Zamek Griffith’ów - Ewa Kiniorska - ebook
Opis

19-letnia Anabella Griffith, osierocona w dzieciństwie, mieszka z liczną dalszą rodziną w starym zamku na wybrzeżu Kornwalii. Pod koniec lata 1899 roku, podczas ślubu kuzynki, w zamku zjawia się tajemniczy nieznajomy i oznajmia dziewczynie, że musi ona przejąć pewne obowiązki, które od stuleci pełnią w jej rodzinie kobiety o imieniu Anabella. Młoda kobieta musi zdecydować, czy przyjmie je wraz z ogromnym majątkiem, czy wycofa się i straci wszystko. To początek historii Anabelli i jej rodziny zamieszkującej stary i pełen tajemnic kornwalijski zamek.

Ewa Kiniorska – urodzona w 1977 roku, z wykształcenia jest politologiem. Najczęściej tworzy historie fantasy, sf i bajki dla dzieci. W czasie wolnym rysuje i szuka idealnej dla siebie pracy, w czym często przeszkadza jej rozszalała wyobraźnia i kapryśne usposobienie. Książki kocha ponad życie.

W hołdzie ulubionym pisarzom angielskim: Agacie Christie, Jane Austen i Karolowi Dickensowi stworzyła szereg bohaterek o anglosaskich korzeniach. Oprócz Anabelli Griffith, również Mary Ann Blackcraft, Elizabeth Dark, Georgia West i Emma Grey żyją w alternatywnej epoce wiktoriańskiej, a to z powodu wstydliwej słabości ich twórczyni do powieści gotyckich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 181

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ IImienniczka

 

 

Anabella Griffith jak co dzień wstała jeszcze przed wszystkimi mieszkańcami zamku, cicho ubrała się, by nie zbudzić śpiącej kuzynki, bezszelestnie wymknęła się ze swojego pokoju i ciemnymi korytarzami wybiegła na zewnątrz. Silny, zimny wiatr szarpnął jej włosami i ubraniem, a ona ucieszyła się z tej brutalnej pieszczoty. Głęboko odetchnęła i wydała z siebie głośny, na wpół zwierzęcy krzyk. Wyjący wiatr i huczące fale zagłuszały ją, a ona dzięki temu rytuałowi czuła ulgę. Robiła tak każdego poranka od czasów dzieciństwa. Pozwalało jej to uśmiechać się do rodziny i cicho, posłusznie robić to, czego od niej oczekiwano. Musiała mieć choć krótką chwilę każdego dnia, kiedy pozwalała sobie na całkowitą wolność i swobodę. Zdejmowała wtedy sztuczny uśmiech z twarzy, krzyczała i tańczyła do wtóru z wiejącym od morza wiatrem. Teraz też zaśmiała się i spojrzała w dół, wychylając się mocno przez kamienną balustradę. Pojawiająca się prawie każdego ranka mgła spowijała stary, częściowo zrujnowany zamek i sprawiała, że wydawał się on unosić w powietrzu ponad miastem. Kamienne, surowe ściany i toporne bryły budynków wydawały się równie stare i niezmienne jak skały otaczające to nadmorskie miasteczko. Anabella wiedziała, że za jakiś czas mgła opadnie niżej, na dolinę nad miasteczkiem, by potem rozpłynąć się w promieniach słońca, zupełnie jakby wsiąkała w kamienie. Wpatrzona w dolinę Anabella ruszyła przed siebie, okrążając mury zamku. Spoglądając z blanków zamku, czuła się oderwana od wszelkich spraw zaprzątających ludzi. Wiedziała, że widziane z góry dachy domów kryły śpiących spokojnie mieszkańców miasteczka. Wszędzie panowały jeszcze cisza i spokój. Również z tego powodu tak bardzo lubiła przychodzić w to miejsce o świcie.

Patrzenie z góry na miasteczko i na małe z tej wysokości problemy innych ludzi pomagało jej w znalezieniu siły, by spokojnie przeżyć kolejny nudny, zawsze taki sam dzień, który wypełniały obowiązki przydzielane jej przez krewnych. Każdy jej dzień był tak do siebie podobny, że Anabella pomimo niecałych dziewiętnastu lat miała już serdecznie dość prozaicznych, choć raczej dziwacznych zajęć, jakim musiała się co dzień oddawać. Od lat tęskniła do podróży, przygód i niezwykłych wydarzeń. Wiedziała jednak, że powinna być wdzięczna za to, co jej dawano. Osierocona w wieku dziesięciu lat nauczyła się nie przywiązywać do nikogo i niczego. Była wdzięczna rodzinie za opiekę i stwarzanie jej możliwości nauki i zabawy, ale jej uczucia nie wykraczały poza te, które z obowiązku żywiła. Sumienne spełnianie obowiązków wpajano jej od dziecka i przywykła pewne polecenia i zadania spełniać bez namysłu. Nie dziwiły jej już, tak jak na początku, nietypowe i dziwaczne zajęcia innych mieszkańców zamku. Przywykła już dawno do wszystkiego. I właśnie to ją męczyło coraz bardziej. Mieszkała w zamku otoczona wieloma pokoleniami krewnych i powinowatych. W zamku, w którym mieszkało ponad dwieście osób w różnym wieku, z którymi łączyły ją bliższe lub dalsze więzy krwi, ona nie czuła się z nikim z nich tak naprawdę związana. Często myślała o tym, dlaczego, choć w jakiś sposób była spokrewniona z każdym z mieszkańców zamku, nie odczuwa wobec nich mocnej więzi ani żadnego głębszego uczucia. Większości swych krewnych po prostu nie lubiła. Niemniej byli oni jej rodziną i miała tylko ich. Nie udało jej się też nigdy nawiązać dłuższej i bardziej zażyłej znajomości z nikim spoza zamku.

Anabella westchnęła i odgarnęła ciemnobrązowe włosy z twarzy. Jedno bardzo jasne pasmo zawirowało i przylgnęło jak zawsze do jej lewego ucha. Mrużąc jasnobrązowe oczy, dziewczyna, jak każdego poranka, oddawała się marzeniom. Latami rozmyślała o podróżach do odległych egzotycznych miejsc i niebezpiecznych, ekscytujących przygodach, nic jednak nie robiła, by je zrealizować. Błądząc spojrzeniem po wzgórzach otaczających miasteczko i schodzących do morza, myślała o tym, że kończące się lato 1899 roku niczego nie zmieniło ani w jej życiu, ani w życiu miasteczka, gdzie wszystko biegło spokojnym, leniwym torem. Za miasteczkiem i wzgórzami był przecież wielki, ciekawy świat, od którego odgradzało ją jednak tak wiele. Kochała stary zamek i jego wysmagane słonym wiatrem kamienne ściany. Każdy kamień był dla niej ważny tak, jak prawie nierozpoznawalne kształty maszkaronów na murach, ale mimo to tęskniła za czymś, co było daleko od niego.

Słońce powoli wznosiło się coraz wyżej, obejmując i ogrzewając zimne zamkowe kamienie. Trzy wieże twierdzy, z których dwie były kwadratowe, a trzecia okrągła, pozwalały ogarnąć wzrokiem rozległy teren. W przeszłości opieka nad całą doliną z miasteczkiem, linią skalistego wybrzeża Kornwalii i małymi wysepkami, które stanowiły najdalej wysunięty na południowy zachód skrawek Wielkiej Brytanii, była obowiązkiem mieszkańców zamku. Myśląc o minionych czasach, Anabella przytuliła się do kamiennej ściany i stała się prawie niewidoczna na jej tle dzięki swojej ulubionej szarej sukni. Westchnęła, obrzuciwszy czysty i spokojny pejzaż ostatnim spojrzeniem i ruszyła do zamkowej kuchni, by przygotować sobie śniadanie. Od kilku miesięcy nie jadła z rodziną w jadalni, by oszczędzić czas i by nie musieć słuchać o ich planach. Wolała szybko wykonać swoje codzienne obowiązki, a potem wymknąć się do miasteczka na kilka kwadransów.

Ruszyła ciemnym korytarzem, a potem szybko zbiegła po ukrytych schodach, korzystając z wielu tajnych przejść. Długie korytarze i kręte klatki schodowej z ciągnącymi się w nieskończoność schodami znała dobrze, podobnie jak inni mieszkańcy w zamku. Często z nich korzystano, by skrócić sobie drogę z jednego skrzydła zamku do drugiego. W drodze minęła długi korytarz i szeregi drzwi prowadzących do zaniedbanych, pustych pokoi, gdzie królowały na wpół zjedzone przez mole i korniki, od lat nieużywane meble, stare gobeliny, zasłony i pościel. Wszędzie na ścianach wisiały obrazy. Setki starych portretów przedstawiających członków rodziny, pejzaże i martwe natury. Lubiła je, choć surowe spojrzenia dawno umarłych przodków zdawały się ją śledzić. Jako dziecko bała się ich panicznie i nawet teraz pod ich oskarżycielskim wzrokiem starała się prostować i iść wolniej i dostojniej.

Mijała nagie, bardzo stare i piękne posągi, które co bardziej purytańskie ciotki, babki i prababki próbowały zakrywać i chować po kątach. Piękne kiedyś przedmioty pokrywały się kurzem i niknęły pod coraz grubszą warstwą pajęczyn. Jej ulubionymi dziełami były te przedstawiające mityczne stwory. Cudownie i precyzyjnie wykonane smoki, gryfy, syreny, chimery i inne stworzenia wyglądały jak żywe, pokazane w scenkach, których widok zawsze poprawiał jej humor. Niezwykłe wzory i ozdoby, które, choć bardzo cenne – bo wykonane z kosztownych materiałów – teraz wyglądały żałośnie, zniszczone i zaniedbane, jakby nikt o nie nigdy nie dbał.

Anabella kierowała się ku największej i najstarszej w zamku kuchni. Z biegiem czasu zbudowano inne małe kuchnie i nowoczesne jak na te czasy łazienki, ale tylko w wielkiej kuchni wiszące, olbrzymie rondle i wielkie garnki tworzyły atmosferę, w której dziewczyna czuła się bezpiecznie i dobrze jak w domu. Środek kuchni zajmował długi, stary, drewniany stół oraz ławy stojące na kamiennej podłodze. I co najważniejsze – była tam wielka spiżarnia pełna smakołyków, które Anabella uwielbiała. Gromadzenie wielkich zapasów stanowiło tradycję w jej rodzinie. W kuchni królował wielki piec, który rozpalano już tylko z okazji rodzinnych uroczystości, oraz wręcz gigantyczne, bardzo stare palenisko. Pęki ziół wiszące obok kominka rozsiewały wokoło zawsze przyjemny aromat.

Prześlizgnęła się przez tajemne drzwi ukryte za starym lustrem i weszła do dolnego holu. Ku jej zaskoczeniu dolne poziomy zamku rozbrzmiewały echem pośpiesznych kroków i rozmów. Korytarze aż kipiały od krewnych robiących zamieszanie i były pełne pędzących gdzieś dostawców, wynajętych służących i posłańców. Wielu obcych ludzi biegło w różnych kierunkach naraz, niosąc zastawę, jedzenie lub krzesła. Anabella liczyła na spokojny dzień, zapomniała jednak o uroczystościach, które miały się odbyć tego dnia na zamku. Przyglądała się przybyszom z namysłem.

Dopiero na widok wielkiego białego weselnego tortu stojącego na środku wielkiego stołu przypomniała sobie o ślubie kuzynki Klary. Sama przed sobą przyznała, że prawdopodobnie specjalnie starała się wyrzucić z pamięci datę tej uroczystości. Niewysoka, jasnowłosa, młodsza od dziewiętnastoletniej Anabelli o rok Klara od chwili ich pierwszego spotkania przed wielu laty starała się uprzykrzyć życie krewnej i pokazać jej miejsce, które jako biedna sierota powinna zająć bez narzekań. Wciąż powtarzała, że jest ona tylko biedną głupią dziewczyną, utrzymywaną przez rodzinę z litości. Anabella nie wiedziała, dlaczego kuzynka Klara zadzierała nosa, bo przecież cała rodzina była dość biedna. Każdy mieszkaniec zamku musiał pracować i w miarę swoich możliwości wspomagać resztę rodziny – czy to niedołężne chore babki i ciotki, czy zdziwaczałych lub szalonych wujów, czy sieroty jak ona.

Anabella westchnęła, bo od kiedy Klara zaręczyła się, niestety tylko o tym potrafiła mówić. Godzinami opowiadała o swoim narzeczonym i ich nowym domu, w którym mieli niedługo zamieszkać. Udzielała wszystkim rad, które były zbyt naiwne, by ktokolwiek traktował je na poważnie. Wszyscy uśmiechali się z wyrozumiałością, słuchając jej, za to Anabella bardzo źle znosiła jej tyrady. Choć nie chciała, musiała w milczeniu znosić niekończące się monologi kuzynki, która zawsze starała się jej dowieść, że robi wszystko źle, brzydko wygląda, a nawet niedobrze się prowadzi.

Anabella uważała, że to, co lubi, było jej prywatną sprawą. Lubiła o sobie decydować w sprawach, w których rodzina pozwalała jej dokonać wyboru. Kierowała się wtedy swoim gustem i upodobaniami, co czasem nie odpowiadało innym. Ona jednak nie zmieniała zdania. Czy to chodziło o ciemne kolory i tkaniny na ubrania, w których podobno nie było jej do twarzy, czy ulubione zajęcia z czasie wolnym. Najbardziej lubiła przybywać w towarzystwie zwariowanego wynalazcy, wuja Alberta, którego reszta rodziny uważała za wariata. Pocieszała go i pomagała mu tworzyć jego machiny. Wolała niekobiece zajęcia, takie jak polowania, powożenie, sporty i wyścigi, na które niestety nie miała ostatnio zbyt wiele czasu. Zdaniem rodziny była aż zanadto sprawna fizycznie. Od dzieciństwa umiała posługiwać się bronią rozwieszoną po zamkowych korytarzach, choć nie ujawniała tego nikomu. Korytarze i komnaty zamku były pełne starej zakurzonej i często zardzewiałej broni, która od wielu lat stanowiła jej ulubioną zabawkę. Jako mała dziewczynka godzinami potrafiła prowadzić zawsze zwycięskie pojedynki z wymyślonymi przeciwnikami.

Wielu krewnych wytykało Anabelli dziwne upodobania, ona jednak nigdy się tym nie przejmowała. Z grzecznym, sztucznym uśmiechem słuchała uwag innych i postępowała po swojemu. Czasem jednak słuchanie owych opinii było trudne. Kuzynka Klara potrafiła mieć jej za złe wszystko, nawet pasmo jasnych włosów, które miała od dzieciństwa. Anabella, zaniedbywana przez większość członków rodziny, wychowywała się niemal dziko. W dzieciństwie poza godzinami obowiązkowych lekcji zawsze robiła to, co chciała. Mimo wszystko dobrze sobie radziła bez twardej dyscypliny i troskliwej opieki. Cieszyła ją ta swoboda, ale od dzieciństwa miała wrażenie, że ktoś ją wciąż śledzi i obserwuje.

Z westchnieniem rezygnacji weszła do wielkiej kuchni i lawirując pomiędzy kobietami, które pomagały przy przygotowywaniu weselnej uczty, udało jej się zdobyć kilka smakowitych kąsków. Co chwila któraś kobieta próbowała zagonić ją do pracy i pomagania przy kuchennych zajęciach, ale Anabella zawsze znajdowała na to jakaś wymówkę.

Przy wielkim, starym stole kuchennym siedziało kilku starszych krewniaków, spokojnie pałaszujących swoje śniadania. Siwowłosi, pomarszczeni, bardzo do siebie podobni. Anabella dostrzegła wśród nich rodzinnego kronikarza i zarazem swojego ulubionego członka rodziny, który mrugnął do niej okiem, a potem ze spokojem wrócił do pochłaniania swojej owsianki.

Szybko, w biegu zjadła kilka plasterków szynki, jajko na twardo, zagryzła to orzechami, popiła naparem z mięty i pobiegła do zachodniego skrzydła zamku. Tam pomagała przez kilka godzin przy zakładanej od nowa instalacji grzewczej. Odkręcała rury, udrażniała je i na nowo montowała wraz z grupą kilku niedorostków. Od kiedy kuzyn Leopold postanowił przejść na emeryturę, jego obowiązki spadły w większości na nią. Teraz uczyła młodszych kuzynów tego, czego sama kilka lat wcześniej się dowiedziała. Każdy krewny, choćby niechętnie, musiał przyznać, że miała do tego smykałkę.

Późnym popołudniem Anabella dokręciła ostatni zawór i pozwoliła rozejść się pomocnikom, dając im czas wolny na przygotowanie się do ślubu i wesela. Ocierając pot z czoła, rozmazała brud, którym umazała się podczas czyszczenia rur.

Usiadła na starej skrzyni i odetchnęła z ulgą i zadowoleniem. W tej części zamku co kilka lat dokonywano jakichś zmian, bo mieszkali tu mniej konserwatywni i przywiązani do tradycji krewni. Stary wuj Martin i jego bracia lubili nowinki i zawsze potrafili przekonać do nich wszystkich krewniaków mieszkających w tej części zamku. A w zasadzie prawie wszystkich. Niektórzy krzywili się na każdą zmianę, która zachodziła w starych murach zamku. Czasem Anabella myślała, że może to wynikać bardziej ze skąpstwa niż z przywiązania do przeszłości. Wszyscy członkowiejej rodziny musieli pracować i byli zmuszeni do wykonywania różnych zajęć, by się utrzymać. Każdy z nich posiadał jakiś zawód. Mimo że wszyscy mieszkali w zamku, nie mogli sobie pozwolić na bezczynność, bo już wieki temu stracili wszystko, co przynosiło dochód. Już od bardzo dawna jej krewni byli zmuszenitworzyć różne rzeczy dla innych mieszkańców zamku i czasem dla kogoś spoza jego murów. Jednak nie prowadzono żadnych interesów w najbliższym otoczeniu, bo uznano by to za poniżające. Jakby na to nie patrzeć, jej krewni byli biedni, choć często osiągali mistrzostwo w swojej dziedzinie. Do tego każdy mieszkaniec zamku miał swoją specjalizację i był choćby kucharką, szewcem, szwaczką lub krawcową. Ona sama zajmowała się hydrauliką i choć wcześniej proponowano jej inne zajęcia, to ona wolała uciekać od kobiecego grona. Za dużo tam plotkowano i zajmowano się nieistotnymi, zdaniem Anabelli, sprawami. Do tego szybko przekonała się, że ta praca jej odpowiada i nawet ją fascynuje. Nie mogła liczyć na zrozumienie wśród krewnych, ale była dobra w tym, co robiła, i dzięki temu dano jej spokój.

Anabella wstała i otrzepała suknię. Ruszyła do nowej łazienki. Myjąc się po pracy, postanowiła gdzieś przeczekać czas do ślubu i – co ważniejsze – do weselnej uczty. Przemykała korytarzami pełnymi krewnych, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Wszędzie panowało jeszcze większe zamieszanie niż przed kilkoma godzinami. Gdziekolwiek nie zaglądała, widziała nerwową bieganinę i bałagan.

Przechodząc obok jednej ze starych łazienek, ujrzała strumień wody wypływający spod drzwi. Mamrocząc pod nosem, szybko zabrała się do naprawy, brudząc się na nowo. Zanim zdołała się umyć, do łazienki wpadło kilku jej małych kuzynów, którzy bezceremonialnie wypchnęli ją za drzwi.

Na swoje nieszczęście przed drzwiami swojego pokoju wpadła na rozgorączkowaną przyszłą pannę młodą. Kuzynka Klara, bardziej niż zazwyczaj przejęta samą sobą, kręciła się po korytarzu, każdego zaczepiając i wydając masę bezsensownych poleceń. Pulchna, niska blondynka o szarych oczach ubrana w kwiecisty szlafrok, z głową w papilotach na podobieństwo mitycznej Gorgony obrzuciła kuzynkę zgorszonym spojrzeniem. Dopiero pod wpływem tego spojrzenia dotarło do Anabelli, jak musiała wyglądać po pracy. Szybko starała się doprowadzić do porządku, a przynajmniej wytrzeć plamy na policzkach i czole, ale tylko rozmazała brud jeszcze bardziej.

– Ogarnij się. Chcesz mi posuć mój dzień? – zrzędziła urocza narzeczona. – Gdyby ktoś z rodziny Ruperta cię zobaczył, co by sobie o nas pomyślał…?

Rozmowa z przyszłą panną młodą bardziej niż zazwyczaj przypominała torturę. Anabella starała się prześliznąć obok kuzynki, by schronić się w swoim pokoju, ale Klara miała inne plany. Zastąpiła jej drogę.

– Zazdrościsz mi, prawda? – zapytała, mrużąc oczy i wydymając usta.

Anabella pomyślała o narzeczonym kuzynki, jego wytrzeszczonych oczach i dwóch podbródkach, o irytujących rodzicach i rodzeństwie, których ostatnio poznała, i chłodno, grzecznie odparła:

– Oczywiście że tak… – powiedziała Anabella, czym, jak się spodziewała, zadowoliła kuzynkę. – Strasznie zazdroszczę…

Klara przyjęła to oświadczenie na poważnie. Anabella zawsze miała ją za bardzo irytującą osobę o nieznośnych zwyczajach. Od dzieciństwa miała wielką ochotę zanurzyć jej głowę w prawie wyschniętej zamkowej fosie z brudną, zimną wodą. Nigdy tego nie zrobiła, ale zawsze czuła pokusę.

– Idź, zrób coś pożytecznego… Ułóż kwiaty na moje wesele lub pomóż uprasować moją suknię… – rzuciła kuzynka, odchodząc do swoich zajęć.

Anabella nic nie odpowiedziała, ale ani myślała zastosować się do tej propozycji. I choć lubiła pomagać ciotce Wiktorii, zajmującej się praniem i prasowaniem ubrań wszystkich mieszkańców zamku, to tym razem nie zamierzała nawet zbliżyć się do zamkowej pralni i szwalni.

Ciotka Wiktoria pomimo ogromu obowiązków zawsze miała dla niej jakieś smakołyki i drobne upominki, które dawała jej w podzięce za pomoc. Przepadająca za słodyczami Anabella lubiła jej towarzystwo, choć ciotka zawsze za bardzo przejmowała się wszystkim. Anabella wiedziała, że w jej rękach suknia ślubna kuzynki zmieniłaby się szybko i „przypadkiem” w spaloną, smętnie wyglądającą, zniszczoną szmatkę. Ale tym o wiele bardziej niż panna młoda przejęłaby się ciotka Wiktoria, która szczerze kochała wszelkie materiały i ubrania. A martwić tej akurat krewnej Anabella nie chciała. Lubiła cichą starą pannę i jej małe, śmieszne słabostki.

By nie dać się skusić chęci dopieczenia dzisiejszej pannie młodej, postanowiła, że wymknie się tajnym wyjściem. Uciekała od nudnych kobiecych obowiązków, kiedy tylko mogła. W swoim pokoju Anabella w pośpiechu umyła się i uporządkowała swój ubiór. Potem, zbiegając po schodach w tajemnym przejściu, wybrała drogę, która pozwalała jej wyjść obok jej ulubionego sklepu w miasteczku. Nie kupowała w nim niczego zbyt często, ale lubiła tam myszkować. A właściciel antykwariatu nie miał nic przeciwko jej częstym wizytom i poszukiwaniom.

Anabella bardzo często wymykała się z zamku i szła do miasteczka. Małe, bielone, kamienne domki, ulice wyłożone szarym kamieniem i wszechobecny nalot soli nadawały temu miejscu niezwykły urok. Dziewczyna przemierzała wąskie uliczki i mijała małe sklepiki i warsztaty. Anabella z każdym się witała. Choć nie pochwalała tego jej rodzina, miała kilku dobrych znajomych wśród kupców i rzemieślników. Lubiła ludzi spotykanych w miasteczku, niezobowiązujące rozmowy z osobami, które niczego odniej nie wymagały i nie oczekiwały. Im bliżej zamku, tym domy były wyższe, a uliczki węższe. Ta część miasteczka, przylegająca do zamku, powstała najdawniej i była usiana tajnymi wyjściami z twierdzy. Przodkowie Anabelli, najwidoczniej nie mogąc się zadowolić jednym tunelem, na wszelki wypadek wykopali ich kilkanaście, co cieszyło Anabellę, bo mogła teraz z nich korzystać. Przemykając się ciemnymi uliczkami najstarszej części miasteczka, nieraz słyszała rozmowy o sobie i swojej rodzinie. Jak często wcześniej, tak i teraz utwierdziła się w przekonaniu, że sam widok kogoś z zamku wywołuje u niektórych ekscytację.

– To jedna z Griffithów – dotarł do niej podekscytowany szept.

– Tak. Są biedni jak myszy kościelne, ale za to jacy dumni… – dodał ktoś inny.

– Jakby było z czego… Ten ich zamek to ruina… – wysyczane słowa oddalały się od dziewczyny wraz z dwójką jaskrawo i modnie ubranych młodych ludzi.

Anabella była podobnego zdania i tylko kiwała głową, kiedy słyszała takie słowa. Szybko weszła do zakurzonego antykwariatu i powitała jego właściciela.

– Dziś wielki dzień na zamku, prawda? – zapytał łysiejący antykwariusz w wytartym, staromodnym surducie.

Anabella skinęła głową i po chwili już zapomniała o wszystkim, wertując książkę o młynach i kołach młyńskich. Zawsze lubiła wielkie budowle i mechanizmy. Miały dla niej nieodparty czar, którego sama nie potrafiła zrozumieć. Niemniej, kiedy analizowała ich projekty i opisy, zawsze zapominała o całym świecie i tym razem też bardzo przyjemnie spędziła kilka godzin, nie przejmując się niczym. Gdy dzwony zaczęły wybijać kolejną popołudniową godzinę, Anabella z ciężkim sercem musiała wrócić do domu.

Szybko szła przez miasteczko i grzecznie pozdrawiała mijanych mieszkańców. Z niektórymi wymieniała konwencjonalne uwagi o pogodzie i ślubie kuzynki. Kiedy kluczyła między straganami, odniosła wrażenie, że ktoś ją śledzi. Nie miała pojęcia, po co ktoś miałby to robić, jednak skręciła nagle i zaczaiła się w jednej z uliczek. Ukryta w ciemnym zaułku obserwowała mijających ją ludzi.

Nie zauważyła nikogo podejrzanego poza grupką nieznajomych. Kilku obcych mężczyzn ubranych w czarne meloniki i płaszcze szybkim krokiem przeszło obok niej. Jeden z nich stanął i obrzucił uważnym spojrzeniem zaułek, w którym się ukryła, a potem szybko ruszył dalej. Był wysoki, ciemnowłosy i ciemnooki, miał surowe rysy twarzy i odpychającą minę, ale zauważyła, że mimo to był na swój sposób przystojny. Twarz tego młodego mężczyzny wydała jej się znajoma. Anabella nie miała tylko pojęcia, skąd go pamięta. Zastanawiając się nad tym, szybkim krokiem skierowała się ku włazowi do tajnego korytarza prowadzącego do zamkowych piwnic i bez wahania wskoczyła w jego ciemny otwór.

W zamku przygotowania zbliżały się już do końca. Wszyscy krewni, wystrojeni i podekscytowani, nerwowo śmiejąc się, dopinali wszystko na ostatni guzik. Powoli przybywali też zaproszeni goście i rodzina pana młodego. Jeszcze onieśmieleni i zaciekawieni, rozmawiając szeptem, podziwiali główny hol i salę bankietową.

Anabella zręcznie przemykała się między gośćmi weselnymi w swoim starym i pobrudzonym, szarym ubraniu. W pokoju szybko się przebrała w ciemnozieloną suknię z masą falban, które wciąż o coś zawadzały i budziły tym złość dziewczyny. Potem, zaciskając zęby, pozwoliła się uczesać i umalować podekscytowanym kuzynkom. Nie podobało jej się to. Spoglądając w lustro, musiała jednak przyznać, że dobrze wyglądała po tych zabiegach. W otoczeniu zarumienionych i podnieconych tą ceremonią kuzynek spokojnie zeszła do zamkowej kaplicy, gdzie miał się odbyć ślub. Anabella nigdy nie była zżyta ze swoimi kuzynkami. Czuła się w ich otoczeniu onieśmielona. Tęskniła za przyjaciółką, nie potrafiła jednak przełamać nieśmiałości i zaprzyjaźnić się z którąś z kuzynek. Słysząc ich śmiechy, żałowała, że nie jest inna, ale jej zainteresowania nie były zbyt dziewczęce. A tego nie potrafiła zmienić.

Ignorując zaciekawione spojrzenia rodziny i obcych zaproszonych na ślub, Anabella usiadła w ławce tak dalekiej od ołtarza, jak się tylko dało. Ze swojego miejsca obserwowała zebranych w kaplicy. Czuła na sobie spojrzenia zaciekawionych gości i cieszyła się, że na zawieranie bliższej znajomości obcy musieli zaczekać do wesela. W sali, gdzie znajdowały się stoły zastawione wykwintnymi daniami, obie rodziny miały mieć wiele okazji, by się lepiej poznać. Ona sama nie miała ochoty spotykać ludzi, którzy wydali się jej nudni i dość ograniczeni, choć niezaprzeczalnie normalni i sympatyczni.

Poza Anabellą w kaplicy było już kilkoro jej krewnych. Kiedy się odwracała, widziała, jak najbardziej nerwowi z jej krewniaków wciąż coś porządkowali. Kręcili się i robili ostatnie poprawki, przestawiali kwiaty i wygładzali stare, piękne gobeliny. Surowa w swym pięknie, wykuta w kamieniu kaplica ozdobiona była tylko nielicznymi płaskorzeźbami i wielkim, potrójnym witrażem. W jego centrum widać było rycerza w błyszczącej zbroi, ujego lewego boku ktoś umieścił dziewczynę w białej sukni, z prawej zaś strony – duchownego. Za tymi postaciami artysta pokazał wyłaniającego się z morza potwora. Anabella lubiła to miejsce i rodzinne nabożeństwa, ale tym razem już się niecierpliwiła i czekała tylko na rozpoczęcie ceremonii. Jak inni, nie mogła się doczekać uczty weselnej i smakowitych potraw.

Kaplica wypełniona była nieustannym potokiem szeptów, w który Anabella się wsłuchiwała. Czekano jeszcze na kapłana, który miał udzielić ślubu. Kiedy do kaplicy napływało wciąż coraz więcej osób, Anabella skryła się za jedną z kolumn i obserwowała, jak w kaplicy zbierają się kolejni nowi ludzie. Z rosnącą ciekawością śledziła ich wzrokiem, starając rozszyfrować, kim mogą być. Wystrojone stare panny i wdowy z jej rodziny łakomym wzrokiem spoglądały w stronę krewnych pana młodego.

Czas upływał, a zebrani niecierpliwili się coraz bardziej. Energiczny wuj Ernest co chwila wychodził, by sprawdzić, czy duchowny już przybył. Jego żona, ciotka Leonora, najlepsza organizatorka w zamku, obrzucała go pogardliwym spojrzeniem i Anabella czuła, że zanosi się na kolejną kłótnię między nimi, w którą wciągną część rodziny. Na szczęście wkrótce kapłan przybył, a po nim wkroczyli do kaplicy pan młody, jego bliscy oraz matka panny młodej. Za nimi dumna ze swojej roli szła z ojcem panna młoda, wyglądająca jak wielki biały stos stworzony z falban, sztucznych ozdóbek i koronek. Rzucała tryumfujące spojrzenia na krewnych i gości.

Podczas uroczystości Anabella siedziała obok spokrewnionej z nią zwariowanej staruszki na wózku. W przekrzywionym czepku i pomiętej sukni patrzyła bezmyślnie na zebranych na uroczystości ludzi. Anabella miała ją kiedyś za pomyloną, miłą staruszkę, ale z czasem doceniła jej milczenie i zapatrzenie w dal, które sugerowało, że patrzyła na coś niewidocznego dla innych. Ten wzrok utkwiony w dali odstraszał od niej wielu ludzi. Tak jak mamrotanie do siebie dziwnie brzmiących słów, śmianie się lub płacz bez powodu. Można jej było jednak powiedzieć o wszystkim. Anabella zwierzała jej się z sekretów, których nie mogła powierzyć nikomu innemu. Miała pewność, że staruszka nikomu o tym nie powie, a poza tym kto by uwierzył w jej słowa?

Długa, uroczysta