno Palmer, ale otrzymaliśmy z dwóch odrębnych źródeł zgłoszenia, że pani partner, Ashraf Rajavi, dopuścił się do zastosowania niepotrzebnej siły i aktów przemocy wobec pani córki, Millie Palmer. Zabieramy go na posterunek celem przesłuchania.

Przenoszę przerażone spojrzenie na Asha. To nie może być prawda. Nie Ash. On kocha Millie.

– Nigdy nie zrobiłbym jej żadnej krzywdy, Jo. Musisz mi uwierzyć. – W blasku lampy oświetlającej korytarz twarz Asha wydaje się zielona.

Kręcę głową. Musi być jakieś wytłumaczenie. Z pewnością doszło do jakiegoś nieporozumienia.

– Ash jest chirurgiem dziecięcym, na miłość boską – warczę, starając się nie podnosić głosu w trosce o Millie. – On nie krzywdzi dzieci, on je ratuje!

Detektyw, wysoki mężczyzna o zaczesanych do tyłu włosach i twarzy, która wydaje się nigdy nie uśmiechać, zwraca się do mnie.

– Obawiam się, że mamy zeznania dwóch zupełnie niezależnych świadków, musimy to zatem potraktować z całą powagą.

Przez otwarte drzwi wejściowe dostrzegam jeszcze dwie osoby – mężczyznę i kobietę. Odwracam się z powrotem do detektywa, który zaczyna mówić:

– To jest pani Hobson z opieki społecznej, towarzyszy jej jeszcze jeden funkcjonariusz z naszego zespołu. Zostawimy panią teraz w ich rękach.

Nie wiem, o czym on mówi. Dlaczego muszę pozostać w czyichkolwiek rękach?

Boję się.

Co ty narobiłeś, Ash?

Muszę przestać myśleć w taki sposób. Zorientowałabym się, gdyby krzywdził Millie, prawda?

Młodszy detektyw chwyta Asha pod rękę i kieruje go w stronę drzwi.

– Tędy, proszę.

Wiem, że powinnam coś powiedzieć, ale w tej chwili myślę tylko o Millie. Ona nie może tego zobaczyć. Cofam się o krok i opieram o klamkę drzwi kuchennych. Cokolwiek się wydarzy, nie wolno jej ujrzeć tatusia zakutego w kajdanki.

Czuję, jak zaciska mi się gardło i nie jestem w stanie wypowiedzieć ani słowa, kiedy wyprowadzają go na zewnątrz. Słyszę tylko rozpacz w głosie Asha, który opuszcza werandę i wychodzi na ścieżkę.

– Powiedz Millie, że ją kocham.

A potem odjeżdżają.

 

7

 

 

 

 

 

Pracownica opieki społecznej, szczupła kobieta o wąskiej twarzy, przedstawia się jako Janet. Mija próg, a towarzyszący jej mężczyzna zamyka delikatnie drzwi.

– Rozumiem, że to musi być dla pani bardzo trudne, panno Palmer. Czy możemy gdzieś porozmawiać, zamiast stać w korytarzu?

Zerkam na drzwi prowadzące do kuchni, ale Millie na razie nie podjęła próby jej opuszczenia. Wkrótce się to pewnie zmieni.

– Proszę dać mi chwilę – odpowiadam.

Kobieta zbliża się do mnie o krok.

– Obawiam się, że nie mogę pozwolić, by znalazła się pani sam na sam z Millie. Wyjaśnię to później, ale proszę zostawić drzwi otwarte, kiedy będzie z nią pani rozmawiała.

Co ona chce mi powiedzieć? Dlaczego nie mogę zostać sama z moim dzieckiem?

Otwieram drzwi kuchenne i biorę głęboki wdech, żeby uspokoić nerwy.

– Millie, muszę porozmawiać z tą panią. Tatuś musiał wyjść. Możesz chwilę pobyć sama, skarbie?

Słyszę, jak coś mamrocze, zapewne z ustami pełnymi zapiekanki, więc zamykam cicho drzwi. Opieram się o nie przez chwilę i wycieram grzbietem dłoni łzy, które napłynęły mi do oczu. Millie pomyśli, że Asha wezwano do szpitala, więc dzięki Bogu nie powinna się specjalnie martwić.

Bez słowa wskazuję kobiecie i detektywowi drogę do salonu.

Kiedy tylko siadamy, mężczyzna przekazuje mi szokującą informację:

– W związku z charakterem zarzutów wobec pani partnera musimy zabrać Millie, żeby zadać jej kilka pytań.

Janet patrzy na mnie z troską, ale wyraźnie czuję krew pulsującą w żyłach.

– Nigdzie jej nie zabierzecie. To w ogóle nie wchodzi w rachubę – syczę. Mam ochotę krzyknąć, ale Millie z pewnością by to usłyszała. – Pytajcie ją, o co chcecie, ale tutaj, przy mnie.

– Przykro mi. Wiem, że to dla pani stresująca sytuacja – mówi Janet – ale musimy porozmawiać z nią bez pani obecności, więc nie będzie pani mogła z nią pojechać. W tej chwili nie wiemy, czy dopuściła pani do domniemanej przemocy, czy może brała w niej udział, dlatego nie może mieć pani jakiegokolwiek wpływu na jej odpowiedzi.

Zaczynają mi się trząść nogi. Jak oni mogą myśleć, że mogłabym skrzywdzić Millie albo na to pozwolić?

– To jest po prostu niedorzeczne. Millie to moje dziecko i nigdzie się beze mnie nie ruszy. Lepiej, żebyście to zrozumieli w tej chwili.

Kobieta rzuca mi współczujące spojrzenie. Chyba spodziewała się mojego oporu, ale to detektyw postanawia zabrać głos.

– To dla pani trudny czas, rozumiem to doskonale, ale nie może nas pani powstrzymać przed wykonywaniem pracy. Jeśli tak będzie, wezwę inny zespół, który aresztuje panią pod zarzutem utrudniania śledztwa, a tego przecież nie chcemy, prawda? Zachowajmy więc spokój, tak będzie lepiej dla pani córki.

W tym momencie zastanawiam się, czy najlepszym posunięciem nie byłoby pobiec do kuchni i zablokować drzwi od środka. W tej samej chwili wyczuwam za sobą ruch i zerkam przez ramię.

– Mamusiu?

Słyszę pełen niepokoju głos mojej córki, która musiała wyczuć panujące tu napięcie już w momencie, kiedy otworzyła drzwi.

– Cześć, Millie – mówi kobieta. – Jestem Janet. A to Bob.

Millie patrzy niepewnie na mnie i na dwoje obcych siedzących na sofie. Biorę głęboki oddech i uśmiecham się do niej uspokajająco. Podchodzi do mnie powoli i wspina się na moje kolano, co tylko udowadnia, jak bardzo się boi. Cokolwiek się wydarzy, muszę zapewnić jej poczucie spokoju.

– Millie, Janet chciałaby z tobą o czymś porozmawiać. To nic strasznego. Musisz tylko odpowiedzieć na pytania. Dobrze, kruszynko?

– Jakie pytania?

– To nic trudnego, Millie – wtrąca się Janet. – To nie test jak w szkole. Chcemy po prostu zapytać o to, co lubisz robić, porozmawiać o twojej rodzinie, o ulubionych zabawach. To bardzo proste.

– Widzisz? – dodaję. – Wszystko będzie dobrze.

Patrzy mi w oczy, którym staram się nadać jak najweselszy wygląd.

– Okej – szepcze.

– Coś ci powiem – mówi Janet. – Może pójdziesz do swojego pokoju i zabierzesz ze sobą swoją ulubioną zabawkę?

Czuję, jak ciałko Millie sztywnieje.

– Dokąd jedziemy? – pyta mnie.

– Musimy cię zabrać w takie wyjątkowe miejsce. Spodoba ci się. Jest tam dużo zabawek. Nie będziesz tam długo.

Mam ochotę wrzasnąć na tę kobietę, choć oczywiście nie zrobię tego na oczach Millie.

– To dobry pomysł – potwierdzam. – Skocz do pokoju i przynieś JuJu.

Daję jej całusa w policzek i jeszcze raz uśmiecham, a Millie schodzi z mojego kolana i idzie po swoją lalkę.

Kiedy tylko zamyka drzwi, mój uśmiech znika i pochylam się do przodu z łokciami wspartymi na kolanach.

– Jeśli nie mogę z nią pojechać, to kto się nią zajmie? Nie będzie chyba sama?

Janet kręci głową.

– Przykro mi, ale w tych okolicznościach nie może jej towarzyszyć nikt z rodziny. Ktoś mógłby próbować chronić pani partnera lub nawet panią. Bezpieczeństwo ma dla nas zawsze najwyższy priorytet, zostałam zatem wyznaczona przez policję jako stosowna osoba dorosła. Mam doświadczenie w tej pracy, panno Palmer. Dopilnuję, żeby była spokojna. Bob będzie zadawał pytania, a ja się nią troskliwie zaopiekuję. Zawsze tak postępuję, proszę mi wierzyć.

Nie czuję się szczególnie uspokojona.

– Musimy dopilnować, żeby Millie przeszła przez to jak najłagodniej – mówi Bob. – Mam córkę w jej wieku. Będę delikatny, ale dla jej dobra musimy to wszystko dokładnie zbadać. A kiedy porozmawiamy już z panem Rajavim i z Millie, niewykluczone, że zechcemy zadać kilka pytań również pani.

Chcę krzyknąć, że nic złego się nie działo, ale w mojej głowie zaczyna kiełkować niepokojąca myśl. Czy byłam zaślepiona? Może czegoś nie dostrzegłam? Odrzucam ją i skupiam się na Millie i na tym, co się obecnie dzieje.

– Dokąd – a zastrzegam, że chciałabym to wiedzieć dokładnie – ją zabieracie?

Janet podaje mi adres i numer telefonu, a ja zapisuję dane w telefonie.

– To ośrodek pomocy społecznej – dodaje. Czuję się dzięki temu odrobinę spokojniejsza. Przynajmniej nie zabiorą Millie na posterunek policji w sobotni wieczór. – Wróci do pani już niebawem, obiecuję.

Uświadamiam sobie, że nie zapytałam nawet, na który posterunek zabrano Asha. Skupiłam się wyłącznie na Millie, ale kiedy pytam o to Boba, uzyskuję odpowiedź. Chcę go zapytać, kiedy jego zdaniem Ash wróci do domu, ale otwierają się drzwi i do salonu wchodzi Millie, przyciskając do piersi JuJu.

– Dobrze, Millie, ubierz się, proszę – mówi Janet.

Moja córka patrzy na mnie okrągłymi oczami.

– Ty nie jedziesz, mamusiu?

Klękam przed nią, żeby zrównać się z nią spojrzeniami, i delikatnie ujmuję jej dłonie.

– Nie mogę, kochanie. Muszę tu zaczekać, ale Janet się tobą zaopiekuje.

Uśmiecham się uspokajająco, widzę jednak niepewność w jej oczach, więc wstaję i podnoszę córkę. Zaciska mi ręce wokół szyi, a nogi wokół pasa. Jej gorące łzy kapią na moją twarz, zamykam więc powieki, żeby do niej nie dołączyć.

– Nie chcę jechać bez ciebie, mamusiu – łka.

– To nie potrwa długo, skarbie. Niedługo wrócisz. – Odnoszę wrażenie, że serce rozrywa mi się na pół.

– Obiecaj – mówi, przełykając głośno ślinę.

– Obiecuję.

Stawiam ją na podłodze, przechodzimy do korytarza i pomagam jej włożyć płaszczyk.

– Czy mogę prosić o pani numer telefonu, panno Palmer? – pyta Bob. – Będziemy w kontakcie. Lepiej, żeby nie opuszczała pani domu, na wypadek gdybyśmy wysłali kogoś z pytaniami.

Próbując zachować spokój w głosie, podaję mu numer, który zapisuje w notatniku. Po chwili obserwuję, jak prowadzą Millie ścieżką w stronę samochodu zaparkowanego na podjeździe tuż za moim. Nie spuszczam wzroku z córki, która siada w foteliku na tylnym siedzeniu. Wydaje się taka mała. Staram się pomachać do niej wesoło, jakbym zapewniała, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Ale nie jest.

To najgorszy moment w moim życiu.

 

8

 

 

 

 

 

Kiedy Millie zabrano, stałam w otwartych drzwiach, odprowadzając samochód wzrokiem, jakbym miała nadzieję, że nagle się zatrzyma i zawróci. Nic takiego się nie wydarzyło. W końcu zmusiłam się do pogodzenia z faktem, że odjechała. Zamknęłam drzwi, oparłam się o nie, osunęłam powoli na podłogę i schowałam głowę między zgiętymi nogami.

Od tej pory siedzę w tym samym miejscu, przyciśnięta plecami do drzwi. Brakuje mi energii, żeby się podnieść. Nie mogę płakać. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, że istnieje ból tak dotkliwy, że wykracza dalece poza płacz. Teraz już wiem.

Czuję się bezradna, a całe moje ciało pragnie przytulić się do córeczki. Nie potrafię wymyślić ani jednej rzeczy, która pozwoliłaby mi coś zmienić i sprawić, że Millie znajdzie się bliżej mnie. A co z Ashem? Wciąż nie mogę uwierzyć, że byłby zdolny ją skrzywdzić.

Nagle pojawia się w mojej głowie myśl, która uderza mnie niczym rozpędzona ciężarówka. Ile kobiet wierzyło w swoich mężczyzn i nagle się dowiadywały, jak bardzo się myliły?

– Nie, nie, nie – mamroczę, przyciskając dłonie do skroni. Nie mogłam być przecież aż tak ślepa.

Zła na samą siebie, zaczynam przesiewać wspomnienia, zastanawiając się, czy coś przegapiłam. Czy istnieją jakiekolwiek dowody na to, że Millie została skrzywdzona? Miała kiedyś taki dziwny siniak, ale przecież to typowe u dzieci w jej wieku. Nie dostrzegłam niczego, co sugerowałoby, że cierpi, a w sposobie traktowania Millie przez Asha lub w jej zachowaniu względem niego nie ma niczego, co dawałoby mi jakikolwiek powód, by zwątpić w jego miłość i oddanie córce. A jeśli jego czułość jest po prostu nagrodą za jej milczenie? Jeśli ona wydaje się tak go uwielbiać tylko dlatego, że uważa to za najlepszy sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa?

Nie! Nie wierzę, że Ash mógłby być tak przebiegły. Przecież dostrzegłabym jakieś ślady, prawda?

Potem wraca kolejne wspomnienie – takie, które wolałabym zignorować – i muszę stawić czoło faktowi, że nie dalej jak tydzień temu zobaczyłam jego zdjęcie w serwisie randkowym. Choć próbuję uznać to za kradzież tożsamości w sieci lub czyjeś chore poczucie humoru, muszę przyznać, że ziarno zwątpienia zostało zasiane.

Do tej pory nawet przez chwilę bym nie pomyślała, że mógłby być mi niewierny, ale jeśli się myliłam, to w jakiej jeszcze kwestii mogłam się mylić?

Co ty zrobiłeś, Ash?

Jakakolwiek jest prawda, w tej chwili liczy się jednak tylko moja córka.

Co się z nią stanie? Ma dopiero siedem lat. Poczuje się zagubiona, będzie się zastanawiać, co się dzieje. Serce prawie mi pęka na myśl, jak bardzo musi być teraz wystraszona i zdezorientowana.

Dlaczego nie pozwolili mi z nią pojechać?

Wiem dlaczego. Z pewnością mnie podejrzewają i zakładają, że albo pozwoliłam, by coś się wydarzyło, albo przymknęłam na to oko. Na samą myśl robi mi się niedobrze.

Czuję nagłe pragnienie zrobienia czegoś, podjęcia jakiegoś działania.

Podnoszę się z podłogi i wyjmuję telefon. Zamierzam zadzwonić do Asha – może pozwolą mu odebrać, jeśli czeka na przesłuchanie. Muszę go zapytać, błagać o to, by powiedział mi prawdę.

– Siri, połącz z: Ash – wydaję telefonowi polecenie.

– Łączę z: Ash – odpowiada bezcielesny głos.

W tej samej chwili słyszę dzwoniący na piętrze telefon. Oczywiście. Pracował tam przecież przed kolacją. Wydaję z siebie pełen frustracji jęk.

Może powinnam porozmawiać z kimś, kto mnie przekona, że wszystko będzie dobrze, że po prostu przesadzam z reakcjami. Ale z kim?

Na pewno nie z moją matką. Już słyszę, jak mówi: „On jest facetem, Jo. Moim zdaniem zawsze trzeba zakładać najgorsze”.

Nie z Tessą, która uważa, że mężczyzn należy po prostu rezerwować na urlopy, okazjonalne weekendy i chwile, kiedy ma się wyjątkową potrzebę pójścia z kimś do łóżka.

Prawda jest taka, że nie chcę mówić nikomu o podejrzeniach wobec Asha, bo zdaję sobie sprawę z konsekwencji. Nawet jeśli zostanie uznany za niewinnego, moja mama i Tessa już nigdy nie spojrzą na niego w taki sam sposób.

Na myśl przychodzi mi Nousha, jego siostra. Ona nigdy nie dałaby wiary w jakiekolwiek złe postępowania Asha, ale zaczęłaby gadać tylko o sobie, o tym, ile straciła nerwów, martwiąc się o brata. Ostatecznie to ja musiałabym pocieszać ją.

Jedyną osobą, która mogłaby mnie wysłuchać, jest Sami, choć trudno zgadnąć, gdzie może się podziewać o tej godzinie w sobotni wieczór. Sami jest jedną wielką niewiadomą, a Ash nierzadko nad nim ręce załamuje, ale chłopak ma dobre serce, więc postanawiam zadzwonić.

Jego komórka dzwoni bez końca, a skrzynka głosowa w ogóle się nie włącza.

Zostałam z tym wszystkim sama.

 

9

 

 

 

 

 

Od chwili, kiedy zabrano Millie, upływają już dwie godziny, a ja przez większość czasu leżę na jej łóżku, otoczona zabawkami. Owijam się w jej różowo-bordową kołdrę i przyciskam do policzka poduszkę. Czuję jej słodki zapach, przez co jeszcze bardziej pragnę ją odzyskać.

Powiedzieli, że ktoś będzie ze mną w kontakcie, sprawdzam więc co kilka minut telefon, żeby się upewnić, że mam sygnał, naładowaną baterię i połączenie z siecią. Nikt do tej pory nie zadzwonił.

Teraz, kiedy moje przerażenie zaczyna już sięgać szczytu, czuję narastający gniew. Zamierzam do nich zadzwonić.

Chwytam telefon, znajduję numer, który dała mi Janet, i go wybieram. Słyszę jeden sygnał, dwa, trzy. Boję się, że nikt nie odbierze. Na szczęście sygnały się urywają. Przez chwilę w słuchawce panuje cisza, jakby nikogo tam nie było.

– Halo? – mówię.

– Kto mówi? – odzywa się chrapliwy głos. Brzmi tak, jakby należał do starca.

– Jo Palmer. Chciałabym porozmawiać z panią z opieki społecznej, z Janet. Albo z Bobem, detektywem – odpowiadam.

– Nie ma tu nikogo o takim nazwisku. Wybrała pani zły numer.

Telefon milknie, a ja czuję ucisk w trzewiach. Źle go wpisałam? Sprawdzam rejestr połączeń na podstawie podanego mi przez Janet numer. Wszystko się zgadza.

Rzucam telefon na łóżko, opieram czoło i grzbiet dłoni i łkam. Byłam taka zdenerwowana, że pewnie źle go wprowadziłam, kiedy Janet dyktowała.

Uświadamiam sobie nagle, że mam przecież adres, sięgam więc ponownie po telefon. Mogłabym tam pojechać i zaczekać na Millie.

A jeśli już wyjechali i właśnie wiozą ją do domu? Co będzie, jeśli tu przyjadą, a w domu nikogo nie będzie?

Nie wiem, co robić. Mogłabym poprosić Tessę, żeby została w moim domu, kiedy pojadę po Millie, starając się uniknąć wyjaśnień lub coś wymyślając na poczekaniu, ale najpierw muszę się dowiedzieć, jak daleko znajduje się to miejsce.