Zakochani rozbitkowie - Julie Johnson - ebook
lub
Opis

Julie Johnson, światowej sławy autorka romansów, w trzymającej w napięciu historii o sile przetrwania i potędze zakazanej miłości.

Nie sądziła, że przeżyje katastrofę lotniczą.

Nie sądziła, że utknie na bezludnej wyspie.

Nie sądziła, że zapragnie takiego mężczyzny.

Wyjazd na Fidżi ma być dla Violet Anderson przygodą życia i przepustką do szczęścia, jednak nieoczekiwanie przeradza się w koszmar. Samolot, którym leci Violet, rozbija się, a z katastrofy uchodzi z życiem tylko troje pasażerów. Czekanie na pomoc na bezludnej wyspie, w odcięciu od reszty świata, to codzienna walka o przetrwanie. Szczególnie że Violet do jednego z rozbitków zaczyna żywić uczucie, które nigdy nie powinno mieć miejsca.

__

O autorce

Julie Johnson jest autorką bestsellerów "USA Today", "Barnes & Noble" i iTunes, a swoją pierwszą powieść "Wbrew grawitacji" napisała jeszcze na studiach. Był to dla niej początek  pisarskiej i życiowej drogi. Kiedy nie pisze, podróżuje, dodając kolejne wspaniałe wspomnienia do swojego paszportu. W wolnym czasie nadrabia zaległości z Netfliksa i wrzuca na Instagrama zdjęcia swojego ukochanego psa. Aha, i jeszcze jest uzależniona od picia kawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 280

Popularność


Tę książkę dedykuję oceanowi… za to, że nauczył mnie nie bać się głębi. To właśnie tam najczęściej skrywają się najwspanialsze skarby.

Najwyraźniej jestem syreną. Nie boję się głębin, ale zatrważa mnie płytkie życie.

– Anaïs NIN

1

– Wzięłaś paszport?

– Tak.

– A poduszkę pod szyję?

– Tak.

– A krem z filtrem przeciwsłonecznym? Kochanie, wiesz, jak spala cię słońce…

– Po raz setny tak – wzdycham. – Mam wszystko. Naprawdę.

– A co z…

Przerywam mamie, wydając z siebie serię gwałtownych świszczących odgłosów. Nadymam przy tym policzki i wymachuję rękoma dookoła głowy – to moja najlepsza wersja śmigieł helikoptera. Czteroosobowa rodzina rozładowująca swoje kombi kilka metrów dalej gapi się na mnie ze zdziwieniem, ale mama tylko kręci głową, przyzwyczajona do moich wybryków.

– Tak, tak, rozumiem. Jestem nieznośnym, nadopiekuńczym rodzicem. Nie musisz stosować efektów dźwiękowych, Violet.

Daję sobie spokój i uśmiecham się do niej, ale ona nie odwzajemnia mojego uśmiechu. Jej twarz marszczy się w znajomą maskę niepokoju – tę samą, którą nosiła przez ostatnie dwa tygodnie, odkąd oznajmiłam jej, że zamierzam się wybrać w tę podróż.

– Kochanie…

Przygotowuję się na kolejne argumenty.

– Czy na pewno chcesz to zrobić? Jeszcze możesz się wycofać.

– Mamo!

Podnosi ręce w obronnym geście.

– W porządku! W porządku. Tylko się upewniam.

– Upewniałaś się już milion razy.

– No cóż, mogłaś zmienić zdanie.

– W ciągu dwudziestu minut, odkąd mnie o to ostatnio zapytałaś?

– Masz siedemnaście lat. Zmieniasz zdanie co dwadzieścia sekund.

– Podtrzymujesz rażąco upraszczający stereotyp nastolatki, mamo.

Unosi brwi z rozbawieniem.

– Rażąco? Upraszczający? Gdzie było to słownictwo, gdy zawaliłaś SAT* w zeszłym roku?

Przewracam oczami.

– Teraz to już zdecydowanie wsiądę do tego samolotu.

– Kochanie…

– Mamo! Przestań. To tylko trzy miesiące. Nawet nie zdążysz za mną zatęsknić.

– Ale jesienią idziesz do college’u. – W jasnozielonych oczach mamy, identycznych jak moje, lśnią łzy, a jej głos nagle się załamuje. – Po prostu myślałam… Chyba myślałam, że spędzimy to ostatnie lato razem, zanim wszystko się zmieni. Nie przypuszczałam, że tak szybko cię stracę.

– Ostrożnie, mamo. Jeśli będziesz wciąż wzbudzać we mnie poczucie winy, to w końcu się pod nim uduszę.

Marszczy czoło.

– Przepraszam. Wiesz, że jestem z ciebie dumna, że korzystasz z tej okazji. Ale… dom będzie strasznie cichy bez ciebie.

– Po tych wszystkich latach, kiedy wrzeszczałaś na mnie za to, że słucham zbyt głośnej muzyki, mogłabym przypuszczać, że się z tego ucieszysz.

Na jej twarzy pojawia się wymuszony uśmiech, ale widzę, że ledwo się trzyma. Czuję gulę w gardle, w nieszczęsnym przejawie solidarności. Mrugam gwałtownie, powstrzymując łzy. Odchrząknięcie nie pomaga.

Chociaż bardzo chcę jechać, to jednak nie mogę znieść myśli, że zostawiam mamę samą. Odkąd pamiętam, byłyśmy we dwie – prawdziwy duet matka i córka, najlepsze przyjaciółki, niczym główne bohaterki naszego ulubionego serialu telewizyjnego Kochane kłopoty, tylko nieco mniej uzależnione od kofeiny. Nie mam pojęcia, co zrobi beze mnie tego lata. Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby ona sama to wiedziała. Ma kilku bliskich przyjaciół, ale nigdy się z nikim nie związała, choć nie ulega wątpliwości, że jest świetną partią. Tata zmarł, gdy miałam siedem lat, a ona od tamtej pory nie wykazała nawet odrobiny zainteresowania innymi mężczyznami. Wszelkie moje wysiłki, aby ją z kimś umówić, spełzły na niczym – nie była zainteresowana seksownym nauczycielem fizyki z mojej starej szkoły średniej, przystojnym kelnerem w naszej ulubionej jadłodajni ani przeuroczym właścicielem golden retrievera, który odwiedza jej gabinet weterynaryjny co kilka miesięcy.

„Ja już miałam miłość swojego życia, kochanie – powtarzała ciągle ze łzawym uśmiechem. – Jesteś młoda, ale pewnego dnia zrozumiesz. Wszystko inne po takiej miłości byłoby jedynie tanią imitacją. Jak wino po whisky”.

Myśl, że moje serce mogłoby bić dla kogoś aż tak mocno, że gdy tej osoby zabraknie, nie będzie już biło w ogóle, wydaje mi się absurdalna. Nie mieści mi się w głowie, że w porównaniu z „tym właściwym” wszyscy inni wyglądają jak tanie podróbki.

Nigdy nie poznałam nikogo, kto wzbudzałby we mnie tak silne uczucia. Poważnie wątpię, że kiedykolwiek kogoś takiego spotkam. Taka miłość zdarza się tylko w bajkach i tandetnych komediach romantycznych.

Za każdym razem, gdy to powtarzam, mama uśmiecha się znacząco, co mnie irytuje, po czym kręci głową i mówi: „Pojawi się w odpowiednim czasie, kochanie. Nie ma pośpiechu”.

Zazwyczaj się śmieję z jej słów, ale nie mogę przestać się nad nimi zastanawiać… Czy ja w ogóle chcę takiej miłości? Takiej, która płonie tak jasno, że przez resztę życia zachowujesz się jak na wpół oślepiona przez słońce?

Jeśli chodzi o mnie, nie brzmi to szczególnie zachęcająco. Mama może się godzić na życie w samotności, macierzyństwo i celibat, ale ja nie. W każdym razie jeszcze nie.

Może dlatego tak łatwo jest mi wybrać się w tę podróż. To moja jedyna szansa na zejście ze ścieżki, która została mi wytyczona od momentu moich narodzin. Życie Violet Anderson – napisane i wyreżyserowane na wzór scenariusza stereotypowego filmu dla nastolatków, przed którym nie mogę uciec. Lekcje baletu i treningi piłkarskie, studenckie spotkania samorządowe i korony królowej balu, szkolna miłość o imieniu Clint – naturalnie król balu, a w dodatku rozgrywający drużyny futbolowej. I ja u jego boku – kolejna brunetka o ponadprzeciętnej urodzie i ocenach poniżej przeciętnej, wymachująca pomponami. Dziewczyna, której nie jest sądzone wspaniałe, pełne przygód życie ani tak naprawdę nic szczególnego, z wyjątkiem tej ogłupiającej przeciętności, jaką z entuzjazmem mogą zaakceptować tylko ludzie pozbawieni wyobraźni.

Już teraz, w wieku siedemnastu lat, wiem, że to mi nie wystarczy. Nigdy nie spróbować przygody… Nigdy nie wyjść poza społecznie akceptowane schematy życia na przedmieściach… Nigdy nie aspirować do niczego więcej oprócz stylu życia wszystkich pozostałych mieszkańców mojego miasteczka, którzy zawsze wydają się tacy zadowoleni z tego, że przemierzają świat z klapkami na oczach niczym konie wyścigowe na torze.

Jeśli tu zostanę, nie dopuszczę do głosu tego tępego bólu w mojej klatce piersiowej, który krzyczy w nocy, że musi być coś więcej, coś innego – coś, co sprawi, że żołądek podniesie mi się do gardła, a krew odpłynie z palców, gdy będę zaciskać je mocno w pięści z podekscytowania.

I tak oto poddaję się wiatrowi zmian. Nie patrzę wstecz i zostawiam za sobą to, co było.

Maleńkie miasteczko ze skąpanymi w słońcu ulicami.

Dom na wsi pełen wspomnień.

Pierścionek przedzaręczynowy od Clinta na moim nocnym stoliku.

I przede wszystkim niebywale zmartwioną twarz mamy stojącej w miejscu krótkiego postoju przy strefie odlotów.

Chwytam ją za rękę i ściskam. Silę się na lekki ton, wiedząc, że jeśli pozwolę sobie choćby na jedną łzę, zainicjuję fontanny kolejnych łez rywalizujące z Niagarą.

– Nie tracisz mnie, mamo. To tylko opieka nad dzieckiem na Południowym Pacyfiku, a nie wyprawa kolonizacyjna na Marsa.

– Byłabym spokojniejsza, gdybyś leciała na Marsa. Astronauci są bardzo honorowi. Prawie nic nie wiemy o tej rodzinie, u której będziesz pracować. Równie dobrze mogą być bossami narkotykowymi.

– Bez przesady! – parskam.

– Violet, mówię poważnie.

– Ja też! Musisz się odprężyć. Pani McNally nigdy nie zaproponowałaby mi pracy u jakichś popaprańców.

– No cóż. Może pani McNally nie powiedziała ci wszystkiego – mówi zdecydowanie mało przyjaznym tonem.

Unoszę brwi tak wysoko, że niemal dotykają linii włosów.

– Nie patrz tak na mnie, Violet. Przecież mogła mieć jakiś ukryty motyw!

– Kobieta co roku prowadzi sprzedaż ciast w kościele. Nie jest geniuszem zbrodni.

– Może chce, żebyś tak o niej myślała.

– Maaaamoooo – jęczę. – Daj spokój. Flintowie to normalna rodzina.

– Normalne rodziny nie spędzają wakacji na wyspach rozrzuconych gdzieś po Pacyfiku i nie zatrudniają opiekunki do pięcioletniego dziecka.

– Połknęłaś dziś z kawą pigułkę goryczy?

– Tylko mówię. – Zarzuca kasztanowymi włosami, o jeden odcień jaśniejszymi od moich i dwa razy bardziej błyszczącymi. – Po co ludzie decydują się na dzieci, skoro potem mają zamiar zatrudnić pełnoetatową nianię, żeby je za nich wychowała?

– Mamo, czy nie sądzisz, że trochę zbyt surowo ich oceniasz?

– W każdym razie nie mogę pojąć, dlaczego muszą jechać tak daleko po odrobinę słońca. Przecież na Florydzie są idealne, piękne plaże.

– Omawiałyśmy to już kilka razy – mówię powoli, starając się zachować spokój. – Pan Flint jest deweloperem kurortów. Jego firma poszukuje potencjalnych lokalizacji dla budynków na kilku różnych wyspach. Wybiera się tam cały zespół: kilku kierowników z Flint Group, a także fotograf, architekt i paru ludzi od marketingu… – Wzruszam ramionami. – Zamiast zostawić żonę i córkę w domu na trzy miesiące, Seth postanowił je ze sobą zabrać – dodaję. – Uważam, że to czyni go całkiem przyzwoitym tatą.

Usta mamy zaciskają się w cienką linię, kiedy próbuje wymyślić kontrargument, żeby zmienić moje zdanie. Nawet teraz, gdy stoję pod Boston Logan International Airport ze spakowanymi torbami i biletem w ręku, wciąż ma nadzieję, że przekona mnie do pozostania. Biorę głęboki wdech przez nos i przypominam sobie, że ta apodyktyczność i nadopiekuńczość wynikają z miłości. Nie próbuje mnie przecież rozmyślnie zdenerwować.

A przynajmniej nie wydaje mi się, żeby miała takie intencje.

– Słuchaj, zaraz przegapię swój lot. – Poprawiam pasek wojskowego worka marynarskiego na ramieniu. – Muszę już iść.

– Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz miała przerwę.

– Zadzwonię, gdy będę mogła.

Znów wygląda na zmartwioną.

– Jesteś pewna, że wyślą kogoś, żeby odebrał cię z lotniska w Los Angeles?

– Tak, za punktem odbioru bagażu. Osobista asystentka pani Flint wysłała mi rano maila z potwierdzeniem.

– Wciąż nie podoba mi się to, że będziesz lecieć jakimś małym czarterowym odrzutowcem przez Pacyfik. Dlaczego ta rodzina nie może latać komercyjnymi samolotami, jak reszta Ameryki?

– To firmowy samolot, mamo. Wydaje mi się, że jeśli ktoś inwestuje w jedną z takich maszyn, to powinien z niej korzystać. – Na mojej twarzy pojawia się złośliwy uśmieszek. – W dodatku pomyśl tylko o tym całym darmowym szampanie, którego będą serwować!

– Violet, na Boga… – Wpatruje się we mnie.

– Żartuję! – rzucam pośpiesznie.– Tylko żartuję. Będę się opiekować dzieckiem, a nie dołączać do klubu podniebnych rozkoszy. Wiesz, że nigdy nie przepadałam za zorganizowanymi zajęciami grupowymi.

– Jak to się stało, że wychowałam taką mądralę?

– Jaka matka, taka córka – podsumowuję.

Zgadza się ze mną skinieniem głowy, ale jej dolna warga zaczyna drżeć. Wygląda, jakby za chwilę miała się rozpłynąć w kałuży łez, lecz zamiast tego wyciąga ramiona i przytula mnie mocno. Jak na tak drobną kobietę ma imponująco silny uścisk.

– Nie mogę… oddychać… – Udaję rzężenie, ściskając ją równie mocno.

– Uważaj na siebie, dobrze? – szepcze błagalnie.

Kiwam głową, marząc o tym, żeby oczy nie szczypały mnie tak bardzo od napływających łez.

– Będę uważać.

– Wysyłaj maile dwa razy w tygodniu.

– Obiecuję.

– Zrób dużo zdjęć, żebyś miała mi co pokazać po powrocie.

– Oczywiście.

Chwyta moją twarz w dłonie i całuje mnie w czoło, jak wtedy, gdy byłam jeszcze dzieckiem i po raz pierwszy szłam do przedszkola.

– Kocham cię, Violet.

– Ja też cię kocham, mamo. Do zobaczenia we wrześniu.

Ścieram łzy z policzków, gdy odwracam się i odchodzę. Besztam się za swoją głupotę, przechodząc przez automatyczne szklane drzwi i poprawiając paski bagażu na ramieniu.

Może gdybym wiedziała, że już jej więcej nie zobaczę, spojrzałabym na nią jeszcze raz w trakcie tych ostatnich chwil. Może lepiej bym ją zapamiętała, dzięki czemu później nie byłoby mi tak trudno przypomnieć sobie grzbiet jej nosa i dźwięk śmiechu, kiedy tak bardzo tego potrzebowałam.

Ale skąd mogłam wiedzieć, co się stanie? Skąd mogłam wiedzieć, że moja wakacyjna praca, która miała być darmową przygodą w raju, rozwali moje życie skuteczniej niż C4** rzucony mi pod nogi? Skąd mogłam wiedzieć, że szukając zmiany, szykuję sobie własną zgubę bardziej zawzięcie niż samobójca skaczący z mostu?

Nie mogłam.

Więc… nie obejrzałam się za siebie. Ani razu.

Myślę, że to prawda, co mówią o analizach po fakcie.

Zawsze jesteśmy cholernie mądrzy po szkodzie.

* SAT (ang. Scholastic Assessment Test) – ustandaryzowany test dla uczniów szkół średnich w Stanach Zjednoczonych, sprawdzający między innymi znajomość słownictwa (przypisy pochodzą od tłumacza).

** C4 (Composition 4) – plastyczny materiał wybuchowy.

2

Sześć godzin i prawie pięć tysięcy kilometrów później wychodzę na lotnisko w Los Angeles, pozbawiona ikry jak piniata na imprezie dla dzieci. Po podróży przez cały kraj mój elegancki przemyślany strój jest nie do poznania, starannie zakręcone mahoniowe fale zamieniły się w beznadziejnie kędzierzawą plątaninę, a szyja boli mnie niemiłosiernie po niesamowicie długim locie. Siedziałam wciśnięta między kłócącą się parę, która nie zamierzała zrzec się dostępu ani do okna, ani do przejścia i zamiast tego wolała się sprzeczać przez całą drogę.

Mam się spotkać z Flintami za godzinę, ale nie mogę się im pokazać w takim stanie. Niemalże słyszę głos mamy w swojej głowie: „Nigdy nie dostaniesz drugiej szansy na zrobienie pierwszego wrażenia, kochanie. To, jak jesteś ubrana, decyduje o tym, jak będziesz traktowana”.

Wzdycham głęboko, chwytając mocniej plecak i kierując się po odbiór bagażu, który zarejestrowałam przed wylotem z Bostonu. Seth, jego żona Samantha i ich córka Sophie są w szpanerskim prywatnym terminalu po drugiej stronie, z którego wylatują wszystkie prywatne czarterowane loty z Los Angeles. Jest przeznaczony dla celebrytów, VIP-ów i… najwyraźniej także dla moich nowych pracodawców. Czuję, jak krew tętni mi nerwowo w żyłach, gdy uzmysławiam sobie, że już za chwilę się z nimi spotkam.

Wymienialiśmy maile i rozmawialiśmy na wideoczacie po tym, jak przyjęłam ich ofertę dwa tygodnie temu. Na dość niewyraźnym ekranie laptopa wydawali się całkiem mili, ale… Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie denerwuję. Tak bardzo chciałam się wydostać ze swojego rodzinnego miasta, że nawet nie wzięłam pod uwagę, że ta rodzina jest zupełnie inna od mojej. Nasze letnie wyjazdy z mamą polegały na rozbijaniu namiotu nad Saco River lub wspinaniu się na Górę Waszyngtona, aby zobaczyć z niej słynne Góry Białe, opasujące nasz stan.

Jesteśmy śpiewanymi przy ognisku piosenkami i pieczonymi cukrowymi piankami…

A oni to kawior i firmowe samoloty…

Przyspieszam, przepychając się między innymi podróżnymi. Nie odrywam oczu od tablicy „Odbiór bagażu” nad moją głową. Panuje tu atmosfera szalonego pośpiechu. Podróżni szukają swoich terminali, biegną na swoje loty, nerwowo przestępują z nogi na nogę w zatłoczonych punktach kontroli bezpieczeństwa. Unosząca się w powietrzu niecierpliwość jest wręcz namacalna. Z każdą kolejną minutą czuję, jak moje serce bije coraz mocniej, a skłębione nerwy przypominają poruszane wiatrem dzwoneczki. Ogromne podekscytowanie łączy się we mnie z silnym niepokojem.

„Oddychaj, Violet. Po prostu oddychaj” – powtarzam sobie w myślach.

Ściskam paski mojego plecaka tak mocno, że płótno wbija mi się w dłonie. Przyglądam się twarzom otaczających mnie ludzi – morze nieznajomych pędzi od jednego terminalu do drugiego. Zmęczonymi oczami sprawdzają listy lotów i przebierają nagimi palcami u stóp w punktach kontroli bezpieczeństwa. Tysiące ludzi zmierzających do mnóstwa różnych miejsc, wylatujących z jednego pasa startowego we wszystkich kierunkach niczym gałęzie drzewa sięgające nieba. Już samo bycie pośród nich jest najbardziej ekscytującą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła.

Kiedykolwiek.

Nie mogę zdecydować, czy jest to powód do radości, czy do użalania się nad sobą.

Chociaż wiem, że naprawdę tu jestem (pięć tysięcy kilometrów od domu i zaledwie w połowie drogi do celu), to jednak mam wrażenie, jakbym śniła na jawie. Przypomina to jakiś wymyślny żart wszechświata. Kiedy pani McNally wpadła na mnie w naszym lokalnym sklepie dwa tygodnie temu i przedstawiła mi „moją życiową szansę” – pracę w charakterze niani dla przyjaciela jej syna z bractwa uczelnianego Dartmouth, Setha – myślałam, że sobie ze mnie żartuje. Ale gdy tylko zdałam sobie sprawę, że mówi poważnie, „tak!” samo wyskoczyło mi z ust, zanim jeszcze zdążyła przedstawić jakiekolwiek szczegóły.

Szczerze mówiąc, szczegóły nie miały znaczenia.

Nie zastanawiałam się, dlaczego ich niania nie była dostępna w wakacje. Nie obchodziło mnie, że w zasadzie niewiele mi zapłacą za całe dwanaście tygodni (za wyjątkiem niewielkich sum na bieżące wydatki), ani to, że pani McNally zdążyła już im opowiedzieć o moim wieloletnim doświadczeniu w opiece nad dziećmi, zdobytym w naszym rodzinnym miasteczku. Nic z tego mnie nie interesowało. Liczył się tylko darmowy wyjazd do raju.

Ale teraz, gdy od spotkania z Flintami dzieliły mnie zaledwie minuty, wszystkie te obawy, które z taką determinacją ignorowałam, dźwięczą w mojej głowie tak głośno, że trudno mi myśleć o czymkolwiek innym.

„Za dwanaście godzin będziesz w bikini na plaży – przypominam sobie. – Skup się na tym”.

Z nowym animuszem odnajduję wreszcie strefę odbioru bagażu z Bostonu. Czekam z kilkudziesięcioma nieznajomymi, którzy wpatrują się w nieruchomy otwór bagażowy. Mam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim moje zmęczone oczy w końcu rejestrują migające rytmicznie pomarańczowe światła. Kilka sekund później podajnik bagażu rusza ze zgrzytem i metalicznym jękiem. Nie jestem już zdolna do filtrowania odbieranych bodźców. Wszystkie dźwięki i zapachy wydają się mnie atakować – zarówno przeszywający zgrzyt metalu o metal, jak i gryząca woń zbyt wielu spoconych, spryskanych różnymi perfumami ciał, stłoczonych w jednym miejscu.

Kiedy z otworu wysuwa się pierwsza walizka, tłum zaczyna nerwowo falować. Ludzie nie mogą się doczekać, aż chwycą za swój bagaż i stąd zwieją. Moje nozdrza drgają, gdy kobieta intensywnie pachnąca Chanel napiera na mnie z prawej strony. Uderzam się ręką w obojczyk, gdy agresywny mężczyzna jazgoczący do telefonu komórkowego rzuca się po swoją czarną torbę. Nie mam pojęcia, jak ją rozpoznaje – wszystkie te prostokątne czarne walizki wyglądają identycznie. Mają tylko naklejki lub etykietki bagażowe, za pomocą których można je odróżnić.

Bagaże znikają jeden po drugim, a ich właściciele razem z nimi. Tłum wreszcie się przerzedza i znów mogę normalnie oddychać. Moja torba musi być jeszcze w samolocie. Gdy wreszcie się pojawia, jestem jedną z niewielu osób zebranych wokół podajnika. Wytarty zielony worek, wykonany z mocnego płótna, z grubymi, usztywnionymi paskami, to relikt z czasów, gdy mój ojciec służył w armii. Przeżył działania wojenne, więc mam nadzieję, że przetrwa te kilka tygodni ze mną na Południowym Pacyfiku.

Mama chciała mi kupić nowy, efekciarski zestaw toreb podróżnych, ale nie pozwoliłam jej na to. Chociaż taty nie ma z nami już od dawna, to jednak niosąc jego worek wojskowy, czuję się, jakby trwał przy mnie, dokądkolwiek zaprowadzi mnie ta podróż.

Nie spuszczając swojego bagażu z oczu, rzucam się po niego z odruchowo wyciągniętymi rękami. Nie mogę się doczekać, żeby już sobie stąd pójść. Tak bardzo mi na tym zależy, że nawet nie zauważam, iż za chwilę zderzę się z czymś, co potem będę mogła nazwać tylko przeznaczeniem.

Moja dłoń zaciska się na prawym pasku. Odwracam się, by stamtąd odejść, ale napotykam na niespodziewany opór. Silne pociągnięcie rzuca mną do tyłu jak marionetką na sznurku. Przez sekundę myślę, że pasek musiał utknąć w podajniku, lecz odwróciwszy się, widzę, że wcale się nie zaklinował w metalowym kole zębatym.

Jest uwięziony w dłoni.

Wielkiej, stwardniałej męskiej dłoni.

„Co jest, do cholery?”

Odruchowo pociągam za prawy pasek, który wciąż trzymam w zaciśniętej dłoni, ale nieznajomy próbujący ukraść mój bagaż szarpie w tym samym momencie. Worek podskakuje w powietrzu, gdy ciągniemy za niego w przeciwne strony. Wisi między nami jak w najdziwniejszej wersji gry w przeciąganie liny, w jakiej kiedykolwiek brałam udział. Mężczyzna nie odpuszcza, bez względu na to, jak mocno ciągnę.

– Hej! – krzyczę, gotowa zaatakować go serią nieuprzejmych oskarżeń. – Co do cholery…

Słowa zamierają mi na języku w połowie zdania, ponieważ mężczyzna trzymający moją torbę, właściciel tej ogromnej, stwardniałej dłoni owiniętej tak mocno wokół drugiego paska, jest po prostu…

Zachwycający.

Patrząc na niego, czuję się, jakbym nagle dostała w twarz. Nie można powiedzieć, że jest przystojny – w jego przypadku nie jest to odpowiednie określenie. Ma zbyt szorstkie rysy, szeroką i silną szczękę pokrytą zarostem oraz cienką bliznę przecinającą jedną z ciemnych ukośnych brwi. Do tego arystokratyczny nos i pełne usta, które – muszę zauważyć – są ściągnięte grymasem zniecierpliwienia, gdy napotyka mój wzrok.

Biorę bardzo potrzebny w tym momencie oddech.

Nieznajomy patrzy na mnie z góry niczym ściana mięśni w wyblakłych dżinsach i czarnej koszulce z dekoltem w szpic. Wygląda na mężczyznę tuż przed trzydziestką albo tuż po. Wydaje się przywykły do rzeczy, które nie mieszczą mi się w głowie: wyszukanych posiłków, szybkich samochodów i wspaniałych, czarujących kobiet z ogromnym doświadczeniem, nie tylko seksualnym. Pod jego spojrzeniem czuję się jak mała dziewczynka. Niechlujna, naiwna i strasznie młodziutka.

Rytmiczne drgania jego szczęki wskazują na to, że kończy mu się cierpliwość. Zbieram wszystkie siły, żeby nie puścić torby i po prostu mu jej nie oddać pod wpływem jego głębokiego, przeszywającego spojrzenia.

Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie wpatrywał się tak we mnie żaden dojrzały mężczyzna, za wyjątkiem ojca Clinta, gdy po wypiciu zbyt wielu drinków z wina, soku i wody sodowej na zakończenie szkoły doprowadziłam do tego, że jego kosiarka z siedziskiem utonęła w stawie, wzbudzając tym samym jego słuszny gniew. Nazwijcie mnie szaloną, ale nie rozumiem, dlaczego większość dziewcząt uwielbia zimnych drani. Nie jestem uległa. Nie mam problemów z autorytetem, kompleksu tatusia ani jakiegokolwiek innego, które zwykle skłaniają płeć piękną do omdlewania na widok tych gburowatych, bijących rekordy popularności bohaterów filmów akcji lub nerwowych i patologicznych niegrzecznych chłopców.

A może… nie miałam.

Aż do teraz.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam myśleć o tym, że ten wpatrujący się we mnie nieznajomy jest najbardziej pociągającym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam…

„Cholera”.

Powtarzam: „cholera”.

Odganiam te myśli, przełykając mocno ślinę. Ślinienie się na jego widok nie pomoże mi w odzyskaniu mojej torby.

– Przepraszam – mamroczę chropawym głosem po przerwie, która trwała o wiele za długo. – Obawiam się, że zaszła pomyłka.

– Zapewne – ucina, marszcząc czoło z niesmakiem. Mała jasna blizna przecinająca jego lewą brew wyróżnia się na tle opalonej skóry. Jego głos jest szorstki jak papier ścierny. Mierzy mnie od stóp do głów ciemnozielonymi oczami w trakcie jednego silnego uderzenia serca. Chociaż odpowiedział mi lakonicznie, wyczuwam, że byłby w stanie opisać dokładnie każdą część mojej garderoby, włącznie z niefortunną plamą od kawy tuż nad moją piersią – pamiątką po turbulencji podczas lotu. Jestem pewna, że to, co widzi, nie przedstawia się atrakcyjnie. Jego oczy znów się spotykają z moimi.

– Co ty robisz? – pyta.

– Słucham? – Aż się prostuję w reakcji na gniew w jego głosie.

Jego oczy błyskają zniecierpliwieniem.

– Proszę, żebyś puściła moją torbę.

– Twoją torbę?

Potakuje gwałtownie z coraz większym rozdrażnieniem.

– Posłuchaj, trochę się spieszę, więc jeśli nie zamierzasz zaraz wyciągnąć broszurki i zaoferować mi ciasteczek Girl Scout*…

– Nazwałeś mnie skautką? – wybucham, czując, jak narasta we mnie złość.

Nie spuszcza ze mnie wzroku.

– Do twarzy byłoby ci z szarfą.

„Co za skończony dupek!”

– Chyba się starzejesz, dziadku, bo ta torba należy do mnie – warczę, ciągnąc za pasek. – To nie jest śmieszne.

– Zgadzam się, to wcale nie jest zabawne. – Jego szczęka drży. – Puść.

– Nie wiem, co to za gra, ale idź do diabła.

Znowu szarpię, żeby podkreślić swoje słowa.

Ale drań robi to samo.

Oburza mnie jego bezczelność.

A jego najwyraźniej zdumiewa moje samozaparcie.

Torba kołysze się komicznie między nami.

– Co jest z tobą nie tak? – wybucham.

– Ze mną?

– Tak! – Zgrzytam zębami.– Najwyraźniej masz jakiś problem, bo normalni ludzie nie obrażają nieznajomych na lotnisku bez żadnego powodu!

– Powiedziałbym raczej, że mam całkiem dobry powód.

– Powiedziałabym, że jesteś dupkiem!

Wykrzywia usta.

– Nie jesteś trochę za młoda na tego typu słownictwo? Uważaj, bo mamusia zmyje ci głowę.

– Ty niewiarygodnie arogancki dupku – powtarzam, kładąc nacisk na słowo „dupek”.

Unosi brwi z sardonicznym uśmiechem. To spojrzenie mówi więcej niż tysiąc drwiących słów.

„Mała dziewczynka, mała dziewczynka, mała dziewczynka, mała dziewczynka”.

– Zostaw mnie w spokoju! – mówię ze złością.

– Zostawić cię w spokoju? – parska. – To nie ty jesteś rabowana!

Ręka zaczyna mi już drżeć od trzymania torby w górze między nami, ale ignoruję ból. Nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje – toczę bitwę o swoje rzeczy. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrał mnie jako cel swojej kradzieży. Wiem tylko, że… nie wygra. To była torba mojego taty. Jedna z niewielu rzeczy, jakie mi po nim zostały. Za cholerę nie pozwolę, żeby jakiś dupek mi ją zabrał.

Nasz dziwny impas przyciągnął tłum. Kątem oka zauważam kobietę w średnim wieku, która przygląda się nam zaniepokojona, wyraźnie zastanawiając się nad interwencją. Skupiam się na wkurzonym nieznajomym, mając nadzieję, że z odległości jakiegoś metra nie widzi, jak pulsuje mi żyła na szyi. Zbieram wszystkie swoje siły, żeby się nie skulić, gdy wkracza w moją osobistą przestrzeń.

„Cholera”.

Przez chwilę myślę, że zaraz wydrze mi torbę siłą. Spójrzmy prawdzie w oczy – z łatwością mógłby to uczynić, sądząc po jego imponujących bicepsach wystających z rękawów. Serce bije mi jak szalone, gdy podnosi swoją drugą rękę. Wpatruje się we mnie, a zieleń jego oczu zderza się z zielenią moich, kradnąc cały tlen z moich płuc. Czuję się jak sparaliżowana, kiedy zbliża ku mnie dłoń. Drżący głos instynktu samozachowawczego w mojej głowie krzyczy: „Uciekaj, idiotko, to tylko torba!”.

Z trudem go ignoruję. Nieznajomy wyraźnie chce mnie ośmieszyć, gdy jego silne palce chwytają za przewieszkę przymocowaną do zamka błyskawicznego i odwracają ją jednym zręcznym ruchem. Jego wargi wykrzywiają się w grymasie samozadowolenia, który sprawia, że natychmiast ulatuje ze mnie cała odwaga. Niechętnie spoglądam w dół na przewieszkę i czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Widzę tam zapisane zgrabnym męskim pismem nazwisko. Ale nie moje.

„B. UNDERWOOD”.

Przez jedną szaloną chwilę pozwalam sobie zastanowić się, jak ma na imię.

Blaine?

Blake?

Ben?

Żadne nie wydaje mi się właściwe. Mimo jego surowej postawy i wyraźnej pogardy dla mnie chciałabym móc zdobyć się na odwagę, żeby o to zapytać.

– Ja… – Przełykam ślinę. – To jest…

– Moja torba – kończy, a jego gburowaty ton sugeruje, że jestem nieco opóźniona w rozwoju. – Co próbowałem ci zakomunikować.

– Ja… jestem… – Nagle tak mi zaschło w ustach, że nie mogę już powiedzieć ani słowa.

Jego wargi wydają się drżeć z rozbawieniem.

– Bardzo cię proszę, żebyś teraz puściła moją torbę – przemawia już nieco łagodniej, przyglądając się moim płonącym policzkom i dostrzegając moje ogromne zakłopotanie.

Puszczam pasek jak oparzona. Nagle czuję ogromne upokorzenie. Zrobiłam z siebie totalną idiotkę przed najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Nie mogę spojrzeć mu w oczy, więc mamroczę coś w rodzaju „przepraszammójbłąd”, po czym obracam się na pięcie i daję drapaka jak bezwstydny tchórz.

Po kilku krokach dociera do mnie, że moja torba nadal znajduje się w punkcie odbioru bagażu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moją wielką ucieczkę. Usiłując zachować resztki godności, zawracam i z płonącymi policzkami zmierzam z powrotem do metalowego podajnika bagażowego. Rzeczywiście kolejny zielony worek wojskowy telepie się powoli po torze.

Ganię się w myślach za to, że pomyliłam go z bagażem B. Underwooda, bo wyraźnie się od niego różni. Przez wiele lat słońce odbarwiło płótno, a prawdziwa wojskowa zieleń nabrała nieco jaśniejszego, oliwkowego odcienia. W dodatku jest na nim mała czarna naszywka „ŻYJ WOLNY LUB UMIERAJ”, którą mama przyszyła po prawej stronie lata temu, żeby załatać dziurę.

„Świetnie, Violet” – myślę.

Mogłabym się spalić ze wstydu, pędząc w stronę worka, ale nie chcę dać panu B. jak bezczelny Underwoodowi tej satysfakcji. Nie mam odwagi zaryzykować spojrzenia w jego kierunku, ale zarzucając torbę na ramię, jestem prawie pewna, że słyszę jego szorstki, charakterystyczny śmiech.

„Dupek”.

Uciekam stamtąd ze łzami wściekłości w oczach. Skręcam za róg i wpadam do pierwszej napotkanej toalety. Drzwi kabiny zatrzaskują się za mną, a ja opieram się o nie, dysząc ciężko. Jestem wkurzona na siebie za to, że pozwoliłam nieznajomemu człowiekowi tak bardzo zaleźć sobie za skórę i uderzyć w swoje słabe punkty do tego stopnia, że aż doprowadził mnie na skraj załamania nerwowego.

To była tylko pomyłka!

Nie musiał być aż tak wredny.

Usiłuję wyrzucić z głowy myśli na temat B. Underwooda, jego rozpraszających, pełnych ust, kwadratowej szczęki oraz ciemnych oczu i zmuszam się do wykonania kilku głębokich wdechów przez nos, dopóki serce znów nie zaczyna mi bić w normalnym tempie. Nie mam czasu na wstyd. Muszę złapać samolot i wywrzeć dobre wrażenie na swoich pracodawcach.

Przetrząsam szybko swoje rzeczy i w czeluściach torby odnajduję ładną niebieską sukienkę na ramiączkach. Wkładam ją, a poplamioną kawą bluzkę i obcisłe czarne dżinsy wpycham na dno plecaka, obok trzech tubek kremu do opalania SPF50, które wcisnęła mi mama. Wpatrując się w okolone fluorescencyjnym światłem lustro, przeczesuję loki, żeby nadać im puszystość, maluję usta przezroczystym błyszczykiem i prostuję ramiona.

Wyglądam na opanowaną. Już nie przypominam wytrąconej z równowagi dziewczyny ze strefy odbioru bagażu, chociaż na moich policzkach nadal widnieje lekki rumieniec. Podnoszę swój bagaż i kieruję się ku drzwiom, a zwiewna sukienka z każdym krokiem dodaje mi otuchy.

„To i tak nie ma znaczenia – powtarzam sobie w myślach, wychodząc z łazienki z dumnie uniesioną głową. – Przecież już nigdy więcej nie zobaczę tego palanta B. Underwooda”.

Patrząc wstecz na tamtą chwilę, niemalże słyszę śmiech losu.

Wredna małpa.

* Girl Scout – żeńska organizacja skautowa w Stanach Zjednoczonych.

3

Przy krawężniku czeka na mnie szofer w eleganckim czarnym garniturze. Trzyma tabliczkę z moim nazwiskiem i odzywa się do mnie tylko po to, żeby potwierdzić, że rzeczywiście jestem tą ANDERSON, którą ma odebrać, po czym otwiera tylne drzwi eleganckiego srebrnego samochodu z dużym, wyraźnym napisem „KWATERY PRYWATNE” na boku. Gramolę się tak niezdarnie do środka, że jakimś cudem udaje mi się uderzyć zarówno w czoło, jak i w tkliwe miejsce w łokciu. Nigdy nie jechałam tak szykownym autem, włączając w to wynajętą na bal limuzynę. Ma fotele z kremowej skóry, regulację powietrza i gratisową francuską wodę mineralną w każdym uchwycie na kubek. Czuję się wyraźnie nie na miejscu, gdy odjeżdżamy z głównego lotniska, kierując się do prywatnego terminalu.

Samoloty czarterowe opuszczają lotnisko Los Angeles ze specjalnego pasa startowego po drugiej stronie drogi, co ma na celu uchronienie celebrytów i innych VIP-ów przed mieszaniem się ze zwykłymi ludźmi.

Zgroza!

Ignoruję mocne uderzenia serca. To bardzo krótka przejażdżka – zaledwie pięć minut po asfaltowej drodze. Mam miejsce w pierwszym rzędzie, skąd mogę oglądać wspaniałe pokazy lotnicze. Samoloty kołują po pasach startowych, a te, które już poderwały się do lotu, zarysowują się na tle płonącego czerwienią zachodzącego słońca. Jedziemy przez labirynt hangarów i bram, a samoloty kurczą się od olbrzymich boeingów 747 do eleganckich prywatnych odrzutowców.

Po dotarciu na miejsce od razu zauważam, że prywatny terminal w niczym nie przypomina odznaczającego się szaleńczą atmosferą głównego lotniska. Jest cały ze szkła i drewna, wyposażony w wygodne meble i wypolerowane marmurowe chodniki. Ledwo stanęłam na krawężniku, a już mój marynarski worek został zabrany przez kompetentnego bagażowego. Tak więc niosę ze sobą tylko mały podręczny plecak. Kobieta w nienagannie wyprasowanej czarnej marynarce prowadzi mnie przez niemal niezauważalną bramkę kontrolną, a następnie korytarzem do prywatnego pomieszczenia.

Najwyraźniej ich slogan ze strony internetowej – „Tylko siedemdziesiąt kroków z samochodu do samolotu!” – nie jest jedynie chwytem marketingowym. Drzwi otwierają się do wewnątrz i tuż za ścianą ze szkła widzę małą flotę błyszczących odrzutowców. Rozglądam się szybko po obszernej poczekalni, zauważając zestaw nieskazitelnie białych sof i dobrze zaopatrzony bufet, przystosowany do zaspokojenia potrzeb bogatych i sławnych, zanim udadzą się na pokład odrzutowców zmierzających do egzotycznych miejsc.

W pomieszczeniu znajduje się około dziesięciu osób – większość z nich tuż po czterdziestce. Wszyscy siedzą przy dużym stole, wpatrzeni w ekrany swoich telefonów i tabletów. Rzucają mi tylko szybkie spojrzenie, gdy wchodzę do środka, po czym natychmiast wracają do swoich rozmów telefonicznych i prywatnych dyskusji.

Smukła kobieta o lśniących blond włosach podnosi się płynnym, zgrabnym ruchem z kanapy. Ma na sobie lniane białe spodnie z szerokimi nogawkami, jakie można zobaczyć tylko na błyszczących stronach magazynów mody, ale nigdy w prawdziwym życiu, gdyż nikt nie jest na tyle elegancki, żeby je nosić. Wygląda na to, że pani Flint stanowi wyjątek.

– To pewnie ty jesteś Violet – szepcze życzliwym, ale dość chłodnym tonem, mocno ściskając moją dłoń, która przypomina pumeks w porównaniu z jej dłonią. Podziwiam jej niestarzejącą się skórę. Kobieta wygląda na niewiele starszą ode mnie, chociaż wiem, że zbliża się do czterdziestki. – Witamy. Cieszymy się, że przyjechałaś.

– Wspaniale panią poznać, pani Flint.

– Proszę, mów do mnie Samantha.

– W takim razie: Samantho. – Moje oczy przesuwają się w dół, do małej blondyneczki stojącej za szerokimi nogawkami matki. – A to musi być panienka Sophie.

Udaje mi się zarejestrować błysk platynowych warkoczy i stłumiony chichot, zanim dziewczynka chowa się przede mną za mamą.

– Jest trochę nieśmiała – wyjaśnia Samantha przepraszającym tonem. – Mamy nadzieję, że ta podróż pomoże jej to przełamać.

– Też byłam nieśmiała w jej wieku. – Uśmiecham się, zauważywszy, że dziewczynka zerka na mnie zza biodra mamy.

– Rozkręci się, gdy cię lepiej pozna – zapewnia mnie pani Flint. – Prawda, kochanie?

Sophie kiwa łagodnie głową i chwyta ją za dłoń. Czuję ukłucie w sercu, myśląc o swojej mamie. Przez to całe zamieszanie z bagażem nie miałam nawet okazji wysłać jej SMS-a. Będzie się martwić.

– Chodź, usiądź ze mną i porozmawiajmy – mówi Samantha, prowadząc Sophie w kierunku sof i zachęcając mnie gestem, żebym szła za nią. – Czekamy jeszcze na kogoś.

Podążam za nią pospiesznie, nogami przesuwając plecak po podłodze. Moje niezgrabne opadnięcie na poduszkę drastycznie różni się od eleganckich ruchów Samanthy. Ona nie chodzi, lecz sunie, nie wzniecając nawet ruchów powietrza. Zastanawiam się, czy można się nauczyć takiego wdzięku, czy też jest to coś, z czym przyszła na świat.

– Jak twój lot z Bostonu? – pyta, uśmiechając się ciepło.

– Och, wszystko było w porządku – odpowiadam. „Za wyjątkiem kłócącej się pary i plamy z kawy”, dodaję w myślach. – Ale mam wrażenie, że ten lot będzie zupełnie inny.

Spoglądam na stojący na zewnątrz prywatny odrzutowiec. Samantha podąża za moim wzrokiem.

– Leciałaś kiedyś prywatnym samolotem?

– Właściwie to siedem godzin temu po raz pierwszy w życiu wsiadłam do samolotu.

– No to czeka cię nie lada gratka. – Uśmiecha się szeroko. – Po prywatnym locie latanie pierwszą klasą wyda ci się żenująco śmieszne.

Myślę, że najlepiej nie wspominać o tym, że pierwszą część podróży spędziłam wciśnięta w środkowe siedzenie klasy ekonomicznej.

– Miałaś jakieś problemy z bagażem? – pyta.

– Zabrali mi go przy krawężniku – odpowiadam. – Jakiś niegrzeczny facet próbował mi go zwędzić w strefie odbioru bagażu – dodaję po chwili.

– Naprawdę? – Brwi Samanthy unoszą się w dwóch doskonałych blond łukach. Marszczy nos, jakby nie mogła wyobrazić sobie świata, w którym można mieć problemy z własnym bagażem, nie mówiąc już o tym, że ktoś mógłby go zwinąć z podajnika bagażowego.

„No dobrze, w zasadzie to ja chciałam buchnąć jego bagaż. Nieważne”.

– Był bardzo niegrzeczny. – Znów się czerwienię na wspomnienie jego głębokich zielonych oczu. – Myślałam, że wyrwie mi torbę z rąk.

– Ojej – mruczy, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Zgłosiłaś to ochronie lotniska?

– Nie, nie warto było robić zamieszania. Najważniejsze, że mam swój bagaż. – Wzruszam ramionami. – A on… nie był agresywny, był po prostu…

„Kompletnym dupkiem” – myślę.

– Trochę w gorącej wodzie kąpany – mówię na głos. – Na szczęście już nigdy więcej go nie zobaczę.

– Mimo to przykro mi słyszeć, że twoja podróż zaczęła się od takiego incydentu! Obiecuję, że od tej pory wszystko będzie już szło gładko. Południowy Pacyfik na pewno bardzo ci się spodoba.

– Naprawdę nie mogę się doczekać.

Po kolejnej wymianie uprzejmości Samantha przeprasza mnie i udaje się do męża, który nadal prowadzi spotkanie biznesowe ze współpracownikami z Flint Group. Spoglądam na Sophie. Siedzi naprzeciwko, przyglądając mi się uważnie zwężonymi jasnoniebieskimi oczami. Przechyla na bok swoją słodką jak cukierek buzię i dokonuje oceny.

Wytrzymuję jej spojrzenie i czekam na wyrok.

Zawsze uważałam, że oprócz psów i koni dzieci najlepiej potrafią ocenić charakter człowieka. Przypominają malutkie detektory bredni i potrafią przejrzeć cię na wylot w mgnieniu oka. Ogólnie mówiąc, jeśli nie lubisz dzieci… to pewnie dlatego, że one nie lubią ciebie.

– Co masz w plecaku? – pyta, przerywając milczenie, gdy zwycięża w niej ciekawość. Powstrzymuję uśmiech i kładę plecak na stoliku.

– Chcesz zobaczyć?

Kiwa głową.

Siadam obok niej na poduszce. Otwieram plecak i wyciągam z niego kolorowankę wraz z wielkim pudełkiem kredek.

– Chcesz ze mną pokolorować?

Oczy jej się zapalają. Nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, ale głęboki wdech wskazuje na podekscytowanie, które interpretuję jako „tak”. Po krótkim zastanowieniu wybiera obrazek z ogrodem ze środka książki. Koloruję kwiaty z boku, podczas gdy ona skrupulatnie nakłada różne odcienie brązu na znajdującą się na pierwszym planie wiewiórkę.

Przyglądam jej się kątem oka, mocno zaskoczona. Nigdy nie widziałam takiej koncentracji u pięciolatka. Jest taka poważna. Niemalże… posępna. To przedziwna cecha u dziecka. Wydaje się bardziej opanowana niż większość dorosłych, których znam.

Patrzę na jej idealne warkocze, w których każdy włosek znajduje się na swoim miejscu. Jej bladoróżowa sukienka wygląda na świeżo wyprasowaną, rajstopki są nieskazitelnie czyste, a na bucikach nie widać ani jednej smugi. Na ubraniu nie ma żadnej plamy ani śladu po czymkolwiek. Na litość boską, ten biały sweterek jest zapinany na perłowe guziczki. Nie wątpię, że są prawdziwe. Sophie przypomina bardziej porcelanową laleczkę niż małą dziewczynkę.

Mimowolnie zaczynam się zastanawiać nad jej życiem.

„Czy oni w ogóle pozwalają jej się bawić? Pobiegać po brudnej ziemi? Pochlapać się w kałuży? Poturlać po trawie? Zadrapać sobie kolanka? Wskoczyć w stos zagrabionych liści?”

Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby pani Flint, z jej doskonałym manicure’em i ekskluzywną garderobą, pozwalała dziecku na takie zachowanie.

Samantha wraca po chwili, gdy prawie kończymy kolorowanie obrazka.

– Zobacz, mamo. – Sophie podnosi książeczkę tak, aby matka mogła zobaczyć obrazek. – Ładne, prawda?

– Mmm. – Oczy Samanthy wpatrują się w telefon komórkowy. Unoszą się na ułamek sekundy, żeby szybko zeskanować dzieło sztuki dziewczynki, i wracają do ekranu. – Cudowna robota, kochanie.

Tłumię niedowierzanie, podczas gdy Sophie powoli opuszcza książeczkę. Nasze spojrzenia spotykają się nad stolikiem. Uśmiecham się do niej, podając jej fioletową kredkę.

– Hej, Soph, możesz mi pokazać, jak to zrobiłaś, że twoje kwiatki są takie ładne? Moje nie wyglądają tak pięknie.

– To dlatego, że nie używasz dwóch kolorów. – Mruga z powagą.

– Dwa kolory? Różowy i fioletowy? – wykrzykuję. – Nie pomyślałam o tym!

Wzdycha głęboko, jakbym była totalną idiotką.

– Dobra, pokażę ci. Patrz uważnie.

Salutuję jej i zostaję za to nagrodzona pierwszym uśmiechem.

„Może jednak pod tymi wszystkimi manierami jest tam w środku mała dziewczynka”.

Kolorujemy jeszcze przez chwilę w ciszy, aż odgłos niezadowolenia wydobywający się z ust Samanthy skłania mnie do podniesienia wzroku znad obrazka.

– Dlaczego to tak długo trwa? – narzeka, zakładając nogę na nogę. Spogląda na mnie. – Powinniśmy już za chwilę wyruszać, a jeszcze nawet nie weszliśmy na pokład.

– Czekamy jeszcze na kogoś?

Kiwa głową.

– Na fotografa, którego wynajął Seth. Robi genialne zdjęcia, ale znasz te artystyczne typy. Żadnej samodyscypliny.

Przytakuję, jakbym rzeczywiście wiedziała coś o „artystycznych typach” i ich zwyczajach. Jedynym fotografem, jakiego poznałam, był mężczyzna, który wykonał mi portret do albumu szkolnego zeszłego lata, a i tak jestem przekonana, że nie była to jego stała praca, gdyż kilka tygodni po sesji zdjęciowej widziałam go w roli baristy w jednej z ekskluzywnych kawiarni jakieś trzydzieści kilometrów od mojego rodzinnego miasta.

– Moim zdaniem więcej z nimi kłopotu niż pożytku – mamrocze Samantha. – Nie wiem, dlaczego nie możemy sami robić sobie zdjęć. Wiesz, przyciągnęłam dość sporą grupę obserwujących w mediach społecznościowych za pomocą samego iPhone’a. Przecież do zrobienia kilku zdjęć nie potrzeba teleobiektywu i jakiegoś przereklamowanego, kosmicznie drogiego fotoamatora z „National Geographic”. Rozumiem, że dostał Pulitzera lub dwa, ale co w tym takiego niesamowitego?

Wymowne chrząknięcie przerywa jej potok słów. Ledwo zdążamy odwrócić głowy w kierunku drzwi, gdy powietrze wypełnia cierpki męski głos:

– Właściwie to trzy.

Zastygam w bezruchu na dźwięk tego sarkastycznego tonu.

„O nie, nie, nie”.

„To nie może być…”

– Trzy Pulitzery. – Z jego gardła wydobywa się niski chichot. – Jeśli jednak uważa pani, że iPhone będzie bardziej zadowalający niż mój nikon, oszczędzę sobie jedenastu godzin lotu z panią.

„Cieszę się, że nie jestem jedyną osobą, dla której jest niegrzeczny. Nawet jeśli sobie na to zasłużyła” – myślę.

Samantha wygląda na podenerwowaną, gdy odwraca się do człowieka, z którego przed chwilą szydziła. Jest blada. Wstaje, żeby się z nim przywitać. Wiem, że powinnam pójść za jej przykładem, ale nie potrafię. Tu, na podłodze, na wpół schowana za stolikiem, czuję się dużo bezpieczniejsza. Może jeśli zostanę w tym miejscu, będę mogła udawać, że mężczyzna, do którego należy ten głos – ten niesamowicie twardy i znajomy głos – nie jest osobą, na którą najbardziej boję się spojrzeć.

– Pan Underwood – mówi Samantha przeciągle, rozwiewając całkowicie moje nadzieje. – Dziękuję, że w końcu pan do nas dołączył. Przepraszam, jeśli źle pan zinterpretował moje wcześniejsze słowa. To był tylko kiepski żart. Na pewno nie chciałam pana obrazić…

Mężczyzna parska.

– W każdym razie… – Samantha głośno przełyka ślinę. – Czy możemy już ruszać?

Nie czekając na odpowiedź, odwraca się i ucieka na drugą stronę pomieszczenia, do swojego męża. Ja niestety nie mam takiej możliwości. Nie spuszczam wzroku z kolorowanki, ale i tak moja uwaga jest skupiona tylko na nim.

Wydaje z siebie jeszcze jedno rozbawione parsknięcie, które szybko zmienia się w odgłos niedowierzania.

– Znowu ty? Jest coraz ciekawiej…

„Zauważył mnie”.

Temu niepokojącemu odkryciu towarzyszy dźwięk ciężkich męskich kroków. Zbliża się… bliżej… i jeszcze bliżej, aż w końcu staje przy stoliku, zaledwie kilka centymetrów od miejsca, w którym siedzę na podłodze jak małe dziecko. Może zniknie, gdy zamknę mocno oczy i udam, że go tam nie ma?

„Nie patrz w górę, nie patrz w górę, nie patrz w górę” – powtarzam w myślach.

Po chwili stawia swoją torbę dokładnie na linii mojego wzroku, przy moim plecaku. Moje oczy zatrzymują się na zielonym płótnie, a palce są tak niezdarne, że ledwo daję radę utrzymać kredkę. Sophie koloruje, nieświadoma rozgrywającego się wokół niej dramatu między dwojgiem dorosłych.

Cisza się przedłuża, a powietrze między nami gęstnieje. Ledwo daję radę oddychać, nie mówiąc już o wykonywaniu jakichkolwiek ruchów. Czuję na sobie jego wzrok i wiem, że czeka, aż spojrzę w górę. Serce wali mi jak oszalałe.

– Popilnuj mi torby, dobrze? – zwraca się zduszonym głosem do czubka mojej głowy. – Ostatnim razem, gdy zostawiłem bagaż bez nadzoru, jakaś dziewczyna próbowała mi go ukraść.

Odwraca się na pięcie i odchodzi bez słowa.

Pomarańczowa kredka łamie mi się na pół w dłoni.

Nagle moja doskonała podróż do raju zaczyna przypominać piekło na ziemi…

4

– Podać coś? Jakąś przekąskę? Coś do picia?

– Nie, dziękuję – odpowiadam, unosząc puszkę z napojem. – Jeszcze nie skończyłam.

„I zdążyłam już schować dwie kolejne w plecaku na później” – dodaję w myślach.

Przystojny steward kiwa głową i idzie dalej, sprawdzając, czy ktoś czasem nie potrzebuje jeszcze kolejnego drinka. Odwracam wzrok z powrotem do najbliższego okna.

Przyznam, że byłam zła, że nie dostałam miejsca przy oknie podczas pierwszego lotu. Jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie – niewiele można zobaczyć z wysokości dziesięciu kilometrów. Za wyjątkiem mnóstwa kłębiastych chmur i niekończącego się, ciemniejącego horyzontu. Pacyfik jest gdzieś daleko pod nami, coraz mniej widoczny z każdą kolejną godziną, gdy ścigamy po niebie zachodzące słońce.

Z uwagą śledzę narastającą ciemność. Nie śmiem nawet spojrzeć gdzie indziej, zdając sobie sprawę, że pewna niepożądana osoba, której nazwiska nie wypowiem, siedzi w fotelu naprzeciwko, czekając na kolejną okazję, żeby mnie upokorzyć.

Wzdycham i masuję obolałą szyję. Mam nadzieję, że nie będę cierpieć na usztywnienie karku od trzymania głowy przez ostatnie pięć godzin w taki sposób, żeby na niego nie patrzeć. Wsiadając do małego odrzutowca, liczyłam na to, że jakoś go uniknę. Myślałam, że razem z Sophie będziemy siedziały gdzieś z tyłu, z dala od reszty pasażerów.

Niestety nie miałam takiego szczęścia.

Odrzutowiec jest znacznie mniejszy, niż się spodziewałam. Po moim inauguracyjnym locie boeingiem 747 przypomina bardziej lewitującą puszkę niż prawdziwy samolot. Nie ma więcej niż dwanaście metrów długości, a większość tej przestrzeni zajmują: kokpit z przodu, kuchnia pokładowa i dwie toalety. Niewielkie pomieszczenie dla naszej dziesiątki zostało zaprojektowane z myślą o towarzyskich pasażerach, dlatego zamiast standardowych rzędów foteli znajduje się tu otwarta przestrzeń z kanapami i wygodne fotele wzdłuż ścian, ułożone blisko siebie, aby sprzyjać maksymalnemu kontaktowi między ludźmi i networkingowi.

Gdy tylko weszliśmy na pokład, Seth i jego kierownicy z Flint Group zajęli główną część kabiny z przodu. Wszyscy wyglądają tak podobnie, że nie sposób ich odróżnić – pięć klonów w wieku około czterdziestu lat, ze standardowymi fryzurami i niemożliwymi do zapamiętania nazwiskami.

Reszta towarzystwa została zaprowadzona do sekcji przy ogonie – przytulnego kącika z czterema rozkładanymi fotelami usytuowanymi wokół wspólnego stolika. Ku mojemu przerażeniu, gdy tylko przypięłam Sophie do siedzenia obok, Samanta usadowiła się naprzeciwko córki…

Pozostawiając tylko jedno wolne miejsce.

Dokładnie naprzeciwko mnie.

„Jedno miejsce, na którym usiadł wiadomo kto”.

Być może ten układ nie byłby taki zły, gdyby Samantha jakieś dziesięć minut po starcie nie połknęła tabletki nasennej, popijając ją kieliszkiem chardonnay. Od tamtej pory ślini się na swojej poduszce pod kark, ze szczelnie przylegającą opaską na oczach. Sophie też śpi zwinięta w kulkę i otulona puszystym białym kocykiem. Środek na nudności, który połknęła, powalił ją zaraz, gdy weszła na pokład.

Jaka matka, taka córka.

Nawet monotonne głosy Flint Group, dyskutującej o interesach, w końcu cichną, a ich właściciele oddają się odpoczynkowi. Po kilku godzinach lotu widzę, jak Seth drzemie odurzony benzodiazepiną, ale nawet teraz jego twarz jest pełna napięcia. Jego pracownicy wyglądają podobnie. Pewnie śnią o marżach i fuzjach biznesowych.

Wiem, że powinnam odpocząć, ale moje próby zaśnięcia na nic się nie zdają – nie potrafię zmusić oczu do zamknięcia, nawet gdy za oknem zapada mrok, a obsługa samolotu przygasza światła. Żałuję, że nie skorzystałam z propozycji Samanthy i nie wzięłam tabletki nasennej, którą zaoferowała mi w tak nonszalancki sposób, jakby to była zwykła miętówka.

Co jakiś czas słyszę, jak siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna wierci się na siedzeniu lub lekko wzdycha. Słabe światło z ekranu jego laptopa to jedyne oświetlenie w całym odrzutowcu. Z obawy, że nawiąże ze mną kolejną nieprzyjemną rozmowę, nie odwróciłam ku niemu głowy od pięciu cholernych godzin, ale ignorowanie jego obecności nie wyeliminowało dziwnych prądów przepływających przez kabinę. Jest coś osobliwego w tym, że tylko my nie śpimy, uwięzieni razem w wymuszonej ciszy. Wciąż można wyczuć między nami niechęć wynikającą z naszej wcześniejszej interakcji, ale towarzyszy jej jeszcze coś innego, czego nie potrafię zdefiniować. Namacalne napięcie.

Ciemność wyostrza mi pozostałe zmysły, aż w końcu każdy dźwięk, który wydaje – czy to ciche westchnienia, czy też ocieranie się jego czarnych dżinsów o skórzany fotel – uderza w moje bębenki niczym pałka w gong.

Zafascynował mnie, chociaż nawet o to nie zabiega.

„Czyż to nie jest wkurzające?”

Wiercę się na rozkładanym fotelu, po czym wyginam plecy i wyciągam ręce nad głowę. Uwolnienie napięcia z zesztywniałego kręgosłupa sprawia, że jęczę cicho z przyjemności. Odgłos ten jest ledwo słyszalny, a jednak zauważam krótką przerwę w stukaniu w klawisze laptopa Underwooda, jakbym rozproszyła jego uwagę. Gdy znów składam dłonie na kolanach, jego tempo pisania wraca do normy, a ja wmawiam sobie, że tamta przerwa była jedynie wytworem mojej wyobraźni.

„To, że rejestrujesz każdy jego ruch, nie oznacza, że on rejestruje twoje, Violet – mówię do siebie w myślach. – Twój pozbawiony snu mózg coś sobie wyobraża. Weź się w garść”.

Z wysiłkiem wyganiam nieznajomego ze swojej głowy i zmuszam się do zamknięcia oczu. Pluszowe fotele odrzutowca są nieskończenie wygodniejsze niż wąskie środkowe siedzenie, na którym tkwiłam wciśnięta w trakcie lotu z Bostonu do Los Angeles. W końcu powieki opadają mi ciężko. Chwilę potem nagły wstrząs kołysze kabiną.

Natychmiast się budzę.

W części kuchennej z trzaskiem upada taca. Otwieram szeroko oczy i jednocześnie wbijam palce w podłokietniki jak szpony – automatyczny odruch mający zwalczyć uczucie nagłego spadania. Nawet nie jestem w stanie wydać z siebie pisku przerażenia – brakuje mi powietrza w płucach, a żołądek podnosi mi się do gardła.

W przeciwieństwie do popularnych doświadczeń z pogranicza śmierci, życie wcale nie przewija mi się przed oczami. Nie widzę żadnej mozaiki wspomnień ze szkoły średniej – z jej ukończenia, balu maturalnego ani mojego pierwszego pocałunku z Clintem, gdy skrzynia biegów wbijała mi się w żebra, kiedy zeszłej jesieni odwoził mnie swoim jeepem do domu z zajęć cheerleaderek. Jedyna myśl, która się pojawia w mojej głowie, to: „Mama mnie zabije, jeśli zginę w katastrofie samolotowej!”, co wydaje się najgłupszą rzeczą wymyśloną przeze mnie w całym moim siedemnastoletnim życiu.

Niezbyt elokwentne stwierdzenie na zakończenie egzystencji.

Na szczęście pilot, który najwyraźniej znacznie lepiej radzi sobie z napięciem niż ja, szybko odzyskuje panowanie nad samolotem i wyrównuje lot. Śpiący pasażerowie nawet nie zdążyli mrugnąć. Znów lecimy prosto przed siebie. Przez okno widzę, jak skrzydła się stabilizują, i nakazuję sobie przestać się przygotowywać na śmierć. To był tylko wstrząs.

„Samoloty nie spadają tak po prostu z nieba, Violet – mówię do siebie w myślach. – Oddychaj. Wdech i wydech”.

– Przepraszamy – trzeszczy z głośników głos kapitana. – Natknęliśmy się na trudne warunki pogodowe, ale zrobimy, co w naszej mocy, żeby ominąć najgorsze. Zboczymy z kursu jakieś osiemdziesiąt kilometrów. Nie martwcie się, powinniśmy wylądować na Fidżi najpóźniej kilka minut po planowanym czasie. Tymczasem zapnijcie mocno pasy. Przez kolejną godzinę mogą się pojawiać turbulencje.

Biorę głęboki oddech i sięgam do pasa bezpieczeństwa Sophie, żeby sprawdzić, czy jest dobrze zabezpieczony. Mała wciąż śpi spokojnie, trzymając ręce pod poduszką. Odgarniam kosmyk włosów z jej policzka, a następnie siadam i zapinam pas. Wydaje się boleśnie nieskuteczną, cieniutką linką przeciwko sile grawitacji, zwłaszcza w trakcie kolejnego wstrząsu chwilę później. Moje puszki z napojami grzechoczą na małym bocznym stoliku, a serce skacze mi w piersi. Błyskawica przecina ciemne niebo. Jest zbyt blisko, żebym się mogła odprężyć.

Zaciskam palce na skórzanym siedzeniu, gdy podskakujemy w powietrzu niczym taczka na polnej drodze. Mimo luksusowych warunków „prywatnego lotu”, jak powiedziałaby Samantha, nie mogę zaprzeczyć, że czułabym się teraz o wiele bezpieczniej w jumbo jecie.

Rozglądam się po kabinie, szukając czegoś, na czym mogłabym skupić uwagę. Samantha jest tak odurzona lekami, że ani razu się nie poruszyła, mimo częstych wstrząsów. Kierownicy Flinta wciąż siedzą cicho w ciemnej przedniej sekcji, a obsługa – na swoich siedzeniach w kuchni. Pozostaje tylko…

On.

Krew pulsuje mi mocno w żyłach, gdy nagle słyszę otwieranie się metalowego zatrzasku. Nie mogąc się powstrzymać, po raz pierwszy, odkąd weszliśmy na pokład, spoglądam na siedzącego naprzeciwko mnie mężczyznę. Te pięknie wyrzeźbione rysy są ledwie widoczne, ale na swojej twarzy czuję ciężar jego szmaragdowego spojrzenia, kiedy podnosi piersiówkę do ust i bierze duży łyk. Patrzę jak zahipnotyzowana na poruszające się w jego gardle mięśnie, gdy przełyka alkohol. Srebrny pojemnik miga w półcieniu, a on wyciąga go w moją stronę.

– Masz.

Unoszę brwi. Nie ruszam się z miejsca.

– Weź sobie łyka – mówi miękko, nie tracąc ze mną kontaktu wzrokowego. – Dla ukojenia nerwów.

Nie wiem, dlaczego tak dziwnie się czuję. Może to z tego powodu, że tracę rozum ze strachu. A może to przez tę ciemną, cichą kabinę lub przez sam fakt, że po raz pierwszy, odkąd nasze drogi się spotkały, nie spogląda na mnie z lekceważeniem ani nie przeklina mnie za to, że śmiem oddychać jego powietrzem.

Bez względu na przyczynę powstrzymuję się przed wypowiedzeniem na głos ciętej riposty na temat nielegalnego nakłaniania dziewcząt do picia alkoholu* i pozwalam sobie spojrzeć w dół na srebrną piersiówkę, którą trzyma w swoich mocnych palcach. Te dłonie są takie silne. Zdobyły trzy Nagrody Pulitzera. Patrząc na nie teraz… mogę myśleć jedynie o tym, jak by to było, gdyby otoczyły moje gardło niczym naszyjnik.

„Naginając mnie do jego woli”.

Nigdy wcześniej się tak nie czułam. Nie rozumiem tych dziwnych pragnień pojawiających się w mojej głowie. To zupełnie do mnie niepodobne – zostać wytrąconą z równowagi przez sam widok męskich dłoni. A jednak… Mam ochotę prześledzić ich ścięgna, przestudiować każdy odcisk i nauczyć się każdej linii.

Odchrząkuje łagodnie, przyciągając mój wzrok. Czuję, jak policzki mi się rumienią z zażenowania tym dziwnym przebiegiem moich myśli. Serce uderza o moje żebra jak dzikie zwierzę próbujące uciec z klatki.

– Nie – odpowiadam z przymusem i oddycham zbyt głęboko. – Nie, dziękuję.

– Jak chcesz.