Opis

"Zabawny, barwny, wielowymiarowy, momentami sarkastyczny opis górskiej stolicy Polski – Zakopanego. Autorki, nie bacząc na konsekwencje, opisują prawdziwą góralską naturę.

 

Sporo miejsca poświęcają podhalańskiej kulturze, dorocznym obrzędom czy magii bacowskiej. Opowiadają o ludziach, którzy odegrali kluczowe role w życiu Zakopanego: Witkacym, Rafale Malczewskim, Zofii Stryjeńskiej, Karolu Stryjeńskim. Nie zabrakło rozdziału o kobietach w życiu Witkacego – matce, żonie i licznych kochankach.

 

Autorki zdecydowały się także (czasem z przymrużeniem oka) poruszyć tematy bolesne i przynoszące ujmę zarówno ceprom, jak i góralom: karygodne zachowanie niektórych gości, kombinatorstwo i niesławną chciwość części góralskich gospodarzy, tragiczne zarządzanie przestrzenią miasta i dopełniające obrazu zniszczeń samowole budowlane.

 

Nie bacząc na osobiste ryzyko, autorki próbują uratować oryginalną, niepowtarzalną góralszczyznę oraz ocalić tatrzańską atmosferę znaną z wierszy Kasprowicza i Tetmajera.

 

W tytułowym „nie ma przebacz” nie ma słowa przesady. Obie autorki rozdają razy na prawo i lewo. Ale nie na oślep. Dostaje się góralom za irytującą góralskość, ceprom za podlaną litworówką ceperskość. W dodatku fascynujące artystyczno-damsko-męskie podróże po dwudziestoleciu, imponujące macierzyństwo w śniegu zakopane i straszliwe Zakopane samowolą budowlaną stojące. Obawiam się, jak one na te Krupówki wrócą? Czy „księżyc nad Kościeliskiem” jeszcze dla nich zaświeci? Niechby nawet światłem odbitym.

Tomasz Sianecki, TVN24

 

Autorki tej książki ciągle wierzą w Zakopane. Piszą o nim z pasją bezkompromisowych reporterek i zakochanych na zabój dziewczyn i matek. Ja sentyment do stolicy Tatr utraciłem. Znikł za budami, billboardami, góralskimi architektonicznymi gargamelami, rozpadającymi się zabytkowymi chałupami i dziesiątkami burdeli. Rozpuścił w ohydnym jedzeniu i ogólnej tandecie. Autorki „Zakopane, nie ma przebacz!” opisują to wszystko z bezwzględnością i krytyczną pasją. Ale nie tracą nadziei, że duch dawnego górskiego zdrojowiska jeszcze tam powróci. Jeśli jechać dziś do Zakopanego to tylko z książką Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały-Zielińskiej.

Maciej Nowak "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© for the text by Paulina Młynarska & Beata Sabała-Zielińska

© for this edition by Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone

Autor:

Paulina Młynarska-Moritz, Beata Sabała-Zielińska

Tytuł:

Zakopane nie ma przebacz

Redakcja:

Dorota Koman

Korekta:

Katarzyna Zioła-Zemczak

Okładka:

Aleksandra Zimoch

Zdjęcie na okładce:

Bartłomiej Jurecki

Redaktor prowadząca:

Małgorzata Jasińska-Kowynia

Redaktor naczelna:

Agnieszka Hetnał

Bielsko-Biała 2014ISBN 978-83-7642-342-5

Wydawca:

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biał[email protected]al.plwww.pascal.pl

eBook redaktor i konwersja:

Dominik Trzebiński Du Châ[email protected]

Serdeczne podziękowania od wydawcy dla Muzeum Tatrzańskiego, Muzeum Stylu Zakopiańskiego w Willi Koliba za pomoc w przygotowaniu materiałów zdjęciowych oraz udostępnienie wnętrz.

Ojcu – Paulina

Mężowi – Beata

Podziękowania

Ser­decz­nie dzię­ku­je­my na­szym przy­ja­cio­łom i życz­li­wym zna­jo­mym, któ­rych opo­wie­ści nas za­in­spi­ro­wa­ły. Szcze­gól­nie ni­sko kła­nia­my się Jó­ze­fo­wi Pi­to­nio­wi, Ka­ta­rzy­nie Zie­liń­skiej, Woj­cie­cho­wi Szat­kow­skie­mu, Ja­no­wi Kar­pie­lo­wi-Bu­łec­ce, a tak­że Ewie Cy­gan za to, że na­pro­wa­dzi­ła nas na po­mysł ty­tu­łu tej książ­ki.

Wstęp

„Nie ma ra­dy: cy­wi­li­za­cja nie jest już tym de­li­kat­nym kwia­tem, któ­ry chro­ni­ło się i ho­do­wa­ło z wiel­kim tru­dem w kil­ku osło­nię­tych miej­scach zie­mi, wśród lud­no­ści nie­okrze­sa­nej, lecz przy­czy­nia­ją­cej się do uroz­ma­ice­nia i wzmoc­nie­nia sie­wu. Ludz­kość ogra­ni­czy­ła się do mo­no­kul­tu­ry i przy­go­to­wu­je się do ma­so­we­go pro­du­ko­wa­nia cy­wi­li­za­cji, jak bu­ra­ków. Jej ja­dło­spis bę­dzie za­wie­rał wy­łącz­nie to da­nie”.

Clau­de Lévi-Strauss, Smu­tek tro­pi­ków1)

1) C. Lévi-Strauss, Smu­tek tro­pi­ków, przeł. A. Ste­ins­berg, Wy­daw­nic­two OPUS, Łódź 1992.

Sło­wa słyn­ne­go fran­cu­skie­go et­no­lo­ga, na­pi­sa­ne sześć­dzie­siąt lat te­mu, nie­ste­ty się spraw­dzi­ły. Ży­je­my w epo­ce, w któ­rej rzecz się do­ko­na­ła. Na­sze po­ko­le­nie już za­tra­ci­ło się w mo­no­kul­tu­rze, któ­ra chce za­gar­nąć pod swo­ją upra­wę każ­dy jesz­cze nie­ob­sia­ny „bu­ra­kiem” spła­che­tek mat­ki Zie­mi.

Jed­nym z jej dzie­ci, któ­re jesz­cze wal­czy o za­cho­wa­nie swo­jej od­ręb­no­ści i ory­gi­nal­nej kul­tu­ry, jest Pod­ha­le. Je­śli nie wy­cią­gnie­my do nie­go po­moc­nej rę­ki, prze­gra. Chwa­sty wszyst­ko za­głu­szą.

Nie­wie­le jest miejsc, w któ­rych, jak pod Ta­tra­mi, czy­sto lu­do­wy ko­lo­ryt miej­sco­wej lud­no­ści tak pięk­nie splótł się z twór­czo­ścią przy­by­łych z bar­dziej „cy­wi­li­zo­wa­ne­go” świa­ta ar­ty­stów i in­te­lek­tu­ali­stów. Gó­ralsz­czy­zna – ze swo­ją dzi­ko­ścią, tem­pe­ra­men­tem i su­ro­wym pięk­nem – za­pład­nia­ła ich umy­sły tak sku­tecz­nie, że nie­któ­re jej ele­men­ty na sta­łe we­szły do ka­no­nu naj­więk­szych osią­gnięć kul­tu­ry eu­ro­pej­skiej.

Kie­dy w 1925 ro­ku Ka­rol Stry­jeń­ski, bę­dą­cy wów­czas dy­rek­to­rem za­ko­piań­skiej Szko­ły Prze­my­słu Drzew­ne­go, za­brał pol­skich gó­ra­li na Mię­dzy­na­ro­do­wą Wy­sta­wę Sztu­ki De­ko­ra­cyj­nej do Pa­ry­ża, by po­ka­zać tam ich wzor­nic­two i mu­zy­kę, wy­bred­ne ju­ry wpa­dło w za­chwyt. Pol­ska eks­po­zy­cja otrzy­ma­ła wów­czas głów­ną na­gro­dę.

Zo­fia Stry­jeń­ska, lau­re­at­ka Grand Prix w aż czte­rech ka­te­go­riach na tej­że wy­sta­wie – za ma­lar­stwo, pla­kat, tka­ni­ny i ilu­stra­cje – oraz Dy­plo­mu Ho­no­ro­we­go w dzia­le za­baw­kar­skim i Krzy­ża Ka­wa­ler­skie­go Le­gii Ho­no­ro­wej, czer­pa­ła z Pod­ha­la peł­ny­mi gar­ścia­mi.

Z ko­lei in­spi­ro­wa­ny tań­cem i mu­zy­ką gó­ral­ską ba­let Har­na­sie Ka­ro­la Szy­ma­now­skie­go wy­sta­wia­ny był na naj­więk­szych sce­nach świa­ta.

Wy­wie­dzio­ny wprost od pro­stej gó­ral­skiej cha­ty styl za­ko­piań­ski w ar­chi­tek­tu­rze, stwo­rzo­ny przez Sta­ni­sła­wa Wit­kie­wi­cza, stał się wi­zy­tów­ką pol­skiej ar­chi­tek­tu­ry na świe­cie, a nie­pi­śmien­ny gó­ral Sa­ba­ła z Krzep­tó­wek zo­stał ochrzczo­ny przez so­bie współ­cze­snych gó­ral­skim Ho­me­rem. Nie zo­sta­wił po so­bie ani jed­nej li­nij­ki tek­stu, a mi­mo to na­wet po stu la­tach z okła­dem od swo­jej śmier­ci by­wa chęt­nie cy­to­wa­ny przez Po­la­ków od mo­rza aż po Ta­try.

Rdzen­na kul­tu­ra Pod­ha­la – z jej oby­cza­ja­mi, tra­dy­cją i wie­rze­nia­mi – do dziś po­cią­ga i bu­dzi cie­ka­wość ce­prów przy­by­wa­ją­cych tu na wa­ka­cje. Za­chwy­ca­jąc się Za­ko­pa­nem, stą­pa­my więc po śla­dach lu­dzi wiel­kie­go for­ma­tu, oto­czo­nych wspa­nia­łą le­gen­dą. Znaj­du­jąc z ni­mi wspól­ny mia­now­nik, sa­mi sta­je­my się jak­by lep­si, pod­no­si­my swój po­ziom i na chwi­lę umy­ka­my wszech­ogar­nia­ją­cej prze­cięt­no­ści. Ale za­raz, za­raz… Coś nam tu nie pa­su­je.

Pi­sząc te sło­wa, uży­wa­my cza­su te­raź­niej­sze­go, a prze­cież już przy­go­to­wu­jąc na­szą pierw­szą książ­kę Za­ko­pa­ne od­ko­pa­ne. Lek­ko gor­szą­ca opo­wieść gó­ral­sko-ce­per­ska, zła­pa­ły­śmy się na tym, że z my­ślą o współ­cze­snym czy­tel­ni­ku da­je­my ob­szer­ne przy­pi­sy tam, gdzie wy­mie­nia­my na­zwi­ska, któ­rych zna­jo­mość po­win­na być dla każ­de­go Po­la­ka czymś oczy­wi­stym. Wy­chwy­cił to zresz­tą kry­tyk te­atral­ny Ma­ciej No­wak i po lek­tu­rze na­pi­sał na swo­im pro­fi­lu na Fa­ce­bo­oku, że książ­ka jest co praw­da „bar­dzo świe­ża i dow­cip­na”, ale da­wać przy­pis przy ta­kich na­zwi­skach jak Ja­cek Mal­czew­ski i Ka­rol Szy­ma­now­ski to już upa­dek. O tem­po­ra, o mo­res!

Przy­ta­cza­my tę hi­sto­ryj­kę, po­nie­waż wy­da­je nam się ona do­sko­na­le wpi­sy­wać w to, co na­szym zda­niem sta­ło się w Za­ko­pa­nem i z Za­ko­pa­nem. Jesz­cze przed wy­bu­chem II woj­ny świa­to­wej, czy­li za­le­d­wie trzy po­ko­le­nia wstecz, na­zy­wa­no je pol­ski­mi Ate­na­mi! Dziś związ­ki mia­sta z naj­waż­niej­szy­mi na­zwi­ska­mi pol­skiej kul­tu­ry są oczy­wi­ste tyl­ko dla nie­licz­nych. Nie mó­wiąc o tym, że tyl­ko nie­licz­ni umie­ją dziś wy­mie­nić naj­waż­niej­sze dla pol­skiej kul­tu­ry na­zwi­ska. Gó­ralsz­czy­znę prze­cięt­ny od­bior­ca ko­ja­rzy z ciu­pa­gą i oscyp­ka­mi.

„Bu­ra­ki” rze­czy­wi­ście za­ra­sta­ją wszyst­ko w po­ra­ża­ją­cym tem­pie.

Pra­cu­jąc i ży­jąc w Za­ko­pa­nem, czę­sto ma­my wra­że­nie, że sto­imy nad skrzy­nią peł­ną skar­bów, na któ­rej urzą­dzo­no pa­skud­ny, ki­czo­wa­ty stra­gan. Nie chce­my się z tym po­go­dzić.

Ta książ­ka to na­sze wal­nię­cie pię­ścią w stół. Stąd ty­tuł: Nie ma prze­bacz!

Je­śli coś się nie zmie­ni, Za­ko­pa­ne nam nie prze­ba­czy. Na­sze wnu­ki nie bę­dą mia­ły po­ję­cia, czym się tu za­chwy­ca­ły­śmy i co wła­ści­wie nas tu­taj trzy­ma­ło. Prze­cież gdy­by za­ba­wić się Pho­to­sho­pem i wy­ciąć Ta­try z ob­raz­ka, nie by­ło­by zbyt wie­lu po­wo­dów, by się tu tłuc, a już miesz­kać i zno­sić zim­no, śnieg i hal­ny? „Puk­nij się, bab­ciu, w ten głu­pi łeb!”.

Do­pó­ki jed­nak nie wszyst­ko stra­co­ne, chce­my przy­po­mnieć, co tu jesz­cze ma­my. Stąd nie­co et­no­gra­ficz­ne w cha­rak­te­rze roz­dzia­ły po­świę­co­ne pod­ha­lań­skiej kul­tu­rze, ob­rzę­dom do­rocz­nym czy ma­gii ba­cow­skiej. Opo­wie­ści o lu­dziach, któ­rzy ode­gra­li cha­rak­te­ry­stycz­ne i klu­czo­we ro­le w ży­ciu na­sze­go mia­sta, ale do dziś nie do­cze­ka­li się tu ulic swo­je­go imie­nia: Wit­ka­cy, Ra­fał Mal­czew­ski, Zo­fia Stry­jeń­ska, Ka­rol Stry­jeń­ski. Ga­wę­da o ko­bie­tach w ży­ciu Wit­ka­ce­go. Mat­ce, żo­nie i licz­nych ko­chan­kach, o któ­rych tak czę­sto mil­czy się, przy­wo­łu­jąc wy­bry­ki ge­nial­ne­go „wa­ria­ta z Kru­pó­wek”. Ich lo­sy do­sko­na­le ob­ra­zu­ją, jak ży­ło się w Za­ko­pa­nem „pa­niom ar­ty­ści­nom”. Mu­zom, któ­re nie­jed­no­krot­nie za­pła­ci­ły ży­ciem za to, że los zde­rzył je z wy­bit­nym ar­ty­stą. Hi­sto­ria dra­ma­tu Zo­fii Stry­jeń­skiej, „księż­nicz­ki pol­skie­go ma­lar­stwa”, któ­ra mia­ła nie­szczę­ście nie tyl­ko po­ko­chać wy­bit­ne­go męż­czy­znę, ale i prze­ro­snąć go ta­len­tem i osią­gnię­cia­mi.

Zde­cy­do­wa­ły­śmy się też po­ru­szyć bo­le­sne i przy­no­szą­ce uj­mę za­rów­no ce­prom, jak i gó­ra­lom te­ma­ty. Ka­ry­god­ne za­cho­wa­nie nie­któ­rych go­ści, kom­bi­na­tor­stwo i nie­sław­ną chci­wość czę­ści gó­ral­skich go­spo­da­rzy, tra­gicz­ne za­rzą­dza­nie prze­strze­nią na­sze­go mia­sta i do­peł­nia­ją­ce ob­ra­zu znisz­czeń sa­mo­wo­le bu­dow­la­ne.

Spo­dzie­wa­my się gro­mów. Trud­no. Uwa­ża­my, że bez uczci­we­go ra­chun­ku su­mie­nia, bez spoj­rze­nia praw­dzie w oczy nic się tu nie zmie­ni. A my chce­my, by się zmie­ni­ło. Chce­my, by Za­ko­pa­ne od­zy­ska­ło swój daw­ny blask. Chce­my, by zno­wu by­ło pol­ski­mi Ate­na­mi. Chce­my oca­lić od za­po­mnie­nia hi­sto­rię mia­sta, któ­re wy­ro­sło z mi­ło­ści pro­stych gó­ra­li i wiel­kich lu­dzi kul­tu­ry.

Że­by wszyst­ko by­ło ja­sne! – ko­cha­my Pod­ha­le, ży­je­my tu i nie pla­nu­je­my prze­pro­wadz­ki. Ale doj­rza­ła mi­łość to nie jest tyl­ko „ciu­ciu­ru­ciu”, wy­ja­da­nie so­bie z dziób­ków i gła­ska­nie się po głów­kach. Po­wie­my wię­cej, w mi­ło­ści nie ma sen­ty­men­tów! Ni­g­dy nie po­win­no za­brak­nąć w niej jed­nak czu­ło­ści. Dla­te­go po­zwa­la­my so­bie za­cząć od bar­dzo oso­bi­stych wstę­pów, któ­re każ­da z nas na­pi­sa­ła osob­no. Ma­my na­dzie­ję, że ich treść nie po­zo­sta­wi czy­tel­ni­ko­wi wąt­pli­wo­ści co do te­go, jak czu­ły jest nasz sto­su­nek do miej­sca, któ­re WY­BRA­ŁY­ŚMY so­bie do ży­cia.

Mi­łej lek­tu­ry. W imię Oj­ca i Sy­na…

Jak najdalej, czyli… tu

Uciec jak naj­da­lej stąd. By­le szyb­ko i by­le do wiel­kie­go mia­sta. Wy­grze­bać się z te­go graj­doł­ka i… w dłu­gą. Ta­ka myśl to­wa­rzy­szy­ła mi przez pół ży­cia. Uro­dzi­łam się i wy­cho­wa­łam w No­wym Tar­gu, a w za­sa­dzie w Kró­lew­skim Wol­nym Mie­ście No­wy Targ, 25 ki­lo­me­trów od Za­ko­pa­ne­go. Na­zwa jest do­stoj­na, a i hi­sto­ria aglo­me­ra­cji im­po­nu­ją­ca. Mo­że dla­te­go gó­ra­le z oko­licz­nych wio­sek na No­wy Targ mó­wią z sza­cun­kiem Mia­sto. Za­ko­piań­czy­cy jed­nak ro­bią to z wy­raź­nym prze­ką­sem, uwa­ża­jąc, że 25 ki­lo­me­trów to prze­paść od­dzie­la­ją­ca dwa cał­ko­wi­cie od­mien­ne świa­ty: szla­chet­nie na­zwa­ną, ale jed­nak ma­ło­mia­stecz­ko­wą dziu­rę i kli­ma­tycz­ny ku­rort dla wyż­szych sfer.

Dla wie­lu osób do­brze zna­ją­cych obie miej­sco­wo­ści No­wy Targ i Za­ko­pa­ne są jak dwie zu­peł­nie do sie­bie nie­po­dob­ne sio­stry. Ni­by zro­dzo­ne na tej sa­mej zie­mi, w tym sa­mym kli­ma­cie i iden­tycz­nych wa­run­kach, a jed­nak…

Jed­na ma uro­dę, wdzięk, sek­sa­pil i wy­so­ko roz­wi­nię­te po­czu­cie wła­snej war­to­ści, dru­ga tym­cza­sem jest za­hu­ka­na, po­spo­li­ta i wiecz­nie ukry­ta za we­lo­nem gę­stej mgły. Dla nas, no­wo­tar­żan, dzie­ci tej mniej prze­bo­jo­wej pan­ny, Za­ko­pa­ne za­wsze by­ło nie­zwy­kle po­cią­ga­ją­ce. Pach­nia­ło wiel­kim świa­tem. To tam za­pę­dza­li się tu­ry­ści z ca­łej ku­li ziem­skiej, a nad mia­stem uno­si­ła się nie­mal na­ma­cal­na łu­na szy­ku, prze­py­chu i blich­tru. To na Kru­pów­kach moż­na by­ło spo­tkać gwiaz­dy pol­skie­go show-biz­ne­su, nie­bie­skie pta­ki, po­szu­ki­wa­nych li­sta­mi goń­czy­mi prze­stęp­ców czy po­li­ty­ków za­ła­twia­ją­cych tu mniej lub bar­dziej szem­ra­ne in­te­re­sy. To na Kru­pów­kach od­by­wał się swo­isty po­kaz nar­ciar­skiej mo­dy, gdy ama­to­rzy bia­łe­go sza­leń­stwa z lu­bo­ścią prze­cha­dza­li się dep­ta­kiem w nie­wy­god­nych, ale za to mar­ko­wych bu­tach nar­ciar­skich, pre­zen­tu­jąc ni­czym kom­pa­nia ho­no­ro­wa naj­now­szy sprzęt. Przy­po­mi­nam, że by­ły to cza­sy ko­mu­ny, więc wszyst­ko, co nie by­ło wy­cię­te z sza­re­go po­lie­stru, bu­dzi­ło wiel­kie „Wow!”.

To w Za­ko­pa­nem noc­ne klu­by wy­peł­nio­ne by­ły po brze­gi i trze­ba by­ło mieć nie la­da zna­jo­mo­ści, by w piąt­ko­wy lub so­bot­ni wie­czór we­pchnąć się do Pstrą­ga2) czy Mor­skie­go Oka3). To tam cink­cia­rze ob­ra­ca­li nie­wy­obra­żal­ną for­są, wie­rząc, że są pa­na­mi te­go świa­ta, a pro­sty­tut­ki w fu­trach (praw­dzi­wych!) do ko­stek roz­bi­ja­ły się luk­su­so­wy­mi sa­mo­cho­da­mi na nie­miec­kich, au­striac­kich, ho­len­der­skich czy szwedz­kich nu­me­rach re­je­stra­cyj­nych. Od cza­su do cza­su za­jeż­dża­ły też wy­pa­sio­ny­mi fu­ra­mi z wi­zy­tą do ro­dzin w No­wym Tar­gu, by za­hu­ka­nych pro­win­cju­szy kłuć w oczy bo­gac­twem. W mo­im blo­ku miesz­ka­ła dziew­czy­na upra­wia­ją­ca (w Za­ko­pa­nem oczy­wi­ście) ten naj­star­szy za­wód świa­ta. Kie­dy po­ja­wia­ło się czar­ne bmw, a Kaś­ka, o sor­ry, Ca­thy, wy­su­wa­ła z nie­go z gra­cją swo­je nóż­ki obu­te w za­chod­nie szpil­ki, ca­łe osie­dle sta­wa­ło w oknach. Gdy mę­ska część spo­łecz­no­ści za­chwy­ca­ła się pod­wo­ziem i nad­wo­ziem brycz­ki, nie wspo­mi­na­jąc już o sa­mej użyt­kow­nicz­ce ele­ganc­kie­go po­jaz­du, ich żo­ny zło­śli­wie ko­men­to­wa­ły, że sa­mo­chód mo­że i nów­ka, ale pod­wo­zie pa­nien­ki mu­si być już moc­no zjeż­dżo­ne. Gu­zik z pę­tel­ką! „Pa­nien­ka” w za­ci­szu do­mo­we­go po­dwór­ka czę­sto opa­la­ła się na bal­ko­nie… na­go, a znaw­cy te­ma­tu, pod­glą­da­jąc ją, „obiek­tyw­nie” stwier­dza­li, że za­rów­no ka­ro­se­ria, jak i pod­wo­zie są w do­sko­na­łym sta­nie.

2) Noc­ny klub przy uli­cy Ja­giel­loń­skiej. Obec­nie no­si na­zwę Amp­strong.

3) Kul­to­wy ho­tel i re­stau­ra­cja na Kru­pów­kach.

Pod­czas gdy Za­ko­pa­ne ba­lan­go­wa­ło od świ­tu do świ­tu i le­cząc ka­ca, ru­mie­ni­ło się na wspo­mnie­nie noc­nych har­ców, No­wy Targ tra­cił zdro­wie, kro­jąc, dzier­ga­jąc i wy­szy­wa­jąc ko­żu­chy i kap­cie. Zmę­czo­ny, nie miał si­ły i cza­su roz­wi­jać skrzy­deł. Mo­że dla­te­go o sie­dem­na­stej „zwi­ja­no as­falt”. Już póź­nym po­po­łu­dniem mia­sto wy­glą­da­ło na wy­mar­łe. Nie by­ło re­stau­ra­cji, ka­wiar­ni czy pu­bów. Na­szą je­dy­ną du­mą by­ły lo­dy u Żar­nec­kie­go, zresz­tą do dziś fe­no­me­nal­ne, naj­lep­sze, ja­kie znam! Swo­je pięć mi­nut No­wy Targ prze­ży­wał w czwart­ki i so­bo­ty. To dni tar­go­we, a że no­wo­tar­ski ba­zar z po­wo­dze­niem mo­że sta­nąć w szran­ki z Grand Ba­za­arem w Stam­bu­le, tłu­my na nim są im­po­nu­ją­ce. Nie­ste­ty, nie są to tłu­my tu­ry­stów. To miej­sce han­dlu głów­nie dla oko­licz­nych miesz­kań­ców i… Sło­wa­ków, któ­rzy po wpro­wa­dze­niu u nich eu­ro szu­ka­ją na Pod­ha­lu oszczęd­no­ści. High li­fe’u więc tu nie uświad­czysz.

Przez ca­łą mło­dość Ta­try wi­dzia­łam wy­łącz­nie przez okno. I przez wie­le lat cał­ko­wi­cie mi to wy­star­cza­ło! Je­śli ro­bi­łam z ko­le­ga­mi wy­pa­dy w gó­ry, to w Gor­ce. Gó­ralsz­czy­znę tym­cza­sem, i to w naj­czyst­szej for­mie, po­zna­wa­łam, wy­jeż­dża­jąc na wa­ka­cje do Ra­tu­ło­wa4), ro­dzin­nej wsi mo­jej ma­my.

4) Ra­tu­łów, wieś po­ło­żo­na nie­da­le­ko Za­ko­pa­ne­go.

Uwiel­bia­łam „szyć” kierp­ce i gó­ral­skie to­reb­ki z dziad­kiem Józ­kiem. Nasz wa­ka­cyj­ny warsz­tat pra­cy mie­ścił się na gan­ku sta­rej cha­łu­py. Sia­da­li­śmy na zy­del­kach i wsłu­chu­jąc się w szum sa­du i ci­che od­gło­sy wsi, ro­bi­li­śmy swo­je. Z przy­jem­no­ścią za­cią­ga­łam się za­pa­chem mo­krej skó­ry, gdy dłut­kiem roz­sze­rza­łam wcię­cia, by prze­wlec przez nie rze­my­ki, a po­tem moc­no za­cią­gnąć. A ja­ką fraj­dą by­ło cy­fro­wa­nie, czy­li zdo­bie­nie skó­ry! Bra­ło się mię­dzy no­gi ko­wa­dło, na­kła­da­ło na nie to­reb­kę lub but i za po­mo­cą młot­ka wy­bi­ja­ło sza­rot­ki i krzy­ży­ki wy­ry­te w me­ta­lo­wych „pie­cząt­kach”. Dzia­dek nie­wie­le mó­wił. W ustach wiecz­nie wi­siał mu sport5). Mię­dzy jed­nym a dru­gim sztach­nię­ciem się pod­no­sił wzrok, by przez chmu­rę ni­ko­ty­no­we­go dy­mu spoj­rzeć, czy rów­no i od­po­wied­nio moc­no wy­bi­jam. Po­tem na ba­lu­stra­dzie na gan­ku i przy piw­nicz­ce pod nim ukła­da­li­śmy rów­niut­ko nasz uro­bek, by wy­sechł w słoń­cu. W tym cza­sie mo­ja bab­cia Ka­sia krzą­ta­ła się w czar­nej izbie, czy­li w kuch­ni. By­ła naj­we­sel­szą ko­bie­tą, ja­ką zna­łam. Jej per­li­sty śmiech sły­chać by­ło na dru­gim koń­cu wsi. Ener­gia do­słow­nie ją roz­sa­dza­ła. Wszę­dzie by­ło jej peł­no. Pod­czas gdy garn­ki tłu­kły się na bla­sze, wy­da­jąc z sie­bie cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk pod­ska­ku­ją­cych po­kry­wek, ona co rusz wy­bie­ga­ła z izby. A to po mą­kę do ko­mór­ki, a to po śmie­ta­nę do sie­ni, a to by wark­nąć na kra­su­lę są­siad­ki, któ­ra wła­śnie wcho­dzi­ła w szko­dę (kra­su­la, rzecz ja­sna, a nie są­siad­ka). „Pó­dzies ty, kru­ca­fuk­sie6) je­den!” – rzu­ca­ła pa­ty­kiem w bez­myśl­ne zwie­rzę i już gna­ła tam, gdzie jej jesz­cze nie by­ło. Gdy sy­tu­acja w kuch­ni zda­wa­ła się być opa­no­wa­na, bra­ła wiel­ką ba­lię z pra­niem i ru­sza­ła nad po­tok. Zbie­ga­ła z brzyz­ka7) tak szyb­ko, że nie mo­głam za nią na­dą­żyć. Nad wo­dą ro­iło się już od są­sia­dek. Brzeg pie­nił się my­dli­na­mi, wiel­kie tar­ła wy­do­by­wa­ły z sie­bie mia­ro­we brum, brum, brum, a zla­ne po­tem gaź­dzi­ny traj­ko­ta­ły na ca­łe­go. Mo­im za­da­niem by­ło płu­ka­nie pra­nia. W po­szu­ki­wa­niu kry­sta­licz­nie czy­stej wo­dy trze­ba by­ło wejść głę­biej do rze­ki. Je­zu, jak mar­z­ły no­gi. Wo­da za­wsze by­ła lo­do­wa­ta, a bab­cia bez­li­to­sna: „Aleś to wy­płu­ka­ła! Właź je­sce roz. Ino pil­nuj, co­by ci prąd nie wy­rwoł ko­su­li z rę­ki”. Uwa­ga by­ła cen­na, bo fak­tycz­nie rze­ka pła­ta­ła fi­gle. Zda­rza­ło się, że pod­stęp­nie pod­ci­na­ła no­gi i ku ucie­sze pio­rą­cych do­ko­ny­wa­ła przy­mu­so­wej ablu­cji Bo­gu du­cha win­nej pracz­ki.

5) Mar­ka pa­pie­ro­sów.

6) Jed­na z naj­więk­szych obelg gó­ral­skich.

7) Gwa­ro­wo: wznie­sie­nie.

Wa­ka­cje w Ra­tu­ło­wie by­ły dla mnie, „dziew­czy­ny z mia­sta”, fan­ta­stycz­ną szko­łą ży­cia. W cza­sie sia­no­ko­sów bab­cia zry­wa­ła nas z po­ście­li o pią­tej ra­no, czy­li w środ­ku no­cy! Sma­żąc na pie­cu ja­jecz­ni­cę z trzy­dzie­stu ja­jek, wy­da­wa­ła ro­ze­spa­ne­mu to­wa­rzy­stwu szyb­kie ko­men­dy. Każ­dy do­sta­wał ta­lerz z od­po­wied­nio du­żą por­cją, paj­dę chle­ba, szklan­kę mle­ka i wal­cząc z opa­da­ją­cy­mi po­wie­ka­mi, w mil­cze­niu wsu­wał śnia­da­nie. Po­tem już bez zbęd­nych dys­ku­sji bra­ło się gra­bie w garść i w po­le. Ni­g­dy w ży­ciu nie mia­łam tak wiel­kich od­ci­sków na dło­niach i tak spa­lo­nych słoń­cem ple­ców. Ale nikt się tym nie przej­mo­wał. I to by­ło pięk­ne.

Pierw­sza szan­sa na uciecz­kę z mo­je­go „pod­ha­lań­skie­go Al­ca­traz” po­ja­wi­ła wraz z ostat­nim dzwon­kiem w pod­sta­wów­ce. Szko­ła pie­lę­gniar­ska w My­śle­ni­cach – to by­ło mo­je ko­ło ra­tun­ko­we, na któ­re na­tych­miast się rzu­ci­łam. W koń­cu z My­śle­nic do Kra­ko­wa jest rzut be­re­tem, bez tru­du więc z dy­plo­mem pie­lę­gniar­ki w gar­ści prze­sko­czy­łam do Mia­sta Kró­lów Pol­skich, by tam „pra­co­wać, roz­wi­jać się i sza­leć do koń­ca swo­ich dni”.

Przez wie­le lat wy­da­wa­ło mi się, że zła­pa­łam Pa­na Bo­ga za no­gi. Kra­ków fak­tycz­nie dał mi wol­ność, o ja­kiej ma­rzy­łam. Za­czę­łam cho­dzić do szko­ły mu­zycz­nej, ma­rzy­łam o te­atral­nej, a mię­dzy dy­żu­ra­mi w szpi­ta­lu bie­ga­łam na kon­cer­ty i te­atral­ne pre­mie­ry. Le­czy­łam się z ma­ło­mia­stecz­ko­wych kom­plek­sów, ko­rzy­sta­jąc jed­no­cze­śnie (choć wte­dy ma­ło świa­do­mie) z sym­pa­tii, ja­ką wśród lu­dzi da­wa­ło mi gó­ral­skie po­cho­dze­nie. Gdy­bym wte­dy nie by­ła tak bar­dzo na­sta­wio­na na by­cie „mia­sto­wą”, za­uwa­ży­ła­bym za­pew­ne, jak wiel­ką war­to­ścią by­ły gó­ral­skie ko­rze­nie i ja­ki nie­by­wa­ły kre­dyt za­ufa­nia i życz­li­wo­ści da­wa­ły mi ma­gicz­ne sło­wa: „Je­stem gó­ral­ką”. Uspra­wie­dli­wia mnie tyl­ko to, że za­ko­cha­łam się w Kra­ko­wie bez pa­mię­ci. Los chciał, że za­raz rów­nie moc­no za­ko­cha­łam się w za­bój­czo przy­stoj­nym dok­tor­ku, któ­ry zo­stał mo­im mę­żem. Nie­ste­ty, po ośmiu la­tach by­cia przy­szy­wa­ną kra­ku­ską za­wi­sła na­de mną groź­ba po­wro­tu pod Ta­try. Mar­cin do­stał pra­cę w Za­ko­pa­nem, a że jest ty­po­wym ce­prem, war­sza­wia­kiem, piał z za­chwy­tu. Ja tym­cza­sem rwa­łam wło­sy z gło­wy, bo choć mia­łam wy­lą­do­wać w osła­wio­nym Za­ko­pa­nem, to jed­nak wra­ca­łam na sta­re śmie­ci. Wte­dy mi się wy­da­wa­ło, że do zna­nej mi rze­czy­wi­sto­ści. Ależ by­łam głu­pia!

Po­cząt­ko­wo Za­ko­pa­ne i ja mie­li­śmy do sie­bie ogrom­ny dy­stans. Ja strze­la­łam fo­cha, za­my­ka­jąc się na wszyst­kie atrak­cje mia­sta, ono zaś od­pła­ca­ło mi się strasz­li­wą nu­dą i uciąż­li­wo­ścią kli­ma­tu. Wciąż ucie­ka­łam do Kra­ko­wa. Za­czę­łam stu­dia za­ocz­ne i nie wiem, jak po­to­czy­ły­by się mo­je dal­sze re­la­cje z cha­rak­ter­ną sto­li­cą Tatr, gdy­by nie Pau­li­na i… bu­tel­ka ko­nia­ku. Mix za­cne­go trun­ku z po­my­sło­wo­ścią kre­atyw­nej przy­ja­ciół­ki dał po­czą­tek no­wej erze w mo­im ży­ciu. Za­czę­łam pra­co­wać ja­ko re­por­ter­ka w Ra­diu ZET. Po­zna­wa­łam lu­dzi, miej­sca, hi­sto­rie i na­resz­cie za­czę­łam ro­zu­mieć, za co i dla­cze­go Po­la­cy ko­cha­ją Za­ko­pa­ne.

Nie po­wiem jed­nak, że i ja od ra­zu ule­głam uro­ko­wi Pod­ha­la. To wy­ma­ga­ło cza­su. Zwłasz­cza że ja­ko ro­do­wi­ta miesz­kan­ka tej zie­mi zwy­czaj­nie nie ła­pa­łam się na nie­któ­re tan­det­ne chwy­ty mar­ke­tin­go­we ser­wo­wa­ne w re­gio­nal­nym so­si­ku. Na ki­lo­metr wy­czu­wa­łam wci­ska­ny tu­ry­stom kit, draż­ni­ły mnie tak­że na­sze gó­ral­skie przy­wa­ry i nie­spój­no­ści. Ale jak mó­wi kla­syk: No­bo­dy is per­fect, a sko­ro tak, to moż­na „po­pu­ścić gum­kę w majt­kach” i cie­szyć się ży­ciem.

Za co po­ko­cha­łam Za­ko­pa­ne? To za­dzi­wia­ją­ce, a jed­nak… za je­go ka­me­ral­ność, czy­li za to, od cze­go wie­le lat te­mu chcia­łam uciec, bio­rąc tę bli­ską za­ży­łość za ogra­ni­cze­nie wol­no­ści. Wszy­scy się zna­ją, wszyst­ko o so­bie wie­dzą al­bo uda­ją, że wie­dzą, co i tak na jed­no wy­cho­dzi. To mo­że zło­ścić i nie­po­ko­ić. Nie po­wiem, wciąż zży­mam się na pry­mi­tyw­ne wścib­stwo ty­pu: „A po­wiedz­ze mi, Kaś­ka z Józ­kiem to je­sce sie­dzom ra­zem?”, ale ja­ko doj­rza­ła czter­dzie­sto­kil­ku­lat­ka sku­piam się na za­le­tach za­ko­piań­skiej in­tym­no­ści, któ­ra sca­la lu­dzi, a co za tym idzie, da­je po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

W Za­ko­pa­nem nie bo­ję się wy­słać tak­sów­ką mo­jej młod­szej cór­ki do szko­ły al­bo zo­sta­wić ją chwi­lę w ka­wia­ren­ce na ba­se­nie. Je­śli nie zdą­żę ode­brać jej ze sto­ku nar­ciar­skie­go, mam pew­ność, że ktoś, bez pro­sze­nia, pod­rzu­ci ją do do­mu. Ot tak, zwy­czaj­nie. Prze­cież nie zo­sta­wi dziec­ka na mro­zie. Nie­zwy­kle ce­nię so­bie zna­jo­mość (a na­wet chwa­lę się nią) z cu­dow­ny­mi po­sta­cia­mi te­go mia­sta i re­gio­nu. Kie­dy po im­prez­ce w do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie wsia­dam do ta­ry­fy, lu­bię usły­szeć: „Wi­tam, pa­ni Be­ato, to co, do do­mu?”.

Tyl­ko tu moż­na przed pra­cą wy­sko­czyć na szyb­kie nar­ty. Pa­mię­tam, jak kie­dyś z Pau­li­ną szu­so­wa­ły­śmy o ósmej ra­no na Szy­mosz­ko­wej. Wjeż­dża­my ko­lej­ką na gó­rę, ra­do­śnie pa­pla­my, na sto­ku ży­wej du­szy. Na­gle Pau­li­na wpa­da na sza­tań­ski po­mysł: „Za­dzwo­nię do zna­jo­mej za­py­tać, co ro­bi”. „Jak to co! Sto­ję w gi­gan­tycz­nym kor­ku pod War­sza­wą!” – sły­chać w słu­chaw­ce zi­ry­to­wa­ny głos. „No patrz! A my z Be­cią wła­śnie te­stu­je­my stok. Ale nie bę­dzie­my sza­leć, dzie­sięć zjaz­dów i do ro­bo­ty!” – ot tak rzu­ca Pau­li­na i pew­nie w oba­wie przed gwał­tow­ną re­ak­cją do­da­je: „Mu­szę koń­czyć. Wy­ska­ku­ję z krze­sła. Pa!”.

Z rę­ką na ser­cu przy­zna­ję, że i ja lu­bię draż­nić za­krę­co­nych, za­cza­dzo­nych i za­pę­dzo­nych w ko­zi róg bli­skich i zna­jo­mych z wiel­kich miast opo­wie­ścia­mi z za­ko­piań­skie­go ży­cia co­dzien­ne­go. A to, że na ba­sen do­jeż­dżam w dzie­sięć mi­nut, a na naj­da­lej wy­su­nię­ty stok nar­ciar­ski w pięt­na­ście! Że za mo­im do­mem mam naj­cu­dow­niej­szą na świe­cie tra­sę bie­go­wą, z wi­do­ka­mi na Gie­wont i Czer­wo­ne Wier­chy. Po dru­giej stro­nie uli­cy, przy któ­rej miesz­kam, wi­ta mnie Ta­trzań­ski Park Na­ro­do­wy wej­ściem do Do­li­ny Ma­łej Łą­ki. Do mo­ich có­rek po szko­le ot tak wpa­da­ją ko­le­dzy, któ­rzy nie mu­szą go­dzi­na­mi prze­bi­jać się przez za­pcha­ne mia­sto. Zda­rza mi się ku­po­wać „na kre­chę”, kie­dy aku­rat za­po­mnia­łam port­fe­la, na co pa­ni w wa­rzyw­nia­ku lub spo­żyw­cza­ku wzru­sza ra­mio­na­mi, stwier­dza­jąc: „Do­brze, za­pła­ci pa­ni przy oka­zji”. Mo­ja przy­ja­ciół­ka Ba­sia bez uma­wia­nia się zgar­nie mnie na wer­ni­saż czy „po­sia­dy”, a Pau­li­na wie­czo­rem przy­drep­cze pie­cho­tą na drin­ka. Przy­tasz­czy w ple­ca­ku fry­ka­sy i bu­tel­kę wi­na. Ja roz­pa­lę w ko­min­ku, wy­go­nię „ra­da­ry” na gó­rę (czy­li ode­ślę cór­ki do po­ko­jów), bo prze­cież za­le­gnie­my na so­fach, by tro­chę po­plot­ko­wać. Oczy­wi­ście po­na­rze­ka­my na brak słoń­ca i wiecz­ną zim­ni­cę, w związ­ku z tym za­pla­nu­je­my na­wet wspól­ny wy­pad do Tu­ne­zji, ale tyl­ko na ty­dzień. Że­by szyb­ko się wy­grzać i szyb­ko wró­cić. W koń­cu nie ma to jak w do­mu, czy­li w Za­ko­pa­nem. To jest na­sze miej­sce. Fo­re­ver.

W podzięce za Kościelisko, czyli „Lola, co ty wyprawiasz!”

Hej, He­ro­dzie! Za twe zbyt­ki, idź do pie­kła, boś ty brzyd­ki!” – Ko­stu­cha mia­ła praw­dzi­wą ko­sę, bia­łe prze­ście­ra­dło na­rzu­co­ne na gło­wę i ja­kieś trzy­na­ście lat. Ja mia­łam trzy al­bo czte­ry.

Świę­ta w Ko­ście­li­sku. Przy­szli ko­lęd­ni­cy. Mo­je pierw­sze wspo­mnie­nie STĄD.

Ma­ma w drew­nia­kach stu­ka­ją­cych po scho­dach w gó­rę i w dół.

Cią­gle tu coś urzą­dza­ła i po­pra­wia­ła. Do­ka­zy­wa­ła cu­dów za­rad­no­ści. „Za­ła­twia­ła” pie­ce aku­mu­la­cyj­ne al­bo bu­tle z ga­zem. Mło­dym czy­tel­ni­kom wy­ja­śniam, że tych rze­czy nie ku­po­wa­ło się wte­dy, w la­tach 70. ubie­głe­go wie­ku, w Pol­sce „ot, tak”.

Ta­ta miał gó­ral­ski swe­ter i czas dla nas.

Uczył sio­strę i mnie jeź­dzić na nar­tach. Roz­cie­rał nam zmar­z­nię­te sto­py w schro­ni­sku.

W Ko­ście­li­sku mój nie­sa­mo­wi­cie mu­zy­kal­ny brat Ja­siek, ma­jąc kil­ka­na­ście mie­się­cy, wy­śpie­wy­wał ide­al­nie czy­sto ko­lę­dy. Jesz­cze nie umiał mó­wić, więc śpie­wał ono­ma­to­pe­ją. Słu­cha­li­śmy te­go w osłu­pie­niu.

Wie­czo­ra­mi gry­wa­li­śmy w ru­bla. Nie wiem, skąd wzię-ła się ta gra, mo­że z do­mu pra­dziad­ków w Ko­mo­ro­wie?

Stół przy­kry­wa­my ko­cem. Po­trzeb­ny nam bę­dzie pie­nią­żek i pu­deł­ko za­pa­łek. Licz­ba gra­czy ko­niecz­nie pa­rzy­sta.

Dwie dru­ży­ny za­sia­da­ją po prze­ciw­nych stro­nach sto­łu. Każ­da wy­bie­ra swo­je­go ka­pi­ta­na, któ­ry bę­dzie wy­da­wał po­le­ce­nia dru­ży­nie… prze­ciw­nej. Za­sa­da nr 1: słu­cha­my tyl­ko je­go! Re­ak­cja na ko­men­dę-pod­pu­chę ze stro­ny oso­by nie­upraw­nio­nej skut­ku­je utra­tą pie­niąż­ka, czy­li „ru­bla”, oraz punk­tu. Punk­ty to za­pał­ki.

Ko­men­dy brzmią: „Ru­bel w gó­rę!” – po­ka­zu­je­my „ru­bla”. „Ru­bel w dół!” – po­da­je­my go so­bie se­kret­nie pod sto­łem, aż tra­fia w rę­ce jed­nej oso­by. Twa­rze po­ke­ro­we.

„Rę­ce na stół!” – te­raz pod jed­ną z pła­sko wy­ło­żo­nych dło­ni scho­wa­ny jest „ru­bel”. Nie mo­że bły­snąć, nie mo­że brzęk­nąć. Prze­ciw­ni­cy ma­ją od­gad­nąć, gdzie jest.

W tym ce­lu ka­pi­tan, na­ra­dziw­szy się uprzed­nio ze swo­ją dru­ży­ną, mo­że wy­dać dwa ro­dza­je roz­ka­zów: „Pod­nieś rę­kę!” lub „Od­daj ru­bla!”. Al­bo jed­no, al­bo dru­gie.

Je­śli po­wie „Pod­nieś rę­kę!”, a pod nią znaj­dzie pie­nią­żek – par­tia jest prze­gra­na. Tra­ci punkt, czy­li za­pał­kę. „Ru­bel” zo­sta­je u prze­ciw­ni­ków. Je­śli po­wie: „Od­daj ru­bla!”, a tam ru­bla niet – to sa­mo. Trze­ba więc być psy­cho­lo­giem, stra­te­giem i tro­chę ma­giem.

Ta­ta Woj­tek, zwa­ny też (z cza­sem) Woj­ta­sem dzia­da­sem, gdy już mu bra­ko­wa­ło cier­pli­wo­ści, od­wo­ły­wał się do swych mo­cy wró­żeb­nych. Wo­dził pal­cem nad wy­ło­żo­ny­mi na stół dłoń­mi prze­ciw­ni­ków i wy­ma­wiał za­klę­cie: „Tu gó­ra, tu las! Tu ni ma! Tu wlazł!”.

Je­go eki­pa pra­wie za­wsze prze­gry­wa­ła wte­dy punkt.

Kie­dy by­wa­łam tu z ta­tą sa­ma, gry­wa­li­śmy też w po­ke­ra na pie­nią­dze. Go­dzi­na­mi. Du­żo ga­da­li­śmy. Mam te roz­mo­wy po­ukła­da­ne, po­pra­so­wa­ne i po­sor­to­wa­ne w sza­fie pa­mię­ci. Kie­dy je­stem sa­ma, wyj­mu­ję je cza­sem i roz­kła­dam so­bie na tym sto­le do gry w ru­bla.

Od ja­kie­goś cza­su mie­li­śmy w do­mu w Ko­ście­li­sku te­le­wi­zor. Oglą­da­li­śmy we­ster­ny i fe­sti­wa­le: Opo­le, Ko­ło­brzeg, So­pot, Zie­lo­ną Gó­rę. Lo­ża szy­der­ców.

Przy­ja­ciel ro­dzi­ny, nie­ży­ją­cy już wy­bit­ny sa­ty­ryk Ju­rek Do­bro­wol­ski, kładł się na ka­na­pie, osten­ta­cyj­nie od­wró­co­ny ty­łem do te­le­wi­zo­ra, i wszyst­ko, co się dzia­ło na es­tra­dzie, ko­men­to­wał na bie­żą­co. Oglą­dał w kie­szon­ko­wym lu­ster­ku.

Ten do­mek – Pu­ciów­ka – wy­bu­do­wa­ny przez mo­ich ro­dzi­ców w po­cząt­kach lat 70. był miej­scem szczę­śli­wym. A to w na­szym wy­pad­ku nie jest pro­sta spra­wa.

Ca­ła mo­ja ro­dzi­na skła­da się z ar­ty­stów i ory­gi­na­łów. Każ­dy ma cha­rak­te­rek, że „Bo­że, do­po­móż!”. Każ­dy pra­gnie wiel­kie­go uzna­nia. Nikt nie chce być sza­ra­kiem.

Na ta­kich ce­prów jak my moc­ni są tyl­ko gó­ra­le!

W la­tach 80. wiatr hal­ny w mo­im ży­ciu po­wiał na ty­le moc­no, że któ­re­goś ran­ka obu­dzi­łam się w Pa­ry­żu. Co tam prze­ży­łam, to już ma­te­riał na osob­ną książ­kę.

Strasz­nie tę­sk­ni­łam za Ko­ście­li­skiem. Za drew­nia­ny­mi „zło­ty­mi” ścia­na­mi, za śnie­giem wa­lą­cym w szy­by i za za­pa­chem desz­czo­we­go ta­trzań­skie­go la­ta…

„Ile cię trze­ba ce­nić, ten tyl­ko się do­wie, kto cię stra­cił…” – ta­kie kli­ma­ty. Na emi­gra­cji czło­wiek się ro­bi strasz­nie pa­te­tycz­ny.

Gdy tyl­ko mo­ja sy­tu­acja for­mal­na na to po­zwo­li­ła i uzy­ska­łam pra­wo sta­łe­go po­by­tu (czy­li bez­piecz­ne­go po­wro­tu do Fran­cji), po­bie­głam na Pla­ce de la Con­cor­de, skąd od­jeż­dża­ły au­to­ka­ry do Pol­ski. W War­sza­wie prze­siad­ka na eks­pres „Ta­try” i już Za­ko­pa­ne. Jesz­cze bu­sik, jesz­cze za­kręt. Ko­ście­li­sko!

Wte­dy, ma­jąc dzie­więt­na­ście lat, po raz pierw­szy spę­dzi­łam tu dwa, mo­że trzy ty­go­dnie w zu­peł­nej sa­mot­no­ści. To by­ło dla mnie od­kry­cie. Prze­łom, zda­rze­nie kar­micz­ne. Sa­mot­ność w Ko­ście­li­sku jest dla mnie od­tąd do­bra na wszyst­ko. Ależ ja ko­cham tu być.

Rów­niut­ko de­ka­dę póź­niej za­pa­ko­wa­łam do au­ta ca­ły swój „do­ro­bek”: wa­liz­kę, dziec­ko i psa, by za­miesz­kać w Pu­ciów­ce na sta­łe. Zna­jo­mi pu­ka­li się w gło­wę: „Lo­la! Co ty wy­pra­wiasz? To czas na ro­bie­nie ka­rie­ry, a nie na eme­ry­tu­rę na pro­win­cji!”.

By­ło tak: rze­czy­wi­ście ro­bi­łam wte­dy ka­rie­rę. Od czter­na­ste­go ro­ku ży­cia ją „ro­bi­łam”!

Naj­pierw ja­ko dziec­ko ak­tor­ka, po­tem ja­ko pra­wie ak­tor­ka. Wresz­cie rzu­ci­łam to w cho­le­rę. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łam się, że „pra­wie” ro­bi wiel­ką róż­ni­cę.

Po­sta­no­wi­łam na­uczyć się cze­goś praw­dzi­we­go, a że od dziec­ka mia­łam „ga­da­ne”, zwró­ci­łam się w stro­nę dzien­ni­kar­stwa ra­dio­we­go. I tak się roz­pę­dzi­łam w no­wej pra­cy, że już po kil­ku la­tach do­pa­dło mnie wy­pa­le­nie. De­pre­sja to­tal­na. Zu­peł­ny brak sił.

Za­ma­rzy­ło mi się Ko­ście­li­sko na fe­rie, ale był pe­wien pro­blem. Ro­dzi­ce się roz­wie­dli, dom przy­padł ta­cie, któ­ry nie bar­dzo miał czas się nim zaj­mo­wać. Po­waż­nie my­ślał o sprze­da­ży Pu­ciów­ki, któ­ra od kil­ku lat sta­ła pu­sta i nisz­cza­ła.

Nie czu­łam się na si­łach je­chać zi­mą z dzie­cia­kiem do miej­sca, któ­re dłu­go sta­ło pu­ste i nie­ogrze­wa­ne. A z dru­giej stro­ny, je­chać na Pod­ha­le i miesz­kać gdzie in­dziej niż w DO­MU? Pęk­nie mi ser­ce.

To nie czas na ta­kie emo­cje, po­my­śla­łam, i opła­ci­łam nam po­byt w do­mu wcza­so­wym w Szczaw­ni­cy. Co mi strze­li­ło do gło­wy? Nie wiem. By­łam w wi­siel­czym na­stro­ju, więc do­brze, że wy­bór padł na Szczaw­ni­cę, a nie na przy­kład na Gro­zny al­bo Rwan­dę. To zde­cy­do­wa­nie bar­dziej by pa­so­wa­ło.

W ośrod­ku Bu­dow­la­ni wy­trzy­ma­ły­śmy do­bę, po czym, mi­mo obaw, za­dzwo­ni­łam do przy­ja­ciół­ki ma­ją­cej na Krzep­tów­kach apar­ta­men­ty do wy­na­ję­cia. Z wi­do­kiem na Pu­ciów­kę. Trud­no. Już by­ło mi wszyst­ko jed­no. Niech ma­ła po­jeź­dzi na nar­tach, niech się do­tle­ni, a ja je­stem prze­cież do­ro­sła, dam so­bie ra­dę. Nie rób­my scen. Je­dzie­my.

Ra­no ze­bra­łam się na od­wa­gę i wy­szłam ni­by na pa­pie­ro­sa, a tak na­praw­dę – po­pa­trzeć z da­le­ka na DOM. Pa­trzę, pa­trzę, ocie­ram łez­kę i na­gle… Coś się nie zga­dza! Jak­by drzwi bal­ko­no­we otwar­te? Co jest gra­ne? Kto tam ła­zi po po­se­sji?

Pu­ści­łam się w kap­ciach po śnie­gu przez łą­kę, pod gó­rę i da­lej pod dom. Wy­ha­mo­wa­łam przy wej­ściu. W drzwiach po­wi­tał mnie syn za­przy­jaź­nio­ne­go hy­drau­li­ka bez­rad­nie błą­dzą­cy po obej­ściu i po­ko­jach, któ­re by­ły nie tyl­ko do­szczęt­nie zde­mo­lo­wa­ne, ale i za­la­ne wo­dą.

„Szyb­ko je­steś! Wczo­raj dzwo­ni­li­śmy do oj­ca, że coś się z do­mem dzie­je. Są­sie­dzi da­li znać. By­ło wła­ma­nie. Kra­ny po­od­krę­ca­li i ru­ry po­pę­ka­ły. Przy­szła od­wilż, wo­da się la­ła kil­ka dni. No i masz!”. No, mam.

Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że mam. Dom.

Ktoś po­wie­dział, że na de­pre­sję naj­bar­dziej po­ma­ga szo­ro­wa­nie scho­dów. Zga­dza się.

Mo­ja ku­ra­cja trwa­ła dwa ty­go­dnie. Ali­cja cho­dzi­ła co­dzien­nie na nar­ty ze zna­jo­my­mi dzieć­mi, a ja wkra­cza­łam do Pu­ciów­ki uzbro­jo­na w szczo­tę i szma­tę. Szo­ro­wa­łam, sprzą­ta­łam i za­ma­wia­łam fa­chow­ców. Ra­to­wa­łam, co się da.

Wy­wo­zi­łam na wy­sy­pi­sko prze­gni­łe koł­dry i pie­rzy­ny, za­ple­śnia­łe książ­ki, bu­ty i sta­re za­baw­ki. Pła­ka­łam nad wła­sny­mi ciu­cha­mi z dzie­ciń­stwa, któ­re też trze­ba by­ło wy­wa­lić. Od­na­la­złam pa­mięt­nik, któ­re­mu wy­zna­łam dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, że ko­cham się w Pau­lu McCart­neyu. Uda­ło się go oca­lić. Dom też.

Ta­ta po­rzu­cił myśl o sprze­da­ży. W koń­cu prze­ka­zał mi dom na wła­sność.

Dziś wiem, że po pro­stu nie umiem i nie chcę żyć bez Do­li­ny Ma­łej Łą­ki, Do­li­ny Le­jo­wej, wi­do­ku na Gie­wont o róż­nych po­rach dnia. Bez mo­drze­wi i brzo­zy przy wiecz­nie skrzy­pią­cej furt­ce. Na­dal mnie no­si po świe­cie, ale mój port po­wro­tu, mo­ja zie­mia, na któ­rą wo­ła się „Zie­mia!”, to Ko­ście­li­sko. Mo­je „miej­sce mo­cy”.

Na­pi­sa­łam o nim kie­dyś wier­szyk. Bar­dzo pro­szę, oto on:

„W miej­scu mą­dro­ści i mo­cy,

tam gdzie ukła­dam drew­no,

a kot przy­no­si upo­lo­wa­ne my­szy i pta­ki.

W miej­scu pod mo­drze­wia­mi,

pod brzo­zą, któ­rą sa­dzi­łam z có­recz­ką.

Z wi­do­kiem na dom są­sia­dów,

z wi­do­kiem na Ta­try

al­bo bez wi­do­ku, bo wie­le tu za­le­ży od po­go­dy.

Sto­ję.

Rę­ce pod bo­ki.

W pra­daw­nej po­zie kon­tem­pla­cyj­nej go­spo­dyń do­mo­wych.

W sza­mań­skim far­tu­chu w kra­tę.

I przez chwi­lę pa­trzę w głąb.

W las spa­lo­ny i za­mar­z­nię­ty,

w mo­je dzie­ciń­stwo.

Sią­dę z faj­ką przy ko­min­ku,

A przy mnie pies i lis.

Z dy­mu uło­ży się wróż­ba na przy­szłość.

Mach­nę rę­ką i dym się roz­wie­je”.

Wie­le rze­czy ro­bi­łam tu po raz pierw­szy w ży­ciu. Wca­le się nie ob­ra­żę, je­śli to tu­taj, w Ko­ście­li­sku, przyj­dzie mi ro­bić je po raz ostat­ni.

Opie­ku­ję się DO­MEM naj­le­piej jak po­tra­fię. Dbam, re­mon­tu­ję, cią­gle urzą­dzam.

Sio­strze­niec Staś z żo­ną Ka­ją przy­wo­żą tu swo­je có­recz­ki. Trze­cie po­ko­le­nie „dzie­ci z Pu­ciów­ki”.

Ostat­nio star­sza z nich (lat dwa i pół) tak po­wie­dzia­ła do swo­jej ma­my: „Idzie zi­ma, po­je­dzie­my do Lo­ly i bę­dzie zim­no. Bę­dzie śnieg. U Lo­ly!”. Czy­li u mnie.

Tak się ro­dzą wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Cie­szę się, że zno­wu zwią­za­ne z tym do­mem.

Przy­by­waj­cie!

Za­gra­my w ru­bla. Bę­dzie­my rżnąć w po­ke­ra. Pój­dzie­my na nar­ty, a po­tem ro­ze­trze­my dzie­ciom zmar­z­nię­te sto­py. Kie­dy za­sną, bę­dzie­my ga­dać, pić wi­no i pa­lić pa­pie­ro­sy na ta­ra­sie. Dom za­ko­ły­sze się przy hal­nym. Gie­wont nam zaj­rzy do okien. Wpad­nie Be­ata, bez któ­rej nie ma już dla mnie Za­ko­pa­ne­go, Ko­ście­li­ska ani na­wet Pod­ha­la. Co ja ga­dam? Co to za ży­cie by by­ło bez Be­aty?

„A po­nad na­mi ja­snym py­skiem,

roz­bły­śnie, roz­sie­wa­jąc sple­en,

księ­życ nad Ko­ście­li­skiem,

księ­życ nad Ko­ście­li­skiem,

be­gin!”

– że za­cy­tu­ję mo­je­go ta­tę Wojt­ka, któ­re­mu de­dy­ku­ję swo­ją część wkła­du w tę książ­kę.

W po­dzię­ce za Ko­ście­li­sko.

Rozdział 1

Jakie miasto, takie symbole, czyli ratuj się, kto może

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, czyli nie ma mocnych na górala

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3

Samowole budowlane, czyli Leszku, wróć!

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4

Turyści. Jak nas widzą, tak nas piszą, czyli po drugiej stronie lustra

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5

Bitnicy, czyli co nas kręci, co nas podnieca

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6

Macierzyństwo

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 7

Magia i medycyna

Magia

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 8

Gdzie jest Witkacy?

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 9

Kobiety Witkacego

Kobiety, wino i śnieg

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 10

Malczewski, czyli post scriptum

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 11

Stryjeńscy, czyli miłość, sztuka i szaleństwo

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Wytrzymaj, czyli zakończenie

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Bibliografia

Degler Janusz, Witkacego portret wielokrotny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2013.

Drabik Wanda, Magia w pasterstwie polskiego Spiszu, Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie, tom VII, Kraków 1983.

Malczewski Rafał, Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, Czytelnik, Warszawa 1960.

Malczewski Rafał, Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2000.

Pinkwart Maciej, Zakopiańskim szlakiem Karola Szymanowskiego, Wydawnictwo Rewasz, Pruszków 2001.

Siedlecka Joanna, Mahatma Witkac, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.

Skowroński Jarosław, Tatry międzywojenne, Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2003.

Stieber Zdzisław, Problem językowej i etnicznej odrębności Podhala, Łódzkie Towarzystwo Naukowe, Łódź 1947.

Stryjeńska Zofia, Chleb prawie że powszedni, t. 1 i 2, Wydawnictwo Gebethner i S-ka, Warszawa 1995.

Witkiewicz Stanisław, Listy do syna (1851–1915), opracowanie Bożena Danek-Wojnowska i Anna Micińska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969.

Witkiewicz Stanisław Ignacy, Listy do żony (1923–1927), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005.

Witkiewicz Stanisław Ignacy, Listy do żony (1932–1935), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.

Witkiewiczowa Jadwiga, Wspomnienia o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, do druku przygotowała Anna Micińska [w:] Spotkanie z Witkacym, pod redakcją Janusza Deglera, Jelenia Góra 1979.

Wójcik Wiesław A., Sabała, Wydawnictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego, Zakopane 2010.

Podhale. Tradycja we współczesnej kulturze wsi, praca zbiorowa pod redakcją Danuty Tylkowej, Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2000.