Zamknięte pokoje - Care Santos - ebook
Opis

"Jest rok 2010. Violeta Lax, historyk sztuki z Art Institute w Chicago badająca twórczość wybitnego hiszpańskiego malarza Amadea Laxa (prywatnie jej dziadka), przyjeżdża do Barcelony. Po kilku dekadach administracyjnych przepychanek pełnomocnikowi spadkobierców artysty udaje się doprowadzić do otwarcia w ich dawnej rodzinnej rezydencji monograficznego muzeum Amadea Laxa, zgodnie z jego ostatnią wolą. Jednak podczas prac remontowych w pałacyku zostają odkryte zwłoki kobiety. Kim była denatka? Dlaczego ktoś zatuszował jej śmierć? I czy w tej sytuacji dojdzie do otwarcia muzeum? Odkrywając nowe fakty, Violeta zacznie zupełnie inaczej patrzeć na historię swojej rodziny… „Siła tej książki nie leży w pomyśle, ale w sposobie, w jaki zmienia nasze postrzeganie rzeczy i nas samych. Świetna powieść.” La Vanguardia  „Care Santos po mistrzowsku łączy epoki, od ostatnich lat XIX wieku do czasów współczesnych, tworząc między nimi doskonałą harmonię. Wiarygodnie kreśli postacie i z łatwością przenosi czytelnika w przeszłość. Pisze językiem eleganckim i wyważonym, pozbawionym zbędnych ozdobników. Lektura godna polecenia”. Revista Leer „Care Santos otwiera swoje Zamknięte pokoje po mistrzowsku, kreując intrygę jednocześnie nie popadając w banał”. El Cultural (El Mundo)"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 582

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Habitaciones Cerradas

Copyright © Care Santos, 2011

Copyright © Editorial Planeta, S.A., 2012

Translations rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria, SL

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-189-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla moich dzieci, wnuków oraz prawnuków

moich dzieci, które nie będą wiedziały, kim byłam.

Obiecaj jedno: kiedy umrzesz, ktoś mnie wezwie.

EMILY DICKINSON

Czas: jedyny temat.

YASMINA REZA

Nieobecna Teresa, 1936

Fresk, 300 x 197 cm Obecnie niedostępny dla publiczności

Teresa Brusés była obsesją i – jak mówiono – wielką życiową tragedią malarza Amadea Laxa. Spośród trzydziestu siedmiu przedstawiających ją obrazów tylko jedna trzecia namalowana została w ciągu ośmiu lat ich małżeństwa. Najbardziej niezwykłym z nich, uważanym za najlepsze dzieło autora, był ten ogromny fresk wykonany podczas prac remontowych przeprowadzonych na wewnętrznym dziedzińcu jego rodzinnego domu i datowany na 1936 rok (prawdopodobnie z początku lata). Użytą techniką był tak zwany fresk suchy, polegający na malowaniu rozcieńczonymi w wodzie farbami na warstwie zwilżonego wapna, zastosowany tu przez Laxa po raz pierwszy i co ciekawe, po raz ostatni. Obraz przedstawia modelkę od pasa w górę ze zwróconym w jedną stronę ciałem i twarzą prawie z profilu, patrzącą w jakiś punkt znajdujący się poza obrazem wzrokiem smutnym albo może zagubionym. Wszystko to podkreśla zastosowanie chromatycznej gamy kolorystycznej – przeważają kolory ciemne: odcienie niebieskiego, czerń, ochra, indygo… – oraz grubych, zdawałoby się niedbałych pociągnięć pędzla, którymi namalowano pewne elementy, takie jak włosy czy dłonie. To rzadkość w pracach artysty tak drobiazgowego i dbającego zawsze o kontury i czystość kreski, w tym wypadku świadcząca o niespotykanym w jego twórczości pokrewieństwie z ekspresjonistami. Oczywiście wielokrotnie opisywany styl tego obrazu większość specjalistów przypisuje krytycznemu momentowi, w jakim został stworzony. Lax namalował go bowiem tuż po tym, jak modelka porzuciła go dla innego mężczyzny. Niestety fresk nie jest dostępny dla publiczności, ponieważ znajduje się w dawnej rezydencji artysty, która od wielu lat czeka na realizację projektu mającego na celu stworzenie tam muzeum. Wymaga to zgody władz, między innymi rządu autonomicznego, któremu Lax zapisał w spadku swój dom i artystyczną spuściznę.

Klejnoty sztuki katalońskiej,

Wydawnictwo Pampalluga, Malgrat de Mar, 1987 r.

Od: Silvana Gentile

Data:8 lutego 2010

Do: Violeta Lax

Temat:Ważna sprawa

Nie znamy się. Nazywam się Silvana i mieszkam wraz z rodziną w Nesso, małej miejscowości w pobliżu jeziora Como na północy Włoch. Piszę do Pani na prośbę mojej matki, która chciałaby wysłać do Pani list. Czy zechciałaby Pani podać nam swój adres do korespondencji?

W oczekiwaniu na Pani odpowiedź serdecznie pozdrawiam.

Silvana

Nesso (Włochy), 10 lutego 2010 r.

Szanowna Pani Lax,

zapewne pomyśli Pani, że ten list przyszedł z zaświatów. Proszę mi wybaczyć, że nie przesyłam go Pani w ten diabelnie szybki sposób, jaki umożliwiają nam maszyny, ale jestem jedną z tych osób, które nadal uważają, że listy pisane odręcznie zawierają w sobie więcej niż tylko wiadomość. Czuje się w nich puls ręki, która je napisała, wilgoć towarzyszących temu łez i być może uzasadniające je drżenie wzruszenia. Prawdopodobnie pomyśli Pani, że pisze oto ktoś rozczarowany nowoczesnością, określany mianem człowieka staroświeckiego, i będzie miała Pani rację. Prawdopodobnie to miejsce, w którym się urodziłam i które rzadko opuszczałam, napełniło mnie błędnym przeświadczeniem, iż świat jest spokojny i łagodny. Szczerze powiedziawszy, w moim wieku wolę pozostać w tej iluzji. W ramach tego wstępu dodam jeszcze, że jestem Pani wdzięczna za wyrozumiałość. Jeśli w jakiś sposób może to zrekompensować udostępnienie swojego adresu obcej osobie, przyznam, że trudno byłoby mi cokolwiek Pani opowiedzieć, korzystając z brzydkiej plastikowej klawiatury.

Sprawa, w której do Pani piszę, może wydać się Pani początkowo zupełnie obca: kilka tygodni temu zmarła moja matka. Mam nadzieję, że będę miała okazję opowiedzieć Pani o niej i o tym, jak bardzo kochała to miejsce, do którego przyjechała jeszcze jako dziewczynka. Jej odejście pogrążyło nas w głębokim smutku. Być może ukoi go jedynie spełnienie jej ostatniej woli, pomimo że jest ona dla nas – dla mojej córki i dla mnie – równie zaskakująca, jak prawdopodobnie będzie dla Pani.

Początkowo nie rozumiałyśmy, dlaczego moja matka wymieniła Panią w swoim testamencie, zresztą nie tylko ta kwestia nas zdumiała. Potrzebowałyśmy zatem, a przynajmniej ja, trochę czasu, żeby poskładać fakty i upewnić się, że to, co z początku wzięłyśmy za fantazje zmęczonego życiem umysłu, było w rzeczywistości fundamentem historii rodziny – naszej i podejrzewam, że również Pani.

Wszystko to, jak Pani się przekona, wymaga kilkugodzinnej rozmowy. Są kwestie, o których należy porozmawiać osobiście przy dobrym jedzeniu i z ładnym krajobrazem w tle. Proszę mi wybaczyć zwięzłość. Nie chciałabym o tej sprawie rozpisywać się w liście. Nawet w takim prawdziwym jak ten.

Dlatego też, Violeto, za pośrednictwem tej kartki papieru chciałam oficjalnie zaprosić Panią do odwiedzenia nas. Nasz dom jest małą oazą spokoju z widokiem na jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Może Pani tu zostać jak długo zechce, o wiele dłużej, niż wymagają sprawy, które powinnyśmy załatwić. Z tego co wiem, moja córka Silvana jest mniej więcej w Pani wieku. To ona zarządza obecnie naszym hotelikiem, w którym oczywiście czeka na Panią pokój. Proszę tylko powiadomić nas o dniu przyjazdu, żebyśmy mogły osobiście Panią odebrać.

Może być Pani pewna, że potraktujemy Panią jak członka naszej rodziny.

Mając nadzieję, że to nastąpi wkrótce, pozdrawiam serdecznie,

FIORELLA OTRANTE

Od: Violeta Lax

Data:1 marca 2010

Do: Arcadio Pérez

Temat: Podróż do Europy

Drogi Arcadio,

w końcu zdecydowałam się na podróż do Europy. Drina, moja asystentka, próbuje załatwić mi bilet na przyszły tydzień. Powiedz, ile dni powinnam według Ciebie pozostać na miejscu, żeby dobrze wykorzystać pobyt? Wiesz, że najbardziej chciałabym zobaczyć fresk Teresy, zanim zostanie usunięty ze ściany dawnego dziedzińca, ale będę Ci też towarzyszyć – jako ekspert, spadkobierczyni i przyjaciółka (co będzie bardziej przydatne) – podczas tych okropnych spotkań, o których mi mówiłeś. Z góry Cię jednak uprzedzam, że mam alergię na polityków.

Poza tym mam zamiar polecieć do Włoch. Początkowo chciałam tam pojechać w pierwszej kolejności, a dopiero potem wyskoczyć do Barcelony, ale dzisiaj rano nagle przypomniałam sobie, że prace konserwatorskie pewnie zaraz się rozpoczną, a za nic w świecie nie chciałabym stracić tej ostatniej okazji obejrzenia głównego dzieła mojego dziadka w jego pierwotnej lokalizacji. Tym bardziej że jest to dzieło, o którym przez lata wykładałam i pisałam, aż stałam się w końcu specjalistką w tej dziedzinie.

Reasumując: czekam na wieści.

Całuję,

Vio

PS. Przy okazji, jeśli zaprosisz mnie na lampkę wina, obiecuję, że opowiem Ci o dziwnych okolicznościach, w których tajemnicza wiekowa dama zaprosiła mnie do siebie nad jezioro Como. Przysięgam, że to nie żart. I mam zamiar tam pojechać. Daniel mówi, że zwariowałam. Ach, Daniel przesyła Ci pozdrowienia. Ostatnio jest tak zajęty swoją powieścią, że nie ma nawet czasu dla rodziny.

Od: Drina Walden

Data:1 marca 2010

Do: Violeta Lax

Temat: Europa

Przesyłam Ci wszystkie informacje o lotach, o które mnie prosiłaś: Chicago–Barcelona i Barcelona–Orio al Serio (Bergamo/Mediolan). Sprawdziłam, że z tego lotniska będziesz miała najbliżej do jeziora Como. A właśnie tam się wybierasz, prawda? Napisz mi, czy chcesz przy okazji zwiedzić Mediolan, czy taki plan podróży Ci odpowiada. Muszę też wiedzieć, kiedy wracasz i skąd.

Wiem, że tego nienawidzisz, ale muszę zadać Ci to pytanie. Nie jako Twoja asystentka, lecz tym razem jako przyjaciółka. W końcu zanim zostałam asystentką, o wiele wcześniej byłam przyjaciółką.

Vio, czy jesteś pewna, że ta podróż nie jest w rzeczywistości ucieczką? Sama nie wiem, podjęłaś tę decyzję tak pospiesznie i w tak dziwnym momencie. Nie rozumiem, dlaczego wyjeżdżasz właśnie teraz, kiedy Art Institute otwiera TWOJĄ wystawę portrecistów! I to, o czym mi napisałaś, niepokoi mnie jeszcze bardziej: „Pogodzić się z częścią mojej przeszłości, której pozwoliłam uciec”? Nie mam pojęcia, co może być dla Ciebie aż tak ważne, żeby rezygnować z wygłoszenia mowy przed wszystkimi szefami w dniu otwarcia wystawy. Wiem, że to dla Ciebie jedynie dodatkowy pretekst i że tak naprawdę masz mnóstwo powodów, by jechać do Europy, począwszy od fresku Teresy, ale nadal nie jest to dla mnie jasne.

Być może pozwalam sobie na zbyt wiele nawet jako przyjaciółka, coś mi jednak mówi, że to wszystko ma związek z kryzysem, o którym mi wcześniej wspominałaś. Praca Daniela, Twój brak wiary w Wasz związek, obowiązki, jakie pociąga za sobą posiadanie dzieci… To wszystko minie, kochana. Albo nastąpią zmiany. Takie rzeczy przydarzają się nam wszystkim. To tylko kwestia czasu, wkrótce spojrzysz na to w inny sposób. Podsumowując, chciałam Ci tylko powiedzieć, że bardzo się o Ciebie martwię. Mam wrażenie, że kłębi się w Tobie wiele emocji naraz, a ja nie potrafię dociec ich źródła.

Obiecasz mi, że będziesz na siebie uważać? I że powiesz mi, jeśli będziesz mnie potrzebowała do czegoś więcej niż zarządzanie Twoim kalendarzem spotkań?

I

– Kiedyś opowiem ci o wszystkim, co pamiętam, i zmarli przewrócą się w grobach – wyszeptała Concha pewnego razu do swojej kochanej Aurory.

Życie nie dostarczyło jej wielu okazji, żeby mówić długo i rozwlekle. Chociaż być może to był tylko jeden z powodów, dla których Concha nigdy nikomu nie opowiedziała wszystkiego, co pamiętała.

Na przykład nigdy nie wspomniała, że w sobotę 24 grudnia 1932 roku pani Maria del Roser Golorons, wdowa po panu Laksie, po wysłuchaniu o godzinie dziewiątej mszy w kościele Matki Boskiej Betlejemskiej poświęciła cały dzień na zakupy w Wielkich Domach Towarowych El Siglo. Spędziła wiele czasu w dziale konfekcji dziecięcej na drugim piętrze, gdzie kupiła pełną wyprawkę dla pierwszego wnuka, który miał się urodzić w połowie wiosny: flanelowe pieluszki, ozdobne kocyki, kaf­taniki z batystu i holenderskiego lnu, a nawet pół tuzina haftowanych sukieneczek z falbankami (na wypadek gdyby urodziła się wnuczka). W dziale zabawek wybrała wspaniałego skaczącego pieska, tekturowego konia i blaszany powóz z zaprzęgiem koników. Następnie odwiedziła dział z wyrobami koszykarskimi, żeby kupić wózek spacerowy, watowaną czapeczkę ozdobioną wełnianymi pomponami oraz kołyskę z baldachimem, wyplecioną z wikliny, ale w cenie, jakby zrobiona była z najlepszego rodzaju drewna. Radość pani Marii del Roser z możliwości obsypania prezentami pierwszego dziecka Amadea, jej najstarszego syna, i jego kochanej Teresy znalazła wyraz w wielkości zrobionych przez nią zakupów.

– Dzisiaj dzieci są bardziej wymagające niż kiedyś i potrzebują więcej rzeczy – mówiła, żeby usprawiedliwić te sprawunki.

Idąc dalej, zatrzymała się przed piętrowym domkiem dla lalek kosztującym dziesięć peset. Przez chwilę Concha obawiała się, że jego widok przywoła najcięższe wspomnienia przedwcześnie zmarłej Violety, ale zdziwiła się ponownie, słysząc:

– To będzie mój prezent pod choinkę dla twojej córki. Myślisz, że jej się spodoba?

Kobieta ubrana w elegancki czarny uniform noszony przez personel sklepu uśmiechała się do obu dam, stojąc po drugiej stronie drewnianej lady.

Concha zbliżyła usta do ucha pani Marii del Roser i z największą dyskrecją powiedziała:

– Nie mam dzieci, proszę pani. Może chodziło pani o Laię, córkę kucharki Vicenty.

– Właśnie, to ta śliczna dziewczynka z wesołymi oczkami! – Maria del Roser wyglądała na podekscytowaną, ale zaraz się nadąsała. – Nie. To nie jest dobry pomysł. Nie sądzę, żeby ta dziewczynka jeszcze bawiła się domkiem dla lalek.

– Ma dwanaście lat – odrzekła Concha. – Sądzę, że byłaby zachwycona.

– Nie, nie, nie. – Jej pani odrzuciła ten pomysł, jak gdyby wydał jej się bardzo nieprzyjemny, i ruszyła dalej, zapominając o miniaturowym domku.

W dziale kuchennym chciała, żeby wyboru dokonała jej wierna towarzyszka. To była w pewnym sensie jej rola i powód jej obecności w tym miejscu. W oczach pani stawała się kimś w rodzaju wszechwiedzącego doradcy, jasnowidzki przepowiadającej potrzeby, a nawet katastrofy, które złagodzi kupno kilku przedmiotów. W rzeczywistości to Teresa, nowa pani domu, nalegała, żeby Concha nawet na sekundę nie zostawiała jej teściowej samej. Nie tylko towarzyszyła i służyła pomocą podupadającej już na zdrowiu starszej pani, ale pilnowała również, żeby jej posunięta demencja nie sprowadziła na rodzinę kłopotów.

W obecności nadskakującego ekspedienta, który pokazywał jej garnki i rondle z taką samą dumą, z jaką pokazywałby jedwabie i organdyny, pani Maria del Roser mrużyła oczy, przywoływała Conchę gestem i mówiła:

– Ty wybieraj, w tej dziedzinie jesteś autorytetem.

Do końca nie było wiadomo, czy ta niewiedza jest prawdziwa czy udawana, chociaż Concha przypuszczała, że pani del Roser wie o zarządzaniu domem więcej, niż była skłonna przyznać, i że jej luki w pamięci wynikają zazwyczaj raczej z braku zainteresowania niż z ignorancji. Jej choroba nie rozwiewała żadnej z tych wątpliwości.

Tego popołudnia, oglądając patelnię, w której dnie odbijała się karykatura jej twarzy, odezwała się:

– Będziemy potrzebować ich co najmniej tuzin, prawda, Conchito?

Służącej udało się w jakiś sposób przekonać ją do kupna jedynie dwóch patelni. Pani uparła się również na dwa garnki i cztery rondle różnej wielkości i najwyższej jakości, wszystkie z żelaza, pokryte niebieską emalią. Tak naprawdę nie potrzebowały żadnej z tych rzeczy, a w kuchni wręcz było zbyt dużo naczyń, ale pani Maria del Roser nie potrafiła opuścić Domów Towarowych El Siglo, nie wydawszy co najmniej dziesięciu peset w mieszczącym się na parterze dziale kuchennym.

– Gliniane garnki podobają mi się bardziej od tych błyszczących – zwykła mówić z uśmiechem, kiedy jeszcze tryskała zdrowiem.

Tego dnia wbiła sobie do głowy, że w domu pilnie potrzebują kieliszków z cienkiego kryształu, które kosztowały ponad sto peset, i dodała je do zamówienia, nie mrugnąwszy nawet okiem tuż przed przejściem do działu mody damskiej, gdzie czekała ją ostatnia przymiarka zamówionej sukni wieczorowej, przy okazji dorzuciła do rachunku kilka batystowych halek i dwie haftowane bluzki. Maria del Roser Golorons miała zbyt przekorny charakter, żeby podporządkować się czemukolwiek, nawet modzie, i ubierała się zawsze według kryterium schludności, wygody i odpowiedniego doboru kolorów, ale właśnie teraz, u schyłku życia, uparła się, żeby powrócić do turniury i spódnicy z trenem zamiatającym posadzkę.

– Elegancka kobieta powinna pokazywać jedynie czubki butów – wyrokowała pod wzrokiem zrozpaczonej modniarki, która chwilę wcześniej pokazywała jej szkice najnowszej paryskiej mody: płaszcze z jednym rękawem, które wydały się dystyngowanej klientce zbyt dziwaczne, podobnie jak ich wypowiedziana przez ekspedientkę nazwa: „asymetryczne”. – Ci Francuzi już sami nie wiedzą, co wymyślić, żeby nas oszukać – powiedziała, przechodząc do czegoś innego.

Concha szła za nią po zatłoczonym sklepie radosna jak dziecko. Od śmierci Violety nie widziała pani tak uszczęśliwionej przedświątecznymi przygotowaniami. Bez wątpienia mające niedługo nastąpić narodziny znacząco wpływały na ten dobry humor. Dzięki temu dom znów przypominał odrobinę ten z dawnych czasów, kiedy jeszcze cisza nie zawładnęła nim na stałe.

Po zakupach pani Maria del Roser chciała odpocząć chwilę w kawiarni. Starannie rozłożywszy fałdy sukni, usiadła na jednym z foteli i poprosiła Conchę, żeby przyniosła jej z czytelni żurnal – „tylko nie francuski”, zastrzegła i zamówiła szklankę zimnej wody oraz porcję krokietów. Wyraziła również życzenie zobaczenia się z właścicielem lokalu, z którym zamierzała się przywitać, jak miała w zwyczaju, kiedy odwiedzała tę kawiarnię.

– Usiądź, Conchito, nie denerwuj mnie – powiedziała, wskazując na krzesło.

Don Octavio Conde, jak zwykle starannie i elegancko ubrany, zjawił się, gdy zabierała się do drugiego krokieta.

– Jak się czuje rodzina? – zapytał, pochylając się, żeby ucałować dłoń drogiej Marii del Roser.

– Niech pan sobie wyobrazi, jakie nieszczęście – odpowiedziała – właśnie się dowiedziałam, że Conchita nie ma dzieci.

– W moim wieku raczej powinnam mieć wnuki – zażartowała służąca, która znała pana Octavia, już kiedy był dzieckiem. I szepcząc do ucha pani, dodała: – To Octavio. Zdziwi się, jeśli będzie pani mówiła do niego „pan”.

Octavio uśmiechał się ze zrozumieniem, chociaż patrząc na matkę swojego najlepszego przyjaciela, marszczył usta tak, że rysował się na nich rodzaj troski lub smutku.

– Conchita jest po trosze matką nas wszystkich – wtrącił. – I będzie nią również dla trzeciego pokolenia, które jest w drodze.

– To prawda, prawda – odrzekła Maria del Roser z zagubionym wzrokiem, po czym nagle się ocknęła. – Skąd pan o tym wie?

Octavio jakby się wzdrygnął. Był to ledwo widoczny ruch, który potrafiły zauważyć jedynie oczy tak uważne jak Conchity.

– Ponieważ pani syn i ja przyjaźnimy się od czasów szkolnych. Poznaliśmy się w szkole jezuitów w Sarrià. Wiadomo, że ciężkie życie w koszarach sprzyja zawieraniu przyjaźni – próbował zażartować, lecz jego śmiech był wymuszony.

– A tak, internat. – Maria del Roser przewróciła oczami i dla wygody skrzyżowała dyskretnie nogi pod spódnicą. – Tak bardzo lubiłam odwiedzać was w niedziele – westchnęła z nostalgią.

– My również lubiliśmy niedziele – mówił dalej Octavio – ale obawiam się, że z innych powodów. W obecności rodzin księża stawali się bardziej ludzcy. Tak bardzo zazdrościliśmy Amadeowi, kiedy się od nich uwolnił! Zawsze był najinteligentniejszy z nas wszystkich. I bez wątpienia nadal jest.

Starając się jak najszybciej pozostawić tę drażliwą kwestię, starsza pani zmieniła temat. Nie lubiła rozmawiać o czasach, kiedy jej syn był uczniem u jezuitów w Sarrià.

– Tak, inteligentny – mruknęła, krojąc krokieta. – Szkoda tylko, że stał się taki ponury, nie sądzi pan? O czym to rozmawialiśmy? A tak. Czy spędzi pan Boże Narodzenie z rodziną?

– Obawiam się, że nie – odpowiedział Octavio, pocierając ręce z niezwykłą u niego nerwowością. – Jutro wyjeżdżam do Nowego Jorku, żeby założyć własny interes.

Maria del Roser otworzyła oczy tak szeroko, że jej czoło zmarszczyło się jak miech akordeonu. Concha wyglądała na jeszcze bardziej zaskoczoną.

– Do Nowego Jorku? Na długo? – zapytała służąca.

– Nie wiem, to zależy od tego, jak mi pójdzie. – I wykorzystując nagłą zmianę tematu konwersacji, wymyślił na poczekaniu usprawiedliwienie: – Miło mi było panią spotkać. Teraz muszę panie przeprosić, ponieważ mam jeszcze wiele spraw do załatwienia.

– Oczywiście, rozumiemy – powiedziała Concha.

Maria del Roser nie skomentowała w żaden sposób zaskakującej wiadomości, którą właśnie usłyszały.

– Proszę pozdrowić ode mnie rodziców – ciągnęła, podążając za logicznym porządkiem pożegnań, który od dawna miała zakodowany w głowie. – Odwiedzę pana po świętach, kiedy przyjdziemy kupić wyprawkę dla dziecka. Urodzi się… Conchito, kiedy spodziewamy się mojego wnuka?

– W maju, proszę pani.

– Wie pan, moja biedna synowa już raz poroniła. Ale tym razem, dzięki Bogu, wszystko jest dobrze.

Conchitę zaczynały krępować tego typu zwierzenia. Również Octavio Conde nie wyglądał na zadowolonego z tematu, na który schodziła rozmowa. Chcąc jak najszybciej stamtąd odejść, ponownie ucałował rękę damy, skłonił głowę przed Conchitą i zanim wyszedł z kawiarni, powiedział kelnerowi, że obie panie były jego gośćmi.

Ledwo zniknął, Maria del Roser wyraźnie się zafrasowała.

– Zapomniałyśmy zapytać, czy jego żona czuje się lepiej. To było z naszej strony niegrzeczne.

– Pan Octavio jest kawalerem, proszę pani. Z pewnością chodzi pani o panią Cecilię Gómez del Olmo, jego matkę – odpowiedziała ostrożnie Conchita, podczas gdy pani przyznawała jej rację, kiwając głową. – Pozwolę sobie przypomnieć, że biedaczka umarła wiele lat temu.

– Naprawdę? A czy jej mąż ożenił się ponownie?

– Nie, proszę pani. Pan Eduardo Conde pozostał na zawsze wierny pamięci swojej zmarłej małżonki. Aż do swojej śmierci, również wiele lat temu.

Maria del Roser zmarszczyła brwi.

– Chodźmy, Conchito, bo już nam się wszystko zaczyna mylić.

Przeszły kilka kroków, ale zanim dotarły do windy, starsza pani ponownie się zatrzymała. Windziarz ubrany w czerwoną liberię otworzył im drzwi.

– Jak będzie miał na imię mój wnuk, Conchito? Ciągle zapominam – rzekła Maria del Roser, wciągając powłóczysty tren do windy.

– Modesto, proszę pani. Pod warunkiem że urodzi się chłopiec. Jeśli będzie dziewczynka, jeszcze nie wiadomo – odpowiedziała Concha ze strachem.

Był to strach przed uśpionym bólem mogącym zbudzić się w każdej chwili.

– Chciałabym, żeby nazywała się Violeta – stwierdziła nestorka Laxów. – Jak najszybciej w rodzinie powinna pojawić się kolejna Violeta.

Służąca z ulgą stwierdziła, że ból pozostał w uśpieniu.

– Jak mogą dać mojemu wnukowi imię jak dla windziarza…! – rzuciła Maria del Roser, ignorując stojącego przed nią pracownika. – Wiesz może, dlaczego wybrali takie okropne imię? Przecież jest tylu innych świętych.

– Na cześć malarza, który był mistrzem pani syna.

Odbywały tę rozmowę dziesiątki razy. Ale powtarzanie jej nie przeszkadzało żadnej z nich.

– A tak, prawda. Mój syn maluje. Sądzę, że nawet nieźle.

– Oczywiście, proszę pani. I cieszy się dużym powodzeniem i uznaniem – odpowiedziała z matczyną dumą Conchita.

Ta rozmowa toczyła się przy dużym afiszu reklamowym zajmującym prawie całą boczną ścianę windy. Widoczna była na nim młoda dama w wieczorowym stroju. W jednym rogu wyraźnie widniało napisane grubą kreską nazwisko artysty: Amadeo Lax. Obraz działał niczym wabik na klientów, podobnie jak w czasach, kiedy kilkanaście lat wcześniej służył za reklamę domu towarowego.

– Nie wydaje ci się, że Octavio był dzisiaj jakiś dziwny? – zapytała nagle Maria del Roser. – Nie był sobą.

Conchita odniosła takie samo wrażenie. Przypisała to zdenerwowaniu przed podróżą, o której właśnie im powiedział.

– Gdyby mój syn włożył tyle wysiłku w kierowanie fabrykami ojca i dziadka, nie bylibyśmy teraz biedni – rzuciła pani, zanim władczo wykrzyknęła: – Wysiadamy tutaj, młodzieńcze! Proszę się przesunąć!

Conchita wyszła z windy, czerwieniąc się po uszy. Pani szła, jakby nic się nie stało, skupiona na jakiejś pilnej sprawie, która kiełkowała jedynie w jej umyśle.

– Pani nie jest biedna – pospiesznie odpowiedziała Con­chita, kiedy odeszły na bezpieczną odległość od windziarza. – Jest pani jedynie trochę mniej bogata niż przedtem.

– Przedtem, czyli przed czym? – Kilka delikatnych równoległych zmarszczek ukazało się na czole Marii del Roser.

– Przed kryzysem. Mówi się, że dotknął cały świat, nie tylko barcelończyków. Jeden więcej, inny mniej, ale każdy coś stracił.

– To nie tak, Conchito, nie daj się zwieść pozorom. Prawdziwi bogacze prawie nigdy niczego nie tracą. Może jedynie tupet, ponieważ przy tak wielu anarchistach trzeba udawać. Czy znasz jakiegoś anarchistę?

– Nie, proszę pani, żadnego.

– Tym lepiej, niech tak zostanie. Anarchiści wpadają do domów i kradną dywany. A potem wszystko podpalają. Najpierw jednak dywany. Oni je uwielbiają. – Ponownie się otrząsnęła. – Ale co to za pogawędki? Musimy wracać do domu, Conchito. Czy kupiłyśmy wszystko, co było potrzebne? Zastanów się dobrze.

– Tak, proszę pani.

– Na pewno niczego nam nie brakuje? Może jakiegoś garnka na jutrzejszy obiad?

– Nie, proszę pani. Mamy wystarczająco dużo garnków.

– Jesteś pewna?

– Całkowicie, proszę pani.

– Dobrze, więc nie wiem, co tu jeszcze robimy.

Lekko zmęczonym, lecz jak zawsze dostojnym krokiem pani Maria del Roser wyszła na Ramblę. Julián czekał kilka metrów dalej za kierownicą citroena. Kiedy ujrzał wychodzące kobiety, pospiesznie wysiadł z samochodu, otworzył tylne drzwi i podał ramię starszej pani, pomagając jej wsiąść do środka. Następnie zrobił to samo z Conchą, chociaż już z mniejszym zaangażowaniem. Obie złapały się ramienia starego kierowcy z większą siłą, niż pozwalały na to konwenanse. Dla obu pań, które przekroczyły już sześć dekad życia, wspięcie się do tej nowoczesnej maszyny nie było łatwym zadaniem, tym bardziej że pomocą służył im prawie siedemdziesięcioletni szofer.

W końcu wspierana przez Conchę pani, dysząc, zajęła swoje miejsce. Julián westchnął, być może z ulgą, że operacja załadowania zakończyła się powodzeniem, i wrócił na swoje miejsce za kierownicą.

Kiedy silnik zaryczał, Maria del Roser odezwała się, rzucając ostatnie spojrzenie na oświetlone wejście do domu towarowego:

– Zaszkodziły mi te krokiety, Conchito. Czuję coś tutaj… – Wskazała na ściśnięty gorsetem żołądek. – Jedźmy do domu, Felipe – poleciła. – O tej porze przyzwoite damy nie pokazują się na ulicach.

Staremu szoferowi nie przeszkadzało, że pani nie pamięta jego imienia. Raczej czuł się zaszczycony, że zwraca się do niego imieniem jego ojca, który spędził życie na koźle powozu pierwszego pana Laxa, pracowity i milczący, jak przystało na dobrego służącego. Za życia Julián ubóstwiał go tak samo, jak pamiętał po śmierci, i ostatnimi czasy wdzięczny był pani, że ożywia go w swojej roztargnionej pamięci.

Na markizie nad głównym wejściem do domu towarowego rodzina dziecięcych marionetek ogłaszała Boże Narodzenie. Okna wystawowe błyszczały od świateł. W największym elektryczny pociąg ciągnący wagony załadowane maleńkimi prezentami jeździł wkoło bez przerwy. Po Rambli podążały w obie strony tłumy zaaferowanych ludzi. Gdzieś w pobliżu śpiewano kolędy. Przez ogromne obrotowe drzwi nieustannie ktoś wchodził i wychodził.

Citroen ruszył główną aleją miasta w kierunku morza. Pani przymknęła oczy. Concha poddała się kołysaniu świątecznej radości, ostatnim promieniom słońca w mroźny dzień oraz ulicznemu ożywieniu. Przyglądała się bogatym zdobieniom fasady budynku Filipińskiej Kompanii Tytoniowej, przeżegnała się, mijając kościół Matki Boskiej Betlejemskiej, w którym rankiem tego samego dnia spełniła swoją coroczną powinność, podobnie jak wielu innych barcelończyków. W oddali ujrzała stragany kwiaciarek i poczuła lekką nostalgię za czasami, kiedy żaden silnik nie przeszkadzał kwiatom swoim kaszlem. Z przyjemnością wysiadłaby, żeby kupić bukiet białych stokrotek, ulubionych kwiatów pani Marii del Roser, lecz były już spóźnione i nie miały czasu, aby się zatrzymać.

Na wysokości calle Portaferrissa auto zawróciło i przejechało obok pałacu Moja, którego okiennice były otwarte, jak gdyby ktoś postanowił przewietrzyć wytworne pokoje. Wraz z Conchą zauważyło to kilku przechodniów, którzy zatrzymywali się nagle, z ciekawością oglądając malowidła i rozety na sufitach. Zawracanie wyrwało panią z zamyślenia.

– Sprawdziłaś, czy zaprzężono mulicę? – zapytała. – Nie chcę tracić więcej czasu.

– Nowoczesne pojazdy nie potrzebują mulic, proszę pani. Mają silniki.

Samochód był kaprysem pana Rodolfa. Zamówił go we Francji prawie trzydzieści lat wcześniej, zachęcony reklamą oferującą „citroena limuzynę z eleganckim nadwoziem torpedo”. Żaden miłośnik motoryzacyjnych nowinek nie byłby w stanie oprzeć się takiemu opisowi. Był to jeden z pierwszych automobilów w mieście – numer rejestracyjny cztery – wzbudzający tak wielki zachwyt, że początkowo przechodnie bili brawo, kiedy przejeżdżał.

– Nie daj się zwieść pozorom i sprawdź, czy jest mulica… – odpowiedziała pani, po czym na powrót głowę zwiesiła na piersi i znów się pogrążyła w głębokim śnie.

Na budynku, w którym kiedyś był teatr Coliseum, wisiało ogłoszenie, że w Boże Narodzenie odbędzie się wieczorny pokaz premierowy filmu Harolda Lloyda. Kilka osób czekało przy kasie. W pobliżu paru dżentelmenów głośno rozmawiało, żywo gestykulując. Concha westchnęła znudzona. Takie wzburzenie mogły wywołać jedynie kwestie katalońskiego nacjonalizmu lub kryzys gospodarczy. Ponieważ wydawało jej się, że rozmawiają w miłym dla ucha pięknym języku, w którym można proklamować republiki i jednocześnie sprzedawać melony, stawiała na to pierwsze.

Kiedy dojechali na miejsce, dawno minęła pora, gdy zazwyczaj podawano obiad. Niegdyś takie zachowanie byłoby dla pani nie do pomyślenia. Szczegółowe przestrzeganie rozkładu dnia było zawsze elementem zapewniającym dobre funkcjonowanie domu Laxów. Śniadanie podawano kwadrans po ósmej, pomiędzy dwunastą a wpół do drugiej był czas na spacer, obiad jadano punktualnie o drugiej, różaniec odmawiano o siódmej (we środy piętnaście minut później), a następnie podawano kolację, starając się nie wprowadzać żadnych zmian. W środy pani organizowała swoje spotkania w bibliotece, w czwartki przyjmowano gości, w niedzielę wszyscy szli w południe na mszę do parafii Niepokalanego Poczęcia, której proboszcz, ojciec Eudaldo, zazwyczaj jadł potem obiad u państwa Laxów. I tak niezmiennie, tydzień za tygodniem, aż do Bożego Narodzenia, Wielkanocy czy letnich wakacji, które naruszały tę rutynę.

Tego dnia, 24 grudnia 1932 roku, pani poprosiła, żeby przyniesiono jej herbatę do pokoju, i zniknęła, z nikim się nie witając. Jej syn, czekający na nią przy stole – sztywno wyprostowany na niewygodnym krześle – zaczął jeść, zniecierpliwiony przyglądaniem się stygnącej zupie i oczywiście wściekły. Synowa Marii del Roser, Teresa, próbowała ją usprawiedliwić, podając za powód chorobę teściowej. Nie tylko z tego powodu obiad obojga małżonków okazał się nijaki i smutny. I milczący.

Po południu kilku chłopców na posyłki z domu towarowego dostarczyło starannie zapakowane zakupy. Służący zanieśli je do składziku przy spiżarni w oczekiwaniu na dalsze polecenia. W kuchni trwały pracowite przygotowania do świątecznego obiadu następnego dnia. Rodzina nie miała w zwyczaju zasiadać do uroczystej kolacji wigilijnej. Świętowano obiadem w dniu Bożego Narodzenia.

Pani Maria del Roser nie wychodziła z pokoju przez całe popołudnie. Wieczorem wezwała Antonię, żeby pomogła jej położyć się do łóżka. Kobieta, która rozpoczęła pracę w tym domu zaledwie cztery lata wcześniej, wraz z wprowadzeniem się Teresy, wyszła z pokoju z twarzą wykrzywioną strachem, mówiąc, że nigdy nie widziała pani tak rozstrojonej ani z tak absurdalnymi pomysłami.

– Zwariuję, jeśli będę musiała dłużej jej słuchać – dodała.

Teresa zajęła się wszystkim. Odesłała pokojówkę i z troską oraz łagodnością sama zajęła jej miejsce. Weszła do pokoju teściowej, jak zrobiłby lekarz w nagłym wypadku. Chwilę później stamtąd wyszła i posłała po Conchę. Ręce i głos jej drżały, kiedy mówiła:

– Na miłość boską, Conchito, czy wiesz, gdzie schowany jest klucz do pokoju Violety?

– Oj, nie, proszę pani. Uznaliśmy, że zaginął już wiele lat temu, w dniu… – przerwała, myśląc ponownie o uśpionym bólu, którego nie powinno zbudzić żadne głośno wypowiedziane słowo. Mówiła dalej: – Pani Maria zamknęła nim drzwi na amen. Po tym dniu już nigdy więcej go nie widziałam.

Te słowa nie zniechęciły Teresy.

– Więc musimy go odnaleźć. Jest przekonana, że leży pod jej łóżkiem i przez cały czas zmusza mnie, żebym go tam szukała. Mówi, że chce go mieć w ręku – wytłumaczyła Teresa. – Zajrzałam tam, szukałam go, ale pod łóżkiem nic nie ma. Nawet kurzu.

– Starsza pani plecie głupoty, pani wie o tym tak samo dobrze jak ja. I nie powinna pani tak się schylać. – Concha wskazała wzrokiem ledwo widoczny brzuch Teresy.

– To coś więcej niż niedorzeczności, Conchito. Nigdy nie widziałam jej w tak złym stanie. Przed chwilą poprosiła mnie, żebym zawołała jej syna Juana. Powiedziała, że chce go zobaczyć przed śmiercią. Bardzo się boję. Nie wiesz, czy Amadeo jest w domu?

Concha pokręciła przecząco głową. Widziała, jak Amadeo odjeżdżał chwilę wcześniej bez kierowcy, prowadząc rolls-royce’a. I oczywiście nikt nie miał pojęcia, o której godzinie wróci. Jak zwykle.

– Musisz mi pomóc, Conchito.

– Sądzi pani, że starsza pani zamierza wejść do pokoju Violety? – odważyła się zapytać. – Przeraża mnie sama myśl o tym. To byłoby dla niej fatalne. Tam wszystko wygląda tak samo jak wtedy.

Teresa patrzyła ze smutkiem. Pod oczami miała sine cienie. Położyła dłonie na brzuchu i wygięła plecy w łuk. Była wykończona.

– Musimy odnaleźć ten klucz – powiedziała – albo ona nie zaśnie przez całą noc. Musi przecież gdzieś być.

Teresa spośród służących utworzyła istną drużynę i kazała im szukać tego kawałka żelaza. Po kluczu wciąż nie było śladu, kiedy kwadrans po dziewiątej wrócił pan domu, tak elegancki i zimny jak zawsze. Rozejrzał się bez zainteresowania, zawołał Conchitę i kazał podać sobie kolację do pracowni. Wchodząc na piętro, uderzył w zbyt nisko umieszczony marmurowy liść będący ozdobą schodów i zatoczył się, ale nikt się tym nie przejął. On też nie.

Słysząc, że mąż wrócił do domu, Teresa weszła do jego pracowni, żeby opowiedzieć mu, co się dzieje, i poprosić o zgodę na sprowadzenie jego brata. Zeszła na dół kilka sekund później ze łzami w oczach. Conchita niespokojnie czekała u podnóża schodów.

– Czy pozwolił, żebyśmy zawiadomiły Juana?

Teresa potrząsnęła przecząco głową.

– Tego się obawiałam – wymamrotała stara służąca ze zmartwioną miną.

Pół godziny później mała Laia – która szybko znudziła się poszukiwaniami i matka posłała ją do kuchni – szła schodami prowadzącymi na poddasze, trzymając w rękach tacę z obfitym posiłkiem.

Synowa, odporna na obojętność męża i na zniechęcenie, nadal szukała klucza. Concha prosiła ją wielokrotnie, żeby się położyła, obiecując, że inni będą szukać dalej, ale jej nie posłuchała.

– Nie powinna pani tak się przemęczać – powiedziała Conchita, ponownie wbijając wzrok w brzuch młodej pani. – Nie wybaczyłabym sobie, gdyby przydarzyło się pani to samo co wiosną zeszłego roku.

– Nic mi nie będzie – uśmiechnęła się łagodnie Teresa. – Jestem już w czwartym miesiącu. Doktor powiedział, że wszystko przebiega prawidłowo.

Teresa już dawno temu zrozumiała, że upór jest jej najlepszą bronią.

Klucz w końcu odnalazł się około godziny dwudziestej trzeciej w sekretarzyku w pokoju używanym przez panią czasami jako prywatny salonik. Palce Teresy triumfalnie wyjęły go stamtąd i podały teściowej, która ścisnęła klucz wraz z ręką synowej.

– Zostań na chwilę, Tereso – nakazała – i każ wszystkim wyjść.

Rozmowa kobiet trwała około pięćdziesięciu minut. Kiedy Teresa opuściła pokój pani Marii del Roser, miała zaczerwienione oczy i blade jak papier policzki. Położyła się spać bez kolacji. Herbata i drożdżówki, które Concha pozostawiła na stole w jej saloniku, następnego dnia były nietknięte.

Noc minęła w absolutnym spokoju. Nawet uliczny stróż nie przeszedł przed wielką bramą domu. Być może był to ów wielki spokój, który jak mówią, poprzedza wielkie kataklizmy.

W ciągu kilku następnych godzin, a był to już dzień Bożego Narodzenia 1932 roku, wydarzyły się trzy potworne rzeczy: spaliły się Wielkie Domy Towarowe El Siglo, pani Maria del Roser Golorons zmarła we śnie w swoim łóżku, Amadeo Lax po raz pierwszy spędził część nocy w łóżku Lai, dwunastoletniej córki kucharki.

WTOREK, 27 GRUDNIA 1932 R. • LA VANGUARDIA 7

WIADOMOŚCI LOKALNE

Wczoraj rano odbył się pogrzeb pani Marii del Roser Golorons, wdowy po budowniczym i przemysłowcu don Rodolfie Laxie i jedynej dziedziczki wspaniałych manufaktur włókienniczych w pobliskim mieście Mataró, noszących nazwę od nazwiska właścicieli. Wszyscy przyjaciele i znajomi cnotliwej damy lub jej rodziny, a nawet ci, którzy nie znając jej osobiście, słyszeli o zaletach jej charakteru, przybyli wczoraj, żeby oddać hołd jej pamięci. Jedni uczestnicząc w pochówku w poświęconej ziemi, a inni obserwując kondukt żałobny i odmawiając modlitwę za duszę nieboszczki.

O dziesiątej rano przed domem przy pasaje Domingo, gdzie o świcie pierwszego dnia świąt miała miejsce ta tragedia, uformował się kondukt, w którym znaleźli się: członkowie chóru parafialnego Niepokalanego Poczęcia z krzyżem; wielu przedstawicieli Szkoły Robotniczej z San Andrés ze swoim sztandarem; liczni pracownicy Fabryk Laxa z czarnymi opaskami na prawym ramieniu na znak żałoby, niosący zapalone świece; chór z kościoła Niepokalanego Poczęcia; czterdziestu ministrantów, również z zapalonymi gromnicami, otaczających trumnę, którą nieśli na ramionach robotnicy z rzeczonych fabryk; otwierający kondukt kapłani z parafii.

Za karawanem ze szczątkami zmarłej damy ciągniętym przez sześć czarnych, bogato przystrojonych koni szli wszyscy przebywający w Barcelonie mężczyźni z rodziny oraz pozostali bliscy, którzy z trudem panując nad bólem, uczestniczyli w pochówku.

I tak w towarzystwie proboszcza kościoła Niepokalanego Poczęcia, księdza Eudalda, za trumną kroczyli: syn nieboszczki, niezwykły malarz don Amadeo Lax Golorons; jego brat jezuita ojciec Juan Lax, a wraz z nimi, łamiąc tradycję nakazującą kobietom pozostawać na drugim planie w czasie pogrzebów, pani Teresa Brusés de Lax, synowa zmarłej. Reszta konduktu nie kryła żadnych niespodzianek: lekarz rodziny doktor Gambús, adwokat pan Trescents oraz inni przyjaciele i krewni tworzyli procesję liczącą ponad tysiąc osób. W żałobie rodzinie towarzyszył również radny Bremón reprezentujący burmistrza.

Nie da się wymienić nazwisk wszystkich osób uczestniczących w tym tak tłumnym pogrzebie. Byli tam: hrabia Gómez del Olmo z rodziną (don Octavio, don Javier, don Dionisio oraz don Ricar­do); Sotolongo; Rosillo markiz de Santa Isabel; Boada, Albert Despujol, Bassegoda, Seguí, Plandolit, Samà, Güell y Giró; również pan Morcillo z Gminnego Zrzeszenia Związków Właścicieli Miejskich; doktor Bach z Izby Właścicieli Miejskich; pan Francisco Carreras Candi, prezes Królewskiej Akademii Literatury; pan Duran y Ventosa, były senator; oraz wielu innych, których przepraszamy za pominięcie.

Powyższe nazwiska wymieniamy z pamięci i prosimy osoby niewymienione o wybaczenie nam mimowolnego pominięcia.

Za konduktem jechał powóz Domu Miłosierdzia, karawan zapasowy i trzy wozy wypełnione wieńcami. Wiele z tych kwiatów było ostatnim podarunkiem składanym przez rodzinę, bliskich i przyjaciół nieboszczki. Jeden wieniec był od pracowników Fabryk Laxa i widniała na nim szarfa z następującą dedykacją: „Dla naszej dobrej pani Marii del Roser, która kochała nas jak swoje dzieci”. Na szarfie największego wieńca, przysłanego przez Towarzystwo Spirytystyczne z Vallés, można było przeczytać: „Naszej przyjaciółce i nauczycielce pogrążeni w smutku przyjaciele”.

Przez Paseo de Gracia i lewą stroną calle Aragón kondukt skierował się w stronę parafii Niepokalanego Poczęcia, gdzie uczestnicy pogrzebu wraz z chórem kościelnym odśpiewali uroczystą pieśń. Następnie pochód przeszedł w tym samym szyku aż do skrzyżowania Paseo de Gracia z Gran Vía, miejsca wybranego do składania kondolencji. Ten uroczysty akt szacunku i poważania trwał bardzo długo. Obaj bracia Laxowie uścis­nęli ręce wszystkim uczestnikom pogrzebu, dziękując im za przybycie.

Około trzystu osób, nie złożywszy kondolencji, przejechało ponad setką powozów na Cmentarz Wschodni, gdzie ciało pani Marii del Roser zostało pochowane w obrządku chrześcijańskim w rodzinnym grobowcu, obok jej nieszczęsnej córki Violety, zmarłej na straszną chorobę w kwiecie wieku. Na tę okoliczność zamówiono marmurową rzeźbę płaczącego anioła, którą umieszczono na kopule grobowca. Przedtem jednak odmówiono tradycyjną modlitwę wiernych, a następnie wyrecytowano wiersz zadedykowany zmarłej przez jej synową. Na całej długości Pa­seo de Gracia oraz na ulicach, którymi przeszedł kondukt pogrzebowy, stał ogromny tłum gapiów ze wzruszeniem odmawiających modlitwę.

Ból, w którym pogrążyła się rodzina Laxów, znalazł odrobinę ukojenia i pociechy w szczerej, uroczystej i powszechnej żałobie całej Barcelony. Wszyscy, którzy mają zaszczyt znać członków rodziny zmarłej, towarzyszą im całym sercem w ich cierpieniu. To nieodwracalne nieszczęście jeszcze bardziej wzmocniło więzi sympatii i szacunku, jakimi rodzinę Laxów obdarzają wszystkie klasy społeczne Barcelony, od arystokracji po ludzi najbiedniejszych.

We wszystkich sercach na zawsze pozostanie dobre wspomnienie cnotliwej, a zarazem nieszczęśliwej damy, wszyscy katolicy zmówią w jej intencji modlitwę. Niech spoczywa w pokoju, a rodzinę ponownie prosimy o przyjęcie naszych najszczerszych kondolencji z powodu śmierci drogiej osoby.

II

Concha przez wiele lat przechowywała artykuł z „La Van­guardii”, w którym opisano pogrzeb pani. Kiedy czytała go po raz kolejny, czuła się, jakby znów tam była, wśród wdzięcznego tłumu żegnającego jej panią, otoczona dystyngowanymi damami mówiącymi, że pani Marii del Roser zachowają wspomnienie milczących bitew i niezrozumianych rewolucji, o których nawet nie miały odwagi mówić na głos.

Nie darowałaby sobie, gdyby jej tam nie było. Zawdzięczała wszystko tej dobrej kobiecie, która na zawsze od nich odeszła. Płakała, idąc w kondukcie, nie podchodziła jednak do dobrze strzeżonej trumny. Nie tylko dlatego, że nie była w stanie znieść myśli „nigdy więcej”, ale również dlatego, że była przekonana, iż dla pani ten pogrzeb byłby rodzajem kapitulacji. Nigdy by nie wybrała takiego przepychu ani ceremonii, o jakich zdecydowali inni. „My, kobiety, zawsze musimy w końcu ustępować”, pomyślała Concha, wspominając stanowcze poglądy Marii del Roser, która wywarła na nią taki wielki wpływ. Widząc tłum oddalający się calle Aragón, poczuła, że odchodzi również ważna część jej istnienia. Bez pani nic już nie będzie takie samo.

Przez całe życie Concha zbierała wycinki z gazet, które chowała do blaszanego pudełka w szafce nocnej. Było to pudełko po kruchych ciasteczkach, ozdobione nadrukiem przedstawiającym bawiące się dzieci. Dlatego przez wiele lat nostalgii jej wspomnieniom towarzyszył miły zapach cynamonu.

Na spodzie, pod wycinkami, przechowywała stary katalog Domów Towarowych El Siglo na sezon zimowy 1899/1900. Osiemdziesiąt stron zadrukowanych rysunkami wszelkiego rodzaju produktów, od mebli po koronkowe tasiemki. Na opisach pod każdym z rysunków – „Doskonałej jakości lniana pościel z ręcznie robioną koronką, do łóżka zakonnicy, służącej lub małżeńskiego” – nauczyła się czytać w wieku dwudziestu lat dzięki własnemu uporowi i zaangażowaniu pani Marii del Roser, która była dobrym człowiekiem. Wspominając ją, często mawiała:

– Odczułam jej śmierć tak mocno, jakby umarła moja druga matka.

Concha Martínez Cruces rozpoczęła służbę w tym domu w marcu 1889 roku dzięki swojej starszej kuzynce, która była pokojówką u jednego z Bassegodów.

– Państwo Laxowie szukają mamki do dziecka i mogę cię polecić – powiedziała jej. – Przynajmniej będziesz miała pożytek ze swojego nieszczęścia.

Podczas rozmowy, która odbyła się następnego dnia, Concha ledwie się odzywała.

– Nie zachowuj się jak wieśniaczka – poradziła jej kuzynka. – Spuść wzrok, nie wydawaj brzydkich dźwięków i odzywaj się tylko wtedy, kiedy cię zapytają, dodając zawsze „proszę pani” lub „proszę pana”. Zrozumiałaś?

W tamtych czasach państwo Laxowie jeszcze nie przeprowadzili się do swojej rezydencji przy pasaje Domingo. Mieszkali na starym mieście, przy wąskiej bogatej calle Mercaders, którą nowe plany urbanistyczne zmiotły z mapy miasta. Był to mały dom, chociaż wspaniały dla kogoś z nizin społecznych. Pani Maria del Roser przyjęła je w salonie z fortepianem, siedząc bokiem w fotelu obitym bordowym aksamitem. Miała łagodny wyraz twarzy, ruchy delikatne, lecz pozbawione zmanierowania, naturalną wytworność, co najbardziej wprawiło Conchę w zdziwienie. Nie nosiła żadnej biżuterii ani nie chełpiła się bogactwem. Ubrana była z prostą elegancją, raczej nie podług najnowszej mody, włosy zebrane miała w kok na karku i traktowała ludzi z zaskakującą uprzejmością, a nawet z pewną zażyłością. Niemniej nic z tego nie umniejszało ani o jotę jej przez cały czas widocznej dystynkcji, jak gdyby to była jedna z cech jej charakteru.

– Wolisz, żeby zwracano się do ciebie Concha czy Conchita? – Takie było jej pierwsze pytanie.

– Wszystko mi jedno.

Kuzynka szturchnęła ją po raz pierwszy łokciem.

– Proszę do niej mówić, jak pani woli, proszę pani – odpowiedziała za nią.

– W takim razie będę nazywać cię Conchitą. Oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko temu.

Zainteresowana pokręciła przecząco głową. Kolejny kuksaniec.

– Nie ma, proszę pani. Jak pani sobie życzy – powiedziała zduszonym głosem kuzynka.

– Ile masz lat, Conchito?

– Dziewiętnaście, proszę pani.

Conchicie zdawało się, że w tym miejscu nie słychać jej głosu, jak gdyby pochłaniały go ściany obstawione książkami.

– Za cztery miesiące skończy dwadzieścia, proszę pani – dodała kuzynka.

– Skąd jesteś?

– Z Estopiñánu. W prowincji Huesca.

– Od dawna tu mieszkasz?

– Od dwudziestu trzech dni, proszę pani.

– I podoba ci się Barcelona?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale też nie chciała milczeć.

– Jest ogromna – powiedziała. Pani się uśmiechnęła. Wściekłe spojrzenie kuzynki zachęciło Conchę, która dodała: – Nie miałam jeszcze czasu, żeby coś zobaczyć, proszę pani.

– Sądzisz, że masz dobre mleko, Conchito?

– Tak, proszę pani.

– Czy wychowujesz własne dziecko?

Poczuła skurcz ściskający jej gardło. Pomyślała, że jeśli zacznie płakać, kuzynka się wścieknie, więc próbowała się powstrzymać.

– Nie wychowuję żadnego dziecka, proszę pani.

Maria del Roser Golorons spojrzała na nią ze zdziwieniem. Tym razem Concha wdzięczna była kuzynce za pomoc.

– Niestety, dziecko Conchity umarło, proszę pani. Z powodu gorączki.

Pani poruszyła się w fotelu i zmarszczyła czoło.

– Kiedy to się stało?

– Trzy dni temu – mówiła dalej kuzynka. – Pochowaliśmy je wczoraj.

Wtedy ta wykwintna dama zrobiła coś, co Conchicie zdało się najbardziej niezwykłe, a wręcz krępujące: jej oczy napełniły się łzami. Ze zdziwieniem ujrzała, że płacze podobnie jak ona. Do tamtej chwili zawsze wydawało jej się, że ludzie z wyższych sfer nie robią takich rzeczy. Następnie dama wstała, podeszła do niej i uścisnęła jej dłonie jak córce.

– Biedactwo – wyszeptała – i masz jeszcze siłę, żeby szukać pracy po takim nieszczęściu?

– Nie mam innego wyjścia, proszę pani.

Pani domu ją przytuliła. Concha była tak zaskoczona, że zesztywniała jak kamień. Od dawna nikt jej nie przytulał. Objęta tą pieszczotą jak ciepłą pachnącą wełną usłyszała słowa kuzynki:

– Conchita jest bardzo dobra, sama pani zobaczy. A jej dziecko było godnie poczęte, w małżeństwie. Ale nieszczęsna straciła męża w zeszłym roku.

To była kropla, która przepełniła czarę. Nagle Concha poczuła, że zabrakło jej sił, i wybuchła płaczem. Udało jej się uspokoić, kiedy pani złapała ją pod brodę, otarła jej łzy z policzków i powiedziała:

– Możesz tu zostać już od dzisiaj, jeśli chcesz. Mój syn potrzebuje kogoś takiego jak ty, młodego, silnego i o dobrym sercu. Musisz uratować jego życie za mnie, ponieważ ja nie mogę dać mu niczego.

– Postaram się, proszę pani.

– Ja natomiast postaram się, żebyś zapomniała, że jak sama powiedziałaś, jesteś tutaj, ponieważ nie masz innego wyjścia.

Zapadła cisza, wymiana spojrzeń, nieme porozumienie, które przypieczętowało między nimi obiema pakt niewymagający słów.

– Zaczekaj, chcę, żebyś od razu go poznała – powiedziała pani, wychodząc po kilkumiesięcznego wówczas Amadea.

Jej silne, pewne kroki rozbrzmiały na korytarzu. Chwilę później wróciła uśmiechnięta z Amadeem w objęciach i poprosiła Conchę, żeby po raz pierwszy go nakarmiła. Dziewczyna wzięła dziecko z ostrożnością, z jaką brała własne, usiadła na podnóżku i wyjęła spod warstw znoszonego ubrania prawą pierś. Pani i kuzynka, która spodziewała się porażki, obserwowały ją uważnie.

Amadeo był wątłym dzieckiem o żółtawej skórze i mimo pozycji społecznej rodziny natychmiast wzbudził w nowej mamce współczucie. Być może dlatego, że od razu chwycił jej sutek i zaczął go ssać z taką chciwością i niecierpliwością, z jaką później robił wszystko przez całe życie.

– Niech cię Bóg błogosławi, Conchito – odezwała się pani Maria del Roser, starając się powstrzymać łzy, po czym zapytała: – A ty, dziecko? Też chcesz coś zjeść?

Chociaż nie przyznała się do tego nikomu, Concha nic nie jadła od czterech dni. Była wychudzona. Zastanawiała się nawet, jak tak wyniszczone ciało jest w stanie nakarmić drugiego człowieka. Nieśmiało skinęła głową.

Pani wezwała służącą.

– Powiedz, proszę, Eutimii, żeby na chwilę tutaj przyszła – poleciła.

Eutimia była kobietą, która już dawno skończyła czterdzieści lat, niską, tęgą, szorstką, gadatliwą i sympatyczną jedynie wtedy, kiedy chciała. Jej rumiane policzki i naturalnie śniada skóra zdradzały wiejskie pochodzenie. Pachniała sianem i lawendą. Wydawała rozkazy ze swobodą i odwagą kapitana statku. Jej rola faktycznie nie różniła się zbytnio od tego, co robił stary wilk morski na swoim okręcie. Od ponad dwudziestu lat pracowała jako ochmistrzyni domu i znała sekrety jego murów i mieszkańców z takimi szczegółami, o jakich jej pani nawet się nie śniło. Jurysdykcja Eutimii rozpoczynała się w drzwiach kuchennych i rozciągała się na wszystkie pomieszczenia służbowe, gdzie również była gospodynią, szefową służby, a nawet osobą odpowiedzialną za buchalterię – ona bowiem co tydzień rozliczała się z panem Rodolfem z kosztów prowadzenia domu i nie uszło niczyjej uwadze, że jedynie do niej państwo nie zwracają się po imieniu – jej wpływy zaś zdawały się znacznie rozleglejsze, niż wynikało to z pełnionej funkcji, ponieważ pobierała pensję aż trzy razy wyższą od zarobków innych służących.

Eutimia była wdową. Chodziły słuchy, że jej męża pożarły wilki w ich rodzinnej wsi, chociaż nikt nigdy się nie dowiedział, czy to prawda czy jedynie plotka wymyślona przez służących w trakcie długich zimowych wieczorów. Jeśli była to prawda, musiało do tego dojść, kiedy mieszkała jeszcze nad rzeką Negro, w miejscu zwanym Sierra de la Culebra, Wężowe Góry, którego już sama nazwa przerażała najmłodszych pracowników domu, w tym Conchę. Mówiono również, że przechowuje kilka włosów z wąsów zmarłego męża w medalionie, którego nigdy nie zdejmowała, nawet do spania. Najwyraźniej te włosy były dla niej niezawodnym amuletem i właśnie dzięki niemu posiadała energię dzikiej bestii.

– Eutimio, przedstawiam pani Conchitę – powiedziała pani. – To nowa mamka naszego Amadea.

Ochmistrzyni nosiła świeżo wyprasowany biały fartuch, miała kasztanowe włosy zebrane w kok oraz czepek na głowie równie nieskazitelny jak reszta ubioru. Skinęła głową wymizerowanej dziewczynie, na co Concha odpowiedziała zbyt późno. Wzrok ochmistrzyni zlustrował ją z naganą już przy pierwszym spotkaniu.

Pani łagodnym głosem poleciła:

– Proszę osobiście dopilnować, żeby Conchita zjadła porządną kolację. Niech Rosalía zdejmie z niej miarę, żeby uszyć jej uniform. I proszę nakazać, żeby przygotowano dla niej pokój.

– Dobrze, proszę pani – odpowiedziała Eutimia, ponownie kiwając głową. – Pozwolę sobie jednak przypomnieć, że jedyne wolne pokoje w domu są brudne i zagracone.

Maria del Roser nie wydała się tym zaniepokojona.

– W takim razie proszę, żeby zostały posprzątane. Na ten czas proszę znaleźć dla niej inne miejsce.

– W pokoju Carmeli, nowej pokojówki, jest wolne łóżko – poinformowała zaradna ochmistrzyni.

– Właśnie, niech zamieszkają razem. Tylko na noc lub dwie, dopóki nie przygotujecie pokoju. Problem rozwiązany!

– Dobrze, proszę pani. Czy ma pani jakieś preferencje co do tego, w którym z dwóch pustych pokoi powinna za…?

– Och, Eutimio, niech mi pani nie każe się tym zajmować – przerwała pani domu. – Niech Conchita sama wybierze. Z pewnością ma własne upodobania. Chociaż na razie najważniejsze jest to, żeby ją dobrze nakarmić. Nie zwlekajmy już dłużej, proszę. Ta dziewczyna musi coś zjeść.

– Tak, proszę pani. Poproszę Juanitę, żeby się pospieszyła.

Eutimia wyszła z właściwą jej energią, a Maria del Roser znów spojrzała z sympatią na Conchitę.

– Myślisz, że spodoba ci się u nas? – zapytała.

Dziewczyna ponownie skinęła głową, nie potrafiąc powstrzymać łez.

– A więc załatwione. Eutimia zapozna cię z panującymi w domu zasadami. Zostaniesz u nas już teraz? Ach, głupia jestem, przecież musisz zabrać swoje rzeczy, pożegnać się z rodziną… Wybacz, jestem zbyt niecierpliwa. Powiedz, kiedy będziesz mogła zacząć. Ale proszę, żeby to było wkrótce. Tak bardzo cię tutaj potrzebujemy…

Dobytek Conchity ograniczał się do tego, co miała na sobie, i ciężkiego brzemienia smutku i nieszczęścia. Nie miała z kim się pożegnać ani kogo powiadomić o swoim odejściu poza kuzynką, która patrzyła na nią teraz z mieszaniną dumy i podziwu.

– Mogę zostać już teraz – wyjąkała.

– Chwała Bogu! – Pani była tak zadowolona, że swoim entuzjazmem speszyła obie kuzynki. – Wydam odpowiednie polecenia. A ty karm dalej i o nic się nie martw.

To powiedziawszy, zakończyła rozmowę – jak zwykle w dogodnym dla siebie momencie – i wyszła z pokoju.

Concha czuła się tam szczęśliwa od pierwszych chwil. Pani Maria del Roser od początku jej pobytu w rodzinie traktowała ją lepiej, niż życie potraktowało ją kiedykolwiek. Nie tylko dlatego, że ją nakarmiła, dała jej dach nad głową oraz ciepłe i suche miejsce do spania, ale również dlatego, że nowe życie tak bardzo różniło się od tego, które dziewczyna znała do tej pory, że przez cały czas odnosiła wrażenie, iż znajduje się w jednej z tych wspaniałych opowieści, jakich słuchała, będąc dzieckiem. Pierwsze tygodnie pobytu w domu państwa Laxów wydawały się jej życiem jak z bajki. Z czasem stopniowo przyzwyczaiła się do wszystkiego: do rodziny, dziwactw niektórych jej członków i oczywiście do potrzeb Amadea, którego kochała jak własnego syna, prawdopodobnie mając potrzebę wykorzystania w jakiś sposób swej wielkiej miłości nagle zawisłej w próżni.

Najtrudniej jej było przyzwyczaić się do obecności niektórych mieszkańców domu przypominających widma. Ukazywali się nagle w jakichś drzwiach lub pośrodku korytarza, bezgłośnie, jakby wyłonili się z powietrza, patrzyli na nią nieobecnym wzrokiem i nagle ponownie znikali w smutnej samotnej ciszy. Zrozumiała, że to relikty minionej epoki, istoty wycofane, dla których każda oznaka zmiany, jaką stanowią młodzi służący czy dzieci, jest z pewnością tak niepokojąca jak oni dla większości śmiertelników.

– Widma są ciekawe nowości, a jednocześnie boją się ich. Dlatego obchodzą kołyski, nigdy nie podchodząc do nich zbyt blisko – słyszała w dzieciństwie w swojej wsi.

Na drugim piętrze, w pokoiku tak maleńkim, że przypominał szafę, mieszkała leciwa staruszka. Żyła sobie cichutko i tak rzadko opuszczała swoje lokum, że często domownicy o niej zapominali. Zmarła, kiedy Concha była na służbie zaledwie od kilku miesięcy, a jej bardzo skromna uroczystość pogrzebowa świadczyła o tym, że była czyjąś cioteczną babką lub jeszcze dalszą krewną. Nikt nigdy nie wytłumaczył Conchicie pokrewieństwa nieboszczki z resztą rodziny Laxów. W przylegających do siebie pokojach mieszkały dwie ciotki, stare panny, które mogłyby uchodzić za bliźniaczki, gdyby różnica wieku nie wynosiła ponad piętnaście lat. Jedna miała na imię Roberta, a imienia drugiej Concha nigdy nie poznała, ponieważ wszyscy nazywali ją Mimí. Pomimo podobnych rysów twarzy Roberta i Mimí znacznie się od siebie różniły. Pierwsza była ponura, miała zrośnięte brwi, poważny głos i zachowywała się jak wojskowy. Natomiast jej młodsza siostra jakby się zatrzymała w wiecznej młodości, w niespełnionym romantyzmie, przez cały dzień chodziła, wzdychając, patrząc w dal i haftując na tamborku. Tylko Mimí dożyła przeprowadzki do nowego domu, w którym na krótko zajęła pokój na trzecim piętrze. Zmarła tak dyskretnie, że niektórzy mieli co do tego wątpliwości. Jeszcze wiele lat po jej śmierci zdarzało się, że słyszano dochodzące z jej sypialni westchnienia po straconych szansach.

Mamka starała się nie myśleć zbyt wiele o tych wszystkich wiekowych duszach. Nie było to trudne, ponieważ młodość przeganiała to co stare. W tym czasie Conchita żyła jedynie dla Amadea, którego natychmiast uznała za syna ofiarowanego jej przez los w zamian za to wszystko, co jej zabrał. Kiedy urodził się Juan, zaproponowała, że się nim zajmie, wierząc, iż ma wystarczająco dużo mleka dla obu chłopców, ale pani delikatnie odmówiła. Tym razem sama mogła zająć się synem. Concha była zadowolona z takiego obrotu sprawy, na krótko bowiem pozwoliło jej to odwrócić role: wprowadzała panią w tajemnice wychowywania niemowlęcia, w czym była prawdziwą mistrzynią. Jednocześnie Maria del Roser Golorons jeszcze bardziej doceniła pracę wiernej Conchity, ponadto obie kobiety połączyły niespodziewane więzi: więzi zrodzone z tego, co istnieje ponad pieniędzmi i społecznymi podziałami.

Oczywiście w domu były również osoby, które nie mogły znieść tych nowych porządków. Na przykład Eutimia.

– Udaje niemowę, ale mnie się zdaje, że to żmija. Miejmy nadzieję, że poza głosem niczego innego jej nie brakuje. W tym domu nie ma miejsca dla bezwstydnic.

Eutimia mówiła tak o Conchicie do pozostałych służących, nie przejmując się jej obecnością. Robiła to pod nieobecność pani, krzątając się lub siedząc przy wielkim kuchennym stole nakrytym zawsze nieskazitelnym obrusem i grając sama ze sobą w karty. Oczywiście Concha doskonale słyszała jej komentarze, lecz nigdy nie odważyła się nic jej powiedzieć. W ochmistrzyni było coś brutalnego, co ją przerażało. W ciągu pierwszych miesięcy pobytu u państwa Laxów właśnie Eutimia była jedyną osobą, która wzbudzała w niej strach i źle ją traktowała.

Ochmistrzyni miała rację co do jej milczenia. Od rana do wieczora mamka ledwie się odzywała. Inni robili to za nią, a przynajmniej tak jej się wydawało, ona zaś słuchała ich, starając się nie pominąć żadnego szczegółu. Nikt tego nie zauważał. Większość mieszkańców domu całkowicie ją ignorowała. Milczenie było jej jedyną obroną przed nieznanym.

Nie było niczego dziwnego w tym, że nie zwracano na nią uwagi. Przecież całymi dniami siedziała samotnie, nie licząc towarzystwa Amadea i od czasu do czasu spotkań z panią. Jej praca i plan dnia różniły się od zadań pozostałych służących.

Poruszała się z całkowitą swobodą po takich częściach domu, do których reszta służby nie miała wstępu. Jadła lepiej od wszystkich i o własnych porach. Cieszyła się większymi względami jako osoba, w której rękach leżało życie pierworodnego syna rodziny. Później dowiedziała się, że inne mamki domagają się takich przywilejów przed rozpoczęciem pracy w danym domu, ona zaś dostała to wszystko jakby w prezencie, według niej niezasłużonym. I chociaż zawsze wiedziała, że nic z tego nie jest i nigdy nie będzie jej własnością, nauczyła się tym cieszyć.

Eutimia nie mogła znieść, że ta smarkula korzysta z przywilejów, których ona nigdy nie miała. Zżerała ją zazdrość.

– Ty spryciaro, jeśli dowiem się, że nie masz mleka, obetnę ci cycki nożem do patroszenia, jasne?

Odpowiedzią Conchity było milczenie.

Nigdy nikogo by nie oszukała. Tym bardziej pani, jedynej osoby o dobrym sercu, jaką poznała od długiego czasu. Dlatego też na samą myśl, że Amadeowi mogłaby stać się krzywda, za serce chwytał ją strach.

Z początku żyła w swego rodzaju bańce spokoju. Tylko czasem można ją było spotkać przelotnie w kuchni, w czasie obiadu lub po południu, kiedy odpoczywała od niemowlęcia. Dopiero wieczorem schodziła do sutereny, gdzie wkrótce po przybyciu Conchity do domu przygotowano dla niej pokój. Ale nie była sama dzięki łaskawej decyzji pani podjętej pewnego dnia o świcie, kiedy płacz Amadea wyczerpał jej cierpliwość. Maria del Roser w nocnej koszuli zapukała do drzwi pokoju mamki, błagając ją, żeby zajęła się chłopcem, bo inaczej ona zwariuje. Od tamtej chwili przez cztery lata Amadeo spędzał noce w suterenie z Conchą i resztą służących.

W ciągu dnia mamka i chłopiec przebywali w tak zwanym pokoju zabaw, dość ciasnym pomieszczeniu na najwyższym piętrze, stanowiącym dawniej salonik jednej z prababć, której wkładem do rodzinnej historii było obszycie wszystkiego koronkami i przystrojenie mebli serwetkami wydzierganymi na szydełku. Ten słoneczny w zimie, a zacieniony latem pokój ozdobiony był okazałymi, niepasującymi do niczego stiukami. Amadeo spędził pierwsze lata życia pomiędzy tymi dwoma światami – strojnym salonikiem i ponurym pokojem dla służby – póki nie przeprowadzili się do nowej rezydencji, wtedy bowiem Maria del Roser postanowiła wprowadzić pewne zmiany.

Ale w czasie, o którym mówimy, Amadeo był jedynakiem i Conchitę rozpierała duma, że w ciągu zaledwie miesiąca przybrał pięć kilogramów. Również jej wymizerowane ciało nabrało kształtów, ona zaś przez to wyglądu zdrowszego i bardziej odpowiedniego do swojego wieku. Na twarzy pani Marii del Roser troska ustąpiła miejsca szczęśliwemu uśmiechowi.

– Jesteś naszym aniołem, Conchito! Darem niebios!

Tak, Concha nie przejmowała się niechęcią pozostałych służących. Jej terytorium stanowił pokój na ostatnim piętrze, który na początku zadziałał na jej rany jak balsam. Rano, kiedy karmiła niemowlę, Carmela przynosiła jej na tacy śniadanie. Jajka, świeżo upieczoną bułeczkę, czasami trochę wędliny czy twarogu, jakiś owoc i mleko. Kiedy po raz pierwszy ujrzała to jedzenie i zrozumiała, że jest przeznaczone dla niej, nie mogła powstrzymać łez. Lecz chwilę później poczuła się śmiesznie: płakała nad jedzeniem? Ona, która doświadczyła tyle cierpienia? Czy w ciągu kilku dni tak bardzo zmiękczyło ją życie bogaczy? Chwilowo miała zakaz picia kawy z cykorii – prawdziwa kawa bowiem była zarezerwowana dla państwa – ponieważ powszechnie uważano, że dodaje goryczy mleku, podobnie jak herbata, szparagi, ocet i inne potrawy. Ale nawet bez tego jej dieta stanowiła luksus, jakiego do tej pory nie zaznała.

Po śniadaniu wyjmowała z szafy jedno z wielu ubranek i spokojnie stroiła dziecko na codzienny spacer. Pani Maria del Roser wkrótce zaufała jej wyborom i nigdy nie wtrącała się w te przygotowania będące dla Conchity najprzyjemniejszym zadaniem w ciągu dnia. Następnie odziewała się sama, pamiętając o szczegółach. Granatowy uniform, bielusieńki fartuszek, nakrochmalony czepek, wypolerowane buty i złoty medalik z Matką Boską z Montserratu, który pani podarowała jej na urodziny. Tak wystrojona wkładała dziecko do wózka i wychodzili na spacer.

Wolnym krokiem przemierzała ulice Riera Alta i Ferran, pozdrawiając inne niańki – wkrótce większość z nich znała z widzenia – ciesząc się ciepłem pachnącego morzem powietrza i nieustannie się uśmiechając. Trochę później wychodziły młode panny, niektóre w towarzystwie swoich matek, inne ze srogą piastunką czy guwernantką, szeleszcząc jedwabiami, cienkimi muślinami i taftami spacerowych sukien. Prostota jednych błyszczała obok nadmiernej ostentacji innych, ale każdy mógł odnaleźć w tej rewii coś dla siebie. Około godziny pierwszej na miasto wylegały damy, jadąc powozami w towarzystwie woźnicy i lokaja. Można było również spotkać dżentelmenów konno lub – w przypadku bardziej postępowych – na rowerze.

Trasa spaceru stawała się paradą wytworności i elegancji, ciągłym zdejmowaniem i nakładaniem cylindra, szybkim uściskiem rąk okrytych rękawiczkami z rosyjskiej skórki i litanią pozdrowień dla rodziny. A ponieważ to wszystko nie robiło odpowiedniego wrażenia w wąskich uliczkach starego miasta, co bogatsi zastanawiali się już, gdzie mogliby się przeprowadzić, żeby widać ich było lepiej.

Skrywane na lepszą okazję nieśmiałe damskie uśmiechy wprowadzały niektórych w podły humor. Inni, być może dobrze urodzeni młodzieńcy uganiający się za pięknościami, interpretowali je jako ledwo dostrzegalny, ale oczywisty znak i dawali się ponieść euforii zwycięzców. Jeszcze innych oburzał widok przejeżdżającej powozem kochanki jednego z młodych dziedziców, mającej czelność stawiać się na równi z tymi, którzy ją krytykowali. Milkli jednak, kontemplując kobietę, której uroda podobno była równie wielka jak wulgarność.

Całe to stroszenie piórek osiągało szczyt w południe, przyciągając wszystkich, nawet tłumy bosych obdartusów ze spodniami podtrzymywanymi kawałkiem sznurka, bladymi z głodu policzkami i twarzami brudnymi od węgla, którzy codziennie wystawali na skraju alei, żeby z bliska przyjrzeć się bogaczom.

Conchita wiozła swojego jedenastokilowego niemowlaka, demonstrując złoty medalik i szczery uśmiech. Nigdy do tej pory tak mało nie obchodził jej upływ czasu i nie była tak szczęśliwa.

Spoglądając na Amadea, już wtedy w jakiś sposób wyczuwała, jaki będzie ich los. Okoliczności sprawiły, że stała się świadkiem życia drugiego człowieka. Jak również doradcą, marionetką i prawdopodobnie jedyną osobą zdolną kochać starszego z braci Laxów, wiedzącą o nim wszystko. Concha nie mogła się temu przeciwstawić. Amadeo zawsze będzie jej dzieckiem, i oboje o tym wiedzieli. Był wrażliwym, porywczym, błyskotliwym chłopcem… zawsze wyróżniającym się, zawsze ignorującym innych, chyba że się im sprzeciwiał. Zawsze niezrozumiany. Samotnik z wyboru lub z natury.

Amadeo kochał ją na swój sposób. Płakał po jej śmierci. Była jedyną kobietą w jego życiu, po której płakał. Kilka lat wcześniej pozowała do jednego z jego pierwszych portretów zatytułowanego Anioł dzieciństwa. Tylko za pośrednictwem obrazu mógł jej powiedzieć, jak wiele dla niego znaczyła.

Na pogrzeb anioła dzieciństwa prawie nikt nie mógł przyjść. Jej trudne dziecko, które wyrosło na kapryśnego mężczyznę, przebywało bardzo daleko. Podczas uroczystości pogrzebowej nie było przemów ani śpiewów, o jakich zawsze marzyła, ani jej Amadeo nie wygłosił krótkiej mowy. Wszystko odbyło się szybko, prawie potajemnie, z kilkoma strzałami brzmiącymi w tle. W ostatniej drodze mamce towarzyszyły jedynie dwie osoby: Aurora i Higinio. Ona miała smutny zaszczyt być ostatnią służącą pracującą w domu państwa Laxów. On w pewnym sensie uratował wszystko. Oboje płakali szczerymi łzami.

Namalowana grubą kreską scena pogrzebu Conchity miała miejsce 24 lipca 1941 roku, w nowych czasach, które prawie całkowicie zatarły niegdysiejszy świat Laxów. Z lepszych czasów pozostało jedynie nazwisko Amadea, sławne w świecie, w którym już nic nie robiło na nikim żadnego wrażenia. Dom stał nadal, a oni go bronili, lecz w nocy w pokojach panowała przerażająca cisza. Cisza po nieobecnych, których ktoś nadal często wspomina.

Czas płynął niewzruszenie i najgorsze było to, że nie miał zamiaru się zatrzymać.

Ale podobnie jak życie może nas zaskoczyć nagłym końcem, czasami również daje nam nowe możliwości. Szansę na odrodzenie.

Cisza. Skrzypnięcie bramy. Ktoś przechodzi przez wiekowe drzwi wejściowe, patrzy zaskoczony, odważa się pozostawić ślad na kurzu pokrywającym marmurową posadzkę sieni.

Zagłębia się w tajemnicę. Idzie naprzód.

Ilekroć dzieje się coś takiego, ściany i duchy ogarnia strach.

Anioł dzieciństwa, 1905

Olej na płótnie, 75 x 40 cm