Wydawca: Bernardinum Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zamek i skała - Maciej Przybylski

Książka Macieja Przybylskiego „Zamek i skała” to sprawne połączenie powieści historycznej i przygodowej. Akcja rozgrywa się przed wybuchem i w czasie powstania styczniowego, autor przedstawia historię nastoletniego Andrzeja rzuconego przez los w wir powstańczej zawieruchy. Wraz z nim czytelnik poznaje zwyczaje oraz codzienne obowiązki mieszkańców XIX-wiecznego dworu ziemiańskiego. Bohater doświadcza utraty domu, jest ścigany przez Kozaków i tajemniczego szpiega, tuła się wraz z kilkuletnią siostrą – oboje nie mają dachu nad głową. Akcja toczy się wartko, postaci są barwne, a wydarzenia historyczne i społeczne ukazane są umiejętnie.

Powieść nie tylko dobrze wpisuje się w narodowe obchody 150. rocznicy powstania styczniowego, ale także przypomina i na nowo ukazuje znaczenie słów: honor i Ojczyzna. Patriotyzm w wersji przedstawionej przez Macieja Przybylskiego jest nie tylko strawny, ale przede wszystkim interesujący. Obudowany dobrymi, synestezyjnymi opisami, staje się wręcz pociągający. Tym zaś, co najcenniejsze, jest dedykowanie publikacji czytelnikowi w wieku gimnazjalnym. Wartościowych książek o tematyce historycznej dla młodych ludzi jest niewiele na rynku, a niniejsza może nie tylko wypełnić istniejące luki, ale również – poprzez zainteresowanie ciekawie przedstawioną historią Polski – wpłynąć pozytywnie na umocnienie patriotyzmu w młodym pokoleniu.

Opinie o ebooku Zamek i skała - Maciej Przybylski

Fragment ebooka Zamek i skała - Maciej Przybylski

1.Stary młyn

Zaszeleściło. Z mrocznej gęstwiny, na zalaną bladym światłem księżyca polanę, wyszły trzy zakapturzone postaci. Szły pochylone. Noc była bezchmurna, jasna i zimna, listopadowy chłód ściął powietrze, które zastygło nieruchomo. Gdzieś opodal krzyknął przebudzony ptak. Trzy cienie poruszały się szybko. Tajemnicze sylwetki, owinięte w długie płaszcze wydawały się być przybyszami z zaświatów. Przecięły polanę i bezszelestnie jak duchy zanurzyły się w gęstwinę po drugiej stronie. Zsunęły się stromym zboczem koryta strumienia i zaczęły przedzierać przez zatopione w smolistych cieniach gęste chaszcze rosnące wzdłuż brzegu. Wędrówka nie trwała długo. Po chwili zza drzew wyłoniło się połyskujące w nikłym świetle nocy rozlewisko z czarną bryłą posępnego opuszczonego młyna nad brzegiem. Resztki masywnej niegdyś budowli ziały czernią pustych otworów okiennych, straszyły oberwanymi okiennicami i szarymi liszajami plam pleśni i wilgoci na drewnianych ścianach. Trzy sylwetki przyspieszyły. Dotarły do ponurej ruiny i przez pozbawiony drzwi otwór wejściowy wniknęły do środka. Wewnątrz było pusto. Młyn opuszczono całe lata temu, jedynie tu i ówdzie znać było ślady niedawnej bytności człowieka. Zapewne jakiś zagubiony wędrowiec, którego noc zastała w lesie, obrał sobie to mroczne miejsce na nocleg. Intruzi zatrzymali się w progu i odrzucili kaptury. W mroku błysnęły trzy męskie twarze. Nieufne, szare, z błyszczącymi białkami oczu. Przybysze ruszyli na wprost, przez wąski korytarz. Po chwili znaleźli się w obszernej sieni. Zatrzymali się na środku. Najwyższy spośród nich zwrócił się do tego, który szedł pierwszy:

– Gdzie teraz?

Zagadnięty przewodnik ostrożne wyjął spod poły długiego płaszcza lampę. Zadymione szybki nie przepuszczały zbyt wiele światła. Zresztą świeca wewnątrz lampy też płonęła ledwie nikłym światełkiem. Mimo to w pomieszczeniu zrobiło się nieco jaśniej, blady płomyk wyłuskał z mroku leżące pod ścianami połamane resztki prostych mebli, stare sparciałe worki, jakieś śmieci. W dwóch przeciwległych ścianach widniały trzy czarne otwory drzwiowe prowadzące do sąsiednich pomieszczeń. Mężczyzna uniósł lampę w górę i w milczeniu przyglądał się ścianom sieni. Dłonią przesunął po szorstkim drewnie framugi drzwi, a na podłogę posypał się szary pył. Oczom mężczyzn ukazał się nacięty w drewnie dziwny znak.

– Długo jeszcze? – wysoki niecierpliwił się coraz bardziej. Człowiek z lampą wskazał nacięcie.

– Już niedługo – powiedział zduszonym głosem. Wszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Krąg światła rzucany przez lampę wydobywał szczegóły umeblowania starej izby mieszkalnej. A raczej tego, co z niego zostało: dwóch krzeseł pod ścianą i starej, rozeschniętej szafy. Mężczyzna z lampą szybkim krokiem przemierzył pomieszczenie i zanurkował w czerń sąsiedniej izby.

– Tutaj – dał się słyszeć jego głos.

Pozostali dwaj ruszyli w jego stronę. Światło lampy ogarniało całą tę niewielką klitkę. Była bardzo mała. Sufit z dębowych desek też wisiał niżej niż w sieni, czy w świetlicy. Ale nie to było najważniejsze. Człowiek z lampą wskazywał podłogę.

– Tutaj jest... – powiedział dobitnie. – Według mapy pod tą podłogą...Trzeba tylko odbić deski...

– No to już... – zacharczał wysoki i zrzucił z ramion płaszcz. Kiwnął na towarzysza. Ten wyciągnął spod swojego płaszcza łom i podał go wysokiemu. Po chwili w starym młynie słychać było już tylko odgłosy walenia łomem i jęk wyrywanych desek.

Trwało to jakiś czas. Po chwili wszystko ucichło. Dwóch mężczyzn pochyliło się nad otworem w podłodze. Najniższy z nich postawił na deskach lampę i uczynił dwa kroki wstecz.

– Do diabła – wycharczał najwyższy. – Tu nic nie ma! Drugi klęknął, wziął lampę i opuścił ją w dół, do otworu. W izbie zrobiło się ciemno.

– Rzeczywiście... – dał się słyszeć przytłumiony głos. – Pusto...

Mężczyzna, który ich tu przyprowadził ostrożnie cofnął się jeszcze o krok i sięgnął pod płaszcz.

– Ani się waż! – wrzasnął wysoki odwracając się gwałtownie twarzą w jego stronę. Szarpnął się w przód, wyciągając zza pasa jakiś przedmiot. Przewodnik nie czekał. Błyskawicznym ruchem wyszarpnął długi, błyszczący w nikłym świetle sztylet. Srebrna klinga błysnęła groźnie. Wysoki zawahał się. W jego dłoni także błyszczał nóż. W tym momencie stało się coś, czego niski się nie spodziewał. Lampa trzymana przez trzeciego z mężczyzn przeleciała nagle łukiem przez całe pomieszczenie i trafiła w głowę przewodnika. Zapadły ciemności, dał się słyszeć odgłos upadającego ciała.

– Wykończ go, Dziki! – wrzasnął wysoki do towarzysza. W tym samym momencie po drewnianej podłodze zadudniły szybkie kroki, wysoki doskoczył w miejsce, gdzie spodziewał się zastać leżącego przeciwnika, jego nóż jednak trafił w próżnię. Jednocześnie zabrzmiał rozdzierający krzyk mężczyzny nazwanego Dzikim. A potem już tylko łoskot upadającego ciała, metaliczny brzęk noża upadającego na deski podłogi i głośny jęk... Załomotało, ktoś krzyknął, ktoś zaklął...

*

Zza rzadkich chmur na nocne, atramentowe niebo wypłynął srebrny księżyc. Upiorne, blade światło padło na gładką taflę rozlewiska i zrujnowany młyn. W oczeretach przy brzegu głośno zakrzyczał ptak. Z czarnego otworu drzwi młyna wybiegł jakiś cień. Za nim, chwiejąc się i słaniając drugi. Pierwszy z mężczyzn puścił się drogą wzdłuż brzegu rozlewiska. Biegł kulejąc. Drugi przystanął, wyciągnął zza pasa pistolet. Odwiódł kurek, spokojnie wymierzył i wypalił. Biegnący zachwiał się, zatoczył na kraj drogi, po czym z całym impetem runął w krzewy porastające stromy w tym miejscu brzeg. Dał się słyszeć głośny plusk, kiedy ciało wpadło do wody. Potem nastała cisza.

2.Jędrek

– Andrzej! – wiatr porwał okrzyk prosto z ganku i uniósł między rzadkie, żółte liście porastającej brzegi stawu wierzby. Zakręcił nad taflą wody i rozpłynął się w gęstym listowiu topól rosnących wzdłuż drogi dojazdowej do dworu.

Zaszumiało jeszcze i zaszeleściło lekko. Ucichło. Andrzej uniósł głowę i spojrzał w niebo przezierające między koronami drzew. Było czyste i błękitne, bez jednej chmurki… Jesień pięknie żegnała się z Łagowicami, ostrzegając coraz chłodniejszymi porankami i wieczorami o nadciągającej zimie. Listopadowe wczesne popołudnie było jednak jeszcze dość ciepłe, ukośne, czerwone promienie słońca przebijały się przez gęstwinę i oślepiały chłopca klęczącego pod rozłożystym krzewem berberysu, tuż przy ścianie starej, sypiącej się stodoły. Andrzej kończył właśnie wsypywanie prochu do starej puszki po marmoladzie. Napełnione po brzegi naczynie szczelnie zatkał starą szmatą, wtykając uprzednio do środka długi, cienki lont. Och... Ileż się namęczył, aby zrobić porządny lont. Zgodnie z recepturą, moczył kilka dni konopny sznurek w mieszaninie wapna i saletry, ale ten palił się zbyt szybko. Dodał więc popiół, co sprawiło, że sznurek spalał się rzeczywiście wolniej, ale kiedy Wojtek powiedział mu, że – aby wszystko było zgodne ze sztuką – trzeba jeszcze dodać do roztworu końskiego nawozu, z niesmakiem zrezygnował z dalszych prób i pozostał przy tym, do czego sam doszedł. Biegł teraz do stodoły z puszką w garści, z ciągnącym się po ziemi lontem. W środku już czekał na niego Wojtek. Tkwił w kącie i ze znudzoną miną przyglądał się śmigającym pod stropem jaskółkom. Puste wnętrze opuszczonego budynku świetnie nadawało się do eksperymentów. Było tu cicho i spokojnie. Od dawna nikt z majątku nie zaglądał w ten odległy kraniec ogrodu, można więc było bez przeszkód oddać się pirotechnicznym pasjom.

– Jesteś wreszcie – mruknął Wojtek, gdy przyjaciel stanął przed nim tryumfalnie pokazując skonstruowaną właśnie bombę.

– Bo ty myślisz, że to tak łatwo... – odparł Andrzej z wyrzutem. – I tak mi się dostanie, bo świsnąłem ojcu cały worek leszczyńskiego prochu...

– To był twój pomysł, Jędrek, czy mój?

– Dobra, nie gadaj, tylko dawaj ognia!

Jędrek postawił puszkę na kamieniu, delikatnie rozciągnął lont na ziemi i wyjął zza pazuchy kłębek suchej, zwęglonej uprzednio bawełny i kawałek brzozowej kory. Wojtek tymczasem wyciągnął krzesiwo i nakrzesał ognia. Kiedy bawełna zaczęła się tlić, rozdmuchał ostrożnie płomyk i mrucząc: – Teraz uwaga... – przytknął zarzewie do lontu. Knot natychmiast zajął się żywym płomieniem i zaczął spalać się w mgnieniu oka. Chłopcy patrzyli oniemiali jak ogień pożera knot i błyskawicznie zbliża się do puszki. Rozszerzonymi ze strachu oczami śledzili mknący ku bombie ognik...

– Mówiłem ci, że trzeba moczyć w końskim łajnie... – szepnął z wyrzutem przejęty Wojtek...

– Za późno! Chodu! – wrzasnął Jędrek i chłopcy rzucili się do ucieczki. Niefortunnie jednak, bo obaj w tym samym kierunku. Odbili się od siebie i głucho plasnęli na klepisko. Natychmiast zerwali się w popłochu. Wojtek odruchowo skoczył na sąsiek, ale ponieważ od dawna nie było tu już żadnych worków, ani nawet siana, nie znalazł pewnej kryjówki. Z głośnym wrzaskiem pognał ku otwartym drzwiom stodoły. Jędrek natomiast od razu skierował się ku najdalszemu kątowi budynku i to był błąd. Był już prawie u celu, gdzie zamierzał paść na ziemię i przeczekać eksplozję, gdy puszka wybuchła. Huk był tak silny, że Andrzejowi aż zadzwoniło w uszach. Odruchowo padł na klepisko i to go ocaliło – w tym samym momencie nad jego głową z okropnym świstem przeleciał kawałek blachy i wbił się w drewnianą ścianę nad chłopcem. Kiedy opadł kurz, a świdrujące dzwonienie w uszach ustało, Jędrek podniósł się na kolana.

– Wojtek! – rzucił z obawą rozglądając się za przyjacielem. – Gdzie jesteś!?

– Jestem, jestem – Wojtek pojawił się w odrzwiach stodoły z szelmowskim uśmiechem wskazując na tkwiącą w ścianie ponad Jędrkiem blachę. – Niezły zasięg – mruknął z uznaniem.

– No... Prawie mnie trafiło...

– Nie dziwota. Puszka poszła w drobne drzazgi!

Rzeczywiście, po bombie został tylko swąd spalonego prochu i czarny ślad spalenizny w miejscu, gdzie przed chwilą stała puszka.

– Patrz! – Wojtek wskazał bliższy kąt stodoły. Jędrek spojrzał we wskazanym kierunku i zamarł. Po drewnianej ścianie wspinały się ogniki...

– Pożar! – wrzasnął i rzucił się ku zarzewiu. Zerwał z grzbietu kurtkę i próbował stłumić nią ogień. Bezskutecznie. Gdy tylko przykrył płomień z jednej strony, z drugiej natychmiast wystrzelały nowe ogniki.

– Trzeba wody! Lecę do stawu! – rzucił Wojtek i już go nie było. Zanim się jednak pojawił ze starym wiadrem pełnym wody, pożar zdążył się niebezpiecznie rozprzestrzenić. Ogień sięgał już prawie dwóch metrów. Wprawdzie zajęty był tylko fragment jednej ściany, jednak chłopcy byli przerażeni nie na żarty.

– Lej, na co czekasz?!

Chlusnęła woda, zasyczało, zadymiło... Kiedy para rozpłynęła się w powietrzu, oczom chłopców ukazał się radosny widok. Ściana była ocalona. Pożar zdławiony... Jedynie poczerniałe belki i wszechobecny zapach dymu i spalenizny świadczyły o tym, że coś złego działo się tu przed chwilą...

– Nigdy więcej bomb... – westchnął Jędrek.

– Nigdy... – zaczerwienił się Wojtek, nie wiadomo czy bardziej ze wstydu, czy z wysiłku...

– No pięknie! To się tatuś ucieszy... – od strony wrót dobiegł chłopców piskliwy głosik. Obaj odwrócili się spłoszeni. W progu stała Hania, młodsza siostra Jędrka. Z lalką w jednej ręce, z grzebykiem w drugiej, patrzyła spod ściągniętych brwi na pogorzelisko i na chłopców. Jędrek powoli podszedł do małej.

– Ale o co ci chodzi? – udawał, że nie rozumie, choć w istocie grał na czas.

– Jak powiem tatusiowi, co tu robicie, to na pewno nie pozwoli ci... Hej, co robisz?

Jędrek podszedł do siostry i bezceremonialnie wyrwał jej z ręki lalkę.

– Jak ma na mię? Celinka? Marysia? – chwycił lalkę oburącz tak, jakby chciał ją rozerwać. – Piśnij tylko słówko, to z lali zostaną strzępy...!

– Zostaw Melę! Nic nie powiem, tylko zostaw! – w oczach dziewczynki pojawiły się łzy.

– Naprawdę to zrobię... – wysyczał chłopiec przybierając jeszcze groźniejszą minę. – Niech się tylko tatko dowie, to... nie daruję! – szarpnął ręką udając, że odrywa lalce głowę. Hania zaniosła się głośnym płaczem... Płakała tak rozdzierająco, że chłopcu aż zrobiło się żal siostry. Podszedł do dziewczynki, podał jej lalę i pogłaskał po głowie.

– No dobrze, już dobrze... – mruknął pojednawczo, gdy mała przestała szlochać. – Nic jej nie zrobię. Chyba, że coś doniesiesz rodzicom...

Dziewczynka pokręciła głową, wytarła dłonią nosek i przytuliła Melę.

– No, to twoje szczęście. Acha! I Wojtka też tu nie widziałaś, jasne? – mrugnął do przyjaciela i skinął głową. Wojtek tylko podniósł rękę na pożegnanie i zniknął w zaroślach.

W tym momencie znów dał się słyszeć dobiegający od strony dworu okrzyk:

– Andrzej! Hania! Obiad na stole!

Pani Krzepicka stała na ganku niewysokiego, bielonego dworu i wypatrywała niecierpliwie dzieci, które wyszły właśnie spośród krzewów porastających skraj sadu tuż przy drodze wiodącej od traktu.

– Prędzej, dzieci, bo czekamy, a wszystko stygnie.

Dzieci niespiesznie, jakby z ociąganiem, przepychając się we drzwiach, weszły do sieni, potem do kuchni, gdzie na dużym, dębowym stole stała bielona misa i dzbanek z wodą, a na drewnianym zydlu lśnił czysty ręcznik.

– No, już, dzieci. Myjcie ręce i do stołu – ponaglała pani Krzepicka.

Jędrek chwycił dzbanek i chlusnął obficie wodą na dłonie siostry, gdy ta wyciągnęła je nad miską, potem sam nadstawił swoje, aby Hania mogła je opłukać. Wytarłszy dłonie i twarz, rzucił ręcznik na zydel i skierował się do salonu.

W jadalnym wszyscy siedzieli już przy stole. Chłopiec celowo nie patrzył w stronę dalszego szczytu stołu, gdzie zwyczajowo zasiadał ojciec, pan Adam Krzepicki. Wiadomo było, że nie jest zadowolony, iż musieli czekać. Chłopiec odsunął krzesło siostry, poczekał, aż usiądzie, dosunął małą do stołu, a sam usiadł obok. Wszyscy, jak zdążył się zorientować, byli już po krótkiej modlitwie, przeżegnał się więc i zabrał do jedzenia. Nie patrzył w kierunku ojca. Trochę obawiał się, że spotka surowy wzrok rodzica, a ten miał powody, aby się gniewać. Chłopiec znów spóźnił się na posiłek, mimo, że dziś, ze względu na przyjazd gości, przygotowano go nieco później. Nie chodziło zresztą tylko o spóźnienie na obiad. Jędrek ostatnio bardzo sobie nagrabił. Opuścił się w nauce, o czym na pewno poinformował ojca nauczyciel, pan Landorf. Poza tym przedwczoraj, ćwicząc strzelanie z procy, wybił okno w stajni... W dodatku ta dzisiejsza stodoła... – Może tatuś się nie dowie... – pocieszał się w myślach.

Jadł w milczeniu nie patrząc nawet, co ma na talerzu. Myślał tylko o tym, by niepostrzeżenie umknąć czym prędzej z domu. Kiedy więc posiłek skończył się i wszyscy gremialnie udali się do saloniku, aby zasiąść tam na chwilę odpoczynku, chłopiec, dojadłszy co miał na talerzu, nie sięgając nawet po deser, wstał i skierował się ku drzwiom, by szybciutko wymknąć do ogrodu. Już nawet był w połowie drogi na zewnątrz, ale na miejscu osadził go stanowczy głos ojca stojącego w drzwiach saloniku:

– Andrzej!

Chłopiec zamarł w bezruchu. Podniósł wzrok na patrzącego surowo spod krzaczastych brwi rodziciela.

– Za chwilę chciałbym cię widzieć w gabinecie… – twarz pana Krzepickiego nie zdradzała żadnych emocji, chłopiec nie wiedział więc, czego spodziewać się po rozmowie z ojcem. Posłusznie jednak skierował się ku sieni, gdzie usiadł na skrzyni stojącej przy ścianie, pokornie czekając na rodziciela.

Pan Krzepicki przyszedł niebawem. Skinął na syna i wszedł do gabinetu. Jędrek podążył za nim. Gabinet był jednym z nielicznych pomieszczeń we dworze, które chłopak oglądał niezwykle rzadko. Ojciec nie wpuszczał tam dzieci w obawie przed szkodami, które mogłyby poczynić. Zresztą słowo gabinet niezbyt pasowało do tego niewielkiego pomieszczenia z jednym oknem wychodzącym na podjazd, oszkloną biblioteczką z mnóstwem książek, z małym kilimem, starym zwyczajem zawieszonym na wolnej ścianie, na którym polśniewał przydymionym złotem wielki ryngraf z Matką Boską Częstochowską, a poniżej stara szabla w zniszczonej, obciągniętej wytartą skórą pochwie. Na środku stało wielkie, masywne biurko. Andrzej pamiętał, jak czasem, przechodząc przez sień, dostrzegał w uchylonych drzwiach gabinetu ojca siedzącego za tym biurkiem, zatopionego w rachunkach, lub zajętego pisaniem listu. Z tym biurkiem wiązało się też jego najstarsze wspomnienie. Kiedyś, kilka lat temu, kiedy był jeszcze małym szkrabem, swoim zwyczajem, który zresztą pozostał mu do dziś, zwiedzał z wielką pasją zakątki dworu. Akurat wtedy przydzieloną mu do opieki Andulę, młodą dziewczynę z pobliskiej wsi, jakaś niecierpiąca zwłoki sprawa odciągnęła od malca. Ten wspiął się na czworakach po stromych schodach wiodących na strych i, straciwszy równowagę, stoczył się z wysokości kilku stopni na posadzkę sieni tłukąc sobie boleśnie kolana. Z tego zdarzenia pamiętał tylko gabinet, siebie siedzącego na kolanach u ojca, który uspokajał go pokazując mu różne dziwne, nieznane rzeczy ukryte w szufladach i zakamarkach wielkiego, mahoniowego biurka. Andula nie straciła pracy, choć pan Krzepicki był bardzo zły i chciał ją natychmiast zwolnić. Kiedy jednak Andrzej dowiedział się o tym, podobno rozpłakał się wniebogłosy, przytulił do niani, która też ryczała jak bóbr i zaczął szlochać rozpaczliwie:

– Nie, Jendluś nie chce! Jendluś kocha Andulę. Chce się bawić. Jendluś nie pozwala!

Wobec takiego obrotu spraw pan Adam był raczej bezradny. Z zamiaru odprawienia niani zrezygnował zupełnie, kiedy Andrzejek tupiąc nóżką wrzasnął na całą sień: Andula zostaje i koniec! Wywołał tym u wszystkich obecnych olbrzymią wesołość. Ale swój cel osiągnął – Andula została.

Teraz siedział na miękkim, wyścielanym krześle tuż przy tym samym meblu, drżąc z obawy przed reprymendą. Bury jednak nie było. Ojciec usiadł wygodnie w fotelu za biurkiem, spojrzał na syna i uśmiechnął się lekko, co i tak było dość niecodziennym zdarzeniem, bo pan Krzepicki uśmiechał się bardzo rzadko. Zdezorientowany chłopak uniósł niepewnie brwi, patrząc z uwagą na ojca.

– Andrzejku… – rzekł ten prawie czule. – Nie, właściwie powinienem powiedzieć, Andrzeju… Wszak masz już prawie dwanaście lat…

Zamilkł, lecz już po chwili ciągnął dalej.

– Masz już dwanaście lat i nie jesteś już dzieckiem... – spojrzał na chłopca w zamyśleniu. – Nie jesteś już dzieckiem – powtórzył. – I właśnie dlatego doszedłem do wniosku... Tak, jestem pewien, że czas na ciebie...

Powiedział to takim tonem i z taką miną, jakby mówił najoczywistszą i najzwyklejszą w świecie rzecz. Ale przecież chłopiec czuł, że dzieje się coś niezwykłego. Coś, co powinno się kiedyś wydarzyć, wiedział o tym doskonale, ale chyba jeszcze nie teraz. Coś, na co jednak z trwogą czekał już od dłuższego czasu.

– Ale dlaczego, tatku? – zapytał cicho, zaskoczony nieco. – Dlaczego czas? I na co?

– Czas do szkoły... – powiedział pan Krzepicki. – Zapisałem cię do gimnazjum pińczowskiego. Pojedziesz w styczniu. Wcześniej nie chciałem. Miałem zresztą za dużo na głowie – najpierw ten pożar lasu na Furtakach, potem zaraza. Zaczniesz więc od połowy roku, ale tym się nie martw. Pan Landorf doskonale cię prowadził i pewien jestem, że zdasz egzaminy śpiewająco.

Jędrek zwiesił głowę. Potwierdziły się najczarniejsze przypuszczenia chłopca, najgorsze z możliwych scenariuszy. Oto odtrąbiono jego klęskę. Właśnie ogłoszono mu, że bezpowrotnie traci wolność. Odtąd może zapomnieć o konnej jeździe, zabawach koło młyna, czy psotach w sadzie... O błąkaniu się całymi dniami nad Nidą, czy o strzelaniu z łuku do wronich gniazd. Przed nim monotonny, miejski żywot ucznia zdanego na łaskę i niełaskę surowego nauczyciela. Wprawdzie Andrzej od lat uczył się, pobierając tu, na miejscu, nauki od pana Landorfa, ale przecież mieszkający we dworze nauczyciel miał dla chłopca dużo wyrozumiałości. Pobłażał czasem nawet. Pewnie dlatego chłopiec nie potrafił sobie wyobrazić na stanowisku swego nauczyciela nikogo innego. Tymczasem... Oczami wyobraźni już widział zgarbionego, zasuszonego, ubranego w czarny surdut nauczyciela gimnazjalnego, karzącego za byle przewinienie, przechadzającego się między ławkami z przenikliwym spojrzeniem rzucanym zza grubych szkieł. Chłopiec westchnął cichutko.

– A te egzaminy to... – mruknął niepewnie. Ojciec machnął ręką.

– Drobiazg. Pan Landorf już od września bierze z tobą to, czego będą pytać na egzaminie. Nic wielkiego. Zdasz na pewno.

Pan Adam spojrzał uważnie na syna. Uśmiechnął się pod wąsem.

– Wiem, że dla ciebie to straszna wiadomość. Wolałbym jednak, żebyś teraz był raczej w mieście – umilkł nagle, ale Jędrek domyślił się o co chodzi. Od wielu tygodni widział, co się wokół dzieje. Do ojca co chwila przyjeżdżali jacyś tajemniczy podróżni w powozach, czasem konno; zamykali się z gospodarzem w gabinecie i długo o czymś rozprawiali. Często pojawiał się na niedzielnym obiedzie brat mamusi, wuj Antoni z żoną i z babcią, aby po obiedzie, przy kawie dyskutować w salonie o polityce. Sam tatuś znikał też nierzadko na długie dni, a od mamusi można się było dowiedzieć tylko tyle, że tatko pojechał „w interesach”. Andrzej dobrze wiedział, że zanosi się na coś poważnego. Czasami był świadkiem przemarszu większych kolumn wojsk rosyjskich, czego raczej dotychczas nie zauważał. Czasem wpadła mu w ucho uwaga pana Tarajkowskiego, z której chłopiec potrafił domyślić się, że gdzieś w okolicy powstają coraz to nowe miejsca składowania broni, przerzutu tajnej prasy i prochu. Tak. Szły wielkie zmiany... I dlatego Jędrek rozumiał trochę tę nagłą decyzję ojca o oddaniu go do szkół. W Pińczowie był bardziej bezpieczny niż na wsi. Jeżeli rzeczywiście miało wybuchnąć powstanie, w mieście ryzyko było stanowczo najmniejsze. Wprawdzie w miastach stacjonowały oddziały wojsk rosyjskich, ale właśnie dlatego mieszkać tam będzie stanowczo lepiej. W dodatku w Pińczowie mieszkała ciocia Teosia i Andrzej mógł się zatrzymać u niej, co dawało dodatkową gwarancję bezpieczeństwa. Jędrek, mimo że pojmował celowość i słuszność takich postanowień, nie był z nich zadowolony. Wiedział, że będzie mu brakować swobody, przestrzeni, że trudno mu będzie rozstać się z tym wszystkim, z czym zżył się dotąd, korzystając z nieskrępowanej wolności. Pan Krzepicki zdawał się odczytywać myśli syna, bo pochylił się nad biurkiem i z uśmiechem powiedział do chłopca:

– Rozchmurz się. Wszystko będzie dobrze. Lepiej niż myślisz. A teraz biegnij do stajni i przyprowadź konie. Goście już pojechali, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy wybrali się na krótki spacer na Kopiec... Porozmawiamy...

3.Obcy

Jechali aleją lipową w kierunku bramy. Konie raźno parskały na rześkim powietrzu i trącały kopytami zmarznięte wieczornym chłodem trawy. Piękny dzień miał się ku końcowi. Nad Łagowicami wisiało bezchmurne listopadowe niebo, a ptaki rozweselały park głośnym trelem. Po przejechaniu bramy i przekroczeniu drogi wiodącej na Pińczów, jeźdźcy skierowali się wzdłuż miedzy, wąską ścieżką, ku wzgórzu porosłemu dąbrową. Spięli konie do kłusa, potem do galopu i przez kilka chwil posuwali się granicą pola. Jędrek jechał na swoim ulubionym gniadym ogierze Goliardzie. Spokojny, dobrze ułożony koń szedł posłusznie kierowany wprawnie przez chłopca. Malec był dobrym jeźdźcem, naukę jazdy od najmłodszych lat pobierał u ojca, który w całej okolicy słynął jako wytrawny jeździec i doskonały znawca koni. Zdarzało się czasem, że do Łagowic przyjeżdżali aż z Pińczowa, albo z Buska, żeby zasięgnąć rady, lub prosić pana Krzepickiego o pomoc przy zakupie nowego konia. Nikt, tak jak on nie potrafił ocenić klasy, mocy i charakteru zwierzęcia po kilku zaledwie chwilach spędzonych w stajni. Jędrek dumny był z ojca i starał się dotrzymać mu kroku choćby w sztuce jeździeckiej.

Kiedy dotarli do dąbrowy, skręcili za ścieżką prowadzącą na szczyt wzniesienia. Pan Adam zwolnił, odwrócił się do syna i wskazał ręką na północ.

– Tam – powiedział – po linię lasu, aż do Nidy… I z tamtej strony, tam, gdzie widać kościół w Michałowie, aż do tych drzew przydrożnych… To wszystko Łagowice… Wkrótce tamten las – wskazał dąbrowę na łagodnym stoku wzgórza – będzie należał do nas. Czekam tylko na decyzję pana Cichoszewicza. Mam z nim o to interesa.

Ponownie spiął konia i puścił się ku szczytowi. Andrzej podążył za nim, nie rozglądając się nawet. Kiedy zrównał się z ojcem, jechali chwilę w milczeniu. Nagle chłopiec zupełnie niespodziewanie spytał:

– Tato, czy wojna wybuchnie?

Pan Krzepicki spojrzał uważnie na syna. Przeszedł w kłus, potem w stęp, wreszcie zatrzymał konia.

– Zawsze wiedziałem, że mam mądrego syna… – powiedział cicho. – Zastanawiałem się nawet, jak zacząć tę rozmowę…

Uśmiechnął się do chłopca.

– Widzisz… Czas jest bardzo niespokojny. W całym kraju wre. Gdzie się nie obrócić, wszędzie gorące głowy... Nie wiadomo, jak potoczą się wypadki. I dlatego właśnie... Umyśliłem, że wyślę cię do szkoły.

– Wiem, tato. Przecież to oczywiste.

Pan Adam z namysłem spojrzał na chłopca.

– Zatem nic więcej mówić nie muszę... Choć jednak... – przyjrzał się uważnie synowi. – Skoro wszystko oczywiste, dlaczegoś taki skwaszony?

– Bo będzie mi tego wszystkiego brakować... Przywykłem. Po prostu.

– Po prostu... Do zimy zostało przecie jeszcze trochę czasu. Możesz więc używać... Nikt ci nie broni. W miarę rozsądku, rzecz jasna... – pan Krzepicki uśmiechnął się tajemniczo. – I więcej nie próbuj podpalać stodoły... Dobrze?

Jędrek zawstydzony spuścił wzrok. Właściwie na jakiej podstawie spodziewał się, że ojciec się o tym nie dowie? Zawsze wiedział o takich wybrykach... – Ech... Lalka Mela zginie dziś chyba w strasznych męczarniach... – pomyślał z gorzką satysfakcją...

Powoli wyjechali na łagodnie pochyloną ku południowemu wschodowi polanę, na wzgórzu zwanym Kopcem. Roztaczał się stąd rozległy widok na okolicę. Zachodzące słońce topiło cały krajobraz w złotych blaskach, nadając mu nierealny, baśniowy charakter.

Chłopiec westchnął głęboko, czym rozbawił pana Krzepickiego. Ten podjechał do syna, poklepał go po ramieniu i rzucił:

– Nie sądzisz chyba, że pokazuję ci to wszystko bez powodu... – wskazał dłonią leżącą u stóp wzgórza orną ziemię. – Szkoła przemknie ci szybciej niż się spodziewasz. Ani się obejrzysz, a już będziesz tu z powrotem. I to... jako gospodarz.

Jędrek spojrzał na pana Adama. Uniósł brwi dając do zrozumienia, że czegoś nie pojął.

– Ano tak. Gospodarz właśnie. I nie patrz tak na mnie. Będę cię potrzebował. I to bardzo. Nie wiadomo, co wydarzy się za miesiąc, za rok, czy pięć. Ale jedno jest pewne. Idą ciężkie i trudne czasy, będę więc potrzebował kogoś zaufanego. Kogoś, na kim będę mógł polegać. Kogoś, kto po mnie przejmie staranie o dom... Ale najpierw – pan Krzepicki spojrzał na syna przesadnie poważnie – najpierw szkoła. Nie pozwolę, żeby moim majątkiem zarządzał nieuk!

Obaj parsknęli śmiechem. Powoli zjechali w dół, na zalaną ostatnimi promieniami słońca łąkę.

– No, zatem skoro sobie wszystko powiedzieliśmy – rzekł ojciec – możesz pohasać. Do zmierzchu masz jeszcze czas. Ja wracam, bo na mnie jeszcze robota czeka...

To mówiąc spiął konia i pokłusował z powrotem w stronę dworu, który, pławiąc się w blaskach zachodzącego słońca, jaskrawo odcinał się na tle brunatnych zaoranych ściernisk i granatowego listopadowego nieba.

Jędrek puścił się galopem przez pola, przed siebie. Gnał bez celu, ale z jakąś upajającą radością, jaką zawsze dawała mu jazda konna. Jeździł doskonale, co nie było dziwne, bo od najmłodszych lat siadał w siodle. Ojciec przywiązywał do tego wielką wagę. Zresztą Andrzeja nie trzeba było do stajni zapędzać siłą, przeciwnie – częstokroć nie dało się go z niej wyciągnąć aż do późna. Konie zawsze były jego miłością. Szczególnie jeden. Jego ukochany, poczciwy, szybki jak błyskawica Goliard. Koń, którego Jędrek kochał niemalże jak domownika. I jak z domownikiem – gdyby to tylko zależało od niego – zamieszkałby chętnie pod jednym dachem, najlepiej w stajni, albo, co gorsza, wprowadziłby Goliarda do domu, by móc mieć go stale przy sobie.

Dlatego z taką radością oddawał się teraz galopowi. Gdy czuł pod sobą wiernego towarzysza, we włosach pęd wiatru, zapominał o wszelkich zmartwieniach. I chociaż w głowie wirowało mu od tych wszystkich nowin, które usłyszał od ojca, w tej chwili nie potrafił i nie chciał się nimi przejmować. Czuł, że pęd wiatru wywiewa mu bezpowrotnie wszystkie złe myśli. Pędził przed siebie, aż dotarł do doliny małego potoku. Nie była głęboka, ale wąska i miejscami miała strome zbocza, jednakże wzdłuż strumienia dało się jechać swobodnie dalej nawet niewielkim wozem lub bryczką. Andrzej znał ten zakątek. Wiedział, że strumień kluczy przez lasy, a potem wpada do stawu młyńskiego. Tego samego, wokół którego krążyło wiele legend o utopcach i zjawach przechadzających się w nadbrzeżnych łozinach. Bajdami i podaniami o tych stworach chłopiec karmiony był od kołyski, znał je i dobrze wiedział, że to tylko takie baśnie, którymi straszy się niesforną dzieciarnię, a jednak na myśl o wodniku zamieszkującym ponoć staw ścierpła mu trochę skóra na plecach. Spojrzał w jasne niebo. Było jeszcze dość wcześnie, śmiało ruszył więc przed siebie wąską ścieżką wijącą się dnem dolinki.

– Nie ma co panikować – pomyślał. – Jeśli się nie sprawdzę, to co ze mnie za mężczyzna. Skoro tatko chce mnie mieć przy boku jako pomocnika w zarządzaniu majątkiem, to nie mogę bać się tych bzdurzeń o jeziornych dziwadłach... Tym bardziej, że to staw, który tatko ma w dzierżawie – przekonywał siebie w duchu – więc i ja niedługo będę miał obowiązek jego doglądania. Jak mam to zrobić trzęsąc portkami?

Tak rozmyślając zeskoczył z konia i ostatni odcinek drogi, wiodący przez gęstą łozinę, pokonał pieszo, prowadząc konia za uzdę. Słońce było już na tyle nisko, że drągowina zatonęła w półmroku, a od strony majaczącej za drzewami tafli wody powiało chłodem. Wieczorne cienie wydłużyły się rzucając na trawę i pnie dokoła coraz bardziej posępne, fantastyczne plamy. Jędrek szedł jednak śmiało przed siebie, starając się tylko uważnie stąpać po wąskiej ścieżce i już po chwili znalazł się w miejscu, gdzie potok wpadał do młyńskiego stawu. Kiedyś, jeszcze za króla Sobieskiego, na rzeczce stał bardzo stary tartak wodny. Był solidny, podpiwniczony. Podobno pracował jeszcze za czasów dziadka Klemensa. Dziś pozostały z niego już tylko na wpół zasypane piwnice. Miejsce jednak ciągle było doskonałe dla tego typu działalności, dlatego postanowiono je ponownie wykorzystać. Kilkadziesiąt lat temu, zbudowano od północnego zachodu tamę, spiętrzono wodę w staw i postawiono opodal zupełnie nowy młyn. Woda, opadająca ze zbiornika do koryta, poruszała jego wielkie koło. To jednak też było dawno temu. Od tamtych czasów upłynęło już wiele wody w Młynówce, a młyn, coraz rzadziej wykorzystywany, coraz mniej potrzebny, zestarzał się, opustoszał i sukcesywnie niszczał. Jego czarna sylwetka, stała teraz niewzruszenie jak porzucony, przydepnięty but, podzieliwszy losy swego starszego poprzednika. W pustym wnętrzu wiosną gnieździły się tylko ptaki, a jesienią hulał zimny wiatr. Jędrek przystanął i nadstawił ciekawie ucha, chcąc usłyszeć zawodzenie wiatru w wybitych oknach, nie usłyszał jednak nic. To znaczy nie usłyszał wiatru. Usłyszał natomiast coś zupełnie innego. Coś, co ścięło mu krew w żyłach. Kilkanaście kroków od miejsca, w którym stał, w gęstym sitowiu, na nadbrzeżnej płyciźnie coś zajęczało. Cicho i niewyraźnie, ale Jędrek pochwycił odgłos i zamarł w przerażeniu. Wstrzymał oddech i nasłuchiwał. Krew tętniła mu w skroniach, oczy rozszerzyły się, dłoń bezwiednie zacisnęła na uździe. Koń parsknął cicho, widać i on coś wyczuł, bo stał się niespokojny. Jędrek ściągnął uzdę i poklepał Goliarda po pysku, próbując go uspokoić, bezskutecznie jednak, bo sam zaczynał się bać, co wierny towarzysz doskonale wyczuwał.

Nagle odgłos powtórzył się. Był głośniejszy i dobiegał wyraźnie z szuwarów. Chłopiec powoli, ciągle poklepując konia, zaczął wycofywać się ścieżką, którą tu przyszedł. Ciągnął Goliarda wpatrując się w miejsce, skąd dochodził jęk. Kiedy usłyszał go po raz trzeci, nie wytrzymał i rzucił się do ucieczki. Zrobił jednak zaledwie dwa kroki. Nieostrożnie wdepnął w rozmiękły w tym miejscu grunt, zapadł się po kostkę w błoto i wyrżnął kozła rozkładając się na ścieżce. W popłochu odwrócił się na plecy, rzucił przestraszone spojrzenie w kierunku sitowia i już chciał zrywać się i biec dalej, kiedy pomiędzy trzcinami dostrzegł cień. Był czarny, początkowo bezkształtny. Po chwili przybrał postać leżącego człowieka. Człowiek ten wyciągał do chłopca rękę i znów zajęczał. Tym razem był to jęk, który w uszach chłopca ułożył się w… całkiem zrozumiałe słowa.

– Stój... – wycharczał cień. – Stój, proszę...

Goliard szarpnął się, jednym skokiem przesadził chłopca i pognał ścieżką w kierunku wylotu dolinki. Jędrek sparaliżowany strachem patrzył jak człowiek pełznie powoli przez płyciznę w jego kierunku. Sam nie potrafił się ruszyć, nie miał władzy w nogach i rękach. Patrzył tylko bezradnie na czołgającego się człowieka, który był coraz bliżej. Wydobył się z wody i dźwignął na łokcie, po chwili jednak znów opadł bezwładnie na bok. Przetoczył się na plecy i odpoczywał. Chłopiec dostrzegł, że to ubrany w czarną kapotę, mężczyzna z długimi włosami, oblepiającymi twarz. Gdy tylko dotarło doń, że ma do czynienia z człowiekiem, nie z utopcem, strach prawie ustąpił. Jędrek ośmielił się nieco. Podniósł się i ostrożnie zbliżył do leżącego. Uklęknął tuż przy nim.

– Kim pan jest? – zapytał ze ściśniętym gardłem. Mężczyzna poruszył dłonią. Wycharczał coś niezrozumiale, po czym uniósł głowę i spojrzał spod wpółprzymkniętych powiek na chłopca.

– Panie Adamie – wszeptał ledwie dosłyszalnie. – Panie... Adamie... Prawie... musiałem... Pod strzelcem... – wycharczał ledwie zrozumiale.

– Kim pan jest? – powtórzył pytanie Jędrek. – Co panu się stało?

Dopiero teraz dostrzegł krew. Sączyła się cieniutką strużką z boku mężczyzny. Nie było jej dużo, jednak powoli tuż obok zaczęła powstawać spora plama wsiąkającej w przybrzeżny piach krwi.

Mężczyzna z trudem sięgnął pod oklejoną piaskiem i wodorostami połę kapoty i wyciągnął jakieś zawiniątko. Podał je chłopcu.

– Panie Adamie… udało się… Panie Adamie… tutaj… Strzelec, panie Adamie, niech pan pamięta, strzelec!

– Nie jestem Adam… Adam to mój tatko… – Andrzej był całkiem zdezorientowany. Nieznajomy myli go z jego ojcem, to pewne. Chłopiec wiedział jednak, że tłumaczenia na nic się nie zdadzą. Mężczyzna był w ciężkim stanie i zdawał się majaczyć. Z zamkniętymi oczami powtarzał tylko imię pana Krzepickiego i wciskał chłopcu pod połę kurtki pakunek. – Co to jest? – Jędrek wziął zawiniątko, ale nie mógł rozpoznać, z czym ma do czynienia. Paczuszka nie była duża, owinięta w ceratę i ciasno obwiązana rzemieniem sprawiała wrażenie zwykłej przesyłki pocztowej. Mężczyzna kurczowo chwycił Jędrka za ramię i wycharczał znów:

– Adam… Krzepicki… – po czym opadł na piasek dysząc ciężko.

– Niech pan leży! – powiedział chłopak ściągając z grzbietu kurtę, zwijając i wciskając mężczyźnie pod głowę. – Niech pan się nie rusza, zaraz kogoś sprowadzę.

Zerwał się na równe nogi, wetknął za pas zawiniątko, po czym pobiegł ścieżką wzdłuż strumienia. Odnalazł pasącego się spokojnie Goliarda, wskoczył na koński grzbiet i jak szalony pognał ku Łagowicom.

*

Sprowadzenie pomocy trwało ledwie kilkanaście minut. Chłopiec pruł przez równinę na złamanie karku. Kiedy wpadł na spienionym koniu w bramę, kiedy zahamował na podjeździe przed gankiem dworu, wzbijając tuman kurzu, w drzwiach już stał zaniepokojony spiesznym przybyciem syna pan Krzepicki. Jędrek w krótkich słowach wytłumaczył ojcu co zaszło, po czym pomógł mu zaprząc do wozu konia i wraz z panem Tarajkowskim i rosłym parobkiem ruszyli bez zwłoki w kierunku stawu. Ponieważ jechali wozem, musieli wybrać nieco inną, szerszą drogę, przez co stracili nieco czasu. Jędrek ponaglał ich nieustannie, raz za razem, bardzo chaotycznie, powtarzając co wydarzyło się na brzegu młyńskiego stawu. Kiedy wreszcie dotarli do wąskiej dolinki, kiedy przeprawili się dnem potoku nad sam brzeg stawu, było już prawie całkiem ciemno. Jędrek zeskoczył z wozu i pobiegł na sam brzeg wytężając wzrok, aby wyłuskać z ciemności znany kształt w oczeretach. Bezskutecznie. Biegał w jedną i w drugą stronę rozglądając się gorączkowo, nie znalazł jednak nikogo.

– No, synu – odezwał się pan Krzepicki. – Gdzież on?

Chłopak z niedowierzaniem wpatrywał się w wąską linię szarego piasku, próbując zrozumieć co się stało.

– Może to nie tu? – zagadnął parobek. – Jest przecie już ciemno, to i pobłądzić łatwo.

– To było tutaj! – powiedział z przekonaniem Andrzej – Jestem pewny! Człowiek leżał na brzegu, cały mokry, jakby wylazł z wody. Dałem mu pod głowę kurtę... Przysięgam, że mówię prawdę.

Pan Krzepicki zmarszczył brwi. Widać było, że nie jest zadowolony. Być może sądził, że to kolejny andrzejowy wybryk. Już otwierał usta, aby wyrazić swoje wątpliwości, gdy od strony brzegu dał się słyszeć głos pana Tarajkowskiego:

– Chłopiec się nie myli.

Pan Krzepicki podążył w jego stronę. Tarajkowski stał pochylony, a lampę trzymał nisko, tuż nad ziemią. Wskazywał jakiś ślad na piasku.

– Nie myli się i nie zmyśla, to pewne. Widzi pan, panie dziedzicu...? O tutaj. Krew!

Pan Adam pochylił się i przyjrzał uważnie ciemnej plamie na piasku. Pokiwał głową w milczeniu. Z uwagą patrzył na ślady niedawnej obecności obcego.

– A to chyba pana Andrzeja – rzucił parobek gramoląc się z krzaków. Trzymał w ręku kurtę Jędrka. – Leżała w trawie, o tu. – Tak, to moje. Mówiłem przecież, że dałem mu pod głowę. Mówiłem! Nie kłamałem!

– Wiem, synu. Wierzę ci – powiedział cicho pan Adam. – Wierzę. Przyślemy tu ludzi z pochodniami, dokładnie przeczeszemy okolicę wokół stawu. Teraz jest już za ciemno, sami nic nie wskóramy. Tymczasem, Jędrek, musisz mi dokładnie powtórzyć, co mówił ten obcy. Ale dokładnie, rozumiesz? Słowo w słowo.

Chłopiec bez zwłoki powtórzył słowa nieznajomego. Powiedział o jego dziwnym zachowaniu, o tym, jak tamten, pomyliwszy się zapewne, wziął Andrzeja za jego ojca, o tym, jak powtarzał dziwne słowo „strzelec” i o paczuszce, którą odeń dostał. Wyciągnął ją teraz zza pasa i pokazał ojcu. Ten rozsznurował rzemień i ostrożnie otworzył portfel z zaimpregnowanego lnianego płótna. Był pusty.

– Nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy... – westchnął Andrzej. – Przekazywał mi to tak, jakby to było coś naprawdę cennego. Jak skarb. Nie rozumiem... I jeszcze ten „strzelec” Co mógł oznaczać ten jego „strzelec”?

– Właściwie mógł oznaczać wszystko – wtrącił pan Tarajkowski. – A najpewniej oznaczał po prostu tego, kto mu zrobił dziurę w boku. Sam przecież pan Andrzej mówił, że nieznajomy krwawił. I my tę krew widzieliśmy. Zatem pewnie ktoś do niego strzelał. Ot i strzelec!

Pan Krzepicki w milczeniu pokiwał głową. Po chwili otrząsnął się z zamyślenia i zarządził powrót.

Jechali w milczeniu do domu. Kiedy dotarli do Łagowic pan Adam, zgodnie z obietnicą, zorganizował poszukiwania. Zaangażował prawie wszystkich wolnych robotników, ściągnął jeszcze kilkunastu ludzi z folwarku, zaopatrzył ich w pochodnie i lampy, po czym wszyscy mężczyźni z panem Krzepickim i panem Tarajkowskim na czele, w towarzystwie kilku psów, ruszyli na poszukiwania.

Pan Adam zabronił Jędrkowi, mimo jego głośnych protestów, iść z mężczyznami. Chłopiec musiał więc zostać w domu. Czekał na wyniki poszukiwań z niecierpliwością. Godzinę po zmierzchu przesiedział przy bramie, potem wrócił do dworu, ale nie poszedł do swojego pokoju, lecz zasiadł na skrzyni w sieni i czekał. Głuchy na ponaglenia matki i zaczepki siostry, tkwił bez ruchu w pełnym napięcia oczekiwaniu. Kiedy tylko usłyszał poszczekiwanie psów i gwar rozmów dobiegające od bramy, wybiegł z domu pełen niepokoju i podniecenia. Mężczyźni wracali z niczym. Mimo gruntownego przeczesania całego terenu wokół stawu, nigdzie nie natrafiono na żaden ślad po tajemniczym rannym. Pan Adam doszedł do wniosku, że być może mężczyzna próbował przedostać się brzegiem ku drodze wiodącej do dworu, ale prawdopodobnie zasłabł, może zsunął się po stromym brzegu i utonął...

Jędrek zauważył, że sprawę tajemniczego obcego natychmiast zaczęto traktować jako przeszłość. Parobków rozesłano do domów, pan Tarajkowski zamienił z ojcem jeszcze parę słów, po czym także ulotnił się bez śladu. W gabinecie zapadła cisza. Słychać było tykanie zegara w salonie i szum wieczornego wiatru w koronach lip na podjeździe.

– I co dalej? – zagadnął chłopak patrząc na ojca, siedzącego za swym wielkim biurkiem, wpatrzonego w pusty portfel, będący jedynym już teraz śladem po tajemniczym zaginionym. Ten, na pytanie, syna podniósł wzrok. Wzruszył ramionami, a jego twarz istotnie zdradzała oznaki obojętności.

– Co dalej? A co ma być? Nic – spojrzał uważnie na Jędrka. – Wolałbym jednak... – rzekł po chwili z namysłem – wolałbym, żeby o całym dzisiejszym zajściu, nie dowiedział się nikt obcy... Rozumiesz mnie? Nikt spoza dworu.

– To przecież jasne. Kto miałby wiedzieć?

– Nie wiem. Ale pewnie znajdą się tacy, których to zainteresuje. Takim... ani pary z ust!

– Dobrze tato – mruknął Andrzej. Po chwili spojrzał na ojca. – Czy to ma jakiś związek z tym, o czym dziś rozmawialiśmy? Znaczy się... z wojną...

Pan Krzepicki drgnął jak ukłuty szpilką. Opanował się jednak w jednej chwili i uśmiechnął do syna.

– Być może – rzekł po chwili zastanowienia. – Być może, synu. Dlatego tym bardziej powinniśmy milczeć.

Andrzej skinął głową ze zrozumieniem i ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się jednak i jeszcze raz spojrzał uważnie na rodziciela.

– Czy ty masz z tym coś wspólnego? – spytał poważnie. – Ten człowiek na brzegu stawu wiedział jak się nazywasz... Znał cię...

Pan Krzepicki wstał zza biurka i podszedł do syna. Położył mu rękę na głowie i uśmiechnął się prawie czule.

– Masz – powiedział wręczając mu stary portfel. – Właściwie to ty go dostałeś. Mnie on na nic, a tobie może jeszcze posłuży...

– Tato... – zaczął Jędrek, ale ojciec przerwał mu miękko, acz stanowczo:

– No, synu, zmykaj! Czas chyba spać. Ja jeszcze muszę zamknąć parę spraw.

To mówiąc wypchnął delikatnie chłopca do sieni i zamknął drzwi gabinetu.

Andrzej poczłapał na górę, do swojego pokoju, zamknął starannie drzwi i usiadł na łóżku. Spojrzał na zawiniątko, po czym zdecydowanym ruchem rozwiązał rzemień i otworzył portfel. Był rzeczywiście pusty. Jego wewnętrzna część, obszyta grubym, lnianym materiałem, brudna i poplamiona, nie zawierała żadnych napisów, ani znaków. Portfel był zużyty i chyba stary. Takich nie używało się już prawie wcale, czasem tylko – bardzo rzadko – przewożono w nich wartościowe papiery i niewielkie sumy gotówki. Jędrek widział taki portfel u pewnego pocztyliona, który zajechał kiedyś do Łagowic. Ale to było kilka lat temu. Z namaszczeniem złożył portfel, owinął go ciasno rzemieniem i włożył pod poduszkę. Rozebrał się, wskoczył do łóżka, zdmuchnął świecę stojącą na stoliku przy łóżku i przykrył się kołdrą. Leżał w mroku, wsłuchując się w odgłosy usypiającego domu, a przez jego głowę przebiegało w jednej chwili całe stado szalonych myśli... – Jaką tajemnicę, jaki sekret zabrał ze sobą tajemniczy gość znad stawu? Kim był i gdzie zniknął? Dlaczego był ranny? I czy ten ktoś, kto postrzelił tego nieszczęśnika, nadal jest w okolicy? A wreszcie najważniejsze... Czy będzie szukał Jędrka?...

Wsłuchiwał się w miarowe tykanie zegara w sieni, wpatrywał w szarą plamę poświaty padającą na ścianę przez okno. Długo jeszcze rozmyślał o przedziwnych wydarzeniach, aż wreszcie zmęczenie wypadkami ciężkiego dnia zwyciężyło. Przymknął oczy, potem zamknął je całkiem, odwrócił głowę i powoli, niepostrzeżenie odpłynął w krainę nocnych marzeń, w której aż roiło się od czarnych postaci przemykających chyłkiem po mokrym nadbrzeżnym piasku nad Młyńskim Stawem i od dziwnych, fantastycznych przygód. Prawdziwe jednak komplikacje – o czym chłopiec, oczywiście, jeszcze wiedzieć nie mógł – dopiero miały nadejść...

4.Grudniowa cicha noc

Sprawa tajemniczego przybysza i tego, co się z nim wiązało, dość szybko rozmyła się w natłoku codziennych obowiązków. Wprawdzie prace polowe już dawno zakończono i większość robót w obejściu też doprowadzono do szczęśliwego końca, jednak wielkimi krokami zbliżało się Boże Narodzenie, co wiązało się z poważnymi przygotowaniami.

Wszyscy we dworze mieli w tym szczególnym czasie swoje miejsce od lat. Każdy zajmował się przydzielonym sobie odcinkiem prac. Hania i Jędrek jak zwykle zajmowali się konstruowaniem ozdób na podwieszaną u stropu jadalni gęstą jodełkę, która co roku cieszyła oczy coraz weselszymi, bardziej kolorowymi ozdobami. Dzieci zazwyczaj wycinały je i kleiły z papieru, bibuły i barwionej słomki. W wielu okolicznych domach na stałe już zadomowił się zwyczaj osadzania drzewka i stawiania na podłodze w kącie pokoju. W domu pana Krzepickiego trwała nadal stara, odwieczna tradycja wieszania małego drzewka pod sufitem, zresztą w niejednym pokoju. Choinka wisiała w salonie – to pod nią po wieczerzy wigilijnej znajdowano prezenty, w sieni, małe świerczki przywiązywano do sufitów w pokojach dziecinnych, a nawet – o co szczególnie dbał Andrzej – w stajni. Ale największa i najpiękniej przystrojona, najbardziej rozłożysta i pyszna wisiała w jadalni, w której cała rodzina zasiadała zawsze do wigilijnej wieczerzy. To na nią zwrócone były oczy wszystkich stołowników, a na Wigilię zjeżdżało się przecież wiele rzadko widywanych we dworze osób, przed którymi należało się pochwalić naprawdę pięknym drzewkiem. Był to dla Andrzeja niejako punkt honoru. Dlatego zawsze gorliwie zabierał się do robót nad ozdóbkami. Zawsze... Ale nie tym razem. Teraz robota mu nie szła. Papier nie chciał się kleić, słomki łamały się nie tam, gdzie powinny, zabawnie deformując aniołki i gwiazdki, łańcuchy polepione i ubrudzone klejem z mąki zamiast cieszyć oczy – straszyły. Andrzej zabierał się do pracy po wielokroć. I za każdym razem z coraz mniejszym zapałem. Zwyczajnie nie potrafił skupić się na robocie. Jego myśli ulatywały z pokoju, błądziły gdzieś, ponad polami, łąkami, zapuszczały się w dolinki potoków i zawsze, niezmiennie docierały w to samo miejsce: nad brzeg młyńskiego stawu.

Jędrek był chyba jedynym domownikiem, który ciągle nie mógł zrzucić z siebie ciężaru wspomnienia tego dziwnego, tajemniczego wieczoru, gdy na nadbrzeżnym piasku znalazł nieznajomego przybysza. Myślał o tej przygodzie nieustannie, zachodząc w głowę, skąd wziął się tam ten człowiek, skąd znał tatusia i gdzie zniknął? Co chciał przekazać? Bo to, że chciał, było dla Jędrka bezsprzecznie oczywiste. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że człowiek ten nad brzegiem stawu znalazł się nieprzypadkowo, a cała sprawa musi mieć jakieś drugie, głębsze dno. Odkąd zdał sobie z tego sprawę, nie przestawał o tym myśleć, snując kolejne, coraz bardziej fantastyczne wizje kryminalno-sensacyjne. Z nikim o tym nie mówił. Przed nikim nie zdradził się ze swoich skrytych myśli, ale pani Krzepicka natychmiast zauważyła, że z chłopcem dzieje się coś niedobrego. Uznała jednak, że syn martwi się rychłym wyjazdem do miasta na nauki, pocieszała go więc dyskretnie, próbując zająć myśli Andrzeja czym innym.