Zamilcz i tańcz - Stanisława Voldsund - ebook
Opis

"Moje życie wierszem pisane"
Moje życie wierszem pisane, gdy nie rozumiem, dlaczego
wbrew rozsądkowi się staje coś nieprzewidywalnego.
Diabeł ogonem zamiata i wystawia mnie na próbę,
problemy, zawody, potyczki – jak ja tego nie lubię!
A dzieje się to ciągle, z moją wolą i bez mojej woli.
Poczytaj, a na pewno znajdziesz coś, co i ciebie boli.
Podobnie jak mnie. Może więc znajdziesz taką samą
jak moja melodię przez wiatr północny świstaną.
Bo moja poezja to krzyk zranionej duszy,
zgrzytającej zębami w bezsilnej rozpaczy.
Mój czas do przeżycia się wciąż kruszy,
a ja nadal spłacam życie na raty.
I wciąż biegam w kieracie pracy i domu,
płacenia rachunków i sprzątania w biegu.
W oparach absurdu i obowiązków ogromu,
w tym szalonym dwudziestym pierwszym wieku.
W wierszach więc łączę się z duszą moją,
którą znajduję ukrytą w Nirwanie.
W trudnych chwilach ona jest mi ostoją
i wiersze moje życiem pisane.
10.05.2018

Stanisława Voldsund z wykształcenia inżynier leśnik, absolwentka Akademii Rolniczej w Krakowie. Prawie całe życie zawodowe związała z lasem i przyrodą. Od dwudziestu lat mieszka i pracuje w Norwegii.   
Poezja zawarta w tym tomiku jest dziełem dotychczasowego życia od studenckich lat 70., aż do dziś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 88

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dedykuję tę książkę mojej babci i mamie,

za podarowanie mi oceanu miłości

i wsparcia w moich poczynaniach

Podziękowania

Chciałabym na wstępie podziękować szczerze Jury Konkursu na Książkę wartą wydania za otrzymane wyróżnienie, które urzeczywistniło marzenie o wydaniu moich wierszy.

Pragnę gorąco podziękować mojemu synowi Lubomirowi za to, że był i jest w moim życiu a teraz jeszcze dodał do niego wspaniałą żonę i wnuczkę.

Dziękuję równie gorąco mojemu mężowi Helge wspierającemu wydanie wierszy napisanych w nieznanym dla niego języku.

Dziękuję bardzo serdecznie mojej siostrze i graficzce Katarzynie Urbaniak za obdarowanie mnie grafiką do tego tomiku.

Dziękuję serdecznie za wieloletnią przyjaźń i wsparcie, również finansowe, otrzymane od Karoliny, Macieja i Marii Teresie Chmurskich.

Dziękuję bardzo Izabelli Vadseth z rodziną za przyjaźń i poparcie dla idei wydania wierszy.

Dziękuję pięknie moim przyjaciołom Ani i Wojtkowi Kosińskim oraz Anecie Szwichtenberg za obdarowanie mnie dotacją i wielką ilością dobrych słów.

Dziękuje Wam wszystkim za to, że w bardzo dużej mierze przyczyniliście się do wydania moich wierszy a tym samym spełnienia marzenia mojego życia.

 

Studenckie lata 70.-/-

Był las, drzewa wysokie, szumiące,

przy mnie ty i oczy twe gorejące,

było południe tak świeże, wiosenne

i słońce do nas śmiało się promiennie.

Były góry potężne, dostojne

i kwiaty, które rozkwitały strojnie.

I była woda srebrząca się i skrząca,

i skąpa trawa igliwiem pachnąca.

Ręce spokojne, ale niecierpliwe.

Jakieś słowa ciche i wstydliwe.

Była także pszczoła brzęcząca uparcie,

krążąca nad nami jak żołnierz na warcie.

Co było jeszcze? O tym cicho sza.

Wystarczy, że wiemy i ty, i ja.

27.05.1974

-/-

Nie, nie szepcę,

Ale oczy ci mówią,

Że tak, że chcę,

I pod powiekami się gubią.

 

I dobiega ta noc

Gwałtownie do rana.

Słońce wkrada się w mrok,

A kot się do snu układa.

 

Ty jesteś przy mnie.

Twe ślepia cudnie przymknięte,

Oddech w spokojnym już rytmie

I usta lekko uśmiechnięte.

 

Wtulam się głębiej w ramiona,

Opasujące i tak bardzo ciasno.

A ty pytasz szeptem – zmęczona?

I chcemy teraz tak razem zasnąć.

 

A gdy budzisz mnie pocałunkiem

I wpychasz w trawy świeżą rosę,

Ucieczka jest jedynym ratunkiem

I śmigają tylko stopy bose.

Ekonomia

Za oknem wciąż jeżdżą auta, tramwaje, motory,

a myśli me, miast w książki gruby tom,

biegną przed siebie prościutkimi tory,

którymi dojeżdżam pod samiutki dom.

 

Znów motor i miast siedzieć w produkcji,

wkraczam w zawiłe ścieżyny dedukcji,

próbując odgadnąć, bez skutku niestety,

czy chodzi ci o mnie, czy ciało kobiety.

 

Otrząsam się i sięgam po gospodarkę.

I nagle skojarzenie – tak! Przebrałeś miarkę

zdrowego rozsądku, powagi, silnej woli.

To jest szaleństwo lub miłość, jak kto woli.

 

Dalej czytam, że nasze potrzeby

uwarunkowane biologicznie i historycznie…

Tak, ja nie mam tego, co mi się należy.

I uśmiecham się do lustra idiotycznie.

 

Na drodze motory wciąż jeżdżą i brzęczą,

w skołowanej głowie myśli plączą się i kręcą.

I wywraca się wszystko do góry nogami.

A ja maj mam w głowie i pachnie mi bzami.

-/-

Nie chcę myśleć – myślę o tobie.

Nie chcę czekać – tęsknię za tobą.

To nie ma sensu – wmawiam sobie

i płaczę z żalu za tobą nad sobą.

 

Wciąż rozplątuję tę wielką zawiłość

i pytam siebie,

i pytam ciebie –

czy to miłostka, czy wielka miłość.

 

I zobaczyłam nad naszymi głowy

kruka, co zataczając olbrzymie koła,

na naszą miłość rzucić się gotowy

i szydzącym głosem z góry do nas woła.

 

Nie! Nie słuchajmy głosu wstrętnego.

Ty przecież masz mnie jedyną.

Ja ciebie jedynego.

Ucieknijmy razem najbliższą ścieżyną.

 

Kruk odleciał – zwycięstwo!

Porzuciłam złe myśli – me męstwo.

I uśmiecham się jasno, szczęśliwie…

Ciebie już nie ma – powrót wniwecz…

-/-

Imię twe przed oczami stoi.

Pytają mnie o coś – ja milczę.

Przestali pytać, już wiedzą, to boli.

Tylko spojrzenia obmacują mnie chyłkiem.

 

Wciąż widzę to imię jedyne, wyśnione.

I oczy twe dzikie, ręce niespokojne,

Twoje istnienie fantazją stworzone,

I przyszłe szczęście rzucone mi hojnie.

 

Leżę i marzę, to mnie trzyma przy życiu.

Wyobrażam sobie, że cię wreszcie znajduję,

I czasem tylko popłaczę w ukryciu,

A radością udaną wszystkich oszukuję.

-/-

Odpłynęły burzliwym potokiem

dziejów nadzieje ciche.

Wszystko, gdzie sięgnąć okiem,

brudne, szare i liche.

 

Zadeptane wspomnienia,

w gruzach ideały,

a małe, piękne marzenia

spaliły się, spopielały.

 

I po co teraz sięgać?

Po wiarę, nadzieję, miłość?

Kiedy została udręka,

gdyż przeszłe też się zwęgliło.

 

A w sercu pustka.

Serce rozdarte.

Wolność stała się złudna

a życie nic niewarte.

-/-

Zamknij okno, bo idzie burza.

Wichrem skrzypią stare drzewa,

Rozpacz w jeziora toni się nurza.

Dlaczego? Widocznie tak trzeba.

 

Zamknij drzwi, bo deszcz nadchodzi.

Zimny i mocny, wciska się w błoto

W wielkiej mazistej ulic powodzi.

Dlaczego? Nie pytaj mnie o to.

 

Zamknij oczy, bo rozpacz nadeszła.

Trzęsie się ze strachu i grozy,

A przecież tak cicho podeszła.

Dlaczego? To cichy szczęścia złodziej.

Depresja

Była już zima, nadeszła wiosna,

A z nią przychodzi podobno miłość.

Do mnie nie przyszła, gdzieś się ukryła,

Bardzo smutna będzie ta wiosna.

 

Potem przyjdzie lato upalne.

Wśród lasów, gór i łąk,

Płomienne włosy potarga mi halny,

Odsuwając od psychicznych mąk.

 

Złota polska jesień

Wróci mnie na ziemię.

Gdy nadejdzie wrzesień,

Miasto wchłonie mnie w siebie.

 

W listopadową jesienną szarugę,

Gdy czas jak mazidło powoli cieknie,

Przy oknie w mroku stać będę długo

I odgrzebywać wspomnienia letnie.

 

I życie będzie toczyć się w koło,

I starzeć się będę powoli,

I w końcu przed śmiercią schylę czoło,

I taki będzie koniec mej doli…

Babci

Widzę w mroku Twoją

srebrną głowę kochaną.

Ogarniam myślą swoją

i tę Twoją – skołataną.

Nie bądź smutna,

uwierz we mnie.

Fortuna jest okrutna,

lecz jak świstek mnie nie zemnie.

Będziemy dalej iść

przed siebie razem,

śmiało przy myśli myśl

i ze słońcem na twarzy.

Dziękuję Bogu, że istniejesz,

że mogę na Ciebie popatrzeć,

że miłością jedynie promieniejesz.

Pragnę zatrzymać Cię na zawsze.

-/-

Kocham! Jak dawno tego słowa

nie wymówiły usta moje.

Cisza, tego nie odda żadna mowa,

co odpowiedziały oczy twoje.

 

Bezbrzeżna radość, obłędna prawie,

ogarnęła nas oboje

i czy to we śnie, czy na jawie,

na swoich czuję usta twoje.

 

Ręce splecione ciasno,

oczy wpatrzone w siebie

kryją się pod powiekami, gasną,

my zapadamy się w siebie.

 

Niebo usiane gwiazdami,

bezbrzeżne, granatowe.

Pod nim my, nareszcie sami,

ogniska dopala się płomień.

-/-

Przyszedłeś, mówisz mi,

że musisz odejść.

Tam są drzwi.

A ja wskazać ich nie mogę.

 

Nie zobaczę ciebie więcej?

Łzy same płyną do oczu.

Zimne dłonie grzeją twe ręce

i szarpie mi duszę ton twego głosu.

 

Szepcesz, że kochasz, że nie umiesz

żyć beze mnie, żyć inaczej.

Nie! Ja niczego nie chcę rozumieć!

Nie doprowadzaj mnie do rozpaczy.

 

Czyż nie chcesz razem ze mną

uczyć się, kochać, pracować,

marzysz i ja o tym marzę…

Dlaczego więc głowę chowasz?

-/-

Smutek, cisza, samotność,

to wszystko mnie przytłacza.

Złego losu przewrotność

do ziemi mnie wciąż przygniata.

 

Nie potrafię tego zmienić,

walczyć o to nie mam siły,

by na mojej małej ziemi

chwile szczęścia także były.

 

W kółko pytam wciąż, dlaczego

szczęście to jest taka stwora,

co obdarza wciąż jednego,

mnie zaś kopać tylko skora…

-/-

Mgła opadła, mleczna,

biała, gęsta – okryła

jak zasłona zbyteczna,

całunem nadzieje spowiła.

 

Nic nie widzę przed sobą,

wszystko spod rąk umyka.

Nie wiem, którą pójść drogą,

ani co mnie u kresu jej czeka.

 

Bezradnie rozłożone ręce,

smutek, niepewność na twarzy.

Chcę dla świata zrobić coś więcej.

Niestety, ja umiem tylko marzyć…

-/-

Odleciał wiatr,

szumi gdzieś daleko,

w dolinach wiekowych Tatr,

nad mruczącą, bystrą rzeką.

 

Zniknął gdzieś blask

i słońca radosny śmiech.

Pozostał ponury las

i nadchodzący letni zmierzch.

 

Opadł liść obok igły sosny

i uwiądł jak to,

co właśnie tej wiosny

ciepłem przesłoniło zło.

 

Spadła na papier czarna

łza atramentu smutna,

a dawna nadzieja marna

jakże stała się złudna.

Korze

Ty! Czarne wesołe oczy,

stojące uszy, prosty ogon.

Wesoło przy mnie kroczysz,

idąc tą samą co moja drogą.

 

Sama przywędrowałaś,

– to wielki od losu dar.

Szczęście i uśmiech mi dałaś,

rozsiewasz wszędzie swój czar.

 

Zadziwiający spokój

malutkiej psiej duszy.

Wołają cię! – nie zrobisz kroku,

beze mnie się nie ruszysz.

 

Jak cię nie kochać, maleńka

Koro – wierności istoto.

Pieszczę i noszę na rękach.

Że skrzywdzą? Nie bój się o to.

Ty

Ty – słońce i wiatr.

Ty – burza i grom.

Ty – mój cały świat.

Ty – ucieczka i schron.

 

Niepokój i cisza,

chmury i błękit,

góry i morze,

wzloty i klęski.

 

Zimą i latem,

w każdy dzień i noc,

niebu i kwiatom,

szepcę w jasność i mrok.

 

Ty – radość i gniew.

Ty – me troski i śmiech.

Ty – rozedrgany każdy nerw.

Ty – mego jestestwa śpiew.

-/-

Bezkresna droga,

daleki horyzont.

Ale kulawa jest noga,

a myśli mnie gryzą.

 

Światło gdzieś w dali,

ciepło i radość też,

ale entuzjazm się spalił,

a cel spowił się w mgłę.

 

Słońce już wzeszło,

cieszy i rozwesela,

ale cierpienie nadeszło

i w mrok radość zabiera.

 

Cień okrył krajobrazy,

gdzieś w górze księżyc krąży,

a ty siedzisz i marzysz

i nie wiesz do czego dążyć.

-/-

Figielki, psotki, ploteczki,

duże smutki i małe smuteczki,

małe zawody i zawód wielki,

wypełniają żywot wszelki.

 

Uśmiech, uśmieszek, drwina,

rodzą się i gasną nad szklanką

przedziwnie czerwonego wina,

jeśli jesteś DS-u mieszkanką.

 

Że ludek studencki pije?

To przecież nikomu nie szkodzi.

Tak jakoś przedziwnie się żyje,

tak jakoś przeróżnie się powodzi.

 

Smutek, smuteczek i rozpacz

dają też czasem porządnie w kość.

Nie wytrzymała i przez „hopka”,

ale my ciągle nie mamy dość.

 

Tragedie, kłopoty, zmartwienia,

taki już człowieczy los,

codzienne sprawy odmienia,

opróżnia i napełnia ci trzos.

 

Więc ludek nasz frasobliwy,

smutno-wesoło-osobliwy…

cóż z tego, że czasem popije?

Nie zapomina, że jeszcze żyje.

-/-

Czy można po prostu przestać kochać

kogo, kogo się dzieckiem będąc kochało.

Kto chciał wszystko wraz z duszą oddać,

a nie dał nic – bo tylko ciało?

 

Potem nadeszła znikąd refleksja,

lęk samotności, głęboki żal,

brzemię bólu i cierpień kolekcja

i na próżno, bo cień wchłonęła dal.

 

Prawa surowe światem uczuć rządzą,

nie wraca nigdy – co już przeminęło.

Nagle stajesz w twarz z duszy nędzą,

nie mogąc niczego, łudząc się nadzieją.

Mikołaj

Roziskrzony srebrnym blaskiem szron,

rozespany czarną plamą dom,

rozśpiewany głosem nocy las,

rozdzwoniony pieśnią wieży czas.

 

Cichnie zimy nocna pieśń.

Pierwsze sanie ciągną przez wieś.

Dzwonią konie z cicha dzwoneczkami.