Zakręty losu. Tom 3. Historia Lukasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Opis

Buntownik, ten zły, czarna owca. Czy prawda jest rzeczywiście tak prosta?

Za błędy trzeba płacić. Winy należy odkupić. A życie rozpocząć na nowo.

Kiedyś był zwyczajnym chłopakiem z młodzieńczymi marzeniami. Chciał grać w kapeli i żyć po swojemu. Ojciec jednak przygotował dla niego inny scenariusz – miał pójść prawniczą ścieżką i dołączyć do rodzinnej kancelarii.

Awantura wywołuje bunt, który spycha go na drogę zła. Poznaje życie półświatka, wymuszenia, haracze, przemoc staje się jego codziennością. Łatwe pieniądze uderzają mu do głowy, zemsta na ojcu dobrze smakuje. Z normalnym światem łączy go tylko miłość do Gośki. Gdy dziewczyna umiera, za co Łukasz obwinia siebie, ta wątła nić zostaje przerwana. Teraz już nic nie powstrzymuje go przed byciem przestępcą.

Mijają lata. Mafia, z którą jest związany, staje przed sądem. Oskarża Kaśka, siostra Gośki, do śmierci której kiedyś się przyczynił. Broni go Krzysiek – brat, który próbuje odbudować swój związek z Kaśką.

Wygrywają, choć cena jest wysoka – Łukasz musi zmienić tożsamość i na zawsze zniknąć, Krzysiek i Kaśka dostają list: „My nie zapominamy…”.

Zło się przyczaja na kilka lat, by wrócić ze wzmożoną siłą. Tym razem stawka jest jeszcze wyższa, a Łukasz musi walczyć nie tylko z mafią, ale i ze sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Text copyright © by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2019

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Wydanie drugie

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Agnieszka Szmatoła / Słowne Babki

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała, Agnieszka Zygmunt / Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Anita Modry

Zdjęcie na okładce: Cloudi / Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-540-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

PROLOG

Siedziałem w swoim pokoju, przypominając sobie pewną chwilę sprzed wielu, wielu lat. Wtedy też siedziałem w pokoju mojego rodzinnego domu i głaskałem futerał, w którym spoczywał mój ukochany saksofon.

Uwielbiałem grać. Zamieniać w muzykę siłę drzemiącą w płucach. Nauczyłem się tego w wieku trzynastu lat. Teraz wraz z trzema kumplami planowaliśmy założyć zespół. To było moje marzenie. Poświęcić się muzyce. Tylko to się liczyło. Niemal każdą wolną chwilę poświęcałem na ćwiczenia. Doskonaliłem się. Chciałem być wciąż lepszy i lepszy. Może… gdybym został gwiazdą, gdybym stał się sławny, gdybym coś osiągnął, mój ojciec zacząłby inaczej postrzegać moją pasję. W ogóle zacząłby mnie dostrzegać. Bo teraz… Miałem wrażenie, że jestem tylko narzędziem w jego rękach. Że jestem gliną, którą on formuje na swoje podobieństwo, nie widząc, że może ja chciałbym nabrać własnych kształtów. I pójść inną drogą. Własną. W zgodzie z tym, co siedzi w mojej głowie, w moim sercu. Bo teraz… Miałem szesnaście lat i już uczęszczałem na zajęcia dla przyszłych studentów wydziału prawa. Robiłem to dla świętego spokoju. Robiłem to dla mojej matki. Robiłem to dla mojego brata Krzysia, który miał sześć lat i wpatrywał się we mnie jak w święty obrazek. Robiłem to, bo nie chciałem prowokować ojca do wybuchów złości, które kończyły się wielogodzinnymi przemowami, wygłaszanymi mentorskim tonem, a ja, siedząc niczym przestępca na ławie oskarżonych, ze spuszczoną głową przyjmowałem do wiadomości, jak beznadziejny jestem. Jak beznadziejna jest moja przyszłość, jeśli pójdę ścieżką inną niż ta, którą kreślił przede mną mój ojciec.

I pewnie by się tak stało, a ja nie zboczyłbym tak bardzo i nie zmieniłbym losów tak wielu ludzi, których kochałem i na których mi zależało, gdyby nie… Tamta noc. Tamta cholerna noc, kiedy mój ojciec postanowił raz na zawsze wyprostować moje życie i ostatecznie zadecydować o mojej przyszłości. Tamta noc, kiedy… coś we mnie pękło. Coś zostało zniszczone. Ja zostałem zniszczony. Ten dobry chłopak, Łukasz Borowski. Syn mecenasa Borowskiego. Przyszłość rodziny i kancelarii. Tamtej nocy narodził się człowiek, który miał się stać jednym z najgroźniejszych ludzi w mieście. Który miał zniszczyć tak wiele osób. Który miał zniszczyć samego siebie. Którego losy były tak pokręcone, że słabszy psychicznie człowiek nie podołałby temu, co stanęło na jego drodze. Tamtej nocy, dzięki mojemu ojcu, który chciał stworzyć idealnego adwokata z przyszłością i perspektywami, tamtej nocy narodził się Lukas.

Prawdziwy ja.

CZĘŚĆ IWSCHÓD

Wschód Słońca – początek dnia. Moment, w którym tarcza słoneczna przekracza linię horyzontu. Położenie punktów wschodu i zachodu Słońca na horyzoncie zmienia się codziennie, a czas i miejsce wschodu Słońca są inne dla każdego miejsca na świecie. Zależy zawsze od pory roku oraz równoleżnika i południka, na którym dany punkt się znajduje1.

Rozdział 1

Łukasz Borowski patrzył na ścianę, którą zdobiła mozaika fotografii. Jego dawny pokój, teraz pusty. Zostały tylko te zdjęcia, które też wkrótce znikną. Całkiem niedawno jeszcze mieszkała w nim ta, która stała się dla niego jedynym celem. I wybawieniem. I odkupieniem. Ale teraz ten pokój, którego ściany widziały tak wiele i słyszały o wiele więcej, stał pusty, czekając na remont planowany na przywitanie nowego mieszkańca. Lub mieszkanki. Łukasz patrzył na fotografie: oto on jako dziecko, potem chłopiec, pchający wózek z niemowlęciem. On i jego młodszy o dziesięć lat brat, Krzysiek.

– Długą drogę przebyliśmy… – westchnął do siebie i spojrzał na kolejne zdjęcie, na którym on sam, już dorosły, uśmiechał się szeroko i trzymał w objęciach matkę. Miał chyba ze dwadzieścia osiem lat, węższe ramiona i włosy bez śladu siwizny, która dziś srebrzyła mu skronie, i znajdował się wtedy jednocześnie w najlepszym i najgorszym okresie swojego życia. Najlepszym, bo korzystał z tego, co przynosił mu los, nie martwiąc się o jutro. Najgorszym, bo teraz, z perspektywy przeżytych czterdziestu sześciu lat, wiedział, do czego go to doprowadziło. Chociaż… gdyby tak chciał analizować swoją przeszłość, to wszystko… wszystko zaczęło się o wiele wcześniej. Kiedy jego brat był zbyt mały, żeby to zapamiętać, a on sam wierzył jeszcze, że marzenia są po to, aby się spełniały. Aby przynosiły radość. Aby pokazywały, że warto się starać, bo to się zwróci i da nam satysfakcję po latach przeżytych z jasno wytyczonym celem. Ale on, Łukasz… Zboczył z tej drogi, wpadł w labirynt wąskich, krętych ścieżek, które swym zwodniczym urokiem dawały mu poczucie bezpieczeństwa, właściwie obranej drogi i władzy. Teraz dobrze wiedział, że nie było to nic innego, jak tylko złudzenie, atrapa. Jego samego. I życia, które mógłby wieść. Lecz teraz… kręte ścieżki się wyprostowały. I chociaż nadal nie wiedział, co czeka na niego za zakrętem, tak jak nie wiedział tego żaden człowiek, Łukasz wierzył, że to, co go spotkało, dało mu siłę do zaakceptowania tego niespodziewanego uśmiechu losu, który postawił na jego drodze ją, Magdę, i jej synka, dla którego był teraz ojcem.

– Coś taki zamyślony? – Krzysiek Borowski wszedł niepostrzeżenie do pokoju, zaskakując brata.

– A tak… wspominałem.

– To powspominamy razem. – Młodszy brat Łukasza błysnął uśmiechem i pokazał mu butelkę Ballantine’sa oraz dwie niskie szklanki, które trzymał w ręku.

– O! To zacznijmy już teraz. – Łukasz usiadł na podłodze i spojrzał wyczekująco na brata.

– Nasze dziewczyny bawią się dobrze. Dzwoniłem do Kaśki, usłyszałem: „Nie przeszkadzaj nam, jesteśmy zajęte”, a w tle dudniła muzyka. – Krzysiek usiadł obok, oparł się o ścianę i rozlał brunatny alkohol do szklanek.

– I uważasz, że to nie jest powód do interwencji? – Łukasz z rozbawieniem uniósł brew.

– Raczej nie. Mam tylko nadzieję, że nie zrobią zbytniego przemeblowania. – Krzysiek stuknął szklanką w szklankę brata i obaj wychylili trunek.

– Cieszę się, że Kaśka zaprzyjaźniła się z Magdą. Magda nigdy nie miała prawdziwej przyjaciółki. Takiej bliskiej osoby… – powiedział Łukasz, opierając głowę o ścianę i patrząc przed siebie.

– Wiem, stary. Też się cieszę. – Pokiwał głową Krzysiek. – Wszystko się nam w końcu wyprostowało.

– W końcu. Czasem mam wrażenie, że to mi się śni, że się obudzę i znowu będę sam – wyznał niespodziewanie Łukasz, a brat spojrzał na niego ze zmarszczonym czołem.

– Ciągle się tym gryziesz? Przecież nigdy nie byłeś sam.

– Byłem. I nie było to fajne.

– Domyślam się. Ale po co do tego wracać?

– Nie wracam. Ale dzisiaj… Zamiast iść gdzieś do klubu, bawić się, jak przystało na wieczorze kawalerskim, wolałem… – Łukasz spojrzał bratu prostu w oczy. – Wolałem spędzić go z tobą. Bo muszę ci coś opowiedzieć.

– Też chciałem z tobą się napić. Ale co musisz mi opowiedzieć?

– Historię pewnego człowieka. Wiesz, że czasami wystarczy impuls, ułamek sekundy, żeby zmienić własny los?

– No, coś słyszałem. – Krzysiek był wyraźnie zaniepokojony, bo jego brat znany był raczej z zabawowego trybu życia, a nie z filozoficznych rozważań o sensie egzystencji.

– Ze mną też tak było. Jedno wydarzenie sprowokowało następne i następne, i tak ruszyła machina. I teraz… po tym wszystkim chciałbym ci opowiedzieć historię. – Łukasz rozlał alkohol do szklanek i kiwnął głową w kierunku brata.

– Twoją historię? – Krzysiek wypił trunek.

– Historię kogoś, kogo kiedyś nienawidziłeś. Ty, twoja piękna. I ja sam czasami też. Historię Lukasa. – Łukasz jednym haustem wypił alkohol, oparł się ponownie o ścianę i nie patrząc na zaskoczonego brata, zaczął mówić.

***

Wróciłem z próby naszego szkolnego zespołu rockowego. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który założyliśmy z kumplami z klasy. Tygodniami staraliśmy się o jakieś warunki do grania, aż w końcu udało się wyprosić udostępnienie nieużywanego składziku w piwnicy szkoły. Teraz wreszcie mogliśmy przygotowywać się do konkursu amatorskich zespołów, którego wygranie otwierało nam drogę na wielką scenę. I choć staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby nie prowokować rodziców ani nauczycieli, to konkurs był najważniejszy.

Wszedłem po cichu do domu, bo było już dość późno i miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, żeby nie natknąć się na ojca, z którym ostatnio miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła, zanim na dobre zdołała rozgościć się w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, ojciec wyszedł z gabinetu. Patrzył na mnie jak zawsze, czyli krytycznie.

– Nie za późno? – spytał z marsową miną.

– Sorry. Próba się przeciągnęła – burknąłem.

– Nie zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady adwokackiej.

– W ten weekend?

– Tak, w ten.

– Miało być za tydzień. – Zaskoczony spojrzałem na ojca.

– Pomyliłem terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem. – Głos ojca był zimny jak lód.

– Nie ma mowy. – Zacisnąłem palce na rączce futerału.

– Słucham?

– Mówiłem ci chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli teraz wygramy, pojawi się szansa na nagranie płyty.

Ojciec wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej tyrady. Ale powiedział tylko:

– Będziesz musiał wybierać.

Spojrzałem na niego z uśmiechem.

– Już wybrałem.

– To znaczy?

Zmrużył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, żeby odnalazł w nich odrobinę ciepła. Choć muzyka była dla mnie wszystkim, to wiedziałem, jaki on ma do niej stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale ukrywałem to przed nim, bo przecież musiałem być przyszłym prawnikiem, powściągliwym, opanowanym i z kamienną maską zamiast twarzy.

– To znaczy, że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie – odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.

– Śmieszny jesteś – parsknął i wydawał się być naprawdę nieźle rozbawiony.

Ja za to byłem wkurzony. I to bardzo.

– Może jestem śmieszny. Ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz beze mnie.

– To się jeszcze okaże.

– Załóż się – warknąłem, wchodząc na schody.

– Łukasz.

No tak, znałem ten ton. Spodziewałem się tego. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru tego słuchać.

– Oszczędź sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla mnie ścieżkę kiedy indziej – wydusiłem przez zęby i pobiegłem do siebie, trzaskając drzwiami tak, że pewnie obudziłem Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mnie.

„Kurwa!” – zakląłem.

Czy kiedykolwiek ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na dziedzica rodzinnej tradycji i spadkobiercę nazwiska Borowski w tym jego śmiesznym świecie? Znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Wszystko, czego ode mnie oczekiwał. Wszystko, by był ze mnie dumny. Nigdy nie miał ze mną najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem, szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec… szanowałem go, oczywiście, ale… Czy go kochałem?

Boże…

Oczywiście, że tak. Ale…

Czy on kochał mnie?

***

Krzysiek spojrzał na Łukasza, który wpatrywał się w przestrzeń, jakby ciągle miał przed oczami obrazy sprzed niemal trzydziestu lat.

– Kurcze, tego nie pamiętam… To znaczy… czasami, jak przez mgłę, przypominam sobie, że gdy wchodziłem do twojego pokoju, ty na czymś grałeś. Ale na czym i czy w ogóle? – Krzysiek przyglądał się bratu, jakby go zobaczył po raz pierwszy w życiu.

– Bo dwa dni później przestałem grać. I już nigdy do tego nie wróciłem… – Łukasz obrzucił brata szybkim spojrzeniem. – Dlatego nie pamiętasz.

***

Gdy nadszedł ten cholerny piątek, od razu po szkole wróciłem do domu, żeby się spakować, bo następnego dnia z samego rana jechaliśmy do Zielonej Góry. W domu nikogo nie było, mama jeszcze nie wróciła z sądu, Krzysiek planował weekend u dziadków. Miałem nadzieję, że ojciec pojechał już na ten swój zakichany prawniczy spęd. Od tamtej rozmowy po próbie nie widzieliśmy się, unikałem go i on chyba mnie też. Mama nawet nie zauważyła, co się dzieje, bo przygotowywała się do tej dzisiejszej rozprawy, a poza tym nie chciałem jej niepotrzebnie denerwować.

Zjadłem coś na szybko, wykąpałem się i poszedłem spakować jakieś ciuchy. Przesłuchania miały trwać cały dzień i mieliśmy zaklepany pokój u kolegi mojego kumpla z zespołu. Pakowałem się, jednocześnie rozmawiając z moim kolegą, a właściwie przyjacielem, Sebą, gdy usłyszałem, że na podjazd wjeżdża jakieś auto.

– O cholera… – mruknąłem. – Seba, muszę kończyć, stary wrócił. Nie zaśpij jutro! – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę na widełki.

Zszedłem na dół, rzuciłem spakowany plecak na kanapę, a futerał z saksofonem ostrożnie oparłem o kanapę. Postanowiłem zrobić sobie kanapki na podróż i gdy ojciec wszedł do kuchni, akurat pakowałem je do woreczków i chowałem do lodówki.

– Czyli podjąłeś decyzję? Bo, jak widzę, nie jesteś jeszcze gotowy – powiedział dziwnie spokojnym tonem.

– Jestem gotowy. Jadę jutro na przesłuchanie. To jest moja pasja. Wiesz, co to jest pasja? Miałeś kiedyś jakąś? – Oparłem się o lodówkę i patrzyłem na ojca z góry. Wyrosłem przez ostatni rok bardzo, już miałem metr osiemdziesiąt dziewięć i wciąż rosłem.

– Pasja to jedno, a odpowiedzialność – drugie. Mylisz te dwa pojęcia. – Ojciec nieco się ode mnie odsunął, jakby moja obecność go przytłaczała.

– Nie mylę pojęć, tato. Studia są dla mnie bardzo ważne. Chodzę przecież na te kursy przygotowawcze i wiesz, że sobie dobrze radzę. Ale muzykę kocham. Wiedziałbyś to, gdybyś się zainteresował. A ty nigdy nawet nie chciałeś posłuchać, jak gram. – Byłem nadzwyczajnie spokojny. W środku cały się trząsłem z nerwów, ale mówiłem opanowanym głosem.

– Mnie interesuje twoja przyszłość, a ty i ta twoja trąbka to, w najlepszym wypadku, dworzec i kapelusz, do którego przechodnie wrzucają drobniaki.

Parsknąłem.

– Daj spokój, robisz z tego jakąś tragedię.

– Mówię ci, co cię czeka, jeśli nie zaczniesz poważnie podchodzić do swojego życia.

– Wiesz co? Do swojego życia podchodzę cholernie poważnie. Mam siedemnaście lat, a czuję się, jakbym miał czterdzieści! Nigdy nie dałem ci powodów do niepokoju, nigdy nie zrobiłem nic głupiego, nigdy nie zraniłem mamy ani ciebie. Zawsze robiłem wszystko tak, jak tego chciałeś. A kiedy chcę wreszcie zrobić coś dla siebie, coś, co kocham, co jest we mnie, tutaj! – Uderzyłem się zwiniętą pięścią w pierś. – Ty to sprowadzasz do jakiegoś… gówna!

– Łukasz… – Ojciec użył swojego ostrzegawczego tonu, ale machnąłem ręką i ruszyłem w stronę holu.

– Gdzie idziesz, jeszcze nie skończyłem! – krzyknął za mną, jednak ja byłem już na schodach.

– Ale ja skończyłem! Będę spał dzisiaj u Seby, a jutro rano wyjeżdżam. Uparłeś się na ten swój wyjazd, ale ja też jestem uparty! – krzyknąłem już z samej góry. Otworzyłem drzwi i wpadłem do środka. Włożyłem trampki, narzuciłem moją wysłużoną ramoneskę i zbiegłem na dół.

Ojca już nie było, usłyszałem, jak zamknęły się za nim drzwi. Po chwili dobiegł mnie dźwięk odpalanego silnika.

– I bardzo dobrze… – mruknąłem i wbiegłem do salonu.

Plecak zarzuciłem na ramię, ale czarnego futerału nigdzie nie było. Rozejrzałem się nieco zdezorientowany, bo byłem pewien, że stał oparty o kanapę. Pobiegłem do kuchni, tam też go nie było. Hol, łazienka, ponownie mój pokój. Nie… To niemożliwe… Myśl, niedorzeczna, nieprawdopodobna myśl zaświtała mi w głowie i zanim tak naprawdę ją pojąłem, zanim dotarło do mnie, jak wielkim byłoby to okrucieństwem, już byłem na podjeździe. Ojciec wycofał samochód i wyjechał na ulicę. I wtedy… W żółtawym świetle latarni na siedzeniu pasażera dostrzegłem znajomy kształt. Stałem jak wmurowany, nie mogąc się ruszyć, myśleć, odetchnąć, i patrzyłem, jak mój ojciec odjeżdża z moim saksofonem w czerń nocy.

***

Krzysiek patrzył zszokowany na Łukasza, który rozlewał kolejnego drinka.

– Kurwa… Łukasz… Chcesz powiedzieć, że stary zabrał ci saksofon, wiedząc, jakie to dla ciebie ważne?

– Dokładnie tak.

– Jezu… Nie mogę tego zrozumieć. – Krzysiek pokręcił głową, a jego brązowo-niebieskie oczy ze zdumienia otworzyły się szeroko.

– Ja to doskonale rozumiałem. Stary był facetem, który wszystkim zawsze wyznaczał zasady i drogę. Ja ośmieliłem się i złamać zasady, i zejść z wytyczonej trasy. Stałem się wrogiem, którego należało unieszkodliwić. A na pewno złamać. I wiesz co? – Łukasz uśmiechnął się uśmiechem, od którego od razu Krzyśkowi przeszedł po plecach dreszcz. Bo to był uśmiech człowieka, o którym Krzysiek nie chciał pamiętać.

– Co, Łukasz? – spytał łagodnie, chociaż złość, strach i współczucie paliły mu gardło i płuca.

– Ale to ja jego złamałem. Wtedy… tamtej nocy… poszedłem do Drakona. Tej speluny niedaleko nas. I tam… – Łukasz zamknął oczy, wziął głęboki wdech i znowu poczuł ten duszący smród papierosów i taniego wina, pomieszany z milionem innych aromatów, które wypełniły jego płuca, gdy nie myśląc o niczym, wszedł wtedy do klubu. – I tam… do środka wszedł Łukasz, ale następnego dnia, o piątej rano, na zewnątrz wyszedł już Lukas… Braciszku…

Rozdział 2

W Drakonie było tak, jak się spodziewałem, że będzie. Nie, żebym znał tę knajpę. Stroniłem od knajp, nawet nie dlatego, że byłem jakimś odludkiem czy nie lubiłem się zabawić. Miałem kumpli, na brak zainteresowania ze strony dziewczyn też nie narzekałem, chociaż nie z żadną nie byłem na stałe. Zwyczajnie nie miałem czasu, by tracić go na knajpy lub dziewczyny: nauka, ćwiczenia i próby zabierały mi niemal całe dnie.

Usiadłem przy barze, muzyka dudniła mi w uszach, dym dusił płuca, a barman obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. Zamówiłem piwo, nie miałem z tym problemu, bo wyglądałem dosyć poważnie. Zresztą w tamtych czasach nie było takich nacisków jak teraz, więc nieletniemu łatwo było kupić alkohol. I pierwszy raz skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Nagle poczułem klepnięcie w plecy.

– Borowski? Co ty tutaj robisz?

Odwróciłem się i spojrzałem w twarz Jarka Maślickiego, zwanego Maślakiem lub po prostu Jarem. Jarek był dwa lata starszy ode mnie i w zeszłym roku został wyrzucony z naszego liceum. Generalnie sam się wyrzucił, nie chodząc w ogóle do szkoły i doprowadzając tym nauczycieli do szału. Szczególnie że był zdolnym chłopakiem, w pierwszej klasie wygrał olimpiadę matematyczną, a potem jakby coś w niego wstąpiło. Chodziły słuchy, że Maślak często był widziany pod hotelem Monopol, gdzie zaczepiał zagranicznych turystów, i generalnie wszedł w jakieś mało ciekawe klimaty. Osobiście lubiłem się z Maślakiem, choć niewiele nas łączyło.

– Piję. – Wzruszyłem ramionami.

Spojrzałem na towarzyszącego mu mężczyznę. Facet miał około trzydziestki, krótkie, obcięte na jeża włosy i był nawet nieźle ubrany. Maślak też wyglądał całkiem przyzwoicie, a na jego nadgarstku połyskiwał gruby złoty łańcuch.

– Możemy się przyłączyć? – spytał Jarek, patrząc na mnie z uśmiechem.

– Jasne. – Kiwnąłem głową i nawet nie wiedziałem, że tym samym przypieczętowałem swój los na najbliższe lata.

***

Krzysiek wpatrywał się w trzymaną w ręku szklankę z whisky i usilnie nad czymś rozmyślał.

– O czym myślisz? – spytał Łukasz.

– Myślę… Przypominam sobie. Wiesz… Coś kojarzę z tamtego okresu. Pamiętam ojca, jak się na ciebie wydzierał, ty trzaskałeś drzwiami, wychodziłeś z domu i nie wracałeś. Pamiętam też, że mama z ojcem się kłócili, oskarżali wzajemnie. A potem…

– Potem odpuścili. Zajęli się tobą, bo na mnie nie mieli już siły – dokończył Łukasz obojętnym tonem. – Wiem, że zachowywałem się jak skurwiel. Ale wtedy… czułem się bardzo dobrze, czułem się wreszcie dostrzegany. I potrzebny.

– Pamiętam, jak przerwałeś naukę.

– Tak, na drugim roku studiów. Nie było mi to potrzebne. Maślak wciągnął mnie w swój biznes, wyprowadziłem się, handlowałem walutą, złotem, czym się dało. Potem doszły prochy. A gdy zdałem maturę, na imprezie w klubie Maślaka, bo on już wtedy miał swój klub, poznałem kogoś, kogo dobrze znasz. – Łukasz uśmiechnął się, patrząc w pochmurne oczy brata.

***

Odebrałem świadectwo dojrzałości i od razu ze szkoły pojechałem do „U Jara”. To była knajpa Maślaka, mojego dobrego kumpla, dzięki któremu od niemal dwóch lat byłem znany na mieście. Jako człowiek, u którego można kupić niemal wszystko. Jako człowiek, któremu można zaufać. Jako człowiek, który nie lubi przemocy, ale nie waha się, gdy trzeba jej użyć. Jako Lukasa, człowieka Jara. Jaro wprawdzie podlegał Wasylowi, ale nie przeszkadzało mi to, nawet mi to pochlebiało. Zmieniłem się i moje podejście do życia też się zmieniło. Kiedyś aprobata ojca była najważniejsza, teraz… Nie zliczyłbym, ile razy od tamtej pamiętnej nocy próbował ze mną porozmawiać. Ale ja… Oddalałem się coraz bardziej. Od niego. Od matki. Nawet od brata, chociaż z tym miałem największy problem. Ale wszelkie zdradzieckie sentymenty dusiłem w zarodku, nie pozwalając im się wydostać i nade mną zapanować. Bo życie to była walka. Nie było miejsca na uczucia, na przemyślenia, na zastanawianie się nad tym, co będzie. Bo co miałoby być? Gówniane życie, a potem śmierć. Liczyło się tu i teraz. A tu i teraz… zaczynałem się coraz lepiej bawić. Wtedy… ojciec odjechał spod domu nie tylko z moim saksofonem. O nie. Wraz z czarnym futerałem zabrał całą dobroć, jaką w sobie miałem, moje serce, moją pasję, moje życie. Mój zespół się rozpadł, zerwałem kontakt z Sebą i resztą grupy i wcale nie było mi z tego powodu przykro. Teraz miałem inne priorytety.

W knajpie Jara było już trochę ludzi, przywitałem się ze wszystkimi, byłem tutaj dobrze znany. Na pewno w przełamaniu pierwszych lodów pomógł mi mój wygląd, gdyż wszyscy raczej ostrożnie podchodzili do kogoś mojej postury. A poza tym byłem człowiekiem Jara, jego prawą ręką, a on naprawdę wiele znaczył na mieście.

Poszedłem do loży, w której siedział Jaro, Buźka, ten sam, którego spotkałem tamtej pierwszej nocy w Drakonie, Wasyl i jeszcze jakiś facet, którego nie znałem. Koleś był pewnie niewiele starszy ode mnie, ostrzyżony na jeża i przypakowany. I prawie tak wysoki jak ja. Kiwnąłem na powitanie głową, a gdy Jaro mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko i zawołał:

– Lukas, gdzie byłeś, sukinsynu?

– Świadectwo odbierałem – mruknąłem.

– Co, kurwa? – Jaro parsknął śmiechem.

– Nieważne. Jakieś plany? – Zerknąłem na wielkoluda, który gapił się na mnie, co trochę mnie wkurzało.

– Jest taka mała dyskoteka. Niedaleko rynku. Pan właściciel nie chce współpracować. Zaproponowaliśmy mu ochronę, dziewczyny, pewność, że klub nie spłonie od przypadkowo zaprószonego ognia, ale frajer jest strasznie uparty.

– No i?

Kiwnąłem głową kelnerce, która przyniosła mi whisky, wiedząc, że to mój ulubiony trunek. Gdy stawiała przede mną szklankę, otarła się biustem o moje ramię. Uśmiechnąłem się i wsunąłem jej banknot do kieszonki fartuszka.

– No, Lukas, Ewa na ciebie leci. – Buźka uniósł brwi, a ja zmierzyłem go zimnym spojrzeniem.

– Dobra, Ewą Lukas zajmie się później, teraz słuchajcie. – Wasyl przejął pałeczkę i zaczął wyjaśniać cel spotkania.

Zadanie było proste. Miałem pojechać do tej dyskoteki i wytłumaczyć właścicielowi w klarowny sposób, na czym polega współpraca z grupą Wasyla. Że się nie odmawia i że się jest przyjaźnie nastawionym. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu, już kilka razy byłem na takich „rozmowach”, więc i tym razem wiedziałem, jak zakończą się nasze negocjacje.

– Nie ma problemu, pojadę z Buźką. – Skrzyżowałem ramiona i patrzyłem na mojego szefa.

– Nie. Pojedziesz z nim. – Jaro kiwnął głową w kierunku nieznajomego kolesia, który siedział cicho i gapił się na mnie z zainteresowaniem.

– A kto to, kurwa, jest?

– Tomek, przedstaw się. – Jaro spojrzał na chłopaka, na co ten się podniósł.

Stwierdziłem, że chyba jednak jesteśmy równego wzrostu.

– Tomek Misiak jestem. – Podał mi rękę.

– Lukas – mruknąłem i uścisnąłem mu dłoń. Odwróciłem się i spojrzałem na Jara. – Wolę jechać z Buźką. A nie z jakimś żółtodziobem.

– Tomek daje radę. Niech się wykaże. Ty też kiedyś byłeś żółtodziobem. Zajmij się nim, Lukas, wytrenuj go, to będzie twój człowiek. Mam wobec ciebie plany. – Wasyl spojrzał na mnie i wiedziałem, że będzie tak, jak on chce.

– Dobra. To posłuchaj mnie… Fazi – zwróciłem się do tego całego Misiaka, który drgnął na dźwięk ksywki, jaką właśnie mu nadałem, ale nic nie powiedział, tylko nie spuszczał ze mnie wzroku. – Robisz, co ci mówię, i nie wychylasz się. Kumasz? – Uniosłem brew.

Wielkolud kiwnął głową i powiedział niskim, dudniącym głosem:

– Kumam, szefie.

Spojrzałem na Wasyla, a ten uśmiechnął się szeroko.

– I czy nie jest idealny?

***

Krzysiek przewrócił oczami.

– Taa, Fazi, mój ulubieniec. Można powiedzieć, że własną piersią go wykarmiłeś.

– Chyba pięścią. – Uśmiechnął się Łukasz. – Ale mimo wszystko Fazi był naprawdę dobrym żołnierzem. W sumie nie tylko. To był naprawdę… dobry kumpel.

– Wiesz, co teraz się z nim dzieje?

– Pewnie, że wiem. Zajęliśmy się nim z Ratajczakiem. Nie mogłem go przecież zostawić. Ma dziewczynę, dziecko. Czasami nawet nam pomaga. Fazi kochał ryzyko i szybkie życie. Ale pod warunkiem, że ja też tam byłem. Teraz zmieniły mu się priorytety. I bardzo dobrze. Kiedyś musiały. – Łukasz pokiwał głową, jakby do siebie.

– Szkoda, że ty tak wcześniej nie myślałeś.

– Bracie, wcześniej to ja myślałem o milionie różnych rzeczy, ale na pewno nie o przyszłości. Wcześniej myślałem, na ten przykład, o dziewczynach. Taaak. O nich myślałem naprawdę dużo. – Łukasz pokręcił głową i Krzysiek uśmiechnął się powściągliwie, bo pod tym względem to akurat z przeszłości pamiętał aż zbyt wiele.

***

Takie akcje, jak tamta w dyskotece koło Rynku, zdarzały nam się coraz częściej. Zgraliśmy się z Fazim, ja mówiłem, on wykonywał moje polecenia, a bił się równie dobrze. Często był z nami Buźka i w krótkim czasie rozeszła się po mieście wieść, że Lukas zaczyna mieć coraz większy zasięg. I tak właśnie było. Byłem wtedy chyba na drugim roku prawa, na które dostałem się bez problemu. I bez przekonania. Nie zrobiłem tego dla ojca. Zrobiłem to dla mamy, która, widziałem i doceniałem jej starania, próbowała do mnie dotrzeć, przekonać, pogodzić mnie z ojcem, ale na próżno. Może gdyby on wykazał chociaż śladowy entuzjazm lub odrobinę dobrej woli, może. Kto wie. Nie ma co gdybać. Marzenia ściętej głowy. Ale moja władza rosła i rosło poważanie wśród kumpli. I u kierownictwa. Jeśli można tak nazwać naszych bossów.

Gdy w krótkim czasie udało mi się przejąć dla naszej grupy trzy kolejne kluby, dostałem ekstrapremię od Wasyla. W jednym z tych klubów zorganizował takie party, że przez dwa dni dochodziliśmy do siebie. Dla mnie to było niesamowite. Wkręcałem się w ten świat coraz bardziej. Jeździłem niezłym samochodem, wszyscy mnie znali, a przynajmniej o mnie słyszeli. No i dziewczyny. O ile wcześniej nie korzystałem z tego dobrodziejstwa, o tyle teraz miałem go w nadmiarze. Laski były chętne, wodziły za mną oczami i zrobiłyby wszystko, żebym tylko przewiózł je moją bryką. I robiły. Co chciałem.

Na jednej z imprez Wasyl zawołał mnie do swojego gabinetu i poczęstował alkoholem.

– Siadaj, Lukas. Chciałem z tobą spokojnie pogadać, z dala od tego całego burdelu.

– Jasne, szefie. – Wziąłem od niego szklankę i usiadłem w skórzanym fotelu.

– Doceniamy twój wkład i starania. Jesteś zdolny, cholernie zdolny – zaczął Wasyl, patrząc na mnie uważnie.

Taaak. Zdolny. Po prostu byłem szybki, wielki i wkurwiony. Ale to akurat zatrzymałem dla siebie. Pokiwałem głową i mruknąłem:

– Dzięki.

– Koledzy ze Wschodu zaczynają o ciebie pytać. Wiesz, że to dobrze?

– Jeśli tak twierdzisz. – Wzruszyłem ramionami.

Mój szef i pozostali już mnie znali. Nie mówiłem wiele, robiłem dużo. Może i sprawiałem wrażenie odludka, ale potrafiłem podporządkowywać sobie ludzi. Kiedy trzeba było mówić, mówiłem, a oni słuchali; kiedy słowa zawodziły i trzeba było bić, biłem, a oni krwawili.

Byłem idealny. Dla nich, dla ludzi pokroju Wasyla. I w sumie… Kręciło mnie to. Cholernie.

– Oj, Lukas, ty skurwysynu. – W ustach Wasyla był to największy komplement. – Mamy dla ciebie propozycję.

– To znaczy?

– Chcemy, żebyś zajął się prowadzeniem trzech nowo przejętych klubów.

– Czyli?

– Proste. Potrzebujemy szefa. Takie teraz modne słowo z Zachodu jest – menadżera. Będziesz idealny. Zbierz sobie zespół. Wiem, że na pewno weźmiesz ze sobą Faziego. – Wasyl popatrzył na mnie ze zrozumieniem.

– No, nie ma innej opcji – odparłem.

– Tak myślałem. Będzie nam lepiej kontrolować to, co się tam dzieje, jeśli ty się tym zajmiesz. Poza tym szykuje się nowa partia towaru, trzeba to jakoś rozprowadzić.

Wziąłem głęboki wdech. Narkotyki. Jasne, w taki świat wchodzisz z otwartą głową, to nie jest szwedzki stół. Albo wszystko, albo wycieczka za miasto w bagażniku. Ale i tak były rzeczy, które nawet wtedy trudno mi było zaakceptować.

– Jasne, szefie. Zajmę się tym. – Kiwnąłem głową.

– Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć. – Wasyl uśmiechnął się i rzucił w moim kierunku klucze. – To teraz twoje mieszkanie. Tu masz adres. – Podał mi zapisaną kartkę.

Zerknąłem na nią.

– Przy samym rynku. – Pokiwałem głową z uznaniem.

– Będziesz miał blisko do pracy – zarechotał. – Możesz jechać już dzisiaj. Jest w pełni umeblowane.

– Dzięki – mruknąłem, podałem mu rękę i wyszedłem.

Na zewnątrz czekała już Anka czy Anita, sam nie wiedziałem, jak ona właściwie ma na imię.

– Lukas, szukałam cię. – Uśmiechnęła się i przylgnęła do mojego ramienia.

Była szczupłą szatynką z niezłymi cyckami. Przeleciałem ją już dwa razy, raz na zapleczu klubu, a raz w moim samochodzie. Nie była zbyt lotna, ale umiała się pieprzyć.

– No to znalazłaś. Jedziemy do mnie. – Objąłem ją, a ona, uszczęśliwiona, nie mogła uwierzyć, że spojrzałem na nią łaskawszym okiem i w dodatku zabierałem ją do siebie.

– Do ciebie? – pisnęła i wtuliła się we mnie bardziej.

Zacisnąłem dłoń na jej pośladku i popchnąłem ją w kierunku wyjścia.

I jak kurwa miałem z tego zrezygnować? Jak? I w sumie… po co mi były te studia?

***

– O kurczę… – Krzysiek odstawił pustą butelkę, ale Łukasz skoczył szybko na dół i zaraz pojawiła się następna.

– No, takie były początki. Podobało mi się takie życie. Nie będę cię okłamywał, Krzysiek. Ale tak przecież było. Wiesz, nienawidziłem narkotyków, uzależnienia. Od czegokolwiek. Ale… – Łukasz uśmiechnął się z przekąsem i spojrzał bratu prosto w oczy. – Przecież ja sam byłem doskonałym przykładem uzależnienia. Od tego całego bagna, w którym spędziłem kilkanaście ładnych lat.

– Gdy zrezygnowałeś ze studiów…

– No właśnie, à propos… Studia. Z tym też było wesoło. – Łukasz uśmiechnął się swoim dawnym, Lukasowym uśmiechem i zapatrzył w przybrudzoną ścianę.

***

Ojciec chciał mnie widzieć. Odkąd Wasyl dał mi to mieszkanie na mieście, nie mieszkałem już w domu. Wpadałem od czasu do czasu pogadać z Krzyśkiem i z mamą. Z ojcem niekoniecznie. A teraz on chciał znowu porozmawiać. No dobrze. Przyjechałem, ciekawy, co tym razem wymyślił, jak tym razem będzie mnie przekonywał do powrotu.

Najpierw poszedłem do brata, który właśnie wrócił z przejażdżki rowerowej. Krzysiek nauczył się jeździć na rowerze, gdy miał cztery lata, i od tamtego czasu to była jego ulubiona zabawa. W sumie to ja nauczyłem go jeździć. Kiedyś spędzaliśmy dużo czasu razem, teraz, oddalając się od tego domu, oddaliłem się też od mojego młodszego brata, i to mnie bardzo martwiło. Porozmawiałem z Krzysiem, przejrzałem jego zeszyty, zostawiłem mu trochę ekstrakasy i obiecałem, że przyjadę za tydzień i pojedziemy na wycieczkę. Zszedłem na dół, wiedząc, że w gabinecie czeka na mnie ojciec. Wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka.

– Witaj – powiedziałem, siadając na wskazanym przez ojca krześle po drugiej stronie dębowego biurka.

A więc byłem nikim więcej jak tylko petentem. Klientem.

– Widzę, że w końcu znalazłeś czas, żeby się ze mną spotkać. To dobrze.

– O co chodzi?

– Załatwiłem ci przeniesienie na Uniwersytet Warszawski. Wyjedziesz do Warszawy, mój kolega, mecenas Żak, zgodził się wziąć cię pod swoje skrzydła. Trzeci rok zaczniesz tam.

Patrzyłem na niego ze zdumieniem, które odbierało mojej twarzy wszelkie ślady inteligencji.

– Potem będziesz mógł u mecenasa Żaka robić aplikację.

– To też już załatwiłeś? – Odzyskałem wreszcie głos.

– Oczywiście.

– Super. Egzamin na aplikację też już za mnie zdałeś?

– Nie musisz silić się na złośliwość. Daję ci szansę.

– Na co?

– Na wyrwanie się stąd, z tego środowiska, w jakim się teraz obracasz. Myślisz, że nie wiem, czym się zajmujesz, gdzie bywasz i z kim?

– Myślę, że doskonale wiesz, ale średnio mnie to obchodzi. – W kłamstwach byłem jednak mistrzem.

– Po raz kolejny udowadniasz, że się co do ciebie nie myliłem. – Ojciec zmierzył mnie surowym wzrokiem.

– To znaczy?

– Jesteś głupi i nieodpowiedzialny. Marnujesz sobie życie, zachowując się jak szczeniak.

– Jasne. Wiesz, że w życiu musi być równowaga? – Pochyliłem się w jego stronę i oparłem łokcie na kosztownym dębowym biurku. – Przez dwadzieścia lat zachowywałem się jak dorosły, teraz czas na trochę zabawy.

– Łukasz, daj spokój. – Ojciec zorientował się chyba, że uderzył w złą strunę, bo teraz, dla odmiany, postanowił zagrać dobrego glinę.

– Tobie? Nawet od zaraz. Tylko czy ty dasz spokój mnie?

– Łukasz, kupiłem ci nowe auto, kluczyki leżą w twoim pokoju. Jest tam też coś specjalnego. Idź i zobacz. Zrób to. Jeśli nie dla mnie, to dla matki – dodał szybko, widząc moją zaciśniętą szczękę.

Jak zawsze wykorzystywał moją słabość. Matkę. Krzyśka. Zerwałem się z krzesła i pobiegłem do pokoju. Najchętniej wybiegłbym z tego domu, wsiadł do auta i odjechał w cholerę, ale nie chciałem robić przykrości bratu. Otworzyłem drzwi i spojrzałem na łóżko. Widok, jaki ukazał się mym oczom, sprawił, że ogarnęła mnie tak wielka wściekłość, tak ogromny, obezwładniający żal i gniew tak potężny, że jednocześnie pragnąłem osunąć się na podłogę i płakać oraz stanąć na środku i rozwalić wszystko w drobny mak. Bo na łóżku oprócz kluczyków do bmw leżał nowiutki, błyszczący saksofon.

– Kurwa… – szepnąłem, szarpnąłem się w tył, o włos unikając zderzenia z framugą, i przeskakując po trzy schody naraz, zbiegłem na dół. Wpadłem do gabinetu ojca, oparłem się na jego biurku i powiedziałem głosem zbyt spokojnym jak na emocje, które wciąż mną targały:

– A więc na tyle mnie wyceniasz. Samochód i saksofon? Myślisz, że to wystarczająca zapłata za to, co spierdoliłeś trzy lata temu? Gdy zostawiłeś mnie na tej ciemnej ulicy, odjeżdżając z moimi marzeniami? Mnie się nie da kupić, mecenasie Borowski. Ja jestem Lukas, chłopak z miasta, a na mieście zasady są proste – oko za oko, ząb za ząb. I bądź pewien, że jeszcze ci się nie odpłaciłem. A te dwie łapówki – wskazałem palcem w górę – przekaż biednym. Albo jakiemuś innemu obiecującemu studentowi prawa, bo ja już nim nie jestem. Tato!

Rozdział 3

Łukasz zamyślił się na chwilę, a Krzysiek przetrawiał informacje, którymi uraczył go brat. Pamiętał tamten okres niezbyt dobrze, jedyne, co utkwiło mu w głowie, to to, że z jego starszym bratem był jakiś kłopot. Ojciec wieszał na nim psy, mama płakała, a on sam tęsknił. I cieszył się każdą chwilą, jaką udało mu się z nim spędzić. A było ich coraz mniej, w miarę jak Krzysiek rósł, a Łukasz coraz głębiej i głębiej wchodził w ten swój nowy świat. A potem… poznał Gośkę i wszystko całkiem się spieprzyło.

– Zamyśliłeś się. – Łukasz spojrzał na młodszego brata.

– Jak poznałeś Gośkę? – spytał Krzysiek nieoczekiwanie.

Łukasz drgnął na sam dźwięk jej imienia. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie spokojnie myśleć o dziewczynie, która była jego pierwszą miłością. Pokręcił głową.

– Opowiem ci. Ale później. Zanim ją poznałem, w moim życiu działo się wiele chorych, dziwnych, a czasami – szalonych rzeczy.

***

Gdy przyjąłem propozycję Wasyla, bo osobom takim jak Wasyl się nie odmawia, moja pozycja się umocniła. Miałem zapewnione wejście do niemal każdego klubu, coraz więcej wolnych strzelców chciało się do nas przyłączyć, a moi szefowie szykowali się do rozszerzenia zarówno naszego zasięgu, jak i rodzaju świadczonych usług. Choć i tak mieliśmy niewąski wachlarz, dla każdego coś dobrego. Oczywiście, rozrastająca się paleta przyjemności powiększała naszą sferę wpływów, a na to miałem bezpośredni wpływ. Dlatego też, zanim ukończyłem dwudziesty pierwszy rok życia, jeździłem już najnowszym modelem BMW, który kupiłem sobie sam, bez pomocy ojca. Kupiłem też w śródmieściu mieszkanie, które wyremontowałem i urządziłem wedle własnego pomysłu. Pod moim kierownictwem działało już sześć klubów we Wrocławiu. W jednym z nich urządziłem swoje biuro i generalnie byłem cholernie zadowolony z życia. Kasa nie stanowiła problemu. Fazi został moją prawą ręką i dowodził grupką zaufanych żołnierzy. Fazi nie był głupi, o nie. Ale znał hierarchię i podporządkował się jej bez szemrania. Za to naszymi ludźmi od czarnej roboty zarządzał naprawdę doskonale. Można by powiedzieć, urodzony kierownik. A chociaż byłem dyrektorem działu, Wasyl zaś – dyrektorem departamentu, to nadal nie znałem prezesa. Ale bardzo chciałem go poznać. I z tego, co wiedziałem, on coraz bardziej chciał poznać mnie. Jaro przestał się liczyć i widziałem, że czasami miał do mnie o to pretensje, ale nigdy nie zrobił nic, co spowodowałoby jakąkolwiek reakcję z mojej strony. Lubiłem gościa i wolałem nie psuć układów między nami. Lepiej, żeby on także tego nie chciał. Bo nie byłem już człowiekiem, który by się kierował sentymentami. Nie w tym życiu i nie w tym biznesie. Czy byłem zimnym draniem? Wtedy byłem pewien, że tak. Z czasem wiele się zmieniło, ale wówczas, na początku mojej drogi… Tak. Byłem świetnym kumplem, szczerym aż do bólu, zawsze można było na mnie liczyć. Potrafiłem wszystko załatwić i szybko budowałem sobie szacunek. Ale gdy ktoś mnie wkurwił… Nie było zmiłuj. I tak zostało do dzisiaj. Oczywiście, nie wszystko szło jak po maśle. Takie życie było niezwykle ryzykowne. I nie chodziło tylko ze strony stróżów prawa, z którymi, jak na razie, nie miałem na szczęście do czynienia. Wiedziałem jednak, że już wkrótce znajdę się na ich liście i stanę się obiektem może nie tyle zainteresowania, ile obserwacji. Wiedziałem o tym i pogodziłem się z tym. Można by powiedzieć: efekt uboczny albo, jak kto woli, ryzyko zawodowe. Ale oprócz oczywistego ryzyka wiążącego się z życiem na granicy prawa pojawiały się również inne zagrożenia. Tak jak w normalnej organizacji: kiedy pniesz się w górę, musisz uważać na zazdrosnych konkurentów. Podobnie było i w naszej zorganizowanej grupie, przez niektórych zwanej przestępczą. Zupełnie niesprawiedliwie. Przecież my tylko dawaliśmy ludziom to, czego chcieli. Zapewnialiśmy im rozrywkę i przyjemności. Ochronę i bezpieczeństwo. Byliśmy polisą ubezpieczeniową, czasem nawet nie trzeba było płacić składek. Wystarczyło, że właściciel klubu zgodził się zatrudnić naszych chłopców do ochrony, a nasze dziewczyny do towarzystwa. I tak się właśnie zarabiało. Dziewczyny sprzedawały przyjemności, chłopcy umożliwiali handel rozmaitościami, a zyski z tego wpadały do naszych kieszeni. Udoskonaliłem tę działalność, a najwyższym szefom spodobało się to tak bardzo, że zaczęli wprowadzać podobny system u siebie na Wschodzie i Południu. Gdybym pracował w normalnej firmie, na normalnym stanowisku, dostałbym pewnie awans i jakąś podwyżkę. A w naszej organizacji otrzymałem w sumie to samo. Tylko o wiele większej wartości. Bo kasa na pewno była o niebo lepsza, a i stanowisko wyższe. No i jeszcze te wartości dodane. Imprezy integracyjne, na których integrowałem się z żeńską częścią personelu wielokrotnie i w różnorakich konfiguracjach. A niekiedy nawet robiłem sesje grupowe, bo uważałem, że skoro amatorek integracji jest tak wiele, to należy uwzględnić je wszystkie, i to nawet w tym samym czasie. Tak. Byłem naprawdę hojnym i otwartym szefem.

Lecz gdy ja rosłem w siłę i cieszyłem się poważaniem u szefów, rosła także grupa osób, która życzyła mi źle i która chętnie widziałaby mnie na dnie rzeki. Zdawałem sobie z tego sprawę i mocno pilnowałem tyłów. Dbanie o dupsko to była podstawa w tym biznesie.

Wprowadzaliśmy właśnie nową partię towaru: trawa, koka, LSD. Nie bawiłem się w szkolnych detalistów, bo może nie byłem mistrzem moralności, ale uważałem, że dilowanie pod szkołami to kurewstwo. I zabraniałem tego moim ludziom. Ale jeszcze nie miałem aż tak wielkiej władzy, żeby łudzić się, że wszyscy byli bezwzględnie posłuszni. A poza tym nasi ludzie też korzystali z usług płotek, często uczniów szkół średnich, którzy starali się podnieść nieco swoje kieszonkowe. Na to też nie pozwalałem, moi najbliżsi współpracownicy doskonale o tym wiedzieli. Wasyl śmiał się z tego mojego „dziwactwa”, ale nie starał się jakoś specjalnie na mnie wpłynąć, wiedząc, że i tak nic by nie wskórał. A na zyski z tego, co mu dostarczałem, narzekać nie mógł. Ale nie wszystkim się to podobało. I pewnego pięknego dnia, wracając do swojego mieszkania w śródmieściu, mijałem sąsiadujące z moją ulicą liceum. Zobaczyłem jednego z ludzi Buźki, który przechadzał się przed szkołą tam i z powrotem. Wkurwiłem się, zatrzymałem gwałtownie samochód, wyskoczyłem z niego i podbiegłem do kolesia. Nawet nie wiedziałem, jak go nazywają, ale nie to było teraz ważne. Gdy mnie zobaczył, ujrzałem w jego oczach strach. Wiedział, kim jestem. Chciał uciec, ale dopadłem go w pół sekundy i wrzuciłem do auta. Nie chciałem robić przedstawienia na ulicy. Usiadłem za kierownicą i spojrzałem na chłopaka. Mógł mieć góra dziewiętnaście lat.

– Dla kogo pracujesz? – spytałem cicho. Ci, którzy mnie znali, wiedzieli, że gdy mówię cicho, nie jest dobrze.

– Dla Buźki.

Czyli i tym razem się nie pomyliłem.

– Sam to wymyśliłeś?

– Nie, skąd, Lukas, on mi kazał. Zawsze tutaj diluję. – Chłopak się trząsł.

– Buźka ci zlecił ten teren? – upewniłem się.

– Tak, Lukas, przysięgam…

Czy drżały mu ręce?

– Dobra, wierzę ci. Oddawaj towar i spierdalaj!

Chłopak bez słowa oddał torbę i uciekł tak szybko, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie ma jakichś nadprzyrodzonych mocy. Pojechałem do domu, a wieczorem miałem zamiar podjechać do kasyna, które należało do Buźki. Stwierdziłem, że najwyższy czas obić mu jego śliczną buźkę. Wiedziałem, że Wasyl wkurzy się na mnie o taką samowolną akcję, ale miałem to w dupie. Byłem szefem Buźki, a ten wyraźnie nie przestrzegał zasad, które wprowadziłem. I musiał ponieść karę. Nie mogłem przecież mu dać, kurwa, nagany!

Wieczorem umówiłem się z Fazim, który, oczywiście, o nic nie pytał. Powiedziałem mu, że jedziemy do Marka, bo muszę z nim pogadać. Fazi dobrze mnie znał i domyślał się, jakiego rodzaju rozmowę mam na myśli. Był naprawdę doskonałym żołnierzem. Przyjechaliśmy do klubu, gruby ochroniarz wpuścił nas bez szemrania. Jeśli nawet ktoś jeszcze nie wiedział, jak wyglądam, wystarczyło, że usłyszał moją ksywkę, a od razu drzwi stawały przede mną otworem. Coś jak baśniowe „Sezamie, otwórz się”. Udaliśmy się na górę, do kanciapy, w której urzędował szef tego gównianego kasynka. W środku był Buźka i jego trzech przydupasów. W jednym z nich rozpoznałem dilera spod szkoły.

– Lukas, stało się coś? – Marek uśmiechał się niewyraźnie, a w jego oczach zobaczyłem wrogość.

– Dobrze wiesz – odparłem cicho, nie spuszczając z niego wzroku. – Chyba się trochę zgubiłeś.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Buźka skrzyżował ramiona na piersi i patrzył na mnie już bez uśmiechu.

– Mam ci wyjaśnić? – Uniosłem brew. – Naprawdę tego chcesz?

– Lukas, przychodzisz do mojego klubu i od wejścia się przypierdalasz. Robię, co do mnie należy.

– Łamiesz zasady – powiedziałem, obserwując jego ludzi, którzy spoglądali na mnie niepewnie.

– Weź wyluzuj, Lukas. Świata nie zbawisz. Dzieciaki i tak kupią towar, jak nie od nas, to od ludzi Myszaka. Tego chcesz? Nie wiem, czy Wasylowi by się to spodobało.

– Wasyla zostaw mnie. Ty masz wykonywać moje polecenia, rozumiesz? Czy naprawdę chcesz, żebym się poważnie wkurwił? – Oparłem się dłońmi na jego biurku i patrzyłem na niego z góry. Zauważyłem, że zaczął się pocić.

– Lukas, daj spokój. Chłopak się zapędził pod szkołę. – Buźka uderzył w miękkie tony.

Widziałem, jak chłopaczek, któremu zabrałem towar, popatrzył na mnie z autentycznym przerażeniem.

Uśmiechnąłem się.

– Buźka, czy to znaczy, że nie miałeś pojęcia, że twój leszcz diluje pod szkołą?

– Oczywiście, że nie. Przecież wiem, że masz na tym punkcie zajoba. No co ty, Lukas… – Marek wyszczerzył zęby, wstał i wyciągnął do mnie rękę.

Zignorowałem go. Zmierzyłem chłopaka wzrokiem, widząc, jak jego przerażone oczy patrzą to na mnie, to na Buźkę.

– Znaczy, że mogę go teraz zapakować do bagażnika i wywieźć? – spytałem cicho, wpatrując się w Marka.

Ten spojrzał na mnie szybko, zacisnął zęby i wzruszył ramionami.

– Lukas, to nie mój biznes. Jeśli gówniarz złamał zasady, ukarz go.

Widziałem, jak chłopaczyna prawie się posikał w gacie. Kiwnąłem w stronę Faziego, a ten wziął gówniarza za ramię i pokierował go w stronę wyjścia. Spojrzałem jeszcze na Buźkę i powiedziałem cicho:

– Pilnuj się.

I wyszedłem.

W samochodzie chłopak próbował coś tłumaczyć Faziemu. Ten siedział nieruchomo na swoim miejscu i zachowywał się, jakby w aucie poza nim nie było nikogo. Usiadłem z tyłu, koło chłopaka. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Mimo że był niewiele młodszy ode mnie, wyglądał bardzo dziecinnie, jak uczniak z podstawówki.