Zakochany łajdak - Bronwyn Scott - ebook

Zakochany łajdak ebook

Bronwyn Scott

3,9

Opis

Ashton Bedevere jako młodszy syn hrabiego do tej pory cieszył się swobodą i korzystał z uroków życia, wiedząc, że nie ciąży na nim obowiązek przedłużenia rodu ani zarządzania majątkiem. Śmierć ojca i choroba starszego brata kończą beztroskie życie Ashtona. W jednej chwili z hulaki musi stać się odpowiedzialnym za losy rodziny dziedzicem. W dodatku, testament uwzględnia w spadku tajemniczą i piękną Genevrę Rolston, właścicielkę sąsiedniej posiadłości, oraz oddaje jej decydujący głos w zarządzaniu majątkiem. Ashe’owi nie pozostaje nic innego, jak uwieść i pojąć ją za żonę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (84 oceny)
35
21
18
7
3

Popularność




Bronwyn Scott

Zakochany łajdak

Tłumaczenie: Barbara

PROLOG

Ciszę panującą w przyciemnionym wnętrzu pokoju przerwał głos chorego.

– Muszę zmienić testament!

– Słyszałem, powtarzasz się – odpowiedział z cierpliwością, nabytą w ciągu długoletniej praktyki zawodowej, Markham Marsbury będący od ponad dziesięciu lat adwokatem hrabiego Audley. Hrabia nie był pierwszym klientem, którego do ostatniej chwili nawiedzały wątpliwości co do treści ostatniej woli. Tyle że prośba hrabiego okazała się bardzo nietypowa.

– Nie zgadzasz się z moją decyzją – stwierdził zaczepnie hrabia.

Wykazywał nagły przypływ ożywienia. Może to dobry znak i tym razem staruszkowi się polepszy, pomyślał Marsbury z nadzieją – nie mógłby wybrać gorszego czasu na odejście. Z drugiej strony, doświadczony prawnik nie miał złudzeń. Wielokrotnie obserwował u umierających przypływ wigoru na dzień-dwa przed ostatecznym końcem.

– Tak, nie zgadzam się, Richardzie – przyznał adwokat szczerze, bowiem przez długie lata współpracy zaprzyjaźnili się. – Wiem, że chcesz zabezpieczyć majątek swego rodzaju parasolem ochronnym. Po tym, co spotkało Aleksa, to w pełni zrozumiałe. Ale dzielenie opieki między trzy osoby, a zwłaszcza oddanie decydującego głosu tej młodej damie? Masz dwóch żyjących spadkobierców, obaj są twoimi synami. Na miłość boską, Richardzie, ona nie jest nawet Angielką. To Amerykanka.

– Bedevere jej potrzebuje. Dowiodła tego przez ostatnie miesiące – wybuchnął hrabia, niezadowolony, że napotyka opór. – Amerykańskie podejście może okazać się ożywcze, a poza tym ona jest dla mnie jak córka, której zawsze mi brakowało.

A może nawet stała się substytutem syna, który nie pokazał się w domu od dziesięciu lat, pomyślał Marsbury i powiedział na głos:

– Ashe wróci.

Mimo to wyciągnął papier i zaczął pisać. Znał ten rodzaj uporu, na który nie ma lekarstwa. Nie znajdzie sposobu, by wyperswadować hrabiemu ten pomysł.

– Nie za mojego życia – odparł rzeczowo hrabia. – Kiedy się pokłóciliśmy, powiedział to wyraźnie. Wiem, jaki jest zawzięty.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, pomyślał Marsbury. Dokończył pisanie kodycylu, położył go przed hrabią i przytrzymał mu rękę. Od pewnego czasu hrabia nie potrafił utrzymać pióra w dłoni, więc podpis przypominał ledwie czytelny zygzak.

Marsbury posypał dokument piaskiem, ostrożnie odłożył na stos innych dokumentów, po czym uściskał dłoń przyjacielowi.

– Może się to okazać wcale niepotrzebne. Lepiej dziś wyglądasz. – Uśmiechnął się, ale hrabia nie odwzajemnił uśmiechu.

– Owszem, potrzebne – mruknął. – Zrobiłem, co potrzeba, żeby ściągnąć mojego syna do domu. Dobrze go znam. Zrobi dla Bedevere to, czego nie zrobiłby dla mnie. Kocha to miejsce i przyjedzie na pewno.

Marsbury pokiwał głową, myśląc o dwóch pozostałych nazwiskach wymienionych w kodycylu, tak zwanych dwóch pozostałych udziałowcach, powołanych do zarządzania majątkiem. Śmierć ojca sprowadzi marnotrawnego syna do domu, jednak świadomość, że Bedevere otaczają wrogowie, którzy tylko czekają na to, aby je wykupić, może się okazać wystarczającym powodem do zaniechania powrotu.

– Do jutra. – Marsbury zatrzasnął pulpit do pisania.

Hrabia posłał mu blady uśmiech. Wyglądał teraz znacznie gorzej niż przed kilkoma minutami.

– Wątpię, czy dożyję jutra. Jeśli chcesz się ze mną pożegnać, zrób to teraz.

– Od kiedy stałeś się taki sentymentalny, ty uparciuchu – zażartował Marsbury, poklepując chorego po dłoni.

Stary hrabia wiedział, co mówił, bowiem śmierć okazała się nie mniej uparta od niego. Markham Marsbury wcale się jednak nie zdziwił, gdy następnego dnia dostał przy porannej kawie wiadomość, że czwarty hrabia Audley zmarł tuż przed świtem w obecności doktora i niejakiej Genevry Ralston, Amerykanki, w której rękach spoczywał teraz los majątku Bedevere. Markham kazał sobie podać przybory do pisania i wysłał zawiadomienie do Londynu, mając nadzieję, że dotrze ono do rąk lorda Ashtona i ściągnie go niezwłocznie do domu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Noc z Ashe’em Bedevere’em należała niewątpliwie do atrakcji sezonu. Wyjaśniało to, dlaczego lady Hargrove z przecudownie nadąsanymi usteczkami kusiła widokiem nagiego biustu, wyłaniającego się raz po raz spod starannie udrapowanego prześcieradła.

– Przecież kilka minut cię nie zbawi – protestowała, pozwalając z niewinnym wyrazem twarzy, by prześcieradło prowokacyjnie odsłoniło kształtne biodro.

Ashe pospiesznie wkładał koszulę. O ile jeszcze nieco wcześniej tego wieczoru był pod wielkim wrażeniem kobiecych wdzięków lady Hargrove, to z chwilą otrzymania listu straciły one wszelki powab. Wciągnął spodnie i aby ugłaskać rozczarowaną damę, obdarzył ją czarującym uśmiechem.

– Moja droga, to co dla nas zaplanowałem, wymaga więcej czasu niż kilku minut.

Zanim zdążyła ponownie otworzyć usta, wyszedł w przekonaniu, że mimo wszystko nie spalił za sobą mostów. W głowie miał tylko jedno: jak najszybciej dotrzeć do Bedevere, rodzinnego majątku Audleyów. Nie miało znaczenia, że dzieliły go od Londynu trzy dni drogi. Nieważne, że nie miał pojęcia, co zrobi, kiedy tam dotrze. Nieważne, że w przeszłości otrzymywał liczne wezwania do powrotu do domu i je lekceważył. Teraz wszystko się zmieniło. Otrzymał dwa zdania skreślone ręką adwokata: „Proszę wracać. Pański ojciec nie żyje”.

Gnany pośpiechem i poczuciem bezsilności, Ashe biegiem pokonał ostatnie ulice dzielące go od wynajmowanego mieszkania na Jermyn Street. Nigdy nie sądził, że jakakolwiek wiadomość od prawnika tak go poruszy.

Trzy dni później

Do stu diabłów! – zaklął pod nosem Ashe i osadził w miejscu gniadego ogiera. To ma być ziemia Bedevere? Ziemia jego ojca? Te zachwaszczone pola, te rozsypujące się kamienne murki wzdłuż wyboistej drogi? Za dawnych lat nie tak to wyglądało. Trawniki były starannie przystrzyżone, a drogi wyrównane. Zaniedbanie majątku rzucało się w oczy tak bardzo, że mimowolnie nasuwało się pytanie, jak do tego doszło.

Poczuł przypływ wyrzutów sumienia. Dobrze znał odpowiedź. Głównie to on ponosił za to winę.

Ostatnie wezwanie do domu nie było pierwsze, choć tym razem będzie ostatnie. Ashe mógł wrócić już przed czterema laty, kiedy dały o sobie znać pierwsze symptomy choroby ojca. Mógł wrócić też przed dwoma laty, kiedy z nieznanych powodów brat utracił kontakt z rzeczywistością. Nie wrócił, a teraz musiał stawić czoło konsekwencjom. Bedevere chyliło się ku upadkowi, a odpowiedzialność za ten stan rzeczy spoczywała na nim.

Co za ironia losu, że miał teraz przejąć opiekę nad miejscem, które tak ochoczo opuszczał przed laty. Wówczas posiadłość była w kwitnącym stanie, czego nie można było powiedzieć o nim. Dzisiaj więc czuł się jak upadły król, który ma rządzić podupadłym Camelotem.

Cóż, trzeba chwycić byka za rogi, powiedział do siebie Ashe i poderwał rumaka do galopu. Bagaże powinny przyjechać wczoraj, sygnalizując jego rychłe pojawienie się. Ciotki są zapewne na nogach od świtu i nie mogą doczekać się przyjazdu uroczego siostrzeńca.

Miał teraz stać się ich opiekunem, chociaż nie czuł się właściwą osobą do tej roli. To jednak była część jego dziedzictwa. Kobiety z Bedevere nie wychodziły za mąż za mężczyzn na tyle przewidujących, żeby zapewnić im egzystencję po ich śmierci, a mężczyźni z Bedevere nie mieli szczęścia żyć wystarczająco długo, by ich w tym zastąpić.

Widok zaniedbanych pól i zarośniętego parku był ukrytym błogosławieństwem, przygotowywał bowiem na obraz opuszczenia, jaki przedstawiał dwór. Dziki bluszcz pokrywał niegdyś nieskazitelnie czystą fasadę z piaskowca. Z okna na drugim piętrze zwisała wyłamana okiennica. Pozarastanych rabat kwiatowych od dawna nie dotykała ręka ogrodnika. Natura brała górę nad zadbaną niegdyś posiadłością.

Dawnymi laty Bedevere Hall, duma czterech generacji Audleyów, uchodził za klejnot w koronie hrabstwa. Dwór nie był może największą arystokratyczną siedzibą – Seaton Hall leżący kilka mil na południe był większy – ale Bedevere uważano za znacznie ładniejszy ze względu na piękny park i malownicze widoki. Kłusując aleją wjazdową do dworu, Ashe stwierdził, że niewiele pozostało z niegdysiejszych uroków posiadłości.

Zsiadał z konia i przygotowywał się na to, co zastanie wewnątrz dworu. Jeśli otoczenie wyglądało tak źle, można sobie wyobrazić, co działo się w środku. Ze stajni wybiegł chłopak, żeby zająć się jego koniem. Ashe’a korciło, żeby zadać mu parę pytań, ale zrezygnował. Postanowił najpierw zobaczyć wszystko na własne oczy.

Drzwi wejściowe otworzyły się niemal natychmiast, kiedy zastukał kołatką. Gardener, wysoki i posępny, był dokładnie taki sam, jakim go Ashe zapamiętał, może tylko trochę bardziej posiwiał i wychudł.

– Witamy w domu, panie Bedevere – ukłonił się Gardener. – Przykro mi, że w takich okolicznościach. Proszę za mną. Jest pan oczekiwany.

Ashe podążył za Gardenerem do bawialni, odnotowując po drodze, że na konsolkach pod ścianami brak wazonów z kwiatami, dywany są mocno poprzecierane, a zasłony wypłowiałe. Oburzające zaniedbanie. Jednak jeszcze bardziej rzucała się w oczy pustka. Żadna pokojówka nie polerowała poręczy schodów, żaden lokaj nie czekał na polecenia. Zazwyczaj tętniący życiem hol był cichy i wyludniały. Ashe miał do tej pory do czynienia z Gardenerem i chłopcem stajennym, ale podejrzewał, że w domu było więcej służby, włącznie z kucharką. Miał nadzieję, ale nie obiecywał sobie za wiele, zwłaszcza po pierwszym wrażeniu.

Przystanął przed wejściem do bawialni i wziął głęboki oddech. Za drzwiami czekała na niego odpowiedzialność, której unikał od lat, ale los spłatał mu figla. Wszystkie wysiłki, by jej uniknąć, okazały się daremne. Dziedzictwo Bedevere, jedyna rzecz, od której tak usilnie próbował uciec, i tak spoczęło na jego barkach. Może to i prawda, że koniec końców wszystkie drogi prowadzą do domu, mruknął sentencjonalnie.

– Jest pan gotowy, sir? – zapytał Gardener, po tylu latach nienagannej służby bezbłędnie odczytujący nastroje chlebodawców. Dał teraz Ashe’owi kilka sekund na przygotowanie się.

– Jestem gotowy – odpowiedział, myśląc w duchu, że wcale nie jest tego taki pewien.

– Tak, sir, myślę, że jest pan gotowy. W końcu. – W oczach starego sługi błysnęło uznanie.

– Mam nadzieję. – Ashe już sobie wyobraził Gardenera z podziwem opowiadającego w kuchni, jak to młody dziedzic, nie zważając na zmęczenie po długiej podróży wierzchem, zmierza prosto na spotkanie z przeznaczeniem.

Gardener miał skłonność do dopatrywania się w Ashe’u najlepszych cech. Nim nastanie wieczór, pomyślał, zrobi ze mnie anioła. Chociaż jeśli był aniołem, to upadłym. Niech Bóg broni, by ktokolwiek w Bedevere dowiedział się, w jakiej sytuacji zastała go wiadomość o śmierci ojca. Igraszki z lady Hargrove były porównywalne z deklamacją wierszy podczas pożaru Rzymu.

Gardener otworzył drzwi i zaanonsował.

– Pan Bedevere.

Ashe wkroczył do pokoju i natychmiast zauważył różnicę. Mimo że zasłony w oknach też były wypłowiałe, tutaj zgromadzono pozostałości wszystkiego, co najlepsze w całym domu. Na stolikach stały wazony z kwiatami, na sofach nie brakowało poduszek, gzyms nad kominkiem zdobiły dekoracyjne bibeloty. Ashe zrozumiał, że stał się ten pokój oazą, ostatnim wspomnieniem dawnej elegancji i świetności.

Zdziwiła go liczba obecnych. Ciotki nie były same. Zgromadzonym wokół kominka Letycji, Lawinii, Melisandzie i Margericie towarzyszył nieznany mężczyzna, ale uwagę przyciągała przede wszystkim kobieta siedząca pod wychodzącym na ogród oknem. Była niepospolitej urody – ciemnowłosa, o szarych oczach, kontrastujących z kremową karnacją twarzy. Zwracałaby uwagę nawet w wypełnionej londyńskimi pięknościami sali balowej. Ashe podejrzewał, że wybrała miejsce z dala od reszty towarzystwa powodowana dyskrecją, jednak jej uroda niweczyła ten zamiar. Na tle wiekowych pań i mężczyzny w średnim wieku po prostu nie mogła pozostać w cieniu.

– Drogie panie, do usług. – Ashe złożył szarmancki ukłon ciotkom, jednak nie odrywał oczu od kobiety pod oknem. Jej urok polegał nie tylko na niebanalnej urodzie. Osadzona na długiej szyi majestatycznie uniesiona głowa i wyprostowana sylwetka zdawały się krzyczeć: „zauważ mnie, nie bądź obojętny”, a mimo delikatnej urody nie była nieśmiałą dziewicą. Zauważył to w uważnym, nieskrępowanym spojrzeniu pięknych szarych oczu.

Letycja poderwała się z miejsca, dostojniejsza i bardziej krucha, niż Ashe ją zapamiętał, o włosach przyprószonych siwizną. Wszystkie panie wydawały się bardziej wątłe niż przed laty z wyjątkiem syreny pod oknem. Przypatrywała się mu, od chwili gdy wszedł do bawialni, starając się go ocenić, tak samo zresztą jak on ją. Nie wiedział, kim była, ale musiała być wystarczająco ważna, że zaproszono ją do udziału w jego powitaniu. Co ważniejsze, znalazła się w gronie domowników w doniosłej chwili naznaczonej śmiercią hrabiego.

Ashe był cynikiem, wiedział, jak funkcjonuje świat, nie żywił złudzeń. Po pogrzebie pogrążona w żałobie rodzina powinna mieć czas tylko dla siebie, żeby uporządkować sprawy po zmarłym i zorganizować na nowo swoje życie. Tygodnie po pogrzebie to czas intymny i dom nie powinien być otwarty dla obcych. Oczywiście, obcy często zjawiają się, by porwać jakiś okruch ze stołu. Abstrahując od tej ślicznej ciemnowłosej kobiety, Ashe wiedział, jakim słowem określić takich intruzów: padlinożercy.

– Kochany siostrzeńcze, tak się cieszę, że przyjechałeś – uścisnęła jego dłoń Letycja. – Przykro mi, że nie mogliśmy poczekać na ciebie z pogrzebem – dodała smutnym głosem.

Ashe przyjął przeprosiny ze zrozumieniem. Policzył sobie, że od śmierci ojca musiało upłynąć co najmniej sześć dni. Tyle czasu w sumie potrzebował posłaniec, by dotrzeć do Londynu z wiadomością, a potem on na podróż do domu. Nie miał szansy zdążyć na pogrzeb.

– Chodź, przedstawię cię. To jest pani Ralston, nasza droga Genni – wskazała na siedzącą pod oknem wdzięczną postać. – Była dla nas opoką wobec tego nieszczęścia.

Genni to imię odpowiedniejsze dla dziewczyny niż dla dojrzałej kobiety. Nieznajoma wstała i wyciągnęła dłoń, nie do pocałunku, lecz do uścisku.

– Miło mi w końcu pana poznać.

Uwagi Ashe’a nie uszedł ton przygany, tak subtelny, że nie zauważył go nikt poza adresatem – a może był to tylko wytwór jego nadwyrężonej wyrzutami sumienia wyobraźni?

– Mnie również – odpowiedział sucho. Kimkolwiek była, już zdążyła się wkraść w łaski ciotek. Ewidentnie nie została zatrudniona jako dama do towarzystwa. Zachowywała się zbyt pewnie jak na taką podrzędna rolę, a jej ubranie było zbyt eleganckie. Prosta popołudniowa suknia z zielonej wełny merino odznaczała się perfekcyjnym krojem i bez wątpienia wyszła spod igły wyśmienitej krawcowej, koronkowe wykończenie kołnierzyka i mankietów było skromne, lecz kosztowne. Sądząc po stanie Bedevere, mieszkanek majątku z całą pewnością nie stać na damę do towarzystwa tej klasy. Rodziło się zatem pytanie: kim w takim razie była?

– Genni kupiła Seaton Hall i zajmuje się jego renowacją.

– Doprawdy? – zapytał uprzejmie Ashe jeszcze bardziej zaintrygowany.

Prawdopodobnie więc nie chodziło jej tylko o korzyść majątkową, a poza tym kobieta biorąca na siebie odpowiedzialność za posiadłość ziemską to zdecydowanie rzadkość. Podejrzewał, że skoro Letycja nie zająknęła się o mężu, musiała być młodą wdową. Interesujące, pomyślał. Młode wdowy często miały szczególną przeszłość, niekoniecznie związaną z mężami i małżeństwem.

Letycja dokończyła prezentacji.

– Ten oto dżentelmen, pan Marsbury, jest adwokatem twojego ojca. Zgodził się wspaniałomyślnie zostać do twojego przyjazdu, żeby uregulować sprawy majątkowe.

Ashe wyciągnął rękę. Marsbury był niemłodym, zażywnym i rumianym mężczyzną, przypominającym wiejskiego dziedzica.

– Dziękuję za wiadomość. Mam nadzieję, że nie naraziłem pana na zbyt długie oczekiwanie.

Zachowanie Marsbury’ego było równie energiczne, co jego uścisk dłoni.

– Żaden kłopot. Oczekiwanie na pański przyjazd miało sens tym większy, że wszyscy pozostali zainteresowani są na miejscu.

Ashe rzucił „Genni” zimne spojrzenie. Czyżby ta obca kobieta miała udział w schedzie po ojcu? Przez głowę przebiegł mu kalejdoskop możliwych scenariuszy. Jeśli to wdowa, to może ojciec uczynił ją swoją późną kochanką? Czyżby liczyła na to, że włączył ją do testamentu?

Nie wątpił, że ze swoimi lśniącymi czarnymi włosami i rezolutną twarzyczką mogła skłonić najrozsądniejszego mężczyznę do złożenia jej takiej propozycji, a trzydziestoletnia różnica wieku nie miałaby żadnego znaczenia. Uniósł pytająco brwi, jakby chciał powtórzyć słowa prawnika: „Wszyscy pozostali zainteresowani?”.

Marsbury nie dał się zbić z tropu.

– Pański kuzyn, Henry Bennington.

Zimne podejrzenie wkradło się do umysłu Ashe’a.

– A cóż kuzyn Henry ma wspólnego z tym wszystkim?

– W ostatnich miesiącach był wielkim wsparciem dla rodziny – przemówiła piękność ze swego miejsca pod oknem. Ashe’owi zdawało się, że w głębi jej szarych oczu dostrzegł srebrzysty błysk gwałtownych emocji. Czyżby piękna pani podkochiwała się w kuzynie Henrym, mężczyźnie o błękitnych oczach, włosach blond i nienagannych manierach?

Ashe spojrzał w jej kierunku ponad głowami pozostałych.

– Pani wybaczy, ale trudno mi w to uwierzyć. Jedyną cechą wyróżniającą kuzyna Henry’ego, oprócz upodobania do literatury, jest cierpliwość, z jaką czekał jako najbliższy męski krewny na bezpotomną śmierć mojego ojca i zapewniam panią, że tą nadzieją żywił się od dawna.

Szczególnie w ostatnich latach, kiedy brat Ashe’a, Aleks, zachorował, a on sam prowadził styl życia, któremu w każdej chwili mogła położyć kres kula z pistoletu jednego z zazdrosnych mężów londyńskich piękności.

Marsbury skrzyżował ramiona na szerokiej piersi i chrząknął, by dać wyraz dezaprobaty dla ostatniej uwagi Ashe’a.

– Pan Bennington dołączy do pani Ralston i nas obu w gabinecie, gdzie omówimy sprawy spadkowe.

Ashe zauważył, że pani Ralston spojrzała w górę, jakby była zdziwiona. Nieźle udaje, pomyślał.

– Więc chodźmy – powiedział władczym tonem.

A więc odczytanie testamentu wymaga obecności ich trojga… Nie w takich trójkątach dotychczas uczestniczył, chociaż skład bywał podobny: ich dwóch, a ona jedna. Ashe zastanawiał się, czy powabna pani Ralston i Henry nie wykombinowali czegoś razem. Podejrzanie skwapliwie go broniła.

Jakiekolwiek intrygi snuł kuzyn podczas jego nieobecności, Ashe chciał, żeby jak najprędzej zrozumiano, że Henry Bennington nie ma nic do gadania w Bedevere. Piękne, ciemnowłose Amerykanki również. Prawowity dziedzic Bedevere wrócił bowiem do domu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tak jak przewidział stary hrabia, młody Bedevere wrócił do domu, jak zawsze wprowadzając zamęt. Genevra czuła jego obecność, nawet wtedy gdy zamknęli się z Marsburym w gabinecie. Denerwował ją jak mało kto.

Potrzebowała chwili na zebranie myśli. Skupiła wzrok na widoku za oknem i zamyśliła się. Należał do ludzi, którzy wywołują poruszenie, gdziekolwiek się pojawiają. Imponowała jej jego pewność siebie, ale bardziej niepokoiła ją silna zmysłowość. Był uwodzicielski, a diabelsko czarne, zawadiacko rozwiane włosy i zielone, jadeitowe oczy dodawały mu nieodpartego uroku. Każdym spojrzeniem zdawał się prześwietlać jej najskrytsze myśli.

Postanowiła, że jeśli przetrwa odczytanie testamentu, będzie wszelkimi sposobami unikała pana Bedevere’a. Najchętniej wróciłaby do Seaton Hall, gdyby odnowiono już chociaż część pokoi.

– Powinnyśmy wydać przyjęcie, aby powitać pana Bedevere’a! – wykrzyknęła Lawinia. – Kucharka upiecze bażanta, a my ubierzemy stół w jadalni kwiatami.

Genevra ponownie odwróciła się od okna. Nadzieja na uniknięcie spotykania ulatniała się.

– Ale czy wypada? – zaniepokoiła się Melisanda. – Jesteśmy przecież w żałobie.

– Nie zaprosimy wielu gości i nie będzie tańców… Nikt się nie dowie – trwała przy swoim Lawinia. Wyciągnęła szczupłą dłoń ku Genevrze. – Musisz przyznać, że nasz siostrzeniec jest zabójczo przystojny! Czyż nie miałam racji?!

Genevra z uśmiechem chwyciła dłoń Lawinii. Pomyślała, że jeśli starsze panie chcą przyjęcia, ona je im zorganizuje. Ostatnie miesiące, podczas których chorował stary hrabia, odbiły się na ich zdrowiu, a każda przekroczyła już siedemdziesiątkę. Pomagała im, jak tylko mogła. Odwiedzała je codziennie, a z nastaniem zimy przeniosła się do Bedevere na stałe. W tym czasie rozpoczęły się prace renowacyjne w Seaton Hall. Henry sprowadził się do Bedevere już wcześniej i był bardzo pomocny w odróżnieniu od fruwającego po świecie Ashe’a, którego dopiero wizja odziedziczenia majątku sprowadziła do domu.

Tak czy inaczej, musiała zachować dystans. Niedawno poskładała wreszcie swoje życie i nie pozwoli, by ponownie jakiś przystojniak zawrócił jej w głowie.

Obecność tylu osób w gabinecie drażniła Ashe’a. Ledwo zdążył usadowić panią Ralston, wszedł Henry z wyciągniętą na powitanie dłonią i uśmiechem na twarzy.

– Kuzynie! Dobrze, że wróciłeś.

Ashe nie dał się nabrać na ten uśmiech. Większość kłopotów, w jakich kiedykolwiek znalazł się z bratem, zawdzięczał kuzynowi Henry’emu, bowiem on jak mało kto miał w zwyczaju przerzucać na innych odpowiedzialność za swoje złe uczynki.

– Tak samo powitała mnie ciotka Letycja – odpowiedział Ashe oschle. Czyżby naprawdę wątpili, że wróci? Nie wykonał najdrobniejszego gestu, by uścisnąć wyciągniętą ku niemu prawicę. Z zadowoleniem zauważył, że ta nieuprzejmość zgasiła entuzjazm Henry’ego, który bez słowa zajął puste krzesło i nerwowo pocierał dłońmi o nogawki spodni.

– Powitałbym cię wcześniej, ale zatrzymały mnie pewne sprawy związane z majątkiem.

– To mój dom, kuzynie, nie muszę czekać na twoje powitanie. – Ashe nie miał zamiaru pozwolić, aby traktowali go jak gościa.

– Panie Marsbury, zaczynajmy. – Czas przejąć kontrolę.

Prawnik włożył na nos okulary i położył dłonie na biurku.

– Pani Ralston, panowie. Jak państwu wiadomo, mamy do czynienia z nieco niezwykłą sytuacją. Hrabia zmarł, a jego najstarszy syn przeżył załamanie nerwowe, które czyni go niezdolnym do objęcia schedy. Niezależnie jednak od jego stanu umysłowego jest on parem Anglii i Aleksander Bedevere pozostanie oficjalnie piątym hrabią Audley. Jeśli umrze, nie pozostawiwszy syna z prawego łoża, tytuł przejdzie na pana, panie Ashe. To wszystko jest oczywiste, ale pozostaje jeszcze sprawa zarządzania majątkiem ziemskim. – Marsbury spojrzał uważnie na zgromadzonych i dokończył: – Nowy hrabia bowiem nie może decydować o swoich finansach i posiadłościach.

Ashe spojrzał zaintrygowany na Marsbury’ego. Wiedział, że nie odziedziczy tytułu i wcale tego nie pragnął. Czuł się doskonale w skórze zwykłego pana Bedevere’a, ulubieńca londyńskich dam. Teraz jednak zaczynał przeczuwać, że wolność od obowiązków wymyka mu się z rąk.

Obserwował reakcję siedzących po obu jego bokach pani Ralston i Henry’ego. Henry z trudem ukrywał niecierpliwość. Pani Ralston zacisnęła nerwowo dłonie na oparciu fotela. Henry wydawał się podekscytowany.

– Poprzedni hrabia – kontynuował Marsbury – zwrócił się do Korony o udzielenie zgody na ustanowienie regencji. W swojej formie podobnej do regencji sprawowanej podczas choroby króla Jerzego III. Zgodę uzyskał na kilka miesięcy przed śmiercią.

– Co to znaczy, do wszystkich diabłów? – warknął Ashe.

– To znaczy, mówiąc wprost, że Bedevere może wpaść w każde łapy, kuzynie – odezwał się nonszalanckim tonem Henry.

Marsbury chrząknięciem przywołał go do porządku.

– Niezupełnie, panie Bennington. Pozwolą państwo, że odczytam stosowny fragment ostatniej woli hrabiego.

– „Ja, Richard Thomas Bedevere, czwarty hrabia Audley, będąc w pełni władz fizycznych i umysłowych, w dniu dwudziestym czwartym stycznia roku tysiąc osiemset trzydziestego czwartego…”

Kodycyl, który odczytywał Marsbury, nie był fragmentem głównego dokumentu. Ojciec sporządził go na dzień przed śmiercią. Ciekawe, pomyślał Ashe i obrzucił pytającym spojrzeniem Henry’ego. Czyżby udało się mu przekonać ojca do jakiegoś głupstwa? A może to pani Ralston? Ludzie przed spotkaniem ze Stwórcą bywają podatni na manipulacje.

Pierwsza część dokumentu dotyczyła tytułu, ale treści drugiej nikt się nie spodziewał.

– „Za życia Aleksandra Bedevere’a zarządzanie majątkiem powierzam następującym osobom: w czterdziestu pięciu procentach mojemu synowi, Ashtonowi Bedevere’owi – z którym pokłóciłem się przed laty i którego od tamtej pory nie widziałem – w nadziei, że zainspiruje go to do odpowiedzialności; mojemu siostrzeńcowi, Henry’emu Benningtonowi – w czterech procentach – w nadziei, że zrozumie, że został należycie wynagrodzony; wreszcie w pięćdziesięciu jeden procentach wartości ordynacji Genevrze Ralston, która była mi jak córka w ostatnich dniach życia i która zainspirowała mnie swoją wizją rozwoju majątku”.

Ashe nie posiadał się ze zdumienia. Nie kwapił się do zarządzania, ale kiedy ten ciężar został nagle zdjęty z jego barków, nie poczuł ulgi, tylko gniew i rozżalenie. Ojciec chyba nie sądził, że takie rozporządzenie było tym, czego pragnął! W tej chwili to nieistotne, pomyślał. Później zajmie się odgadywaniem intencji. Teraz jego umysł rozważał wszystkie możliwe konsekwencje tej szczególnej trzyosobowej regencji. Czy miał się sprzymierzyć z Henrym?

Cztery procent z pewnością nie urządzało go. To dodatkowy dowód na to, że ojciec wiedział, jakim jest nicponiem, a sądząc po buraczkowym zabarwieniu twarzy Henry’ego, on też świetnie zdawał sobie z tego sprawę.

– Cztery procent! To wszystko? Po tym, co zrobiłem przez ostatni rok? – wybuchnął nagle. – Oddałem rok życia, aby się nim opiekować.

– Nikt pana o to nie prosił – spokojnie powiedział Marsbury. – Zapewne opiekował się pan wujem powodowany poczuciem rodzinnego obowiązku, a nie chciwością. Czyż nie?

Brawo. Marsbury zyskał punkt w oczach Ashe’a. Henry spojrzał na starego prawnika wilkiem i wstał. Poinformował, że musi wyjść, bo ma umówione spotkanie gdzie indziej. Pani Ralston pozostała na swoim miejscu. Siedziała ze spuszczonym wzrokiem, skutecznie ukrywając myśli, jakie kłębiły się jej w głowie. Właśnie odziedziczyła, przynajmniej na jakiś czas, dużą część wspaniałego angielskiego majątku. Trudno było zgadnąć, czy czuła się zaszokowana, czy usatysfakcjonowana, że plan się ostatecznie powiódł.

– Pani Ralston, chciałbym zamienić kilka słów z panem Marsburym – powiedział Ashe, zakładając, że dobre wychowanie podpowie jej, żeby wyszła. Nie zawiodła go.

– Ależ naturalnie. Do widzenia, panie Marsbury. Mam nadzieję, że spotkamy się w przyszłości w radośniejszych okolicznościach.

Wyglądało na to, że pani Ralston z ulgą skorzystała z okazji, by wyjść. Może spieszyło się jej na górę, gdzie w swoim pokoju będzie mogła odtańczyć taniec zwycięstwa z powodu tak korzystnego dla niej obrotu spraw? A może dołączy do Henry’ego, by wspólnie celebrować zwycięstwo? Razem mogą rządzić w Bedevere, przynajmniej dopóki będzie żył Aleksander. Ashe z łatwością wyliczył, że ich wspólne pięćdziesiąt pięć procent zapewni im absolutną przewagę.

Wszystko zatem stało się jasne. Ktokolwiek chce kontrolować Bedevere, musisię sprzymierzyć z panią Ralston. Ojciec zaiste wysoko cenił tę kobietę.

Marsbury ze stoickim spokojem składał papiery, jak gdyby na co dzień informował hrabiowskich synów, że zostali zasadniczo wydziedziczeni.

– Panie Bedevere, myślę, że wyszedł pan na tym lepiej, niż pan w tej chwili sądzi. Przejmie pan całość majątku w razie przedwczesnej śmierci brata, podczas gdy posiadanie pani Ralston kiedyś się skończy.

Marsbury powiedział nie to co trzeba. Ashe miał chęć sięgnąć za biurko, chwycić go za poły surduta i nim potrząsnąć.

– I to ma być dla mnie pocieszenie? Zapewniam pana, że nie jest. Wolałbym, żeby mój ojciec nadal żył, a brat odzyskał zmysły.

– Panie Bedevere, widzę, że jest pan rozczarowany…

– Rozczarowany to mało powiedziane, panie Marsbury. Nie owijajmy w bawełnę. Jestem wściekły. Nikt nie odbierze mi mojej ojcowizny, ani kuzyn, ani jakaś amerykańska parweniuszka, która podstępem zbliżyła się do rodziny. – W oczach Ashe’a Henry był zawsze niczym obślizły gad. Nie pozwoli, aby położył łapska na Bedevere. Zrujnowałby majątek w ciągu roku.

Zapewne większość klientów Marsbury’ego reagowała na złe wiadomości nieco spokojniej. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Marsbury znowu chrząknął i znacząco spojrzał na dokumenty. Jeszcze bardziej rozwścieczył tym Ashe’a.

– Niech pan nie myśli, że nie widzę, jaki był zamiar ojca. On mnie wciąga do małżeństwa. Mężczyzna, który ożeni się z panią Ralston, uzyska bowiem kontrolę nad jej częścią.

– To jedynie domysł – stwierdził rzeczowo Marsbury.

– Nie wątpię, że Henry też na to wpadnie. – Na szczęście nigdy nie myślał za szybko. – Zacznie się wyścig, kto pierwszy powiedzie piękną Amerykankę do ołtarza. – Ashe zadumał się chwilę nad naturą ludzką i motywacją ojca. – Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego mój ojciec mógł tego chcieć?

Marsbury jeszcze raz chrząknął.

– Bedevere potrzebuje bogatej dziedziczki.

To był ostateczny cios. Te cicho wypowiedziane słowa były jak pchnięcie nożem w serce. Bedevere jest pogrążone w długach? – zastanowił się Ashe. Jak to możliwe? Ojciec bardzo skrupulatnie pilnował rachunków i ostrożnie gospodarował pieniędzmi. Czasami nawet za ostrożnie, jak na jego odczucia, choć kufry Bedevere zawsze były pełne.

– Jest aż tak źle? – Nie spodziewał się tego. Nie dość że ojcowizna okazała się zadłużona, to będzie musiał jeszcze konkurować o nią z Henrym.

– Wszystkie pieniądze znikły – wyjaśniłł rzeczowym tonem Marsbury. – Pański brat zainwestował je kilka lat temu w zakup nieruchomości, który okazał się zwykłym szwindlem.

– Chodzi o skandal związany z nazwiskiem Forsythe’a? – zapytał Ashe zdziwiony.

Przed trzema laty Londynem wstrząsnęła afera, która przez długie miesiące była szeroko omawiana na salonach i opisywana w prasie. Kupcom i szlachcicom chętnym do inwestowania w Nowym Świecie oferowano do nabycia parcele na jednej z wysp karaibskich. Problemem okazało się to, że owszem, wyspa istniała, ale pokrywały ją bagna z owadami. Udziały były nic niewarte. Ashe nie przypuszczał jednak, że jego brat dał się na to nabrać. Aleks był inteligentny i nieskory do pochopnych decyzji.

– To główna przyczyna – potwierdził Marsbury.

Niech to wszyscy diabli, zaklął w myślach Ashe. O czym jeszcze zaraz się dowie?

Nagle wróciło poczucie winy. Gdyby przyjechał do domu, kiedy go wzywano po raz pierwszy, miał szansę ostrzec brata w porę. Ta afera wybuchła tuż przed załamaniem nerwowym. Może już wtedy nie był świadomy, że podjął takie bezprecedensowe ryzyko.

– Jest pan pewny, że nic nie zostało?

– Przejrzałem księgi rachunkowe. Pan Bennington też je przejrzał. Nie zostało nic.

Henry także przeglądał księgi rachunkowe? Znał stan majątku co do ostatniego pensa i nic nie zrobił? Ashe zreflektował się. Przyganiał kocioł garnkowi. Bedevere popadało w ruinę, a on też nic nie zrobił. Przewina Henry’ego była mimo wszystko większa. Ashe nie zdawał sobie z niczego sprawy, a Henry bezczynnie się przypatrywał.

– Czy mogę podważyć testament?

Marsbury z westchnieniem pokręcił głową.

– Może pan oczywiście wnieść sprawę do sądu, ale pański ojciec działał na podstawie specjalnej dyspensy, jakkolwiek niezwykła jest ta sprawa. Sądzę, że byłaby to strata pańskiego czasu i energii.

– Lepiej spożytkować energię na zaloty do pani Ralston? – zapytał sarkastycznie.

– Tak, jeśli chce pan zatrzymać Bedevere.

Ashe ścisnął pięści, żeby nie wybuchnąć. Zrozumiał subtelną aluzję, że nie musi przyjmować Bedevere, jeśli nie chce. Może zostawić majątek pani Ralston i Henry’emu. Pozostanie w rodzinie i być może amerykańska pomysłowość uchroni go przed wrodzoną głupotą Henry’ego.

Westchnął. Czas porozmawiać o Amerykance.

– Co takiego zrobiła pani Ralston, że wkupiła się w łaski mojego ojca? Czy myślała, że wyda się za niego w ostatniej chwili, ale gdy to się nie udało, postanowiła wpłynąć na treść testamentu, mamiąc go rzekomą fortuną? – Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, o jaki „wpływ” mogło chodzić. Taki, jaki kobiety wywierają na mężczyzn od czasów Ewy.

Marsbury, który zachowywał spokój podczas całej tej niełatwej rozmowy, wpadł w konsternację. Był dżentelmenem starej daty. Dopóki rozmowa dwóch mężczyzn dotyczyła pieniędzy, mógł słuchać wszelkich insynuacji, ale nie mógł tolerować oszczerstw pod adresem płci pięknej.

– Panie Bedevere, pani Ralston mogłaby wykupić Bedevere, gdyby przyszła jej na to ochota – powiedział zimnym tonem i zabrał się do pakowania dokumentów. – Jej „rzekoma” fortuna jest całkiem namacalna, zapewniam pana.

– Musi pan zrozumieć, jakim to wszystko jest dla mnie zaskoczeniem. – Ashe wytrzymał twarde spojrzenie Marsbury’ego.

Po chwili prawnik zdjął okulary i odchylił się w fotelu.

– Zaskoczony czy nie, powinien pan zrozumieć jedną rzecz. Musi się pan ożenić z dziedziczką wielkiej fortuny i taka właśnie mieszka w najbliższym sąsiedztwie. Ma linię żeglugową i sto tysięcy funtów w banku. Na pana miejscu uznałbym, że to pomyślny zbieg okoliczności.

– I tu się różnimy, Marsbury. Ja uważam, że to podejrzane.

Fakty zaczynały się układać w coś w rodzaju spisku. Posiadłość podupadła, pieniądze przepadły w nietrafionych inwestycjach, ojciec zmienia w ostatniej chwili testament, a bogata Amerykanka wraz z Henrym uzyskują decydujący głos w zarządzaniu majątkiem.

Nasuwało się pytanie: kogo za to winić? Panią Ralston? Henry’ego? Zaplanowali to wspólnie? A może jest za bardzo podejrzliwy i wszystko ukartował to nikt inny jak jego ojciec, tak jakby chciał rzucić mu rękawicę z łoża śmierci i podjąć ostateczną próbę sprowadzenia go do domu. Małżeństwo z kobietą wybraną przez ojca miało być ceną za Bedevere, zapłatą za bunt i ucieczkę z domu. Ostatecznie bez znaczenia, czyj to plan. Znaczenie miała jego decyzja. Czy sprzeda się w aranżowane małżeństwo, aby uratować Bedevere?