Zamieć - Ken Follett - ebook
Opis

Oxenford Medical, niewielka szkocka firma farmaceutyczna założona przez znanego mikrobiologa Stanleya Oxenforda, prowadzi badania nad zabójczymi wirusami, poszukując skutecznych szczepionek. Od pozytywnego wyniku testu nowego leku antywirusowego zależy jej ekonomiczna przyszłość.

Toni Gallo, była policjantka odpowiedzialna w Oxenford za bezpieczeństwo, ma poważny problem: jeden z laborantów doprowadził do skażenia; niebezpieczny wirus wydostał się na zewnątrz i całej okolicy może grozić epidemia. Tymczasem nad firmą zbierają się kolejne czarne chmury - grupa zdecydowanych na wszystko napastników wdziera się do pilnie strzeżonego laboratorium i wykrada próbki najgroźniejszego z wirusów - Madoby - zdolnego zabić miliony ludzi. Kiedy gigantyczna Zamieć śnieżna uniemożliwia im ucieczkę, szukają schronienia w położonej na odludziu, należącej do Stanleya posiadłości; terroryzują domowników. Odcięci od świata, Stanley i jego goście mogą liczyć tylko na siebie... i Toni, jedyną osobę, która domyśla się prawdy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 519

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książce

Oxen­ford Me­di­cal, nie­wiel­ka szkoc­ka fir­ma far­ma­ceu­tycz­na założona przez zna­ne­go mi­kro­bio­lo­ga Stan­leya Oxen­forda, pro­wa­dzi ba­da­nia nad zabójczy­mi wi­ru­sa­mi, po­szu­kując sku­tecz­nych szcze­pio­nek. Od po­zy­tyw­ne­go wy­ni­ku te­sto­wa­nia no­we­go leku an­ty­wi­ru­so­we­go zależy jej eko­no­micz­na przyszłość. Toni Gal­lo, od­po­wie­dzial­na w Oxen­ford za ochronę, ma poważny pro­blem: nie­bez­piecz­ny wi­rus wy­do­stał się na zewnątrz i całej oko­li­cy gro­zi epi­de­mia. Tym­cza­sem gru­pa zde­cy­do­wa­nych na wszyst­ko na­past­ników wdzie­ra się do pil­nie strzeżone­go la­bo­ra­to­rium i wy­kra­da próbki groźnego wi­rusa. Kie­dy za­mieć śnieżna unie­możli­wia im ucieczkę, szu­kają schro­nie­nia w należącej do Stan­leya po­siadłości. Ter­ro­ry­zują do­mow­ników, za­mieniając święta Bożego Na­ro­dze­nia w piekło. Odcięci od świa­ta, Stan­ley i jego goście mogą li­czyć tyl­ko na sie­bie… i Toni, je­dyną osobę, która domyśla się praw­dy…

KEN FOL­LETT

Świa­to­wej sławy bry­tyj­ski pi­sarz, uro­dzo­ny w Wa­lii w 1949 r. Po ukończe­niu stu­diów fi­lo­zo­ficz­nych na Uni­ver­si­ty Col­le­ge w Lon­dy­nie podjął pracę jako re­por­ter w małej ga­ze­cie. Pu­bli­ko­wał po­wieści sen­sa­cyj­ne pod pseu­do­ni­mem. Je­de­na­sta z ko­lei, Igła, wy­da­na w 1978 r., przy­niosła mu świa­tową sławę. Ko­lej­ne tytuły, m.in. Klucz do Re­be­ki, Trze­ci bliźniak, Zabójcza pamięć, Lot Ćmy, Za­mieć, Świat bez końca, Upa­dek gi­gantów, Zima świa­ta oraz naj­now­sza, Krawędź wiecz­ności, utrwa­liły jego po­zycję jako au­to­ra be­st­sel­lerów. Choć książki odwołujące się do wy­da­rzeń z okre­su II woj­ny świa­to­wej do­mi­nują w jego twórczości, au­tor nadal za swo­je naj­ważniej­sze dzieło uważa Fi­la­ry Zie­mi – sagę na­pi­saną pod wpływem za­in­te­re­so­wa­nia śre­dnio­wie­czem. Na pod­sta­wie po­wieści Fol­let­ta nakręcono fil­my oraz se­ria­le, m.in. Igłę, Lwy Pan­szi­ru, Klucz do Re­be­ki, Na skrzydłach orłów, Za­mieć, Trze­cie­go bliźnia­ka oraz Fi­la­ry Zie­mi.

www.ken-fol­lett.com

Tego au­to­ra

Po­wieści hi­sto­rycz­ne

UCIE­KI­NIER

NIE­BEZ­PIECZ­NA FOR­TU­NA

CZŁOWIEK Z SANKT PE­TERS­BUR­GA

Fi­la­ry Zie­mi

FI­LA­RY ZIE­MI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

Stu­le­cie

UPA­DEK GI­GANTÓW

ZIMA ŚWIA­TA

KRAWĘDŹ WIECZ­NOŚCI

Thril­le­ry wo­jen­ne

IGŁA

KRYP­TO­NIM KAW­KI

LOT ĆMY

KLUCZ DO RE­BE­KI

NOC NAD OCE­ANEM

Thril­le­ry

MŁOT EDE­NU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZA­MIEĆ

SKAN­DAL Z MO­DI­GLIA­NIM

TRZE­CI BLIŹNIAK

LWY PAN­SZI­RU

PA­PIE­RO­WE PIE­NIĄDZE

Li­te­ra­tu­ra fak­tu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł ory­gi­nału:

WHI­TE­OUT

Co­py­ri­ght © Ken Fol­lett 2004

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Bożenna Ma­nic­ka & To­masz Ma­nic­ki 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Zdjęcie na okładce: Mi­kha­il ho­bo­ton Po­pov/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-071-6

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WI­GI­LIA

01.00

Dwaj zmęcze­ni mężczyźni po­pa­try­wa­li na An­to­nię Gal­lo z niechęcią, jeśli nie wro­gością w oczach. Skończy­li już na dzi­siaj, chcą iść do domu, a ta ich prze­trzy­mu­je. A co gor­sza ma po temu uza­sad­nio­ne po­wo­dy.

Sie­dzie­li we trójkę w biu­rze działu kadr Oxen­ford Me­di­cal. An­to­nia, dla zna­jo­mych Toni, była dy­rek­to­rem tech­nicz­nym i od­po­wia­dała głównie za bez­pie­czeństwo. Oxen­ford, nie­wiel­ki zakład far­ma­ceu­tycz­ny – fir­ma bu­ti­ko­wa w żar­go­nie giełdo­wym – pro­wa­dził ba­da­nia nad zabójczy­mi wi­ru­sa­mi. Bez­pie­czeństwo sta­no­wiło tu więc sprawę życia i śmier­ci.

Toni prze­pro­wa­dziła właśnie wy­ryw­kową kon­trolę w la­bo­ra­to­riach i stwier­dziła brak dwóch da­wek eks­pe­ry­men­tal­ne­go leku. Spra­wa wyglądała poważnie: lek ten, śro­dek an­ty­wi­ru­so­wy, opra­co­wy­wa­no w najściślej­szej ta­jem­ni­cy i jego for­muła była bez­cen­na. Ktoś mógł go wy­kraść z za­mia­rem od­sprze­da­nia kon­ku­ren­cyj­nej fir­mie. Lecz inna, o wie­le bar­dziej nie­po­kojąca ewen­tu­al­ność spra­wiała, że na usia­nej pie­ga­mi twa­rzy Toni ma­lo­wał się nie­pokój, a pod jej zie­lo­ny­mi ocza­mi widać było ciem­ne kręgi. Otóż złodziej mógł wy­kraść lek do oso­bi­ste­go użytku. Gdy­by tak właśnie było, wnio­sek na­su­wał się tyl­ko je­den: ktoś zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny jed­nym ze śmier­cio­nośnych wi­rusów wy­ko­rzy­sty­wa­nych w la­bo­ra­to­riach Oxen­ford.

La­bo­ra­to­ria te mieściły się w wiel­kim dzie­więtna­sto­wiecz­nym bu­dyn­ku wznie­sio­nym w Szko­cji przez ja­kie­goś wik­to­riańskie­go bo­ga­cza z prze­zna­cze­niem na wa­ka­cyjną re­zy­dencję. Z ra­cji podwójne­go ogro­dze­nia, dru­tu kol­cza­ste­go, umun­du­ro­wa­nych strażników i naj­no­wo­cześniej­sze­go sys­te­mu mo­ni­to­rin­gu bu­dy­nek na­zy­wa­no „Krem­lem”. Ale z tymi spi­cza­sty­mi łuka­mi okien, wieżą i rzędami gar­gulców pod oka­pem da­chu bar­dziej przy­po­mi­nał kościół.

Na biu­ro działu kadr wy­dzie­lo­no jedną z naj­bar­dziej oka­załych sy­pial­ni. Miała go­tyc­kie okna i ścia­ny obi­te tka­niną, ale za­miast rzeźbio­nych szaf na ubra­nia stały tam te­raz szaf­ki na akta, a miej­sce to­a­le­tek za­sta­wio­nych krysz­tałowy­mi fla­ko­ni­ka­mi i szczot­ka­mi o po­sre­brza­nych rączkach zajęły biur­ka z kom­pu­te­ra­mi i te­le­fo­na­mi.

Toni i dwaj to­wa­rzyszący jej mężczyźni sie­dzie­li przy te­le­fo­nach, ob­dzwa­niając wszyst­kie oso­by mające wstęp do BSL-41 – la­bo­ra­to­rium o za­gwa­ran­to­wa­nym czwar­tym, naj­wyższym po­zio­mie bio­bez­pie­czeństwa. W BSL-4 na­ukow­cy ubra­ni w her­me­tycz­ne, po­dob­ne do ska­fandrów ko­smicz­nych kom­bi­ne­zo­ny pra­co­wa­li na co dzień z wi­ru­sa­mi, na które nie wy­na­le­zio­no jak dotąd szcze­pion­ki ani an­ti­do­tum. Po­nie­waż było to naj­le­piej za­bez­pie­czo­ne po­miesz­cze­nie w bu­dyn­ku, tam właśnie prze­cho­wy­wa­no próbki eks­pe­ry­men­tal­ne­go leku.

Do BSL-4 nie każdemu wol­no było wejść. Upo­ważnie­ni mu­sie­li ukończyć szko­le­nie z za­kre­su postępo­wa­nia w wa­run­kach za­grożenia bio­lo­gicz­ne­go, do­ty­czyło to na­wet tech­ników, którzy prze­pro­wa­dza­li okre­so­we przeglądy filtrów po­wie­trza i kon­ser­wo­wa­li au­to­kla­wy. Toni również przeszła ta­kie szko­le­nie, żeby móc wcho­dzić do la­bo­ra­to­rium w ra­mach kon­tro­li bez­pie­czeństwa.

Z osiem­dzie­sięciu za­trud­nio­nych przez firmę pra­cow­ników, wstęp do BSL-4 miało tyl­ko dwu­dzie­stu sied­miu. Wie­lu z nich roz­je­chało się już jed­nak na bożona­ro­dze­nio­we urlo­py i cho­ciaż kra­dzież wy­kry­ta zo­stała w po­nie­działek wie­czo­rem, to zaczął się już wto­rek, a trójce pra­cow­ników ochro­ny nie udało się jesz­cze do­trzeć te­le­fo­nicz­nie do wszyst­kich.

Toni połączyła się z ośrod­kiem wy­po­czyn­ko­wym Le Club Be­ach na Bar­ba­do­sie i nie bez tru­du upro­siła zastępcę kie­row­ni­ka, żeby po­szu­kał na te­re­nie ośrod­ka młodej la­bo­rant­ki na­zwi­skiem Jen­ny Craw­ford.

Cze­kając, zerknęła na swo­je od­bi­cie w szy­bie. Na­wet do­brze wyglądała, zważyw­szy na tak późną porę. Cze­ko­la­do­wobrązowy ko­stium w de­li­kat­ne białe prążki nadal pre­zen­to­wał się schlud­nie, fry­zu­ra bez za­rzu­tu, twarz nie zdra­dzała zmęcze­nia. Jej oj­ciec był Hisz­pa­nem, ale jasną cerę, zie­lo­ne oczy i gęste ru­do­blond włosy odzie­dzi­czyła po mat­ce Szkot­ce. Wy­so­ka, za­dba­na. Całkiem nieźle, pomyślała, jak na trzy­dzie­stoośmio­latkę.

– Prze­cież tam u was chy­ba te­raz głucha noc! – W słuchaw­ce ode­zwał się wresz­cie głos Jen­ny.

– Stwier­dzi­liśmy pewną nie­zgod­ność między tym, co wpi­sa­no do książki roz­chodów BSL-czte­ry, a sta­nem fak­tycz­nym – wyjaśniła Toni.

– To się już zda­rzało – prychnęła lek­ce­ważąco Jen­ny. Była trochę wsta­wio­na. – I nikt jakoś nie robił z tego afe­ry.

– Bo ja tu jesz­cze wte­dy nie pra­co­wałam – po­wie­działa szorst­ko Toni. – Kie­dy ostat­nio wcho­dziłaś do BSL-czte­ry?

– Chy­ba w środę. Nie masz tego w kom­pu­te­rze?

Miała, ale chciała spraw­dzić, czy wer­sja Jen­ny po­kry­je się z za­pi­sem kom­pu­te­ro­wym.

– A kie­dy ostat­nio zaglądałaś do kryp­ty? – Kryptą na­zy­wa­no stojącą w BSL-4 lodówkę, za­my­kaną na elek­tro­nicz­ny za­mek szy­fro­wy.

– Nie pamiętam – głos Jen­ny sta­wał się co­raz bar­dziej cierp­ki – ale po­win­naś to mieć na wi­deo.

Drzwi kryp­ty otwie­rało się, wy­stu­kując na kla­wia­tu­rze do­ty­ko­wej kod zam­ka. Z chwilą wpro­wa­dze­nia kodu, włączała się au­to­ma­tycz­nie na­kie­ro­wa­na na kryptę ka­me­ra sys­te­mu bez­pie­czeństwa i pra­co­wała aż do po­now­ne­go za­trzaśnięcia drzwi.

– Przy­po­mi­nasz so­bie, kie­dy ostat­ni raz miałaś do czy­nie­nia z Ma­dobą-dwa? – Był to wi­rus, nad którym pra­co­wa­li ak­tu­al­nie na­ukow­cy z Oxen­ford.

– O ja­sna cho­le­ra, to jego się nie do­li­czy­liście?! – krzyknęła au­ten­tycz­nie wstrząśnięta Jen­ny.

– Nie, nie jego. Ale…

– Z wi­ru­sem jako ta­kim do czy­nie­nia nig­dy nie miałam. Pra­cuję głównie w la­bo­ra­to­rium ho­dow­li tka­nek.

To też zga­dzało się z in­for­ma­cja­mi, ja­kie po­sia­dała Toni.

– Czy w ciągu ostat­nich ty­go­dni nie rzu­ciło ci się cza­sem w oczy, że któryś z ko­legów za­cho­wu­je się dziw­nie, w sposób dla sie­bie nie­ty­po­wy?

– No nie, ty tobyś się, kurczę, nada­wała na ge­stapówę – ob­ru­szyła się Jen­ny.

– Niech ci będzie, czy za­uważyłaś…

– Nie, nie za­uważyłam.

– Jesz­cze tyl­ko jed­no py­ta­nie. Tem­pe­ra­turę masz w nor­mie?

– O kurczę pie­czo­ne, chcesz przez to po­wie­dzieć, że mogłam złapać Ma­dobę-dwa?

– Masz ka­tar albo gorączkę?

– Nie!

– No to możesz spać spo­koj­nie. Wy­je­chałaś z kra­ju je­de­naście dni temu. Gdy­by coś było nie tak, miałabyś już ob­ja­wy in­fek­cji gry­po­po­dob­nej. Dziękuję ci, Jen­ny. To praw­do­po­dob­nie jakiś błąd w książce roz­chodów BSL-czte­ry, ale mu­si­my dmu­chać na zim­ne.

– Ze­psułaś mi wieczór, jeśli chcesz wie­dzieć. – Jen­ny rozłączyła się.

– Przy­kro mi – mruknęła Toni do głuchej słuchaw­ki i odkładając ją, oznaj­miła: – Jen­ny Craw­ford spraw­dzo­na. Głupia kro­wa, ale czy­sta.

Buj­na siwa bro­da pod­cho­dziła dy­rek­to­ro­wi la­bo­ra­to­riów, Ho­war­do­wi McAl­pi­ne’owi, aż pod kości po­licz­ko­we, przez co skóra wokół jego oczu przy­wo­dziła na myśl różową ma­seczkę ba­lową. Miał opi­nię skru­pu­lan­ta, ale bez skłonności do pe­dan­ty­zmu, i Toni do­brze się z nim zwy­kle pra­co­wało. Te­raz jed­nak hu­mor wyraźnie mu nie do­pi­sy­wał. Od­chy­lił się na opar­cie krzesła i splótł dłonie na po­ty­li­cy.

– Ist­nie­je wiel­kie praw­do­po­do­bieństwo, że ma­te­riał, którego się nie do­li­czyłaś, zo­stał spożyt­ko­wa­ny w całko­wi­cie le­gal­nych ce­lach przez kogoś, kto po pro­stu za­po­mniał do­ko­nać sto­sow­nych wpisów do książki roz­chodów. – W jego głosie po­brzmie­wała iry­ta­cja; po­wta­rzał to już trze­ci raz.

– Obyś miał rację – mruknęła Toni bez prze­ko­na­nia. Wstała i po­deszła do okna. Z biu­ra działu kadr widać było do­budówkę, w której mieściło się la­bo­ra­to­rium BSL-4. Nowy bu­dy­nek z wy­so­ki­mi wąski­mi ko­mi­na­mi oraz wieżą ze­ga­rową nawiązywał sty­lem do resz­ty Krem­la i po­stron­ne­mu ob­ser­wa­to­ro­wi trud­no byłoby od­gadnąć, w której części kom­plek­su zlo­ka­li­zo­wa­ne jest taj­ne la­bo­ra­to­rium. Ale skle­pio­ne łuko­wo okna no­we­go bu­dyn­ku były ma­to­we, rzeźbio­nych dębo­wych drzwi nie dało się otwo­rzyć, a oto­cze­nie ob­ser­wo­wały ka­me­ry te­le­wi­zji prze­mysłowej, ukry­te w po­twor­nych łbach gar­gulców. Był to be­to­no­wy bun­kier ucha­rak­te­ry­zo­wa­ny na wik­to­riańską re­zy­dencję. Miał trzy kon­dy­gna­cje. Właściwe la­bo­ra­to­ria i ma­ga­zy­ny mieściły się na par­te­rze. Również na par­te­rze znaj­do­wało się izo­lo­wa­ne am­bu­la­to­rium z pełnym wy­po­sażeniem do pod­da­wa­nia kwa­ran­tan­nie i ota­cza­nia in­ten­sywną opieką me­dyczną osób, które za­ra­ziły się groźnym wi­ru­sem. Jak dotąd nie tra­fił tam żaden pa­cjent. Piętro zaj­mo­wała apa­ra­tu­ra kli­ma­ty­za­cyj­na. W piw­ni­cy skom­pli­ko­wa­na in­sta­la­cja uty­li­zo­wała wszel­kie od­pad­ki po­chodzące z bu­dyn­ku. Za wyjątkiem lu­dzi na zewnątrz nie miał pra­wa wy­do­stać się żaden żywy or­ga­nizm.

– Ten in­cy­dent wie­le nas na­uczył – po­wie­działa ugo­do­wo Toni. Ależ niezręczna sy­tu­acja, pomyślała. Obaj mężczyźni byli od niej star­si zarówno rangą, jak i wie­kiem, obaj prze­kro­czy­li już pięćdzie­siątkę. Nie mogła im roz­ka­zy­wać, na­le­gała tyl­ko, żeby po­trak­to­wa­li wy­kry­ty nie­dobór w ka­te­go­riach kry­zy­su. Lu­bi­li ją obaj, zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że prze­ciąga strunę. Z dru­giej stro­ny czuła, że musi na­ci­skać. Gra szła tu prze­cież o bez­pie­czeństwo pu­blicz­ne, re­pu­tację fir­my i, co tu ukry­wać, jej ka­rierę. – Na przyszłość mu­si­my dys­po­no­wać ak­tu­al­ny­mi nu­me­ra­mi te­le­fonów do wszyst­kich mających dostęp do BSL-czte­ry, obojętne, w ja­kiej części świa­ta aku­rat się znaj­dują, żeby w nagłym wy­pad­ku można się było szyb­ko z nimi skon­tak­to­wać. A kon­trolę książki roz­chodów trze­ba prze­pro­wa­dzać częściej niż raz do roku.

McAl­pi­ne odchrząknął. Jako dy­rek­tor la­bo­ra­to­riów był od­po­wie­dzial­ny za książkę roz­chodów i nastrój tak na­prawdę psuła mu świa­do­mość, że sam po­wi­nien był wy­kryć nie­dobór. Ope­ra­tyw­ność Toni sta­wiała go w złym świe­tle.

Spoj­rzał na dru­gie­go mężczyznę, dy­rek­to­ra działu kadr.

– Ile osób z li­sty mamy już od­faj­ko­wa­nych, Ja­mes?

Ja­mes El­liot ode­rwał wzrok od ekra­nu kom­pu­te­ra. Ubie­rał się jak ma­kler giełdowy – gar­ni­tur w jodełkę, kra­wat w grosz­ki – pew­nie chciał się w ten sposób odróżnić od twe­edo­wych na­ukowców. Prze­pi­sy bez­pie­czeństwa uważał za bzdurną biu­ro­krację, może dla­te­go, że sam nie pra­co­wał z wi­ru­sa­mi. Toni miała go za nadętego głupka.

– Z dwu­dzie­stu sied­miu osób, które mają wstęp do BSL-czte­ry, roz­ma­wia­liśmy już ze wszyst­ki­mi, oprócz jed­nej – po­wie­dział. Mówił z prze­sadną pre­cyzją zmęczo­ne­go na­uczy­cie­la, który tłuma­czy coś naj­bar­dziej tępemu ucznio­wi w kla­sie. – Wszy­scy po­wie­dzie­li, kie­dy ostat­nio wcho­dzi­li do la­bo­ra­to­rium i otwie­ra­li kryptę. Nikt nie za­uważył, żeby któryś z ko­legów dziw­nie się ostat­nio za­cho­wy­wał. I nikt nie ma gorączki.

– Ta bra­kująca oso­ba to kto?

– Mi­cha­el Ross, la­bo­rant.

– Znam go – po­wie­działa Toni. Mi­cha­el Ross był nieśmiałym, in­te­li­gent­nym mężczyzną koło trzy­dziest­ki. – Byłam na­wet raz u nie­go w domu. Miesz­ka ja­kieś piętnaście mil stąd.

McAl­pi­ne prze­sunął pa­lec na ko­niec li­sty.

– Pra­cu­je w fir­mie od ośmiu lat i cie­szy się nie­na­ganną opi­nią – wy­mru­czał. – Do la­bo­ra­to­rium wcho­dził ostat­nio w nie­dzielę, trzy ty­go­dnie temu, by prze­pro­wa­dzić ru­ty­nową kon­trolę zwierząt.

– Co robi od tam­te­go cza­su? – spy­tała Toni.

– Jest na urlo­pie.

– Od kie­dy? Od dwóch ty­go­dni?

– Miał wrócić dzi­siaj – wtrącił El­liot i spoj­rzał na ze­ga­rek. – To zna­czy, wczo­raj. W po­nie­działek rano. Ale się nie po­ja­wił.

– Dzwo­nił, że jest cho­ry?

– Nie.

Brwi Toni powędro­wały w górę.

– I nie można się z nim skon­tak­to­wać?

– Nie od­bie­ra ani do­mo­we­go te­le­fo­nu, ani komórki.

– Nie wy­da­je ci się to dziw­ne?

– Że młody nieżona­ty mężczy­zna przedłuża so­bie urlop, nie uprze­dzając o tym pra­co­daw­cy? – El­liot wzru­szył ra­mio­na­mi. – Co w tym dziw­ne­go?

Toni zwróciła się zno­wu do McAl­pi­ne’a:

– Po­wie­działeś, że Mi­cha­el ma nie­na­ganną opi­nię.

Dy­rek­tor la­bo­ra­to­riów stro­pił się.

– Jest bar­dzo su­mien­ny. To do nie­go nie­po­dob­ne, żeby bez uspra­wie­dli­wie­nia opuścił dzień pra­cy.

– Kto był z Mi­cha­elem, kie­dy wcho­dził ostat­nio do la­bo­ra­to­rium? – spy­tała Toni. Mi­cha­el mu­siał mieć kogoś do to­wa­rzy­stwa, po­nie­waż do BSL-4 wcho­dziło się tyl­ko pa­ra­mi. Ze względu na za­grożenie ni­ko­mu nie wol­no było pra­co­wać tam w po­je­dynkę.

McAl­pi­ne spraw­dził na liście.

– Dok­tor An­sa­ri, bio­che­mik.

– Nie znam ta­kie­go.

– To ko­bie­ta. Ma na imię Mo­ni­ca.

Toni pod­niosła słuchawkę.

– Jaki jest do niej nu­mer?

Mo­ni­ca An­sa­ri mówiła z edyn­bur­skim ak­cen­tem i trochę bełko­tli­wie, wy­bu­dzo­na widać z głębo­kie­go snu.

– Ho­ward McAl­pi­ne już raz do mnie dzwo­nił.

– Prze­pra­szam, że zno­wu panią nie­po­koję.

– Coś się stało?

– Cho­dzi o Mi­cha­ela Ros­sa. Nie możemy się z nim skon­tak­to­wać. Po­dob­no dwa ty­go­dnie temu, w nie­dzielę, wcho­dziła z nim pani do BSL-czte­ry.

– Tak. Chwi­leczkę, za­palę tyl­ko światło. – Krótka pau­za.

– Boże, to już ta go­dzi­na?

– Następne­go dnia Mi­cha­el szedł na urlop – podjęła Toni.

– Pamiętam. Po­wie­dział mi, że wy­bie­ra się do mat­ki, do De­von.

Toni coś zaświtało. Przy­po­mniała so­bie te­raz, po co jeździła do domu Mi­cha­ela Ros­sa. Ja­kieś pół roku temu, w trak­cie luźnej roz­mo­wy w stołówce, na­po­mknęła, że bar­dzo po­do­bają jej się por­tre­ty sta­rych ko­biet Rem­brand­ta, na których mistrz wier­nie, z pie­ty­zmem od­da­je każdą zmarszczkę, każdą fałdkę skóry. Z tego widać, po­wie­działa, jak bar­dzo Rem­brandt mu­siał ko­chać swoją matkę. Mi­cha­el roz­pro­mie­nił się wte­dy i po­wie­dział, że ma kil­ka re­pro­duk­cji akwa­fort Rem­brand­ta, które wyciął z cza­so­pism i ka­ta­logów domu au­kcyj­ne­go. Po pra­cy po­je­chała do nie­go obej­rzeć te akwa­forty. Były to gu­stow­nie opra­wio­ne por­tre­ty sta­rych ko­biet, zaj­mo­wały całą ścianę nie­wiel­kie­go li­ving ro­omu. Bała się trochę, że Mi­cha­el po­trak­tu­je tę wi­zytę jak randkę – lubiła go, ale nie do tego stop­nia – jed­nak ku jej uldze oka­zało się, że on na­prawdę chciał jej tyl­ko poka­zać swoją ko­lekcję. Pod­su­mo­wała go w du­chu jako ma­min­syn­ka.

– To istot­na in­for­ma­cja – po­wie­działa te­raz do Mo­ni­ki. – Proszę się jesz­cze nie rozłączać. – Za­kryła dłonią słuchawkę i zwróciła się do Ja­me­sa El­lio­ta: – Mamy w jego ak­tach nu­mer te­le­fo­nu do mat­ki?

El­liot po­ru­szył myszką i kliknął.

– Tak, jest tu wpi­sa­na jako naj­bliższa krew­na. – Sięgnął po słuchawkę.

Toni wróciła do roz­mo­wy z Mo­niką:

– Czy tam­te­go popołudnia Mi­cha­el za­cho­wy­wał się nor­mal­nie?

– Jak naj­bar­dziej.

– We­szliście do BSL-czte­ry ra­zem?

– Tak. Po­tem, rzecz ja­sna, za­mknęliśmy się w od­dziel­nych prze­bie­ral­niach.

– Czy kie­dy weszła pani do właści­we­go la­bo­ra­to­rium, on już tam był?

– Tak, prze­brał się szyb­ciej.

– Miała go pani przez cały czas w zasięgu wzro­ku?

– Nie. Ja zaj­mo­wałam się kul­tu­ra­mi tka­nek w bocz­nym la­bo­ra­to­rium. Mi­cha­el był u zwierząt.

– Wy­szliście ra­zem?

– On wy­szedł parę mi­nut przede mną.

– A więc mógł zaj­rzeć do kryp­ty i pani by o tym nie wie­działa?

– Tak.

– Co pani myśli o Mi­cha­elu?

– Nor­mal­ny fa­cet… chy­ba nie­szko­dli­wy.

– Tak, to do­bre określe­nie. Wie pani może, czy ma dziew­czynę?

– Nie sądzę.

– Czy pani zda­niem jest atrak­cyj­ny?

– Sym­pa­tycz­ny, owszem, ale nie­sek­sow­ny.

Toni uśmiechnęła się.

– Otóż to. Za­uważyła może pani w jego za­cho­wa­niu ja­kieś odstępstwa od nor­my?

– Nie…

Toni wy­czuła wa­ha­nie i mil­czała, dając ko­bie­cie czas na za­sta­no­wie­nie. Obok El­liot roz­ma­wiał z kimś, py­tając o Mi­cha­ela Ros­sa albo jego matkę.

Mo­ni­ca ode­zwała się po dłuższej chwi­li:

– Bo chy­ba to, że ktoś miesz­ka sam, nie świad­czy jesz­cze, że coś z nim jest nie tak, praw­da?

El­liot mówił właśnie do słuchaw­ki:

– Tak, bar­dzo dziw­ne. Prze­pra­szam, że za­wra­całem głowę o tej po­rze.

Za­in­try­go­wa­na tymi słowa­mi Toni uznała, że pora kończyć roz­mowę z Mo­niką.

– Dziękuję pani, Mo­ni­ko. Mam na­dzieję, że nie wybiłam pani ze snu.

– Mąż jest le­ka­rzem ro­dzin­nym – od­parła Mo­ni­ca. – Przy­wy­kliśmy do te­le­fonów w środ­ku nocy.

Toni odłożyła słuchawkę.

– Mi­cha­el Ross miał mnóstwo cza­su na otwar­cie kryp­ty – oznaj­miła. – I miesz­ka sam. – Spoj­rzała na El­lio­ta. – Do­dzwo­niłeś się do jego mat­ki?

– Tam miesz­kają te­raz jacyś sta­rusz­ko­wie – mruknął El­liot. Wyglądał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go. – A pani Ross zmarła zeszłej zimy.

– O cho­le­ra – zaklęła Toni pod no­sem.

03.00

Sil­ne re­flek­to­ry sys­te­mu bez­pie­czeństwa oświe­tlały wieże i szczy­ty dachów Krem­la. Tem­pe­ra­tu­ra spadła do pięciu kre­sek poniżej zera, ale nie­bo było czy­ste i nie za­no­siło się na śnieg. Bu­dy­nek stał w wik­to­riańskim ogro­dzie pełnym sta­rych drzew i krzewów. Księżyc w trze­ciej kwa­drze ob­le­wał szarą poświatą na­gie nim­fy plu­skające się w su­chych fon­tan­nach, których strzegły ka­mien­ne smo­ki.

Za­le­gającą tu ciszę zmącił war­kot sil­ników dwóch wyjeżdżających z garażu fur­go­ne­tek. Obie ozna­ko­wa­ne były między­na­ro­do­wym sym­bo­lem bio­za­grożenia – czte­ry pęknięte czar­ne kręgi na ja­skra­wożółtym tle. Strażnik przy bra­mie uniósł już szla­ban. Sa­mo­cho­dy prze­je­chały pod nim, skręciły z pi­skiem opon i po­gnały na południe.

Toni Gal­lo siedząca za kie­row­nicą pierw­szej fur­go­net­ki pro­wa­dziła wóz jak swo­je­go po­rsche, zawłasz­czając całą sze­ro­kość dro­gi, żyłując sil­nik, biorąc zakręty na pełnym ga­zie. Po­ga­niał ją strach, że może już być za późno. Je­chało z nią trzech spe­cja­listów od de­kon­ta­mi­na­cji. Dru­ga fur­go­net­ka była izo­latką na kołach; pro­wa­dził ją sa­ni­ta­riusz, obok nie­go sie­działa dok­tor Ruth So­lo­mons.

Toni z jed­nej stro­ny prze­rażała myśl, że jej czar­ny sce­na­riusz może się ziścić, z dru­giej bała się, że jest w błędzie.

Zarządziła czer­wo­ny alarm, nie mając na uza­sad­nie­nie tej de­cy­zji ni­cze­go, prócz swo­ich po­dej­rzeń. A prze­cież lek, jak to su­ge­ro­wał Ho­ward McAl­pi­ne, mógł zo­stać wy­ko­rzy­sta­ny całko­wi­cie le­gal­nie przez któregoś z na­ukowców, który po pro­stu za­po­mniał umieścić w książce roz­chodów sto­sow­ny wpis. Nie­wy­klu­czo­ne też, że Mi­cha­el Ross na­prawdę sa­mo­wol­nie przedłużył so­bie urlop, a hi­sto­ria z jego matką okaże się zwy­czaj­nym nie­po­ro­zu­mie­niem. Jeśli tak, to ktoś na pew­no uzna, że Toni za­re­ago­wała zbyt ner­wo­wo. Jak ty­po­wa hi­ste­rycz­ka, nie omiesz­ka dodać Ja­mes El­liot. Kto wie, czy nie za­staną Mi­cha­ela Ros­sa śpiącego so­bie smacz­nie we własnym łóżku, z wyłączo­nym te­le­fo­nem pod po­duszką, i Toni aż się skrzy­wiła na myśl, co w ta­kim przy­pad­ku po­wie rano swo­je­mu sze­fo­wi Stan­ley­owi Oxen­for­do­wi.

Jeśli jed­nak się okaże, że prze­czu­cie ją nie myli, sy­tu­acja będzie o wie­le gor­sza.

Pra­cow­nik nie wra­ca w określo­nym dniu z urlo­pu; wcześniej kłamie co do swo­ich planów urlo­po­wych; a z kryp­ty zni­kają próbki no­we­go leku. Czyżby Mi­cha­el Ross zro­bił coś, co na­ra­ziło go na za­in­fe­ko­wa­nie śmier­cio­nośnym wi­ru­sem? Lek znaj­do­wał się jesz­cze na eta­pie prób i nie był sku­tecz­ny w przy­pad­ku wszyst­kich wi­rusów, ale Mi­cha­el mógł uznać, że lep­sze to niż nic. Co­kol­wiek cho­dziło mu po głowie, chciał mieć pew­ność, że przez dwa ty­go­dnie nikt nie za­dzwo­ni do nie­go do domu, więc skłamał, że wyjeżdża do De­von, do mat­ki, która już od daw­na nie żyje.

Mo­ni­ca An­sa­ri po­wie­działa: „To, że ktoś miesz­ka sam, nie świad­czy jesz­cze o tym, że coś z nim jest nie tak, praw­da?”. Sfor­mułowa­nie ty­po­we dla przy­pad­ku, kie­dy co in­ne­go się mówi, a co in­ne­go myśli. Bio­che­micz­ka wy­czu­wała w Mi­cha­elu coś dziw­ne­go, lecz jako ra­cjo­nal­nie myślący na­uko­wiec miała awersję do wy­snu­wa­nia da­le­ko idących wniosków w opar­ciu o samą tyl­ko in­tu­icję.

Toni zaś była zda­nia, że in­tu­icji nig­dy nie należy lek­ce­ważyć.

Wolała nie myśleć o kon­se­kwen­cjach wy­do­sta­nia się Ma­do­by-2 na zewnątrz. Wi­rus był bar­dzo zaraźliwy, roz­prze­strze­niał się szyb­ko drogą kro­pel­kową po­przez kasłanie lub ki­cha­nie. I był zabójczy. Prze­szedł ją dreszcz zgro­zy, moc­niej wcisnęła pedał gazu.

Dro­ga na szczęście była pu­sta i już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach za­je­cha­li pod stojący na ubo­czu do­mek Mi­cha­ela Ros­sa. Do­jazd nie był wyraźnie za­zna­czo­ny, ale Toni go za­pa­miętała. Skręciła w krótką alejkę pro­wadzącą do ni­skie­go bu­dyn­ku z ka­mie­nia oto­czo­ne­go mur­kiem. W oknach było ciem­no. Toni za­trzy­mała fur­go­netkę obok volks­wa­ge­na gol­fa należącego przy­pusz­czal­nie do Mi­cha­ela. Zatrąbiła długo i głośno.

Nic. Światło się nie za­pa­liło, nikt nie otwo­rzył drzwi ani okna. Toni zga­siła sil­nik. Ci­sza.

Jeśli Mi­cha­el wy­je­chał, to co tu robi jego sa­mochód?

– Stro­je króliczków, pa­no­wie, jeśli łaska – rzu­ciła do członków eki­py.

Zaczęli zakładać po­ma­rańczo­we kom­bi­ne­zo­ny. Za ich przykładem po­szedł zespół me­dycz­ny z dru­giej fur­go­net­ki. Nie było to za­da­nie łatwe, bo kom­bi­ne­zo­ny wy­ko­na­ne były z gru­be­go, mało ela­stycz­ne­go two­rzy­wa sztucz­ne­go. Za­pi­nało się je na her­me­tycz­ny za­mek błyska­wicz­ny. Po­mo­gli so­bie na­wza­jem przy­mo­co­wać ręka­wi­ce do nad­garstków taśmą izo­la­cyjną. Na ko­niec po­wsu­wa­li pla­sti­ko­we sto­py kom­bi­ne­zonów w gu­mo­we buty.

Kom­bi­ne­zo­ny były her­me­tycz­nie szczel­ne. Noszący je lu­dzie od­dy­cha­li przez filtr HEPA – High Ef­fi­cien­cy Par­ti­cu­la­te Air Fil­ter, czy­li wy­so­ko sku­tecz­ny filtr po­wie­trza z elek­trycz­nym wen­ty­la­tor­kiem za­si­la­nym z aku­mu­la­to­ra przy­piętego do pasa. Filtr za­trzy­my­wał wszel­kie unoszące się w po­wie­trzu cząstecz­ki, na których mogły znaj­do­wać się za­raz­ki bądź wi­ru­sy. Jeśli cho­dzi o za­pa­chy, to prze­pusz­czał tyl­ko te naj­in­ten­syw­niej­sze. Wen­ty­la­to­rek szu­miał nie­ustan­nie, co niektórych drażniło. Mi­kro­fon i słuchaw­ki za­in­sta­lo­wa­ne w hełmie umożli­wiały po­ro­zu­mie­wa­nie się między sobą oraz – po­przez ko­do­wa­ny kanał ra­dio­wy – z cen­tralą w Krem­lu.

Kie­dy byli już go­to­wi, Toni po­now­nie spoj­rzała na dom. Ktoś, kto wyj­rzałby te­raz przez okno i zo­ba­czył sie­dem istot w po­ma­rańczo­wych kom­bi­ne­zo­nach, uwie­rzyłby w ist­nie­nie ko­smitów i UFO.

Jeśli jed­nak ktoś był w środ­ku, to przez okno nie wyj­rzał.

– Wchodzę pierw­sza – oznaj­miła Toni.

Stąpając sztyw­no w krępującym ru­chy ubio­rze, po­deszła do fron­to­wych drzwi. Za­dzwo­niła i za­stu­kała kołatką. Od­cze­kaw­szy parę chwil, obeszła bu­dy­nek. Na tyłach znaj­do­wał się do­brze utrzy­ma­ny ogród, w głębi ma­ja­czyła drew­nia­na szo­pa. Tyl­ne drzwi nie były za­mknięte na klucz. Weszła. Pamiętała, jak stała kie­dyś w tej kuch­ni, a Mi­cha­el pa­rzył her­batę. Obeszła wszyst­kie po­miesz­cze­nia, w każdym za­pa­lając światło. Na ścia­nie li­ving ro­omu nadal wi­siały re­pro­duk­cje Rem­brand­ta. Wszędzie było czy­sto, schlud­nie i pu­sto.

– Ni­ko­go nie ma – po­wia­do­miła przez ra­dio resztę eki­py. Słyszała w swo­im głosie nutkę roz­cza­ro­wa­nia.

Dla­cze­go nie za­mknął drzwi na klucz? Może już nie wróci?

To był cios. Gdy­by za­sta­li Mi­cha­ela, za­gad­ka szyb­ko by się wyjaśniła. Te­raz cze­kają ich mo­zol­ne po­szu­ki­wa­nia. Prze­cież on może być wszędzie. Trud­no po­wie­dzieć, ile cza­su upłynie, za­nim go znajdą. Wzdrygnęła się na samą myśl o tych ner­wo­wych dniach, a kto wie czy nie ty­go­dniach.

Wyszła do ogro­du. Dla spo­ko­ju su­mie­nia spraw­dziła drzwi szo­py. One też nie były za­mknięte. Kie­dy je otwie­rała, w nos połasko­tał ją nie­przy­jem­ny i dziw­nie zna­jo­my za­pach. Mu­siał być bar­dzo in­ten­syw­ny, sko­ro prze­do­stał się przez filtr. Chy­ba krew, pomyślała. W szo­pie mu­siało cuchnąć jak w rzeźni.

– Boże – mruknęła.

– Co tam masz? – spy­tała Ruth So­lo­mons.

– Jedną chwi­leczkę. – W drew­nia­nym ba­racz­ku było ciem­no, choć oko wy­kol: nie miał okien. Toni na­ma­cała kon­takt. Kie­dy zabłysło światło, krzyknęła.

W słuchaw­kach hełmu rozpętała się wrza­wa, po­zo­sta­li człon­ko­wie eki­py py­ta­li je­den przez dru­gie­go, co się stało.

– Chodźcie tu szyb­ko! Do ogro­do­wej szo­py. Ruth pierw­sza.

Na podłodze z de­sek leżał na wznak, w kałuży krwi, Mi­cha­el Ross. Krew ciekła mu ze wszyst­kich otworów: z oczu, nosa, ust, uszu. Toni nie po­trze­bo­wała le­ka­rza, żeby stwier­dzić, że to ob­fi­ty krwo­tok wie­lo­narządowy – symp­tom kla­sycz­ny dla Ma­do­by-2 i po­dob­nych in­fek­cji. Mi­cha­el był w tej chwi­li bar­dzo nie­bez­piecz­ny dla oto­cze­nia, jego ciało sta­no­wiło ty­kającą bombę z zabójczym wi­ru­sem. Ale żył. Klat­ka pier­sio­wa uno­siła się i opa­dała, z ust wy­do­by­wał się ci­chy bul­got. Przy­kucnęła, uklękła w kałuży lep­kiej, świeżej krwi i po­chy­liła się nad nim.

– Mi­cha­el! – krzyknęła przez pla­sti­kową osłonę hełmu. – To ja, Toni Gal­lo z la­bo­ra­to­rium!

W jego krwa­wych oczach za­tliła się iskier­ka świa­do­mości. Chy­ba ją usłyszał. Otwo­rzył usta i coś wybełkotał.

– Co? – krzyknęła. Po­chy­liła się niżej.

– Nie działa – powtórzył. I zwy­mio­to­wał. Stru­ga czar­nej cie­czy, która bluznęła mu z ust, ochla­pała osłonę hełmu Toni. Wie­działa, że chro­ni ją kom­bi­ne­zon, ale mimo to cofnęła się od­ru­cho­wo z okrzy­kiem obrzy­dze­nia.

Ktoś ją od­sunął. Nad Mi­cha­elem po­chy­liła się Ruth So­lo­mons.

– Puls le­d­wie wy­czu­wal­ny – stwier­dziła. Otwo­rzyła Mi­cha­elo­wi usta i pal­ca­mi ob­le­czo­nej w ręka­wicę dłoni oczyściła mu jako tako gardło z krwi i wy­mio­cin. – La­ryn­go­skop, szyb­ko! – Po chwi­li do szo­py wpadł sa­ni­ta­riusz z przyrządem. Ruth we­pchnęła go Mi­cha­elo­wi w usta, udrażniając gardło, żeby łatwiej mu było od­dy­chać. – Da­waj tu no­sze z izo­lat­ki, tyl­ko na jed­nej no­dze. – Otwo­rzyła torbę le­karską i wyjęła z niej napełnioną już strzy­kawkę. Pew­nie mor­fi­na i coś na po­prawę krze­pli­wości krwi, pomyślała Toni. Ruth wbiła Mi­cha­elo­wi igłę w szyję i na­cisnęła tłoczek. Kie­dy cofnęła strzy­kawkę, z dziur­ki po nakłuciu po­ciekł nowy stru­my­czek krwi.

Toni zalała fala współczu­cia. Przy­po­mniała so­bie Mi­cha­ela chodzącego po Krem­lu, pijącego her­batę w swo­im domu, roz­pra­wiającego z ożywie­niem o akwa­for­tach: wi­dok tego zmal­tre­to­wa­ne­go przez cho­robę ciała stał się przez to jesz­cze bar­dziej bo­le­sny i tra­gicz­ny.

– Do­bra – rzu­ciła Ruth – za­bie­ra­my go stąd.

Dwaj sa­ni­ta­riu­sze dźwignęli Mi­cha­ela z zie­mi i wy­nieśli na zewnątrz, gdzie cze­kały no­sze na kółkach przy­kry­te prze­zro­czy­stym pla­sti­ko­wym na­mio­tem. Wsunęli pa­cjen­ta przez otwór z jed­nej stro­ny na­mio­tu, który następnie uszczel­ni­li i po­to­czy­li no­sze przez ogród.

Przed wejściem do am­bu­lan­su mu­sie­li od­ka­zić sie­bie i no­sze. Je­den z członków ze­społu Toni wyjął już płytką pla­sti­kową wa­nienkę przy­po­mi­nającą dzie­cięcy bro­dzik. Dok­tor So­lo­mons i jej sa­ni­ta­riu­sze wcho­dzi­li do niej ko­lej­no i spry­ski­wa­li się sil­nym środ­kiem de­zyn­fe­kującym, który za­bi­jał wszel­kie wi­ru­sy, utle­niając ich pro­te­iny.

Toni przyglądała się temu ze świa­do­mością, że każda se­kun­da zwłoki zmniej­sza szan­se Mi­cha­ela na przeżycie, zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że jeśli chcą uniknąć dal­szych ofiar, pro­ce­du­ra odkażania musi być ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­na. Nie mogła so­bie da­ro­wać, że z jej la­bo­ra­to­rium wy­do­stał się na świat śmier­cio­nośny wi­rus. W hi­sto­rii Oxen­ford Me­di­cal jesz­cze się to nie zda­rzyło. Nie­wiel­kim po­cie­sze­niem było to, że miała rację, robiąc tyle szu­mu wokół znik­nięcia próbek leku, pod­czas gdy jej ko­le­dzy sta­ra­li się rzecz zba­ga­te­li­zo­wać. Jej obo­wiązkiem było do tego nie dopuścić, i nie wywiązała się z nie­go. Czy w kon­se­kwen­cji bied­ny Mi­cha­el umrze? Czy będą dal­sze śmier­tel­ne ofia­ry?

Sa­ni­ta­riu­sze wsunęli no­sze do am­bu­lan­su. Dok­tor So­lo­mons usiadła koło pa­cjen­ta. Za­trzaśnięto drzwi i ka­ret­ka od­je­chała w noc.

– Mów mi, co się dzie­je, Ruth – rzu­ciła Toni do mi­kro­fo­nu. – Możesz się ze mną łączyć po­przez hełm.

Głos Ruth słabł jed­nak w słuchaw­kach wraz z powiększającą się od­ległością.

– Za­padł w śpiączkę – po­wie­działa. Dodała coś jesz­cze, ale była już poza zasięgiem na­daj­ni­ka i Toni jej nie zro­zu­miała. Po chwi­li odbiór za­nikł zupełnie.

Toni wzięła się w garść i potrząsnęła głową, żeby odpędzić czar­ne myśli. Ro­bo­ta cze­kała.

– Po­sprzątaj­my tu – zarządziła.

Je­den z jej lu­dzi wziął rolkę żółtej taśmy z na­dru­kiem „Za­grożenie bio­lo­gicz­ne – nie zbliżać się” i ru­szył truch­tem przed sie­bie. Miał oto­czyć taśmą całą po­siadłość – dom, szopę, ogród, na­wet sa­mochód Mi­cha­ela. Na szczęście w po­bliżu nie było in­nych za­bu­do­wań, bo i je mu­siałby obiec. Gdy­by Mi­cha­el miesz­kał w blo­ku ze wspólny­mi szy­ba­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi, na odkażenie byłoby już za późno.

Po­zo­sta­li wyjęli z fur­go­net­ki rol­ki pla­sti­ko­wych worków na śmie­ci, pla­sti­ko­we spry­ski­wa­cze ogro­do­we napełnio­ne środ­kiem de­zyn­fe­kującym, pudełka ze szma­ta­mi i duże białe pla­sti­ko­we becz­ki. Trze­ba było spry­skać i wy­trzeć do su­cha każdą po­wierzch­nię. Twar­de przed­mio­ty i pre­cjo­za, ta­kie jak biżute­ria, powędrują do szczel­nych be­czek, w których zo­staną prze­wie­zio­ne do Krem­la i wy­ste­ry­li­zo­wa­ne w au­to­kla­wach parą pod ciśnie­niem. Wszyst­ko inne za­pa­ku­je się w podwójne tor­by i spa­li w pie­cu do spo­pie­la­nia od­padków me­dycz­nych, za­in­sta­lo­wa­nym w pod­zie­miach pod la­bo­ra­to­rium BSL-4.

Toni po­pro­siła jed­ne­go z mężczyzn, żeby starł z jej kom­bi­ne­zo­nu czar­ne wy­mio­ci­ny Mi­cha­ela i spry­skał ją środ­kiem de­zyn­fe­kującym. Najchętniej zdarłaby z sie­bie ten splu­ga­wio­ny pla­sti­ko­wy ubiór.

Kie­dy mężczyźni przystąpili do sprząta­nia, ro­zej­rzała się, szu­kając ja­kiejś wskazówki, która po­mogłaby jej się zo­rien­to­wać, co tu się wy­da­rzyło. Tak jak się oba­wiała, Mi­cha­el wy­kradł eks­pe­ry­men­tal­ny lek, po­nie­waż wie­dział albo po­dej­rze­wał, że uległ za­in­fe­ko­wa­niu Ma­dobą-2. Ale co spra­wiło, że wszedł w bez­pośred­ni kon­takt z wi­ru­sem?

W szo­pie znaj­do­wała się szkla­na ga­blo­ta z wyciągiem po­wie­trza, coś jak­by za­im­pro­wi­zo­wa­na ko­mo­ra bio­bez­piecz­na. Wcześniej tyl­ko rzu­ciła na nią okiem, bo zajęta była Mi­cha­elem, te­raz za­uważyła, że w ga­blo­cie leży mar­twy królik. Wszyst­ko wska­zy­wało na to, że zdechł na cho­robę, która za­ata­ko­wała Mi­cha­ela. Czyżby Mi­cha­el wyniósł go z la­bo­ra­to­rium?

Obok stała mi­secz­ka z wodą z na­pi­sem „Joe”. To był znaczący szczegół. Pra­cow­ni­cy la­bo­ra­to­rium rzad­ko nada­wa­li imio­na stwo­rze­niom, na których prze­pro­wa­dza­li eks­pe­ry­men­ty. Od­no­si­li się do nich po ludz­ku, ale sta­ra­li się nie przy­wiązywać do tych ska­za­nych na śmierć zwie­rzaków. Jed­nak Mi­cha­el nadał swo­je­mu króli­ko­wi imię i tak­to­wał go jak zwierzę do­mo­we. Czyżby wy­rzu­ty su­mie­nia w związku z wy­ko­ny­waną pracą?

Wyszła przed dom. Obok fur­go­net­ki za­trzy­my­wał się właśnie po­li­cyj­ny wóz pa­tro­lo­wy. Spo­dzie­wała się ich. Zgod­nie z pro­ce­durą postępo­wa­nia w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych, który sama wpro­wa­dziła, strażnicy z Krem­la au­to­ma­tycz­nie po­wia­do­mi­li ko­mendę po­li­cji w In­ver­burn o zarządze­niu czer­wo­ne­go alar­mu. Te­raz ko­menda przysłała swo­ich lu­dzi, żeby oce­ni­li, na ile poważny to kry­zys.

Toni pra­co­wała kie­dyś w po­li­cji. Od początku była hołubio­na przez przełożonych – szyb­ko awan­so­wała, pre­zen­to­wa­no ją me­diom jako wzór funk­cjo­na­riusz­ki no­wej ge­ne­ra­cji, i w końcu, jako pierw­sza w dzie­jach Szko­cji ko­bie­ta, objęła sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza okręgo­we­go. Przed dwo­ma laty starła się z sze­fem w drażli­wej kwe­stii prze­jawów ra­si­zmu w po­li­cji. On utrzy­my­wał, że nie ma w tym względzie żad­nych odgórnych za­le­ceń. Ona twier­dziła, że funk­cjo­na­riu­sze na­gmin­nie tu­szują przestępstwa na tle ra­si­stow­skim, co każe po­dej­rze­wać, że jed­nak ist­nieją. Spór prze­ciekł do ga­zet. Odmówiła odwołania swo­ich poglądów i zo­stała zmu­szo­na do złożenia re­zy­gna­cji.

Żyła wówczas z Fran­kiem Hac­ket­tem, też de­tek­ty­wem. Byli ze sobą osiem lat, ale się nie po­bra­li. Kie­dy po­padła w niełaskę, zo­sta­wił ją. Ta rana dotąd się nie za­goiła.

Z wozu pa­tro­lo­we­go wy­sie­dli mężczy­zna i ko­bie­ta. Toni znała większość miej­sco­wych po­li­cjantów ze swo­je­go po­ko­le­nia, a nie­je­den star­szy wie­kiem pamiętał jej nieżyjącego już ojca, sierżanta An­to­nia Gal­lo, zwa­ne­go, a jakże by in­a­czej, Hisz­pańskim To­nym. Jed­nak tych dwo­je wi­działa chy­ba po raz pierw­szy.

– Jo­na­tha­nie, po­li­cja przy­je­chała – rzu­ciła do mi­kro­fo­nu. – Odkaź się, z łaski swo­jej, i po­roz­ma­wiaj z nimi. Po­wiedz, że stwier­dzi­liśmy wy­do­sta­nie się wi­ru­sa z la­bo­ra­to­rium. Niech wezwą Jima Kin­ca­ida, to zre­fe­ruję mu sy­tu­ację.

Nad­ko­mi­sarz Kin­ca­id był od­po­wie­dzial­ny za tak zwa­ne za­grożenia CBRN – che­micz­ne, bio­lo­gicz­ne, ra­dio­lo­gicz­ne i nu­kle­ar­ne. Po­ma­gał Toni w opra­co­wy­wa­niu pro­ce­du­ry bez­pie­czeństwa. Te­raz wspólnie za­sta­no­wią się nad tak­tyką postępo­wa­nia w tym kon­kret­nym przy­pad­ku.

Przyszło jej do głowy, że przed przy­jaz­dem Kin­ca­ida do­brze by było ze­brać trochę in­for­ma­cji o Mi­cha­elu Ros­sie. Na pew­no będzie nimi za­in­te­re­so­wa­ny. Weszła do domu. Mi­cha­el urządził so­bie w dru­giej sy­pial­ni ga­bi­net. Na sto­licz­ku pod ścianą stały trzy opra­wio­ne w ram­ki fo­to­gra­fie jego mat­ki: jako szczupłej na­sto­lat­ki w ob­cisłym swe­ter­ku; jako szczęśli­wej mat­ki z po­dob­nym do Mi­cha­ela nie­mowlęciem na ręku; oraz jako ko­bie­ty po sześćdzie­siątce z czar­no-białym ko­tem na ko­la­nach.

Toni usiadła za biur­kiem i prze­bie­rając nie­zdar­nie ob­le­czo­ny­mi w ręka­wi­ce pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra, prze­czy­tała e-ma­ile Mi­cha­ela. W in­ter­ne­to­wej księgar­ni Ama­zon zamówił książkę pod tytułem Ety­ka zwierząt. Wysyłał też za­py­ta­nia do­tyczące stu­diów uni­wer­sy­tec­kich z za­kre­su fi­lo­zo­fii mo­ral­ności. Spraw­dziła w przeglądar­ce hi­sto­rię i stwier­dziła, że od­wie­dzał ostat­nio stro­ny in­ter­ne­to­we poświęcone pra­wom zwierząt. Wszyst­ko wska­zy­wało na to, że nie dawała mu spo­ko­ju kwe­stia ety­ki pra­cy, którą wy­ko­ny­wał. Jed­nak nikt z Oxen­ford Me­di­cal nie za­uważył, żeby coś go gnębiło.

Toni ro­zu­miała Mi­cha­ela. Ile­kroć zo­ba­czyła leżącego w klat­ce psa albo cho­mi­ka zarażone­go z roz­mysłem cho­robą, którą ba­da­li właśnie na­ukow­cy, ser­ce jej się kra­jało. Ale za­raz przy­po­mi­nała so­bie śmierć ojca. W wie­ku pięćdzie­sięciu kil­ku lat za­cho­ro­wał na no­wotwór mózgu i zmarł otu­ma­nio­ny, w upo­ko­rze­niu i bólu. Ba­da­nia na małpach mogą spra­wić, że ta cho­roba sta­nie się może kie­dyś ule­czal­na. Doświad­cze­nia na zwierzętach były jej zda­niem smutną ko­niecz­nością.

Mi­cha­el trzy­mał swo­je do­ku­men­ty w kar­to­no­wym pu­dle na akta, sta­ran­nie po­se­gre­go­wa­ne i opi­sa­ne: „Ra­chun­ki”, „Gwa­ran­cje”, „Wyciągi ban­ko­we”, „In­struk­cje obsługi”. Pod fiszką „Człon­ko­stwa” Toni zna­lazła po­twier­dze­nie przyjęcia w po­czet członków or­ga­ni­za­cji o na­zwie Zwierzęta Są Wol­ne. Ob­raz sta­wał się co­raz bar­dziej wy­ra­zi­sty.

Ta pra­ca ją uspo­koiła. Za­wsze była do­bra w pro­wa­dze­niu do­cho­dzeń. Bar­dzo przeżyła usu­nięcie z po­li­cji. Te­raz, mając wresz­cie okazję do wy­ko­rzy­sta­nia na­by­te­go tam doświad­cze­nia, czuła się jak ryba w wo­dzie.

Zna­lazła w szu­fla­dzie no­tes z ad­re­sa­mi i ter­mi­narz Mi­cha­ela. W ter­mi­narzu od dwóch ty­go­dni nie było żad­ne­go wpi­su. Kie­dy otwie­rała no­tes, jej wzrok przy­ciągnął nie­bie­ski rozbłysk za oknem. Nad­jeżdżało sza­re vo­lvo com­bi z po­li­cyj­nym ko­gu­tem na da­chu. Pew­nie Jim Kin­ca­id.

Wyszła przed dom i po­pro­siła jed­ne­go z członków swo­jej eki­py, żeby ją od­ka­ził. Po­tem zdjęła hełm, by swo­bod­nie po­roz­ma­wiać z nad­in­spek­to­rem. Jed­nak za kie­row­nicą vo­lvo nie sie­dział Jim. Kie­dy na twarz mężczy­zny padł blask księżyca, roz­po­znała w nim nad­in­spek­to­ra Fran­ka Hac­ket­ta – swo­je­go byłego. Ścisnęło ją w dołku. Po­mi­mo że sam ją rzu­cił, za­cho­wy­wał się za­wsze tak, jak­by to on był stroną po­szko­do­waną.

Po­sta­no­wiła, że za­cho­wa spokój, a do Fran­ka będzie się od­no­siła grzecz­nie i for­mal­nie.

Wy­siadł z wozu i zbliżył się.

– Nie prze­chodź pod taśmą – ostrzegła go – wyjdę do cie­bie. – I za­raz uświa­do­miła so­bie, że popełniła nie­takt. On jest ofi­ce­rem po­li­cji, ona cy­wi­lem – w jego mnie­ma­niu to on po­wi­nien wy­da­wać po­le­ce­nia, a nie na odwrót. Z cie­nia, który prze­mknął przez jego twarz wy­czy­tała, że za­uważył to po­tknięcie. – Wi­taj, Frank – po­wie­działa trochę uprzej­miej.

– Co tu się dzie­je?

– Wygląda na to, że tech­nik z la­bo­ra­to­rium złapał wi­ru­sa. Za­brał go przed chwilą am­bu­lans-izo­lat­ka. Odkażamy te­raz dom. Gdzie Jim Kin­ca­id?

– Na urlo­pie.

– To zna­czy? – Toni miała jesz­cze na­dzieję, że Jim wy­po­czy­wa gdzieś nie­da­le­ko i można go będzie ściągnąć.

– W Por­tu­ga­lii. Jeżdżą tam z żoną co roku o tej po­rze.

A to pech, pomyślała Toni. Jim, w odróżnie­niu od Fran­ka, znał się na za­grożeniach bio­lo­gicz­nych.

– Bez oba­wy – dodał Frank, jak­by czy­tając w jej myślach. Trzy­mał w ręku gru­by na cal plik fo­to­ko­pii. – Mam tu in­strukcję. – Był to opra­co­wa­ny przez Toni i Kin­ca­ida plan postępo­wa­nia w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych. Frank chy­ba nie zdążył go jesz­cze dokład­nie prze­czy­tać. – Na początek muszę za­bez­pie­czyć ten ob­szar. – Ro­zej­rzał się.

Toni re­jon już za­bez­pie­czyła, ale tego nie po­wie­działa. Frank musi się prze­cież czymś wy­ka­zać.

– Wy dwo­je! – krzyknął do dwoj­ga mun­du­ro­wych po­li­cjantów z wozu pa­tro­lo­we­go. – Za­blo­kuj­cie wy­lot alej­ki do­jaz­do­wej i nie wpusz­czaj­cie tu ni­ko­go bez mo­je­go po­zwo­le­nia.

– Do­bra myśl – pod­chwy­ciła Toni, cho­ciaż, prawdę mówiąc, ni­cze­go to nie wno­siło.

Frank zaj­rzał do in­struk­cji.

– Te­raz mu­si­my za­dbać o to, żeby nikt nie opuścił stre­fy skażenia.

Toni kiwnęła głową.

– Nie ma tu ni­ko­go, prócz mo­jej eki­py. Wszy­scy mamy na so­bie kom­bi­ne­zo­ny ochron­ne.

– Nie po­do­ba mi się ta in­struk­cja – od­da­je ini­cja­tywę na miej­scu przestępstwa cy­wi­lom.

– Co ci każe przy­pusz­czać, że to miej­sce przestępstwa?

– Skra­dzio­no próbki leku.

– Ale nie stąd.

Frank puścił tę uwagę mimo uszu.

– A swoją drogą, w jaki sposób ten wasz człowiek za­ra­ził się wi­ru­sem? W la­bo­ra­to­rium no­si­cie wszy­scy te kom­bi­ne­zo­ny, praw­da?

– To będzie mu­siała usta­lić lo­kal­na sta­cja sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­na – od­parła wy­mi­jająco Toni. – Szko­da cza­su na spe­ku­la­cje.

– Były tu ja­kieś zwierzęta, kie­dy przy­je­cha­liście?

Toni za­wa­hała się.

To Fran­ko­wi wy­star­czyło. Był do­brym de­tek­ty­wem i nie­wie­le umy­kało jego uwa­gi.

– A więc ja­kieś zwierzę wy­do­stało się z la­bo­ra­to­rium i za­in­fe­ko­wało la­bo­ran­ta, kie­dy ten był bez ubra­nia ochron­ne­go?

– Nie wiem, jak do tego doszło, a nie chcę pusz­czać w obieg nie­do­pie­czo­nych teo­rii. Czy mo­gli­byśmy się tym­cza­sem skon­cen­tro­wać na bez­pie­czeństwie pu­blicz­nym?

– Zgo­da. Ale to­bie nie tyl­ko bez­pie­czeństwo pu­blicz­ne leży na ser­cu. Próbu­jesz osłaniać firmę i tego wa­sze­go bez­cen­ne­go pro­fe­so­ra Oxen­for­da.

Toni chciała za­py­tać, cze­mu na­zy­wa pro­fe­so­ra „bez­cen­nym”, ale nie zdążyła, bo w tym mo­men­cie w hełmie ode­zwał się ci­chut­ki brzęczyk.

– Te­le­fon do mnie – wyjaśniła Fran­ko­wi. – Prze­pra­szam. – Wyjęła z hełmu słuchaw­ki z mi­kro­fo­nem i założyła je na głowę. Brzęczyk zno­wu się ode­zwał, po­tem w słuchaw­kach za­szu­miało i usłyszała głos strażnika z cen­tra­li Krem­la:

– Dok­tor So­lo­mons do pani Gal­lo.

– Je­stem. Łączyć.

– Mi­cha­el nie żyje, Toni – oznaj­miła le­kar­ka.

Toni przy­mknęła oczy.

– Och, Ruth, tak mi przy­kro.

– Umarłby na­wet, gdy­byśmy go zna­leźli dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny wcześniej. Je­stem w nie­mal stu pro­cen­tach prze­ko­na­na, że to Ma­do­ba-dwa.

– Zro­bi­liśmy wszyst­ko, co w na­szej mocy – wy­krztu­siła zdławio­nym głosem Toni.

– Domyślasz się, jak mogło do tego dojść?

Toni wolała nie roz­wi­jać tego te­ma­tu w obec­ności Fran­ka.

– Nie mógł się po­go­dzić z okru­cieństwem wo­bec zwierząt. Poza tym przed ro­kiem umarła mu mat­ka i to mogło go wytrącić z równo­wa­gi.

– Bie­da­czy­sko.

– Ruth, mam tu­taj po­licję. Później po­roz­ma­wia­my.

– Do­brze. – Połącze­nie zo­stało prze­rwa­ne. Toni zdjęła słuchaw­ki.

– A więc zmarł – mruknął Frank.

– Na­zy­wał się Mi­cha­el Ross i wygląda na to, że zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny wi­ru­sem o na­zwie Ma­do­ba-dwa.

– Ja­kie to było zwierzę?

Toni, pod wpływem im­pul­su, po­sta­no­wiła za­sta­wić na Fran­ka małą pułapkę.

– Cho­mik – od­parła. – Na­zy­wa­liśmy go Pu­szek.

– Czy ist­nie­je możliwość, że za­in­fe­ko­wa­ny zo­stał ktoś jesz­cze?

– Oto jest py­ta­nie. Mi­cha­el miesz­kał tu­taj sam. Nie miał ro­dzi­ny, przy­ja­ciół ra­czej też nie za wie­lu. Jeśli ktoś go od­wie­dził, za­nim za­cho­ro­wał, to jest bez­piecz­ny, chy­ba że ro­bi­li coś bar­dzo in­tym­ne­go, na przykład używa­li tej sa­mej strzy­kaw­ki. Z ko­lei, gdy­by ktoś tu zaj­rzał, kie­dy u Mi­cha­ela występowały już pierw­sze ob­ja­wy, na pew­no we­zwałby le­ka­rza. Są więc spo­re szan­se na to, że ni­ko­mu nie prze­ka­zał wi­ru­sa. – Toni świa­do­mie po­mniej­szała roz­mia­ry za­grożenia. W roz­mo­wie z Kin­ca­idem nie owi­jałaby w bawełnę, bo miałaby pew­ność, że ten nie wpad­nie w pa­nikę. Z Fran­kiem było in­a­czej. – Co nie zmie­nia fak­tu – zakończyła – że mu­si­my ko­niecz­nie skon­tak­to­wać się z każdym, kto mógł się ze­tknąć z Mi­cha­elem w ciągu ostat­nich szes­na­stu dni. Zna­lazłam jego ka­len­da­rzyk z ad­re­sa­mi.

Frank spróbował z in­nej becz­ki:

– Słyszałem, jak mówiłaś, że nie mógł się po­go­dzić z okru­cieństwem wo­bec zwierząt. Należał do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji?

– Tak, do Zwierzęta Są Wol­ne.

– Skąd wiesz?

– Przeglądałam jego do­ku­men­ty.

– To ro­bo­ta dla po­li­cji.

– Fakt. Ale wam nie wol­no wejść do tego domu.

– Mógłbym założyć kom­bi­ne­zon.

– To nie jest taki zwy­czaj­ny kom­bi­ne­zon. Żeby go włożyć, trze­ba przejść spe­cjal­ne prze­szko­le­nie z za­kre­su postępo­wa­nia w wa­run­kach za­grożenia bio­lo­gicz­ne­go.

Frank nie krył iry­ta­cji.

– To wy­nieś mi tu te do­ku­men­ty.

– Może le­piej po­proszę któregoś z mo­ich lu­dzi, żeby ci je prze­fak­so­wał. I przesłał całą za­war­tość twar­de­go dys­ku jego kom­pu­te­ra.

– Mnie po­trzeb­ne ory­gi­nały! Co wy tu ukry­wa­cie?

– Za­pew­niam cię, że nic. Ale wszyst­ko, co znaj­du­je się w tym domu, trze­ba od­ka­zić albo środ­kiem de­zyn­fe­kującym, albo parą pod ciśnie­niem. Obie me­to­dy niszczą pa­pier, a i kom­pu­ter może ulec uszko­dze­niu.

– Prze­ro­bię tę in­strukcję. Cie­kaw je­stem, czy ko­mi­sarz okręgowy wie, coście w niej z Kin­ca­idem na­wy­dzi­wia­li.

Toni po­czuła się na­gle bar­dzo znużona. Śro­dek nocy, poważny kry­zys do zażegna­nia, a ona musi cho­dzić na pa­lusz­kach wokół na­bz­dy­czo­ne­go byłego ko­chan­ka, żeby, broń Boże, nie ura­zić jego uczuć.

– Oj, Frank, na miłość boską… może i masz rację, ale jest, jak jest, spróbuj­my więc za­po­mnieć o przeszłości i zgod­nie współpra­co­wać.

– W two­im pojęciu zgod­na współpra­ca po­le­ga na tym, że wszy­scy robią bez szem­ra­nia, co im każesz.

Roześmiała się.

– Być może. Jaki następny ruch pro­po­nu­jesz?

– Po­wia­do­mię służby sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­ne. Zgod­nie z pro­ce­durą oni mają tu naj­więcej do po­wie­dze­nia. Wy­znaczą kon­sul­tan­ta od za­grożeń bio­lo­gicz­nych, a on zwoła z sa­me­go rana na­radę. Do tego cza­su po­win­niśmy się skon­tak­to­wać z każdym, kto mógł mieć stycz­ność z Mi­cha­elem Ros­sem. Po­sadzę dwóch de­tek­tywów przy te­le­fo­nie, niech dzwo­nią pod wszyst­kie nu­me­ry z tego ka­len­da­rzy­ka. Ty zaj­mij się prze­py­ty­wa­niem lu­dzi za­trud­nio­nych w Krem­lu.

– Do­brze. – Toni za­wa­hała się. Miała do Fran­ka prośbę. Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, Carl Osbor­ne, był dzien­ni­ka­rzem lo­kal­nej te­le­wi­zji zna­nym z tego, że w po­go­ni za sen­sacją gotów roz­mi­jać się z fak­ta­mi. Carl zwie­trzyw­szy pi­smo no­sem, zro­biłby z tego aferę na czte­ry fa­jer­ki.

Znała Fran­ka. Wie­działa, że je­dy­ny sposób, w jaki można go do cze­goś prze­ko­nać, to żadne tam prośby i groźby, lecz rze­czo­wość.

– W in­struk­cji jest pa­ra­graf, na który chciałabym zwrócić twoją uwagę – zaczęła. – Mówi, że nie należy wy­da­wać żad­nych oświad­czeń dla pra­sy bez uprzed­nie­go skon­sul­to­wa­nia ich ze wszyst­ki­mi za­in­te­re­so­wa­ny­mi stro­na­mi, w tym ko­niecz­nie z po­licją, służbami sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­ny­mi i firmą.

– Nie ma spra­wy.

– Wspo­mi­nam o tym, bo nie ma po­trze­by stra­szyć opi­nii pu­blicz­nej. Nie­wy­klu­czo­ne, że ni­ko­mu nic nie gro­zi.

– Ro­zu­miem.

– Nie chce­my ni­cze­go ukry­wać, ale ko­men­ta­rze w me­diach muszą być wyważone i utrzy­ma­ne w spo­koj­nym to­nie. Tyl­ko tego by nam bra­ko­wało, żeby wy­buchła pa­ni­ka.

Frank uśmiechnął się.

– Bo­isz się ta­blo­ido­wych hi­sto­ry­jek o cho­mi­ku mor­der­cy gra­sującym po wrzo­so­wi­skach?

– Je­steś mi coś wi­nien, Frank. Mam na­dzieję, że pamiętasz.

Twarz mu po­ciem­niała.

– Ja to­bie?

Zniżyła głos, cho­ciaż w po­bliżu ni­ko­go nie było.

– Pamiętasz Far­me­ra Jon­ny’ego Kir­ka?

Kirk był im­por­te­rem ko­ka­iny na wielką skalę. Uro­dził się w szem­ra­nej dziel­ni­cy Glas­gow przy Gar­scu­be Road i w życiu nie wi­dział far­my na oczy, a ksywkę „Far­mer” za­wdzięczał zie­lo­nym, o parę nu­merów za dużym gu­mia­kom, które nosił, by oszczędzić so­bie ka­tu­szy, ja­kich przy­spa­rzały mu od­ci­ski. Frank po­sta­wił Far­mera John­ny’ego przed sądem je­dy­nie na pod­sta­wie po­szlak. Już w trak­cie pro­ce­su Toni od­kryła przy­pad­ko­wo pew­ne fak­ty, które świad­czyły na ko­rzyść oskarżone­go. Po­wie­działa o nich Fran­ko­wi, ale Frank nie po­dzie­lił się swoją wiedzą z sądem. John­ny’ego uzna­no win­nym, słusznie zresztą, i do­stał wy­rok. Gdy­by jed­nak kie­dy­kol­wiek praw­da wyszła na jaw, ka­rie­ra Fran­ka byłaby skończo­na.

– Gro­zisz, że to wyciągniesz, jeśli zro­bię coś nie po two­jej myśli? – spy­tał gniew­nie Frank.

– Nie, przy­po­mi­nam ci tyl­ko o sy­tu­acji, kie­dy to to­bie zależało, żebym trzy­mała język za zębami, i ja trzy­małam.

Frank już się otrząsnął. Przed chwilą ob­le­ciał go strach, ale te­raz zno­wu był daw­nym aro­ganc­kim sobą.

– Bywa, że cza­sa­mi trze­ba nagiąć reguły gry. Ta­kie jest życie.

– Właśnie. I proszę cię, żebyś nie wspo­mi­nał o tym in­cy­den­cie swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Car­lo­wi Osbor­no­wi ani w ogóle ni­ko­mu z mediów.

Frank uśmiechnął się.

– No wiesz, Toni – po­wie­dział z uda­wa­nym ob­ru­sze­niem – to nie w moim sty­lu.

07.00

Kit Oxen­ford obu­dził się wcześnie, pod­eks­cy­to­wa­ny i stre­mo­wa­ny za­ra­zem. Oso­bli­we było to uczu­cie.

Dzi­siaj ma do­ko­nać kra­dzieży w Oxen­ford Me­di­cal.

Na samą myśl ogar­niało go ra­do­sne pod­nie­ce­nie. To będzie naj­ge­nial­niej­szy ra­bu­nek w dzie­jach. Będą go opi­sy­wa­li w książkach noszących ta­kie tytuły jak, daj­my na to, „Zbrod­nia do­sko­nała”. A co naj­ważniej­sze, będzie to ze­msta na ojcu. Fir­ma pad­nie i Stan­ley Oxen­ford zo­sta­nie zruj­no­wa­ny. Fakt, że sta­ry nig­dy się nie do­wie, kto mu wykręcił taki nu­mer, przy­da­wał całej spra­wie jesz­cze większe­go smacz­ku. Kit zy­ska sa­tys­fakcję, która do gro­bo­wej de­ski pozo­sta­nie jego słodką ta­jem­nicą.

Tyl­ko to po­de­ner­wo­wa­nie. Dziw­ne. Z na­tu­ry nie przej­mo­wał się na za­pas. Z kłopotów, w które zda­rzało mu się wdep­ty­wać, po­tra­fił za­zwy­czaj na po­cze­ka­niu zna­leźć wyjście. Rzad­ko coś pla­no­wał.

Dzi­siaj pla­no­wał. I może stąd ten nie­pokój.

Leżał w łóżku z za­mkniętymi ocza­mi i roz­myślał o prze­szko­dach, które przyj­dzie mu po­ko­nać.

Po pierw­sze, fi­zycz­ne środ­ki bez­pie­czeństwa bro­niące dostępu do Krem­la: podwójne ogro­dze­nie, drut kol­cza­sty, re­flek­to­ry, alar­my an­tywłama­nio­we. Te ostat­nie wy­zwa­la­ne są im­pul­sa­mi z wy­kry­wa­czy ru­chu do­ko­ny­wa­nych przez oso­by nie­po­wołane, z czuj­ników drgań oraz z de­tek­torów zwarć. Sy­gnał uru­cho­mio­ne­go alar­mu prze­syłany jest bez­pośred­nio do ko­men­dy po­li­cji w In­ver­burn linią te­le­fo­niczną, której prze­lo­to­wość sys­tem na bieżąco we­ry­fi­ku­je.

Żadne z powyższych za­bez­pie­czeń nie sta­no­wi prze­szko­dy dla Kita i jego wspólników.

Po dru­gie, strażnicy, którzy ob­ser­wują na mo­ni­to­rach ważniej­sze stre­fy kom­plek­su, a co go­dzinę oso­biście pa­tro­lują cały te­ren. Ich mo­ni­to­ry wy­po­sażone są w de­tek­to­ry po­zio­mu sy­gnału re­agujące na zmianę jego źródła, co unie­możli­wia zastąpie­nie ob­ra­zu prze­ka­zy­wa­ne­go na żywo przez ka­merę na­gra­niem, daj­my na to, z ma­gne­to­wi­du.

Ale i na to Kit ma już sposób.

I na ko­niec, złożony sys­tem kon­tro­li dostępu: pla­sti­ko­we iden­ty­fi­ka­to­ry przy­po­mi­nające kar­ty kre­dy­to­we, każdy z fo­to­gra­fią upo­ważnio­ne­go użyt­kow­ni­ka plus chip z za­ko­do­wa­ny­mi szczegółami jego li­nii pa­pi­lar­nych.

Oszu­ka­nie tego sys­te­mu nie będzie pro­ste, ale Kit wie, jak to zro­bić.

Ukończył in­for­ma­tykę jako pry­mus, ale ma w za­na­drzu jesz­cze lep­szy atut. Sam na­pi­sał opro­gra­mo­wa­nie, które ste­ru­je całym sys­te­mem za­bez­pie­czeń Krem­la. To jego „dziec­ko”. Od­wa­lił kawał wspa­niałej ro­bo­ty dla swo­je­go nie­wdzięczne­go ojca, i sys­tem jest prak­tycz­nie nie do sfor­so­wa­nia dla kogoś po­stron­ne­go, ale Kit ma w małym pal­cu wszyst­kie jego ta­jem­ni­ce.

Dziś, koło północy, wej­dzie do sank­tu­arium, do la­bo­ra­to­rium BSL-4, naj­pil­niej strzeżone­go miej­sca w Szko­cji. Wej­dzie tam z przed­sta­wi­cie­lem klien­ta, małomównym, posępnym lon­dyńczy­kiem, który przed­sta­wił mu się jako Ni­gel Bu­cha­nan, i z dwoj­giem wspólników. Kie­dy będą już w środ­ku, otwo­rzy pro­stym czte­ro­cy­fro­wym ko­dem chłod­zoną kryptę, z której Ni­gel za­bie­rze próbki no­we­go bez­cen­ne­go leku an­ty­wi­ru­so­we­go opra­co­wa­ne­go przez Stan­leya Oxen­for­da.

Próbki niedługo po­zo­staną w ich rękach. Ni­ge­lo­wi wy­zna­czo­no nie­prze­kra­czal­ny ter­min. Musi je prze­ka­zać klien­to­wi ju­tro, w Boże Na­ro­dze­nie, o dzie­siątej rano. Kit nie miał pojęcia, skąd ten pośpiech. Nie wie­dział również, kto jest klien­tem, ale się tego domyślał. Pew­nie któryś z między­na­ro­do­wych kon­cernów far­ma­ceu­tycz­nych. Ana­li­za składu próbek oszczędzi wie­lu lat badań. Fir­ma, za­miast płacić Oxen­for­do­wi mi­lio­ny za li­cencję, będzie mogła wy­pro­du­ko­wać własną wersję leku.

Nie było to, rzecz ja­sna, uczci­we, ale tam, gdzie gra idzie o wy­soką stawkę, lu­dzie za­wsze znajdą uspra­wie­dli­wie­nie dla nie­uczci­wych za­gry­wek. Kit wy­obrażał już so­bie do­stoj­ne­go, si­wowłose­go pre­ze­sa kon­cer­nu w gar­ni­tu­rze w jodełkę, hi­po­krytę py­tającego: „Możecie mnie z ręką na ser­cu za­pew­nić, że żaden z pra­cow­ników na­sze­go kon­cer­nu, po­zy­skując te próbki, nie złamał pra­wa?”.

A naj­lep­sze w całym pla­nie jest to, że kra­dzież zo­sta­nie wy­kry­ta, kie­dy Ni­ge­la i jego, Kita, daw­no już w Krem­lu nie będzie. Dzi­siaj wto­rek, Wi­gi­lia. Ju­tro i po­ju­trze święta. Alarm pod­nie­sio­ny zo­sta­nie naj­wcześniej w piątek i to tyl­ko w przy­pad­ku, jeśli jakiś nad­gor­li­wy na­uko­wiec przy­pałęta się do pra­cy. Jeśli nie, to po­tem jest week­end i Kit ze swoją ekipą będzie miał na za­tar­cie śladów czas do po­nie­działku. To więcej niż trze­ba.

Skąd więc ten nie­pokój? Przed ocza­mi stanęła mu twarz Toni Gal­lo, sze­fo­wej ochro­ny. Pie­go­wa­ty ru­dzie­lec, bar­dzo atrak­cyj­ny, jeśli cho­dzi o wa­run­ki zewnętrzne, ale jak na gust Kita, zbyt przej­mujący się rolą. Czyżby to ona wzbu­dzała w nim ten nie­pokój? Już raz jej nie do­ce­nił i skut­ki były opłaka­ne.

Ale plan wy­szedł mu ge­nial­nie.

– Ge­nial­nie – powtórzył na głos, żeby dodać so­bie ani­mu­szu.

– Co? – za­py­tał głos spod jego pa­chy.

Dziew­czy­na?! Odchrząknął, za­sko­czo­ny. Za­po­mniał, że nie jest sam. Otwo­rzył oczy. W po­ko­ju pa­no­wały ciem­ności.

– Co ge­nial­nie? – nie dawała za wy­graną.

– Tańczysz – za­im­pro­wi­zo­wał. Po­de­rwał ją wie­czo­rem w klu­bie.

– Ty też je­steś niezły – za­pew­niła go z sil­nym ak­cen­tem z Glas­gow. – Masz ta­lent w no­gach.

Jak jej na imię? Wytężył pamięć. Chy­ba Mau­re­en, tak Mau­re­en. Z ta­kim imie­niem jak nic ka­to­licz­ka. Przekręcił się na bok i objął ją w ta­lii, usiłując so­bie przy­po­mnieć, jak wygląda. Wy­czuł pod dłonią miłe w do­ty­ku krągłości. Lubił ta­kie nie za chu­de. Przy­sunęła się do nie­go skwa­pli­wie. Blon­dyn­ka czy bru­net­ka? To na­wet pod­nie­cające, upra­wiać seks z dziew­czyną i nie wie­dzieć, jak wygląda. Już miał na­ma­cać jej pierś, ale przy­po­mniał so­bie, co ma dzi­siaj w pla­nie i przeszła mu ocho­ta na amo­ry.

– Która to go­dzi­na? – spy­tał.

– Pora na małe ba­ra­ba­ra – za­su­ge­ro­wała ocho­czo Mau­re­en.

Kit od­sunął się od niej. Ze­gar w wieży hi-fi wska­zy­wał 07.10.

– Muszę wsta­wać – po­wie­dział. – Mam dzi­siaj od gro­ma ro­bo­ty.

Chciał zdążyć do domu ojca na lunch. Ofi­cjal­nie je­chał tam spędzić święta Bożego Na­ro­dze­nia w ro­dzin­nym gro­nie, a tak na­prawdę ukraść coś, co było mu niezbędne do wie­czor­nej eska­pa­dy.

– Ro­bo­ty? W Wi­gi­lię?

– Po­wiedz­my, że je­stem Świętym Mikołajem. – Usiadł na brze­gu łóżka i za­pa­lił lampkę.

Mau­re­en nie kryła roz­cza­ro­wa­nia.

– Ale mała śnieżynka jesz­cze so­bie poleży, jeśli Święty nie ma nic prze­ciw­ko – wy­mru­czała.

Zerknął na nią, ale zdążyła naciągnąć kołdrę na głowę i nadal nie wie­dział, jak wygląda.

Poczłapał nago do kuch­ni i na­sta­wił wodę na kawę.

Pod­da­sze, na którym miesz­kał, po­dzie­lo­ne było na dwa duże po­miesz­cze­nia – li­ving room z anek­sem ku­chen­nym i sy­pial­nię. Li­ving room za­sta­wio­ny był sprzętem elek­tro­nicz­nym: duży te­le­wi­zor z płaskim ekra­nem, złożona apa­ra­tu­ra nagłaśniająca oraz ba­te­ria kom­pu­terów z ak­ce­so­ria­mi, połączo­nych pląta­niną ka­bli. Kit od dziec­ka lubił włamy­wać się do kom­pu­terów ob­cych lu­dzi. Za­nim zo­sta­nie się eks­per­tem od pro­jek­to­wa­nia bez­piecz­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, trze­ba naj­pierw zdo­być doświad­cze­nie w ha­ker­skiej szkółce. In­nej dro­gi nie ma.

Pra­cując u ojca, gdzie pro­jek­to­wał oraz in­sta­lo­wał za­bez­pie­cze­nia dla la­bo­ra­to­rium BSL-4, dopuścił się swo­je­go naj­lep­sze­go, jak dotąd, przekrętu. Z po­mocą Ron­nie­go Su­ther­lan­da, ówcze­sne­go sze­fa ochro­ny w Oxen­ford Me­di­cal, opra­co­wał me­todę wy­pro­wa­dza­nia z fir­my pie­niędzy. Tak spre­pa­ro­wał pro­gram księgo­wa­nia, że kom­pu­ter, pod­su­mo­wując jakąś par­tię fak­tur wy­sta­wio­nych przez do­stawców, do­da­wał po pro­stu do uzy­ska­ne­go wy­ni­ku je­den pro­cent, a następnie prze­le­wał ów je­den pro­cent na kon­to ban­ko­we Ron­nie­go, przy czym trans­ak­cja nie po­ja­wiała się po­tem w żad­nym ze­sta­wie­niu. Dwaj de­frau­dan­ci zakłada­li, że ni­ko­mu nie przyj­dzie do głowy spraw­dzać „na pie­chotę” po­praw­ności wy­li­czeń kom­pu­tera – i nikt ich nie spraw­dzał, aż do dnia, w którym Toni Gal­lo zo­ba­czyła żonę Ron­nie­go par­kującą no­we­go mer­ce­de­sa co­upe przed skle­pem Marks & Spen­cer w In­ver­burn.

Kit był zdu­mio­ny i nie na żarty za­nie­po­ko­jo­ny iście psią za­wziętością, z jaką Toni podjęła trop. Wy­kryw­szy nie­zgod­ności, za­parła się, że wyjaśni, skąd się wzięły. I nie popuściła. Co gor­sza, kie­dy usta­liła już, co jest na rze­czy, nic nie było w sta­nie od­wieść jej od po­wia­do­mie­nia ojca Kita. Kit błagał ją, żeby nie de­ner­wo­wała sta­re­go. Próbował stra­szyć, że Stan­ley Oxen­ford wpad­nie we wściekłość i wy­le­je na bruk ją, nie jego. Kie­dy wszyst­kie spo­so­by za­wiodły, położył dłoń na jej bio­drze, ob­da­rzył swo­im naj­lep­szym uśmiesz­kiem lu­bieżnego chłopca, i wy­mru­czał nie­dwu­znacz­nym to­nem: „Po­win­niśmy zo­stać przy­ja­ciółmi, nie wro­ga­mi”. To również nie po­skut­ko­wało.

Wy­rzu­co­ny przez ojca z pra­cy, do tej pory nie zna­lazł po­sa­dy. Na do­miar złego nie ze­rwał z ha­zar­dem. Ron­nie wpro­wa­dził go do nie­le­gal­ne­go ka­sy­na, w którym od ręki udzie­lo­no mu kre­dy­tu, niewątpli­wie z uwa­gi na ojca, słyn­ne­go na­ukow­ca mi­lio­ne­ra. Wolał nie li­czyć, ile for­sy jest im te­raz wi­nien. Była to w każdym ra­zie suma za­wrot­na i na samą myśl, że te pie­niądze trze­ba będzie w końcu zwrócić, robiło mu się słabo ze stra­chu i obrzy­dze­nia do sa­me­go sie­bie. W ta­kich chwi­lach najchętniej sko­czyłby z mo­stu Forth. Ale kasy, którą zgar­nie za dzi­siejszą ro­botę, star­czy i na spłace­nie długu, i na nowy początek.

Wszedł z kawą do łazien­ki i przej­rzał się w lu­strze. Swe­go cza­su wcho­dził w skład bry­tyj­skiej re­pre­zen­ta­cji na zi­mo­we igrzy­ska olim­pij­skie i w każdy week­end albo jeździł na nar­tach, albo tre­no­wał w sali. Był wte­dy szczupły i zwin­ny jak ogar. Te­raz jak­by się trochę za­okrąglił.

– Przy­bie­rasz na wa­dze, sta­ry – po­wie­dział do swo­je­go od­bi­cia. Ale gęste kasz­ta­no­we włosy opa­dające nie­sfor­ny­mi ko­smy­ka­mi na czoło nie stra­ciły nic z daw­ne­go połysku. Tyl­ko twarz jakaś ściągnięta. Spróbował od­sta­wić Hugh Gran­ta – głowa skrom­nie opusz­czo­na, nie­bie­skie oczy po­pa­trują by­stro spod lek­ko przy­mkniętych po­wiek, uj­mujący uśmie­szek. Tak, po­tra­fił to jesz­cze. Na Toni Gal­lo może nie po­działało, ale Mau­re­en dała się na to złowić nie da­lej jak wczo­raj wie­czo­rem.

Za­bie­rając się do go­le­nia, włączył łazien­ko­wy te­le­wi­zo­rek na­sta­wio­ny na lo­kal­ny pro­gram in­for­ma­cyj­ny. Pre­mier przy­je­chał do Szko­cji, by spędzić święta Bożego Na­ro­dze­nia w swo­im okręgu wy­bor­czym. Klub piłkar­ski Glas­gow Ran­gers zapłacił dzie­więć mi­lionów funtów za na­past­ni­ka Gio­van­nie­go San­tan­ge­lo.

– Sta­re do­bre szkoc­kie na­zwi­sko – mruknął pod no­sem.

Po­go­da. Nadal chłodno, ale słonecz­nie. Śnieżyca sza­lejąca nad Mo­rzem Nor­we­skim prze­su­wa się, co praw­da, na południe, ale syn­op­ty­cy prze­wi­dują, że omi­nie Szkocję od za­cho­du. Ma­te­riał roz­po­czy­nający wia­do­mości lo­kal­ne zmro­ził Ki­to­wi krew w żyłach.

Słysząc zna­jo­my głos Car­la Osbor­ne’a, gwiaz­do­ra szkoc­kiej te­le­wi­zji spe­cja­li­zującego się w sen­sa­cyj­nych do­nie­sie­niach, zerknął na ekran i zo­ba­czył bu­dy­nek, w którym za­mie­rzał do­ko­nać dzi­siaj kra­dzieży. Osbor­ne stał przed bramą Oxen­ford Me­di­cal. Było jesz­cze ciem­no, ale sil­ne re­flek­to­ry sys­te­mu bez­pie­czeństwa wyłuski­wały z mro­ku wik­to­riańską ar­chi­tek­turę.

– Ki dia­beł? – mruknął z nie­po­ko­jem Kit.

Osbor­ne mówił: „Właśnie tu­taj, w Szko­cji, w bu­dyn­ku, który widzą państwo za mną i który oko­licz­na lud­ność na­zy­wa «Za­mczy­skiem Fran­ken­ste­ina», na­ukow­cy eks­pe­ry­men­tują od ja­kie­goś cza­su z naj­nie­bez­piecz­niej­szy­mi wi­ru­sa­mi świa­ta”.

Za­mczy­sko Fran­ken­ste­ina? Kit nig­dy nie słyszał tego określe­nia. Pew­nie Osbor­ne sam je so­bie wy­du­mał. Bu­dy­nek na­zy­wa­no Krem­lem.

„I oto dzi­siaj na cho­robę wywołaną przez je­den z tych wi­rusów zmarł młody la­bo­rant, w czym niektórzy upa­trują ze­msty na­tu­ry na człowie­ku za wty­ka­nie nosa w nie swo­je spra­wy”.

Kit odłożył ma­szynkę do go­le­nia. No to Oxen­ford Me­di­cal ma przerąbane, pomyślał. W in­nych oko­licz­nościach za­cie­rałby ręce i na­pa­wał się kłopo­ta­mi ojca, ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj, z po­wo­du tej wia­do­mości mogą ucier­pieć jego własne pla­ny.

„Mi­cha­el Ross, lat trzy­dzieści je­den, za­ata­ko­wa­ny zo­stał przez wi­rus Ebo­la, na­zwa­ny tak od afry­kańskiej wio­ski, w której się wylągł. Wywołana przez nie­go strasz­na cho­ro­ba prze­ja­wia się bo­le­sny­mi ro­piejącymi czy­ra­ka­mi na całym cie­le zarażonej oso­by”.

Kit był prze­ko­na­ny, że Osbor­ne kon­fa­bu­lu­je, ale kto to wytłuma­czy jego wi­dow­ni. To te­le­wi­zja dla mas. Czy śmierć Mi­cha­ela Ros­sa po­krzyżuje mu pla­ny kra­dzieży?

„Fir­ma Oxen­ford Me­di­cal za­pew­niała za­wsze, że pro­wa­dzo­ne przez nią ba­da­nia nie sta­no­wią żad­ne­go za­grożenia dla miej­sco­wej lud­ności i oko­licz­nych te­renów, jed­nak śmierć Mi­cha­ela Ros­sa każe poważnie wątpić w te za­pew­nie­nia”.

Osbor­ne miał na so­bie pu­chową kurtkę, wełnianą czapkę i wyglądał na nie­wy­spa­ne­go. Kit domyślał się, że in­for­ma­tor, od którego do­stał ten cynk, obu­dził go nad ra­nem.

„Chodzą słuchy, że Ross zo­stał ugry­zio­ny przez zwierzę, które wy­kradł z tu­tej­sze­go la­bo­ra­to­rium i za­brał do swo­je­go domu, kil­ka mil stąd”, ciągnął Osbor­ne.

– O nie – jęknął Kit. Sy­tu­acja przed­sta­wiała się co­raz go­rzej. Czy aby nie będzie zmu­szo­ny zre­zy­gno­wać z re­ali­za­cji swo­je­go wiel­kie­go pla­nu? Tego by nie zniósł.

„Czy Mi­cha­el Ross działał sam, czy też był człon­kiem większej gru­py, która będzie może próbowała uwal­niać ko­lej­ne zakażone zwierzęta z taj­nych la­bo­ra­to­riów Oxen­ford Me­di­cal? Czy doj­dzie do sy­tu­acji, kie­dy nie­win­nie wyglądające psy i króliki będą włóczyły się sa­mo­pas po Szko­cji i roz­no­siły śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne­go wi­ru­sa? Tego nikt nie chce mi tu­taj po­wie­dzieć”.

Obojętne, co mówią, albo cze­go nie chcą po­wie­dzieć, Kit wi­dział, czym zaj­mują się te­raz lu­dzie z Krem­la: wzmac­niają na ile się da środ­ki ochro­ny. Toni Gal­lo już tam pew­nie jest, za­ostrza pro­ce­du­ry, spraw­dza alar­my i ka­me­ry, pro­wa­dzi od­pra­wy ze strażni­ka­mi. Dla Kita go­rzej już być nie mogło. Szlag go tra­fiał.

– Dla­cze­go los tak się na mnie uwziął? – za­py­tał na głos.

„Tak czy in­a­czej, kon­ty­nu­ował Carl Osbor­ne, Mi­cha­el Ross oddał życie z miłości do cho­mi­ka imie­niem Pu­szek”. Po­wie­dział to to­nem tak dra­ma­tycz­nym, że Kit tyl­ko cze­kał, kie­dy otrze łzę, lecz Osbor­ne na tym zakończył.

Głos za­brała pro­wadząca wia­do­mości pre­zen­ter­ka, atrak­cyj­na blon­dyn­ka o mi­ster­nej fry­zu­rze:

„Carl, czy Oxen­ford Me­di­cal sko­men­to­wała ten nad­zwy­czaj­ny wy­pa­dek?”.

„Tak – Carl zaj­rzał do no­te­su. – Po­wie­dzie­li, że są za­smu­ce­ni i przy­bi­ci śmier­cią Mi­cha­ela Ros­sa, ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że nikt inny nie zo­stał przez wi­rus za­in­fe­ko­wa­ny. Mimo to chcie­li­by po­roz­ma­wiać z każdym, kto miał z Ros­sem stycz­ność w ciągu ostat­nich szes­na­stu dni”.

„Ist­nie­je za­tem możliwość, że ktoś się od nie­go za­ra­ził?”.

„Właśnie, a po­tem za­ra­ził in­nych. Tak więc oświad­cze­nie fir­my, że nikt inny nie zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny wygląda ra­czej na pobożne życze­nie niż na­uko­we stwier­dze­nie”.

„To bar­dzo nie­po­kojąca hi­sto­ria – zwróciła się pre­zen­ter­ka do ka­me­ry. – Spod Oxen­ford Me­di­cal re­la­cjo­no­wał Carl Osbor­ne. A te­raz piłka nożna”.

Kit z wściekłością dźgał raz po raz pal­cem pi­lo­ta, żeby wyłączyć te­le­wi­zor, ale z nerwów nie mógł tra­fić we właściwy przy­cisk. Chwy­cił w końcu za przewód za­si­lający i wy­rwał wtyczkę z gniazd­ka. Mało bra­ko­wało, a wy­rzu­ciłby od­bior­nik przez okno. To była ka­ta­stro­fa.

Co z tego, że tę po­nurą wizję roz­prze­strze­niającego się po kra­ju wi­ru­sa Osbor­ne praw­do­po­dob­nie wy­ssał na po­cze­ka­niu z pal­ca? Liczą się kon­se­kwen­cje, a jedną z nich będzie nie­chyb­nie ta­kie za­cieśnie­nie ochro­ny Krem­la, że mysz się tam nie prześliźnie. Dzi­siej­szy wieczór to naj­gor­szy czas na do­ko­na­nie kra­dzieży. Trze­ba będzie odwołać akcję. Kit był gra­czem: mając w ręku do­bre roz­da­nie, gotów był po­sta­wić wszyst­ko, ale wie­dział z doświad­cze­nia, że jeśli kar­ta nie idzie, le­piej spa­so­wać.

Przy­najm­niej nie będę mu­siał spędzać Bożego Na­ro­dze­nia z oj­cem, pomyślał po­nu­ro.

Może da się jesz­cze przełożyć ro­botę, za­cze­kać, aż emo­cje opadną i w Krem­lu znie­sio­ne zo­staną nad­zwy­czaj­ne środ­ki bez­pie­czeństwa. Może uda się prze­ko­nać klien­ta do prze­su­nięcia ter­mi­nu do­sta­wy. Kit wzdrygnął się na myśl o ogrom­nym długu, który musi spłacić. Ale nie ma sen­su leźć lwu w paszczę przy tak nikłych szan­sach po­wo­dze­nia.

Wy­szedł z łazien­ki. Ze­gar wska­zy­wał 07.28. Trochę za wcześnie na te­le­fon, ale spra­wa jest pil­na. Pod­niósł słuchawkę i wy­brał nu­mer.

Ode­bra­no na­tych­miast.

– Tak? – burknął męski głos.

– To ja, Kit. Za­stałem go?

– Cze­go chcesz?

– Muszę z nim po­ga­dać. To ważne.

– Jesz­cze nie wstał.

– Cho­le­ra. – Kit nie chciał zo­sta­wiać wia­do­mości. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia do­szedł do wnio­sku, że może i do­brze się składa. Le­piej żeby Mau­re­en nie słyszała, co ma do po­wie­dze­nia. – Prze­każ mu, że do nie­go jadę – rzu­cił do słuchaw­ki i odłożył ją, nie cze­kając na od­po­wiedź.

07.30

Toni Gal­lo miała na­dzieję, że do lun­chu uda jej się wy­rwać z pra­cy.

Ro­zej­rzała się po swo­im ga­bi­ne­cie. Nie za­grzała tu jesz­cze miej­sca. Do­pie­ro zaczęła się urządzać. Na biur­ku stała fo­to­gra­fia przed­sta­wiająca ją, matkę i siostrę Bellę, zro­bio­na przed kil­ko­ma laty, kie­dy mat­ce zdro­wie jesz­cze do­pi­sy­wało. Obok leżał sta­ry wystrzępio­ny słownik – za­wsze miała kłopo­ty z or­to­gra­fią. W zeszłym ty­go­dniu po­wie­siła na ścia­nie swo­je zdjęcie w mun­du­rze po­li­cjant­ki, zro­bio­ne przed sie­dem­na­stu laty. Taka była wte­dy młoda i pełna zapału.

Aż trud­no uwie­rzyć, że tam­ten etap pra­cy za­wo­do­wej ma za sobą.

Wie­działa już, cze­go dopuścił się Mi­cha­el Ross. Obmyślił spryt­ny i wy­ra­fi­no­wa­ny sposób na omi­ja­nie wpro­wa­dzo­nych przez nią pro­ce­dur bez­pie­czeństwa. Zna­lazł słabe punk­ty i skwa­pli­wie je wy­ko­rzy­stał. To była jej i tyl­ko jej wina.

Dwie go­dzi­ny temu, dzwo­niąc do Stan­leya Oxen­for­da, pre­ze­sa i właści­cie­la większościo­we­go pa­kie­tu ak­cji Oxen­ford Me­di­cal, jesz­cze tego nie wie­działa.

A i tak bała się tej roz­mo­wy. Miała mu do prze­ka­za­nia naj­gor­sze z możli­wych wieści i nie ule­gało wątpli­wości, że na nią po­sy­pią się pierw­sze gro­my. Była przy­go­to­wa­na, że Oxen­ford za­re­agu­je nie­za­do­wo­le­niem, obu­rze­niem, może na­wet wściekłością.

– Az tobą wszyst­ko w porządku? – za­py­tał.

O mało się nie rozpłakała. Nie spo­dzie­wała się, że naj­pierw pomyśli o niej. Nie zasłużyła so­bie na taki prze­jaw tro­ski.

– Nic mi nie jest – od­parła. – Przed wejściem do domu założyliśmy kom­bi­ne­zo­ny.

– Ale je­steś pew­nie zmęczo­na.

– Zdrzemnęłam się go­dzinkę.

– Ro­zu­miem – mruknął Stan­ley i szyb­ko prze­szedł do rze­czy. – Znałem Mi­cha­ela Ros­sa. Spo­koj­ny chłopak, koło trzy­dziest­ki, pra­co­wał u nas od kil­ku lat. Doświad­czo­ny la­bo­rant. Jak, u li­cha, mogło do tego dojść?

– W jego ogro­do­wej szo­pie zna­lazłam mar­twe­go królika. Po­dej­rze­wam, że wyniósł go z la­bo­ra­to­rium i zwierzątko go ugryzło.

– Wątpię – uciął Stan­ley. – Już prędzej ska­le­czył się ja­kimś za­in­fe­ko­wa­nym nożem. To się zda­rza na­wet naj­bar­dziej doświad­czo­nym lu­dziom. Ten królik to praw­do­po­dob­nie zwy­czaj­ny do­mo­wy zwie­rzak i zdechł z głodu, kie­dy Mi­cha­el za­cho­ro­wał.

Toni bar­dzo by chciała w to wie­rzyć, ale czuła się w obo­wiązku za­po­znać sze­fa z fak­ta­mi.

– Tak, ale ten królik znaj­do­wał się w za­im­pro­wi­zo­wa­nej bio­bez­piecz­nej ko­mo­rze – po­wie­działa.

– Nadal wątpię. Mi­cha­el nie mógł pra­co­wać w BSL-czte­ry sam. Na­wet gdy­by jego ko­le­ga nie pa­trzył, to prze­cież w każdym po­miesz­cze­niu są ka­me­ry – byłoby widać na mo­ni­to­rach, jak krad­nie królika. Zresztą, jak by go prze­my­cił przez sta­no­wi­ska ochro­ny? A na­wet gdy­by mu się to jakoś udało, to prze­cież na­ukow­cy pra­cujący w la­bo­ra­to­rium już następne­go dnia za­uważyli­by brak jed­ne­go zwierzęcia. Może nie odróżniają jed­ne­go królika od dru­gie­go, ale na pew­no wiedzą, na ilu sztu­kach pro­wadzą ba­da­nia.

Tak rano, a jego umysł ru­szył z ko­py­ta ni­czym dwu­na­sto­cy­lin­dro­wy sil­nik fer­ra­ri, którym jeździ, pomyślała Toni. Ale nie miał ra­cji.

– Sama wpro­wa­dzałam wszyst­kie te ba­rie­ry bez­pie­czeństwa – po­wie­działa – i za­pew­niam pana, że nie ma sys­te­mu ide­al­ne­go.

– To praw­da. – Jeśli wy­sunęło się do­bry ar­gu­ment, po­tra­fił za­dzi­wiająco szyb­ko zmie­nić front. – Zakładam, że mamy na­gra­nie wi­deo z ostat­nie­go po­by­tu Mi­cha­ela w BSL-czte­ry?

– Właśnie za­mie­rzam to spraw­dzić.

– Będę koło ósmej. Przy­go­tuj mi do tego cza­su zwięzły ra­port z do­tych­cza­so­wych usta­leń.

– Jesz­cze jed­no. Niedługo lu­dzie za­czną się scho­dzić do pra­cy i po­sy­pią się plot­ki. Mogę im po­wie­dzieć, że wygłosi pan ja­kieś oświad­cze­nie?

– Do­bra myśl. Zbierz cały per­so­nel w Wiel­kim Holu, po­wiedz­my… o dzie­wiątej trzy­dzieści.

Główny hol wejścio­wy sta­re­go domu był naj­większym po­miesz­cze­niem w bu­dyn­ku i tam za­wsze od­by­wały się tego ro­dza­ju zgro­ma­dze­nia.

Po roz­mo­wie ze Stan­ley­em Oxen­for­dem Toni we­zwała do sie­bie Su­san Mac­kin­tosh, pra­cow­ni­ka ochro­ny, ładną, ostrzyżoną na chłopczycę dziew­czynę z kol­czy­kiem w brwi. Su­san od razu zwróciła uwagę na wiszące na ścia­nie zdjęcie.

– Do twa­rzy pani w mun­du­rze – orzekła.

– Dziękuję. Wiem, że skończyłaś już służbę, ale do tej ro­bo­ty po­trzeb­na mi ko­bie­ta.

Su­san uniosła za­lot­nie brew.

– Znam to uczu­cie.

Toni przy­po­mniało się fir­mo­we przyjęcie bożona­ro­dze­nio­we w ostat­ni piątek. Su­san przyszła na nie ubra­na jak John Tra­vol­ta w fil­mie Gre­ase – wy­bry­lan­ty­no­wa­ne włosy, rur­ko­wa­te dżinsy i buty na gu­mo­wych po­de­szwach zwa­ne w Glas­gow bur­de­lo­wy­mi ci­cho­bie­ga­mi. Po­pro­siła Toni do tańca. Toni uśmiechnęła się ciepło i odmówiła. Trochę później, po paru drin­kach, Su­san spy­tała ją, czy sy­pia z mężczy­zna­mi. „Nie tak często, jak bym chciała”, od­parła Toni.

Po­chle­biało jej, że in­te­re­su­je się nią ktoś tak młody i ładny, ale uda­wała, że tego nie za­uważa.

– Mam dla cie­bie za­da­nie – po­wie­działa. – Sta­niesz w Wiel­kim Holu i będziesz za­trzy­my­wała wszyst­kich przy­chodzących do pra­cy. Nie pusz­czaj ni­ko­go da­lej, czy to do biu­ra, czy do la­bo­ra­to­rium, dopóki cię nie wysłucha.

– Co mam mówić?

– Że na zewnątrz wy­do­stał się wi­rus i pro­fe­sor Oxen­ford chce się ze wszyst­ki­mi w tej spra­wie spo­tkać. Za­cho­wuj się spo­koj­nie i na­tu­ral­nie, ale nie da­waj się ciągnąć za język. Wyjaśnie­nia naj­le­piej zo­sta­wić Stan­ley­owi.

– Ro­zu­miem.

– Po­tem py­taj, kie­dy ostat­nio wi­dzie­li Mi­cha­ela Ros­sa. Niektórzy, ci, co mają dostęp do BSL-czte­ry, byli już o to py­ta­ni w nocy przez te­le­fon, ale nie za­szko­dzi spy­tać jesz­cze raz. Jeśli ktoś ci po­wie, że wi­dział się z nim po nie­dzie­li dwa ty­go­dnie temu, na­tych­miast daj mi znać.

– Ro­zu­miem.

Toni miała jesz­cze jed­no de­li­kat­ne py­ta­nie. Wahała się przez chwilę, po czym wy­pa­liła:

– Czy Mi­cha­el był ge­jem?

– Nie­ak­tyw­nym.

– Je­steś tego pew­na?

– In­ver­burn to małe mia­stecz­ko. Dwa puby dla gejów, klub, parę re­stau­ra­cy­jek, kościół… Znam wszyst­kie te przy­byt­ki i w żad­nym z nich nig­dy go nie wi­działam.

– Ro­zu­miem. Mam na­dzieję, że nie ob­ra­ziłaś się, że aku­rat cie­bie o to py­tam…

– Bez prze­sa­dy. – Su­san uśmiechnęła się i spoj­rzała Toni głęboko w oczy. – Mnie nie tak łatwo ob­ra­zić.

– Dzięki.

Od tam­tej roz­mo­wy upłynęły dwie go­dzi­ny. Większość tego cza­su zajęło Toni ogląda­nie za­pi­su wi­deo z ostat­nie­go po­by­tu Mi­cha­ela Ros­sa w BSL-4. Te­raz wie­działa już wszyst­ko. Zre­fe­ru­je swo­je usta­le­nia Stan­ley­owi, a ten po­pro­si ją praw­do­po­dob­nie o złożenie re­zy­gna­cji.

Wspo­mniała pierw­sze spo­tka­nie ze Stan­ley­em. Była wte­dy w strasz­nym dołku. Próbowała swo­ich sił jako nie­za­leżny kon­sul­tant do spraw ochro­ny, ale nie miała klientów. Opuścił ją Frank, z którym przeżyła osiem lat. Mat­ka sta­wała się co­raz bar­dziej nie­dołężna. Czuła się jak Hiob opusz­czo­ny przez Boga.