Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakochać się na zabój - Max Monroe

 

Nieskrępowana, sarkastyczna, pewna siebie, piękna. Cassie Phillips podróżuje po świecie, robiąc zdjęcia atrakcyjnym mężczyznom. To kobieta, której nic nie stanie na drodze w rozwoju jej fotograficznej pasji. Jest też on: uzależniony od adrenaliny, seksowny lekkoduch, milioner. Wysoki, cudownie umięśniony i czarujący jak diabli Thatcher Kelly to mężczyzna, którego nie można przeoczyć.

Żart za żart. Dzikość za dzikość. Dwoje niezwykłych ludzi, których, pomimo różnic, coś nieustannie do siebie przyciąga.

Zabawna, niecenzuralna i tak seksowna, że trudno to opisać. Dynamiczna jazda bez trzymanki, bo kiedy spotykają się tak wielkie przeciwieństwa, sprawy z natury niesłychanie się komplikują.

Opinie o ebooku Zakochać się na zabój - Max Monroe

Fragment ebooka Zakochać się na zabój - Max Monroe

Do Cassie i Thatcha: Jesteście łajzy.

Sprostowanie: My też jesteśmy łajzy.

Kochamy Was!

WPROWADZENIE

Nazywam się Thatcher Kelly.

Ukończyłem Harvard.

Jestem konsultantem finansowym Brooks Media i jej spółek zależnych, a także kilku innych firm znajdujących się w rankingu pięciuset najbogatszych w Stanach.

No co? Brzmi znajomo? Pieprzyć to.

Nic nie poradzę, że Kline był pierwszy i podwędził mi najlepsze teksty.

Wartość netto: jeden koma dwa miliarda dolarów. Tak, perfekcyjny Kline ma więcej siana, ale to ja trzymam ręce na wielu innych rzeczach. Ważniejszych rzeczach.

Okej, może nie ważniejszych, ale fajniejszych, bo na... cipkach. Trzymam ręce na cipkach.

Spoko, żartuję. Tak jakby.

Jestem człowiekiem o wielu talentach i jak można by się spodziewać, najbardziej interesuje mnie praca.

Jestem uzależniony od adrenaliny. Wzrosty i spadki, nurkowanie czy wspinaczka – orgazmy. Jeśli cokolwiek sprawi, że ściśnie mi się żołądek, a serce podejdzie do gardła, po czym całe ciało zaleje przyjemność – piszę się na to.

Jestem chłop jak dąb, choć wolę działać niż po prostu stać.

Wyjść z domu, zabawić się, korzystać z pieprzonego życia.

Zapewne nie będzie zaskoczeniem, że jestem znany jako uwodziciel kobiet. Szczerze mówiąc, nie zamierzam za to przepraszać. Bez względu na czas, jaki z nimi byłem – długo czy krótko – wszystkie coś dla mnie znaczyły i nauczyły mnie też czegoś o życiu lub o sobie samym, z czego nie chciałbym rezygnować.

Pragnę jednak zaznać również takiej monogamii, jakiej fanem jest mój przyjaciel Kline. Chcę znaleźć osobę, która się wysili, by mnie poznać i będzie chronić, gdy sam nie będę do tego zdolny. Osobę, która dąży do tego, by jak najpełniej przeżyć dany jej czas – ale zapragnie również przeżyć go ze mną.

Podsumowując, jestem elastyczny. Składa się na mnie nieprzeciętna kombinacja nieprzyzwoitego poczucia humoru i szczerych uczuć, więc można zagłębiać się w moim wnętrzu bez końca, a i tak nikt nie dokopie się do samego dna.

Przynajmniej tak było do czasu, aż nie poznałem Cassie Phillips.

Szalonej, wymagającej i mocno nieprzyzwoitej kobiety.

Kobiety, która ma także najczulsze nieskrępowane serce, a podbicie go stało się moim nadrzędnym celem – chciałbym znaczyć coś dla kobiety, która już tak wiele znaczy dla mnie.

A ponieważ jestem facetem, który w tym samym pieprzonym czasie pragnie szaleństwa i zaangażowania, możecie się spodziewać dość wyboistej drogi z piekła rodem.

Panie i panowie, zapnijcie pasy.

Oto nasza historia.

ROZDZIAŁ 1

CASSIE

Promienie słońca chylącego się nad oceanem ku zachodowi skąpały Key West w odcieniach różu i pomarańczu. Pstryknęłam kilka ostatnich zdjęć i odsunęłam aparat od twarzy. Dwunastu szalenie seksownych modeli pozowało na piasku, prężąc mokre od wody muskuły, prezentując wysportowane sylwetki odziane jedynie w najnowszą kolekcję kąpielówek od znanego nowojorskiego projektanta Fredricka La Hue.

Tak, miałam bardzo trudne życie.

– Dobra, chłopcy, kończymy na dzisiaj – powiedziałam, podnosząc się i otrzepując kolana z piasku. – Dziękuję wszystkim za świetną robotę. Jeśli ktoś jest spragniony, a wiem, że większość z was by coś chlusnęła, zapraszam do baru Sloppy Joe. Ja stawiam. – Modele i moja załoga zaczęli się cieszyć, na co się uśmiechnęłam. – Wiedzcie, że ta cholerna sesja zdjęciowa właśnie dobiegła końca! – wykrzyknęłam. Odpowiedział mi rozentuzjazmowany chór głosów, więc poszłam do namiotu, by podłączyć aparat do laptopa.

Na ekranie pojawiła się siatka utworzona z setki miniatur fotografii czekających tylko na kliknięcie. Zaznaczyłam więc wszystkie i przeniosłam do programu edytującego. Trudno mi było zapanować nad podnieceniem, gdy przeglądałam surowy materiał, jaki udało mi się przygotować. To był zdecydowanie długi dzień, ponieważ pracowałam od wschodu aż do zachodu słońca, wiedziałam jednak, że gdy zakończę magiczną obróbkę, Fredrick będzie wniebowzięty na widok seksownych fotek, które mu wybiorę.

Ze stołu z przekąskami porwałam butelkę wody, a kiedy wróciłam do komputera, zastałam przy nim moją asystentkę Olivię przeglądającą fotki. Dziewczyna spojrzała na mnie znad ekranu i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Są fantastyczne, Cass.

– Dzięki. Myślę, że Fredrickowi naprawdę się spodobają. Pokocha gromadę dobrych, prawie nagich facetów. Kto by nie lubił takiego widoku?

Olivia parsknęła śmiechem i przerzuciła zdjęcie.

Współpracowałam z nią już od kilku lat, doceniałam jej pomoc. Stała się nie tylko moją przyjaciółką, ale też uczennicą, bo postanowiłam wziąć ją pod swoje skrzydła i nauczyć wszystkiego, co wiedziałam o fotografii. Ten temat bardzo ją interesował, więc miałam nadzieję, że pewnego dnia, z moją pomocą odnośnie techniki i etyki zawodowej, z asystentki awansuje na fotografa.

Joshua, mój ulubiony makijażysta i patologiczny flirciarz, zerknął Olivii przez ramię i szturchnął ją biodrem, spychając z miejsca. Niewiele czasu zajęło mu, by wetknąć ciekawski nos w moją prywatną kolekcję zdjęć.

– Chwila… co to? Nie pamiętam tych fotek.

Wszedł w katalog, w którym znajdowały się ujęcia drużyny rugby Kline’a, Thatcha i Wesa, co rozbudziło pożądanie w oczach chłopaka. Uśmiechnęłam się na wspomnienie tej sesji, która miała miejsce kilka tygodni przed ślubem Georgii i Kline’a. Wpadłyśmy na trening chłopaków, bo później mieliśmy iść na kolację i nie muszę chyba mówić, że apetyczni faceci grający w rugby sprawili, że dziękowałam bogom, iż wzięłam ze sobą aparat.

Joshua wskazał na zdjęcie Thatchera, którego wysokiej, umięśnionej sylwetki nie dało się przegapić. Idealnie wyrzeźbione seksowne ciało mężczyzny ubranego jedynie w czarne spodenki zajmowało tak wiele przestrzeni, że niemal nie mieściło się w kadrze. Włosy miał mokre od potu i stał z rękami na biodrach, szczerząc zęby do obiektywu jak jakiś zadziorny sukinsyn.

– O Boże – sapnął Joshua. – Kto to?

– Thatch.

– Czy to jakaś odlotowa ksywka?

Pokręciłam głową, śmiejąc się.

– Nie, to zdrobnienie jego imienia. Nazywa się Thatcher Kelly – wyjaśniłam, nim mruknęłam pod nosem: – Chociaż mógłby to być synonim seksownego ciacha. Boże, tak. – Wpatrywałam się w zdjęcie. – Z pewnością.

Joshua westchnął.

– Ma kogoś?

Pytanie to przez ułamek sekundy było dla mnie dziwne, ale zaraz niepewność minęła. Uśmiechnęłam się.

– O nie, jest bardzo samotny.

Przecież nie miał nikogo na stałe, więc − ściśle rzecz biorąc − był samotny, czyli nie skłamałam. Zapomniałam jednak dodać, że nie leciał na facetów.

Joshua wpatrywał się nieprzerwanie w fotografię, nim zapytał:

– Mógłbym dostać jego numer?

Nie wahałam się ani chwili. Przecież mówiliśmy o Thatchu, a nie przepuściłabym żadnej okazji, by wywinąć mu jakiś numer.

– Daj mi swoją komórkę.

Podał mi telefon, a ja z przyjemnością wpisałam mu do kontaktów numer Thatcha. Postanowiłam się nie zastanawiać, dlaczego znałam go na pamięć.

– Cholera, chcę tego gościa – powiedział Joshua, nadal wpatrując się w ekran mojego komputera, zanim przeniósł wzrok na wyświetlacz swojej komórki.

Przechyliłam głowę na bok.

– Wydawało mi się, że z kimś się spotykasz.

Chłopak się skrzywił.

– Spotykałem się, ale najwyraźniej jestem zbyt wielką przylepą.

– Olej tego typa. To jakiś dupek.

– Tak – mruknął. – Dupek, w którym się zakochałem. Do diabła, wciąż go kocham. Chciałbym, by moje serce zapomniało już o jego istnieniu.

Pokręciłam głową z niewielkim współczuciem − niewątpliwie brakowało mi empatii.

– Rety, miłość to złośliwa zdzira, co?

Joshua zachichotał.

– I mówi to dziewczyna, która nigdy nie miała nikogo na stałe.

Uśmiechnęłam się.

– Może jestem większą zdzirą niż miłość?

Ponownie spojrzał na swój telefon, a jego spojrzenie się rozpromieniło.

– A pieprzyć to, raz się żyje, zadzwonię do tego seksownego skurczybyka.

Zanim zdołałam go powstrzymać – choć tak naprawdę tego nie chciałam, bo nie mogłam przegapić takiej okazji do żartu – kliknął numer Thatcha i dał rozmowę na głośnik.

Trzy sygnały później głęboki głos, od którego zapulsowała moja szparka, wypełnił namiot.

– Thatch.

– Czy to Thatcher Kelly? – zapytał z uśmiechem Joshua, patrząc mi w oczy.

Zapewne powinnam czuć się źle z powodu rzucenia chłopaka wilkom na pożarcie, ale, rany, trudno było nie skręcać się ze śmiechu na myśl o rozwoju sytuacji.

– To ja – odparł autorytarnie i cholernie seksownie Thatch. Moja cipka zaczęła się dosłownie zwijać.

Boże, nie ciesz się tak, ty sprośna lafiryndo – zbeształam ją w myślach. – W tej rozmowie telefonicznej chodzi o wygłupy, nie flirtowanie.

– Cześć – wymruczał seksownym głosem mój makijażysta w kierunku komórki. – Z tej strony Joshua, mamy wspólną koleżankę.

– A kim jest owa wspólna koleżanka? – zapytał otwarcie, choć też ostrożnie, Thatch. Wiedziałam, że pomimo krzykliwej osobowości był dość skrytym facetem.

– Cassie Phillips.

Thatch zaśmiał się gardłowo, aż stwardniały mi sutki.

– Tak, znam Cassie. – Wyczuwałam, że miał na myśli sens biblijny, bo dobrze wiedziałam, że wcale mnie tak dobrze nie znał.

– Pokazała mi kilka twoich zdjęć i muszę przyznać…

– Cassie ma w aparacie moje zdjęcia?

– Tak, kochany, pewnie, że ma. Bez koszulki i nie potrafię zaprzeczyć, że jestem tobą zainteresowany.

– Jesteś zainteresowany? – W głosie Thatcha pobrzmiewała dezorientacja.

– Tak. Bardzo zainteresowany. Cassie wspomniała też, że jesteś wolny. I, cóż, ja też jestem wolny. Myślę, że moglibyśmy to wykorzystać. Tak się zastanawiałem, czy może miałbyś ochotę na drinka?

– I Cassie powiedziała ci, że też byłbym zainteresowany?

Joshua łypnął na mnie, ale nie zawahał się przy odpowiedzi:

– Nie dosłownie, ale tak.

Z głośnika popłynął cichy śmiech.

– Joshua, miło mi się z tobą rozmawia, ale będę miał poważny problem z tym scenariuszem.

– O – jęknął mój makijażysta. – A jakiż to?

– Tak jakby wolę gadające cycki, a właścicielka takowych jest dosłownie zakochana w moim fiucie.

– Wcale nie kocham twojego fiuta, gnojku – odparłam, na co Olivia i Joshua od razu na mnie spojrzeli.

Chłopak wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, nim w końcu pokazał mi środkowy palec.

– Jesteś większą zdzirą niż miłość – powiedział z uśmiechem, podając mi telefon i szepcząc do ucha: – Lecisz na niego, mała krętaczko. I nawet nie myśl, że zapomnę o tej rozmowie. Jesteś moją dłużniczką, Phillips. Wisisz mi sporą przysługę.

Roześmiałam się i pokręciłam głową.

– Nie, tylko się z nim droczę. I o jak sporej przysłudze mówimy?

– O nowym chłopaku z dwudziestopięciocentymetrowym wężem w spodniach.

– Dwudziestopięciocentymetrowym? – Wytrzeszczyłam oczy. – Dasz radę z czymś takim?

– O tak. Mam bardzo głębokie gardło. – Joshua puścił do mnie oko. – A tak przy okazji, to jesteś kłamczuchą. Chcesz tego wielkiego, złego faceta między swoimi udami – dodał szeptem, nim przeszedł do drugiego namiotu, by pozbierać sprzęt.

Wyłączyłam głośnik, po czym głęboki głos Thatcha wypełnił moje ucho.

– Wiesz, że nie musisz wymyślać tych skomplikowanych podchodów, by usłyszeć mój głos, kociaku. Subskrypcja wiadomości, a teraz to? Wydaje się, że to sporo zachodu, choć przecież możesz zadzwonić do mnie, kiedy ci się żywnie podoba.

– Pa, Thatcher – pożegnałam się z irytacją, choć tak naprawdę nie byłam wkurzona. Dzięki fotografii i ochrypłemu śmiechowi tego mężczyzny pochłonęło mnie wyobrażanie sobie, jak jego długi pociąg wjeżdża do mojego tunelu.

– Bądź grzeczna, Cassie.

– Jak zawsze.

Roześmiał się.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Powiedz koledze, że doceniam telefon i propozycję. Gdybym nie leciał na babki, zaprosiłbym go na przyzwoitą kolację, drinka, a następnie do siebie, by pieprzyć go do utraty tchu.

– Opisujesz mi tu niezłą randkę. Jesteś pewien, że nie dasz mu szansy? Kto wie? Może polubisz parówki?

– Myślisz? – zapytał, wchodząc w rolę, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, że jeśli Thatcher Kelly na coś leciał, to były to cipki.

– Kiedy pozwoliłam ci się pocałować, działy się dziwne rzeczy.

Jego głos opadł o kilka oktaw.

– Masz na sobie biustonosz?

– A co to ma z czymkolwiek wspólnego?

– Noszenie biustonosza zawsze ma wszystko ze wszystkim wspólne. To nieustannie dobry temat.

Pokręciłam głową, ale spojrzałam na swoją koszulkę.

– Nie powinno cię to zaskoczyć, ale nie, nie mam.

Jeśli Thatcher Kelly cokolwiek uwielbiał, były to moje cycki. Z tego, co wiedziałam, był prezesem fanklubu moich zderzaków.

– Tak, staje mi na samą myśl. Można powiedzieć, że pręży się jak dzida.

– Spadaj z tym swoim wzwodem, Thatch.

– Przyjedź i mi z nim pomóż – rzucił wyzwanie.

– Cudna propozycja, ale nie ma mnie w Nowym Jorku.

– A gdzie jesteś?

– Na Key West.

– A kiedy wracasz?

– Dopiero za kilka dni – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Powinnaś zadzwonić, gdy będziesz w mieście.

– Tak? Powinnam? A niby dlaczego?

– Bo nie możesz przestać o mnie myśleć.

Zapatrzyłam się na ciemniejący ponad oceanem horyzont. Nie mogłam zaprzeczyć, że miał trochę racji. Niemal dwa miesiące temu spędziliśmy razem nieco czasu, pilnując kota Kline’a i Georgii, podczas gdy tych dwoje pieprzyło się jak króliki w podróży poślubnej na Bora Bora.

Pilnowanie zmieniło się w poszukiwania, gdy Walter zniknął nam na kilka dni, w czasie których Thatcher zaczął do mnie uderzać. Po wszystkim nawet dzwoniłam do niego okazjonalnie i wysyłałam wiadomości, żeby zapytać, co u niego słychać.

Było to do mnie zupełnie niepodobne i zaczynałam się zastanawiać, czy nie musiałam znaleźć sobie kogoś do łóżka, by o nim zapomnieć.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiedziałam sceptycznie. – Niedawno widziałam nowego Supermana i moje fantazje zajmuje w tej chwili Henry Cavill.

– Piszę się na odgrywanie ról, kociaku. Jeśli cię to kręci, założę wackowi pelerynę.

To była całkiem seksowna wizja.

– A może cię spuszczę po brzytwie.

– Nie spuścisz, bo będę zajęty pożeraniem twojej babeczki, a spuszczanie zostaw dopiero na drugą randkę.

Boże, był królem ciętych ripost. Zapewne powinno mnie to wkurzyć, ale działo się inaczej. Zbyt mocno bawiły mnie takie słowne przepychanki.

– Znów googlowałeś potencjalne odpowiedzi? – droczyłam się.

– Z wielkim penisem wiąże się wielka odpowiedzialność, kociaku.

Roześmiałam się.

– Boże, to okropne.

– Popraw mnie, jeśli się mylę, ale wiem, że chcesz, bym ponownie cię pocałował.

Tak, całowaliśmy się. Raz. Byłam pewna, że zrobił to tylko po to, by zamknąć mi usta, jednak nie pozostał mi po tym niesmak, chociaż Thatch mnie irytował, zachowując się tak, jakby ten pocałunek był częścią gry. Normalnie nie byłam wrażliwa, dałam się jednak porwać tamtej chwili, póki brutalnie nie sprowadził mnie na ziemię. Gnojek.

– Rozłączam się już.

Zaśmiał się.

– Dobra, dobra. Zadzwoń, gdy wrócisz.

– Pomyślę o tym.

– Pomyślisz? – powtórzył. – Cholera, to o wiele lepsza odpowiedź niż ostatnio, gdy cię o to prosiłem.

Uniosłam brwi.

– A co ci ostatnio powiedziałam?

– Że strzelisz mnie z liścia w krocze.

– Nie martw się, T. Wykombinuję coś, by zrobić i to.

Jego głęboki śmiech był ostatnim, co słyszałam, nim się rozłączyłam.

Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że niechcący wyraziłam chęć spotkania się z nim, ponieważ bez względu na moje plany strzał z liścia w krocze wymagał mojej fizycznej obecności przy nim.

ROZDZIAŁ 2

THATCH

Czterdzieści lat małżeństwa moich rodziców i trzydzieści pięć lat mojego życia sprowadziły mnie do rodzinnego miasta Frogsneck w stanie Nowy Jork. Rodzice świecili przykładem idealnego zaangażowania w związek małżeński, świętowanie ich rocznicy wiele dla mnie znaczyło. Byli najlepsi – troskliwi, lojalni i szczerzy dobólu.

Jednak nienawidziłem, jak ludzie w tym mieście patrzyli na mnie i na moich rodziców, co od lat pozostawało niezmienne.

Ich opinia często opierała się na domysłach, które, niestety, przeważnie odbiegały od rzeczywistości.

Wiedziałem, że po przyjęciu nie powinienem pojawiać się w lokalnym barze. Doświadczenie powinno mnie tego nauczyć i przełożyć się na pozostanie w domu rodzinnym, ale tak się nie stało.

A teraz, gdy drzwi otworzyły się, ujawniając jedno z najgorszych wspomnień ze szkoły średniej, musiałem stawić czoła konsekwencjom.

– Cześć Ryan, widziałeś, kto się pojawił? – zapytał Johnny Townsend swojego kumpla Ryana Fondlana.

Przez wiele lat mojej młodości sam dźwięk imienia Johnny’ego sprawiał, że krew szybciej krążyła mi w żyłach. Chyba częściowo z tego powodu nie znosiłem kolegi z drużyny rugby, który miał na imię John. BAD była drużyną, w której w weekendy graliśmy z Kline’em i Wesem, niedorzecznie pozwalając nazywać się „bogatymi, złymi chłopcami”. Drużynę sponsorowała restauracja Wesa o nazwie BAD. To cholernie zła nazwa dla restauracji, ale kumpel sporo na niej zarabiał. Pomagało mu zapewne również to, że był właścicielem drużyny futbolowej i jadało u niego wielu sportowców.

W rugby grał z nami też John, z którym ściąłem się już zbyt wiele razy. Cholera. Na następnym treningu zapewne będę musiał się postarać nie być aż takim fiutem.

– Johnny… – próbował przerwać Ryan, ale na nic się to zdało.

Ryan zawsze łagodził chamskie docinki Johnny’ego, skrzywiłem się więc, widząc, że po tylu latach nic się w tym względzie nie zmieniło.

– Niemal nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Taka szycha jak Thatcher Kelly w barze Lepki Ogórek? Trochę dziwne – skomentował Johnny, próbując mnie wkurzyć. Zaczął grać mi na nerwach w pierwszej klasie liceum, kiedy byłem dzieciakiem z nadwagą. Nie miałem kompleksów, ale on z przyjemnością próbował je we mnie rozbudzić. Sytuacja drastycznie się zmieniła, gdy zaledwie dwa lata później urosłem o trzydzieści centymetrów, a do mojej sylwetki przybyło dwadzieścia kilo mięśni.

– Spokojnie, John – zasugerował Ryan. – Usiądź sobie i zamów drinka. – Następnie zwrócił się do mnie: – Cześć, Thatch – powitał mnie z grymasem, zajmując miejsce obok, żeby oddzielić Johnny’ego ode mnie (co było mądre, choć nie powstrzymało tamtego przed łypaniem na mnie złowrogo). – Co tam słychać?

– Wszystko spoko – odparłem szczerze, ale nie rozwodziłem się nad tematem, pragnąc, by rozmowa była jak najmniej bolesna. Upiłem łyk piwa. Normalnie nie byłem wielkim fanem złotego trunku, ale dziś gładko przechodził mi przez gardło.

– Sporo czasu cię tu nie widzieliśmy – ciągnął.

– No.

– Nie tęsknisz za domem? – zapytał, a Johnny się skrzywił.

– Oczywiście, że nie tęskni. Jest za dobry, żeby przyjeżdżać w takie miejsce.

Zacisnąłem usta i zrobiłem, co w mojej mocy, by zignorować Johnny’ego i skupić się na rozmowie z Ryanem.

– Tak. Ale widuję się regularnie z bliskimi. Rodzice mnie odwiedzają, Frankie też jest w mieście. – Wzruszyłem ramionami.

– Frankie – powiedział Johnny pod nosem, czym po raz pierwszy naprawdę mnie dziś wkurzył.

– Pilnuj się – ostrzegłem, wstając. Zgrzyt drewnianych nóg stołka na podłodze zwrócił uwagę kilku klientów.

Ryan natychmiast stanął między nami.

– Ma kiepski wieczór, Thatch. Ostatnio się rozwiódł, a dziś jego żona wygrała opiekę nad dziećmi – szepnął.

Próbując uspokoić galopujące serce, ponownie usiadłem i machnąłem na barmana, by podał mi rachunek. Pójście do baru na piwko, by się zrelaksować, stało się dość stresujące.

– Jak się miewa Frankie? – zapytał Johnny. Próbowałem wziąć sobie do serca informacje przekazane przez Ryana i zignorować jego kumpla, modląc się w duchu, żeby barman pospieszył się z moim rachunkiem. Im szybciej stąd wyjdę, tym lepiej.

– Zamknij się, koleś – doradził Ryan, gdy ponownie wstałem. Nigdy nie byłem potulny, a tym bardziej nie teraz, gdy stałem się przeciwieństwem mięczaka. Miałem metr dziewięćdziesiąt sześć i ważyłem sto dwanaście kilo, więc praktycznie byłem dwa razy większy niż oni.

– Też się nie pokazuje – ciągnął niezrażony Johnny. – Ale na jego miejscu chyba też nie pojawiałbym się w domu. Pieprzony prosiak tarzający się we własnym gównie, trzymający się nogawki faceta, który zabił jego siostrę tylko po to, by nie wypaść z interesu.

Johnny wstał, a we mnie zawrzała krew, gdy z cwaniackim uśmieszkiem obszedł Ryana i stanął przede mną.

Jego szyderstwa przekształciły się w ostry jak nóż szept:

– Powiedz, Thatch, jak to jest uniknąć odpowiedzialności za morderstwo?

***

Przyglądałem się, jak krew ze zranionej dłoni skapuje na betonową posadzkę. Za pomocą pięści szybko i skutecznie przedstawiłem Johnny’emu swoje zdanie, przez co znalazłem się w tym miejscu – niewielkiej, zimnej, betonowej celi.

Od strony prawnej pojedynczy cios nie stanowił wielkiego problemu, jednak walka, która rozpętała się pomiędzy resztą klientów baru już tak. Zgadywałem, że w starym cichym miasteczku jak to rozrywkę można było znaleźć dosłownie we wszystkim – nawet w bezzasadnej bójce na pięści.

– Kelly! – krzyknął szeryf Miller, wyrywając mnie z zamyślenia. – Rozmowa telefoniczna!

Skinąłem uprzejmie głową.

– Tak, proszę pana. – Wstałem z ławki, by wyjść z celi. Szeryf Miller popatrzył na mnie, gdy jego młody zastępca otwierał kratę. Jego spojrzenie było lekceważące, ale nie mogłem go za to winić. Przez lata poprzedzające mój wyjazd z Frogsneck przysporzyłem mu wielu problemów, a gdy wróciłem po dekadzie, przerabialiśmy powtórkę z rozrywki.

Mimo wszystko jako nieliczny spośród tutejszych szanował moich rodziców, więc robiłem, co mogłem, by okazać mu wdzięczność.

– Przepraszam za całe zajście, szeryfie.

– Tak – powiedział, śmiejąc się. – Jestem pewien, że ci przykro. Zapewne niezbyt wygodnie siedzi się w celi w tak kosztownym garniturze.

Puściłem to mimo uszu. Jego spojrzenie się zmieniło, choć moje pozostało niewzruszone. Być może błysnął w nim jednak szacunek.

– Nie, proszę pana. Jest mi przykro, że się tu znalazłem, bo w wieku trzydziestu pięciu lat powinienem umieć nad sobą panować. Tylko dlatego przepraszam.

– Wyobrażam sobie, że Margo jest dość czułym punktem – mruknął, dając znać, że znał prawdziwy powód zamieszania bez względu na to, co zeznali naoczni świadkowie. Właśnie dlatego był tak dobrym szeryfem.

Margaret, moja szkolna miłość, którą wszyscy nazywali Margo, umarła, spędzając ze mną weekend. Byłem jedynym, który widział całą tragedię. Ale, szczerze mówiąc, poradziłem sobie z tym. Nie zapomniałem o jej śmierci, nie zapomniałem o tym, co widziałem i, tak, zmieniło to moje życie, jednak nie wpływało na każdą decyzję. Nie zadręczałem się czymś, za co nie byłem odpowiedzialny. Niestety ludzie o ograniczonych umysłach mieli za dużo czasu, by dać temu spokój.

Oskarżenie o tak potworny czyn nigdy nie miało przejść bez konsekwencji – w podobnych sytuacjach wciąż nie potrafiłem wykazać się cierpliwością. Właśnie dlatego zazwyczaj nie pojawiałem się w mieście.

Nie podobało mi się też, że pierwsza wizyta po tylu latach wyszła aż tak przewidywalnie.

– Tak, proszę pana – odpowiedziałem szczerze.

– Zadzwoń sobie – polecił, wskazując miejsce, gdzie znajdował się telefon.

Kurwa. Można było powiedzieć, że technika mi w tej chwili nie sprzyjała. Na pamięć znałem jedynie numer telefonu rodziców. Cóż, i jeszcze jeden. Roześmiałem się w duchu, przypominając sobie powód, dla którego się go nauczyłem. „Ostatnie cztery cyfry są w parach”, powiedziała zadziorna Cassie Phillips w mojej głowie. „Jak bardzo to zajebiste?”. Było to niedorzeczne, ale i tak zapamiętałem.

– Szeryfie…

– Czego? – warknął. Super. Przez chwilę się szanowaliśmy, a teraz to zniszczyłem. Po prostu zajebiście.

– Mógłbym zerknąć do swojej komórki, by spisać numer? Na pamięć znam tylko jeden… – zacząłem kłamać.

– Więc pod niego zadzwoń, Kelly – przerwał mi.

Skrzywiłem się, ale się nie poddałem:

– Przykro mi, ale to numer telefonu rodziców, a, szczerze mówiąc, wolę siedzieć tu przez całą wieczność niż zrujnować im obchody czterdziestej rocznicy ślubu.

– Dobra – zgodził się.

Westchnąłem z ulgą.

Jednak stan ten był krótkotrwały.

– Żadnego dzwonienia. Wracaj do celi.

Cholera! Zastępca ponownie otworzył kratę i gestem zaprosił mnie do środka. Kiedy posadziłem tyłek na zimnej ławce, z irytacją oparłem głowę o betonową ścianę.

Miałem tu zgnić. Szeryf Miller zatrzyma mnie już na zawsze. Super ci poszło, złotousty.

Johnny uśmiechał się drwiąco z drugiej strony celi, póki nie uświadomił sobie, że nie oddzielały nas od siebie żadne kraty.

– Townsend! – krzyknął szeryf. – Twoja kolej na dzwonienie!

Johnny wstał i bez słowa podszedł do telefonu. Pięć minut temu powiedziałbym, że z naszej dwójki to ja byłem mądrzejszy, ale teraz powątpiewałem w to.

Zamknąłem oczy i próbowałem pogrążyć się we śnie lub szczęśliwych myślach, w zależności, co przyszłoby pierwsze. Myślałem, że zobaczę w wyobraźni zielonooką dziewczynę z przeszłości, przez którą tak dziś cierpiałem, ale się pomyliłem. W mojej głowie ożywił się obraz błękitnych i psotnych tęczówek od miesiąca regularnie goszczących w moich fantazjach.

Ja pierdzielę, więzienie nie było dobrym miejscem, by przypominać sobie o tych fantazjach.

Odetchnąłem głęboko, jedna myśl powiodła do drugiej, aż w końcu zasnąłem.

***

– Kelly! – krzyk szeryfa Millera wyrwał mnie z drzemki. Potrząsnąłem głową, by się obudzić, i rozejrzałem się po pustej celi. Kiedy spojrzałem na mężczyznę, był rozbawiony i kiwał na mnie dwoma pulchnymi palcami.

Wstałem, więc otworzył drzwi i wskazał telefon.

– Mam nadzieję, że przyśnił ci się jakiś numer. Masz minutę na zastanowienie i trzy na rozmowę. Sugeruję, byś jak najlepiej wykorzystał wszystkie cztery.

Szlag by to trafił.

Wciąż zaspany i sfrustrowany, nie marnowałem czasu. Wyszedłem z celi i udałem się prosto do aparatu. Miałem przeczucie, że gdybym nie poszedł, nie dostałbym trzeciej szansy. Praktyczna strona mojego umysłu wiedziała, że nie będzie mnie tu wiecznie trzymał tylko dlatego, że nie znałem numeru telefonu, ale po nocy z piekła rodem właśnie takie miałem przeświadczenie. Próbowałem być na tyle dorosły, by przekonać samego siebie, że powinienem zadzwonić do rodziców, ale okazało się to bezowocne. Za każdym razem, gdy unikałem wykonania tego telefonu, opóźniałem jedynie wyjście z aresztu, a dziś nie mogłem pozwolić sobie na te żałosne wakacje.

ROZDZIAŁ 3

CASSIE

Obudziło mnie jakieś odległe dzwonienie. Próbując otrząsnąć się ze snu, spojrzałam jednym okiem na zegarek stojący na szafce nocnej. Szkarłatne cyfry ujawniły, że było wpół do trzeciej w nocy.

– Cholera jasna – wymamrotałam w powietrze, naciągając kołdrę na głowę, by zawinąć się jak naleśnik.

Jednak komórka nie przestawała dzwonić i wibrować, drwiąc z mojego mózgu pozbawionego snu. Uwielbiałam spać. Kochałam sen. Podczas gdy większość kobiet marzyła o seksie do nieprzytomności z Henrym Cavillem, kiedy peleryna stroju Supermana powiewałaby im przed twarzą, ja dzieliłam ten czas pomiędzy Henry’ego Cavilla, Channinga Tatuma i moje łóżko – mężczyźni nie byli podstawą moich fantazji.

Zakładałam jednak, że ktokolwiek dzwonił, musiał stracić jakąś kończynę lub dosłownie się paliło, ponieważ każdy, kto mnie znał, wiedział, że nie należy mi przeszkadzać w nocy.

Balansując na granicy furii, odrzuciłam kołdrę i z wciąż zamkniętymi oczami wymacałam telefon, przytknęłam go sobie do ucha i wyrzuciłam z siebie pierwsze, co mi ślina na język przyniosła:

– Georgia, przysięgam na Boga, że jeśli to ty, kopnę twojego męża w tego wielkiego fiuta tak mocno, że nie będzie już w stanie spędzać nocy na wbijaniu zagłówka waszego łóżka w ścianę.

Z głośnika dobiegł śmiech, ale nie brzmiał kobieco. Był głęboki, ochrypły i stuprocentowo męski.

Kiedy nie zastąpiły go żadne słowa, westchnęłam i ponownie naciągnęłam kołdrę na głowę.

– Sorry, stary, ale jeśli nie powiesz, kim do cholery jesteś i dlaczego do mnie dzwonisz, wpadniemy w bardzo poważne kłopoty.

– Jakie kłopoty? – zapytał z ewidentnym rozbawieniem.

– Takie, w których moja stopa spotka się z twoim zadkiem – warknęłam w odpowiedzi.

Ponownie się zaśmiał.

– Może mnie to kręci.

– Dobra, zboczony psychopato – powiedziałam z irytacją. – Nie obchodzi mnie, co cię kręci. Możesz walić konia, używając twarożku jako nawilżacza, mam to w dupie. Jedyne, co mnie interesuje to to, że dzwonisz do mnie po drugiej w nocy.

– Cassie – odparł z wciąż irytującym rozbawieniem – mówi Thatch.

– Thatch? Nie znam żadnego Thatcha – skłamałam. Wiedziałam, że to on i to zanim mi powiedział. Od dłuższego czasu jego głos kołatał się w moim umyśle. Pieprzony Thatcher Kelly. Utorował sobie drogę do mojej głowy i został w niej nazbyt długo, zmieniając się najwyraźniej w pasożyta.

Miałam nadzieję, że jeśli nadal będę udawała głupią, pozwoli mi wrócić do snu.

Ponownie się zaśmiał.

– Jestem facetem, który od miesiąca idealnie pieprzy cię palcami. Przypominasz już sobie? Byliśmy razem na weselu. Pomagałem ci znaleźć Waltera, gdy go zgubiłaś. Nawet dzwoniłaś do mnie z Key West, bo tak bardzo się stęskniłaś.

– Nie, nadal nie mam pojęcia.

Nie zgubiłam tego pieprzonego kota. On go zgubił.

– Dałem ci nawet pomacać mojego fiuta. A tak przy okazji, bardzo ci się podobało.

– Dotykanie twojego fiuta wcale mi się nie podobało – zaoponowałam. – Prawie tego nie pamiętam, jeśli mamy być szczerzy.

– A to, jak duży był?

Już mu miałam odpowiedzieć, ale się powstrzymałam.

– Dlaczego zadajesz mi tyle pytań?

Ponownie się zaśmiał.

Tak, podobał mi się, ale poważnie, jeśli jeszcze raz się zaśmieje, hasło „zabić Thatcha” trafi na moją listę rzeczy do zrobienia w poniedziałek.

– Dlaczego do mnie dzwonisz? Sprawa nie może poczekać, dopóki, no nie wiem, słońce nie wstanie i nie będę spała?

– Przykro mi – odpowiedział, po czym odchrząknął. Jego oddech był przytłumiony, jakby Thatch się poruszał. – Ale nie mogłem czekać. Wpadłem w tarapaty i naprawdę przydałaby mi się twoja pomoc.

– Moja pomoc? – zapytałam, siadając na łóżku. – W tej chwili?

– Tak – powtórzył, ale przerwał mu ktoś, kto krzyknął w tle:

– Kończą się twoje trzy minuty, Kelly!

Moje brwi samoistnie się zmarszczyły.

– Gdzie ty jesteś? – dociekałam zaniepokojona. – I kto to był?

– A, to był szeryf Miller – odparł nonszalancko. Niemal potrafiłam sobie wyobrazić, jak wzruszył przy tym ramionami.

– Szeryf Miller? – powtórzyłam po nim, wiedząc już doskonale, dokąd zmierza ta rozmowa. To znaczy, nadal się w pełni nie obudziłam, ale nie potrzeba było geniusza, by dodać dwa do dwóch. – Powiedz, że nie dzwonisz z miejsca, o którym myślę.

– Tak, właśnie, jeśli o to chodzi… – urwał, wahając się. – Byłaś kiedyś na północy?

– Na litość boską, Thatch – mruknęłam z irytacją, przecierając zaspane oczy.

– Słuchaj, Cass, wiem, że jestem jak wrzód na tyłku…

– Ja ci się do tego tyłka dopiero dobiorę! – warknęłam ochrypłym z wkurzenia głosem.

Thatch ciągnął niezrażony:

– Ale tak jakby mnie aresztowano i miałem nadzieję, że będziesz na tyle kochana, by zapłacić za mnie kaucję – powiedział, gdy mechaniczny głos obwieścił, że czas jego rozmowy zaraz dobiegnie końca.

– Tak jakby cię aresztowano? – zapytałam. – Brzmi, jakby zrobiono to całkiem porządnie, gnojku.

– To co? Przyjedziesz? – zapytał ze zbyt wielką nadzieją.

– A co z Kline’em? Albo Wesem? Albo jakimś pieprzonym członkiem rodziny? Jak, u diabła, skończyłam na szczycie listy pieprzonych osób, do których zdecydowałeś się zadzwonić z więzienia?

– Zaczynam myśleć, że „pieprzony” jest twoim ulubionym słowem.

– Co? – O czym on w ogóle bredził?

Znów się zaśmiał, przez co miałam ochotę udusić go przez telefon.

Śmiało, zaznaczcie czas, druga trzydzieści pięć.

Zabicie Thatcha oficjalnie zostało zapisane na listę rzeczy do zrobienia w poniedziałek.

– Często je wypowiadasz. W różnych sytuacjach.

– No i co z tego? – warknęłam, gdy nie rozwinął myśli.

– I mi się podoba, kociaku. – Wiedziałam, że się uśmiecha.

– Zarywasz do mnie? W tej samej rozmowie, w której prosisz o wyciągnięcie cię z paki?

– To zależy.

Westchnęłam i oparłam się o zagłówek.

– Od czego?

– Jeśli potwierdzę, rozłączysz się?

– Cztery sekundy po odebraniu już miałam ochotę się rozłączyć.

– Thatcher! – zagrzmiał w tle jakiś głos. Zapewne był to szeryf Miller. To najdziwniejsza rozmowa, jaką prowadziłam w sobotnią noc, a to samo przez się mówiło już dużo o sytuacji.

– To co? Pomożesz mi?

– Będziesz moim dłużnikiem.

– Co tylko zechcesz, kociaku.

– Gdzie jesteś? – Przełączyłam go na głośnik i włączyłam nawigację, gotowa wpisać miejsce jego pobytu.

– Na północy, w niewielkiej mieścinie o nazwie Frogsneck – odparł i podał mi dokładny adres. Polecił mi nawet, by przyjechać jego range roverem. Musiałam jedynie wziąć go z garażu jego apartamentowca.

– Na miłość boską – mruknęłam, widząc, że czekać mnie będzie dziewięćdziesięciominutowa podróż. – Przygotuj się, głąbie, bo zamierzam wykazać się pieprzoną kreatywnością, jeśli chodzi o spłatę tej przysługi.

Spodziewałam się usłyszeć śmiech, ale kiedy spojrzałam na telefon, zauważyłam, że połączenie zostało zerwane. Rzuciłam komórkę na stolik nocny i wstałam.

– Co za kretyn – mruknęłam pod nosem, przegrzebując garderobę w poszukiwaniu czegoś przyzwoitego i wygodnego podczas jazdy.

Zdecydowałam się na baleriny, luźne spodnie i koszulkę z napisem „Chciałabym pić wino i pieścić mojego” z obrazkiem kota futrzaka pod spodem. Tak, nie miałam kota, ale miałam futro i uwielbiałam masturbację, więc napis wcale nie kłamał.

Związałam ciemne włosy w kucyk. Nie trudziłam się nakładaniem makijażu, bo szajbus nie zasługiwał na takie poświecenie po tym, jak obudził mnie w środku nocy.

Kiedy wpadłam do kuchni po torebkę, postanowiłam nie jechać jego samochodem. Nie, byłoby to zbyt wielkoduszne z mojej strony.

Niemal zadzwoniłam do Georgii, by sprawdzić, czy Kline pożyczy mi forda focusa, którego mu kupiła, ale porzuciłam ten pomysł, przypominając sobie, że Thatch w sprawie kaucji zadzwonił do mnie zamiast do swojego przyjaciela. To trochę dziwne, ale miałam przeczucie, że był ku temu powód. Bez względu na intencje, zamierzałam trzymać usta na kłódkę, nim Thatch mi tego nie wyjaśni.

Pozostała mi tylko jedna opcja. Wypożyczalnia miejskich aut.

Nie miałam konta w systemie, ale wiedziałam, że miał je mój sąsiad Tony, który był mi winien sporą przysługę za intymną sesję zdjęciową, jaką wymyślił w prezencie na piątą rocznicę znajomości dla swojej dziewczyny Franceski.

Nie ukrywałam, że byłam wziętym fotografem, a ponieważ zazwyczaj miałam otwarte drzwi dla wszystkiego, co seksualne czy perwersyjne, nie pierwszy raz ktoś poprosił mnie o tego typu zdjęcia. Szczerze mówiąc, w swojej karierze wielokrotnie fotografowałam półnagich mężczyzn. Zaletą mojej pracy było poznawanie wielu wspaniałych facetów.

Ale ogromna przysługa nie była związana z samą sesją.

Wzięła się stąd, że nie poinformował mnie wcześniej, że ma to być intymna sesja ich obojga. Wyobraźcie sobie wiele ocierania ciał i pieprzenia języków. Nie muszę chyba dodawać, że przez bite sześćdziesiąt minut musiałam oglądać jego wzwód. A ponieważ nie skończyłam obrabiać jeszcze ich zdjęć, wiedziałam, że miałam teraz sporą szansę na dostanie wymarzonego autka.

Po wykonaniu szybkiego telefonu stałam pod drzwiami sąsiada z uczuciem déjà vu z ich napalonej sesji. Francesca powitała mnie z cyckami na wierzchu, dziewczyna ubrana była tylko w męskie gatki. Tony stał za nią, sennie ściskając jej tyłek.

Gdybym nie wiedziała, że znajduję się w naszym bloku, powiedziałabym, że odbywa się tu pornograficzna sesja zdjęciowa. Nie miałam jednak ochoty dołączyć, dlatego porwałam kartę od Franceski i przeprosiłam pospiesznie za obudzenie ich w środku nocy, podkreślając usilnie, że mi się spieszy.

Rzeczywiście tak było. Musiałam wynieść się spod ich drzwi, zanim Tony zacznie głaskać swojego kucyka.

– Bez stresu, kochana. Cieszymy się, że możemy pomóc – powiedziała dziewczyna, zanim para wróciła do środka, zapewne by pieprzyć się aż do odrętwienia lub utraty przytomności.

Pomachałam na taksówkę, po czym wytłumaczyłam kierowcy, że muszę dostać się do wypożyczalni samochodowej znajdującej się jakieś dwadzieścia przecznic od mojego mieszkania. Dzięki późnej porze już dziesięć minut później wysiadłam z żółtego pojazdu.

Normalnie przyszłabym tu pieszo, ale pomyślałam, że cała ta sprawa Thatcha w pace jest dość pilna. I, póki nie chce skończyć jako ofiara kartoteki kryminalnej, kobieta nie powinna chodzić samotnie po mieście po północy.

Wypożyczalnia Zipcars to dość prosty pomysł. Każdy, kto ma u nich konto, może udać się do dowolnej placówki i machnąć kartą przed szybą wybranego pojazdu, dzięki czemu dostanie do niego dostęp.

Rozejrzałam się po parkingu, rozważając możliwości.

Jeep cherokee – nie, za wielki.

Chevrolet malibu – nie, nie lubię zielonych.

W poświacie księżyca zabłyszczał czerwony lakier i moje spojrzenie osiadło na właściwym samochodzie.

– O tak, jesteś mój – mruknęłam z triumfem.

Chwilę później jechałam w kierunku Frogsneck z uśmiechem wielkości Teksasu rozciągającym się na mojej chytrej twarzy.

Tak, Thatch pomyśli dwa razy, nim ponownie obudzi mnie w środku nocy, by wyciągnąć go z pierdla.

ROZDZIAŁ 4

THATCH

Cassie pojawiła się w budynku aresztu miejskiego w Frogsneck zaledwie dwie godziny po tym, jak do niej zadzwoniłem. Szeryf Miller flirtował z nią bezwstydnie, gdy wypełniała dokumenty, by z dobrego serca wykupić mnie za kaucją.

– Ślicznotki nie płacą – powiedział, na co oczywiście dała się złapać.

Jednak do mnie nie odezwała się ani słowem. Czekała na zewnątrz, podczas gdy szeryf zwalniał mnie z celi.

Mężczyzna również nie był szczególnie rozmowny, ale jego oczy przekazywały całkiem sporo – miał niezły ubaw z całej tej sytuacji.

Oczy zaczęły mi łzawić od promieni słonecznych, gdy spojrzałem na wschód i zobaczyłem kobietę opierającą się o najmniejszy samochód, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Stanąłem na skraju chodnika i podniosłem głos, by usłyszała mnie, mimo że dzieliły nas trzy puste miejsca parkingowe.

– Chyba sobie jaja robisz. W tej puszce własnymi kolanami wybiję sobie wszystkie zęby.

– Wiem – stwierdziła radośnie, obracając się, by spojrzeć na czerwonego fiacika, po czym zerknęła na mnie przez ramię. Zmarszczyła nos i lekko mrugnęła niebieskim okiem.

– Daj znać, jeśli zaczniesz się dusić. Zatrzymam się i spróbuję oczyścić twój układ oddechowy.

Drapiąc się po policzkach obiema rękami, pokręciłem głową i się roześmiałem.

– Przypuszczam, że nie ucieszył cię nocny telefon. – Uniosła brew, gdy do niej podszedłem. – Lub przynajmniej wymuszona podróż i jej okoliczności.

– Miło, że zrozumiałeś – mruknęła, kiedy zbliżyłem się na tyle, by po raz pierwszy dziś zauważyć niewielki pieprzyk pod jej prawym uchem. Nie był duży i wyraźny jak u Cindy Crawford, jednak kilkakrotnie już skupiałem na nim wzrok. Być może dlatego, że wpatrywałem się w tę dziewczynę jak w żadną inną.

Kiedy przeanalizowałem jej wygląd czymś więcej niż napalonym fiutem, uświadomiłem sobie, że nie byłaodstrzelona. Wyglądała, jakby wyskoczyła prosto z łóżka i od razu po mnie przyjechała. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale po szybkich obliczeniach samego czasu jazdy wiedziałem, co musiała zrobić.

Przeniosłem wzrok z niechlujnej fryzury na jej oczy i za pomocą pojedynczego słowa spróbowałem wyrazić wdzięczność.

– Przepraszam.

Jej dzikie wyraziste brwi znów się zmarszczyły, ich przekaz nie pozostawiał miejsca na wątpliwości.

– Naprawdę – potwierdziłem. Nie chciałem wyznawać zawstydzającej prawdy, ale byłem jej dłużnikiem. – Znajomy z liceum powiedział coś, co powinienem zignorować, ale tego nie zrobiłem, a nie wiedziałem, do kogo zadzwonić. Byłem na imprezie z okazji czterdziestej rocznicy ślubu moich rodziców, ale nawet gdyby nie świętowali, i tak bym ich nie powiadomił.

– A Kline? – zasugerowała, patrząc w dół i po raz pierwszy zauważając moje poranione dłonie.

Przewróciłem oczami i przemilczałem fakt, że tylko jej numer znałem na pamięć. Szalone pomysły Cassie Phillips nie potrzebowały tego rodzaju paliwa.

– Ostatnim razem, gdy zadzwoniłem do Kline’a w środku nocy, odgrażał się, że amputuje mi najpiękniejszą część ciała. Przewyższam go wzrostem i wagą, ale typ jest sprytny. Znalazłby na to sposób.

– A Wes? – naciskała.

Pokręciłem głową.

– Jest na Zachodnim Wybrzeżu. Pojechał rekrutować.

Cała się wyprostowała i po raz pierwszy spojrzałem na jej koszulkę. Był to całkowicie niedorzeczny produkt firmy, w której posiadałem czterdzieści procent udziałów. Zapanowałem nad uśmiechem, a ona zapytała:

– Gdzie?

– Co? – dociekałem zdezorientowany. Nie potrafiłem wyłuskać sensu, ale niezbyt skupiałem się na tej rozmowie.

– Kogo? Jak? Dlaczego? – mamrotała, irytując się coraz bardziej. – Gdzie, jak, na jakiej uczelni, szajbusie?

Czułem się, jakbym brał udział w zgadywance. Wiedziałem, że nie wpuści mnie do samochodu, jeśli nie podam prawidłowej odpowiedzi. I choć bardzo mi się nie podobał ten pieprzony fiacik, chciałem jak najszybciej się w nim znaleźć.

– Nie wiem – rzuciłem ostrożnie, drapiąc się po głowie. Z pewnością nie pogardziłbym prysznicem. – Wydaje mi się, że wybierał się na kilka dni.

Prychnęła, otworzyła drzwi, wsiadła do auta i trzasnęła nimi, pozostawiając mnie w oszołomieniu.

Po trzech sekundach szoku zmusiłem się do ruchu, obiegłem autko, otworzyłem drzwi i wpakowałem do środka masywną sylwetkę, składając się przy tym jak scyzoryk. Nie miałem wątpliwości, że ta szalona kobieta mogła przejechać cały dystans tylko po to, by teraz odjechać beze mnie.

– Co zrobiłem nie tak? – zapytałem, gdy nawet na mnie nie spojrzała. Nie byłem ekspertem, ale raz czy dwa widziałem już wkurzoną kobietę. Łowiłem wtedy informacje, by uniknąć tego w przyszłości. Niestety nie udało mi się jeszcze znaleźć w tym wzoru.

– Zadzwoniłeś do mnie w środku nocy i kazałeś jechać przez cały stan! – warknęła.

– Nie – odparłem. – To wiem. Chodziło mi o to, gdy rozmawialiśmy o Wesie.

– Uderzyłabym go? – zapytała znienacka.

Niestety dzisiaj nie nadawaliśmy na tych samych falach. Wydawało mi się, że mówiliśmy o dwóch różnych rzeczach.

– Kogo? Wesa?

– Nie! Gnoja, któremu przywaliłeś! Uderzyłabym go?

Mimowolnie roześmiałem się na to wyobrażenie. Cassie daleko było do wagi ciężkiej, ale zobaczyłem w myślach, że Johnny i tak skończyłby na ziemi.

– Na długo wcześniej niż ja.

Przytaknęła.

– Niech ci będzie, wybaczam. – Wycofała z łatwością i wyjechała z parkingu, skręcając w stronę, z której musiała przyjechać.

Uśmiechnąłem się na jej słowa. Nie wytknąłem jej jednak, że nie prosiłem o wybaczenie.

– Chcę tylko wrócić do miasta, by wskoczyć do łóżka. Brak mi dzisiaj jakichś ośmiu godzin snu.

– Eee – mruknąłem, krzywiąc się. – Właściwie musisz mnie zawieźć do baru.

– Baru? – Samochodem lekko zakołysało, gdy oderwała spojrzenie od drogi i skierowała je na mnie. Z chęcią złapałbym za podłokietnik w drzwiach.

– Do miejsca popełnienia wczorajszego przestępstwa – wyjaśniłem z szorstkim śmiechem. – Zostawiłem tam samochód, który muszę odprowadzić do rezydencji Kellych.

Cassie jęknęła, ale w końcu skręciła, gdzie wskazałem, choć nie powiedziałem nic więcej. Jechaliśmy w ciszy przez jakieś dwie minuty, nim zdjęła rękę z kierownicy i przeczesała palcami włosy. Zaczęła ziewać, ale próbowała nad tym zapanować, przez co jej twarz dziwacznie się wykrzywiła. W mojej piersi coś zawibrowało na ten widok.

– Zmęczona?

Przytaknęła pięć sekund przed tym, jak powiedziała:

– Tak. Powinieneś już o tym wiedzieć, ale w razie, gdyby ci umknęło, powiem, że sen i ja jesteśmy nierozłączni. No wiesz, jak to się mówi, oddałabym za niego swoje pierworodne dziecko.

Kiwnąłem głową, ale uświadomiłem sobie, że nie patrzy na mnie.

– Tak.

– Cóż, kiedy będę mieć dzieci, zostaną poświęcone za sen.

Roześmiałem się.

– Z tego co słyszałem, dzieci to synonim braku snu.

– Cholera, więc może w ogóle nie będę ich miała.

– Nie, musisz tylko mieć je z kimś, kto może się obejść bez snu. Taka wymiana.

Zerknęła na mnie zaskoczona, a samochodem znów zakołysało. Próbując jej tego nie wytknąć, powiedziałem jedyne, co przyszło mi do głowy:

– Chcesz, żebym poprowadził?

Pokręciła głową i tym razem nie udało jej się powstrzymać ziewania.

– Wczoraj twoi rodzice obchodzili czterdziestą rocznicę ślubu?

– Tak.

– Było wiele samotnych lasek wśród gości? – droczyła się.

Zobaczyłem, że mam na spodniach kroplę zaschniętej krwi. Próbowałem ją zdrapać, choć dobrze wiedziałem, że nie zejdzie. Mój umysł powoli przetwarzał jej pytanie, ale odpowiedź nieznacznie mnie zaskoczyła, gdy się w końcu uformowała. Równie dobrze na przyjęciu mogło nie być żadnych kobiet, bo i tak bym ich nie zauważył.

– Impreza nie była huczna, ale rodzicom się podobała i tylko to się dla mnie liczyło.

– Zgaduję, że telefon od syna z lokalnego aresztu by to storpedował.

Roześmiałem się, bo nie miała nawet pieprzonego pojęcia, jak bardzo miała rację.

– Tak, w ciągu całego życia i tak narobiłem im kłopotów.

Kiedy przyjechaliśmy w pobliże baru, wskazałem jej wjazd na parking.

– To tutaj.

Pochyliła się, by lepiej się przyjrzeć i prychnęła.

– Lepki Ogórek? – Z ziemi wyrastał wielki baner z tą właśnie nazwą.

Uśmiechnąłem się.

– Tak.

– Dobry Boże, Thatcher. Mało, że nie potrafisz zapanować nad wzwodem, to to kojarzy się jeszcze z lepkim penisem. Czy to się kiedyś skończy? – zapytała, trzęsąc się ze śmiechu. Luźne pasma włosów opadły na jej rozbawione oczy, które marszczyły się w kącikach, zupełnie jak jej usta. Na środku wargi błyszczała wilgoć po nieumyślnym ruchu języka.

Poczułem pulsowanie w kroczu.

O Jezu.

Kiedy z niepohamowaną fascynacją wpatrywałem się w nią, nawet nie pomyślałem, żeby skłamać. Zapanować przy niej nad wzwodem?

– Niemożliwe.

***

Po odwiezieniu mojego cholernie fajnego Chevroleta Nova SS z sześćdziesiątego czwartego, wróciliśmy na trasę. Chciałem zaprosić Cassie do domu rodziców, ale wystarczył rzut oka na jej koszulkę i powiązanie z jej wczesną wizytą, by wiedzieć, że odmówi.

– Nie ma mowy, że stanę przed twoimi rodzicami w koszulce mówiącej, że lubię pieścić swoje futro, zanim ty będziesz miał tę przyjemność – powiedziała. Już miałem zapytać, czy to oznacza, że istniała ku temu szansa, ale pomyślałem, by trzymać język za zębami.

Wolałem, by nieświadomie wpadła w moją pułapkę.

Ostatecznie podjęła właściwą decyzję. Po nocy pełnej wrażeń moi rodzice wciąż spali. Pożegnałem się szybko i przeprosiłem, następnie zostawiłem ich nieświadomych mojego dramatycznego wieczoru.

– Całe szczęście – jęknęła ponownie Cassie, gdy wjechaliśmy na most na rzece Hudson.

W każdym innym miejscu i czasie jej jęk spowodowałby zapewne, że mój ogonek machałby ochoczo, ale nie w tej chwili.

Miałem mocny skurcz w lewym udzie, a kolana nieomal przyrosły mi do klatki piersiowej, mimo to udało mi się spojrzeć na zegarek, by stwierdzić, że nie mam wyjścia i muszę prosić pięknego szofera, by wykonał kolejny objazd w tej cholernej parodii samochodu.

Po nocy spędzonej w potrzasku zrobiłbym wszystko, by uciec, ale czekała na mnie dziewczynka z wielkimi oczami i jeszcze większym sercem, więc musiałbym być martwy lub konający, by ją zawieść.

– Eee, Cass?

– Czego? – warknęła. Jej spojrzenie było niemal ucieleśnieniem zła całego wszechświata.

Przygryzłem dolną wargę, aby się nie śmiać, i spojrzałem przez szybę w drzwiach, by nie zobaczyła moich rozciągniętych ust.

– Wiem, że nie jesteś szczęśliwa z powodu mojego towarzystwa…

– Niedopowiedzenie – podkreśliła.

– Ale wydaje mi się, że mam skurcz fiuta. Może nie lubisz tego mojego, ale chyba w ogóle je lubisz, co?

Zmrużyła oczy, zastanawiając się nad moimi słowami. Chciała mnie zignorować, ale nie potrafiła zanegować uwielbienia fujarek.

– Czego chce twój wzwód, Thatcher? – zapytała zaciekawiona.

Nie potrafiąc dłużej ukrywać śmiechu, przedstawiłem swoją wersję prawdy, choć opakowałem ją we flirt, próbując rozproszyć Cass.

– Och, kociaku, zapewniam, że pragnie bardzo wiele, sporo nawet od ciebie, ale tak właściwie nie przystawiam się, nie próbuję obrazić twojej inteligencji i nie proszę twoich cycków, by dotrzymały towarzystwa mojej erekcji.

– Nie rozumiem. Czego innego mógłbyś chcieć? – droczyła się. Parsknąłem śmiechem, ponieważ po raz pierwszy i jako jedyna znana mi kobieta nie zabrzmiała poważnie, gdy to powiedziała. Mówiła, jakby nie sądziła, by moja inteligencja kończyła się na żołędzi mojegopenisa. Ta gadka szmatka i odniesienia do wzwodu stanowiły tylko przykrywkę dla wszystkiego, co pod spodem. Wydawało się, że Cass to widzi – bez zanurzania się czy zachęcania do wyjaśnień – a to nie było normą. Większość ludzi nigdy nie dowiadywało się, co leżało pod powierzchnią osobowości innych. Trzymali się najsilniejszej cechy ujawnionej przy pierwszym spotkaniu, bo byli leniwi i mieli uprzedzenia i oczekiwania. Może coś związanego z apetytem Cassie na nowe doświadczenia sprawiało, że chciała szukać głębiej niż reszta.

– Proszę – nalegałem, widząc w oddali zjazd, w który powinienem skręcić. – Zjedź tylko tam i zawieź mnie kilka przecznic dalej.

– Nie wiem, gdzie jadę… – zaczęła, ale natychmiast jej przerwałem, by nie zdążyła tego przemyśleć.

– Ale ja wiem. Cały czas tu przyjeżdżam. Powiem ci, gdzie się kierować. Wszyscy będą zadowoleni. Rozprostuję nogi i kupię ci w nagrodę paczkę Cheetosów.

– I dietetyczny Mountain Dew.

Bingo. Znalazłem szczelinę w jej pancerzu.

– Tak – zgodziłem się. – I Mountain Dew.

– Dietetyczny! – poprawiła.

– Tak. Dietetyczny. Przyrzekam. Przynajmniej póki cycki ci nie schudną.

Uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– Sorry, stary, ale cycki zawsze lecą jako pierwsze.

Normalny napój, pomyślałem. Definitywnie kupię normalny.

– Skręć w prawo – poinstruowałem, gdy zbliżaliśmy się do zjazdu.

Jednak kiedy byliśmy już prawie na końcu drogi, spodziewałem się, że samochód przynajmniej zwolni, ale tak się nie stało. Jadąc jakieś osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, Cassie włączyła się do ruchu na kolejnej ulicy i nie zwolniła, nawet gdy zacząłem się wydzierać.

– Jezus Maria! Pogięło cię?! Dlaczego się tam nie zatrzymałaś?! – wrzeszczałem, zerkając za ramię i tym razem bezwstydnie chwytając za podłokietnik w drzwiach.

– O. Chciałeś, bym się zatrzymała? – zapytała, drwiąc i udając niewiniątko. – Nie powiedziałeś, że mam się zatrzymać. Powiedziałeś jedynie „skręć w prawo”.

Do diabła, ależ była walnięta!

– Zatrzymanie się sugerował wielki znak stopu!

Szczerzyła zęby jak geniusz zła.

–