Zakręcona znajomość - Leśniewicz Justyna - ebook + książka
BESTSELLER

Zakręcona znajomość ebook

Leśniewicz Justyna

4,2

Opis

Patrycja to trzydziestoletnia singielka, mieszkanka małej wiejskiej miejscowości i każdego dnia słuchająca opowieści matki, o tym, że już dawno powinna zmienić swój stan cywilny. Dziewczyna jest roztrzepana, odrobinę chaotyczna i przez swój charakter z łatwością pakuje się w przedziwne sytuacje. Jedno z takich zdarzeń sprawia, że poznaje Adama - letnika odpoczywającego w okolicy. Nie łudzi się, że ta znajomość ma szansę na romantyczny happy end, w zbudowaniu znajomości nie pomaga również fakt, że na serdecznym palcu mężczyzny połyskuje obrączka. Czy dziewczyna podda się urokowi wczasowicza i zadziała wbrew swojemu kodeksowi moralnemu? A może w historii Adama kryje się więcej tajemnic, niż można wywnioskować po niezobowiązujących pierwszych rozmowach. I najważniejsze, jaki wpływ na tę znajomość będzie miała lokalna społeczność?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (175 ocen)
89
47
30
7
2
Sortuj według:
Ewelina2611

Nie oderwiesz się od lektury

"Zakręcona znajomość" Justyna Leśniewicz to książka w sam raz na jesienny wieczór. Samotny człowiek szuka drugiej osoby, która go zrozumie, zaakceptuje i pokocha. Tylko prawdziwa miłość, może zmienić i nadać naszemu życiu sens. "-No właśnie jesteś normalna. Nie udajesz kogoś, kim nie jesteś, nie grasz roli w tym życiowym teatrze". Patrycja Nowak to chaotyczna, mieszkająca w domku po babci trzydziestolatka. Jak to bywa na wsi, uważana jest za starą pannę. Nawet mama, szuka jej na siłę męża, co doprowadza do śmiesznych sytuacji. Stan cywilny Patki, może zmienić potrącenie tajemniczego rowerzysty. Adam bo o niego chodzi od początku spodobał się dziewczynie oczywiście z wzajemnością. Niestety obrączka na palcu letnika połyskuje bardzo mocno. Jakie tajemnice skrywa Adam? Czy dziewczyna ulegnie jego czarowi, przeżywając wakacyjny romans? Czy Patka otworzy swoje serce? "Odwzajemniona miłość, szacunek i własne szczęście. Jakby związała się z mężczyzną, wzięła ślub i udawała, że jest szczęśl...
50
Iwonka799

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia, sprawiająca że można popłakać się ze śmiechu i ze wzruszenia. Polecam na wakacje i nie tylko :)
50
Monika0804

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka polecam. Trudno się od niej oderwać!
50
Liragily

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna
50
Lenka884

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo prawdziwa. Czyta się ją jednym tchem. Polecam!!!
40

Popularność




© Copyright by Justyna Leśniewicz, 2021

© Copyright for present edition by Wydawnictwo Plectrum, Stary Imielnik, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i powielanie za pomocą jakiejkolwiek techniki całości lub fragmentów książki bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

 

Redakcja i korekta: Agata Tondera | slownaagata.pl

Projekt okładki: Justyna Sieprawska

Zdjęcie na okładce: © Kseniia Perminova / Shutterstock

 

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, zdarzeń lub miejsc rzeczywistych jest przypadkowe.

ebook na bazie wydania I

ISBN 978-83-961331-5-1

Wydawnictwo Plectrum

www.plectrum.pl

[email protected]

 

KonwersjaEpubeum

Prolog

Jestem Patrycja, ale większość znajomych mówi na mnie Tycja. To przez moją przyjaciółkę, która nazywa mnie już tak od piaskownicy. Wiolka stwierdziła, że to idealna ksywka. Nie wiem, czego nie lubię bardziej. Swojego imienia czy tego przeklętego przezwiska. Nowo poznani ludzie mówią do mnie Patka i tę wersję jestem w stanie przyjąć, nie denerwuje mnie tak, jak moje imię i Tycja. Ja sama mogłabym o sobie powiedzieć Patrycja – porażka, bubel genetyczny, stara panna, wiecznie zakochana. To prawda. Przez ostatni rok byłam zakochana ze sto razy i żaden z obiektów moich westchnień nie miał o tym pojęcia. Dlaczego? To proste.

Zakochuję się w osobach, które widzę gdzieś przypadkiem. Wiem, wiem, to nie jest miłość, tylko jakaś dziwna fascynacja, ja jednak wolę myśleć, że jestem kochliwa. Brzmi ładnie i romantycznie. Zapytacie, dlaczego jestem porażką? To też łatwo wyjaśnić. Gdzie tylko pójdę, wszystko psuję, coś zrzucam, wylewam albo przewracam. A bubel genetyczny i stara panna to dla mnie synonimy. Kiedyś usłyszałam, że jak kobieta nie wyjdzie za mąż do trzydziestki, to jest bublem genetycznym… Tak więc jestem bublem. Stanowczo lepiej tak o sobie myśleć, niż nazywać siebie starą panną. Bo jak kobieta po trzydziestce może być stara? Zresztą ktoś musi być bublem.

Moja starsza o rok siostra, Kaśka, nie jest żadnym bublem. Ma męża i dwójkę dzieci, bliźniaki. I uwierzcie mi, że jeżeli kogoś z nas dwóch miałabym nazwać starą, to byłaby to ona. Przysięgam, że odkąd dzieciaki stały się dociekliwe, moja siostra posiwiała i wiecznie chodzi blada. Wiktor i Wiktoria to rezolutne osóbki, choć mają dopiero pięć lat, potrafią zamęczyć lawiną pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Kiedyś dałam się wciągnąć w ich grę. Byli ciekawi, dlaczego trzepak nazywa się trzepakiem. Wyjaśniłam… i to był największy błąd. Zaczęli drążyć: a po co trzepać dywan, a dlaczego, a jaki dywan, a kto go trzepie. Po godzinie nie wiedziałam już nawet, jak się nazywam i ile mam lat. Mam nadzieję, że nigdy mi się nie przytrafi kumulacja dzieci i nie będę miała żadnych bliźniąt. Zaczynam rozumieć, dlaczego mój sprytny szwagier – Dobosz – za każdym razem, jak dzieciaki go o coś pytają, odsyła je do matki… Sama tak zaczęłam robić. Moja siostra ma stanowczo więcej cierpliwości. Chyba odziedziczyła ją po ojcu, ja niestety mam geny matki, za dużo gadam, za dużo myślę i zbyt wiele gdybam.

Podobno jestem czarnowidzem, bo wszystko widzę w ciemnych barwach. Ale dość o mnie, widzicie, mówiłam, że jestem niezłą gadułą! Teraz opowiem wam historię pewnej znajomości…

Rozdział I

– Mąka, gdzie ta cholerna mąka? Zawsze tu stała! – mówiłam sama do siebie przed sklepową półką.

Byłam przekonana, że właśnie zawsze stała w tym miejscu. Ale nigdzie jej nie było, diabeł ogonem nakrył, a może specjalnie ją przede mną schowali, jak zobaczyli, że zmierzam w jej kierunku.

– Przepraszam, gdzie znajdę mąkę? – zaczepiłam przechodzącą obok pracownicę sklepu.

Poznała mnie, to ona była na zmianie, wtedy, gdy na środku sklepu rozwaliła mi się dziesięciokilowa paczka mąki. Nie moja wina, że jakieś słabe te opakowania robią! Ja tylko złapałam za rączkę, która była u góry, a ten biały przeklęty proch wysypał się na podłogę.

– W drugim dziele, tam, gdzie pieczywo.

– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się do kobiety i poszłam w wyznaczonym kierunku.

Białe ustrojstwo stało dumnie na półce zapakowane w żółty papier. Uchwyt kusił, jakby chciał powiedzieć: „Podnieś za mnie”, ale ja tym razem byłam przezorna. Nauczona doświadczeniem wzięłam paczkę za spód i delikatnie włożyłam do koszyka. Nie dałam się jej drugi raz! I tak się dziwiłam, że jeszcze nie wywiesili mojego zdjęcia na jakiejś witrynie z dopiskiem: „Tej pani nie obsługujemy”. Szwendałam się po alejkach, biorąc z półki kolejne produkty z maminej listy. Kiedy miałam już wszystko, ruszyłam w kierunku kas. Wykładałam towar na ladę, aż przyszedł czas na białe cholerstwo. Czułam się jak saper rozbrajający ładunek wybuchowy albo jak matka odkładająca śpiące dziecko do łóżka. Nie uleciał mi ani jeden pyłek białego proszku. Położyłam paczkę na ladzie i zobaczyłam to! Białe ślady na taśmie. Cholera! Specjalnie te opakowania tak robią czy o co chodzi? Sprzedawczyni skasowała produkt, sięgnęła po ścierkę i wytarła ladę, gromiąc mnie wzrokiem. Tym razem to naprawdę nie moja wina, cholerna mąka mnie nie lubi. Nie wierzę, że tylko zawsze mi się wysypuje.

– To wszystko? – zapytała kasjerka, a ja tylko przytaknęłam głową.

– Sto dwadzieścia siedem złotych i pięćdziesiąt groszy – powiedziała słodkim głosikiem, a mnie zatkało.

Za co, kuźwa, tyle kasy? Buty bym miała za to, a tak wszystko pójdzie w tyłek. Zapłaciłam jednak bez gadania i wyszłam ze sklepu. Na parkingu siłowałam się z zamkiem w torebce, który jak zwykle zaciął się wtedy, kiedy nie trzeba. W końcu otworzyłam torebkę i nagle przypominam sobie, że kluczyki od mojego lupo mam w kieszeni spodni. Wyjęłam je i otworzyłam samochód. Oliwkowozielone auto to spadek po starszej siostrze, nigdy nie lubiłam tego koloru. Ale lepszy taki wóz niż stanie na przystankach. Przełożyłam zakupy do bagażnika i usiadłam za kierownicą. Wzięłam głęboki oddech i przekręciłam kluczyk. Nie przepadałam za prowadzeniem, ale byłam zmuszona. Zupełnie nie dogadywałam się z tym pojazdem, widziałam, że on mnie nie lubi i tęskni za czasami, kiedy Kaśka nim jeździła. Nawet moje własne auto mnie nie znosiło, bo robiłam mu krzywdę, zapominając w porę zmienić bieg i zatankować wtedy, kiedy trzeba.

Wrzuciłam wsteczny i wyjechałam z miejsca parkingowego. Obrót kierownicą i do tyłu. Nic nie widziałam. Obrót kierownicą i do przodu. Po kilkuminutowej walce w końcu byłam na prostej. Teraz tylko musiałam się włączyć do ruchu z parkingu. Wyjazd spod sklepu był pod górkę, nienawidziłam tego, ale Dobosz pokazał mi, jak łatwo ruszać pod wzniesienie. Zresztą diesla podobno trudniej zgasić niż auto na benzynę… Mnie jednak zdarza się to dość często, bo albo wrzucam nieodpowiedni bieg, albo zapominam dodać gazu. Nie żeby specjalnie, to samo jakoś tak wychodzi.

Włączyłam migacz i ruszyłam. Wydawało mi się, że zdążę wyjechać przed pojazdem jadącym po drodze z pierwszeństwem. Puściłam pomału sprzęgło, dodając jednocześnie gazu, auto wytoczyło się na drogę, ale jakoś ciężko. Zerknęłam na biegi… trójka. Ruszyłam z pieprzonej trójki! Samochód zgasł na środku drogi, a ja oczyma wyobraźni widziałam, jak ginę zmiażdżona przez nadjeżdżające audi. Jednak pojazd zaczął zwalniać. Wrzuciłam na luz, zaciągnęłam ręczny i wysiadłam z auta. Samochód, na którym wymusiłam pierwszeństwo, wyhamował, a ja, żeby nie wyjść na totalną idiotkę, podeszłam do koła i kopnęłam w oponę.

– Przeklęte cholerstwo! – przeklinałam.

– W czymś pani pomóc? – Kierowca wysiadł i zagadał do mnie.

Był piękny, ciemne włosy delikatnie opadały mu falami na czoło, jasnoniebieskie oczy wwiercały się we mnie, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami.

– Mój samochód czasami tak ma. Pomoże mi pan zepchnąć go tam na bok? Stamtąd zadzwonię do szwagra, który dalej mnie poratuje. – Wskazałam ręką niewielki parking po drugiej stronie.

– Oczywiście, proszę wsiąść za kierownicę, a ja popchnę.

Wykonałam polecenie i już we wstecznym lusterku widziałam, jak facet siłuje się z samochodem. Otworzyłam szybę i krzyknęłam do zlanego potem mężczyzny:

– Wszystko w porządku?

– Tak, ale czy pani ma auto na luzie?

– Tak, jest na luzie! – odkrzyknęłam.

Facet dalej się męczył z przepchnięciem wozu, w końcu dołączył do niego drugi mężczyzna. Łysy i napakowany – mała głowa, wielkie ciało, wyglądał idiotycznie. We dwóch to już z pewnością dadzą radę. Siłowali się z moim małym samochodem, jakby był wielką ciężarówką. W końcu przystojniak odszedł od bagażnika i zajrzał do środka przez otwartą szybę.

– Pani opuści ten ręczny, do cholery! – Był już poirytowany, spocony i zmęczony, nie dziwiłam mu się.

Bez słowa opuściłam hamulec ręczny i poczułam, jak auto jedzie do przodu pchane przez dwóch mężczyzn. Skręciłam nieznacznie kierownicą i już po chwili znalazłam się na drugiej stronie jezdni w bezpiecznym miejscu. Zrobił się niezły korek przez moją nieuwagę. Podziękowałam ładnie panom za pomoc i wsiadłam do lupo, zapewniając, że niebawem przyjedzie po mnie szwagier. Siedziałam za kierownicą i czekałam, aż wszyscy się rozjadą. A gdy już miałam pewność, że nie ma żadnego świadka mojej wtopy, odpaliłam samochód, dwa razy upewniłam się, że mam wrzuconą jedynkę i wyjechałam z parkingu. Tym razem bez przygód.

Podkręciłam radio, a wnętrze samochodu wypełniło się dźwiękami Superhero Viki Gabor. Wyłam na całe gardło, mogłam sobie na to pozwolić, teraz, kiedy nikt nie patrzył. Ze sklepu do domu miałam stosunkowo blisko. Mieszkaliśmy w niewielkiej gminie na południu Polski, na mojej ulicy wszyscy się znali. Kobiety plotkowały między sobą, obgadując sąsiadki, a potem szły do tej obgadywanej i obgadywały kolejną. Tak w kółko. Moja mama działała w kole gospodyń wiejskich, w skrócie KGW, była naczelną… czy kimś tam ważnym. Nie wiem, czym się dokładnie zajmowała, ale straszyła mnie, że jak nie znajdę sobie faceta, to zapisze mnie do koła. Przerażały mnie te ich długie kolorowe kiecki i spotkania. Same kobiety i jeden Eugeniusz przygrywający do tańca na harmonii. Gienek nie był zły, był o pięć lat starzy ode mnie, odrobinę nieśmiały i ciut opóźniony w rozwoju. Nie wiem dokładnie, na jakie schorzenia cierpiał, nigdy się tym nie interesowałam, ale we wsi wszyscy go lubili, mimo że strasznie się jąkał i w dodatku seplenił. Był wesoły i zawsze pomocny.

Skręciłam w podwórko i zaparkowałam auto niemal pod samymi drzwiami. W progu stała mama, Dorota, z rękami założonymi pod boki.

– Gdzieś ty, u licha, była?! Ciebie to po śmierć wysłać. Przecież mi mąka potrzebna! – krzyczała i wymachiwała rękami. Bałam się, że za moment odleci z miejsca.

W milczeniu podeszłam do bagażnika i wyciągnęłam zakupy.

– Miałam drobny wypadek z samochodem – powiedziałam zdawkowo i już po chwili pożałowałam swoich słów.

– Jak to, dziecko, wypadek samochodowy?! Nic ci nie jest? Może do szpitala trzeba jechać? – Moja matka trajkotała i biegała wokół samochodu, oglądając go z każdej strony.

– Nie, mamo, nie tak. – Usiłowałam coś tłumaczyć, ale ona już wpadła w swój wir, z którego nie było wyjścia.

– Waldek! – krzyknęła na ojca, ale ten nawet nie usłyszał. – Waaaaldeeeeek – darła się jak opętana, a ja stałam i patrzyłam na nią jak sroka w gnat.

– Mamo! – huknęłam, ale ta nie reagowała.

– Co się stało, Dorotko? – zawołał tata, podciągając spodnie i biegnąc do nas w jednym kapciu. – W toalecie byłem!

– Patrycja miała wypadek, jest w ciężkim szoku. Może głowę ma potłuczoną, trzeba do lekarza jechać – mamrotała matka, a mi zupełnie już odebrało mowę. Skąd ona brała takie informacje?

Ojciec zawinął się szybko do domu, gubiąc na schodach jedynego kapcia, który wcześniej nie zdążył zapodziać się w akcji. Matka podeszła do mnie i złapała mnie pod rękę.

– Nie mdlej, wytrzymaj jeszcze trochę – mówiła pocieszająco.

– Ale mi nic nie jest! – odparłam stanowczo, jednak nie chciała słuchać.

– Jesteś w szoku, możesz nie wiedzieć, że coś cię boli. Patrycjo, musi zobaczyć cię lekarz. Jak ty mogłaś po wypadku przyjechać do domu sama?!

– Ja nie miałam wypadku samochodowego. Tylko wypadek z samochodem! Nie mogłam odpalić i takie tam. – Oszczędziłam szczegółów, chciałam tylko zapewnić, że nic mi nie jest.

– To czego nie mówisz jasno, ojciec przez ciebie lata jak oparzony. Dbajże o jego słabe serce – skarciła mnie mamuśka i pobiegła do domu, nawołując przy tym ojca i zbierając jego pogubione kapcie.

– Dom wariatów. Jak ja mam być normalna z takimi rodzicami? – wyszeptałam, wzięłam zakupy pod pachę i poszłam do domu.

Mamie już udało się znaleźć tatę i wytłumaczyć mu wszystko. Oczywiście to ja byłam winna, że napędziłam im strachu, a nie moja matka, która spanikowała, nie dając mi dojść do słowa. U nas w domu takie akcje to codzienność. Mama usłyszała „A”, a potem sama dopowiedziała sobie cały alfabet.

Lubiłam tu być, bo nigdy nie było nudy, jednak ponad wszystko uwielbiałam swoje niewielkie mieszkanko po babci. Jak matka się dowiedziała, że będę w nim mieszkać, to omal padła na zawał. Chodziła po całej wsi i opowiadała, że zwariowałam, będę jak stara Szeptucha mieszkać w jednej izbie pod lasem. I choć dom po babci Jadzi mieścił się pod lasem, nie przypominał izby Szeptuchy. Był niewielki, jednopiętrowy, z dodatkowym strychem. Babcia o niego dbała i jak wiedziała już, że Kaśka wyszła za mąż i ma swój domek, to ten przepisała na mnie.

– Obiad będzie za godzinę! – krzyknęła mama, jak tylko zobaczyła, że wchodzę do kuchni.

– Nie będę jadła, dziękuję. Zbieram się do domu – powiedziałam, zgarniając jabłko z blatu kuchennego.

– Zostaw mi te jabłka, do szarlotki są. Kwaśne jak jasna cholera – stwierdziła, wyrywając mi jabłko z dłoni.

Niestety już zdążyłam je nagryźć, poczułam jak cierpki, kwaśny smak rozchodzi mi się po języku. Miałam wrażenie, że drętwieją mi usta. Sięgnęłam po wodę gazowaną stojącą obok i przepiłam.

– Teraz już na pewno nigdzie nie pojedziesz. Jadłaś jabłko i piłaś wodę gazowaną. Jak cię zatrzyma policja, to wydmuchasz promile! – Wyglądała na śmiertelnie poważną.

– Skąd ty bierzesz takie informacje? – zapytałam, zagryzając wnętrze policzków, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Żadne brednie, mówili w telewizorni. W programie śniadaniowym było o takich rzeczach. I ja potem czytałam w tych internetach. Danka mi pokazała, jak tam się szuka. Bo te jej dziewczyny Ola i Ala takie rezolutne i matkę wspierają, i jej pokazują, jak co się robi. A wy mi z Kaśką nic a nic nie pokażecie. Po ludziach chodzę i się proszę.

Pokiwałam głową z rezygnacją i wycofałam się z kuchni, bo mama zaczynała swój monolog i wolałam nie wdawać się z nią w dyskusje. Tylko mi się oberwie, nie wiadomo za co. Rodzicielka miała swoje fazy, w których trajkotała jak najęta, nie zważając nawet, czy ma słuchaczy. Na korytarzu spotkałam ojca kroczącego dziarskim krokiem do kuchni. Musiałam go ostrzec.

– Na twoim miejscu bym tam nie szła, mama wpadła w trans.

Ojciec położył palec na ustach i na paluszkach przeszedł do salonu. Kroczył, podnosząc wysoko nogi, wyglądał jak Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam na zewnątrz.

Był piękny, ciepły dzień. Lato tego roku dawało się we znaki, ciągle serwując tropikalne upały. Dla mnie to była wymarzona pogoda, ale pobliscy rolnicy modlili się o deszcz – nie dziwiłam się im. Wsiadłam do samochodu i od razu pożałowałam, że nie włączyłam wcześniej klimatyzacji albo nie zostawiłam choć otwartych okien. Czułam się jak w piekarniku. W dodatku jakiś diabeł podkusił mnie dziś do założenia długich spodni. Ubierając się rano, jakiś wstrętny chochlik siedział mi na ramieniu i mówił: „Załóż długie, załóż długie, chmurzy się”. Poranne chmury były chyba dla nawiedzonych lasek, takich jak ja, żeby cały dzień kisić tyłek w długich spodniach.

Uchyliłam wszystkie szyby i zawróciłam, żeby wyjechać z podwórka. Tym razem pamiętając o odpowiednim biegu. We wstecznym lusterku zobaczyłam mamę biegnącą za mną i machającą ścierką kuchenną. Miałam ochotę wcisnąć gaz do dechy i jej uciec, ale zatrzymałam się i poczekałam, aż dojdzie do samochodu.

– Ja cię z więzienia nie będę odbierała! – powiedziała rodzicielka, sapiąc przy tym ze zmęczenia.

– Z jakiego więzienia, kobieto, nawdychałaś się czegoś w tej kuchni? – Nie mogłam uwierzyć, co też ona opowiada.

– Jeździsz pod wpływem alkoholu!

– Nie krzycz, do licha, kobieto, bo ktoś pomyśli, że mówisz prawdę. Jakiego alkoholu, ja nic nie piłam!

– Jadłaś jabłko i popiłaś wodą gazowaną, tak się robi w żołądku alkohol! – Gdy to usłyszałam, zmrużyłam oczy, wpatrując się w mamę z niedowierzaniem.

– To był jeden gryz jabłka. Przestań, proszę cię. Idź do Krysi, Zosi albo Danki, poplotkujcie, bo ci sensacji brakuje.

– Wspomnisz moje słowa, jak coś się stanie! – powiedziała mama, odchodząc od samochodu i mrucząc coś pod nosem o córkach, które się wdały w ojca.

Moje życie byłoby nudne, gdyby nie moja rodzicielka, która dbała o poziom rozrywki w moim domu i… w całej wsi. Nadawała jak katarynka. Z połowa wiejskich plotek pochodziła od niej. Taką miała tendencję, wszystko rozumiała po swojemu. Ale mimo to była lubiana, bo zawsze każdego wysłuchała i każdemu pomagała. Miała serce na dłoni i długi jęzor.

Pędziłam moją strzałą przez wieś, całe sześćdziesiąt na godzinę, i podskakiwałam na dziurach, mając wrażenie, że za moment zrobię dziurę w dachu głową. Czy ktoś kiedyś połata tę naszą wiejską szosę?! Byłam w połowie drogi do swojego domu, gdy usłyszałam dzwonek telefonu. Sięgnęłam do słuchawki bluetooth i odebrałam połączenie.

– Dojechałaś do domu? – zapytała mama bez zbędnych słów wstępu.

– Nie, jadę jeszcze.

– Jedziesz i rozmawiasz przez telefon! – krzyknęła.

– Nie rozmawiam przez telefon… – Nie dane mi jednak było dokończyć, bo rodzicielka mi przerwała, jak to miała w zwyczaju.

– Jak nie rozmawiasz, jak ze mną rozmawiasz? Nie kłam, dziecko!

– Bo zadzwoniłaś, to rozmawiam, ale nie przez telefon. Mam specjalną słuchawkę.

– Yhy, yhy, uważaj tam na siebie i nie pędź, jak wściekła! – powiedziała, rozłączając się.

Uśmiechnęłam się pod nosem, uwielbiałam moją mamę, choć była czasami męcząca i nawet tata musiał się przed nią zamykać w garażu. Marzyłam, żeby być już w domu i położyć się na huśtawce w ogrodzie. Może uda mi się nawet poczytać jakąś książkę. Pędziłam tak przez leśną drogę i moim oczom ukazała się znajoma postać na rowerze. A raczej pod rowerem. Zatrzymałam się i podeszłam do Wiolki, która siedziała na poboczu szosy. Dyszała jak po maratonie, a rower oparła o swoje łydki, opierając jednocześnie głowę o ramę.

– Co ty tu robisz z tym rowerem? – Podeszłam do przyjaciółki i kucnęłam naprzeciw niej.

– Na rowerze jeżdżę, nie widzisz? – skwitowała, unosząc głowę i spoglądając na mnie.

Była czerwona jak strój świętego Mikołaja.

– No właśnie nie widzę. Wyglądasz, jakbyś tu konała.

– Bo konam! – krzyknęła na mnie, a ja wybuchłam śmiechem, na co Wiolka od razu zgromiła mnie wzrokiem.

– Pomyślałam, że cię odwiedzę. Wsiadłam na to ustrojstwo, nie jeździłam chyba od podstawówki, no i tak sobie jadę i jadę, i nie mam już siły!

– Wsiadaj do samochodu, pojedziesz dalej ze mną – powiedziałam, pomagając jej wstać.

– A co z rowerem? – Wiolka skinęła głową w stronę dwóch kółek.

– Jakoś go weźmiemy do auta.

Jak na zawołanie obie spojrzałyśmy na rower, a następnie na moje małe lupo. No nie, do bagażnika nam nie wejdzie…

– Jak chcesz go zapakować? – zapytała przyjaciółka, pocierając dłonią podbródek.

– Nie wiem, myślę właśnie. – Oglądałam rower ze wszystkich stron i zerkałam na samochód.

– Na dach! – krzyknęła Wiolka, podskakując jak zadowolone z siebie dziecko.

– Ale jak na dach?! Ja tam nie mam bagażnika, tych rurek takich – tłumaczyłam, wymachując rękami, aby podkreślić swoje słowa.

– Ale masz zawsze koc w bagażniku. Położymy koc na dach, a na koc rower!

Podeszłam do bagażnika, wyciągnęłam wielki polarowy koc w czerwoną kratę i rozłożyłam go na dachu.

– No dobra, ale jak położymy ten rower na dach, a ja ruszę, to on spadnie. Trzeba go tam przecież jakoś przymocować.

– A jakbyśmy pojechały wolno? – zapytała Wiola. Ale ja wiedziałam, że to się nie uda. On i tak spadnie.

– Nie, musimy go przymocować – powiedziałam stanowczo.

Przez ten czas, kiedy debatowałyśmy nad przewiezieniem roweru, zdążyłybyśmy już zaprowadzić go na moje podwórko i wrócić z powrotem. W końcu mój dom znajdował się na końcu drogi. Niewiele było do przejścia. Postanowiłyśmy jednak dokończyć nasz plan z przewiezieniem roweru. Nie wiedziałyśmy tylko, jak przymocować sprzęt. W końcu jednak zrezygnowana usiadłam na wilgotnej ziemi i schowałam głowę w dłoniach.

– Wiolka, ty wsiadaj do lupo, ja jadę rowerem – zakomunikowałam przyjaciółce i schowałam koc do bagażnika.

– Zwariowałaś! Ja nie mam nawet prawa jazdy – oburzyła się.

– Ale na kurs chodziłaś, skończyłaś go nawet, więc wsiadaj za kierownicę! Skoro ja jeżdżę, to ty tym bardziej dasz radę!

– Na kurs chodziłam, ale przypominam ci, że prawo jazdy zdawałam jedenaście razy. – Wystawiła dziesięć palców. – Nawet nie mam tylu palców. – Pokręciła głową, śmiejąc się przy tym.

– Ale wiesz, jak się jeździ. To tylko polna droga, nic tu nie ma. Wsiadaj i nie gadaj, albo jedziesz na rowerze!

Wiolka, stękając, że woli już samochód, wsiadła za kierownicę i zakomunikowała:

– Najpierw FILIP.

– Jaki, u licha, Filip? – Spojrzałam na nią jak na przybysza z kosmosu.

– No, na kursie tak uczyli, że jak się wchodzi do samochodu, to trzeba zrobić FILIP-a czyli ustawić fotel i lusterka, i pasy. W skrócie: FILIP.

Przewróciłam oczami, słuchając tych bredni.

– Do licha, Wiolka, nie jesteś na egzaminie, wsiadaj i jedź!

– Już się tak nie wkurzaj, Tycja. Bo jesteś czerwona jak buraczek.

Wredna małpa pokazała mi język i ruszyła do przodu. Mój biedny samochód podskakiwał jak kangur i po chwili zgasł.

– Brawo, aparatko, wiesz, że diesla naprawdę trudno zgasić?! – zakpiłam. Nie musiała wiedzieć, że mi się to też nie raz zdarzyło.

– Bo to sprzęgło jest jakieś dziwne! – krzyknęła i odpaliła samochód po raz drugi.

Ja w tym czasie wsiadłam na rower i popędziłam po wyboistej leśnej drodze. Moja przyjaciółka toczyła się za mną bardzo powoli i byłam pewna, że jedzie na jedynce, bo boi się zmienić bieg. Ja i Wiolka byłyśmy odpowiedzialne za wszystkie dowcipy o babach za kierownicą. Moja siostra wyłamała się i naprawdę świetnie prowadziła, choć prawo jazdy zdała za czwartym razem. Ja zdałam za pierwszym, a jeździłam jak pokraka.

Po chwili dotarłyśmy na podwórko, nie wiem, która z nas była bardziej zmęczona. Ja pędząca na rowerze, czy Wiolka zmagająca się z tą zieloną bestią zwaną samochodem.

– Idziesz do domu, czy siadamy tutaj? – zapytałam, wskazując huśtawkę w cieniu drzewa.

– Ja wolę tu, przynieś tylko jakieś picie. Najlepiej dużo i coś, co będzie zimne. – Wiolka już wygodnie rozsiadała się na miękkich poduszkach huśtawki.

Poszłam najpierw zamknąć bramę wjazdową, a potem otworzyłam dom. Przywitał mnie rozmerdany przyjaciel, a raczej przyjaciółka. Około roczna bokserka, którą w kwietniu znalazłam w lesie przed moim domem. Wątpię, żeby zrobił to ktoś z lokalnych mieszkańców. Musiał to być jakiś przyjezdny imbecyl. Nawet w myślach nie potrafiłam go nazywać człowiekiem. Pamiętam, jak złapałam wystraszonego szczeniaka i przyprowadziłam do domu. Nakarmiłam go kiełbasą, bo nie miałam nic pod ręką, a piesek zwrócił wszystko na dywan. Początki więc były niełatwe, ale cieszę się, że od kwietnia mam – trochę niesforną –Kaję. Złości mnie czasami niemiłosiernie, bo potrafi zniszczyć wszystko, co napotka na swojej drodze, ale rekompensuje te straty swoją miłością.

– No co, dziewczynko, co? – Pytałam sunię, głaszcząc ją po głowie.

Byłam z niej dumna, bo nie załatwiała już swoich potrzeb w domu, ale za to nadal rozwalała wszytko w mieszkaniu i zjadała resztki tapety z przedpokoju.

Wzięłam wodę z cytryną z lodówki i wyszłam na dwór. Kaja pobiegła za mną. Gdy tylko zobaczyła Wiolkę, popędziła do niej, a biegnąc, rozchlapywała ślinę na boki. Podobno nie wszystkie boksery mają ślinotok. Mój miał, i to okropny…

– Twój pies zawsze musi mnie ślinić? – Wiolka z obrzydzeniem wycierała nogi. – Fuj! To jeden wielki glut!

– Ale i tak ją kochasz – powiedziałam, siadając obok przyjaciółki.

– Po co ty właściwie do mnie pędziłaś w ten upał na rowerze, skoro mogłaś zadzwonić? Zgarnęłabym cię po drodze.

– Bo dostałam takiego newsa, że chciałam się od razu nim z tobą podzielić!

Uniosłam brzmi zaciekawiona.

– No, zaintrygowałaś mnie! Co się stało?

– Pamiętasz Alicję? Tę rudą i piegowatą? Chodziła z nami do podstawówki.

– Kojarzę, zawsze cicha i spokojna. Lubiłam ją.

– Wróciła i zaprasza nas na grilla w sobotę.

– Dziś jest sobota.

– Tak, ale za tydzień w sobotę, musi się ogarnąć i jakieś tam… bla, bla, bla.

– I co, idziemy?

– Pewnie, że idziemy. Dlaczego nie? Jestem ciekawa, czemu wróciła na nasza pipidówę ze stolicy. Miała przecież tam męża, najlepszą pracę… Coś mi tu śmierdzi.

– Jesteś najzwyczajniej w świecie wścibska. – Szturchnęłam Wiolkę w bok, a ta tylko wzruszyła ramionami.

– A skąd ty właściwie wiesz, że ona miała męża? – zapytałam. – Przecież jakby brała ślub, to tutaj. Tu mieszkają jej rodzice. Moja mama by coś wiedziała.

– No dobra, męża dodałam, ale pracę miała najlepszą. Twoja mama mówiła, że Krysia jej szepnęła słówko na ten temat.

– A Krystyna chociaż wie od rodziców Alki czy też od którejś z sąsiadek?

– Tego nie wiem, tam jakaś afera była, bo Alka nie wróciła do domu matki i ojca, tylko do starego domu po Olszówkach. Wynajmuje go. Nie odzywa się z rodzicami, ojciec ją podobno wyklął.

– Ty się nie naoglądałaś za dużo filmów? Przedawkowałaś Kogel-mogel? To wszystko wiesz od Alicji?

– Nie, Ala mnie tylko zaprosiła na grilla przy domu po Olszówkach. Resztę wiem od mamy, Krystyna jej mówiła.

– Wszystkowiedząca Krystyna. Aż dziw, że moja mama jeszcze nic nie wie. Musiała dziś się nie widzieć z Kowalową.

Naszą rozmowę przerwał dzwoniący telefon. Kaśka. Czego mogła chcieć moja siostra?

– Co tam?

– Co się z tobą dzieje, matka dzwoniła do Dobosza, że ma jechać do ciebie, bo ty po alkoholu jeździsz. Nie uwierzyłam jej, bo cię znam, ale jestem ciekawa, skąd ona wzięła tę teorię.

– Bo ugryzłam jabłko i popiłam wodą gazowaną. A ona wyczytała, że tak można wydmuchać coś na alkomacie…

– Nasza mamuśka ma bujną wyobraźnię, zupełnie jak moje dzieci. Już wiem, po kim one to mają – stwierdziła, a po chwili dodała: – A słyszałaś, że Alka wróciła? Ta ruda taka, do klasy z tobą chodziła.

– Właśnie mi Wiolka opowiada. A ty skąd wiesz?

– W sklepie mówili, podobno z jakimś facetem z tej Warszawy przyjechała i z dzieckiem. Nieślubne dziecko, wiesz, jaką będą miały sensację na spotkaniu KGW? Matka Alki to pewnie nawet nie przyjdzie, żeby się za dziecko ze wstydu nie spalić przy tych rozgdakanych, idealnych kwokach.

– Sama teraz trajkotasz jak te kwoki, wiesz? Żadna z was z Alką nie gadała, a cała wieś huczy od sztucznej sensacji. Puknij ty się też w łeb, bo mam wrażenie, że ciebie mamuśka do KGW wcześniej wciągnie niż mnie, masz zadatki.

– A spadaj!

– Też cię kocham, siostrzyczko – powiedziałam do telefonu i rozłączyłam rozmowę. Całe Leśniwce będą miały o czym mówić, prawdziwa sensacja.

Rozdział II

Z Wiolką spędziłyśmy wczoraj miły wieczór, moja przyjaciółka miała świeże plotki ze wsi. Czasami nie mogłam uwierzyć, jak bardzo ludzie tutaj szukali sensacji. Leśniwce to mała miejscowość z niewielkim sklepikiem i kościołem. Do najbliższego marketu trzeba było dojechać do – tak zwanego – centrum gminy. Nie żebyśmy mieli jakąś Biedronkę czy coś w tym stylu, zwykłe Społem, w którym ceny czasami powalały z nóg.

Dziś, jak to w niedzielę bywało, z samego rana poszłam na spacer z Kają na łąki, żeby mogła się wybiegać, a potem tradycyjnie zebrałam się do kościoła. Teraz właśnie przygotowywałam się do wyjścia na obiad u mamy. Spakowałam Kaję do samochodu i wyjechałam z podwórka, zostawiając bramę otwartą. O dziwo szczeniak siedział grzecznie w torbie transportowej, zajęty gumową kością. Akurat była niedziela handlowa, więc zatrzymałam się po drodze jeszcze w sklepie u Kowalowej, żeby kupić coś dla bliźniaków. Za każdym razem, jak dawałam im słodycze, Kaśka zabijała mnie wzrokiem…W zasadzie często kupowałam im czekoladę, wkurzając siostrę. Znienawidzi mnie kiedyś za to.

Weszłam do małego pomieszczenia, sklep był naprawdę niewielki, a wspaniałomyślna Kowalowa zrobiła z niego samoobsługowy. W efekcie po całym pomieszczeniu trzeba było chodzić bokiem, żeby niczego nie zrzucić.

– Dzień dobry, pani Krysiu – przywitałam się od progu ze sklepową.

Poszłam w kierunku półki, na której stały czekoladowe jajka. Wzięłam dwa, jedno z serii dla dziewczynek, drugie dla chłopców, i ruszyłam do kasy. Po drodze zgarnęłam jeszcze colę.

– Słyszałaś, że wróciła córka Ogońskich? – zapytała sprzedawczyni, kasując moje zakupy.

– Tak, umówiłam się z nią już na grilla w sobotę. – Myślałam, że zamknę temat, ale tylko zaintrygowałam panią Krysię jeszcze bardziej.

– Podobno z mężczyzną wróciła, była z nim tu, taki przystojny. Postawny, ładnie ogolony, w ogóle elegancki. I z chłopcem małym. Za rękę go prowadzili. Taka szczęśliwa rodzina. I to bez ślubu. Bo nie mają ślubu, nie?

– Nie wiem nic. Naprawdę, po co się nakręcać? Mogła pani Alkę o to zapytać – skwitowałam, płacąc kwotę, która pokazała się na wyświetlaczu kasy.

– A co mnie to tam obchodzi, co jej będę pytać? – Kowalowa wzruszyła ramionami, a ja miałam ochotę się roześmiać.

– Ależ oczywiście, że nic to pani nie obchodzi. – Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i ruszyłam do wyjścia. – Do widzenia – powiedziałam, stojąc przy drzwiach, po czym wyszłam.

Dobijała mnie mentalność ludzi we wsi, nikt nikogo nie pytał wprost. Tylko wszystkie informacje usiłowano uzyskać od sąsiadów, a potem wychodziły plotki tak wielkie, że wstyd powtarzać. Do dziś pamiętam, jak wróciłam ze studiów do rodzinnej miejscowości. Nie mam faceta, jestem po trzydziestce i wszędzie tylko z tą Wiolką, a muszę zaznaczyć, że z Wiolą znamy się od przedszkola. Ludziom coś się wtedy ubzdurało, jeden powiedział, drugi dodał coś od siebie i wyszło, że jesteśmy z Wiolką parą. Jak mi to Kaśka opowiadała, to myślałam, że ze śmiechu się uduszę. Skąd ludzie brali takie domysły, spekulacje, jakieś knucie za plecami? Moja mama o mało na zawał padła, ale chodziła i wszystkim opowiadała, że ona to jest tolerancyjna i jak tylko jej powiem, że to prawda, to ona mnie zaakceptuje.

Podjeżdżając na podwórko rodziców, widziałam już z daleka niebieskie audi A3 mojej siostry. Nie wiem, co ona sobie ubzdurała z tymi kolorami samochodów. Nie mogła mieć jak człowiek czarnego albo srebrnego auta? Trawiastozielone lupo zmieniła na delfinkowe audi… Ale nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba. I tego się trzymajmy.

Wytoczyłam się z samochodu i od razu poszłam zamknąć za sobą bramę, żeby Kaja nie wybiegła na ulicę. W końcu mogłam wypuścić zaślinionego psa na świeże powietrze. Rabatki mojej mamy zapamiętają tę wizytę na długo.

– Ciocia! Co nam przywiozłaś? – Uwielbiałam bezinteresowność dzieciaków.

– Mam dla was jajka. Czekajcie chwilę – powiedziałam, sięgając do samochodu po kinder niespodzianki.

– Proszę. – Podałam dzieciakom słodycze i poszłam w kierunku domu, żeby schować colę do lodówki.

– Cześć wszystkim! – krzyknęłam od progu.

– Mam nadzieję, że nie dałaś im żadnych słodyczy. – Siostra stwierdziła bez przywitania.

– Ależ oczywiście, że nie. Gdzieżbym śmiała? – Wzruszyłam ramionami i poszłam do kuchni.

– Łżesz. Będziesz miała wielki nos jak Pinokio.

– Dlaczego ciocia będzie miała wielki nos? – Do domu wszedł Wiktor cały umorusany w czekoladzie. Kaśka zgromiła mnie wzrokiem, a ja po raz kolejny wzruszyłam ramionami.

– Nie mam pojęcia, skąd on wziął tę czekoladę. Pewnie znalazł gdzieś w szafce u mamy.

– Nie, ciocia mi dała.

Mały sprzedawca. Puściłam oczko dzieciakowi i odwróciłam się plecami do siostry.

– Ciocia, masz. – Wiktor wyciągnął w moją stronę pulchną rączkę. Na dłoni trzymał jakieś części plastikowej zabawki. – Złóż mi! – zażądał chłopczyk, przekładając umazane czekoladą części zabawki na moją dłoń.

– Nie masz instrukcji, jak to złożyć? – zapytałam, nie bardzo wiedząc, jak mu pomóc.

– Nie, twój pies mi zjadł. – Młody wzruszył ramionami i odszedł. – Zaowaj, jak skończysz!

– Zawołaj! – poprawiła go z automatu Kaśka.

– Zaowaj, zaowaj. Dobrze mówię! – Obrócił się na pięcie i wyszedł z domu.

– Miałaś im nie kupować słodyczy – powiedziała Kaśka. – W dodatku dajesz im je przed obiadem. Jak go nie zjedzą, mama będzie narzekać. Zwalę na ciebie!

– Nie przesadzaj, zjedzą wszystko. A trochę czekolady nikomu nie zaszkodziło. Od tego mają ciotkę, nie?

– Matko kochana i wszyscy święci. Moje hortensje. Patrycja!

Do naszych uszy dobiegł spanikowany głos mojej mamy, a ja już wiedziałam, co mnie czeka na zewnątrz. Podjedzone hortensje. Nie wiem, może one są dobre i smakują Kai, skoro za każdym razem, jak tu jesteśmy, to je obgryza.

– Kaja! – zawołałam, ale miała to w nosie, bo właśnie uciekała z piłką, którą porwała bliźniakom.

– Popatrz, co mi zrobiła. Zobacz, wszystko zjedzone. Nie karmisz jej czy co?!

– No ona tylko kwiaty je, nic innego – powiedziałam, ruszając za sunią, żeby złapać piłkę, zanim zrobi z niej naleśnik.

– Kaja! – krzyczałam, a ta mała bestia myślała, że się z nią bawię.

W końcu ją dopadłam, ale przewaliła mnie na ziemię, a w dodatku zachciało się jej, by polizać moją twarz.

– Jak będziesz zjadała kwiatki, to babcia Dorotka zbuduje tu dla ciebie kojec. Zobaczysz! – mówiłam do psa, wyswobadzając się jednocześnie spod niego.

To niewiarygodne, że miała tak wiele siły. Raz się przeraziłam nie na żarty, bo znajoma powiedziała mi, że ten pies wygląda, jakbym go głodziła. Popędziłam z nim do weterynarza, a ten oznajmił, że boksery mają taką budowę i mam nie panikować.

– Co ty dziecko bredzisz do tego psa? Jaka babcia Dorotka, ja nie jestem jego babcią. – Moja mama nienawidziła, kiedy traktowałam Kaję jak dziecko, ale ten pies był dla mnie jak dzieciak.

– Mamo, skoro ja jestem matką Kai, to ty jesteś jej babcią – powiedziałam, uśmiechając się do mojej rodzicielki.

– Durnaś. Chłopa byś sobie lepiej znalazła. Nawet ta ruda od Ogońskich kogoś sobie przygruchała. I to jakiego. Takie ciacho, że palce lizać.

Omal nie zakrztusiłam się własną śliną na wyznanie mojej matki.

– Ciacho, że palce lizać? Skąd ty znasz takie określenia?

– A co ty myślisz, że ja to już nie mogę tak mówić? Wszyscy tak mówią. W książkach tak piszą.

– W jakiej książce to przeczytałaś?

– A bo ja wiem? W jakimś Greyu czy czymś podobnym.

– Co ty Greya czytałaś?

– Ano czytałam. Helena od synowej wzięła.

– I jak ci się podobało? – zapytałam, zastanawiając się, jak moja mama przyjęła taki erotyk.

– A nie było złe, ale sceny, takie wiesz, to omijałam. – Mama odwróciła wzrok zawstydzona.

– To ty połowę ominęłaś. – Wybuchłam śmiechem.

– Kaśka, słyszałaś? Mama Greya czytała! – Krzyknęłam do siostry, a rodzicielka zgromiła mnie wzrokiem.

Kaśka wyszła na ganek i przysiadła na schodach.

– I jak jej się podobało?

– Sceny seksu omijała – powiedziałam i razem z siostrą zaśmiałyśmy się z naszej mamy.

– Ciocia, a jakie to są sceny seksu? – zapytała Wiktoria.

Teraz moja mama zaczęła się naigrywać, miałam nauczkę za droczenie się z nią.

Nauczona doświadczeniem z tymi małymi bestiami odesłałam Wiktorię do Kaśki i dodałam triumfalnie, że ciocia nie ma męża, żeby wiedzieć o takich rzeczach. W końcu to nie w mojej gestii leżało uświadamianie młodocianych siostrzeńców.