Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 238 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zamek z piasku - Magdalena Witkiewicz

Młode małżeństwo, które jest ze sobą od wielu lat, decyduje się na dziecko. Wszystko wydaje się proste, ale… mimo miesięcy starań Weronika nie może zostać mamą. Ból, rozczarowanie, samotność. I wtedy w życiu bohaterki pojawia się ktoś trzeci. Przyjaciel. Czy wystarczy jeden krok, by spełniło się marzenie Weroniki? A może przyjaźń z innym mężczyzną otworzy jej oczy na własne małżeństwo?

Tworzenie wzajemnych relacji to jak budowanie zamku z piasku. Nieustannie trzeba o niego dbać, by nie runął… I by nikt nie wszedł w niego butami… Nie można na chwilę spuścić go z oczu. Związek pomiędzy dwojgiem ludzi również bywa kruchy. Tak jak Zamek z piasku. Gdy odwrócisz głowę, może zalać go morska fala. Wtedy pozostanie tylko słona morska woda – albo słone łzy.

 

Magdalena Witkiewicz zadebiutowała pięć lat temu powieścią „Milaczek”, potem były „Panny roztropne”, „Opowieść niewiernej”, „Lilka i spółka” (książka dla dzieci) oraz „Ballada o ciotce Matyldzie”. Jej ostatnia książka „Szkoła żon” utrzymywała się na listach bestsellerów przez wiele tygodni.

Opinie o ebooku Zamek z piasku - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Zamek z piasku - Magdalena Witkiewicz

Mojemu Braciszkowi – Andrzejowi (dla mnie zawsze Kubie) Krajewskiemu.

Kocham Cię!

Nasi rodzice mieli genialny pomysł, że jesteśmy oboje na tym świecie!

Prolog

Wiesz? To wcale tak nie było, jak napisałaś. To było zupełnie inaczej. Mój mąż był całkiem fajnym facetem. Dopóki się w tym wszystkim nie pogubiliśmy. Doszłam do siebie. Jakoś... Ale był czas, kiedy musiałam odpocząć. Musiałam wszystko przemyśleć i zastanowić się, co zrobić ze swoim życiem. Ale wszystko po kolei...

Rozdział 1

Możesz zostać, ile chcesz obmyśliłam dla nas dobry plan razem zestarzejmy się wciąż tak mało jest dobranych par.

Karolina Kozak „Razem zestarzejmy się”

Poznaliśmy się jeszcze w szkole. Siedział za mną na muzyce i wybijał rytm linijką na moich plecach. Nie wiem, czy teraz w liceum jest muzyka. To było dawno temu... Wtedy była. Marek stukał w rytm jakiejś melodii ludowej. Znając repertuar szkolny, to ktoś pognał wołki albo prządł u prząśniczki. Aż tym swoim rytmicznym stukaniem wystukał.

Wystukał sobie mnie na zawsze. A przynajmniej tak nam się wydawało.

Pamiętam naszą pierwszą randkę. Poszliśmy na wagary do Parku Oliwskiego. Piąte liceum w Oliwie. Cała szkoła chodziła na wagary do parku. To chyba była trzecia z kolei matematyka. Tego żadne z nas nie mogło wytrzymać. Uciekaliśmy regularnie, a że nauka szła nam całkiem dobrze, przymykano na to oczy.

Całowaliśmy się na tyłach Ogrodu Botanicznego. Pachniało wtedy wczesną wiosną i pamiętam, że jeden ogrodnik pracujący w parku strasznie się wkurzył, że siedzimy na tej ławce i się migdalimy. Nawrzeszczał na nas. Przenieśliśmy się na kolejną ławkę i robiliśmy dokładnie to samo. W pewnym wieku tylko to jest człowiekowi potrzebne do szczęścia. Pocałunki i niesamowite emocje pierwszej miłości, które sprawiają, że życie jest piękne.

A cóż niby mieliśmy robić. Mieliśmy siedemnaście lat i to było dla nas najważniejsze. Pierwsza miłość. Niewinna, niezepsuta. Bez złych doświadczeń, zdrad i smutków. W zasadzie razem uczyliśmy się tej miłości. Bo kto nas miał nauczyć? Musieliśmy się tego uczyć od siebie.

Uczyliśmy się pocałunków, uczyliśmy się pieszczot, uczyliśmy się być przyjaciółmi. Tak naprawdę, prócz siebie, nie potrzebowaliśmy nikogo i niczego. Wszystko robiliśmy razem.

Tylko studia wybraliśmy inne. Marek poszedł na prawo, a ja na anglistykę. Pochodził z rodziny prawniczej, więc z góry było wiadomo, że zostanie wziętym adwokatem, notariuszem czy radcą prawnym. Kim dokładnie – miało się okazać później.

– Anglistyka? – Moja mama nie była zadowolona. Sama była nauczycielką historii w jednej z gdańskich podstawówek i chciała mnie uchronić przed wszystkim, co jest związane z dydaktyką.

– Mamo. Tłumaczem będę. – Miałam wizję siebie, siedzącej przy dużym drewnianym biurku, tłumaczącą moją ukochaną literaturę angielską. Najlepiej na nowo. Siostry Brontë na początku. Jane Austen. Jeszcze raz.

Nie wiedziałam wtedy, że nie tak łatwo być tłumaczem literatury. Więcej wpada spraw sądowych, świadectw maturalnych czy nudnych instrukcji obsługi sprzętów, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

Tata robił zawsze to, co chciała mama. Był chemikiem w jednym z trójmiejskich zakładów i wymyślał jakieś substancje, które potem jego zakład sprzedawał na Zachód za grube pieniądze. Szkoda, że on z tych pieniędzy miał niewiele... Pracował głównie dla idei. Siedział do wieczora w pracy, a i potem, w domu ślęczał nad książkami do późnej nocy.

Kochali mnie bardzo. To wiem. Ale przede wszystkim mieli siebie. To jedno z takich małżeństw, które trzyma się za ręce, gdy idzie rano po bułki do sklepu. Takie, które nie wyobraża sobie nocy bez siebie. Moi rodzice rozstali się chyba tylko dwa razy w życiu. Raz, kiedy moja mama leżała w szpitalu na wyrostek, drugi raz, kiedy przychodziłam na świat.

Pozazdrościć im takiej miłości.

Bo ja o miłości miałam. Pogmatwanej...

Z Markiem łączyła mnie taka miłość, że dałabym sobie za niego uciąć rękę. Dokładnie chyba taka sama, jak moich rodziców?

Wspominam te chwile i się uśmiecham. Wszystko wydawało się takie bezproblemowe. Idylliczne – powiedziałabym. Nawet nasz pierwszy raz, opisywany przez koleżanki jako coś strasznego, bolesnego i nie do pozazdroszczenia, wspominamy jako piękne przeżycie.

Ślub był naturalną koleją rzeczy. Tak po prostu. Byliśmy parą już sześć lat, skończyłam studia, Marek dostał się na tę wymarzoną aplikację radcowską, dostałam pracę w biurze jako asystentka prezesa. Nic nadzwyczajnego, ale na początek idealnie, jak wszystko.

***

– Biorę sobie ciebie za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Na moim ślubie wszystkie ciotki płakały. Oczywiście nie ze smutku, a ze wzruszenia. Ja trzymałam się dzielnie. Byłam szczęśliwa. Tak szczęśliwa, że aż się zastanawiałam, dlaczego akurat mnie się to szczęście przytrafia.

– Chciałbym, by już się skończyło – powiedziałeś.

– Co się skończyło? Wesele? – zapytałam. – Żartujesz chyba. Ja chciałabym tańczyć z tobą całą noc.

– Będziesz tańczyła całe życie. Prawda?

– Będę.

Tańczyliśmy całe wesele i potem w pokoju też tańczyliśmy. W całkiem sporym pokoju hotelowym, a w zasadzie apartamencie w małym pałacyku pod Gdańskiem, w którym mieliśmy ślub.

Pięknie tam było.

My tańczyliśmy, a w pokoju migotał jedynie płomyk świeczki. To był taki mały, ciepły blask. Na ścianie wirowały wraz z nami nasze dwa cienie. Podszedłeś wtedy do mnie, spojrzałeś w oczy i delikatnie pocałowałeś.

– Pierwszy prawdziwy pocałunek po ślubie – stwierdziłam.

– Smakujesz dokładnie tak samo. – Marek się uśmiechnął. – Muszę cię wszędzie posmakować...

Całował mnie w to zagłębienie między ramieniem a szyją, wzdłuż ramienia, w zgięciu łokcia, aż po wnętrze dłoni.

Drżałam. Nie z zimna, a z tego czaru naszej pierwszej prawdziwej nocy razem.

– W dawnych czasach chyba nie uprawiali seksu. – Nerwowymi ruchami rozplątywał wstążki gorsetu. Nie mógł sobie z nim poradzić. – Albo były trójkąty, panna służąca do rozbierania...

– Marzy ci się trójkąt? – zapytałam.

– W życiu! – odpowiedział. – Wystarczysz mi za cały harem.

Miałam już na sobie tylko białe pończochy, niebieską podwiązkę, bo wiadomo something old, something new, something borrow, something blue...

– Chciałbym, żebyś w tym pozostała – szepnął.

I wtedy dopiero zaczęliśmy prawdziwie tańczyć. To był nasz pierwszy taniec, nie żaden wyuczony walc angielski na potrzeby gości weselnych...

W tańcu rozpięłam mu koszulę, w tańcu przylgnęłam do niego naga, tak blisko, że bliżej już nie można. Płonęłam, bo jakże nie płonąć, kiedy czułam go całym ciałem. Całował mnie całą, to już nie był pokaz, którym moglibyśmy raczyć gości weselnych, to była nasza prywatna uczta namiętności.

Takie było nasze życie. Pełne namiętności, czułości, przyjaźni.

Bo chyba bez przyjaźni by nie wyszło. Czyż można było chcieć więcej?

***

Czasami się zastanawiałam, czy potrzebna mi jest przyjaciółka, kiedy był ON. Na szczęście ja byłam potrzebna przyjaciółkom.

Co jakiś czas umawiałyśmy się z dziewczynami na wino. Taki typowy babski wieczór. Wino, plotki, malowanie paznokci i maseczki na twarz.

– Weronika, a nie przeszkadza ci to, że cały czas będziesz z jednym facetem? – zapytała Dominika, piłując sobie paznokcie u nóg. – Przecież nie wiesz, jak jest z innym?

– No nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Ale mi dobrze.

– Ale jak jest dobrze, to nie kusi cię, by było jeszcze lepiej?

– O co ci chodzi, Domino? – Byłam już lekko podirytowana tą rozmową. – Męża mi zazdrościsz?

– Jak jest taki idealny, że nawet nie chcesz spróbować z innym, to zazdroszczę. – Roześmiała się.

Dominika była kobietą idealną. Piękną, zgrabną, inteligentną. Taką, że człowiek czuł się przy niej gorszy i chciał się schować w czeluściach przydużego swetra. Niezależnie od pory roku prezentowała swoje długie nogi, tylko kolor i grubość rajstop się zmieniały w zależności od pogody. Facetów trzymała krótko. Zarówno jeżeli chodzi o długość związku, jak i jego charakter.

Tym razem też była właśnie w trakcie kończenia kolejnego romansu.

– Nie ma mnie w domu. – Na chwilę oderwała się od robienia sobie pedicure, aby odebrać telefon. – Naprawdę nie powinno cię interesować, gdzie jestem. – Zaciągnęła się cienkim papierosem. Jako jedyna z naszego towarzystwa paliła. – To koniec! Przeliterować ci to? Koniec! Nie, nie ma najmniejszych szans.

– Nie żal ci go? – zapytała Ewa, gdy Dominika skończyła rozmowę.

– Kogo? – zapytała Dominika, która zarzuciła już swoje stopy na rzecz nowego katalogu z modą. – Zobacz, ta jest fajna. – Pokazała mi nową, kolejną bardzo krótką sukienkę.

– Roberta.

– Roberta? – zdziwiła się Dominika. – Łatwo przyszło, łatwo poszło.

– Lubisz tylko trudne zdobycze? – zapytałam.

– Coś w tym jest. – Roześmiała się. – Kocham wyzwania.

Czasami się zastanawiałam, czy lubię Dominikę. Zawsze była gdzieś obok nas, choć trzymałyśmy się we trójkę. Dominika, Ewa i ja. Była zupełnie inna niż my. Ewa mawiała, że ona lubi się z nami pokazywać na zasadzie kontrastu. My dwie szare myszki, a ona przy nas błyszczy i pokazuje wszędzie gdzie się da te długie nogi. Myślę, że ona nie wcale potrzebowała kontrastu.

Marek jej nie lubił. Twierdził, że jest wampirem energetycznym i wysysa z niego energię. Może coś w tym było? Podejrzewałam, że ta jej pewność siebie jest udawana. Była jedynaczką, rodzice nie mieli dla niej zbyt wiele czasu, prowadzili dwa sklepy z ciuchami, wiecznie ich nie było. Zatem miała nas. I ciuchy. Swego czasu bardzo jej ich zazdrościłyśmy.

– Jestem w ciąży. – Ewa przerwała naszą nic niewnoszącą rozmowę o kolejnym związku Dominiki, który już stawał się przeszłością.

– Co? – zdziwiła się Dominika. Nie lubiła, gdy ktoś inny był w centrum uwagi. – Jak to się stało?

– Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, jak to się dzieje... – Ewa wzruszyła ramionami. – Po prostu.

– O matko! Cieszymy się? – zapytałam. Usiadłam obok niej i przytuliłam. – A Jacek co na to?

– Nie wiem... Chyba musimy...

– Jak to nie wiesz? Nie powiedziałaś mu?

– Jeszcze nie... Nie chcę, by był ze mną tylko ze względu na dziecko.

– Zwariowałaś. Przecież on cię kocha. Leć do niego i mu powiedz!

Ewa siedziała i wyglądała tak bardzo bezradnie, jakby naprawdę się bała, że Jacek, prawie trzydziestoletni facet, nie stanie na wysokości zadania. Dominika siedziała z naburmuszoną miną, niezbyt zadowolona, że ktoś jej zabrał monopol na bycie gwiazdą. A ja?

Ja... Poczułam po raz pierwszy w życiu, że nadszedł czas i że chcę mieć dziecko. Że jestem gotowa, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za tego małego, drugiego człowieka. Objęłam Ewę i tak siedziałyśmy przytulone. Po chwili dołączyła do nas Dominika, już pogodzona z tym, że czasem trzeba ustąpić miejsca na podium uwagi komuś innemu.

***

– Marek, Ewa jest w ciąży! – Zaczęłam przy obiedzie.

– O! A to się Jacek ucieszy. – Roześmiał się. – Nici z całonocnych imprez przy wódeczce... Ale czas się ustatkować. Tak jak my, kochanie. Na każdego przyjdzie pora.

– Może też byśmy się zdecydowali? – zapytałam nieśmiało.

– Kiedyś trzeba, prawda? – Marek się uśmiechnął i mnie przytulił. – A dziecko miałoby towarzystwo...

Myśleliśmy z Markiem dokładnie tak samo i dokładnie to samo. Zawsze. W kwestii dziecka również byliśmy jednomyślni. To nasze życie było tak idealne, że aż doprawdy nudne. Nawet czasami się zastanawiałam, kiedy czar pryśnie...

No i prysnął.

Ale o tym później.

Tamtego dnia podjęliśmy decyzję o odstawieniu tabletek, zdrowym odżywianiu, witaminach i innych rzeczach, z których przyszli, świadomi rodzice zdają sobie sprawę.

Nawet zrobiłam badania. Ich wyniki były zupełnie niezłe. Ewa w tym czasie została narzeczoną i martwiła się, że biała sukienka, w której pójdzie do ślubu, nie zakryje jej coraz to większego brzuszka.

– Przecież i tak wszyscy wiedzą – zdziwiła się Dominika, gdy spotkałyśmy się krótko przed ślubem Ewy. – Po co zakrywać brzuch.

– Cicho, tradycja. – Ewa się uśmiechnęła.

– Tradycja? Tradycją jest biel i welon. Biel i welon symbolizują czystość, niewinność, a ty chcesz iść w welonie do ślubu z wystającym brzuchem? Nie mów mi o tradycji... – prychnęła Dominika.

Ewa przełknęła głośno ślinę i szybko wyszła do łazienki.

– Dlaczego jej to robisz? – zapytałam. – Nie możesz znieść, że ktoś potrafi być szczęśliwy?

Dominika wzruszyła ramionami.

– Ma się o co obrażać. Przecież mi tak naprawdę zwisa, w czym ona pójdzie do tego ślubu. Może nawet goła iść. Wielkie mi co, ślub. Dwoje ludzi podpisuje świstek papieru i już. Nigdy nie miałam sentymentu do świstków. Weronika, naprawdę wierzysz w papierki? Już bardziej wierzę w cyrograf podpisany własną krwią. Każdy wagonik można odczepić. Ot, tak. – Pstryknęła palcami.

– Jesteś rozgoryczona, bo ci nie wychodzi. – Nie wiem, po raz który zastanawiałam się, dlaczego ją lubię. Ale zresztą, czy ja ją lubię?

– Nie wychodzi, nie wychodzi. Jakbym chciała, to by wyszło.

– Nie chcesz? – zapytałam z powątpiewaniem.

– Czy ja wiem... Dzieci nie chcę, to na co mi mąż? Jak będę chciała, w co wątpię, to się zakręcę za jakimś. Odpowiedzialnym i dorosłym facetem.

Nie mogłam jej znieść.

– Tylko czy dorosły, odpowiedzialny facet będzie chciał ciebie.

– Będzie. Każdy mnie chce. Muszę uciekać. Ewka, wychodzisz z tej łazienki? – Stanęła, nasłuchując. – Dobra, Wera, uciekam. Umówiłam się i muszę lecieć.

Po chwili Ewa wyszła z łazienki, i pociągając nosem, zapytała:

– Naprawdę myślisz, że biała nie może być? – Pociągała nosem.

– Może. Welon też może – powiedziałam stanowczo. – Koniec tematu. Wybrałaś sobie kieckę taką, jaką chciałaś, prawda?

– Prawda.

– No i w takiej pójdziesz – oświadczyłam stanowczo.

Ślub Ewy i Jacka był w marcu. Od marca też mieliśmy zacząć starania o dziecko. „Starania”. Miałam wrażenie, że po prostu jak zawsze będziemy się kochać, za dwa tygodnie kupię test i będę w ciąży. Ot, tak. Pstryk.

Bo przecież to strasznie łatwo zajść w ciążę. Mąż Ewy się śmiał, że tylko na nią spojrzał, a ona już była w ciąży. My oboje zdrowi, wysportowani, nafaszerowani witaminami z pewnością od razu moglibyśmy być rodzicami.

Niestety.

Ewa zdążyła już urodzić, a my nadal „się staraliśmy”. O ile można to było nazwać staraniami. Seks chyba przestał sprawiać nam przyjemność. Był jedynie zwykłą czynnością prowadzącą do prokreacji.

A raczej do niej NIEprowadzącą.

Rozdział 2

Kiedyś tam będziesz spodnie miał na szelkach, Kiedyś tam, kiedyś tam... Ale dziś jesteś mały jak muszelka, Którą los zesłał nam.

Seweryn Krajewski „Kołysanka dla okruszka”

Na początku było fajnie. Seks bez zabezpieczeń, bez stresu, bez myślenia, co będzie, kiedy... Spontanicznie, elektryzująco i namiętnie.

Po prostu zew natury.

Kochaliśmy się w każdym miejscu i o każdej porze. Świece, kwiaty, bielizna z koronkami, przebrania pokojówek i wojskowe mundury. Bawiliśmy się sobą i prowokowaliśmy wzajemnie. Nie mogliśmy bez siebie żyć. Czasem nawet weekendy spędzaliśmy po prostu w łóżku. Nie, seks nie jest najważniejszy na świecie, ale dla normalnego, prawidłowo funkcjonującego związku jest bardzo ważny. Podczas tej jakże beztroskiej miłości jakby na nowo poznawaliśmy siebie. Jednak co miesiąc byłam rozczarowana...

– Znowu nie wyszło, kochanie – dzwoniłam do Marka.

– Będziemy próbować. Aż do skutku – pocieszał. – Kocham to próbowanie z tobą – mówił.

Wyglądało, jakby się nie martwił, ale ja po kilku miesiącach zaczęłam się denerwować.

Pamiętam, siedziałam wtedy w pracy, nie było mojego szefa, bo wyruszył w kolejną zagraniczną delegację. To był już ósmy miesiąc, kiedy nam nie wyszło. Córeczka Ewki kończyła właśnie osiem tygodni. Czułam, że to zupełnie nie tak miało być. Nie miałam siedzieć w pracy, nie miałam płakać w aptece, kupując kolejną paczkę tamponów.

Miałam być właśnie w ciąży. Z dumą wypinać wielki brzuch, siadać z trudem na krześle i mieć problemy ze wstaniem. Miałam sapać, wchodząc po schodach, i czule głaskać się po brzuchu takim niby mimowolnym, zupełnie niezobowiązującym ruchem, którego kobiety w ciąży nawet nie dostrzegają.

– Cholera – westchnęłam.

– Coś się stało? – zapytała księgowa, która właśnie weszła do sekretariatu.

– Zły dzień. – Uśmiechnęłam się.

Mariola była sześćdziesięcioletnią kobietą, która ciągnęła księgowość w naszej firmie już chyba trzydzieści lat. Z tego, co wiedziałam, była szczęśliwą żoną, matką, a od niedawna nawet babcią.

Oczywiście nowe trendy biznesowe nakazywały mówić jej po imieniu, co na początku było dla mnie niemal niewykonalne. Przez pół roku się przyzwyczajałam.

– Chcesz pogadać? – Usiadła przy biurku stojącym obok. – Czasem warto się pouzewnętrzniać.

– Ale... Ale ja nie mam... – westchnęłam. – Tylko... Chciałabym już mieć dziecko – powiedziałam i wybuchnęłam płaczem.

Mariolka milczała, wpatrzona we mnie.

– Mariolka... Nie udało nam się ósmy raz. Ósmy. Za każdym razem łudzę się, że to już teraz, że tym razem się uda. I... nim jeszcze dostanę okres, kupuję testy, zamykam się w łazience i sprawdzam. A potem i tak się okazuje, że nic z tego.

– Może powinniście się zbadać?

– Zbadać?

Byłam przerażona. Po raz pierwszy ktoś głośno powiedział coś, co od pewnego czasu kołatało mi z tyłu głowy.

Jak to zbadać? Mam dwie ręce, dwie nogi, dwa razy w tygodniu chodzę na pilates, jeżdżę na rowerze, zimą na nartach. Ostatni raz byłam chora chyba dwa lata temu. Biorę witaminy, kwas foliowy już od roku. Odstawiłam colę, alkohol, nie jem po dwudziestej. Jak to zbadać?

Przecież jestem zupełnie zdrowa.

Na co zbadać? Badania krwi mam całkiem niezłe, nic mi nie dolega... Okres jak w zegarku. Dwadzieścia dziewięć dni. Nawet o tej samej porze. Czasem zdarzały się nieznaczne odchylenia od normy. Ale rzadko.

Od tamtej rozmowy z Mariolką myślałam tylko o jednym. Może ja NIE MOGĘ mieć dzieci?

***

Nie od razu podzieliłam się swoimi wątpliwościami z Markiem. Nie chciałam go martwić. Miał swoje problemy w pracy, po co mu było ich dokładać? Pamiętałam o wykresikach rysowanych na papierze w kratkę kolorowymi długopisami, jeszcze z kursów przedmałżeńskich, które doskonale określały płodność. Wiadomo, czasy się zmieniły. Odpaliłam komputer. Po chwili w Internecie znalazłam kilka gotowych rozwiązań. Wystarczyło tylko regularnie wypełniać tabelkę, a algorytmy automatycznie wyliczą mi TEN DZIEŃ, rysując wykres z zaznaczonym pikiem owulacyjnym.

Można i tak.

Z duchem czasu.

Postanowiłam zacząć od razu. Mierzenie temperatury co rano, o tej samej porze. Budzik na siódmą, termometr do ust. Pod językiem. Zawsze po lewej stronie.

***

– Weronka, dziś sobota. – Marek ziewnął, zasłaniając twarz poduszką. – Wyłącz ten budzik.

– Mhm – mruknęłam, zrywając się z łóżka. Boże, przecież nie można się zrywać. To podnosi temperaturę. Wsadziłam termometr do ust. Po chwili zapikał. Marek z trudem otworzył oko.

– Co ty robisz? – zapytał już nieco bardziej trzeźwo.

– Mierzę temperaturę. Pamiętasz, jak nas uczyła ta babka na kursie przedmałżeńskim?

Marek był coraz bardziej zdezorientowany. Skrzywił się, ziewając.

– Widzisz – mówiłam niewzruszona jego krzywieniem się – to wszystko da się przewidzieć. Owulację da się przewidzieć. Po prostu będziemy się kochać tego konkretnego dnia i wtedy wszystko się uda. – Usiadłam na łóżku i zaczęłam tłumaczyć mężowi zawiłości kobiecego cyklu. Wyglądał, jakby mnie nie słuchał. Najpierw walczył z zamykaniem oczu, a potem ziewnął jeszcze raz, obrócił się na drugi bok i zasnął.

Spokojnie.

Skrupulatnie wpisałam wynik w moim tablecie i też próbowałam zasnąć. Nie mogłam.

Wstałam z łóżka, zrobiłam sobie herbatę, kanapkę i usiadłam do komputera. To właśnie wtedy po raz pierwszy weszłam na forum, gdzie dziewczyny opisywały swoją walkę z bezpłodnością.

Miliony historii. Każda inna.

Jedna dziewczyna pokazuje zdjęcie bliźniaków z in vitro. Inna pisze, że ma pierwszą rozmowę w sprawie adopcji. Jeszcze inna wstawia zdjęcie dwóch kresek na teście ciążowym. Są też takie, które słowem wylewają łzy po kolejnej nieudanej próbie.

Jedna wielka społeczność kobiet, które mają potrzebę porozmawiać na pewien najważniejszy w ich życiu temat.

Kliknęłam „rejestruj”.

Weronika25.

Witajcie. Jestem tutaj po raz pierwszy. Od pewnego czasu próbujemy z mężem... Bezskutecznie... Jesteśmy młodzi, zdrowi... Ja mam wszystkie wyniki w normie. I zupełnie nie wiem, dlaczego nam nie wychodzi... Chyba już ósmy miesiąc próbujemy... Albo dziewiąty. Czas leci, a ja bardzo chciałabym być mamą...

Nie minęło kilka minut, jak ktoś wpisał odpowiedź. A raczej pytanie.

Piszesz, że u ciebie wyniki w normie. A mąż? Badał się?

Popatrzyłam na śpiącego Marka. Nie badał się. Oczywiście, że się nie badał. Z lekarzy Marek toleruje chyba tylko dentystę, do którego chodzi regularnie. Inni medycy dla niego nie istnieją. Fakt, należy do mężczyzn, którzy umierają w łóżku z temperaturą oscylującą wokół trzydzieści siedem, ale mija mu po kilku dniach. Do lekarza nie pójdzie.

Wtedy też przy śniadaniu po raz pierwszy poruszyłam ten, jak się okazało, bardzo dla niego niewygodny temat.

– Marek... A może ty byś się zbadał? – wyszeptałam cicho znad kubka herbaty.

Zamarł z widelcem w połowie drogi do ust.

– Na co mam się zbadać? – zapytał.

Wzruszyłam ramionami. Czułam się podle. Jakbym wmawiała swojemu mężowi, którego bardzo kochałam, że to właśnie za jego sprawą nie możemy mieć dzieci. Jakbym zabierała mu atrybut męskości.

– Bo... Już się tak długo staramy... A nam nie wychodzi...

– A ty się badałaś? – zaczął lekko zdenerwowany.

– Tak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Wszystko OK.

– Jak u ciebie wszystko OK, to dlaczego u mnie ma być inaczej? – uśmiechnął się. – Popróbujemy jeszcze trochę. Próbowanie jest takie przyjemne. – Mrugnął okiem.

Zdecydowanie zakończył rozmowę na ten temat.

Czułam się podirytowana. Co za problem pójść się zbadać?

Widać, dla niego był.

Jeszcze wiele razy poruszaliśmy ten temat. Marek na początku próbował żartować. Po chwili zapadała niezręczna cisza. A potem już zaczynaliśmy się o to kłócić.

Starałam się żyć normalnie, o ile normalnym życiem było stanie przed witrynami sklepów z modą dla kobiet w ciąży czy zaglądanie do wózków. Każda kobieta w ciąży napotkana na ulicy wywoływała we mnie ból. A miałam wrażenie, że w Gdańsku co druga jest w ciąży. Nawet ta babka z bloku obok, która ma już piątkę i w ogóle się nimi nie zajmuje. Całą ciążę przechodziła z papierosem w bezzębnych ustach. Dlaczego ona może, a ja nie?

Moje życie nie było do końca normalne.

Niesprawiedliwość bolała. Bolała w każdym momencie. Bolała również wtedy, gdy spotkałam się z Ewą, którą wreszcie udało mi się wyciągnąć na kawę. Na piwo nie chciała. Może i dobrze? Bo przecież, jeżeli jakimś cudem się okaże, że jestem w ciąży, to piwo mi zaszkodzi... Niestety, to nie ja byłam w ciąży... Jechałam samochodem, w tle Trójka. Piosenki Osieckiej. „Kołysanka dla okruszka”.

Seweryn Krajewski śpiewał o spodniach na szelkach i o synku małym jak okruszek, a mi łzy ciekły po policzkach. Tak bardzo chciałabym przytulić kiedyś moje maleństwo.

Nie od razu wysiadłam z samochodu. Musiałam się uspokoić. Wytrzeć łzy. Odetchnąć głęboko.

Umówiłyśmy się w Manhattanie w kawiarni. Było nam „po drodze” i „przy okazji”.

– Wreszcie się spotykamy – przywitałam ją, jak zawsze serdecznie.

Ewa nie patrzyła mi w oczy.

– Coś się stało? – zapytałam, zamawiając kawę. – Latte dla ciebie?

– Nie, dzisiaj już piłam... Może sok...

Gdy usiadłyśmy przy stole, ja zanurzałam usta w białej pianie latte, a Ewa bez słowa sączyła przez zieloną słomkę swój sok.

– Co się dzieje?

– Nika... Dostałam pracę... Dobrze płatną... Bardzo dobre warunki...

– Gratulacje! – ucieszyłam się. Ewka nie pracowała po studiach, od razu ta ciąża. Nawet macierzyńskiego przez to nie miała, co bardzo się odbiło na ich finansach.

– Fajnie... Ale...

– Nie cieszysz się? Powinnyśmy pić teraz szampana!

– Werka... Znowu jestem w ciąży. – Zaczęła płakać. – Wpadłam ze swoim własnym mężem... Jestem kolejną idiotką, która uwierzyła, że karmienie piersią to najlepsza metoda antykoncepcyjna – dukała wyraźnie załamana.

Poczułam serce w gardle. Nie mogłam wykrztusić słowa. Przede mną siedziała moja przyjaciółka i płakała, bo zaszła w ciążę. W ciążę, w której gdybym była ja, skakałabym pod sufit. No, może nie skakała, bo bałabym się o dziecko... Przed chwilą ciekły mi łzy z zupełnie innego powodu.

– Lepiej, że wpadłaś z własnym mężem niż cudzym. – Uśmiechnęłam się na siłę.

Ewka pociągnęła nosem i westchnęła:

– Będę musiała powiedzieć, że nie przyjdę do tej pracy...

– Który to tydzień?

– Szósty, siódmy...

– Początek. Dlaczego masz im mówić, że jesteś w ciąży? Czy to nie jest twoja sprawa? Przecież to nie choroba...

– Ale jak to?

– Za dużo masz pieniędzy? Nie chcesz iść na urlop macierzyński?

– Weronika! To nieuczciwe!

– Byłoby nieuczciwe, gdybyś zrobiła to z premedytacją. Dostałaś pracę, miejmy nadzieję, że szczęśliwie popracujesz pół roku, a potem przynajmniej będziesz miała kasę. Naprawdę się zastanów, czy masz jej za dużo.

Wtedy nie miała zbyt wiele pieniędzy. Jacek pracował bardzo dużo, nawet nieźle zarabiał, ale spłacali kredyt na ogromne mieszkanie, które kupili w zeszłym roku. Ewa nie miała czasu dla siebie. Wiecznie siedziała w domu, zajmując się dzieckiem. Teraz jednym, a wkrótce dwojgiem.

– A już znaleźliśmy nianię dla Emilki... Miała przyjść od poniedziałku... Ale coś mnie tknęło i zrobiłam ten cholerny test – chlipała. – Na pewno będę je kochać, ale to wszystko tak nagle na mnie spadło... I teraz mam jeszcze wyrzuty sumienia, że się nie cieszę...

Ewa była bezradna i najwyraźniej załamana faktem, że świat jej się wali, bo po raz drugi zostanie mamą. Znowu pieluchy, nocne wstawanie i bycie na każde żądanie małego stworzenia, które głośno oznajmia światu swoje potrzeby.

Wiele bym dała za takie życie.

Życie bardzo zadziwia. Przez całe studia martwiłam się, żebyśmy z Markiem nie wpadli. Przeżywałam chwile grozy z każdym spóźniającym się okresem. Teraz czasem myślę, że dobrze by było, gdybyśmy wtedy zostali rodzicami...

Los zatacza koło. Najpierw się boisz, że za wcześnie zostaniesz mamą, potem bardzo tego chcesz, a później znowu się martwisz, gdy organizm zachowuje się inaczej. Podobno dzieci same wybierają najlepszy czas na pojawienie się na tym świecie. Cały czas czekałam na moment, aż nasze dziecko się u nas pojawi.

– A jak u was? – Ewa wyrwała mnie z zamyślenia. – Nadal nic?

– Nic. – Pokręciłam głową. – Marek nie chce się zbadać. A ja nadal każdego miesiąca się łudzę... Ewa, za każdym razem, każdego miesiąca robię test. I za każdym razem nic.

– Może powinnaś wyluzować?

Wzruszyłam ramionami.

– Wyluzować? Łatwo ci powiedzieć... Nie mogę. Naprawdę nie potrafię.

***

Dziewczyny z forum stały się dla mnie najlepszymi przyjaciółkami. Cieszyłam się wraz z nimi ich radościami i płakałam, gdy kolejnej się nie udawało. One wraz ze mną. Ania trzy razy podchodziła do in vitro. Bezskutecznie. Agnieszka wreszcie namówiła swojego partnera, by się zbadał. I faktycznie, okazało się, że problem był po jego stronie. Podobno lekarstwa mogą to załatwić.

– Marek... Wiesz, że nawet jak coś jest nie tak, to lekarstwa mogą pomóc? – powiedziałam kiedyś przy kolacji.

– Werka... Jestem zmęczony, musisz znowu zaczynać?

– Nie, nie, ja tylko tak... – westchnęłam. Coraz częściej był „zmęczony”, gdy zaczynałam mówic na ten temat.

Marek wziął gazetę i położył się na kanapie. Chyba zadecydował, że nie będziemy kontynuować rozmowy. Spojrzałam na niego. Wydawał się bardzo zajęty programem na Discovery. Westchnęłam i poszłam do łazienki się umyć. Gdy wróciłam, już spał. Nawet nie słyszałam, kiedy wyłączył telewizor i przeszedł do sypialni.

– Marek... – Usiadłam przy nim. – A możemy dzisiaj? – Przytuliłam się do niego. – Bo... Dzisiaj może coś wyjść...