Opis

Książka uhonorowana nagrodą księgarzy francuskich: Prix des Libraires 2006 i nominowana do prestiżowych nagród literackich: Prix Goncourt, Prix de l’Academie i Prix Femina. Na podstawie książki w 2012 roku powstał film nagrodzony m.in. na międzynarodowym festiwalu filmowych w San Sebastian oraz w Marakeszu, gdzie zdobył Grand Prix. Obraz został zakazany w państwach arabskich ze względu na sceny kręcone w Izraelu. Dr Amin Dżaafari, Arab izraelskiego pochodzenia, pracuje jako chirurg w szpitalu w Tel Awiwie. Jest oddany swojej pracy, szanowany i podziwiany przez kolegów i społeczność. Nauczył się żyć w owładniętym chaosem i przemocą mieście. Kiedy dochodzi do zamachu bombowego w wypełnionej dziećmi restauracji, pracuje niestrudzenie, aby pomóc zszokowanym pacjentom z izby przyjęć. W pewnym momencie identyfikuje szczątki własnej żony i dowiaduje się, że to ona była zamachowcem samobójcą. Nie może i nie chce uwierzyć, że kobieta, z którą żył i którą kochał, była kimś zupełnie innym, osobą zdolną do zamordowania dzieci. Wiele ryzykując, postawania dowiedzieć się prawdy o osobie, z którą spędził ostatnie piętnaście lat…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: L’ATTENTAT

Copyright © Editions Julliard, Paris, 2005, through arrangement with Renata de La Chapelle Agency.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-578-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Po operacji Ezra Ben Haim, nasz dyrektor, przychodzi do mojego pokoju. Jest mężczyzną zwinnym i żwawym, mimo że dawno przekroczył sześćdziesiątkę i zaczął tyć. W szpitalu przezywają go wachmistrzem, bo wprowadził iście wojskową dyscyplinę i ma przyciężkie poczucie humoru. Ale w trudnych chwilach pierwszy zakasuje rękawy, a pole walki opuszcza ostatni.

Zanim się wystarałem o izraelskie obywatelstwo, kiedy jako młody chirurg robiłem wszystko, żeby dostać etat, stał za mną murem. Choć był tylko skromnym ordynatorem, używał niewielkich wpływów związanych ze stanowiskiem, by trzymać na dystans moich wrogów. W tamtych czasach synowi beduina trudno było wejść do środowiska złożonego z elity uniwersyteckiej bez wywołania odruchu wymiotnego. Wszyscy koledzy z roku byli zamożnymi Żydami, nosili złote bransoletki, a na parkingu czekały na nich kabriolety. Patrzyli na mnie z góry, a każdy mój sukces odbierali jako zamach na ich pozycję społeczną. Gdy któryś z nich doprowadzał mnie do ostateczności, Ezra nawet nie pytał, kto zaczął. Zawsze brał moją stronę.

Otwiera drzwi bez pukania, patrzy na mnie z ukosa z cieniem uśmiechu w kąciku ust. W ten sposób okazuje zadowolenie. Potem, gdy obracam się z fotelem, by znaleźć się na wprost niego, zdejmuje okulary, wyciera szkła o przód kitla i mówi:

– Ponoć ściągnąłeś pacjenta z zaświatów.

– Bez przesady.

Zakłada okulary na nos o brzydkich nozdrzach, kiwa głową. Gdy po chwili budzi się z zamyślenia, jego spojrzenie znów jest surowe.

– Wybierasz się wieczorem do klubu?

– Nie ma mowy, wraca żona.

– A mój rewanż?

– Jaki? Nie wygrałeś ze mną ani razu.

– To nie w porządku, Aminie. Zawsze korzystasz z tego, że mam złą passę, żeby mi dokopać. A dziś, kiedy jestem w formie, robisz uniki.

Opadam na oparcie fotela, żeby lepiej widzieć jego twarz.

– Chcesz znać prawdę, biedaku? Nie masz już tyle siły co kiedyś i nie chcę tych resztek nadużywać.

– Nie pozbędziesz się mnie tak szybko. Jeszcze ci kiedyś zamknę buzię raz na zawsze.

– Niepotrzebna ci do tego rakieta. Wystarczy mnie zwolnić i sprawa załatwiona.

Obiecuje to przemyśleć, unosi palec do skroni, lekceważąco salutując, i wraca strofować pielęgniarki w korytarzach.

Gdy zostaję sam, próbuję sobie uzmysłowić, co robiłem przed najściem Ezry, i przypominam sobie, że miałem zadzwonić do żony. Podnoszę słuchawkę, wybieram numer domowy i odkładam po siódmym sygnale. Mój zegarek wskazuje trzynastą dwanaście. Gdyby Siham jechała autobusem o dziewiątej, dawno byłaby w domu.

– Nie myśl za dużo! – zaskakuje mnie doktor Kim Jehuda, wpadając do mojej klitki. I zaraz dodaje: – Pukałam przed wejściem. Bujałeś w obłokach…

– Wybacz, nie słyszałem, jak wchodzisz.

Zbywa przeprosiny wyniosłym gestem, przygląda się ruchom moich brwi i pyta:

– Dzwoniłeś do domu?

– Nic się przed tobą nie ukryje.

– I oczywiście Siham jeszcze nie wróciła?

Jej przenikliwość mnie denerwuje, ale nauczyłem się z tym żyć. Znam Kim z czasów uniwersyteckich. Nie byliśmy na tym samym roku – wyprzedzam ją o trzy długości – ale polubiliśmy się od pierwszego spotkania. Była piękna i spontaniczna. I różniła się od innych studentek, które zastanawiały się pół godziny, zanim poprosiły o ogień Araba, choćby był błyskotliwy i przystojny. Kim kochała się śmiać i miała serce na dłoni. Nasz flirt był niepokojąco naiwny. Ogromnie cierpiałem, gdy odebrało mi ją młode rosyjskie bóstwo, ledwie co odbite Komsomołowi. Jako wytrawny gracz nie protestowałem. Potem ożeniłem się z Siham, a piękny Rosjanin bez uprzedzenia wrócił do siebie natychmiast po rozpadzie sowieckiego imperium; Kim i ja pozostaliśmy przyjaciółmi, a dzięki bliskiej współpracy rozumieliśmy się świetnie.

– Dziś jest powrót z wakacji – informuje mnie. – Drogi są zapchane. Próbowałeś dzwonić do jej babki?

– W gospodarstwie nie ma telefonu.

– Zadzwoń na komórkę.

– Znów ją zostawiła w domu.

– Pech.

– Czyj? ‒ Unosi piękną brew i kiwa ostrzegawczo palcem. – Czasem dobrym chęciom brakuje odwagi i konsekwencji.

– Do odważnych świat należy – mówię, wstając. – Operacja była męcząca, musimy się pokrzepić… ‒ Ujmuję ją za łokieć i wypycham na korytarz. – Panie przodem, ślicznotko. Popatrzę sobie na te cuda, które masz z tyłu.

– Ośmielisz się to powtórzyć przy Siham?

– Tylko głupcy nie zmieniają zdania.

Śmiech Kim jest w korytarzu taką samą nutą jak girlanda kwiatów w umieralni.

Ilan Ros dosiada się do nas w bufecie, gdy kończymy obiad. Z pełną po brzegi tacą siada po mojej prawej stronie, tak by mieć Kim naprzeciw. W fartuchu rozpiętym na olbrzymim brzuchu, z tłustymi purpurowymi policzkami na wstępie pochłania trzy plastry zimnej pieczeni, potem wyciera usta papierową serwetką.

– Wciąż szukasz letniego domu? – pyta, żarłocznie mlaskając.

– Zależy gdzie.

– Myślę, że mam coś dla ciebie. W pobliżu Aszkelonu. Śliczna niewielka willa z wszystkim, co trzeba, by się odłączyć na całej linii.

Żona i ja od ponad roku szukamy niedużego domu nad morzem. Siham uwielbia morze. Raz na dwa tygodnie, o ile mam wolny weekend, wskakujemy do samochodu i jedziemy na plażę. Po długim spacerze wzdłuż plaży kładziemy się na szczycie wydm i do późnej nocy wpatrujemy się w horyzont. Zachód słońca zawsze fascynował Siham w nieogarniony dla mnie sposób.

– Sądzisz, że mnie na nią stać?

Ilan Ros wydaje z siebie krótki śmiech, który sprawia, że jego karmazynowa szyja zaczyna się trząść jak galareta.

– Tak dawno nie sięgałeś do kieszeni, Aminie, że moim zdaniem możesz spokojnie spełnić połowę marzeń…

Nagle potężny wybuch wprawia w drgania ściany, dzwonią szklanki w bufecie. Jedni patrzą na drugich niezdecydowani, potem ci, którzy siedzą blisko okien, wstają i wyglądają na zewnątrz. Kim i ja rzucamy się ku najbliższemu oknu. Ludzie pracujący na dziedzińcu szpitala trwają w bezruchu z głowami zwróconymi ku północy. Fasada budynku stojącego naprzeciw zasłania widok.

– To na pewno zamach – mówi ktoś.

Kim i ja wybiegamy na korytarz. Grupka pielęgniarek zdążyła wyjść z podziemia i biegnie w kierunku holu. Sądząc po sile fali uderzeniowej, wybuch nastąpił gdzieś niedaleko. Strażnik włącza krótkofalówkę, by się dowiedzieć, co się stało. Rozmówca odpowiada, że sam nic nie wie. Bierzemy szturmem windę. Na ostatnim piętrze biegniemy na taras nad południowym skrzydłem budynku. Jest tam już kilku ciekawskich zasłaniających oczy od słońca. Patrzą w stronę chmury dymu wznoszącej się jakieś dziesięć kwartałów od szpitala.

– To gdzieś w Ha-Kirji – mówi strażnik miejski do krótkofalówki. – Bomba albo kamikadze. A może samochód pułapka. Nie mam żadnych informacji. Widzę tylko dym unoszący się z tego miejsca.

– Musimy zejść – mówi Kim.

– Masz rację. Trzeba się przygotować do przyjęcia pierwszego transportu rannych.

Dziesięć minut później docierają strzępy informacji o prawdziwej jatce. Jedni mówią o zaatakowanym autobusie, inni o restauracji zmiecionej z powierzchni ziemi. Centralka telefoniczna skwierczy z przegrzania. Alarm pierwszego stopnia.

Ezra Ben Haim powołuje sztab kryzysowy. Pielęgniarki i lekarze kierują się do izby przyjęć, gdzie w szalonym, lecz uporządkowanym pędzie są rozstawiane wózki i nosze. Nie pierwszy raz Tel Awiwem wstrząsa zamach, toteż akcje ratownicze są coraz sprawniejsze. Ale zamach pozostaje zamachem. Nawyk sprawia, że można go ogarnąć z punktu widzenia technicznego, lecz nie ludzkiego. Emocje i trwoga nie idą w parze z zimną krwią. Zwalając się na człowieka, potworność zawsze mierzy w serce.

Ja także idę do izby przyjęć. Ezra jest na miejscu, z pobladłą twarzą i komórką przy uchu. Ruchami ręki kieruje przygotowaniami.

– W restauracji wysadził się w powietrze zamachowiec samobójca. Są zabici i wielu rannych – oświadcza. – Opróżnijcie sale trzecią i czwartą. I przygotujcie się do przyjęcia pierwszych ofiar. Karetki są w drodze.

Kim, która poszła zadzwonić ze swojego biura, dołącza do mnie w sali numer 5. Tu przywiozą najciężej rannych. Czasem, gdy blok operacyjny nie wystarcza, amputacji dokonuje się na miejscu. Wraz z czwórką innych chirurgów sprawdzam sprzęt. Pielęgniarki krzątają się wokół stołów operacyjnych, są szybkie i dokładne.

– Jest co najmniej jedenaście ofiar śmiertelnych – mówi Kim, włączając urządzenia.

Na zewnątrz wyją syreny. Na dziedziniec szpitala wjeżdżają pierwsze karetki. Zostawiam Kim z aparaturą i dołączam do Ezry w holu. Salę przepełniają krzyki rannych. Niemal zupełnie naga kobieta, równie potężna jak jej przerażenie, wije się na wózku. Towarzyszący jej sanitariusze z trudem utrzymują ją w miejscu. Przejeżdża koło mnie, włosy jej stoją dęba, oczy są wytrzeszczone. Zaraz po niej przywożą zakrwawione ciało młodego chłopaka. Ma czarną twarz i ramiona, jakby wyszedł z kopalni. Chwytam jego wózek i przesuwam go na bok, żeby nie tarasował drogi. Z pomocą przychodzi pielęgniarka.

– Urwało mu rękę! – krzyczy.

– Nie czas na histerię – napominam ją. – Załóż mu opaskę zaciskającą i natychmiast zawieź na blok. Nie ma chwili do stracenia.

– Dobrze, panie doktorze.

– Trzymasz się jako tako?

– Proszę się o mnie nie martwić. Dam sobie radę.

W ciągu kwadransa hol ostrego dyżuru zmienia się w pobojowisko. Stłoczono tu co najmniej stu rannych, większość spoczywa na podłodze. Wszystkie wózki są zajęte przez ciała porozrywane, straszliwie poranione odłamkami, niektóre poparzone w wielu miejscach. Płacz i wycie wypełniają cały szpital. Raz na jakiś czas ponad rwetes wznosi się krzyk oznajmiający śmierć ofiary. Jedna z nich umiera mi na rękach, zanim zdążyłem ją zbadać. Kim daje znać, że blok pęka w szwach, ciężkie przypadki mam kierować do sali numer 5. Jakiś ranny żąda, żeby natychmiast się nim zajęto. Plecy ma obdarte ze skóry, wystaje z nich goła kość łopatki. Gdy nikt nie przybywa z pomocą, chwyta za włosy pielęgniarkę. Trzeba trzech osiłków, by wypuścił zdobycz. Nieco dalej ranny leżący między dwoma wózkami rzuca się jak szalony, aż wreszcie stacza się z noszy. Mimo poharatanego ciała zaczyna młócić pięściami powietrze. Zajmująca się nim pielęgniarka najwyraźniej nie daje sobie rady. Na mój widok oczy jej się rozjaśniają.

– Szybko, doktorze…

Ranny nagle sztywnieje; charkot, konwulsje, wierzganie ustają, ręce opadają na pierś jak u pajacyka, kiedy przecięto sznurki. W ułamku sekundy jego przekrwioną twarz opuszcza ból, ustępując miejsca obłędowi złożonemu z zimnej furii i wstrętu. W chwili gdy się pochylam, wbija we mnie oczy pełne groźby i układa wargi w grymas oburzenia.

– Nie życzę sobie, żeby mnie dotykał Arab – warczy, odpychając mnie gniewnym gestem. – Wolę zdechnąć.

Chwytam jego nadgarstek i siłą przytrzymuję mu rękę u boku.

– Proszę go mocno trzymać – mówię do pielęgniarki. – Zamierzam go zbadać.

– Nie dotykaj mnie – buntuje się ranny. – Zabraniam ci dotykać mnie.

Pluje na mnie. Jest zdyszany; drgająca sprężysta ślina opada mu na brodę, a oczy zalewają łzy wściekłości. Rozchylam jego marynarkę. Brzuch zmieniony w gąbczastą papkę ściąga się przy każdym wysiłku. Stracił dużo krwi, a krzyki wzmagają krwotok.

– Trzeba go natychmiast operować.

Przywołuję pielęgniarza, żeby pomógł mi przenieść rannego na nosze, potem odepchnąwszy wózki blokujące drogę, pędzę na blok. Ranny wpatruje się we mnie z nienawiścią oczami niemal postawionymi w słup. Usiłuje protestować, ale walka go wyczerpała. Pokonany odwraca głowę, by nie mieć mnie przed oczami, i poddaje się ogarniającemu go odrętwieniu.

2

Opuszczam blok koło dziesiątej.

Nie wiem, ile osób przewinęło się przez mój stół operacyjny. Kiedy kończyłem z jedną, drzwi bloku rozchylały się przed kolejnym wózkiem. Niektóre operacje nie zabrały dużo czasu, inne mnie dosłownie wykończyły. Wszędzie mam skurcze, wokół stawów odczuwam mrowienie. Chwilami widziałem jak przez mgłę i miałem zawroty głowy. Dopiero kiedy o mały włos nie straciłem dzieciaka, uznałem za rozsądne ustąpić miejsca koledze. Kim straciła trzech pacjentów jednego po drugim, jakby jakiś zły urok zawziął się, by obracać wniwecz jej wysiłki. Opuściła salę numer 5, klnąc na samą siebie. Sądzę, że poszła do biura, by wypłakać wszystkie łzy.

Według Ezry Ben Haima liczba zgonów wzrośnie; mieliśmy ich dziewiętnaście – w tym jedenastu uczniów, którzy w wysadzonym fast foodzie świętowali urodziny koleżanki – cztery amputacje i trzydzieści trzy stany krytyczne. Czterdziestu pacjentów zabrały rodziny, inni wrócili do domu na własnych nogach po otrzymaniu pierwszej pomocy.

W holu krążą lunatycznym krokiem zatroskani bliscy. Większość zdaje się nie ogarniać rozmiarów tragedii, która ich dotknęła. Przerażona matka o ostrym spojrzeniu czepia się mojego ramienia: „Co z moją córeczką? Czy wyjdzie z tego?”… Pojawia się przede mną ojciec ratowanego chłopca; chce wiedzieć, dlaczego operacja trwa tak długo. „Jest tam od tylu godzin. Co z nim robicie?” Także pielęgniarki są oblegane. Z gorszym lub lepszym skutkiem próbują uspokajać ludzi, obiecując uzyskać żądane informacje. Do natarcia rusza rodzina, która mnie spostrzegła, gdy pocieszałem pewnego staruszka. Salwuję się ucieczką: żeby dostać się do biura, muszę wyjść przez wewnętrzny dziedziniec i obejść cały budynek.

Kim nie ma w jej pokoju. Sprawdzam u Ilana Rosa. Ros jej nie widział. Pielęgniarki też nie.

Przebieram się, żeby wrócić do domu.

Po parkingu krążą policjanci w swoiście wytłumionym szaleństwie. Ciszę przepełniają trzaski krótkofalówek. Jakiś oficer wydaje rozkazy z dżipa, karabin maszynowy położył na desce rozdzielczej.

Podchodzę do samochodu oszołomiony wieczorną bryzą. Nissan Kim stoi tam, gdzie go widziałem rano. Szyby są opuszczone do połowy ze względu na upał. Wnioskuję, że Kim wciąż jest w szpitalu, ale jestem za bardzo zmęczony, by jej szukać.

Na zewnątrz szpitala miasto wydaje się spokojne. Tragedia, która dopiero co nim wstrząsnęła, nawet nie zadrasnęła jego zwyczajów. Niekończący się sznur samochodów szturmuje wyjazd w stronę Petach Tikwa. Kawiarnie i restauracje są pełne ludzi. Na chodnikach tłoczą się nocne marki. Jadę aleją Ewen Gewriolaż do centrum prasowego Bet Sokołow, gdzie ustawiony po zamachu posterunek zmusza kierowców do objechania dzielnicy Ha-Kirji, którą drakońskie środki bezpieczeństwa odcięły od reszty miasta. Udaje mi się dotrzeć do pogrążonej w kosmicznej ciszy ulicy Haszmonaim. W oddali widzę fast food zmieciony przez zamachowca samobójcę. Służby kryminalistyczne dzielą miejsce dramatu na kwadraty operacyjne i pobierają próbki. Witryna restauracji jest całkowicie zniszczona. Nad południowym skrzydłem zawalił się dach, pozostawiając na chodniku ciemne smugi. Wyrwana z posad latarnia leży w poprzek jezdni usłanej najróżniejszymi szczątkami. Wybuch musiał mieć niezwykłą siłę: w okolicznych domach popękały szyby, na niektórych fasadach kawałkami odpadł tynk.

– Proszę stąd odjechać – nakazuje policjant, który wyłonił się nie wiadomo skąd.

Oświetla samochód latarką; kieruje ją na tablicę rejestracyjną, potem na mnie. Instynktownie uskakuje do tyłu i drugą ręką sięga po pistolet.

– Żadnych gwałtownych ruchów – ostrzega. – Ręce trzymać na kierownicy. Co pan tu robi? Nie widzi pan, że to miejsce jest zamknięte?

– Wracam do domu.

Z odsieczą przychodzi drugi policjant.

– Jak się tu dostał?

– Nie mam pojęcia – mówi pierwszy.

Teraz drugi gliniarz ogląda mnie w świetle latarki, nieufnie mierzy spode łba.

– Dokumenty!

Podaję. Sprawdza je, oświetla mi twarz. Niepokoi go moje arabskie nazwisko. Zawsze tak jest po zamachu. Gliny są podminowane i podejrzane twarze wzmagają ich drażliwość.

– Wysiadać – rozkazuje pierwszy policjant. – Stanąć twarzą do samochodu.

Robię to. Rzuca mnie brutalnie na wóz i metodycznie rewiduje, stopą nakazawszy mi rozstawić nogi.

Drugi gliniarz sprawdza zawartość bagażnika.

– Skąd pan jedzie?

– Ze szpitala. Doktor Amin Dżafari, zatrudniony w szpitalu Ichilow jako chirurg. Przed chwilą opuściłem blok operacyjny. Jestem skonany i chcę wrócić do domu.

– W porządku – mówi drugi policjant, zatrzaskując klapę bagażnika. – Tu nic nie ma.

Ten mój nie kwapi się mnie puścić. Odchodzi na bok i podaje centrali moje nazwisko, dane z prawa jazdy i legitymacji służbowej. „To Arab z izraelskim obywatelstwem. Twierdzi, że właśnie wyszedł ze szpitala i że jest chirurgiem… Dżafari… Sprawdź w Ichilowie…” Po pięciu minutach wraca, oddaje mi papiery i nieznoszącym sprzeciwu tonem każe odjechać, nie oglądając się za siebie.

Docieram do domu koło jedenastej nieprzytomny ze zmęczenia i złości. Po drodze zatrzymały mnie i przeczesały cztery patrole. Na próżno okazywałem dokumenty i powtarzałem, kim jestem. Gliny interesowała tylko moja twarz. W pewnej chwili młodzik, który nie mógł znieść moich protestów, wycelował we mnie broń i zagroził, że mi rozwali łeb, jeśli się nie zamknę. Oficer musiał użyć siły, żeby go okiełznać.

Ulżyło mi, gdy dotarłem na moją ulicę cały i zdrowy.

Siham nie otworzyła. Nie wróciła z Kafr Kanny. Nie pojawiła się też sprzątaczka. Łóżko jest niepościelone, takie, jak je zostawiłem rano. Sprawdzam telefon: żadnej wiadomości na sekretarce. Po tak męczącym dniu nieobecność żony niespecjalnie mnie martwi. Zwykła niespodziewanie przedłużać pobyty u babki. Siham uwielbia gospodarstwo i chętnie przesiaduje do późna na pagórku skąpanym w spokojnym świetle księżyca.

Idę się przebrać w sypialni, długo patrzę na zdjęcie Siham królujące na szafce przy łóżku. Uśmiech jest szeroki jak tęcza, ale nie sięga oczu. Życie jej nie rozpieszczało. Matka osierociła ją, gdy Siham miała osiemnaście lat. Umarła na raka. Ojciec zginął w wypadku drogowym kilka lat później. Upłynęła cała wieczność, nim się zgodziła mnie poślubić. Bała się, że zawzięty los znów ją wysadzi z siodła. Po z górą dziesięciu latach małżeństwa, mimo miłości, którą ją otulam, wciąż drży o swoje szczęście, pewna, że może je stracić przez byle głupstwo. A przecież los bezustannie nam sprzyja. Kiedy została moją żoną, za cały majątek miałem psującego się co pięć minut astmatycznego gruchota. Wprowadziliśmy się na robotnicze osiedle, gdzie mieszkania nie miały nic do pozazdroszczenia klatkom dla królików. Meble były z płyty wiórowej, w oknach brakowało zasłon. Dziś mamy wspaniały dom w jednej z szykowniejszych dzielnic Tel Awiwu i pokaźne konto w banku. Każdego lata odwiedzamy krainy mlekiem i miodem płynące. Byliśmy w Paryżu, Frankfurcie, Barcelonie, Amsterdamie, w Miami i na Karaibach. Mamy mnóstwo przyjaciół, których kochamy tak, jak oni nas kochają. Często przyjmujemy gości i bywamy w wielkim świecie. Dzięki licznym nagrodom za prace naukowe i osiągnięcia zawodowe zyskałem solidną reputację w okolicy. Wśród przyjaciół i bliskich nam ludzi są notable, przedstawiciele władz cywilnych i wojskowych, także kilka grubych ryb z show-biznesu.

– Uśmiechasz się jak dobry los, kochanie – mówię do portretu. – Gdybyś tylko od czasu do czasu mogła zamknąć oczy.

Całuję palec, kładę go na ustach Siham i biegnę do łazienki. Spędzam około dwudziestu minut pod parzącym prysznicem, potem owinięty w szlafrok idę do kuchni zjeść kanapkę. Po umyciu zębów wracam do sypialni, wślizguję się do łóżka i łykam proszek, żeby spać snem sprawiedliwego…

Dźwięk telefonu wgryza się w moje ciało jak młot pneumatyczny, przeszywając mnie od stóp do głów niczym elektrowstrząs. Ogłuszony macam w poszukiwaniu włącznika światła, nie mogę go znaleźć. Dzwonek nadal kąsa moje zmysły. Rzucam okiem na budzik i stwierdzam, że jest dwadzieścia po trzeciej. Znów wyciągam rękę w ciemnościach, nie wiedząc właściwie, czy mam odebrać, czy zapalić światło.

Przewracam coś na szafce i muszę sięgać kilka razy, by pochwycić słuchawkę.

Cisza, która zapada, prawie mnie otrzeźwia.

– Halo?

– Tu Nawid – odzywa się człowiek na drugim końcu linii.

Rozpoznanie zdartego głosu Nawida Ronnena, wysokiego stopniem funkcjonariusza policji, zajmuje mi kilka chwil. Zażyty proszek zamula umysł. Mam wrażenie, że wiruję w zwolnionym tempie, że zawieszony między odrętwieniem a bezwładem sen rozwiewa się w onirycznej gmatwaninie, dziwacznie deformując głos Nawida Ronnena, który tej nocy zdaje się dobiegać z dna studni.

Odpycham kołdrę, by usiąść. W skroniach pulsuje mi krew. Muszę zebrać wszystkie siły, żeby uspokoić oddech.

– Tak, Nawidzie?…

– Dzwonię ze szpitala. Jesteś tu potrzebny.

Fosforyzujące wskazówki budzika obracają się w mroku sypialni, pozostawiając za sobą zielonkawe smugi.

Słuchawka ciąży mi w ręku jak kowadło.

– Dopiero co się położyłem, Nawid. Operowałem cały dzień i jestem wykończony. Dyżur ma doktor Ilan Ros. Jest świetnym chirurgiem…

– Przykro mi, ale musisz przyjechać. Jeśli nie czujesz się dobrze, poślę kogoś po ciebie.

– Nie sądzę, by to było konieczne – mówię, przeczesując włosy palcami.

Słyszę, jak Nawid odkasłuje, dociera do mnie jego urywany oddech. Powoli odzyskuję zdolność myślenia i zaczynam rozumieć, co się dzieje wokół.

Przez okno widzę, jak nitkowaty obłok próbuje przesłonić księżyc. Powyżej tysiące gwiazd udają świetliki. Ciszy ulicy nie mąci nawet najlżejszy dźwięk. Jakby miasto ewakuowano, kiedy spałem.

– Aminie?

– Tak, Nawidzie?

– Nie jedź za szybko. Mamy czas.

– Jeśli to nie nagły wypadek, to o co chodzi?…

– Proszę cię – przerywa. – Czekam na ciebie.

– Zgoda – mówię, nie starając się zrozumieć. – Możesz mi wyświadczyć drobną przysługę?

– Zależy…

– Zgłoś mój przejazd punktom kontrolnym i patrolom. Twoi ludzie wydawali mi się mocno podenerwowani, kiedy wracałem.

– Wciąż masz tego białego forda?

– Tak.

– Szepnę im słówko.

Odkładam słuchawkę, przez chwilę się w nią wpatruję, zaintrygowany powodem wezwania i tajemniczym tonem Nawida, potem wkładam kapcie i idę do łazienki obmyć twarz.

Na dziedzińcu izby przyjęć dwa wozy policyjne i karetka mrugają do siebie światłami kogutów. Po zgiełku ubiegłego dnia szpital odzyskał wygląd umieralni. Gdzieniegdzie trwają na posterunku umundurowani policjanci; jedni łapczywie zaciągają się papierosami, inni siedzą w wozach, nerwowo kręcąc młynka kciukami. Ustawiam samochód na parkingu i kieruję się do recepcji. Noc nieco się ochłodziła, znad morza wieje podstępna bryza skażona słodkawymi zapachami. Rozpoznaję niezgrabną sylwetkę Nawida Ronnena stojącego na schodku. Jego ramię pochyla się wyraźnie ku prawej nodze, krótszej o cztery centymetry po wypadku, który go spotkał dziesięć lat temu w trakcie czynności służbowych. Sprzeciwiłem się wtedy amputacji. Dopiero co długie starania i wiele pomocnych interwencji przyniosły mi chwalebny etat chirurga. Nawid Ronnen był ujmującym pacjentem. Miał żelazną siłę ducha i poczucie humoru wprawdzie wątpliwe, za to niezłomne. To on mi opowiedział pierwsze ostre kawały o policjantach. Później operowałem jego matkę, co jeszcze bardziej nas zbliżyło. Teraz, jeśli trzeba operować kolegę lub członka rodziny, powierza ich mnie.

Za nim o framugę głównego wejścia opiera się doktor Ilan Ros. Światła holu podkreślają jego grubo ciosany profil. Z rękami w kieszeniach fartucha i z brzuchem wylewającym się na kolana, wpatruje się w ziemię z nieobecną miną.

Nawid schodzi ze stopnia. On też trzyma ręce w kieszeniach. Unika mojego wzroku. Sądząc po jego zachowaniu, czeka nas długa noc.

– No dobra – rzucam natychmiast, żeby rozwiać przeczucie, które mnie nagle tknęło. – Biegnę się przebrać.

– Nie ma potrzeby – odpowiada Nawid głuchym głosem.

Nieraz, kiedy przywoził na wózku kolegów, miał przygnębioną minę, ale teraz przechodzi samego siebie.

Po grzbiecie przebiega mi dreszcz, który wpełza na pierś.

– Pacjent zmarł? – pytam.

Nawid w końcu podnosi na mnie oczy. Rzadko widywałem ludzi równie nieszczęśliwych.

– Nie chodzi o pacjenta, Aminie.

– Skoro nie trzeba operować, to po co mnie wyciągasz z łóżka o tej porze?

Nawid nie wie, jak zacząć. Jego zakłopotanie udziela się doktorowi Rosowi, który wierci się nieprzyjemnie. Patrzę na nich obu coraz bardziej zirytowany tajemnicą, którą podtrzymują z rosnącym zakłopotaniem.

– Czy ktoś mi wreszcie wyjaśni, co się dzieje? – pytam.

Doktor Ros odbija się tyłkiem od ściany i wraca do recepcji, gdzie dwie najwyraźniej przerażone pielęgniarki udają, że patrzą na monitor.

Nawid zbiera się na odwagę i pyta:

– Siham jest w domu?

Nogi uginają się pode mną, ale szybko wracam do siebie.

– Bo?

– Czy ona jest w domu, Aminie?

Ton jest natarczywy, ale oczy uciekają.

Lodowate szpony szarpią mi wnętrzności. Uwięziona w gardle grdyka nie pozwala mi przełknąć śliny.

– Jeszcze nie wróciła od babki – mówię. – Trzy dni temu pojechała do Kafr Kanny pod Nazaretem z rodzinną wizytą… Do czego zmierzasz? Co próbujesz mi powiedzieć?

Nawid podchodzi o krok. Zapach jego potu mąci myśli, powiększa ogarniające mnie wzburzenie. Mój przyjaciel nie wie, czy przytrzymać mnie za ramiona czy zapanować nad rękami.

– Co jest, na miłość boską? Przygotowujesz mnie na najgorsze czy co? Autobus, którym Siham jechała, miał po drodze wypadek? Przewrócił się, o to chodzi? To chcesz mi powiedzieć?

– Nie chodzi o autobus, Aminie.

– Więc o co?

– Mamy na głowie nieboszczyka i potrzebujemy go zidentyfikować – mówi krępy mężczyzna o wyglądzie chama, który wyrósł za mną jak spod ziemi.

Zwracam się gwałtownie ku Nawidowi.

– Myślę, że chodzi o twoją żonę, Aminie – ustępuje – ale potrzebujemy ciebie, żeby zyskać pewność.

Czuję, że się rozpadam…

Ktoś chwyta mnie za łokieć, żebym się nie przewrócił. W ułamku sekundy znikają wszystkie moje punkty odniesienia. Kompletnie się gubię, nie rozpoznaję nawet murów, w których od tak dawna robię karierę chirurga… Podtrzymująca ręka pomaga mi przemierzyć zacierający się korytarz. Biel światła szarpie moim mózgiem. Mam wrażenie, że się przedzieram przez mgłę, że stopy zapadają mi się w ziemię. Kiedy docieram do kostnicy, czuję się jak skazaniec na szafocie. Jakiś lekarz czuwa przy ołtarzu… Ołtarz przykrywa prześcieradło poplamione krwią… Pod prześcieradłem splamionym krwią rysują się ludzkie szczątki…

Nagle zaczynam się bać kierowanych na mnie spojrzeń.

Modlitwy rozlegają się echem w całym moim jestestwie jak jakiś podziemny pomruk.

Lekarz czeka, aż odzyskam trochę trzeźwość myślenia, i wyciąga rękę ku prześcieradłu, czekając na sygnał chama, żeby je unieść.

Policjant robi ruch brodą.

– Boże! – krzyczę.

Widziałem w życiu okaleczone ciała, dziesiątki z nich składałem. Niektóre były tak poharatane, że identyfikacja nie wchodziła w rachubę. Ale poszarpane szczątki, które mam przed sobą na stole, przechodzą wszelkie pojęcie. To horror w czystym stanie ohydy… Z kupki strzępów wyłania się tylko głowa Siham, dziwnym sposobem nietknięta spustoszeniami, które zniweczyły jej ciało. Zamknięte oczy, uchylone usta, rysy spokojne, jak gdyby uwolnione od nękających ją lęków… Tak jakby spokojnie spała i miała zaraz otworzyć oczy z uśmiechem dla mnie.

Tym razem nogi uginają się pode mną i ani obcej ręce, ani ręce Nawida nie udaje się mnie podtrzymać.

3

Straciłem wielu pacjentów na stole. Z takiej porażki nie wychodzi się bez śladu. A to nie koniec ciężkiej próby: trzeba jeszcze przekazać smutną wieść bliskim zmarłego, którzy krążą nerwowo w poczekalni. Nigdy nie zapomnę lęku w ich oczach, kiedy wychodziłem z bloku operacyjnego. Było to spojrzenie natrętne, a zarazem dalekie, pełne nadziei i strachu, zawsze to samo, potworne i głębokie jak towarzysząca mu cisza. W takich chwilach traciłem pewność siebie. Bałem się własnych słów, wstrząsu, który wywołają. Zastanawiałem się, jak rodzina przyjmie cios, o czym przede wszystkim pomyślą, gdy pojmą, że nie stał się cud.

Dziś ja muszę przyjąć cios. Kiedy uniosło się prześcieradło nad tym, co zostało z Siham, czułem, że wali się na mnie niebo. Ale paradoksalnie nie myślałem o niczym.

Teraz, zapadnięty w fotelu, wciąż o niczym nie myślę. W głowie mam pustkę. Nie wiem, czy jestem w moim biurze czy może u kogoś innego. Widzę dyplomy na ścianach, zaciągnięte zasłony w oknie, cienie przemierzające korytarz tam i z powrotem, ale wszystko to zdaje się należeć do jakiegoś świata równoległego , w który mnie wrzucono bez uprzedzenia i bez zachowania żadnej miary.

Czuję się rozbity, odurzony, bez sił.

Jestem kupką nieszczęścia skuloną pod przywalającym ją ołowiem. Nie umiem powiedzieć, czy pojmuję tragedię, która na mnie spadła, czy może już mnie nie ma.

Pielęgniarka przyniosła mi szklankę wody i odeszła na palcach. Nawid długo ze mną nie został. Przyszli po niego podwładni. Odszedł z nimi bez słowa, z brodą wbitą w szyję. Ilan Ros wrócił na dyżur. Ani razu się nie zbliżył, by podnieść mnie na duchu. Dopiero po dłuższym czasie się zorientowałem, że w biurze jestem sam. Ezra Ben Haim pojawił się dziesięć minut po mojej wizycie w kostnicy. Był w stanie skrajnego wyczerpania, padał na nos. Wziął mnie w ramiona i mocno uściskał. Nie znalazł słów, jakby miał kamień w gardle. Potem Ros wziął go na bok. Widziałem, jak spierają się w korytarzu. Ros coś mu szeptał do ucha, a Ezra miał coraz większe trudności z przytakiwaniem. Musiał się oprzeć o ścianę, żeby nie upaść, potem straciłem go z oczu.

Słyszę wjeżdżające na dziedziniec samochody, trzaskanie drzwiami. W korytarzu rozlega się odgłos kroków spowity w szelesty i pochrząkiwania. Dwie pielęgniarki przechodzą w pośpiechu, pchając przed sobą widmowy wózek. Na piętrze rozlega się skrzypienie podeszew. Wypełnia sobą korytarz, zbliża się. Ludzie o surowych twarzach zatrzymują się przede mną. Od grupki odrywa się kurdupel na krótkich nóżkach z zaczątkiem łysiny nad czołem. To cham, który się skarżył, że ma na głowie nieboszczyka, i żądał ode mnie pomocy w identyfikacji.

– Kapitan Mosze.

Towarzyszy mu Nawid Ronnen. Trzyma się dwa kroki za nim. Mój przyjaciel Nawid ma nietęgą minę. Wydaje się pokonany, wygryziony. Zwierzchnik sprowadzony do roli figuranta.

Kapitan macha jakimś papierem.

– Mamy nakaz przeszukania, doktorze Dżafari.

– Przeszukania?…

– Dobrze pan słyszał. Zechce pan udać się z nami do domu.

Szukam jakiegokolwiek światełka w oczach Nawida. Mój przyjaciel wbił wzrok w podłogę.

Zwracam się do kapitana:

– Dlaczego do domu?