Zależna od mafii - Ada Tulińska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Zależna od mafii ebook i audiobook

Ada Tulińska

4,5

746 osób interesuje się tą książką

Opis

„– Biorę ją pod zastaw – oznajmił, czyszcząc kastet z krwi”.

Julia nigdy nie okazywała słabości. Nawet po odejściu matki, a potem aresztowaniu ojca. Nawet kiedy została porwana, upokorzona i traktowana jak czyjaś własność.

Gdy ojciec Julii i Patryka wychodzi z więzienia, w ich domu pojawia się Filip Vedetti i żąda spłaty długu. W ramach zapłaty zabiera Julię. Zaborczego syna mafii podnieca jej opór. Chce, żeby należała do niego. Kobieta wchodzi z nim w niebezpieczny układ: ma zbliżyć się do rosyjskiego miliardera, Nikolaja Aristowa.

Musi wykorzystać swoją umiejętność udawania kogoś, kim nie jest. Inaczej ktoś zginie. Wszystko zacznie się jednak jeszcze bardziej komplikować, gdy w grę wejdą uczucia.

 

Czy Julia będzie w stanie odsunąć na bok swoje zasady moralne i uwieść niebezpiecznego Rosjanina? Do czego zdoła się posunąć, żeby ocalić najbliższych?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 55 min

Lektor: Ada Tulińska

Popularność




1

Julia

– Więcej chryzantem koło altany – mruknęłam do siebie. Leżałam na wersalce z laptopem na kolanach i drapałam się po głowie ołówkiem. Prawie skończyłam kreślić projekt w programie graficznym. Witold, mój szef, wyciskał ze swoich pracowników siódme poty również w weekendy. Razem z Polą, która miała to samo nieszczęście trafić do niego na staż, śmiałyśmy się z niego po kryjomu. Kiedy się denerwował, kojarzył nam się z postacią z kreskówki. Momentalnie robił się czerwony i niemalże buchała mu para z uszu. Był strasznym cholerykiem i istniało tylko jedno lekarstwo na jego nerwy. Nadstawiony drugi policzek. Nic bowiem tak nie poprawiało mu humoru jak porządna zjebka wymierzona w jednego ze stażystów. A na naprawdę najszczęśliwszego człowieka pod słońcem wyglądał po tym, jak zwolnił Polę. Odkrył, że to ona zrobiła mema z jego twarzą w roli głównej. Wkleiła go w ramkę z chmurką o treści: „Pogadamy o tym, jak skończysz ten projekt”. To była jego stała odpowiedź na pytanie o podwyżkę i gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, kiedy to słyszałam, wyszłabym na tym lepiej niż na pensji.

Moje marzenia o studiach zamieniły się w marne publiczne dwuletnie studium, ale to nic. Miałam tytuł technika architektury krajobrazu i mogłam działać w zawodzie. Ku mojej uldze przyjęto mnie na staż do prywatnej firmy Paradise Garden, w której realizowałam już siódmy projekt i nadal zarabiałam grosze.

– Gotowa? – Brat wsunął głowę do mojego pokoju. Jego jasnoniebieskie oczy błyszczały niecierpliwie. Wynajmowaliśmy dwupokojową klitkę w bloku. Od czasu aresztowania taty straciliśmy w zasadzie wszystkie pieniądze, a nasz dom zajął komornik. Obecne lokum było niewielkie, ale przytulne. Na swoje łóżko zarzuciłam patchworkową narzutę, na ścianie zawiesiłam sznur beżowych cotton balls. Parapet zdobiły drewniane figurki, pachnące świece i kadzidło. Na początku próbowałam też urządzić salon, ale wszystkie gadżety wylądowały z powrotem w moim pokoju. Patryk wolał swój styl, który uważał za artystyczny, a który dla mnie był po prostu bałaganem. Po całym domu walały się niedokończone obrazy, brudne pędzle w słoikach i wciąż zmieniająca miejsce sztaluga. Nie muszę wspominać, że podczas gdy u sąsiadów pachniało to schabowym, to szarlotką, nasze mieszkanie stale trąciło terpentyną. Mimo to brat cały czas narzekał na woń dobiegającą z mojego pokoju, który nazywał indyjskim straganem, a kadzidła śmierdzidłami.

– Prawie. – Podniosłam palec, wprowadzając ostatnie szlify do projektu.

– Julia! – Patryk westchnął niecierpliwie, przeczesał czarne włosy i zniknął w korytarzu. Słyszałam, jak zakłada buty. Spojrzałam na zegarek w rogu ekranu. Prawie druga, o cholera, jak późno!

– No już! – Zamknęłam laptopa i dołączyłam do niego. W pośpiechu założyliśmy kurtki, wyskoczyliśmy z mieszkania i zbiegliśmy na dół. Ten dzień był bardzo krótki. Od rana pucowaliśmy mieszkanie i robiliśmy obiad, przez co prawie nie zdążyłam skończyć projektu, który obiecałam klientowi na dziś.

Patryk podbiegł do służbowego skutera i podał mi żółty kask. Pracował jako kurier dla firm gastronomicznych, w międzyczasie kończąc malarstwo na ASP.

– Zdążymy? – zapytałam, przerzucając nogę przez siedzenie, i zapięłam klamrę pod brodą.

– Mam nadzieję – mruknął przez ramię i sam założył kask z logo aplikacji do zamawiania jedzenia. Zaczął manewrować między autami, które były upchnięte na parkingu jak szprotki w puszce. Przypadkowo zbiłam jakiemuś sąsiadowi lusterko torebką. Ups. Przełożyłam ją na brzuch i zapisałam w pamięci, żeby zostawić mu kartkę z przeprosinami i obietnicą rekompensaty.

Po chwili znaleźliśmy się na zakorkowanych ulicach Wrocławia. Ku frustracji kierowców mijaliśmy ich po prawej stronie ulicy. Skuter Patryka nie był jakimś ścigaczem i rozpędzał się jedynie do czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę, ale to nam wystarczyło, żeby objąć prowadzenie na każdych światłach. Zerknęłam na zegarek na lewym przegubie.

– Pojedźmy skrótem, tutaj w prawo.

Na kolejnych światłach kierowca białego mercedesa obok otworzył okno.

– Hej, laleczko, zrobisz mi hot doga? – Puścił mi oczko z obleśnym uśmieszkiem.

– Słucham? – zapytałam odruchowo, wybałuszywszy oczy.

Patryk dodał gazu i zniknęłam facetowi z pola widzenia, nim zdążył odpowiedzieć.

– Co to było?

Myślałam, że każdy dorosły i zdrowo myślący człowiek w tym kraju wie, jak działa zamawianie jedzenia. Nie przygotowuje się go w torbie termicznej na skuterze.

– Czasem się tak zdarza – mruknął Patryk. – Ale temu tam chyba nie chodziło o hot doga.

Prychnęłam i zignorowałam tę niedorzeczną insynuację.

Piętnaście minut po czasie podjechaliśmy pod zakład karny numer jeden. Wśród miejskiej zieleni piętrzył się zespół ceglanych budynków otoczonych pokaźnym murem z drutami wysokiego napięcia.

Ojciec czekał na nas przed wejściem do placówki. Miał na sobie flanelową koszulę i ortalionowe spodnie – dokładnie ten sam strój, w którym go zgarnęli, kiedy był na rybach. Przez ostatnie cztery lata prawie całkowicie się od nas odciął. Na początku odwiedzaliśmy go przynajmniej raz w tygodniu, lecz każda kolejna wizyta była coraz mniej przyjemna i kończyła się kłótnią. Finalnie zabronił nam przychodzić. Oczywiście nie posłuchaliśmy, ale nigdy później do nas nie wyszedł i kazał strażnikom nas spławiać.

Zeskoczyłam ze skutera i pobiegłam w jego kierunku, nie bacząc na wysokie obcasy. Zarzuciłam mu ręce na szyję, miałam wyrzuty sumienia, że nie widzieliśmy się trzy lata, a my nie daliśmy rady dojechać na czas. Jego skóra była chłodna, widocznie zmarzł, czekając na nas na marcowym powietrzu.

– Julia… – zachrypiał zakłopotany i pogładził mnie nieśmiało po czarnych lokach. Odsunęłam się na długość ramion, żeby mu się przyjrzeć. Tak bardzo się zmienił. Miałam wrażenie, że postarzał się o całe dekady. Z krzepkiego i wysportowanego mężczyzny stał się chudy i żylasty. Na jego twarzy pojawiły się zmarszczki i ciemne plamy wątrobowe. Łzy pociekły mi po policzkach ze wzruszenia.

– Cześć, tato. – Patryk uścisnął mu oficjalnie rękę. Nie potrafił ukryć, że nadal ma do niego żal.

– Jedźmy do domu. Zrobiłam lazanię – wymamrotałam cicho.

– Do domu… – powtórzył ojciec jeszcze ciszej, a w jego niebieskich oczach pojawił się smutek.

Machnęłam na taksówkę, która natychmiast się zatrzymała.

Ojciec otworzył mi drzwi srebrnego audi i zachęcił mnie gestem ręki, bym wsiadła. Zamiast obejść auto dookoła, zaczął wsiadać za mną, więc musiałam się przeciskać przez dwa siedzenia. Nadal traktował mnie jak małe dziecko. Miałam ochotę mu wytknąć, że w zeszłym miesiącu skończyłam dwadzieścia sześć lat i nawet nie doczekałam się od niego telefonu, o życzeniach nie wspominając. Ugryzłam się w język. Najważniejsze, że był znowu z nami.

Podałam kierowcy adres i oparłam się o siedzenie, skręcając burzę włosów w supeł na czubku głowy. Wydawało mi się to takie dziwne, że tata wyszedł i teraz wraca z nami. Bez żadnego bagażu, tylko tak jak stoi. Jego wszystkie rzeczy zapakowane w kartony postawiliśmy w piwnicy. Teraz żałowałam, że nie pomyślałam o tym wcześniej i nie uprałam mu chociaż części ubrań. Napisałam pospiesznie wiadomość do Patryka, żeby je przyniósł, jeżeli będzie przed nami.

– Jak się czujesz? – zapytałam, przyglądając się ojcu z ciekawością. Myślałam, że po czterech latach odsiadki człowiek ucieszy się, gdy wreszcie wyjdzie na wolność. Będzie tryskał entuzjazmem. Będzie miał ochotę pogadać z córką, której nie widział przez tak długi czas. Tata siedział skulony po drugiej stronie siedzenia i z nostalgią przyglądał się swoim dłoniom. Skrzywił się na moje pytanie i nawet nie odpowiedział. Poczułam ogromne rozczarowanie. Podczas kiedy my z Patrykiem odhaczaliśmy dni do jego wyjścia, on sprawiał wrażenie, jakby mu to wszystko zwisało. Policzyłam w głowie do trzech i spojrzałam przez okno.

Powinnam być bardziej wyrozumiała. Na pewno przeżył w więzieniu ciężkie chwile, jego kariera była spalona, majątek przepadł.

Nie odzywał się przez resztę drogi, w domu podczas posiłku nie wyglądało to o wiele lepiej. Siedzieliśmy przy kwadratowym stole w ciasnej, pomalowanej na żółto kuchni. Nie mogłam wskazać, które z nas jest najbardziej skrępowane. Na zadawane przez nas pytania odpowiadał półsłówkami. Niewiele zjadł, przewracając lazanię na granatowym talerzu. Po posiłku wyjęłam z lodówki tort z własnoręcznie zrobioną dekoracją: „Witaj w domu”. Ojciec spojrzał na nią z kolejnym grymasem. Była trochę krzywa, ale… kurczę, naprawdę włożyłam sporo pracy w upieczenie biszkoptu i udekorowanie go.

– Macie tu gdzieś moje rzeczy? – zapytał, rozglądając się po niewielkim salonie. Wszystkie płótna i akcesoria malarskie wepchnęłam na górę szafy w przedpokoju, więc wnętrze prezentowało się jako tako.

Spojrzałam pytająco na Patryka.

– Przyniosłem pierwszą partię do prania z piwnicy. Jest w łazience. Zajmiesz duży pokój, ja będę spał w pokoju Julki na karimacie.

– Nie – odpowiedział tak szybko, że aż zabrzmiało to niegrzecznie. Wymieniliśmy z Patrykiem porozumiewawcze spojrzenia.

– Możesz zająć mniejszy pokój – zaproponowałam. Może potrzebował więcej prywatności, a spanie w salonie wiązało się z tym, że cały czas ktoś tędy będzie przechodził do łazienki lub kuchni. Ojciec westchnął ciężko i przejechał dłonią po przerzedzonych, siwych włosach.

– Nie będę tu z wami mieszkał.

Zamrugałam zdezorientowana. Ojciec wychowywał nas twardą ręką, nie rozpieszczał nas ani nam nie pobłażał. Chciał zrobić z Patryka gwiazdę – prawnika, ale oczywiście mu się to nie udało. Mój brat był artystą i każde napomknięcie o praktycznych zawodach przynoszących pieniądze zbywał machnięciem ręki.

Po odejściu mamy tata właściwie nie zwracał na nas uwagi. Poczułam się, jakbyśmy ponieśli sromotną klęskę. Nie jest to może piękny dom, w którym mieszkaliśmy wcześniej, ale, na Boga, naprawdę się staraliśmy. My też mieliśmy za sobą trudne momenty. W jednej chwili zostaliśmy w zasadzie bez środków do życia, Patryk musiał iść do roboty jeszcze przed maturą. Odwiedzała nas bardzo często babka z opieki społecznej i dziwnie nam się przyglądała. Miała takie wielkie, przerażone oczy i kamienną twarz. Odnosiłam wrażenie, że w jej oczach wszystko robię źle, nawet wodę w czajniku źle gotuję.

– Posłuchajcie – dodał po chwili tata. – Po prostu jesteście już dorośli. Nie mogę z wami mieszkać.

– Gdzie pójdziesz? – zapytał Patryk. Jego mina wyrażała podobne oburzenie, co moja.

– Zatrzymam się w jakimś motelu.

– W motelu? – Patryk zmarszczył czoło i wstał, żeby zalać herbatę w dzbanku.

– Zostań, chociaż na kilka nocy – zaproponowałam, siląc się na ciepły i gościnny ton.

Zastanawiałam się, czy mogę mu położyć dłoń na ramieniu. Po tym czasie wydawał mi się zupełnie obcy. Ojciec pokręcił głową i przeniósł zmęczony wzrok na mojego brata.

– Patryk, pójdziesz ze mną do piwnicy? Chciałbym przejrzeć swoje rzeczy.

Gula rozczarowania jeszcze bardziej wezbrała w mojej piersi, ale postanowiłam tego nie pokazywać.

– Może chociaż wypijemy herbatę? – zapytał Patryk ostro. Wiedział, ile czasu zajęło mi przygotowanie tortu. Spaliłam pierwszy biszkopt, a drugi oklapł po wyjęciu z piekarnika. W rezultacie leciałam do marketu po gotowe spody.

Ojciec ostentacyjnie spojrzał na zegarek i westchnął.

– No dobra.

Miałam wrażenie, że robi nam wielką łaskę. Byłam wściekła. Zaczęłam nerwowo kroić tort i nakładać na talerzyki. Ojciec dostał najbardziej rozwalony kawałek, który nie dość, że się przewrócił, to jeszcze odpadła od niego wierzchnia warstwa kremu.

Zjedliśmy w milczącej złości. Przy pierwszym łyku herbaty ojciec zrobił się jeszcze bledszy i zapytał, czy mamy coś przeciwbólowego.

– Co ci jest? – Od razu spuściłam z tonu, dotykając ręką jego ramienia.

– Migrena – mruknął, masując skronie.

– W szafce na górze powinien być paracetamol – powiedziałam do Patryka. Brat wstał i wspiął się na palce, żeby sięgnąć we wskazane miejsce. Wyjął opakowanie i wyciągnął z niego blister. Niestety był pusty. Uniosłam brwi z niedowierzaniem i zmęczona tym wszystkim westchnęłam.

– Dobra. Wy pójdziecie do piwnicy, a ja skoczę do apteki – zaproponowałam. Wstałam i zaczęłam wkładać kubki, talerzyki i sztućce do zlewu.

Słyszałam, jak Patryk coś jeszcze mówi do ojca, ale tamten zdawał się odpływać. Ubrałam się pospiesznie i nawet nie zapinając kurtki, zamknęłam za sobą drzwi do mieszkania.

Zbiegłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz. Apteka była pięć minut spacerem od naszego bloku. Zdobyłam się na szybki marsz. Za wszelką cenę nie chciałam pokazać, jak bardzo rani mnie zachowanie ojca. Skarciłam się w myślach za bezsensowną frustrację. Nie byliśmy normalną rodziną i to się nie zmieni. Ojcu trzeba dać czas na przystosowanie się do życia na zewnątrz.

Włożyłam dłonie do kieszeni skórzanej ramoneski i wzięłam głęboki oddech. Szłam między zaniedbanymi szarymi blokami, próbując zapanować nad rozczarowaniem. Liście na drzewach zaczynały już zmieniać kolory i powoli opadać pieszym pod nogi. Było koło siedemnastej, słońce chyliło się powoli ku zachodowi, pozostawiając na niebie różowe smugi.

Najważniejsze, że wrócił, wszyscy jesteśmy zdrowi. Ojcu trochę zajmie powrót do dawnej formy, ale to nic. Może mógłby dawać korki z historii? Zawsze był świetnym i wymagającym nauczycielem.

Dotarłam do apteki, już z zewnątrz było widać ogromną kolejkę. No cóż, mieszkaliśmy na osiedlu starszych ludzi. Babcie wchodziły tu po leki na ciśnienie niczym po bułki do piekarni. Stanęłam na końcu, rozglądając się po wystawionych na półkach towarach. Mój wzrok przykuły fantastyczne, drogie zestawy suplementów, obiecujące długie życie i powrót do formy po chorobie. Kolejka przesuwała się w żółwim tempie. Jedni emeryci zapomnieli recept, a inni nie mogli się zdecydować, po co właściwie przyszli. Gdy w końcu nadeszła moja kolej, podeszłam do kasy i oparłam się o kontuar.

– Poproszę pięć paczek paracetamolu i zestaw witamin Pro Life. – Wskazałam brodą wystawę.

Młody farmaceuta pospiesznie spakował moje zamówienie i skasował transakcję kartą.

Wizyta w aptece kosztowała mnie ponad dwieście złotych. Przewiesiłam foliówkę przez rękę i włożyłam dłoń do kieszeni. Gdy wracałam, na osiedlu zrobiło się już prawie całkowicie ciemno.

Pod naszą klatką zebrała się grupka nastolatków, która podziwiała zaparkowane przed wejściem trzy bardzo drogie, błyszczące, czarne samochody. Czy właścicieli takich fur nie obowiązywały żadne zasady? Oczywiście stali na zakazie parkowania.

– To najnowszy mustang GT, osiem cylindrów, dziesięć biegów… – zachwycał się wysoki nastolatek w czapce z daszkiem, a jego koledzy wyglądali, jakby chcieli polizać karoserię. Przewróciłam oczami i minęłam ich przed wejściem do klatki.

Po spacerze, już w trochę lepszym humorze, zaczęłam wchodzić na górę. Mimo że mieszkaliśmy na czwartym piętrze dziesięciopiętrowego bloku, rzadko korzystaliśmy z windy. Wpoił nam to ojciec. Zdrowy tryb życia na co dzień.

Na klatce schodowej pachniało, jakby komuś wylała się tandetna woda kolońska. Fuj.

Gdy dotarłam do naszych drzwi, włożyłam klucz do zamka i ku mojemu zaskoczeniu uchyliły się. To było dziwne, bo kolejny nawyk, którego zostałam nauczona, to zamykanie drzwi na klucz.

Pchnęłam je lekko i wślizgnęłam się do przedpokoju.

– Drzwi się zamyka – powiedziałam głośno i zaczęłam skopywać buty. – Halo?

Spojrzałam na dwa pudła z ubraniami przyniesione z piwnicy. Woń perfum była jeszcze intensywniejsza niż na klatce schodowej. Czyżby któryś z nich upuścił pudło i rozbił flakon? Zapach był zupełnie inny niż ten, którego używał mój tata. Coś mnie tknęło, niczym szósty zmysł mój instynkt wysłał dreszcze na plecy. Odłożyłam torebkę z apteki na krzesło.

– Jesteście tu? Kupiłam ci leki… – zapytałam i chwyciłam parasolkę z wieszaka. Zaczęłam powoli przechodzić przez ciasny korytarz do salonu, gdzie cały czas świeciła się lampka, której Patryk używał do czytania. Uniosłam parasol jak miecz. Drzwi były zamknięte, co też wydało mi się dziwne. W szparze nad podłogą widziałam, jak w środku przemyka cień. Nacisnęłam łokciem na klamkę i pchnęłam drzwi biodrem.

Wielka łapa chwyciła mnie za szyję, więc od razu wymierzyłam cios parasolką. Ktoś parsknął śmiechem. Wielki facet w garniturze natychmiast mi ją zabrał i cisnął w kąt pokoju. Co za bezużyteczny śmieć! Inny zakneblował mi usta i jednym sprawnym ciosem posłał mnie na podłogę. Uniosłam się na rękach i rozejrzałam w panice. Światło, które sączyło się z lampki z kremowym abażurem, pozwalało dojrzeć zaledwie zarysy sylwetek.

Mój ojciec i Patryk mieli związane za plecami ręce i klęczeli tuż obok mnie. Ich twarze były pełne sińców i krwi. Jęknęłam przez knebel i przeniosłam wzrok na facetów w garniturach. Dwóch z nich trzymało pistolety. Ten, któremu przyłożyłam, mógł mieć ze dwa metry, i jeszcze te mięśnie… o rany, wyglądał jak kolega Pudziana z siłowni. Drugi, stojący obok niego, spoglądał na mnie wzrokiem bez wyrazu. Ciemne włosy upiął na samuraja i pogładził zarost, który skojarzył mi się z lalką Ken. W końcu mój wzrok spoczął na ostatnim facecie, który siedział wygodnie rozparty na naszej sofie. Bawił się srebrnym kastetem i przyglądał mi się w skupieniu. Serce zaczęło mi walić jak młotem, próbowałam stłumić rosnącą panikę. Takiej twarzy się nie zapomina.

Patrzyłam na niego w osłupieniu, przesuwając wzrokiem po wystylizowanym nieładzie ciemnych włosów, symetrycznych kościach policzkowych i pełnych wargach, które teraz się zacisnęły. Ponownie spojrzałam mu w oczy koloru gorzkiej czekolady, w których błysnęło coś mrocznego. Poczułam, jak po plecach zaczyna mi spływać strużka lodowatego potu. Miałam wrażenie, że coś między nami przeskoczyło, coś, co sprawiło, że mój brzuch zalało dziwne mrowienie. Filip Vedetti, w moim domu, z kastetem w dłoni i dwoma gorylami. Był znanym inwestorem, właścicielem całej galerii handlowej i pewnie wielu innych rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Pola kiedyś pokazała mi jego zdjęcie w internecie. Teraz z nieprzeniknionym wyrazem twarzy siedział przede mną na starej kanapie niczym na tronie. Zamrugałam z dezorientacją, próbując ogarnąć, co się tutaj dzieje. Przeniósł wzrok z powrotem na mojego tatę i nachylił się, opierając masywne przedramiona o kolana.

– Daję ci czas do końca następnego miesiąca – powiedział niskim głosem. Zerknęłam na ojca pytająco, ale jego twarz pozostawała twarda i stanowcza. Srebrny kastet po kilku sekundach wylądował na jego szczęce, sprawiając, że ja i Patryk jęknęliśmy. Instynktownie szarpnęłam ciałem w kierunku ojca, ale Filip odepchnął mnie drugą dłonią.

Wstał jak gdyby nigdy nic i wygładził poły eleganckiego garnituru. Spojrzał na swoich goryli i skinął na mnie przelotnie. Kiedy masywne łapska podniosły mnie pod pachy, poczułam, jak wokół żołądka oplata mi się drut kolczasty. Serce podeszło mi do gardła, a ciałem owładnął paniczny strach.

– Biorę ją pod zastaw – oznajmił, czyszcząc kastet z krwi.

Zaczęłam się szarpać i krzyczeć, kiedy jego goryle wyprowadzili mnie do przedpokoju. Ojciec i Patryk zaczęli natychmiast zawodzić i protestować, ale Filip już wychodził za nami na korytarz. Ken pchnął mnie na wieszak i pogroził czarną, wypolerowaną na błysk lufą. Zatoczyłam się niezdarnie i uderzyłam głową o jeden z haków na kurtki.

– A teraz się zachowuj! Chyba że chcesz, żeby któreś z was dostało kulkę. – Ken wskazał pistoletem na szamoczące się skrępowane postaci w salonie.

Pokręciłam rozpaczliwie głową, jednocześnie starając się oddychać nosem. Nie było to jednak łatwe, duszący zapach perfum zatykał mi dech. Zrozumiałam, że to właśnie Ken się tak wypachnił.

Filip minął nas bez słowa i wyszedł na klatkę schodową. Jak przez mgłę pamiętałam zakładanie butów i jazdę windą. Na zewnątrz wepchnęli mnie na tylne siedzenie jednej z czarnych fur. W aucie skuto mi ręce i założono worek na głowę. Ken usiadł za kółkiem i uchylił jedną z przyciemnianych szyb, dając mi dostęp do świeżego powietrza.

Nadal słyszałam podekscytowane komentarze dzieciaków spod bloku. Jeden zapytał, czy może sobie zrobić selfie z autem, ale drugi ochroniarz natychmiast go spacyfikował.

– Zjeżdżaj, gówniarzu – warknął i możliwe, że pokazał im broń, bo chłopcy rozpierzchli się natychmiast.

– Gdzie ją zawieźć, szefie? – zapytał dyskretnie na stronie Ken, co przypomniało mi o moim fatalnym położeniu. Z zewnątrz dobiegło mnie mruknięcie znajomego głosu. Potem padło po włosku jakieś hasło, którego nie byłam w stanie zapamiętać. Auto ruszyło z piskiem opon, a mną zarzuciło i uderzyłam głową o drzwi. Po chwili okno się zamknęło, pogrążając nas w śmierdzącej duchocie męskich perfum.

– Czy możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? – zapytałam piskliwym głosem. Czułam w uszach szum krwi. – Musiała nastąpić jakaś straszliwa pomyłka. Mój ojciec dopiero dzisiaj wrócił do domu, po długiej… terapii.

Kierowca dziwnie parsknął, ale nic nie odpowiedział.

– Czego od niego chcecie? – zapytałam ponownie, próbując wyrównać oddech. Starałam się być naprawdę delikatna i grzeczna. Prawie nic nie widziałam przez jutowy worek, który zarzucili mi na głowę.

– Dokąd mnie zabierasz? – Tym razem nie potrafiłam powstrzymać opryskliwego tonu. Wkurzało mnie, że potraktowano mnie jak dowód osobisty pod zastaw w lombardzie. Jestem osobą i zasługuję na szacunek.

Przez kilkanaście minut zadawałam kolejne pytania, w końcu straciłam cierpliwość i zaczęłam ostro przeklinać. Kierowca włączył radio, dając mi jasno do zrozumienia, że nie otrzymam żadnych odpowiedzi. Z głośników przedarły się mroczne basy alternatywnego rocka, a Ken ustawił głośność na maksimum. Myślałam, że zwariuję. Z frustracji miałam ochotę walić głową w szybę.

Auto stanęło na chwilę, a potem wjechało na żwirowy grunt, który chrzęścił pod kołami.

Ken zatrzymał samochód, wysiadł i trzasnął drzwiami.

– Gęba jej się nie zamyka – usłyszałam, jak mówi do kogoś. – Muszę się napić.

Miałam wrażenie, że zaczynają się oddalać, więc zaczęłam szarpać dłońmi w kajdankach. Przewróciłam się na siedzenie, starając się uwolnić ręce. Absolutnie nic to nie dało. Skóra na nadgarstkach zaczęła mnie niemiłosiernie piec.

Minęła cała wieczność, nim po mnie wrócili. Odgłos kroków sprawił, że się skuliłam. Próbowałam odsunąć się jak najdalej od drzwi, które właśnie otworzono.

– Wyłaź! – warknął jeden z ochroniarzy i pociągnął mnie za kark. Jęknęłam z bólu. Kiedy wysiadałam, udało mi się z całej siły nadepnąć mu na stopę, ale nie zrobiło to na nim spodziewanego wrażenia.

– Bez głupich numerów. Mamy broń, a szef dał nam pozwolenie, żeby w razie potrzeby do ciebie strzelać.

Przełknęłam ślinę i pospiesznie kiwnęłam głową.

Goryl zaczął mnie prowadzić. Trzymał mnie za kurtkę na karku i w zasadzie mnie niósł, a ja tylko powłóczyłam nogami, co chwilę o coś zahaczając. Ze dwa razy upadłam, potknąwszy się o wystające z ziemi korzenie, ale silna ręka od razu stawiała mnie do pionu. Plułam błotem, w moich ustach znalazł się piach.

W końcu dotarliśmy do jakiegoś budynku, w którym śmierdziało stęchlizną i moczem. Podłoga była mokra i lepka. Było mi niedobrze ze strachu. Najwyraźniej byliśmy u celu, bo uchwyt na moim karku się rozluźnił i mogłam stanąć na własnych nogach. Żeliwne drzwi skrzypnęły i wielkolud wepchnął mnie do środka. Był łaskaw w końcu zdjąć mi worek z głowy.

– Czekaj tu – syknął, a ja poczułam się jak pies, któremu właśnie wydano komendę. Zatrzasnął za mną drzwi, nim zdążyłam zaprotestować.

2

Julia

Moje oczy chwilę przyzwyczajały się do ciemnego wnętrza. Zamknęli mnie w jakiejś suterenie. W rogu stało zjedzone przez mole łóżko polowe i wiadro. Od betonowej podłogi biło przenikliwe zimno. W ciasnym pomieszczeniu śmierdziało jeszcze gorzej niż na korytarzu. Małe okienko pod sufitem wpuszczało nikły snop światła, który padał na obdrapane, wilgotne ściany. Po prawym rogu pomieszczenia wspinał się okropny grzyb.

Stanęłam tyłem do drzwi i chwyciłam w dłonie klamkę. Mięśniak nawet nie był uprzejmy mnie rozkuć. Jakbym miała jakiekolwiek szanse stąd uciec. Szarpałam się kilka minut, jęcząc z wysiłku. Na moim karku pojawił się lepki, nieprzyjemny pot. W końcu straciłam cierpliwość, zaczęłam kopać drzwi i wydzierać się wniebogłosy, żeby mnie wypuścili. Po kilkudziesięciu minutach dyszałam ze zmęczenia, włosy przylepiły mi się do mokrego od potu czoła. Zachrypnięta i pokonana, usiadłam na łóżku i zaczęłam pociągać nosem, ale łzy nie leciały. Rzadko płakałam. Zachowałam spokój, kiedy dyrektor liceum przerwał lekcję i poprosił mnie na korytarz, a następnie oznajmił mi z grobową miną, że mój ojciec został aresztowany, i przedstawił mi panią z opieki społecznej. Wtedy byłam w stanie jedynie zaciskać zęby ze złości na ojca za to, w co się wpakował. Nie płakałam również, kiedy nasza matka oznajmiła nam, że się zakochała i wyprowadza się w góry. Miałam wtedy jedenaście lat. Potrafiłam jedynie pokazać jej, jak bardzo również mam ją w poważaniu. Zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem i włączyłam muzykę na cały regulator.

Nikt do mnie nie przyszedł. W głębi serca liczyłam na to, że ten cały Filip się do mnie pofatyguje i będzie łaskaw wyjaśnić, o co tutaj chodzi.

W końcu wymęczona i załamana zasnęłam. Gdy się obudziłam, do mojej celi wślizgiwały się promienie porannego słońca. Od wczoraj się nie załatwiałam i już bardzo mi się chciało. Z daleka omijałam jednak obrzydliwe wiadro. Po południu pęcherz zaczął boleć od wstrzymywania moczu. Westchnęłam z frustracją. Miałam do wyboru wiadro albo swoje dżinsy. Gdy już moja wola zaczęła się łamać, usłyszałam ciężkie kroki na korytarzu. Odgłos przekręcanego klucza zagrzechotał w moich uszach i odbił się echem po pomieszczeniu. Po chwili na progu pojawił się ten wysoki jak szafa i umięśniony ochroniarz. Spojrzałam na niego z nienawiścią.

– Wstawaj – warknął i przywołał mnie wielką ręką. W dłoni trzymał worek, w którym tu przyjechałam poprzedniego dnia. Nie ruszyłam się, analizując dostępne opcje. Facet natychmiast pokazał mi kaburę z bronią. Łudząc się naiwnie, że zaprowadzi mnie do łazienki, wykonałam jego rozkaz. Założył mi worek na głowę, a potem boleśnie wbił palce w moje ramię.

Znowu zafundował mi spacer po śmierdzącym labiryncie korytarzy. Po kilku chwilach wyprowadził mnie na zewnątrz. Nabrałam w płuca świeżego powietrza. Czyżby mój ojciec się z nimi dogadał?

– Odwozicie mnie do domu? – zapytałam z nadzieją. Odpowiedziało mi jedynie enigmatyczne chrząknięcie, które wzięłam za potwierdzenie. Po chwili znalazłam się ponownie we wnętrzu auta. Facet łaskawie przytrzymał mi czaszkę, żebym nie uderzyła się czołem w karoserię. W środku wyczułam znajomy zapach wody kolońskiej. Ken znowu prowadził, a mięśniak zajął przedni fotel pasażera.

– Muszę się załatwić – zakomunikowałam, kiedy auto ruszyło. Odpowiedziała mi cisza.

– Jak nie zaprowadzicie mnie do łazienki, to załatwię się tutaj, zaraz – zagroziłam.

Nic sobie z tego nie robili.

– Błagam – wyjęczałam żałośnie.

– Od razu lepiej – mruknął mięśniak i zaśmiał się dziwnie.

Ściągnęłam usta zażenowana.

– Nie wytrzymam. Uprzedzam.

– Ja pierdolę! – westchnął Ken, skręcił gwałtownie i zatrzymał auto. – Tylko szybko. Szef nie lubi opóźnień.

Drzwi z mojej prawej strony otworzyły się i mięśniak wyciągnął mnie na zewnątrz. Rozkuł mnie, a potem zdjął mi worek z głowy. Zamrugałam od nagłej jasności. Zatrzymaliśmy się przy jakiejś niewielkiej leśnej drodze.

– Nic nie próbuj. Aleks ma cię na muszce, a on nie pudłuje. – Wskazał brodą na swojego kolegę, który wyciągnął teraz kałach, podobny do tych, z jakich korzystają snajperzy, i położył go na dachu auta. Na więcej prywatności nie miałam co liczyć. Zrobiłam siku możliwie szybko, odwracając się do nich tyłkiem. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy się obróciłam, obaj patrzyli w przeciwnym kierunku.

Gdy było już po wszystkim, pokornie dałam sobie założyć na oczy worek i skuć ręce. Adrenalina odpuściła, czułam się po prostu bardzo zmęczona. Oparłam się o skórzaną tapicerkę i westchnęłam. Już po wszystkim, wracam do domu.

Po dłuższej chwili mojego milczenia goryle przestali zwracać na mnie uwagę. Chyba myśleli, że zasnęłam, bo zaczęli swobodnie rozmawiać.

Dowiedziałam się, że jest już po siedemnastej i szef opierdoli ich za spóźnienie, ogólnie są wykończeni. Czyli wieźli mnie do Filipa. Mogłam jedynie modlić się, by mój tata wszystko załatwił, i jechałam, żeby zastaw, czyli ja, został przekazany.

Droga trwała dłużej niż poprzedniego dnia i zaczęłam się denerwować. A co, jeżeli Filip zdecydował, że musi bardziej zmotywować mojego ojca i na przykład wysłać mu filmik z tortur albo mój palec?

Ze stresu zaschło mi w gardle.

– Daleko jeszcze? – zapytał mięśniak.

– Nawigacja pokazuje piętnaście minut – odpowiedział Ken.

Każda minuta z kolejnego kwadransa wydawała mi się straszniejsza. Z jednej strony chciałam już dojechać na miejsce i stawić czoła gangsterowi, z drugiej bardzo się bałam. Gdzieś w środku miałam ochotę się rozryczeć, ale łzy się nie pojawiały. Nie będę płakać, nie miałam zamiaru pokazać słabości ani się ugiąć.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Otworzyły się drzwi bagażnika, a potem te obok mnie. Rozpoznawałam już rytm kroków goryli Filipa. Ten większy szarpnął mnie za nadgarstki i wyciągnął na zewnątrz. Może to sobie wyobraziłam, ale wydawał mi się delikatniejszy niż wcześniej. Pociągnął mnie do przodu. Czułam gęsią skórkę na karku, a mój oddech pod wpływem zimnego powietrza zamieniał się w parę. Przez tkaninę worka, który wciąż miałam na głowie, niewiele widziałam, ale wyraźnie czułam świeży zapach igliwia. Kroki śmierdzącego Kena dźwięczały na chodniku kilka metrów przed nami. Dosłyszałam odgłos wciskania przycisków domofonu i po chwili rozległ się sygnał otwarcia drzwi.

– Dobrze ci radzę, bądź bardziej potulna. – Wysoki ochroniarz szepnął mi do ucha, nim weszliśmy do środka. Jakaś część mnie chciała go teraz kopnąć w krocze i zacząć uciekać, ale wiedziałam, że nie mogę. Taka zagrywka mogłaby narazić tatę i Patryka. Poza tym zaskoczył mnie jego ton, nie brzmiał jak groźba, raczej jak rada.

W środku było przyjemnie ciepło, zapach lawendy mieszał się z wonią palonego drewna. Ken z westchnieniem schylił się i zaczął zdejmować mi buty.

– Jest brudna – mruknął z obrzydzeniem, nadal klęcząc. Wierzgnęłam nogą i uderzyłam go w nos kolanem. To był odruch. Zaraz tego pożałowałam, bo strzelił mi dłonią w twarz.

– Aleks! – upomniał go ten większy. Ken stracił cierpliwość i sam chwycił mnie za kurtkę. Szarpnął mną i poprowadził mnie w głąb domu, znowu ledwo powłóczyłam nogami. Starałam się zapierać, ale było to niemalże bezcelowe. Kroki tego większego skierowały się do innego pomieszczenia.

– Jeszcze się policzymy – wysyczał mi do ucha Ken. Przez dziury worka widziałam przestronne, jasne przestrzenie. Nagle podstawił mi nogę i przewróciłam się na miękki, puchaty dywan. Ściągnął mi agresywnie worek, wyrywając przy tym kilka pojedynczych włosów. Jęknęłam z bólu. Próbowałam wstać, ale jego ciężki but wylądował na moich plecach, z powrotem przygniatając mnie do podłoża.

– Wystarczy – do moich uszu dobiegł chłodny głos. Ken sapnął, jeszcze raz mocno nacisnął na moje plecy, a potem zdjął ze mnie nogę.

Obraz przed moimi oczami się wyostrzył. Dwie ciemne plamy powoli przybrały kształt wypastowanych, garniturowych butów. Chwilę leżałam bezwładnie, zastanawiając się, czy jak ośmielę się coś zrobić, otrzymam za to kolejny cios.

– Możesz odejść. – Ten sam głos oddelegował Kena w głąb domu. Pęk kluczy zadzwonił o szklany blat. Rytm jego kroków i szelest garnituru były sygnałem, że zostałam z szefem sama.

W końcu odważyłam się podnieść wzrok na właściciela głosu. Siedział zaledwie metr ode mnie na kremowej rogówce. Miał na sobie szary garnitur w stalowym odcieniu, spod którego wystawała czarna koszula bez ani jednego zagniecenia.

Spojrzeliśmy sobie w oczy i nagle poczułam się zupełnie malutka. Rzucona jak pies pod jego nogi. Przejechał wzrokiem po moim ciele, czym wzbudził we mnie nagły strach. Miałam ochotę uciec przed jego spojrzeniem, ale coś mi podpowiadało, że to nie jest dobry pomysł. Nieważne, jak bardzo mnie przerażał, musiałam być silna.

Podniosłam się odważnie na kolana i rozejrzałam po wnętrzu. Sam salon mógł mieć kilkadziesiąt metrów. Panował tu surowy skandynawski styl rodem z norweskiego katalogu wnętrzarskiego. Wschodnia elewacja składała się z wielkiego okna wychodzącego na szare, spokojne jezioro, za którym majaczył las. Na ścianach wisiały abstrakcyjne dzieła sztuki, podświetlone niewielkimi reflektorami, a w rogu pomieszczenia stał kominek, w którym płonął ogień. Rozglądałam się niespiesznie, możliwie jak najdłużej odwlekając konfrontację. Było tu jasno i czysto jak w aptece, zauważyłam, że zostawiłam brudne ślady na dywanie.

Filip nadal przyglądał mi się z beznamiętną miną.

W pomieszczeniu unosił się dodatkowo zapach świeżo parzonej kawy i apetycznego jedzenia. Na myśl o posiłku zaburczało mi w brzuchu.

Filip przekrzywił lekko głowę i przeniósł ciężar ciała bliżej mnie. W głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań, ale nie mogłam się zdecydować, od czego zacząć.

Spróbowałam się podnieść, ale zatrzymał mnie jego ostry jak stal głos:

– Nie pozwoliłem ci wstać.

Nabrałam gwałtownie powietrza i znowu opadłam na ziemię. Chwilę przyglądałam mu się z niedowierzaniem. Naprawdę to powiedział. Zadarłam wojowniczo podbródek.

– Powiesz mi, co właściwie tutaj robię?

Jego pełne usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu.

– Wskutek pewnych okoliczności chwilowo należysz do mnie – wymruczał. – Rób, co mówię, bo może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.

Zamarłam, ale zaraz odzyskałam rezon.

– Czy możesz łaskawie naświetlić mi te okoliczności? – wycedziłam przez zęby.

Nabrał powietrza i potarł policzek pokryty jednodniowym zarostem.

– Nie.

Oczywiście. Moje dłonie zacisnęły się ze złości i wyprostowałam się, żeby nie patrzył na mnie z góry.

– Słuchaj no! – W moim głosie pobrzmiewała desperacja, którą za wszelką cenę starałam się ukryć. – Zachowujmy się jak ludzie cywilizowani. Po pierwsze, rozkuj mnie! Po drugie, nie jestem rzeczą, którą można sobie wziąć pod zastaw.

W odpowiedzi dostałam arogancki uśmieszek i uniesienie jednej ciemnej brwi. Jakby chciał zapytać, czy jestem pewna, że tak nie jest. Skrzywiłam się.

– Musiałeś nas z kimś pomylić. Mój ojciec dopiero co wyszedł z terapii i nie sądzę, żeby…

– Z terapii? – Jego czoło zmarszczyło się z zaciekawieniem. – Ładnie to nazywasz.

Otworzyłam usta, ale zabrakło mi słów. Cała sprawa została załatwiona dość dyskretnie, obyło się bez skandalu w prasie, a ludzie ze szkoły myśleli, że przenieśliśmy się do innego miasta. Naturalnie musiałam zerwać wszystkie kontakty, co przyszło mi zaskakująco łatwo. Z pomocą opieki społecznej i policji natychmiast się przeprowadziliśmy.

Filip najwidoczniej znał prawdę i sprawiało mu to jakąś chorą satysfakcję.

– Czego chcesz od mojego ojca? – zapytałam, a mój ton aż ociekał frustracją i bezsilnością.

– To nie twoja sprawa.

– Owszem, moja… Ja…

– To sprawy mężczyzn – warknął. – Nie denerwuj mnie swoimi durnymi pytaniami.

Gdyby wzrok mógł zabijać, Filip już leżałby bez tchu na kanapie. Ta seksistowska uwaga wyprowadziła mnie z równowagi. Pojedynkowaliśmy się chwilę na spojrzenia, a potem chwycił z przeszklonej ławy filiżankę kawy i trochę się napił. Obserwowałam, jak jego język przesuwa się po wargach, zlizując kropelki ciemnego napoju. Obok na talerzyku leżało kilka kanapek z przeróżnymi pastami. Doskonale wiedział, że nic od wczoraj nie jadłam. Czułam się brudna i upokorzona, ale nie miałam zamiaru go błagać. Spojrzałam na swoje ubłocone ręce w kajdankach i znowu usiadłam na piętach.

– Chcesz mnie o coś poprosić? – zapytał cicho.

Jeszcze czego. Nie miałam zamiaru się powtarzać. Mimo że skóra piekła mnie od kajdanek i kiszki grały mi marsza, nie zamierzałam się przed nim płaszczyć. Utkwiłam wzrok w białym, puchatym dywanie, na którym zostawiłam błotniste ślady.

– Ogłuchłaś? – Ton jego głosu zdradzał irytację.

Dalej uparcie milczałam, skupiając się na płynącym z kominka ciepłym powietrzu, które ogrzewało moje plecy. Talerz wylądował z brzękiem na szklanej ławie bliżej mnie, sprawiając, że się wzdrygnęłam. Nie zdążyłam mrugnąć, nim jego silna dłoń chwyciła mnie za kurtkę i przyciągnęła do siebie. Wstrzymałam oddech, patrząc w jego ciemne oczy. Błysnęło w nich coś mrocznego i coś, co normalnie odczytałabym jako pożądanie. Ale jak on by mógł pożądać mnie? W tych brudnych ubraniach… Spuścił wzrok na moje wargi, a potem odepchnął mnie z niechęcią.

– Nie drażnij mnie, Julia – ostrzegł ostro. – Mogę sprawić, że twoje życie stanie się jeszcze bardziej podłe.

Nie miałam ochoty sprawdzać jego obietnicy. Zdziwił mnie fakt, że zna moje imię, najwyraźniej wiedział więcej, niż mogłam przypuszczać. Czy był klientem mojego ojca?

Wstał i spojrzał na mnie z góry, poprawiając klapy od marynarki. Niespiesznie obszedł mnie dookoła, świdrując pogardliwym spojrzeniem i wzniecając we mnie świeży płomień strachu. Instynktownie odskoczyłam, kiedy nachylił się, żeby porwać z blatu zostawiony przez jednego z goryli pęk kluczy.

Chwycił mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Jego palce były zimne jak lód. Kiedy rozpinał kajdanki, moje dłonie drżały niespokojnie.

– Możesz to zjeść. – Skinął głową w stronę talerza. Kajdanki rzucił niedbale na gzyms kominka i skierował swoje kroki w głąb domu. Popatrzyłam na kanapki ze złością. Za kogo on się miał, częstując mnie jedzeniem, podczas gdy płaszczę się przed nim na dywanie? Byłam bardzo głodna i spragniona, ale nie na tyle, żeby dać się tak traktować. Z oburzenia trzęsły mi się ręce. Chwyciłam talerz i zamachnęłam się nim z całej siły. Przeleciał obok jego ucha i wylądował na ścianie, rozbijając się w drobny mak. Szkoda, że spudłowałam.

Filip zatrzymał się, sprawiając, że zamarłam. Moje serce przeszył paniczny strach. Myślałam, że zaraz zawróci i wyceluje we mnie bronią albo nożem. On jednak milczał.

– Posprzątaj to – warknął i ruszył ponownie.

– Pierdol się – mruknęłam pod nosem. To nie było mądre, jednak jakaś część mnie nie miała zamiaru się ugiąć. Odwrócił się gwałtownie, a jego spojrzenie sprawiło, że wokół mojego żołądka ponownie owinął się drut kolczasty. Otworzył szeroko oczy i zacisnął zęby. Po chwili rozluźnił ramiona i wróciła chłodna fasada opanowania i spokoju. Emanowała od niego męska siła i dominacja.

– W trzy sekundy mogę cię odesłać do celi, w której spędziłaś ostatnie kilkanaście godzin. Chcesz?

Wbiłam w niego wściekłe spojrzenie. Schował ręce w kieszeniach i czekał.

– Posprzątaj tu. A potem idź się umyć. Na górze jest łazienka.

– Nie jestem twoim psem – warknęłam. – I nie pozwolę się tak traktować.

Jego opanowanie natychmiast wyparowało, a mięśnie rąk się napięły.

– Masz rację. Pies ma swoje miski i swoje posłanie – wysyczał. – A teraz zrób, co powiedziałem. Chyba że…

Uniosłam zadziornie podbródek, co sprawiło, że jego nozdrza zafalowały ze złości.

– Chcesz zostać ukarana – skończył, a jego twarz wyrażała dziwną ekscytację.

Byłam ciekawa, czy zaraz pstryknie na swoich goryli, żeby znowu mnie zataszczyli do auta i zawieźli do więzienia, w którym spędziłam noc. Możliwe, że przyglądając mi się z wyższością, również rozważał tę opcję. Gdy tylko podjął decyzję, w jednej chwili znalazł się przy mnie i złapał mnie za ręce.

– Jak sobie życzysz – warknął i uniósł mnie na nogi. Naparł na mnie całym ciałem i zaczął mnie popychać w stronę okna tarasowego. Jego masywna dłoń z roleksem chwyciła za klamkę i wypchnął mnie na zewnątrz. Zachwiałam się niezdarnie, potykając o deski. Złapał mnie w ostatniej chwili za kurtkę, sprawiając, że zawisłam nad taflą wody. Było już niemal ciemno, a na zewnątrz unosiła się mleczna mgła.

– Ostatnia szansa, kochanie – powiedział ostrzegawczo. Światło z wnętrza domu obrysowywało jego sylwetkę i nie byłam w stanie dostrzec wyrazu jego twarzy.

– Nie ośmielisz się! – syknęłam, łapiąc go za rękaw.

Zaśmiał się ponuro.

– Ośmielę się zrobić o wiele gorsze rzeczy – wycedził i mnie puścił, a drugą ręką pchnął mnie na tyle mocno, że rękaw jego marynarki wyślizgnął mi się ze spoconych dłoni.

Patrzyłam, jak tafla lodowatej wody zamyka się nad moją głową, zimno przebiło się przez moje ubranie, przenikając do kości. Wierzgałam rękoma i nogami, bezradnie próbując się wydostać na powierzchnię. Nie umiałam pływać, a mój błędnik wariował, otworzyłam usta i woda wdarła się do mojego przełyku. Nakazałam sobie skupienie i dyscyplinę. Z trudem otworzyłam oczy i zamrugałam, ale równie dobrze mogłam tego nie robić. Dookoła mnie panowała martwa, niczym niezmącona ciemność. Chwilę dryfowałam, póki coś nie zaczęło migać pod moimi stopami. Światło, to było światło. Nagle jakaś ciemna plama przysłoniła mi widok. Silne ręce chwyciły mnie za kurtkę i pociągnęły do góry.

Wynurzyłam się, rozpaczliwie walcząc o oddech, i złapałam za drewno pomostu. Zaczęłam pluć wodą.

Obok mnie Filip podciągnął się i wydostał na pomost. Ja musiałam przesunąć się wzdłuż brzegu do drabinki. Patrzył z uniesioną brwią, jak wyczołguję się niezdarnie na deski.

Chwilę kaszlałam na czworakach, nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło.

– Będziesz miała jeszcze więcej sprzątania – warknął, chowając się do ciepłego wnętrza i patrząc wymownie na ciągnącą się za nim ścieżkę wody. Mokra koszula przylgnęła do jego umięśnionego ciała. – Nikt nie wie, że tu jesteś, i nikt się nie dowie, jeśli znikniesz na dnie tego cholernego jeziora.

Gdy wszedł do domu, po raz drugi prawie się rozpłakałam. Z trudem podniosłam się na nogi i wróciłam do środka. Smarkając, zdjęłam mokre spodnie, kurtkę i sweter i wycisnęłam wszystko przez próg. Położyłam je koło kominka. W korytarzu znalazłam schowek, w którym były mop i wiadro.

W białej bokserce i majtkach dokładnie posprzątałam szczątki talerza i mokre ślady, które Filip zostawił w drodze do łazienki. Kończyłam właśnie wycierać podłogę przy wejściu, gdy ponownie usłyszałam jego głos:

– Widzisz, jak chcesz, to potrafisz.

Salon był wysoki na dwie kondygnacje. Spojrzałam w kierunku, z którego dobiegały słowa Filipa, i odgarnęłam włosy z czoła. Stał na pierwszym piętrze, opierając się masywnymi dłońmi o żeliwną balustradę, i wbijał we mnie obojętne spojrzenie. Nie miał na sobie koszulki, jedynie czarny ręcznik osłaniał jego szczupłe biodra. Śniada skóra napinała się na mięśniach klatki piersiowej i płaskiego brzucha.

Spojrzenie Filipa przesunęło się po moim szczątkowym ubraniu, co natychmiast spotkało się z reakcją mojego ciała. Modliłam się, by z takiej odległości nie dostrzegł tego, jak bardzo stwardniały mi brodawki. Niestety na pewno prześwitywały przez mokry materiał. Odwróciłam się, by dokończyć sprzątanie i wycisnąć mopa.

– Jak skończysz, przyjdź na górę – rozkazał.

Kichnęłam i odniosłam wiadro z mopem do schowka. Zaczęłam się wspinać po drewnianych stopniach, moja dłoń sunęła po żeliwnej balustradzie. Piętro wydawało się równie przestronne, co dół. Panował tu ten sam majestatyczny, surowy chłód. Podłoga była wyłożona białymi deskami, a ściany pokryte rustykalnymi akcentami.

Usłyszałam dźwięki dobiegające z ostatniego pokoju, więc bez skrępowania nacisnęłam klamkę i weszłam. Nadal byłam na niego wściekła. Filip właśnie zakładał ciemnoszary T-shirt, na nogi włożył już czarne dżinsy. Przygryzł wargę, zatrzymując wzrok na moich piersiach.

– Wzywałeś mnie, mój panie? – zapytałam z sarkazmem i uśmiechnęłam się kwaśno.

Nie zaskoczyło mnie jego kolejne ostrzegawcze spojrzenie.

Sypialnia Filipa była ogromna, przez ściany przechodziły drewniane stropy, a nad łóżkiem znajdowało się skośne okno dachowe, z którego było widać kawałek jeziora i niebo.

– Chodź. – Podszedł i chwycił mnie za nadgarstek. Moją skórę w tym miejscu przeszyło ciepło, a serce zadudniło nieregularnie.

Szłam za nim, owiewał mnie zapach żelu pod prysznic, którego musiał wcześniej użyć. Nie był taki duszący i nieprzyjemny jak perfumy Kena. Ten zapach sprawiał, że miałam ochotę przymknąć oczy, zatopić się w jego delikatnej mgiełce, przylgnąć ustami do jego ramienia.

Zamrugałam zła na siebie, że moje myśli zabrnęły tak daleko. Żaden zapach, nawet najbardziej uwodzicielski, nie zamydli mi oczu. Ten facet to gnida.

– Tutaj jest łazienka. – Otworzył drzwi, ukazując wnętrze wielkości porządnego pokoju. Podłogę wyłożono czarnymi, kwadratowymi kafelkami. Po lewej stronie znajdowały się drewniane szafki, na nich umieszczono błyszczące umywalki, a nad nimi, na białych podłużnych panelach zawieszono dwa okrągłe lustra. Tył pomieszczenia odgradzały całkowicie przezroczyste drzwi w czarnej oprawie, za nimi znajdowały się dwa czarne prysznice typu walk-in. Do ścian przymocowano wyprofilowane ławeczki.

– Prysznic z funkcją biczy i sauny – mruknął Filip tuż za mną. Jego broda prawie dotykała mojej głowy.

Wytrzymałam tę bliskość, odwróciłam się i spojrzałam mu z ciekawością w oczy.

– Wczoraj wiadro, dzisiaj królewska łazienka. Skąd ta zmiana decyzji? – zapytałam cicho. Próbowałam nie myśleć o tym, że wszystko tu jest podwójne, jakby dla małżeństwa lub pary. On chyba nie oczekiwał, że będę się z nim kąpać? Albo nie zamierzał obserwować, jak ja sama to robię?

– Zawsze możesz wrócić do opcji z wiadrem – skomentował i się odsunął.

Staliśmy chwilę w tej niezręcznej ciszy, aż w końcu znowu się odezwał:

– W prawej szafce są czyste ręczniki i damskie kosmetyki.

Skinęłam głową, rozglądając się cały czas po wnętrzu.

– Gdzie będę spać? – zapytałam. Nie dawało mi to spokoju, od kiedy zobaczyłam wielkie dwuosobowe łoże wyściełane futerkowym kocem. Może będzie chciał, żebym spała w nogach albo na dywanie obok? Wcześniej powiedział, że pies ma chociaż swoje posłanie, więc coś podpowiadało mi, że nie zamierza zapewnić mi wygodnego miejsca.

Spojrzałam na niego, bo długo nie odpowiadał. A wtedy kiwnął na mnie głową, dając znak, żebym za nim podążyła.

Wskazał drzwi naprzeciwko swojej sypialni. Uchyliłam je nieśmiało, spodziewając się, że w środku znajdę składzik na miotły. Zaskoczył mnie niewielki, ale przytulny pokój, również urządzony na biało, z drewnianym wykończeniem.

– Poprosiłem gosposię, żeby kupiła trochę ubrań. – Wskazał ręką szafę i oparł się niedbale o framugę.

Zerknęłam na niego z niedowierzaniem i otworzyłam białe drzwiczki. W środku znajdowały się naprawdę ładne rzeczy, w większości jedwabne sukienki w ciemnych kolorach.

Otworzyłam szufladę na dole i dostrzegłam bardzo seksowną i mocno wykrojoną bieliznę. Zamknęłam ją szybko kolanem i udałam, że z powrotem oglądam sukienki.

– Nie wyobrażaj sobie za dużo – warknął. – Jak mnie wkurzysz, mogę je z ciebie zedrzeć i będziesz chodzić nago.

Popatrzyłam na niego w osłupieniu.

– Jak się ogarniesz, przyjdź do mojej sypialni.

Na dźwięk tych słów zadrżałam.

– A po co? – zapytałam niespokojnym głosem. – Nie chcę – dodałam od razu.

Pokręcił głową ostrzegawczo, sprawiając, że do mojego ciała powróciło znajome napięcie przemieszane ze strachem.

– Nie testuj mnie, Julia. Spróbuj mnie znowu nie posłuchać, a przyjdę do ciebie i gwarantuję, że nie będzie ci wtedy przyjemnie.

– Chcesz powiedzieć, że w twojej sypialni sprawisz, że będzie mi przyjemnie? – Skrzyżowałam ręce na piersiach, zgrywając twardzielkę. Wyglądał na nieporuszonego moim pytaniem, odepchnął się od framugi i pewnym krokiem ruszył w moją stronę. Zadrżałam, ale nie zrobiłam kroku w tył, kiedy się zatrzymał. To by oznaczało, że po raz kolejny wygrał, a ja nie zamierzałam przegrywać.

– Będzie ci do bólu przyjemnie. – Jego palce przejechały po moim obojczyku. Odgoniłam jego rękę jak niechcianą muchę.

– Jeżeli myślisz, że się z tobą prześpię, żeby zostać w tych luksusach, to chyba ci się coś pomyliło. Od razu odeślij mnie do celi z wiadrem. – W moim głosie pojawiła się odraza. Spróbowałam go ominąć. Złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Staliśmy naprzeciwko jak dwoje wojowników, którzy zastanawiają się, jaką bronią zaatakować.

– Twój brat chce być malarzem, prawda? – zapytał cicho.

Uważnie przyjrzałam się jego twarzy, próbując odczytać, do czego zmierza.

– Mogę rozkazać, żeby Aleks wykłuł mu oko albo od razu dwoje. To chyba przeszkodziłoby mu w karierze. A twojemu ojcu? Może obciąć rękę?

– Nienawidzę cię – syknęłam i wyrwałam dłoń.

– To w niczym nie przeszkadza. – Jego usta wykrzywił paskudny uśmieszek.

3

Filip

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
1. Julia
2. Julia
3. Filip
4. Julia
5. Filip
6. Julia
7. Julia
8. Filip
9. Julia
10. Julia
11. Julia
12. Filip
13. Julia
14. Julia
15. Filip
16. Julia
17. Filip

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Aleksandra Żdan

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki i wyklejka: Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce: © LightField Studios/Shutterstock.com

Copyright © 2020 by Adelina Tulińska

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-94-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek