Zakochania - Javier Marias, Carlos Marrodán-Casas - ebook
Opis

"María Dolz, redaktorka w jednym z madryckich wydawnictw literackich, codziennie rano zachodzi, przed pracą, do kawiarni. Tam przy śniadaniu obserwuje parę małżeńską w średnim wieku, którą jest od dłuższego zafascynowana. Nic o małżonkach nie wie, ale buduje wokół nich wszelkiego rodzaju domysły, pytania, hipotezy, konfabulacje. Fascynacja ta nie mija nawet wtedy, kiedy traci małżonków na jakiś czas z oczu. Z opóźnieniem dowiaduje się o tragedii, która dotknęła parę: mężczyzna, tuż po wyjściu z kawiarni zostaje zaatakowany przez bezdomnego i zabity. Gdy po paru miesiącach wdowa wraca do kawiarni, María Dolz postanawia podejść do niej i przedstawić się. Dotychczasowe domysły, pytania, hipotezy i konfabulacje zaczynają wypełniać się rozmowami, wyznaniami, spotkaniami. Od zagadki śmierci przechodzimy do zagadek uczuć, emocji – zakochań i miłości… „Metafizyczna eksploracja pod przykrywką intrygi i morderstwa. Niezauważalnie wciąga bez reszty”. Spectator"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Mercedes López-Ballesteros

Dziękując za odwiedziny i opowieści

I dla Carme López Mercader

Za śmiech tuż przy mym uchu

i wysłuchiwanie mnie

I
1

Miguela Desverna czy też Deverne’a widziałam po raz ostatni w tym samym czasie, w którym po raz ostatni widziała go również jego żona Luisa, co nie tylko jest osobliwe, ale i  pewnie mocno niesprawiedliwe, choćby właśnie dlatego, że była jego żoną, podczas gdy ja tylko nieznajomą, która nigdy z nim nie zamieniła ani słowa. Nawet nie wiedziałam, jak się nazywa, dowiedziałam się, jak już było za późno, gdy w gazecie pojawiło się jego zdjęcie, fotografia zakłutego nożem mężczyzny, w rozchełstanej koszuli, w chwili umierania, o ile już nie umarł w swej własnej i nieobecnej świadomości, która już nigdy się nie uobecniła: pewnie ostatnią rzeczą, z jakiej zdawał sobie sprawę, był domysł, że jest atakowany przez pomyłkę, bez powodu, to znaczy: idiotycznie, na domiar złego, że nie ograniczają się do jednego uderzenia, ale zadają mu cios po ciosie, bez szans na ratunek, chcąc go świadomie skreślić z tego świata i bezzwłocznie zmieść z powierzchni ziemi, w tym miejscu i w tej chwili. A na co za późno, właściwie? Prawdę mówiąc, nie wiem. Bo dopiero wtedy, kiedy ktoś umiera, uderza nas myśl, że nagle jest już za późno na cokolwiek, na wszystko – a tym bardziej żeby na zmarłego czekać – i ograniczamy się do wykreślenia go z ewidencji. Bez wyjątku, łącznie z naszymi najbliższymi, choć przychodzi to nam ze znacznie większym trudem, choć opłakujemy ich, a ich wizerunki mamy przed oczyma, zarówno kiedy chodzimy po mieście, jak i w czterech ścianach domu, i przez długi czas wierzymy, że nie będziemy mogli się przyzwyczaić. Ale od samego początku – już z chwilą ich śmierci – wiemy, że od tej pory już nie mamy co na nich liczyć, nawet w błahostkach, na nic nieznaczący telefon, najgłupsze pytanie („Zostawiłem tam kluczyki do samochodu?”, „O której godzinie dzieci dziś wychodziły?”), na nic. Nic to nic. Tak naprawdę jest to niezrozumiałe, bo oznacza, że mamy całkowitą pewność, a to kłóci się z naszą naturą: że ktoś już nigdy więcej nie przyjdzie, że nic nie powie i nie wykona już żadnego ruchu ani kroku – ani żeby się przybliżyć, ani oddalić – i nie spojrzy na nas, i wzrokiem nie ucieknie. Nie wiem, jak to wytrzymujemy i jak się z tego podnosimy. Nie wiem, jak potrafimy chwilami zapomnieć, kiedy już upłynęło trochę czasu i oddaliło nas od tych, którzy spoczywają w spokoju.

Ale widziałam go często i słyszałam, jak mówił i śmiał się, niemal każdego dnia rano, przez kilka lat, wcześnie, nie za wcześnie, bo zazwyczaj przychodziłam do pracy lekko spóźniona, żeby nie tracić okazji spotkania tej pary, właśnie pary, a nie jego – nie chciałabym być źle zrozumiana – ich obojga, bo oboje mnie uspokajali i sprawiali, że zanim dzień rozpoczął się na dobre, mogłam go już uznać za udany. Stali się czymś niemal obowiązkowym. Nie, to nie jest adekwatne określenie dla czegoś, co sprawia przyjemność i przynosi spokój. Może stali się przesądnym nawykiem, ale nie, też nie: bo to nie było tak, że uważałam, że jeśli nie zjem z nimi śniadania, chcę powiedzieć stolik w  stolik, będę miała nieudany dzień; chodziło o  to, że zaczynał mi się znacznie gorzej albo bez odpowiedniej dawki optymizmu, jeśli byłam pozbawiona tego widoku ofiarowywanego mi przez nich codziennie, czyli widoku świata uporządkowanego albo – jeśli ktoś woli – w harmonii. Prawda, że widoku tylko niewielkiego fragmentu świata, który dane było oglądać garstce, tak jak to zwykle ma się z każdym fragmentem lub życiem, choćby i najbardziej publicznym czy eksponowanym. Nie lubiłam zamykać się na długie godziny, nie ujrzawszy przedtem mojej pary i nie przyjrzawszy im się, nie to że ukradkiem, choć owszem, dyskretnie, bo ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzyła, to ich skrępowanie czy wręcz przeszkadzanie im. I  nie wybaczyłabym sobie, gdybym ich spłoszyła, pomijając już, że i tak to ja byłabym najbardziej poszkodowana. A pokrzepiało mnie oddychanie tym samym powietrzem, poczucie, że jestem częścią ich porannego pejzażu – częścią niepostrzegalną – dopóki nie rozstaną się do następnego, najprawdopodobniej, posiłku, którym pewnie, nierzadko każdego dnia, była kolacja. Ale owego dnia, kiedy i żona, i ja widziałyśmy go po raz ostatni, nie mogli zjeść razem kolacji. Nawet obiadu nie zjedli razem. Żona czekała na niego przy stoliku restauracyjnym dwadzieścia minut, zdziwiona, ale nie przeczuwając niczego złego, póki nie zadzwonił telefon i świat jej się nie zawalił; i już nigdy nań nie czekała.

2

Już pierwszego dnia rzuciło mi się w oczy, że są małżeństwem, on blisko pięćdziesiątki, ona kilka lat mniej, nie przekroczyła jeszcze czterdziestki. Najbardziej ujmująca była w nich nieskrywana radość, jaką sprawiało im przebywanie ze sobą. W porze, kiedy nikt do niczego się jeszcze nie nadaje, a  tym mniej do stanu radosnej euforii, bez przerwy rozmawiali ze sobą i  cieszyli się sobą, i rozbawiali wzajemnie, jakby przed chwilą właśnie się spotkali, ba, poznali nawet, a nie wyszli ze swojego domu, odprowadzili dzieci do szkoły, szykując się przedtem do wyjścia w tym samym czasie – może nawet w tej samej łazience – i jakby wcześniej nie obudzili się w tym samym łóżku, i pierwszą rzeczą, na jakiej spoczęło ich oko, nie była oczywista postać współmałżonka, i tak dzień po dniu, od wielu już lat, bo dzieci, w których towarzystwie parokrotnie zjawili się w kawiarni, miały na oko, osiem lat dziewczynka, chłopczyk zaś ze cztery, zresztą wykapany ojciec.

Ten zaś ubierał się z lekko staromodną dystynkcją, nie przekraczając nigdy granicy śmieszności czy anachroniczności. Chcę powiedzieć, że zawsze nosił garnitur, z  bezbłędnie dopasowanymi dodatkami, koszule szyte na miarę, drogie i  stonowane krawaty, chusteczkę delikatnie wysuniętą z  bocznej kieszonki marynarki, spinki, wypolerowane półbuty ze sznurowadłami – czarne lub też z zamszu, ale te jedynie pod koniec wiosny, kiedy ubierał się w jasne garnitury – wypielęgnowane przez manicurzystkę dłonie. A mimo to nie sprawiał wrażenia wytwornego biznesmena czy też picusia-glancusia. Sprawiał raczej wrażenie mężczyzny, któremu wychowanie nie pozwala wychodzić na ulicę w innym ubraniu, przynajmniej w dniu roboczym; garnitury leżały na nim jak ulał i tak naturalnie, jakby został przez ojca wyuczony, że z chwilą osiągnięcia pewnego wieku tak właśnie wypada się nosić, nie oglądając się na kolejne mody, martwe już z nastaniem, i na obecne łachmaniarskie czasy, wobec których jego osoba mogła zachować daleko idącą obojętność. Był tak klasycznie stateczny, że nigdy nie zdarzyło mi się dostrzec w nim choćby najmniejszej oznaki ekstrawagancji: nie chciał uchodzić za oryginała, aczkolwiek w rezultacie za takiego pewnie nieco uchodził, nie tylko wśród bywalców lokalu, w którym zawsze go spotykałam, ale nawet w tym naszym zupełnie abnegackim mieście. Tę oczywistą naturalność uwydatniał jego niewątpliwie kordialny i radosny charakter, co nie znaczy nieokrzesany bezceremonialny poufały nonszalancki grubiański (nie pozwalał sobie na takie traktowanie kelnerów, na przykład, bo zwracał się do nich zawsze per pan, z niespotykanym już szacunkiem, bez zbytniej afektacji): owszem, nie dało się nie zwracać uwagi na jego częste wybuchy śmiechu, dość, a nawet bardzo hałaśliwe, choć niewywołujące rozdrażnienia w żadnym przypadku. Umiał się śmiać, śmiał się gromko, ale szczerze i rozbrajająco, nigdy w  odruchu schlebiania komuś czy też aprobująco, ale jakby tak właśnie reagował na wszystko, co rzeczywiście go bawiło, a bawiło go wiele rzeczy, szczodry człowiek, gotów dostrzegać przejawy komizmu w różnych sytuacjach i doceniać żarty, przynajmniej słowne. Być może to żona go tak śmieszyła, prawdę mówiąc, są takie osoby, które bezwiednie doprowadzają nas do śmiechu, wywołują go przede wszystkim dlatego, że sprawiają nam radość już samą swoją obecnością, i to nam wystarczy, by wybuchnąć śmiechem z byle powodu, na sam ich widok chociażby, i z  zadowolenia, że jesteśmy w ich towarzystwie, że możemy ich słuchać, nawet jeśli nie mówią nic szczególnego, a nawet jeśli świadomie przeplatają banały z głupstwami, które mimo to odbieramy jako zabawne, wszystkie i bez wyjątku. Oboje zdawali się być dla siebie takimi właśnie osobami: i choć widać było, że są małżeństwem, nie złapałam ich nigdy na geście w najmniejszej mierze przesłodzonym lub zakłamanym czy nawet dokładnie wystudiowanym, jak u niektórych, wieloletnich już par małżeńskich, które nie znają umiaru w publicznym okazywaniu sobie czułości, demonstrowaniu jak bardzo się wciąż kochają, jakby poczytując to sobie za zasługę przydającą im jeszcze większej wartości lub obnosząc się z tym jak z klejnotami przydającymi im większej urody. A u tych dwojga było raczej tak, jakby chcieli się sobie nawzajem wydać sympatyczni i mili zanim ewentualnie zaczną się do siebie zalecać; albo jakby ten wielki szacunek i czułość zaistniały w ich życiu, zanim się pobrali, nawet nim zostali parą, że i tak czy siak by się dobrali – nie przez wzgląd na małżeński obowiązek i nie dla wygody ani z  przyzwyczajenia, ani też z jakiegokolwiek poczucia lojalności – jako koledzy, może osoby sobie towarzyszące, przyjaciele, współrozmówcy lub wspólnicy, w przekonaniu, że cokolwiek mogłoby się stać lub nawet się stało, czy też trzeba będzie coś opowiedzieć lub czegoś wysłuchać, z kimś innym będzie to zawsze znacznie mniej interesujące i nie tak zabawne. Bez niej, w jego przypadku, bez niego, w jej przypadku. Była przyjacielska serdeczność i przede wszystkim całkowita pewność.

3

Miguel Desvern czy też Deverne obdarzony był miłymi dla oka rysami i męskim, ale zarazem czułym wyrazem twarzy, co czyniło go już z daleka bardzo atrakcyjnym mężczyzną o  nieodpartym, bez wątpienia i przy bliższym z nim zetknięciu uroku, czego już tylko mogłam się domyślać. Bardzo możliwe, że zwróciłam uwagę wyłącznie na niego, nie dostrzegając Luisy, albo że to on zmusił mnie, bym również i na nią zwróciła uwagę, o ile bowiem żonę widywałam często bez męża – nierzadko wychodził wcześniej z  kawiarni, podczas gdy ona niemal zawsze pozostawała w niej jeszcze, czasem sama, paląc, czasem z jedną albo z dwiema koleżankami z pracy albo szkolnymi matkami, albo z  przyjaciółkami, które sporadycznie dołączały do nich w ostatniej chwili, kiedy on już właściwie się żegnał – o tyle nigdy nie udało mi się zobaczyć męża bez towarzyszącej mu żony. W moich oczach nigdy nie istniał sam, zawsze był z żoną (między innymi dlatego nie rozpoznałam go w gazecie, bo na zdjęciu brakowało Luisy). Mimo to dość szybko oboje zaczęli mnie interesować, o ile jest to odpowiednie słowo.

Desvern miał włosy krótko ostrzyżone, gęste, bardzo ciemne, jedynie na skroniach nieco posiwiałe, w tych samych miejscach zresztą jakby skore do skręcania się (gdyby zapuścił sobie baczki, kto wie, czy nie zawinęłyby mu się w niesforne kędziorki). W jego wzroku pełnym zazwyczaj żywego zaciekawienia, łagodności i wesołości pojawiał się, w trakcie słuchania, błysk naiwności, może chłopięcości, spojrzenie kogoś, kogo życie generalnie bawi, lub też kogoś, kto wcale nie ma zamiaru przeżyć je, nie nacieszywszy się tysiącem przezabawności, jakie z sobą niesie, pomimo trudności i wszelkich nieszczęść. Choć tych akurat chyba niewiele doznał, w porównaniu z tymi, jakimi los potrafi doświadczyć mężczyzn, co pewnie pomogło mu w zachowaniu ufnych i wesołych oczu. Były szare i zdawały się chwytać wszystko, tak jakby wszystko dokoła było czymś zupełnie nowym, nawet to, co nakładało im się codziennie jako nieznacząca powtórka, a to kawiarnia w górnej części ulicy Príncipe de Vergara, a to jej kelnerzy, a to moja niema postać. Miał dołek w brodzie. Przypominało mi to rozmowę z filmu, w  którym jakaś aktorka pytała Roberta Mitchuma albo Cary Granta, a może Kirka Douglasa, dokładnie nie pamiętam, co robi, żeby się tu ogolić, jednocześnie dotykając mu dołek w brodzie palcem wskazującym. A  ja codziennie rano odczuwałam ochotę, żeby wstać od stolika, podejść do stolika Deverne’a i zapytać go o to samo, i dotknąć kciukiem delikatnie jego dołka w brodzie. Zawsze był starannie ogolony, łącznie z dołkiem.

Oboje z kolei zwracali na mnie znacznie mniej uwagi, nieporównywalnie mniej, niż ja im poświęcałam. Śniadanie zamawiali przy ladzie, a gdy już je podano, przenosili się do stolika przy oknie wychodzącym na ulicę. Ja siadałam przy stoliku bardziej w głębi sali. Wiosną i latem wszyscy siadaliśmy na tarasie, a kelnerzy podawali nam zamówienia przez otwarte na wysokości ich kontuaru okno, w  rezultacie wszyscy chodziliśmy w tę i we w tę, co umożliwiało większy kontakt wizualny, bo innego nie było. Zdarzyło się, że zarówno Desvern, jak i  Luisa wymieniali ze mną spojrzenia, z zaciekawieniem, po prostu, pozbawione jakiejkolwiek intencji, zawsze przelotne. On nigdy na mnie nie spojrzał w  sposób bezceremonialny, druzgocący czy triumfujący, to byłby koniec, a i ona nigdy mi nie okazała podejrzliwości, wyższości czy też dezaprobaty, przyjęłabym to z przykrością. I on, i ona wydawali mi się sympatyczni, razem, oboje. Nie patrzyłam na nich z  zazdrością, absolutnie, raczej z  ulgą, że jednak w  życiu rzeczywistym można spotkać ludzi uosabiających w moim mniemaniu idealną parę. I tym bardziej stanowili dla mnie właś nie taką parę, im bardziej wygląd Luisy nie pasował do wyglądu Deverne’a, jeśli chodzi o styl i ubranie. Przy mężczyźnie noszącym się tak elegancko należałoby się spodziewać kobiety o zbliżonych cechach, klasycznie stonowanej, eleganckiej, choć niekoniecznie przewidywalnej, w spódnicach i  w  butach na wysokim obcasie, najczęściej, w  kreacjach od Céline’a na przykład, i w rzucających się w oczy, ale w dobrym guście kolczykach i bransoletach. Tymczasem Luisa ubierała się przede wszystkim na sportowo, od czasu do czasu decydując się na styl ni to odważny, ni to luzacki, trudno mi określić, choć na pewno stonowany. Równa mężowi wzrostem, śniada, miała półdługie kasztanowate włosy, bardzo ciemne, niemal czarne, makijażu tyle co nic. Do spodni – bardzo często dżinsów – wkładała najzwyczajniejszą wiatrówkę i buty albo pantofle na płaskim obcasie; do spódnicy – pantofle na średnim obcasie, bez ekstrawagancji, niewiele różniące się od obuwia używanego przez wiele kobiet w latach pięćdziesiątych, latem zaś lekkie sandały odkrywające małe, jak na jej wzrost, delikatne stopy. Nigdy nie zauważyłam, żeby nosiła biżuterię, za to jej torebki bardziej przypominały torby na zakupy. Sprawiała wrażenie równie co on sympatycznej i wesołej, choć jej śmiech był mniej hałaśliwy; ale równie niepohamowany i  może nawet bardziej serdeczny, uwypuklany lśniącymi zębami, przydający jej nieco dziecięcego wyrazu – pewnie śmiała się tak samo od czwartego roku życia, nie mogąc tego śmiechu opanować – a może to przez te zaokrąglające się policzki. Wyglądało to tak, jakby mieli zwyczaj, przed odejściem do pracy, nieco odsapnąć razem, po zakończeniu, specyficznej dla rodzin z  małymi dziećmi, porannej kotłowaniny. Odrobinę czasu wyłącznie dla siebie, by nie rozstawać się pośród niszczycielskiego cyklonu i  móc porozmawiać ze sobą swobodnie, zastanawiałam się, o czym rozmawiają albo co sobie opowiadają – i dlaczego mają sobie tyle do opowiedzenia, przecież szli razem spać i razem wstawali, i na bieżąco dzielili się swoimi myślami i swoimi przypadkami – z ich rozmów dochodziły tylko strzępy albo pojedyncze słowa. Raz usłyszałam, jak powiedział do niej „księżniczko”.

Życzyłam im jak najlepiej, by tak rzec, jak powieściowym postaciom albo filmowym bohaterom, z którymi utożsamiamy się od pierwszej chwili, przeczuwając, że coś złego im się stanie, że wszystko sprzysięgnie się przeciwko nim, inaczej nie byłoby powieści albo filmu. Ale w rzeczywistym życiu wcale nie musiało się tak zdarzyć i miałam nadzieję, że dane mi będzie widywać ich codziennie rano takimi, jakimi są, i że nie natrafię pewnego dnia na jednostronną albo i obopólną oziębłość, kiedy nikt nie wie, co właściwie powiedzieć i każde tylko niecierpliwie czeka, aż zejdą sobie wreszcie z oczu, z gestem wzajemnej irytacji albo obojętności. Tworzyli króciutki i skromny spektakl, który wprawiał mnie w dobry nastrój przed dotarciem do wydawnictwa, gdzie czekały mnie swary z moim megalomańskim szefem i z  upierdliwymi autorami. Gdy Luisa i  Desvern znikali na parę dni, zaczynało mi ich brakować i, chcąc nie chcąc, musiałam stawiać czoło moim codziennym obowiązkom ze znacznie ograniczonym zapałem. Czułam, że w pewnej mierze mam wobec nich dług wdzięczności, bo nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy, całkowicie bezwiednie, pomagali mi dzień w dzień i pozwalali puszczać wodze fantazji na temat ich życia, w mym mniemaniu pozbawionego najmniejszej choćby skazy, i to tak dalece, iż byłam szczęśliwa, że nie muszę się co do tego upewniać ani niczego pod tym względem sprawdzać, i w ten sposób nie budzić się ze swego przejściowego zauroczenia (ja miałam własne życie i nie było one bez skaz, a z drugiej strony i szczerze mówiąc, o mojej parze zapominałam na amen aż do następnego dnia rano, gdy w autobusie klęłam w żywy kamień na to zrywanie się o świcie, dobija mnie to). Chciałabym zaoferować im coś podobnego, ale szkoda gadać. Nie byłam im potrzebna, przypuszczalnie nikogo nie potrzebowali, ja byłam prawie niewidzialna, przesłonięta ich radością. Parę razy tylko, gdy na odchodnym całował jak zwykle Luisę w usta – a ona nigdy nie czekała biernie na ten pocałunek, nie ruszając się z krzesła, lecz wstawała, by mu go oddać – lekkim ruchem głowy dawał mi znak, niemal skinieniem, wyciągnąwszy przedtem szyję i nieco uniósłszy dłoń, żegnając się z kelnerami, jakbym przynależała do personelu, ale do żeńskiej części. Jego żona, uważna obserwatorka, wykonywała podobny gest, kiedy opuszczałam kawiarnię – zawsze po nim, ale i zawsze przed nią – też dwukrotnie, i w chwilę po tym, jak ów gest wykonał w moją stronę jej mąż. Ale kiedy chciałam odpowiedzieć im skinieniem, jeszcze bardziej nieznacznym, zarówno on, jak i ona oderwali swój wzrok ode mnie i niczego nie zauważyli. Tak szybcy byli albo tak ostrożni.

4

Dopóki ich widywałam, nie wiedziałam, kim są i co w życiu robią, choć bez wątpienia miałam do czynienia z ludźmi dobrze sytuowanymi. Może nieprzesadnie bogatymi, ale na pewno zamożnymi. Chcę powiedzieć, że gdyby należeli do tych pierwszych, nie woziliby swoich dzieci osobiście do szkoły, co jak sądzę, robili bezpośrednio przed przerwą śniadaniową w kawiarni, najprawdopodobniej do szkoły Estilo, znajdującej się nieopodal, mimo że sporo jest szkół w tej okolicy, pełnej odrestaurowanych willi w El Viso, czy też pensji, jak je nazywano jeszcze dawniej, sama jako dziecko chodziłam do jednej z nich, przy ulicy Oquen do, całkiem blisko; i nie jedliby, niemal codziennie, śniadania w tym lokalu, w centrum dzielnicy, i nie rozchodziliby się każde do swojej pracy o dziewiątej rano, on nieco przed dziewiątą, ona nieco po dziewiątej, co potwierdzili mi kelnerzy, kiedy zapytałam ich o tę parę, jak również koleżanka z  wydawnictwa, z którą nieco później zeszło mi na rozmowę o tym strasznym zdarzeniu i która, mimo że to ja ich znałam, a nie ona, postarała się i dotarła do paru jeszcze faktów, śmiem sądzić, że ludzie wścibscy i podejrzliwi zawsze znajdą sposób, żeby dowiedzieć się tego, czego chcą się dowiedzieć, zwłaszcza jeśli są to rzeczy złe albo w grę wchodzi jeszcze nieszczęście, nawet jeśli ich to nic a nic nie obchodzi.

Pewnego dnia z  końcem czerwca nie pojawili się, samo w sobie nic szczególnego, zdarzało się już, przyjęłam, że są w  podróży albo mają za dużo na głowie, żeby pozwolić sobie na tę chwilę oddechu, którą potrafili się tak cieszyć. A później z kolei mnie nie było przez tydzień prawie, zostałam bowiem wysłana przez szefa na jakieś idiotyczne targi książki za granicą, w roli rzeczniczki wydawnictwa, a przede wszystkim głupola w jego zastępstwie. Gdy wróciłam, nadal się nie pojawiali. Mijał dzień za dniem i nic, to już mocno mnie zaniepokoiło, i to nie ze względu na nich, ale ze względu na mnie, z powodu utraty mojego porannego dopingu. Przerażająco łatwo jest komuś zniknąć, myślałam. Wystarczy, że człowiek zmienia pracę albo przeprowadza się i nagle tracisz go z oczu, i nie masz o nim wieści, w życiu go już możesz nie spotkać. Wystarczy zmienić mu godziny pracy. Te znajomości z widzenia – jakże są kruche. I kazało mi się to zastanowić przez chwilę, czy nie powinnam była w swoim czasie zamienić jednak z nimi paru słów, zważywszy, że przez pewien okres przydawałam im tyle znaczenia tak pełnego radości. Nie żeby im się naprzykrzać albo żeby im zepsuć te niebiańskie pięć minut sam na sam, czy też aby kontynuować naszą znajomość poza kawiarnią, bo to, rzecz jasna, w ogóle nie wchodziło w grę; a tylko po to, by okazać im swoją sympatię i szacunek i od tej pory życzyć im codziennie miłego dnia, a tym samym poczuć się zarazem zobowiązaną, by ostatecznie się z nimi pożegnać, jeśli pewnego dnia przyszłoby mi się rozstać z wydawnictwem i moja noga już więcej miałaby w tej okolicy nie postać, i niejako w ten sposób przymusić ich, by z kolei oni czuli się zobowiązani do pożegnania, gdyby to im przyszło się przeprowadzić lub zmienić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, w taki sam sposób, w jaki kupcy z naszego osiedla mają w zwyczaju przekazywanie swoim klientom informacji, że z dniem takim to a takim punkt ulega likwidacji lub nastąpi zmiana lokalizacji, czy też tak, jak my sami przekazujemy niemal wszystkim informację, że niebawem zmienimy adres. Uświadamiać sobie przynajmniej, że możemy przestać widywać ludzi, dotąd codziennie widywanych, choćby i z daleka, albo dla zabicia czasu i nawet nie przypatrując się ich twarzom nazbyt dokładnie. Właśnie tak zwykło się robić.

W  końcu więc zapytałam kelnerów. Odpowiedzieli mi, że o ile im wiadomo, to ta para wyjechała już na wakacje. Zabrzmiało mi to bardziej jak przypuszczenie niż podanie pewnej informacji. Na wakacje było trochę za wcześnie, choć są osoby, które wolą lipiec spędzać poza Madrytem, kiedy upał to czysty ogień, a może Luisa i Deverne należeli do tych, którzy mogą sobie pozwolić na dwumiesięczne wyjazdy, wyglądali na stosunkowo zamożnych i niezależnych (być może ich zarobki zależały od nich samych). I choć przykro mi się zrobiło, że aż do września nie będę mogła się cieszyć swoim drobnym porannym dopingiem, to z drugiej strony uspokoiła mnie świadomość, że to jednak oznacza, iż znów się pojawią i że nie zniknęli z powierzchni mojej ziemi na zawsze.

Pamiętam, że w owych dniach zwrócił moją uwagę nagłówek w  gazecie, informujący o  zakłuciu nożem madryckiego przedsiębiorcy, i że natychmiast przerzuciłam stronę, nie przeczytawszy tekstu w całości, ze względu na towarzyszące tekstowi zdjęcie: przedstawiało ono mężczyznę leżącego na ziemi, na środku ulicy, na chodniku, bez marynarki, bez krawata i bez koszuli albo z rozpiętą koszulą i z dołem wyciągniętym na zewnątrz spodni, podczas gdy ratownicy z pogotowia usiłowali go reanimować, ratować, w kałuży krwi rozlanej wokół niego, a on w tej białej koszuli, pokrwawionej i upaćkanej, albo tak to sobie wyobraziłam, rzuciwszy tylko okiem na fotografię. Kąt ujęcia nie pozwalał na dokładne przyjrzenie się twarzy, a w każdym razie nie wysilałam się w ogóle, by ją dojrzeć, nienawidzę tej obecnej tendencji mass mediów, żeby nie oszczędzać czytelnikowi lub widzowi najokrutniejszych obrazów – a może to właśnie czytelnicy i widzowie, w masie indywidua jednak szurnięte, domagają się ich; ale nikt nigdy nie prosi o więcej od tego, co już dobrze zna i co już dostał – jakby sam opis już nie wystarczał, bez najmniejszego szacunku dla osoby brutalnie potraktowanej, całkowicie bezbronnej i bezsilnej wobec spojrzeń, na które nigdy by się nie wystawiała, gdyby była świadoma tego, co się dzieje, tak jakby nie pokazała się nieznajomym, a nawet i znajomym w szlafroku czy w piżamie, uznając stan tak daleko idącej abnegacji za gruby nietakt. A w związku z tym, że fotografowanie człowieka martwego lub konającego, a tym bardziej konającego w wyniku zadanej gwałtownie śmierci, wydaje mi się niegodziwością i skrajnym brakiem szacunku dla tego, kto właśnie został ofiarą albo martwym już ciałem – a jeśli jeszcze można go widzieć, to jest tak, jakby nie całkiem umarł albo nie do końca jeszcze należał do przeszłości, i wówczas trzeba go zostawić, by opuścił czas i umarł naprawdę bez świadków, zupełnie tu nie na miejscu, i bez publiczności – nie mam zamiaru uczestniczyć w tych nowych zwyczajach, jakie się nam narzuca, nie chce mi się oglądać tego, do oglądania czego nas się zachęca, prawie przymusza, i do przyłączania moich ciekawskich i przerażonych oczu do setek tysięcy oczu, których głowy pewnie, przyglądając się, myślą bojaźliwie zafascynowane albo z oczywistą ulgą: „To nie ja, tylko ktoś inny, ten, którego mam przed sobą. To nie ja, bo widzę jego twarz i to nie moja twarz. Czytam w gazecie jego nazwisko i to też nie jest moje nazwisko, nie zgadza się, ja się przecież tak nie nazywam. Trafiło na kogo innego, nieźle musiał narozrabiać, w co on się wpakował, jakich długów narobił albo komu tak zalazł za skórę, że w końcu poszatkowali go na amen. Mnie tam nic do tego, wrogów sobie nie robię, ja tam się nie wpieprzam. No dobrze, wpieprzam się, i robię coś nie tak, ale nie przyłapano mnie. Na szczęście trafiło na kogo innego i to nie ja jestem tym trupem, którego się pokazuje i o którym się mówi, to znaczy, że jestem bezpieczniejszy niż wczoraj, wczoraj mi się udało. A tego sierotę za to dorwali”. Nigdy, ale to nigdy nie skojarzyłam tej wiadomości skwitowanej z pełną obojętnością z tym miłym uśmiechniętym mężczyzną, widywanym przeze mnie codziennie w porze śniadaniowej, który wraz ze swoją żoną i zupełnie nie mając o tym pojęcia, w swej bezgranicznej szczodrobliwości dodawał mi otuchy.

5

Przez kilka dni, już po powrocie z podróży, ckniło mi się za małżeńską parą, choć byłam pewna, że nie przyjdą. Teraz zjawiałam się w  wydawnictwie punktualnie jak rzadko (jadłam śniadanie i już nie miałam żadnego powodu, żeby się ociągać), ale jednak z pewnym tumiwisizmem i znacznie większym zniechęceniem, to zadziwiające, jak źle nasze przyzwyczajenia reagują na zmiany, nawet na te lepsze, ale ta do nich nie należała. Nie chciało mi się jakoś przyłazić do roboty, patrzeć na szefa, jak się puszy, i odbierać męczących telefonów od pisarzy albo przyjmować ich wizyt, nie wiadomo dlaczego przeistoczyło się to w jeden z moich najważniejszych obowiązków, może dlatego, że zwykłam zajmować się naszymi autorami, w odróżnieniu od moich kolegów, którzy po prostu chowali się przed nimi, szczególnie przed tymi najbardziej zadufanymi i wymagającymi z jednej strony, a z drugiej przed największymi marudami i  niedojdami, przed tymi, którzy mieszkali sami, przed okropnymi, przed tymi, którzy kokietowali niewiarygodnie, przed tymi, którzy wykręcali nasz numer telefonu na dzień dobry, pod byle pretekstem, pragnąc powiadomić pierwszą osobę, jaka się nawinie, że jeszcze istnieją. Większość z nich to dziwni ludzie. Wstają identycznie, jak się położyli, myśląc o swych wymyślonych sprawach zajmujących im, mimo to, tak dużo czasu. Ci, którzy żyją z literatury i z rzeczy podobnych, a tym samym nie mają stałego zatrudnienia – i zaczyna ich być coraz więcej, w tym biznesie są pieniądze, wbrew temu, co się głosi, przede wszystkim dla wydawców i dystrybutorów – nie ruszają się z domu, a jedyne, co muszą zrobić, to wrócić do komputera albo maszyny do pisania – zdarzają się jeszcze cudacy, którzy cały czas jej używają, a później trzeba takiemu skanować teksty – z  niepojętą samodyscypliną: trzeba być trochę nienormalnym, żeby siadać do pracy nad czymś, nad czym nikt siadać nie przymusza. W ten oto sposób już nie byłam w najlepszym humorze i nie miałam już anielskiej cierpliwości, żeby pomóc ubrać się, jak zdarzało mi się to czynić niemal codziennie, pewnemu powieściopisarzowi o nazwisku Cortezo, który dzwonił do mnie pod byle absurdalnym pretekstem, by następnie, „a skoro mam cię już przy telefonie”, zapytać, czy moim zdaniem dobrze dobrał ciuchy, czy łachy, w które się ubrał lub ubrać zamierzał i które mi opisywał:

– Jak sądzisz, czy do tych spodni w drobne prążki i do brązowych mokasynów z frędzelkami, no wiesz, takimi ozdobnymi, pasują skarpetki w romby?

Dawałam sobie już spokój z poinformowaniem go, że nienawidzę skarpetek w romby, spodni w drobne prążki i  brązowych mokasynów z  frędzelkami, bo przejąłby się tym mocno i rozmowa przedłużyłaby się w nieskończoność.

– Jakiego koloru są romby? – pytałam.

– Brązowe i pomarańczowe. Ale mam również z  czerwono-niebieskimi i zielono-beżowymi, i co sądzisz?

– Brązowo-niebieskie będą bardziej pasować do tego, jak jesteś ubrany – odpowiadałam.

– Ale tej kombinacji akurat nie mam. Sądzisz, że powinienem pójść je kupić?

Trochę mi go było żal, choć bardzo mnie irytowało, że pozwala sobie na pytanie o takie rady, jakbym była jego przedwdową lub matką, a facet byłby pełen uwielbienia dla swoich dzieł wychwalanych przez krytykę, choć ja uważałam, że są głupawe. Ale nie chciałam wysyłać go na poszukiwania po całym mieście kolejnych beznadziejnych skarpetek, które i tak niczego by mu nie załatwiły.

– Szkoda fatygi, Cortezo. A może odetniesz niebieskie romby z jednych i brązowe z drugich i je połączysz? Zrób patchwork, jak to się teraz po naszemu mówi. Łatkowe dzieło sztuki.

Trochę czasu mu zeszło, zanim się połapał, że stroję sobie żarty.

– Ale ja nie umiem tego robić. Mario, nawet nie umiem sobie przyszyć guzika, a poza tym to spotkanie mam za półtorej godziny. Ach, no tak. Kpisz sobie ze mnie?

– Ja? Broń Boże. Ale wobec tego lepiej będzie, jeśli sięgniesz po gładkie skarpetki. Jasnoniebieskie, jeśli masz takie, i  doradziłabym ci, w takim razie, czarne półbuty – w rezultacie co nieco mu jednak, w miarę możliwości, pomagałam.

Teraz byłam w złym humorze i załatwiałam go jak najszybciej, zbywając niechęcią i fortelami odrobinę perfidnymi: jeśli mówił mi, że wybiera się na przyjęcie do ambasady francuskiej w ciemnoszarym garniturze, bez wahania radziłam mu skarpetki w kolorze zielony Nil, zapewniając go, że to ostatni krzyk ekstrawagancji i że wszyscy będą zadziwieni, co nie do końca mijało się z prawdą.

Trudno mi było również odnosić się z sympatią do innego powieściopisarza, podpisującego swoje książki jako Garay Fontina – właśnie tak, dwa nazwiska bez imienia, pewnie sądził, że to oryginalne i enigmatyczne, ale brzmiało jak nazwisko sędziego piłkarskiego – który uważał, że wydawnictwo powinno rozwiązywać wszelkie trudności i wybawiać go z kłopotów, nawet jeśli nie mają one nic wspólnego z jego książkami. Prosił nas, byśmy przyjechali do niego do domu po płaszcz i zanieśli go do pralni, byśmy wysłali mu komputerowca albo malarzy pokojowych i byśmy znaleźli mu lokum w Tricunamalaja albo w Batticaloa, i  przygotowali mu dokładnie jego prywatny wyjazd w  tamte strony, wakacje z apodyktyczną żoną, która od czasu do czasu dzwoniła do nas albo osobiście się zjawiała i nie prosiła, tylko rozkazywała. Mój szef bardzo cenił Garaya Fontinę i  spełniał wszystkie jego zachcianki, posługując się nami, i to nie tyle z  powodu nakładów, które osiągały jego książki, ile ze względu na to, że ten wmówił naszemu szefowi, że jest często zapraszany do Sztokholmu – wiedziałam, przez przypadek, że wszystkie jego wyjazdy do Szwecji były na koszt własny, by intrygować w  pustce i pooddychać tamtejszym powietrzem – i że dadzą mu Nobla, choć nikt publicznie o to nie wystąpił ani w Hiszpanii, ani w żadnym innym miejscu. Nawet w jego rodzinnym mieście, jak to się często zdarza. Ale on zachowywał się tak, jakby miał już Nobla w kieszeni, i dawał to do zrozumienia mojemu szefowi i jego pracownikom, a my czerwieniliśmy się, słysząc takie zdania jak: „Donoszą mi moi skandynawscy szpiedzy, że to już w tym roku, góra w przyszłym” albo „Już wyuczyłem się po szwedzku, co wygarnę Karolowi Gustawowi podczas ceremonii. Zetrę go na proch, w życiu nie słyszał czegoś tak okrutnego, na dodatek w swoim ojczystym języku, którego nikt się nie uczy”. „A co takiego, co takiego?”, dopytywał się szef z uprzedzającym podnieceniem. „Przeczytasz to następnego dnia na łamach prasy światowej – odpowiadał ze świętym przekonaniem Garay Fontina. – Nie będzie gazety, która tego nie umieści, a na dodatek będą musieli przetłumaczyć to ze szwedzkiego, nawet nasi tutaj, niezły dowcip, co?”. (Taka bezgraniczna ufność w jeden cel wydawała mi się godna pozazdroszczenia, choćby jedno i drugie: i cel, i ufność, było fikcją). Starałam się zachowywać wobec niego jak najbardziej dyplomatycznie, nie chciałam tracić pracy, ale teraz przychodziło mi to z niewysłowionym trudem, kiedy dzwonił wcześnie ze swoimi nieposkromionymi zachciankami.

– Mario – odezwał się któregoś dnia rano – musicie mi zdobyć parę gramów kokainy, na potrzeby sceny w  mojej nowej powieści. Niech mi ktoś jak najszybciej podrzuci to do domu, najpóźniej przed zmierzchem. Chcę zobaczyć jej kolor w świetle dnia, wolałbym uniknąć pomyłki.

– Ależ, panie Garay...

– Garay Fontina, moja droga, ile razy mam ci to powtarzać? Garay tak bez niczego to może się nazywać byle kto, w Kraju Basków, w Meksyku, w Argentynie. Nawet piłkarz.

Tak się przy tym upierał, że pomyślałam nawet, że drugie nazwisko jest wymyślone (przejrzałam kiedyś książkę telefoniczną Madrytu i nie było w niej żadnego Fontiny, znalazłam jedynie jakiegoś Laurence’a  Fontinoy, jeszcze bardziej nieprawdopodobne nazwisko, jak z Wichrowych wzgórz), a może i obydwa nazwiska, i  w  rzeczywistości nazywał się Gómez Gómez albo García García, albo podobnie redundantnie i w jego mniemaniu urągająco. A gdyby to był pseudonim, to w momencie kiedy go obierał, pewnie nie wiedział, że fontina to typ włoskiego sera, nie wiem, krowiego czy koziego, wyrabianego w  Val d’Aosta chyba, który przede wszystkim ludzie jedzą w formie topionej. Ale co tam, w końcu są również jakieś orzeszki ziemne nazywające się borgesy, nie sądzę, żeby Borges się tym przejmował.

– Tak, oczywiście, panie Garay Fontina, przepraszam, to taki skrót myślowy. Ale wie pan – nie mogłam sobie tego darować, choć nie to było najważniejsze – jeśli chodzi o kolor, to proszę się nie martwić. Mogę pana zapewnić, że kokaina jest biała zarówno w świetle dziennym, jak i w świetle elektrycznym, to wiedzą prawie wszyscy. W wielu filmach ją pokazują, nie widział pan filmów Tarantino? Albo taki film z Alem Pacino, gdzie sypią ją w pagórki?

– Droga Mario, nie igraj z ogniem – odparł poirytowany. – Żyję na tej plugawej planecie, nawet jeśli na to nie wygląda, kiedy tworzę. Ale bądź łaskawa nie oceniać mnie zbyt nisko, właśnie ty, która nie ograniczasz się do produkowania książek, jak twoja koleżanka Beatriz i tyle innych, ale ponadto je czytasz, i to z polotem.

Takimi komplementami obdarzał mnie od czasu do czasu, sądzę, iż po to, żeby zdobyć moją przychylność: nigdy nie wyraziłam jakiejkolwiek opinii o żadnej z jego powieści, nie za to mi płacono.

– Obawiam się użycia niezbyt precyzyjnych przymiotników. A konkretnie, czy możesz mi uściślić, czy to jest biel mleczna, czy raczej biel wapienna? A tekstura? Czy jest bardziej jak ubita kreda, czy jak cukier? Jak sól czy może jak mąka lub raczej jak talk? Możesz powiedzieć?

Poczułam się wmanewrowana w absurdalną i niebezpieczną dyskusję, zważywszy na wrażliwość znamienitego laureata. Sama się wkopałam.

– Jest jak kokaina, panie Garay Fontina. W obecnych czasach nie ma co jej opisywać, bo kto jej nie próbował, i tak ją widział. Może poza starszymi osobami, które mimo to i tak ją widziały w telewizji tysiące razy.

– Czy podpowiadasz mi, jak mam pisać, Mario? Czy mam wstawiać przymiotniki, czy nie? Co powinienem opisywać, a co jest naskórkowe? Czy udzielasz lekcji Garayowi Fontinie?

– Nie, panie Fontina...

Nie potrafiłam za każdym razem zwracać się doń obydwoma nazwiskami, trwało to wieki, a zestaw nie był zbyt dźwięczny i nie podobał mi się. Pominięcie Garaya nie martwiło go już tak bardzo.

– Jeśli proszę was o dwa gramy koki na dziś, to chyba w  jakimś celu. A w takim, że tej nocy będzie jej potrzebować książka, a was chyba interesuje to, żeby powstała nowa książka, nieprawdaż? Więc powinniście zdobyć mi je i przesłać, a nie wdawać się w dyskusję. A może mam porozmawiać osobiście z Eugenim?

Ale teraz to ja się postawiłam, nie bez ryzyka, i palnęłam jakiś katalonizm. Od szefa je łapię, Katalończyka z  pochodzenia, który popełnia je co chwila, mimo że mieszka w Madrycie od bardzo dawna. Gdyby żądanie Garaya dotarło do jego uszu, nie zawahałby się wysłać całego wydawnictwa na ulicę w celu zdobycia narkotyku (do złych dzielnic i osiedli, do których taksówkarze nie chcą wjeżdżać), byle spełnić jego zachciankę. Zbyt poważnie traktował swego najbardziej pretensjonalnego autora, to niepojęte, jak ten typ ludzi potrafi wmówić innym swoją rzekomą wartość, to tajemniczy fenomen ogólnoświatowy.

– Za dilerów nas pan ma, panie Fontina? – spytałam. – Żąda pan od nas naruszenia prawa, nie wiem, czy pan to sobie uświadamia. Kokainy nie kupuje się w kioskach, tę wiedzę niewątpliwie pan posiada, ani w barze na rogu. A poza tym na co panu dwa gramy? Czy ma pan pojęcie, ile to jest dwa gramy, ile z tego można zrobić kresek? Jeszcze pan, nie daj Boże, przedawkuje i spowoduje wielką stratę. Dla pańskiej żony i dla literatury. Jeszcze dostanie pan jakiejś zapaści. Albo tak pana wciągnie, że już o  niczym innym nie będzie chciał pan słyszeć i  pisać też się panu odechce, ludzki wrak bez możliwości podróżowania, nie można przekraczać granic z narkotykami. No i niech pan pomyśli, żegnaj, szwedzka ceremonio, żegnaj, bezceremonialne zruganie Karola Gustawa.

Garay Fontina milczał przez chwilę, jakby rozważał, czy przesadził ze swoim żądaniem, czy jednak nie. Ale sądzę, że najbardziej męczyła go jednak perspektywa sztokholmskich dywanów, na których jego noga może nigdy nie postać.

– No co pani, bez przesady, nie żeby diler od razu – w  końcu powiedział. – Wy macie to tylko kupić, a nie sprzedać.

Wykorzystałam jego wahanie, żeby przy okazji wyjaśnić dość istotny szczegół operacji przezeń obmyślonej:

– Aha, a kiedy już panu przekażemy towar? Dostarczamy panu dwa gramy, a pan nam płaci, prawda? I pana zdaniem to nie jest dilerka? Byle glina nie będzie miał wątpliwości.

Nie była to błaha sprawa, bo Garay Fontina raczej nie zwracał nam kosztów pralni, zaliczek za malarzy pokojowych ani zadatku za rezerwację w  Batticaloa, w  najlepszym razie zwlekał z zapłatą, a mój szef wpadał w panikę i denerwował się, kiedy trzeba było się upomnieć o pieniądze. A teraz tylko brakowałoby nam tego, żebyśmy finansowali nałogi jego najnowszej i  niezakończonej jeszcze powieści, a tym samym niezakontraktowanej.

Poczułam, że wahanie jego się pogłębia. Może był do tego stopnia rozwydrzony, że nie uświadamiał sobie przedtem wysokości wydatku. Jak wielu pisarzy był sobkiem, dusigroszem, absolutnie pozbawionym honoru. Kiedy wyjeżdżał w swoje światowe tournée, a  raczej na prowincjonalne wieczory autorskie, w hotelach, w których się zatrzymywał, dopuszczał się nieprawdopodobnych szwindli. Żądał zakwaterowania w  apartamentach i opłacenia wszystkich kosztów ekstra. Gadano, że ponoć udając się w  podróż, brał swoją bieliznę pościelową i  brudne ubrania, nie z powodu wymyślnych ekstrawagancji czy dziwnej manii, ale żeby przy okazji uprano mu pościel w hotelu, ubrania, nawet skarpetki, o których stosowność lub nie akurat mnie nie pytał. Pewnie była to tylko plotka – jeździć z takim ciężarem to jednak kłopot nie lada – niemniej zachodziliśmy w głowę, jak to było możliwe, iż kiedyś organizatorzy jego spotkania autorskiego zostali obciążeni nieprawdopodobnym rachunkiem przez pralnię (około tysiąca dwustu euro, jak wieść niosła).

– A orientujesz się, Mario, po ile stoi teraz kokaina?

Nie znałam dokładnej ceny, chyba jakieś sześćdziesiąt euro, ale rozdmuchałam ją nieco, żeby spłoszyć go i odwieść od zamiaru. Jeszcze mógłby dopiąć swego, a tego jednak zaczęłam się poważnie obawiać, i wysłać mnie do Bóg wie jakiej speluny czy meliny.

– Słyszałam, że około osiemdziesięciu euro.

– Cholera. – I  zamyślił się. Pewnie skrzętnie rachował. – Tak. Być może masz rację. Może wystarczy mi gram, nawet pół. Można kupić pół grama?

– Nie wiem, panie Garay Fontina. Nie używam. Ale skłonna byłabym powiedzieć, że nie.

Raczej należy go utwierdzać w przekonaniu, że tu nie zaoszczędzi.

– Tak jak nie da się kupić pół flakonu wody kolońskiej, chyba. Ani pół gruszki.

Ledwie zdążyłam wypowiedzieć ostatnie słowa, gdy uderzyła mnie absurdalność porównań.

– Albo pół tubki pasty do zębów.

To wydało mi się odpowiedniejsze. Ale należało mu pomysł całkiem wybić z głowy albo doprowadzić do tego, że kupi sobie narkotyk sam za własne pieniądze, nie zmuszając nas do przestępstwa ani do wyłożenia awansem pieniędzy. Znając go, trudno było wykluczyć, że w wydawnictwie już go więcej nie zobaczymy, a na taką rozrzutność nie było nas stać.

– Przepraszam, że ośmielę się zapytać. Czy potrzebuje jej pan w celu użycia, czy też chce ją pan tylko zobaczyć i jej dotknąć?

– Tego jeszcze nie wiem. To zależy od tego, czego tej nocy zażąda ode mnie książka.

To, że książka może, w nocy czy za dnia, czegoś żądać, i to w sytuacji, kiedy jeszcze jej właściwie nie ma, a ewentualne żądania kieruje do tego, kto ją pisze, zabrzmiało dla mnie komicznie. Uznałam to za licencję poetycką i puściłam mimo uszu.

– No bo proszę pomyśleć, jeśli rzecz ma dotyczyć wyłącznie tego drugiego i chodzi panu o jej opisanie, to już sama nie wiem. Aspiruje pan do uniwersalności, co ja mówię, pan już jest uniwersalny i dzięki temu pańskimi czytelnikami są ludzie w  różnym wieku. Chyba nie zależy panu na tym, by młodzi czytelnicy pomyśleli, że odkrywa pan Amerykę, opisując wygląd narkotyku i jego działanie. A w konsekwencji naraziłby się pan na kpiny, jakim cudem się pan jeszcze uchował. Opisywanie kokainy w dzisiejszych czasach to jak opisywanie sygnalizatora świetlnego. Wyobraża pan sobie przymiotniki? Zielone, pomarańczowe, czerwone? Statyczny, wyprostowany, niezmącony, metalowy? Przecież to śmieszne.

– Mówisz o  sygnalizatorze świetlnym? Tym ulicznym? – spytał zaniepokojony.

– Jak najbardziej – nie wiedziałam, jakie jeszcze mogą być znaczenia sygnalizatora świetlnego, przynajmniej w języku potocznym.

Przez chwilę milczał.

– Kpiny, powiadasz? Odkrywanie Ameryki? – powtórzył. Zdałam sobie sprawę, że użycie tych słów było jak najbardziej celne, zabolały go.

– Ale tylko jeśli chodzi o ten szczegół, panie Fontina, bez dwóch zdań.

Myśl, że młodzi czytelnicy mogą zakpić sobie z jednej tylko jego linijki, wydawała się dlań nie do zniesienia.

– No dobrze, pozwól, że jeszcze to sobie przemyślę. Nic się nie stanie, jak odłożę to na jutro. Poinformuję cię, co takiego jutro postanowię.

Byłam już pewna, że o niczym mnie nie poinformuje, że da sobie spokój z eksperymentami i idiotycznymi udokumentowaniami, i że już nigdy więcej nie wspomni o tej rozmowie. Pozował na kogoś niekonwencjonalnego i ultranowoczesnego, ale w głębi był jak Zola i wielu innych: stawał na głowie, żeby przeżyć to, co sobie wyobrażał, w efekcie więc wszystko w jego książkach było wymęczone i trąciło sztucznością.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, byłam zaskoczona, że zdołałam odprawić z  niczym Garaya Fontinę, i  to nie konsultując się z moim szefem, sama z siebie. A wszystko dzięki temu, że byłam w podłym nastroju i całkiem zdołowana, i że śniadania bez idealnej pary straciły cały urok, nie było ich, żeby zarażać mnie optymizmem. Ale tej stracie przynajmniej zawdzięczałam jedną korzyść: zdecydowanie obniżył się próg mojej tolerancji dla debilizmu, próżności i głupoty.

6

Ta jedyna korzyść i tak nie zdała się na nic. Kelnerzy byli w  błędzie, a kiedy zostali z niego wyprowadzeni, nie powiadomili mnie o  tym. Desvern już nigdy nie wróci, a  tym samym nie wróci pogodna para, bo jako taka również ona została zmieciona z powierzchni ziemi. To Beatriz, moja koleżanka i sporadyczna bywalczyni tego samego lokalu, w którym wcześniej zwróciłam uwagę na wyjątkowość owego małżeństwa, mimochodem wspomniała mi kiedyś rano o tym, co się stało, święcie przekonana, że ja, oczywiście, wiem o wszystkim, że wiadomość dotarła do mnie bezpośrednio, to znaczy, że dowiedziałam się z gazet czy też od kelnerów, mało tego, że na pewno już o tym rozmawiałyśmy, zapomniawszy, że w tamtych dniach nie było mnie tu. Piłyśmy jakąś szybką kawę na tarasie, nagle zamyśliła się, wciąż, choć już bez potrzeby, mieszając łyżeczką w swojej filiżance i rozglądając się po stolikach, zajętych co do jednego, szepnęła:

– Nie do wiary, że może człowieka spotkać coś tak strasznego, w głowie się nie mieści, no wiesz, to, co spotkało twoje małżeństwo. Zaczynasz dzień normalnie, jak zawsze i nawet do głowy ci nie wpadnie, że zaraz stracisz życie, i do tego jeszcze w taki sposób. Bo tak sobie myślę, że z jej życiem, inaczej bo inaczej, ale też pewnie koniec. Przynajmniej na jakiś czas, lata całe, i wątpię, żeby kiedykolwiek mogła się z tego podnieść. Co za idiotyczna śmierć, trzeba mieć pecha, spotyka cię coś takiego, a później przez całe życie łamiesz sobie głowę: dlaczego akurat jego miało to spotkać, dlaczego mnie, w wielomilionowym mieście? Nie wiem. Sama wiesz, że nie za bardzo już kocham Saveria, ale gdyby coś mu się stało, no to nie wiem, czy zdołałabym jakoś wyjść z tego. I nie tylko ze względu na stratę, ale czułabym się jakby naznaczona, jakby ktoś się na mnie uwziął i nie miał zamiaru odpuścić, rozumiesz? – Wyszła w swoim czasie za mąż za włoskiego miglanca i pasożyta, którego znosiła z wielkim już trudem, ale jednak znosiła ze względu na dzieci i na kochanka, ubarwiającego monotonię jej życia lubieżnymi telefonami i  perspektywą jakiegoś nieoczekiwanego i sporadycznego spotkania, brakowało im ku temu okazji, ona zamężna, on żonaty, oboje z dziećmi. A na dodatek jeden z naszych autorów zajmował jej wyobraźnię nocą, i niekoniecznie był nim spaślak Cortezo ani obmierzły Garay Fontina, obmierzły również z wyglądu.

– Ale o czym ty mówisz?

I wtedy opowiedziała mi, a raczej zaczęła opowiadać, całkowicie zaskoczona moją niewiedzą, może okazaną nazbyt teatralnie, bo już zaczęło robić się późno, a jej pozycja w  wydawnictwie była w porównaniu z moją dość niepewna, więc nie chciała ryzykować, tym bardziej że już podpadła Fontinie, który często się Eugeniemu na nią uskarżał.

– To ty nawet gazety nie widziałaś? Było tam zdjęcie tego biedaczyny, wszystko na nim było, jak leży na ziemi, cały we krwi. Nie pamiętam daty, ale poszukaj w internecie, na pewno coś znajdziesz. Nazywał się Deverne, okazuje się, że to ten od kinematograficznej firmy dystrybucyjnej, no wiesz, „Deverne Films przedstawia”, widziałyśmy to w kinach tysiące razy. Tam będziesz miała wszystko. Coś strasznego. Trzeba mieć pecha, normalnie pochlastać się tylko. Gdybym ja była jego żoną, tobym już nie mogła żyć normalnie. Oszalałabym. To wtedy usłyszałam jego nazwisko czy raczej, by tak rzec, jego artystyczny pseudonim.

Tego samego wieczoru wystukałam w  komputerze „Deverne śmierć” i rzeczywiście pojawiała się wiadomość w dziale informacji lokalnych dwóch lub trzech madryckich dzienników. W rzeczywistości na nazwisko miał Desvern, więc pomyślałam, że być może jego rodzina nieco je w swoim czasie zmodyfikowała, mając na względzie własny publiczny wizerunek, chcąc ułatwić wymowę publiczności hiszpańskojęzycznej, a  równie dobrze i po to, by mówiący po katalońsku nie kojarzyli nazwiska z miejscowością Sant Just Desvern, która mnie akurat swojsko brzmiała, gdyż niejeden wydawca barceloński miał tam swoje składy. A może po to, żeby firma wyglądała na firmę francuską: bo kiedy ją założono – w latach sześćdziesiątych, może nawet wcześniej – wszyscy bez wątpienia jeszcze znali Juliusza Verne’a i wszystko, co francuskie, kojarzyło się z prestiżem, nie to co teraz, z tym kudłatym niby-Luisem de Funèsem wybranym na prezydenta Francji. Dowiedziałam się również, że Devernowie byli ponadto właścicielami wielu zeroekranowych sal kinowych w centrum i że przypuszczalnie, w związku z powolnym zamykaniem tych sal i  przekształcaniem ich w  duże powierzchnie handlowe, przedsiębiorstwo uległo dywersyfikacji i teraz zajmowało się przede wszystkim nieruchomościami, nie tylko w  stolicy, ale w całym kraju. Wyglądało więc na to, że Miguel Desvern był znacznie bogatszy, niż sądziłam. I już całkiem niepojęte stały się dla mnie powody, dla których przychodził codziennie rano na śniadanie do takiego lokalu, na jaki i ja mogłam sobie pozwolić. Zdarzenia miały miejsce w tym właśnie dniu, kiedy po raz ostatni widziałam go w kawiarni, stąd też wywnioskowałam, że i ja, i żona pożegnałyśmy się z nim w tym samym czasie, ona ustami, ja oczami tylko. Na okrutną ironię zakrawa, że był to dzień jego urodzin, umarł zatem o rok starszy niż poprzedniego dnia, w wieku pięćdziesięciu lat.

Doniesienia prasowe różniły się w niektórych szczegółach (pewnie zależało to od tego, z którym z okolicznych mieszkańców czy przechodniów rozmawiał każdy z reporterów), ale w  sumie tak samo przedstawiały zdarzenia. Deverne zaparkował swój samochód, tak jak to ponoć zwykł zawsze o tej porze czynić, przy jednej z przecznic wychodzących na Paseo de la Castellana, około drugiej po południu – niewątpliwie udawał się na spotkanie z Luisą, by wspólnie zjeść obiad w restauracji – dość blisko swego domu i  jeszcze bliżej parkingu, o  małej liczbie miejsc, przylegającego do Wyższej Szkoły Technicznej Inżynierów Przemysłowych. Gdy Deverne wysiadł z samochodu, podszedł doń bezdomny zajmujący się w tej okolicy pomaganiem kierowcom w parkowaniu, za drobną opłatą – tak zwany stacz parkingowy – i zaczął kierować pod jego adresem jakieś zwariowane wyzwiska i obrzucać go niedorzecznymi oskarżeniami. Według kilku świadków – aczkolwiek wszyscy niewiele, doprawdy, zrozumieli – obwinił go o to, że przez niego jego córki trafiły do zagranicznej sieci prostytucji. Według innych wykrzyczał szereg niezrozumiałych zdań, z których tylko dwa zdołali pojąć: „Chcesz mnie pozbawić spadku!” i „Zabierasz mi chleb moich dzieci!”. Desvern usiłował odczepić się od niego i  przez kilka sekund przemówić mu do rozsądku, tłumacząc się, że nie ma nic wspólnego z jego córkami, że nawet ich nie zna i że z kimś go myli. Ale bezdomny, Luis Felipe Vázquez Canella, jak podała prasa, wiek trzydzieści dziewięć lat, o bujnej brodzie, bardzo wysoki, rozwścieczył się jeszcze bardziej, bezładnie ciskając wyzwiskami i przekleństwami. Dozorca jednego z budynków słyszał, jak krzyczał oszalały: „Obyś zdechł dziś jeszcze, a żona jutro całkiem cię zapomniała”. Inny dziennik z  kolei podawał owo zdanie w nieco ostrzejszym wariancie: „Obyś zdechł dziś jeszcze, a  twoja żona puściła się jutro z innym!”. Deverne dał gestem znak, że uznaje przypadek za beznadziejny, kierując się zarazem w stronę Castellana, rezygnując z  jakiejkolwiek próby uspokojenia go, ale wówczas stacz, jakby zamiast czekać na spełnienie się swego przekleństwa, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wyciągnął nóż składany typu motylek, o  siedmiocentymetrowym ostrzu i rzucił się na swą ofiarę od tyłu, zadając szereg ciosów, trafiając w klatkę piersiową i w żebra, według jednej z gazet, w plecy i w brzuch, według drugiej w klatkę piersiową i w bok, według trzeciej. Poszczególne dzienniki różniły się również co do liczby otrzymanych przez ofiarę ciosów: dziewięć, dziesięć, szesnaście, a reporter, który podawał tę liczbę – być może najbardziej wiarygodny, bo powoływał się na „przecieki z autopsji” – dodawał, że „wszystkie zadane ciosy uszkodziły organy życiowe”, jak również, że „jak wywnioskował lekarz sądowy, pięć ran było ranami śmiertelnymi”.

Desvern w pierwszej chwili usiłował się wyrwać i uciec, ale ciosy zadane zostały z taką furią, zacięciem, tak błyskawicznie, jeden po drugim – i jak widać tak celnie – że nie miał najmniejszej możliwości, by uciec przed nimi, i upadłszy na ziemię, bardzo szybko zmarł. Dopiero wtedy zabójca zaprzestał ataku. Jeden z  ochroniarzy znajdującej się nieopodal firmy „zauważył, co się dzieje, i zdołał zatrzymać napastnika do czasu przybycia straży miejskiej”, mówiąc mu: „Nie ruszaj się stąd, dopóki nie zjawi się policja!”. Zagadką pozostawało, jak to możliwe, że wydając zwykłe polecenie, zdołał unieruchomić uzbrojonego osobnika, który przed chwilą, w ataku szału, dopuścił się krwawego, i to bardzo, czynu – może trzymał go na muszce, choć w  żadnej z prasowych wersji nie było najmniejszej wzmianki o broni ochroniarza ani o tym, czy ją wyciągnął z kabury i wycelował – bo stacz parkingowy, co zgodnie potwierdzało szereg źródeł, jeszcze trzymał swój nóż w  dłoni, kiedy na miejsce zdarzenia przybyli funkcjonariusze, nakazali mu wypuścić broń z  ręki. Bezdomny wypuścił ją wówczas na ziemię, po czym został zakuty w kajdanki i przewieziony do dzielnicowego komisariatu. „Jak poinformowała Komendantura Policji w  Madrycie”, we wszystkich gazetach mniej więcej brzmiało to podobnie lub tak samo: „przypuszczalny zabójca został przekazany do dyspozycji sądu, ale odmówił jakichkolwiek zeznań”.

Luis Felipe Vázquez Canella mieszkał w tej okolicy, w  porzuconym od dawna samochodzie, a  opinie mieszkańców o nim znów były zróżnicowane, jak zwykle wtedy, kiedy prosi się o relację więcej niż jedną osobę. Dla jednych był człowiekiem spokojnym i zachowującym się przyzwoicie, unikającym jakichkolwiek problemów: zajmował się szukaniem wolnych miejsc parkingowych dla samochodów i  naprowadzaniem na nie kierowców, nakazującymi lub też nader usłużnymi gestami, tak charakterystycznymi dla pracowników tej branży – czasem zupełnie zbytecznymi i  niepożądanymi, ale taki już jest styl pracy wszystkich staczy parkingowych – by dostać może parę napiwków. Zjawiał się koło południa, odkładał swoje dwa niebieskie plecaki pod drzewem i  przystępował do swej niestałej pracy. Inni mieszkańcy jednak nie kryli się z ujawnieniem, że mieli już dość „jego gwałtownych zachowań i psychicznych odchyleń” i że próbowali wielokrotnie wyrzucić go z jego unieruchomionego pojazdu mieszkalnego i usunąć z osiedla, ale jak dotąd bez skutku. Vázquez Canella nie był dotąd karany ani notowany. Jedną z ofiar takich psychicznych odchyleń był, miesiąc wcześniej, właśnie szofer Deverne’a. Żebrak nie tylko odezwał się doń napastliwym tonem, ale ponadto, korzystając z tego, że okienko było opuszczone, uderzył go w twarz. Powiadomiona policja natychmiast zatrzymała żebraka za napaść, ale na koniec szofer, choć „kontuzjowany”, nie chciał mu zaszkodzić, więc nie złożył doniesienia. A w przeddzień śmierci przedsiębiorcy doszło do pierwszego zwarcia między ofiarą a katem. Parkingowy zdążył go już zaatakować swymi niedorzecznymi wymówkami. „Mówił o swoich córkach i swoich pieniądzach, mówił, że chcą mu je zabrać”, relacjonował portier domu położonego przy jednej z przecznic Castellana, gdzie doszło do zabójstwa, pewnie najbardziej gadatliwy. „Nieboszczyk wytłumaczył mu, że myli go z kimś innym i że on nie ma nic wspólnego z jego sprawami – dodawała jedna z wersji. – Bezdomny, urażony, oddalił się, mówiąc coś do siebie przez zęby”. I z niejakim polotem narracyjnym, i z pewną dozą spoufalenia z obydwoma uczestnikami zajścia dodawał: „Miguelowi, choćby i w najśmielszej wyobraźni, nigdy nie postałoby w  głowie, iż wzburzenie Luisa Felipe przypłaci dwadzieścia cztery godziny później własnym życiem. Scenariusz, który był dlań pisany, swój zaczątek miał miesiąc wcześniej, choć pozornie nie jego bezpośrednio tyczył”, ostatnie słowa były aluzją do incydentu z szoferem, w którym część mieszkańców widziała prawdziwy cel furii. „Kto wie, równie dobrze to na tego szofera się uwziął – zostało włożone w usta jednego z mieszkańców – i pomylił go z jego szefem”. Sugerowano, że stacz parkingowy był w podłym nastroju chyba od miesiąca, mniej więcej, jego sporadyczna praca nie przynosiła mu już bowiem żadnych zarobków z powodu zainstalowania w tej strefie parkometrów. Jedna z gazet podawała, mimochodem, bulwersującą informację, o której inne tytuły nie wspominały: „W  związku z odmową złożenia zeznań przez podejrzanego o zabójstwo nie udało się potwierdzić, czy podejrzany i jego ofiara są ze sobą spowinowaceni, jak rozpowiadano w okolicy”.

Ambulans pogotowia ratunkowego przyjechał na miejsce zdarzeń na pełnej prędkości. Ratownicy przystąpili natychmiast do udzielenia Desverne’nowi „pierwszej pomocy”, ale z uwagi na skrajnie poważny stan i po „ustabilizowaniu” go przewieźli rannego do szpitala La Luz – ale według dwóch innych gazet przewieziono go do szpitala La Princesa – nawet w tym prasa nie były zgodna – gdzie natychmiast został przetransportowany do sali operacyjnej, w stanie krytycznym, z zatrzymaną pracą serca i  układu oddechowego. Przez pięć godzin znajdował się między życiem a śmiercią, nie odzyskując ani razu przytomności, by w końcu „odejść o zmierzchu, pomimo, nadaremnych niestety, wysiłków lekarzy”.

Wszystkie te informacje pojawiały się przez dwa dni, począwszy od dnia nazajutrz po morderstwie. A później w  gazetach nie pojawiła się już żadna, choćby najmniejsza, wiadomość z tym związana, jak to teraz dzieje się z wszystkimi informacjami: ludzie nie chcą wiedzieć, dlaczego coś się stało, a jedynie, że coś się stało i że świat pełen jest nierozwagi, niebezpieczeństw, gróźb i pecha, o które codziennie się ocieramy, ale które w rezultacie przytrafiają się ze skutkiem śmiertelnym naszym nieostrożnym bliźnim, a może tylko tym, którym los nie sprzyja. Bez problemu współżyje się z tysiącami nierozwiązanych tajemnic, zajmujących nas rano przez dziesięć minut, a następnie bezpowrotnie i bez żalu zapominanych. Tego właśnie chcemy: w nic się nie zagłębiać, nie zajmować się nazbyt długo jakimikolwiek wydarzeniami czy historią, niech uwaga nasza rozprasza się i  przeskakuje z wydarzenia na wydarzenie, i niech po nas spływają, jedno po drugim, cudze nieszczęścia, żebyśmy po każdym z nich mogli myśleć: „No tak, to potworne. I co jeszcze. Jakie okropieństwo nas jeszcze nie dotknęło? Tego właśnie potrzebujemy: poczuć, że z kolejnym dniem ocaleliśmy, że jesteśmy, w przeciwieństwie do pechowców, nieśmiertelni, proszę więc nie szczędzić nam opowieści o przeróżnych potwornościach, bo te wczorajsze mamy już za sobą”.

Ciekawe, w owych dniach niewiele mówiono o zmarłym, wspomniano jedynie, że był synem założycieli znanej kinematograficznej firmy dystrybucyjnej i  że pracował w  rodzinnym przedsiębiorstwie, niemal już przeistoczonym w  spółkę dzięki stałemu rozwojowi w ostatnich dekadach i wielu inwestycjom, nawet w tanie linie lotnicze. W następnych dniach nie opublikowano chyba żadnego nekrologu Deverne’a, żadnych kondolencji czy wspomnienia pośmiertnego napisanego przez kogoś bliskiego, przez przyjaciela lub kolegę, żadnego rysu biograficznego, który mówiłby o osobie zmarłego, o jego sukcesach, co było raczej dość dziwne. Każdy zamożny przedsiębiorca, a tym bardziej przedsiębiorca związany z branżą filmową, nawet jeśli nie jest zbyt sławny, ma kontakty z prasą albo przyjaciół posiadających takie kontakty, więc nie nastręczałoby większych problemów, by któryś z nich, w najlepszej wierze, umieścił w jednej z gazet pochwalne wspomnienie ku czci, stanowiące rekompensatę dla zmarłego, albo jakby brak tego wspomnienia był uchybieniem jego czci (tak często dowiadujemy się o czyimś istnieniu dopiero wtedy, kiedy to istnienie dobiega końca, i właśnie dlatego, że się zakończyło).

Jedynym więc dostępnym zdjęciem była fotografia zrobiona przez obdarzonego refleksem reportera, kiedy leżącemu wciąż na ziemi mężczyźnie próbowano udzielić pierwszej pomocy przy czekającej już karetce. Fotografia niezbyt wyraźna, reprodukcja złej jakości i na dodatek mała, na szczęście, bo w moim odczuciu było to świństwo wobec takiego mężczyzny jak on, zawsze tak radosnego i nieskazitelnego za życia. Rzuciłam tylko na nią okiem, nie chciałam jej się dokładnie przyglądać, a już zdążyłam wyrzucić gazetę, w której w swoim czasie zdjęcie, znacznie większe, mignęło mi, bo nawet nie zwróciłam uwagi, kto na nim jest, i w ogóle nie miałam ochoty na nie patrzeć. Gdybym wówczas wiedziała, że chodzi nie o kogoś całkiem mi obcego, ale o człowieka, którego spotykałam codziennie, nie bez pewnej przyjemności, z wdzięcznością nawet, pokusa przyjrzenia się zdjęciu byłaby zbyt silna i pewnie bym jej uległa, ale po chwili odwróciłabym wzrok z jeszcze większym oburzeniem i  przerażeniem niż wstręt i lęk, jaki odczuwałabym wtedy, gdybym go rozpoznała. Nie tylko że zabijają człowieka na ulicy najpodlej jak można, zupełnie zaskoczonego, w ogóle niespodziewającego się niczego takiego, to na dodatek i właśnie dlatego, że na ulicy – „w miejscu publicznym”, jak to się zwykle i  idiotycznie w takich sytuacjach mówi – pozwala się później pokazywać całemu światu nikczemność, jaką wyrządzono temu człowiekowi. Co innego, że na tym pomniejszonym zdjęciu dostępnym w internecie ciężko go było rozpoznać albo rozpoznawało się go tylko dlatego, że w tekście zapewniano mnie, że zmarłym czy umierającym był Desvern. Jego w każdym razie przyprawiłoby o wstręt, gdyby siebie zobaczył w takim stanie lub tak pokazywanego, bez marynarki, bez krawatu, bez koszuli nawet albo tylko w rozpiętej – nie było wyraźnie widać, ze spinkami czy bez nich, o ile je wyjęli – naszpikowanego rurkami, w otoczeniu personelu ratowniczego uwijającego się przy nim, z odkrytymi ranami, na środku ulicy, w kałuży krwi, przyciągającego uwagę przechodniów i  kierowców, niczego nieświadomego; abnegat. Ten wizerunek jego żonie też wydałby się potworny, o ile widziała to zdjęcie: najprawdopodobniej nazajutrz nie miała ani czasu, ani chęci, żeby zajrzeć do gazet. W czasie opłakiwania, czuwania i pogrzebu człowiek nie myśli, nie rozumie, a poza tym musi dzieciom wytłumaczyć, i wszystko inne go nie obchodzi, wszystko inne nie istnieje. Ale może jednak widziała, nieco później, może korciła ją ta sama ciekawość co mnie tydzień później i weszła do internetu, żeby dowiedzieć się, czego dowiedziały się inne osoby w tym czasie, nie tylko bliskie i znajome, ale również nieznajome jak ja. Jakie wrażenie mogło na nich zrobić. Jej dalsi znajomi pewnie dowiedzieli się o wszystkim z prasy, z tej notatki w lokalnej prasie madryckiej albo z nekrologu, bo chyba jakiś nekrolog został wydrukowany, albo i kilka, jak to zazwyczaj się robi, kiedy umiera ktoś zamożny. To zdjęcie w każdym razie, to zdjęcie właśnie – choć również ta śmierć haniebna, niegodziwa, nikczemna i absurdalna czy też, jak by to powiedzieć, zbrukana zwyczajnie biedą – pozwoliły Beatriz określić go jako „biedaka”. Nikomu do głowy by nie przyszło nazwać go tak za życia, nawet tuż przed opuszczeniem przezeń samochodu w tej przyjemnej i  uroczej okolicy, obok terenów zielonych Szkoły Inżynierów Przemysłowych, rosną tam gęste drzewa i stoi kiosk z napojami, parę stolików i krzeseł, niejednokrotnie siadałam tam z moimi małymi bratankami. Nawet tuż przed rozłożeniem przez Vazqueza Canellę noża motylka, trzeba być zręcznym, żeby otworzyć jeden z takich noży z podwójną rączką, słyszałam, że nie wszędzie można kupić taki nóż czy też, że jest właściwie zakazany. Za to teraz, właśnie takim a nie innym, stawał się nieodwracalnie: biednym i nieszczęsnym Miguelem Devernem. Biedak.