Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 796 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 38 min Lektor: Jan Peszek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 38 min Lektor: Jan Peszek

Opis ebooka Zaklinacz deszczu - John Grisham

Rudy Baylor kończy właśnie studia prawnicze. Marzy o praktyce zawodowej w renomowanej firmie, ale w Memphis – mieście, w którym jest zbyt wielu prawników – nie ma chętnych, by zatrudnić nowicjusza nawet za symboliczne wynagrodzenie. Bez pracy, pieniędzy, konta bankowego, ścigany przez wierzycieli, z grożącą mu eksmisją – ma tylko jedno wyjście: otworzyć własną kancelarię. Jego pierwszymi klientami są rodzice chorego na białaczkę chłopca, Donny`ego Raya Blacka. Donny umiera, ponieważ firma ubezpieczeniowa Great Benefit, bez podania prawdziwych przyczyn, odmówiła sfinansowania operacji przeszczepu szpiku kostnego, która mogła uratować mu życie. Świeżo upieczony adwokat, który nigdy nie miał klienta i nie uczestniczył w procesie przed ławą przysięgłych, pozywa ubezpieczyciela o  dziesięć milionów dolarów. Pozwanej firmy broni najlepsza kancelaria w Memphis, na czele z legendarnym Leo F. Drummondem, najbardziej aroganckim, najlepiej opłacanym prawnikiem w całym stanie. Baylor kontra Drummond to niczym pojedynek Dawida z Goliatem. Ale cuda zdarzają się nawet na sali sądowej...

Opinie o ebooku Zaklinacz deszczu - John Grisham

Fragment ebooka Zaklinacz deszczu - John Grisham

Wydanie elektroniczne

John Gri­sham

Au­tor 28 po­wie­ści (w tym trzech dla mło­dzie­ży), fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­ta­żu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książ­ki uka­zu­ją się w 40 ję­zy­kach, a ich łącz­ny na­kład osią­gnął 275 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Aż dzie­więć po­wie­ści Gri­sha­ma zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­sti­żo­wą na­gro­dę li­te­rac­ką Har­per Lee Pri­ze.

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘ­ZIEN­NY PRAW­NIK

CA­LI­CO JOE

NIE­WIN­NY CZŁO­WIEK

RA­PORT PE­LI­KA­NA

KO­MO­RA

OSTAT­NI SĘ­DZIA PRZY­SIĘ­GŁY

PO­DA­RUJ­MY SO­BIE ŚWIĘ­TA

CZAS ZA­BI­JA­NIA

TRE­NER

UŁA­SKA­WIE­NIE

The­odo­re Bo­one

OSKAR­ŻO­NY

AK­TY­WI­STA

www.jgri­sham.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu: THE RA­IN­MA­KER

Co­py­ri­ght © John Gri­sham 1995

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof Ob­łuc­ki & Lech Z. Żo­łę­dziow­ski 2012

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Kon­sul­ta­cja praw­ni­cza: prof. Ta­de­usz To­ma­szew­ski

Zdję­cie na okład­ce: bi­ker­lon­don/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7659-495-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję ame­ry­kań­skim ad­wo­ka­tom

Podziękowania

Na każ­dym kro­ku przy pi­sa­niu tej książ­ki po­ma­gał mi Will Den­ton, wy­bit­ny ad­wo­kat z Gul­fport w sta­nie Mis­si­si­pi. Will z ogrom­nym za­an­ga­żo­wa­niem wal­czył w sa­lach są­do­wych przez dwa­dzie­ścia pięć lat o pra­wa kon­su­men­tów, sza­rych lu­dzi. Jego są­do­we zwy­cię­stwa są le­gen­dar­ne, a kie­dy sam by­łem praw­ni­kiem, chcia­łem stać się kimś ta­kim jak Will Den­ton. Udo­stęp­nił mi swo­je sta­re akta, od­po­wie­dział na licz­ne py­ta­nia i na­wet zro­bił ko­rek­tę rę­ko­pi­su.

Jim­mie Ha­rvey jest przy­ja­cie­lem i do­sko­na­łym le­ka­rzem z Bir­ming­ham w sta­nie Ala­ba­ma. Cier­pli­wie pro­wa­dził mnie przez la­bi­rynt pro­ce­dur me­dycz­nych. Pew­ne frag­men­ty tej książ­ki są po­zba­wio­ne błę­dów i na­da­ją się do czy­ta­nia wła­śnie dzię­ki nie­mu.

Dzię­ku­ję.

Rozdział 1

Moja de­cy­zja, by zo­stać praw­ni­kiem, sta­ła się nie­odwo­łal­na, kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że oj­ciec nie­na­wi­dzi ad­wo­ka­tów. By­łem nie­po­zbie­ra­nym na­sto­lat­kiem, za­wsty­dzo­nym wła­sną nie­zdar­no­ścią, sfru­stro­wa­nym ży­ciem, prze­ra­żo­nym doj­rze­wa­niem. Oj­ciec za nie­sub­or­dy­na­cję chciał mnie wy­słać do szko­ły woj­sko­wej. Był kie­dyś ko­man­do­sem i wie­rzył, że chłop­cy po­win­ni do­ra­stać przy wtó­rze trza­sku bi­cza. Ja zaś wy­ra­sta­łem na py­ska­cza, mia­łem wstręt do dys­cy­pli­ny, dla­te­go po­zby­cie się mnie z domu uznał za naj­prost­sze roz­wią­za­nie. To było w la­tach, za­nim mu wy­ba­czy­łem.

Przez sie­dem­dzie­siąt go­dzin ty­go­dnio­wo pra­co­wał jako in­ży­nier w za­kła­dach pro­du­ku­ją­cych mię­dzy in­ny­mi dra­bi­ny. Po­nie­waż dra­bi­ny są nie­bez­piecz­ne, jego fir­ma czę­sto była po­zy­wa­na do sądu. A jako że zaj­mo­wał się pro­jek­to­wa­niem, naj­czę­ściej wła­śnie on skła­dał ze­zna­nia i wy­stę­po­wał w imie­niu za­kła­dów na pro­ce­sach. Nie mogę po­wie­dzieć, że mam mu za złe nie­na­wiść do praw­ni­ków, nie­mniej za­czą­łem ich po­dzi­wiać, po­nie­waż bar­dzo uprzy­krza­li mu ży­cie. Uże­rał się z nimi przez osiem go­dzin, a po­tem, gdy tyl­ko wró­cił do domu, pił mar­ti­ni. Żad­nych po­wi­tań. Żad­nych uści­sków. Żad­nych obia­dów. Tyl­ko mniej wię­cej go­dzi­na wy­rze­ka­nia, gdy za­ła­twiał ko­lej­ne drin­ki, a póź­niej pa­dał nie­przy­tom­ny na roz­kła­da­ny fo­tel. Je­den z pro­ce­sów trwał trzy ty­go­dnie, a kie­dy skoń­czył się wy­ro­kiem bar­dzo nie­ko­rzyst­nym dla jego fir­my, mat­ka za­dzwo­ni­ła po le­ka­rza i na mie­siąc umie­ści­li go w szpi­ta­lu.

Po ja­kimś cza­sie jego fir­ma zban­kru­to­wa­ła i oczy­wi­ście winą za to obar­cza­no praw­ni­ków. Na­wet raz nie usły­sza­łem sło­wa o tym, że do jej upad­ku mo­gło się przy­czy­nić złe za­rzą­dza­nie.

Wóda sta­ła się ży­ciem ojca, wpadł w de­pre­sję. Przez całe lata nie miał sta­łej pra­cy, co na­praw­dę mnie wku­rza­ło, bo mu­sia­łem przez to ro­bić za kel­ne­ra i do­star­czać piz­zę, żeby ja­koś prze­brnąć przez col­le­ge. O ile pa­mię­tam, w cią­gu tam­tych czte­rech lat na­uki roz­ma­wia­łem z nim dwa razy. W dniu, kie­dy do­wie­dzia­łem się, że zo­sta­łem przy­ję­ty na wy­dział pra­wa, wró­ci­łem dum­ny do domu z tą wspa­nia­łą no­wi­ną. Mat­ka po­wie­dzia­ła mi póź­niej, że oj­ciec przez ty­dzień nie wsta­wał z łóż­ka.

Dwa ty­go­dnie po moim trium­fal­nym po­wro­cie do domu, kie­dy zmie­niał ża­rów­kę w spi­żar­ni (przy­się­gam, że to praw­da), prze­wró­ci­ła się dra­bi­na i upadł na gło­wę. Przez rok le­żał w śpiącz­ce w domu opie­ki, za­nim ktoś się zli­to­wał i w koń­cu go odłą­czył.

Kil­ka dni po po­grze­bie wspo­mnia­łem, że mo­gli­by­śmy wy­to­czyć pro­ces z tego po­wo­du, ale mat­ka nie chcia­ła o tym sły­szeć. Za­wsze po­dej­rze­wa­łem, że kie­dy spadł, nie był trzeź­wy. No i nie miał żad­nych do­cho­dów, więc z per­spek­ty­wy na­sze­go wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści jego war­tość eko­no­micz­na była prak­tycz­nie żad­na.

Mat­ka do­sta­ła w su­mie pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów z ubez­pie­cze­nia na ży­cie i fa­tal­nie tra­fi­ła, wy­cho­dząc po­wtór­nie za mąż. Mój oj­czym to pro­stak, eme­ry­to­wa­ny urzęd­nik pocz­to­wy z To­le­do. Więk­szość cza­su spę­dza­ją na par­kie­tach do tań­ca i na po­dró­żo­wa­niu kam­pe­rem Win­ne­ba­go. Trzy­mam się od nich z da­le­ka. Mat­ka nie za­pro­po­no­wa­ła mi ani cen­ta, po­wie­dzia­ła, że to wszyst­ko, co ma na przy­szłość, a po­nie­waż udo­wod­ni­łem, że w su­mie do­brze so­bie ra­dzę, ży­jąc bez pie­nię­dzy, uzna­ła, że nie musi mi po­ma­gać. Cze­ka mnie wspa­nia­ła przy­szłość, kie­dy to będę za­ra­biał pie­nią­dze, cze­go nie moż­na po­wie­dzieć o niej, ar­gu­men­to­wa­ła. Je­stem pew­ny, że Hank, jej nowy mąż, do­ra­dzał jej po ci­chu w spra­wach fi­nan­so­wych. Na­sze ścież­ki, Han­ka i moja, kie­dyś jesz­cze się prze­tną.

Stu­dia praw­ni­cze skoń­czę w maju, za mie­siąc od tej chwi­li, a w czerw­cu przy­stą­pię do eg­za­mi­nu ad­wo­kac­kie­go. Nie koń­czę na­uki z wy­róż­nie­niem, choć je­stem w czo­łów­ce mo­je­go roku. Moim je­dy­nym spryt­nym po­su­nię­ciem pod­czas trzech lat stu­diów było za­li­cze­nie trud­nych przed­mio­tów na sa­mym po­cząt­ku, więc przez ostat­ni se­mestr mogę się obi­jać. Za­ję­cia, ja­kie mam tej wio­sny, to kpi­na: pra­wo spor­to­we, pra­wo au­tor­skie, wy­bra­ne za­gad­nie­nia z Ko­dek­su Na­po­le­ona i mój ulu­bio­ny przed­miot, praw­ne pro­ble­my osób star­szych.

Wła­śnie z po­wo­du tego ostat­nie­go przed­mio­tu sie­dzę te­raz na zde­ze­lo­wa­nym krze­śle przy li­chym skła­da­nym sto­li­ku w dusz­nym bu­dyn­ku peł­nym wszel­kie­go ro­dza­ju se­nio­rów, jak lu­bią być na­zy­wa­ni. Ręcz­nie na­pi­sa­na ta­blicz­ka nad je­dy­ny­mi wi­docz­ny­mi drzwia­mi gór­no­lot­nie okre­śla to miej­sce jako Dom Se­nio­ra „Cy­pry­so­we Ogro­dy”, choć poza na­zwą nie ma tu śla­du ja­kiej­kol­wiek ro­ślin­no­ści czy kwia­tów. Ścia­ny są sza­re i gołe, poza sta­rym wy­bla­kłym zdję­ciem Ro­nal­da Re­aga­na w rogu, sto­ją­cym mię­dzy dwo­ma smut­ny­mi cho­rą­giew­ka­mi – jed­ną ame­ry­kań­ską, dru­gą sta­nu Ten­nes­see. Bu­dy­nek jest mały i przy­gnę­bia­ją­cy, wszyst­ko wska­zu­je na to, że zbu­do­wa­no go w ostat­niej chwi­li, żeby wy­ko­rzy­stać nie­wiel­ką sumę nie­ocze­ki­wa­nie wy­go­spo­da­ro­wa­ną z fun­du­szy fe­de­ral­nych. Boję się spoj­rzeć na tłum sta­rusz­ków przy­bli­ża­ją­cych się cen­ty­metr po cen­ty­me­trze na skła­da­nych krze­seł­kach, dla­te­go ba­zgrzę coś w no­te­sie.

Musi być ich z pięć­dzie­siąt­ka, w rów­nej mie­rze czar­nych, jak i bia­łych, ze śred­nią wie­ku co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt pięć lat. Nie­któ­rzy są śle­pi, kil­ka­na­ścio­ro na wóz­kach, wie­lu nosi apa­ra­ty słu­cho­we. Po­wie­dzia­no nam, że spo­ty­ka­ją się tu­taj co­dzien­nie w po­łu­dnie na go­rą­cy po­si­łek, by wy­słu­chać lub za­śpie­wać kil­ka pio­se­nek lub z po­wo­du wi­zy­ty ja­kie­goś zde­spe­ro­wa­ne­go po­li­ty­ka star­tu­ją­ce­go w wy­bo­rach. Po paru go­dzi­nach ży­cia to­wa­rzy­skie­go wra­ca­ją do do­mów i li­czą mi­nu­ty, kie­dy zno­wu będą mo­gli tu przyjść. Nasz pro­fe­sor po­wie­dział, że to naj­więk­sze wy­da­rze­nie w ich sza­rej co­dzien­no­ści.

Po­peł­ni­li­śmy okrop­ny błąd, zja­wia­jąc się tam w po­rze lun­chu. Na­szą czwór­kę po­sa­dzo­no w rogu ra­zem z opie­ku­nem, pro­fe­so­rem Smo­otem, i uważ­nie na nas pa­trzo­no, gdy kła­dli­śmy so­bie na ta­le­rze gu­mo­wa­te­go kur­cza­ka i gro­szek. Tra­fi­ła mi się żół­ta ga­la­ret­ka, co zo­sta­ło na­tych­miast za­uwa­żo­ne przez bro­da­te­go sta­re­go capa o imie­niu Bo­sco, na­ba­zgra­nym na pla­kiet­ce z na­pi­sem „Cześć, na­zy­wam się…” przy­pię­tej nad kie­sze­nią brud­nej ko­szu­li. Bo­sco wy­mam­ro­tał coś o ga­la­ret­ce, a ja szyb­ko chcia­łem mu ją od­dać ra­zem z por­cją kur­cza­ka, ale pani Bir­die Bird­song zga­ni­ła go i szorst­ko po­pchnę­ła na krze­sło. Pani Bird­song ma oko­ło osiem­dzie­siąt­ki, ale jest bar­dzo dziar­ska, jak na swój wiek, i w tej spo­łecz­no­ści peł­ni funk­cję mat­ki, ty­ra­na i bram­ka­rza. Pa­nu­je nad tłu­mem ni­czym sze­fo­wa we­te­ran­ka służb ochro­niar­skich, obej­mu­je ich, po­kle­pu­je i uci­na so­bie po­ga­dusz­ki z in­ny­mi ma­ły­mi sta­ro­win­ka­mi o nie­bie­skich wło­sach, śmie­je się gło­śno i pi­skli­wie, ale przez cały czas nie spusz­cza czuj­ne­go wzro­ku z Bo­sco, któ­ry bez wąt­pie­nia jest za­ka­łą tej gro­mad­ki. Pal­nę­ła mu ka­za­nie za uwa­gi o mo­jej ga­la­ret­ce, a se­kun­dę póź­niej po­sta­wi­ła przed nim całą mi­skę z żół­tą bre­ją. Aż po­kra­śniał. Zjadł ga­la­ret­kę krót­ki­mi pa­lu­cha­mi.

Mi­nę­ła go­dzi­na. Lunch trwał, jak­by te wy­głod­nia­łe isto­ty uczto­wa­ły, ma­jąc przed sobą sie­dem dań i żad­nej na­dziei na na­stęp­ny po­si­łek. Ich trzę­są­ce się wi­del­ce i łyż­ki po­ru­sza­ły się w tę i z po­wro­tem, w górę i w dół, do ust i z ust ni­czym sztuć­ce pla­te­ro­wa­ne cen­nym krusz­cem. Tu nikt z ni­czym się nie li­czył. Wrzesz­cze­li na sie­bie, kie­dy po­ru­szy­ło ich ja­kieś sło­wo. Upusz­cza­li je­dze­nie na pod­ło­gę, a ja nie mo­głem już znieść tego wi­do­ku. Zja­dłem na­wet moją por­cję ga­la­ret­ki. Bo­sco, nadal pa­zer­ny, ob­ser­wo­wał mój każ­dy ruch. Pani Bir­die po­my­ka­ła po sali i świer­go­ta­ła o tym i owym.

Pro­fe­sor Smo­ot, ja­jo­gło­wy nie­zda­ra z prze­krzy­wio­ną musz­ką, gę­stwą wło­sów i w czer­wo­nych szel­kach, sie­dział z wy­ra­zem twa­rzy usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne­go czło­wie­ka, któ­ry wła­śnie skoń­czył do­sko­na­ły po­si­łek i z za­chwy­tem po­dzi­wia wszyst­ko, co się dzie­je. To po­czci­wy czło­wiek, tro­chę po pięć­dzie­siąt­ce, ale o na­wy­kach bar­dzo bli­skich Bo­sco i jego kum­plom. Od dwu­dzie­stu lat wy­kła­dał bez­stre­so­we przed­mio­ty, któ­rych nikt inny nie chciał pro­wa­dzić i tyl­ko garst­ka stu­den­tów chcia­ła się ich uczyć. Pra­wa dziec­ka, pra­wa osób nie­peł­no­spraw­nych… pro­wa­dził se­mi­na­ria na te­mat prze­mo­cy w kra­ju, pro­ble­mów osób cho­rych psy­chicz­nie i uczył, rzecz ja­sna, pra­wa sta­ru­chów, jak na­zy­wa­no ten przed­miot za jego ple­ca­mi. Zgło­sił raz pro­po­zy­cję przed­mio­tu o na­zwie pra­wa nie­na­ro­dzo­nych pło­dów, ale wy­wo­ła­ło to taką bu­rzę kon­tro­wer­sji, że pro­fe­sor bar­dzo szyb­ko wziął urlop na­uko­wy.

Na pierw­szych za­ję­ciach wy­ja­śnił, że ce­lem jego przed­mio­tu jest zbli­że­nie nas do praw­dzi­wych lu­dzi z rze­czy­wi­sty­mi pro­ble­ma­mi praw­ny­mi. Był zda­nia, że wszy­scy mło­dzi lu­dzie roz­po­czy­na­ją stu­dia praw­ni­cze z pew­ną dozą ide­ali­zmu i chę­cią słu­że­nia spo­łe­czeń­stwu, ale po trzech la­tach bru­tal­nej ry­wa­li­za­cji za­le­ży im już tyl­ko na do­brej po­sa­dzie w od­po­wied­niej kan­ce­la­rii, gdzie po sied­miu la­tach moż­na zo­stać wspól­ni­kiem i za­ra­biać dużo for­sy. I miał co do tego ab­so­lut­ną ra­cję.

Jego wy­kła­dy nie są po­pu­lar­ne i po­cząt­ko­wo przy­cho­dzi­ło na nie je­de­na­stu stu­den­tów. Po mie­sią­cu nud­nych za­jęć ze Smo­otem i cią­głym na­wo­ły­wa­niu do wy­rze­cze­nia się pie­nię­dzy i do pra­cy za dar­mo na­sza garst­ka zmniej­szy­ła się do czte­rech osób. To bez­war­to­ścio­wy przed­miot, do­da­ją­cy je­dy­nie dwie go­dzi­ny do wy­ma­ga­nej licz­by za­jęć, ale nie­wy­ma­ga­ją­cy żad­ne­go wy­sił­ku, i to wła­śnie mnie do nie­go przy­cią­gnę­ło. Ale gdy­by zo­stał mi wię­cej niż mie­siąc, po­waż­nie wąt­pię, czy za­wra­cał­bym so­bie nim gło­wę. W tej chwi­li nie­na­wi­dzi­łem uczel­ni. I bar­dzo po­waż­nie my­śla­łem o prak­ty­ce praw­ni­czej.

To moja pierw­sza kon­fron­ta­cja z praw­dzi­wy­mi klien­ta­mi i je­stem na­praw­dę prze­ra­żo­ny. Choć ci po­ten­cjal­ni klien­ci, któ­rzy sie­dzą nie­da­le­ko, są sta­rzy i nie­do­łęż­ni, wpa­tru­ją się we mnie, jak­bym miał ogrom­ną wie­dzę. Je­stem w koń­cu pra­wie praw­ni­kiem, no­szę ciem­ny gar­ni­tur, a przede mną leży no­tes, w któ­rym ry­su­ję kół­ka i kwa­dra­ty, na twa­rzy zaś mam wy­raz in­te­li­gent­ne­go sku­pie­nia i zmarsz­czo­ne czo­ło, za­tem na pew­no po­tra­fię im po­móc. Przy na­szym skła­da­nym sto­le sie­dzi obok mnie Bo­oker Kane, czar­ny fa­cet, któ­ry jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem na wy­dzia­le. Boi się tak samo jak ja. Przed nami sto­ją zło­żo­ne kar­ty ka­ta­lo­go­we, uda­ją­ce wi­zy­tów­ki z na­pi­sa­ny­mi na nich na czar­no na­szy­mi na­zwi­ska­mi – Bo­oker Kane i Rudy Bay­lor. To ja. Obok Bo­oke­ra jest po­dium, zza któ­re­go wrzesz­czy pani Bir­die, a po dru­giej stro­nie stoi ko­lej­ny stół z iden­tycz­ny­mi wi­zy­tów­ka­mi gło­szą­cy­mi obec­ność F. Fran­kli­na Do­nald­so­na IV, na­dę­te­go pa­lan­ta, któ­ry przez całe trzy lata wpi­sy­wał ini­cjał przed imie­niem i cy­frę po na­zwi­sku. Obok nie­go sie­dzi praw­dzi­wa suka, N. Eli­za­beth Erick­son, dziew­czy­na ja­kich mało, któ­ra nosi gar­son­ki w prąż­ki, je­dwab­ne kra­wa­ty i jest strasz­li­wie prze­wraż­li­wio­na na swo­im punk­cie. Wie­lu z nas po­dej­rze­wa, że pod spodem ma su­spen­so­rium.

Smo­ot stoi za nami przy ścia­nie. Pani Bir­die czy­ta ogło­sze­nia, in­for­ma­cje ze szpi­ta­li i ne­kro­lo­gi. Drze się do mi­kro­fo­nu pod­łą­czo­ne­go do sys­te­mu na­gła­śnia­nia, któ­ry dzia­ła za­ska­ku­ją­co do­brze. Czte­ry ogrom­ne gło­śni­ki wi­szą w ro­gach sali, a jej prze­ni­kli­wy głos roz­le­ga się i dud­ni ze wszyst­kich stron. Apa­ra­ty słu­cho­we są wy­łą­cza­ne i wyj­mo­wa­ne. W tej chwi­li nikt nie śpi. Dzi­siaj były trzy ne­kro­lo­gi i kie­dy pani Bir­die wresz­cie koń­czy, wi­dzi łzy w oczach kil­ku słu­cha­czy. Boże, niech mnie coś ta­kie­go nie spo­tka. Daj mi, pro­szę, jesz­cze z pięć­dzie­siąt lat pra­cy i za­ba­wy, a po­tem na­głą śmierć pod­czas snu.

Po na­szej le­wej stro­nie przy ścia­nie oży­wia się pia­nist­ka i rzu­ca pa­pier nu­to­wy na pod­staw­kę przed sobą. Pani Bir­die uwa­ża się za ko­goś w ro­dza­ju ana­li­ty­ka po­li­tycz­ne­go i w chwi­li gdy za­czy­na po­msto­wać na pro­po­no­wa­ną pod­wyż­kę po­dat­ku od sprze­da­wa­nych to­wa­rów, pia­nist­ka ata­ku­je kla­wi­sze. Ame­ri­ca the Be­au­ti­ful – pięk­na Ame­ry­ka, my­ślę. Z lu­bo­ścią wali w kla­wi­sze jak na­wie­dzo­na, roz­le­ga­ją pierw­sze tak­ty re­fre­nu, a sta­ru­chy ła­pią śpiew­ni­ki i cze­ka­ją na pierw­szą zwrot­kę. Pani Bir­die nie tra­ci ani jed­ne­go tak­tu. Te­raz sta­ła się dy­ry­gent­ką chó­ru. Uno­si do góry ręce, klasz­cze, żeby zwró­cić na sie­bie uwa­gę, i ma­cha nimi, ge­stem za­chę­ca­jąc wszyst­kich, by wsta­li przy pierw­szych sło­wach. Ci, któ­rzy mogą, po­wo­li się pod­no­szą.

Za­wo­dze­nie cich­nie dra­ma­tycz­nie przy dru­gim wer­sie. Nie zna­ją słów, a więk­szość z tych bied­nych istot nie wi­dzi da­lej niż ko­niec wła­sne­go nosa, dla­te­go śpiew­ni­ki oka­zu­ją się bez­u­ży­tecz­ne. Usta Bo­sco za­my­ka­ją się na­gle, ale nadal nuci gło­śno, wpa­trzo­ny w su­fit.

Pia­ni­no milk­nie nie­spo­dzie­wa­nie, gdy kart­ki z nu­ta­mi spa­da­ją z pod­staw­ki i roz­sy­pu­ją się na pod­ło­dze. Ko­niec pie­śni. Wszy­scy wpa­tru­ją się w po­czci­wą pia­nist­kę, któ­ra pró­bu­je ła­pać je w po­wie­trzu, a po­tem zbie­ra z pod­ło­gi wo­kół wła­snych nóg, gdzie spa­dły.

– Dzię­ku­je­my! – pani Bir­die drze się do mi­kro­fo­nu, pod­czas gdy resz­ta na­gle sia­da na krze­słach. – Dzię­ku­je­my. Mu­zy­ka to pięk­na rzecz. Po­dzię­kuj­my Bogu za pięk­ną mu­zy­kę.

– Amen! – grzmi Bo­sco.

– Amen – do­da­je inny sta­ru­szek z tyl­ne­go rzę­du, ki­wa­jąc gło­wą.

– Dzię­ku­ję – mówi pani Bir­die. Od­wra­ca się i uśmie­cha do mnie i Bro­oke­ra.

Obaj prze­chy­la­my się przez stół i spo­glą­da­my na ze­bra­nych.

– Po­słu­chaj­cie – za­czy­na te­atral­nie pani Bir­die – na dzi­siej­szym spo­tka­niu miło nam go­ścić pro­fe­so­ra Smo­ota z jego kil­ko­ma bar­dzo in­te­li­gent­ny­mi i przy­stoj­ny­mi stu­den­ta­mi. – Ma­cha w na­szą stro­nę po­marsz­czo­ny­mi rę­ka­mi i uśmie­cha się, po­ka­zu­jąc sza­ro­żół­te zęby panu Smo­oto­wi, któ­ry po­wo­li do niej pod­szedł. – Są przy­stoj­ni, praw­da? – pyta, wska­zu­jąc nas. – Jak wie­cie, pro­fe­sor Smo­ot wy­kła­da pra­wo na uni­wer­sy­te­cie sta­no­wym w Mem­phis, gdzie stu­dio­wał mój naj­młod­szy syn, jak wie­cie, ale nie zro­bił dy­plo­mu. Pro­fe­sor od­wie­dza nas co roku z kil­ko­ma stu­den­ta­mi, któ­rzy wy­słu­cha­ją wa­szych pro­ble­mów z pra­wem i coś do­ra­dzą. Na pew­no jak za­wsze do­brze i za dar­mo, ośmie­lę się do­dać. – Od­wra­ca się i ob­da­rza Smo­ota ko­lej­nym głu­pa­wym uśmie­chem. – W imie­niu na­szej gru­py wi­tam pana po­now­nie, pro­fe­so­rze Smo­ot, w na­szych „Cy­pry­so­wych Ogro­dach”. Dzię­ku­je­my panu za za­in­te­re­so­wa­nie, ja­kie oka­zu­je pan pro­ble­mom oby­wa­te­li w star­szym wie­ku. Dzię­ku­je­my. I uwiel­bia­my pana.

Pani Bir­die scho­dzi z po­dium i za­czy­na kla­skać jak sza­lo­na, ki­wa­jąc przy tym gło­wą do ko­le­gów i ko­le­ża­nek, żeby zro­bi­li to samo, ale nikt, na­wet Bo­sco, nie pod­no­si rąk.

– Pro­fe­sor jest tu gwiaz­do­rem – mam­ro­cze Bo­oker.

– Ale przy­najm­niej go uwiel­bia­ją – od­po­wia­dam.

Sie­dzą na krze­słach od dzie­się­ciu mi­nut. Jest tuż po lun­chu i za­uwa­ży­łem kil­ka cięż­kich po­wiek. Za­nim Smo­ot skoń­czy, będą chra­pa­li.

Pro­fe­sor wcho­dzi na po­dium, po­pra­wia mi­kro­fon, od­chrzą­ku­je i cze­ka, aż pani Bir­die zaj­mie miej­sce w pierw­szym rzę­dzie.

– Po­wi­nie­neś kla­skać! – szep­cze pani Bir­die ze zło­ścią do bla­de­go męż­czy­zny, sia­da­jąc obok nie­go.

On jej nie sły­szy.

– Dzię­ku­ję, pani Bir­die – za­czy­na Smo­ot pi­skli­wie. – Za­wsze z przy­jem­no­ścią od­wie­dzam „Cy­pry­so­we Ogro­dy”. – W gło­sie sły­chać szcze­rą nutę, a ja nie wąt­pię ani tro­chę, że pro­fe­sor Ho­ward L. Smo­ot na­praw­dę czu­je się za­szczy­co­ny tym, iż może tu być w tej chwi­li, w tym bu­dyn­ku przy­pra­wia­ją­cym o de­pre­sję, przed tą smut­ną gru­pą sta­rych lu­dzi i z je­dy­ny­mi czte­re­ma stu­den­ta­mi, któ­rzy nie zre­zy­gno­wa­li z za­jęć. Smo­ot żyje dla ta­kich chwil.

Przed­sta­wia nas. Wsta­ję szyb­ko, uśmie­cham się krót­ko i sia­dam, marsz­czę czo­ło i na­da­ję twa­rzy in­te­li­gent­ny wy­raz. Smo­ot mówi o opie­ce zdro­wot­nej, cię­ciach bu­dże­to­wych, te­sta­men­tach, wy­jąt­kach od po­dat­ku, wy­ko­rzy­sty­wa­niu sta­rych lu­dzi i skład­kach na wspól­ne ubez­pie­cze­nie. Tym­cza­sem oni pa­da­ją jak mu­chy. Luki w prze­pi­sach re­gu­lu­ją­cych opie­kę spo­łecz­ną, prze­dłu­ża­ją­ce się pro­ce­du­ry le­gi­sla­cyj­ne, prze­pi­sy obo­wią­zu­ją­ce w do­mach opie­ki, pla­no­wa­nie do­ty­czą­ce spad­ków, cu­dow­ne leki – gada bez koń­ca, zu­peł­nie jak na uczel­ni. Zie­wam i też czu­ję się sen­ny. Bo­sco za­czy­na zer­kać na ze­ga­rek do­słow­nie co dzie­sięć se­kund.

Osta­tecz­nie Smo­ot do­cie­ra do pod­su­mo­wa­nia, dzię­ku­je po­now­nie pani Bir­die i jej gro­mad­ce, obie­cu­je wró­cić za rok i zaj­mu­je miej­sce przy koń­cu sto­łu. Pani Bir­die klasz­cze dwa razy, a po­tem się pod­da­je. Nikt inny się nie ru­sza. Po­ło­wa ze­bra­nych chra­pie.

Pani Bir­die ma­cha ręką w na­szym kie­run­ku i mówi do swo­jej trzód­ki:

– Oni sie­dzą tam. Są do­brzy i za dar­mo.

Po­wo­li i nie­zdar­nie zbli­ża­ją się do nas. Bo­sco jest na pierw­szej li­nii i nie ma wąt­pli­wo­ści, że nadal czu­je się ura­żo­ny z po­wo­du ga­la­ret­ki, po­nie­waż wpa­tru­je się we mnie, ale idzie do dru­gie­go koń­ca sto­łu i sia­da na krze­śle na­prze­ciw­ko wiel­ce sza­now­nej N. Eli­za­beth Erick­son. Coś mi mówi, że Bo­sco nie bę­dzie ostat­nim po­ten­cjal­nym klien­tem, któ­ry zwró­ci się o po­ra­dę praw­ną do ko­goś in­ne­go. Star­szy czar­ny męż­czy­zna de­cy­du­je się na Bo­oke­ra jako swo­je­go ad­wo­ka­ta i wy­mie­nia­ją te­raz uścisk po­nad sto­łem. Sta­ram się nie słu­chać. Coś o by­łej żo­nie i roz­wo­dzie przed trze­ma laty, któ­ry zo­stał albo nie for­mal­nie za­koń­czo­ny. Bo­oker no­tu­je jak praw­dzi­wy ad­wo­kat i słu­cha uważ­nie, jak­by do­kład­nie wie­dział, co ro­bić.

Bo­oker ma przy­najm­niej klien­ta. Przez dłu­gie pięć mi­nut czu­ję się jak głu­pek, zu­peł­nie sam, pod­czas gdy moi ko­le­dzy z gru­py szep­czą, no­tu­ją, słu­cha­ją ze współ­czu­ciem i ki­wa­ją gło­wą, za­po­zna­jąc się z pro­ble­ma­mi, któ­re są im przed­sta­wia­ne.

Moje osa­mot­nie­nie nie po­zo­sta­je nie­zau­wa­żo­ne. W koń­cu pani Bir­die się­ga do to­reb­ki, wy­cią­ga z niej ko­per­tę i nie­mal ta­necz­nym kro­kiem zbli­ża się do mo­je­go koń­ca sto­łu.

– To cie­bie na­praw­dę chcia­łam – szep­cze, przy­su­wa­jąc krze­sło do rogu sto­łu. Po­chy­la się do przo­du, ja na­chy­lam się w lewą stro­nę i do­kład­nie w tym mo­men­cie, gdy na­sze gło­wy znaj­du­ją się o parę cen­ty­me­trów od sie­bie, roz­po­czy­nam pierw­sze spo­tka­nie jako do­rad­ca praw­ny. Bo­oker zer­ka na mnie i uśmie­cha się zło­śli­wie.

Moja pierw­sza kon­sul­ta­cja praw­na. Po­przed­nie­go lata do­ra­bia­łem jako urzęd­nik w nie­wiel­kiej kan­ce­la­rii w śród­mie­ściu, za­trud­nia­ją­cej dwu­na­stu praw­ni­ków. Pła­co­no im od go­dzi­ny. Żad­nej sta­łej pen­sji. Po­zna­łem ar­ka­na sztu­ki wy­sta­wia­nia ra­chun­ków, któ­rej pierw­sza za­sa­da mówi, że ad­wo­kat spę­dza spo­ro cza­su na kon­sul­ta­cjach: kon­sul­ta­cjach z klien­ta­mi, kon­sul­ta­cjach przez te­le­fon, kon­sul­ta­cjach z praw­ni­ka­mi stro­ny prze­ciw­nej, sę­dzia­mi, wspól­ni­ka­mi, rze­czo­znaw­ca­mi od ubez­pie­czeń, urzęd­ni­ka­mi, asy­sten­ta­mi, kon­sul­ta­cjach przy lun­chu, kon­sul­ta­cjach w są­dzie, wi­zy­tach w celu kon­sul­ta­cji, na kon­sul­ta­cjach ugo­do­wych, kon­sul­ta­cjach przed roz­pra­wą są­do­wą i po roz­pra­wie są­do­wej. Wy­star­czy wy­mie­nić ro­dzaj dzia­ła­nia, a praw­nik na­tych­miast wy­my­śli dla nie­go kon­sul­ta­cyj­ną otocz­kę.

Pani Bir­die roz­glą­da się, a to dla mnie sy­gnał, żeby mó­wić ci­cho i trzy­mać gło­wę ni­sko, bo nie­za­leż­nie od tego, w ja­kiej spra­wie chce się mnie po­ra­dzić, ta spra­wa jest pie­kiel­nie po­waż­na. A to bar­dzo mi od­po­wia­da, bo nie chcę, żeby kto­kol­wiek sły­szał kiep­ską i na­iw­ną radę, jaką siłą rze­czy mu­szę jej dać w od­po­wie­dzi na jej pro­blem.

– Prze­czy­taj to – mówi, a ja bio­rę ko­per­tę i ją otwie­ram.

Al­le­lu­ja! To te­sta­ment! Ostat­nia wola Col­le­en Ja­ni­ce Bar­row Bird­song. Smo­ot mó­wił nam, że wię­cej niż po­ło­wa tych klien­tów bę­dzie chcia­ła za­opi­nio­wa­nia i może uak­tu­al­nie­nia te­sta­men­tu, co z ko­lei bar­dzo do­brze się skła­da, jako że w ze­szłym roku wszy­scy mu­sie­li­śmy za­li­czyć przed­miot o na­zwie te­sta­men­ty i spad­ki, więc te­raz czu­je­my się kom­pe­tent­ni w wy­naj­do­wa­niu pro­ble­mów. Te­sta­men­ty to cał­kiem pro­ste ro­dza­je do­ku­men­tów i może je pra­wi­dło­wo spo­rzą­dzić na­wet jesz­cze bar­dzo zie­lo­ny praw­nik.

Ten jest na­pi­sa­ny na ma­szy­nie i wy­glą­da bar­dzo for­mal­nie. Kie­dy prze­bie­gam po nim wzro­kiem, do­wia­du­ję się z dwóch pierw­szych pa­ra­gra­fów, że pani Bir­die jest wdo­wą i ma dwo­je dzie­ci oraz całe stad­ko wnu­cząt. Przy trze­cim pa­ra­gra­fie robi mi się go­rą­co, zer­kam na nią w trak­cie czy­ta­nia. Po­tem czy­tam jesz­cze raz. Ona uśmie­cha się za­do­wo­lo­na z sie­bie. Za­pis na­ka­zu­je wy­ko­naw­cy prze­ka­za­nie każ­de­mu z jej dzie­ci po dwa mi­lio­ny do­la­rów oraz po mi­lio­nie na fun­dusz po­wier­ni­czy dla każ­de­go z jej wnu­ków. Po­li­czy­łem wol­no: ośmio­ro wnu­cząt. To co naj­mniej dwa­na­ście mi­lio­nów do­la­rów.

– Czy­taj da­lej – szep­cze, jak­by na­praw­dę sły­sza­ła kal­ku­la­tor grze­cho­czą­cy mi w mó­zgu.

Klient Bo­oke­ra, sta­ry czar­ny męż­czy­zna, pła­cze te­raz i ma to coś wspól­ne­go z ja­kimś ro­man­sem, któ­ry się nie udał wie­le lat temu, i dzieć­mi, któ­re go za­nie­dbu­ją. Sta­ram się nie pod­słu­chi­wać, ale to nie­moż­li­we. Bo­oker no­tu­je za­wzię­cie i usi­łu­je igno­ro­wać jego łzy. Bo­sco śmie­je się gło­śno przy dru­gim koń­cu sto­łu.

Na pod­sta­wie pa­ra­gra­fu pią­te­go te­sta­men­tu ja­kiś ko­ściół ma do­stać trzy mi­lio­ny do­la­rów, a col­le­ge dwa mi­lio­ny. Po­tem na­stę­pu­je li­sta ob­da­ro­wy­wa­nych or­ga­ni­za­cji, za­czy­na­jąc od Sto­wa­rzy­sze­nia Dia­be­ty­ków, koń­cząc na zoo w Mem­phis, przy każ­dej zaś za­pi­sa­no sumę, z któ­rych naj­mniej­sza to pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Nie prze­sta­ję marsz­czyć czo­ła, szyb­ko do­ko­nu­ję ob­li­czeń i wy­cho­dzi mi, że pani Bir­die ma ma­ją­tek wart net­to ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­lio­nów.

Nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wia się wie­le pro­ble­mów zwią­za­nych z tym te­sta­men­tem. Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, nie jest tak opa­sły, jak w za­sa­dzie być po­wi­nien. Pani Bir­die to bo­gacz­ka, a bo­ga­ci lu­dzie nie zo­sta­wia­ją krót­kich, pro­stych te­sta­men­tów. Wolą dłu­gie, skom­pli­ko­wa­ne akty, po­wier­ni­ków i fun­du­sze po­wier­ni­cze, trans­fe­ry po­mi­ja­ją­ce po­ko­le­nia i wszel­kie­go ro­dza­ju za­gwozd­ki i roz­wią­za­nia wy­my­śla­ne i do­łą­cza­ne przez dro­gich do­rad­ców po­dat­ko­wych z du­żych kan­ce­la­rii praw­ni­czych.

– Kto to przy­go­to­wał? – py­tam. Ko­per­ta jest czy­sta i nic nie wska­zu­je na au­to­ra.

– Mój były ad­wo­kat. Już nie żyje.

To do­bra wia­do­mość. Kie­dy przy­go­to­wy­wał ten akt, do­pu­ścił się nie­do­peł­nie­nia obo­wiąz­ków.

Za­tem ta sym­pa­tycz­na drob­na ko­bie­ci­na o sza­ro­żół­tych zę­bach i dość me­lo­dyj­nym gło­sie jest war­ta dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów. I naj­wy­raź­niej nie ma praw­ni­ka. Zer­kam na nią i wra­cam do te­sta­men­tu. Nie nosi dro­gich ubrań, nie ma na so­bie bry­lan­tów ani zło­ta, wło­som też nie po­świę­ca ani cza­su, ani pie­nię­dzy. Su­kien­kę ma ba­weł­nia­ną, a ciem­no­czer­wo­ny swe­te­rek zno­szo­ny, śmia­ło mo­gła­by je ku­pić w Se­ar­sie. Swe­go cza­su wi­dzia­łem kil­ka bo­ga­tych sta­ru­szek i zwy­kle bar­dzo ła­two je za­uwa­żyć.

Te­sta­ment jest sprzed pra­wie dwóch lat.

– Kie­dy umarł pani ad­wo­kat? – py­tam te­raz już sło­dziut­kim gło­sem. Gło­wy nadal trzy­ma­my ni­sko po­chy­lo­ne, a na­sze nosy dzie­li za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów.

– W ze­szłym roku. Rak.

– I te­raz nie ma pani ad­wo­ka­ta?

– Nie by­ło­by mnie tu­taj, gdy­bym go mia­ła, chy­ba się ze mną zgo­dzisz, Rudy? W te­sta­men­cie nie ma nic skom­pli­ko­wa­ne­go, więc po­my­śla­łam, że ty mo­żesz się nim za­jąć.

Chci­wość to śmiesz­na rzecz. Pra­cę za­czy­nam pierw­sze­go lip­ca u Brod­na­xa i Spe­era, w za­sko­ru­pia­łej i ma­łej kan­ce­la­rii, gdzie wy­zy­sku­je się pra­cow­ni­ków, z pięt­na­sto­ma praw­ni­ka­mi, któ­rzy zaj­mu­ją się pra­wie wy­łącz­nie re­pre­zen­to­wa­niem firm ubez­pie­cze­nio­wych na pro­ce­sach są­do­wych. Nie jest to pra­ca, ja­kiej pra­gną­łem, ale w mia­rę roz­wo­ju sy­tu­acji Brod­nax i Spe­er pod­trzy­ma­li ofer­tę za­trud­nie­nia mnie, pod­czas gdy inni się wy­co­fa­li. Przy­pusz­czam, że po­bę­dę tam kil­ka lat, do­wiem się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, i znaj­dę coś lep­sze­go.

Czy na fa­ce­tach od Brod­na­xa i Spe­era zro­bi wra­że­nie, je­śli przyj­dę pierw­sze­go dnia pra­cy z klient­ką war­tą co naj­mniej dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów? Od razu stał­bym się za­kli­na­czem pra­wa, ja­śnie­ją­cą mło­dą gwiaz­dą, sa­mym do­ty­kiem zmie­nia­ją­cą wszyst­ko w zło­to. Może mógł­bym na­wet pro­sić o więk­szy ga­bi­net?

– Oczy­wi­ście, że mogę się tym za­jąć – od­po­wia­dam bez prze­ko­na­nia. – Tyle że, jak sama pani wie, cho­dzi tu o mnó­stwo pie­nię­dzy i ja…

– Szzz­za! – sy­czy, przy­su­wa­jąc się jesz­cze bli­żej. – Nie wspo­mi­naj o pie­nią­dzach. – Zer­ka ner­wo­wo na wszyst­kie stro­ny, jak­by po ką­tach cza­ili się zło­dzie­je. – Nie będę o nich roz­ma­wia­ła – do­da­je sta­now­czo.

– W po­rząd­ku. Mnie to nie prze­szka­dza. Ale tak so­bie my­ślę, że może za­sta­no­wi­ła­by się pani nad roz­mo­wą o tym z do­rad­cą po­dat­ko­wym.

– To samo po­wie­dział mój sta­ry ad­wo­kat, ale ja nie chcę. Dla mnie praw­nik to praw­nik, i tyle, a te­sta­ment to te­sta­ment.

– Ra­cja, ale gdy­by za­pla­no­wa­ła pani spo­sób prze­ka­zy­wa­nia spad­ku, mo­gła­by pani za­osz­czę­dzić całe tony pie­nię­dzy na po­dat­kach.

Krę­ci gło­wą, jak­bym był de­bi­lem.

– Nie za­osz­czę­dzę ani cen­ta.

– Pro­szę wy­ba­czyć, ale wy­da­je mi się, że to moż­li­we w pani przy­pad­ku.

Kła­dzie dłoń ze star­czy­mi pla­ma­mi na moim nad­garst­ku i szep­cze:

– Coś ci wy­ja­śnię, Rudy. Po­dat­ki w ogó­le mnie nie ob­cho­dzą, bo jak sam się do­my­ślasz, nie będę już żyła. Mam ra­cję?

– Tak, my­ślę, że tak. Ale co z pani spad­ko­bier­ca­mi?

– Wła­śnie dla­te­go przy­szłam do cie­bie. Je­stem wście­kła na mo­ich spad­ko­bier­ców i chcę ich usu­nąć z te­sta­men­tu. Obu sy­nów i nie­któ­re z wnu­ków. Precz, precz, precz. Nic nie do­sta­ną, ro­zu­miesz? Zero. Ani cen­ta, ani drza­zgi z me­bla. Nic.

W jej oczach na­gle wi­dać za­wzię­tość, a wo­kół ust two­rzą się rzę­dy głę­bo­kich zmarsz­czek. Ści­ska mój nad­gar­stek, ale nie zda­je so­bie z tego spra­wy. Przez se­kun­dę pani Bir­die jest nie tyl­ko zła, ale i do ży­we­go po­ru­szo­na.

Przy dru­gim koń­cu sto­łu mię­dzy Bo­sco i N. Eli­za­beth Erick­son wy­bu­cha kłót­nia. Bo­sco gło­śno i do­bit­nie wy­rze­ka na opie­kę me­dycz­ną, sys­tem ubez­pie­czeń spo­łecz­nych i re­pu­bli­ka­nów w ogó­le, ona zaś wska­zu­je kart­kę i usi­łu­je mu wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go ra­chun­ki nie­któ­rych le­ka­rzy nie są re­fun­do­wa­ne. Smo­ot wsta­je wol­no z krze­sła i pod­cho­dzi do koń­ca sto­łu, by za­py­tać, czy może im ja­koś po­móc.

Klient Bo­oke­ra sta­ra się roz­pacz­li­wie wziąć w kar­by, ale po jego po­licz­kach pły­ną łzy, Bo­oker z ko­lei za­czy­na się de­ner­wo­wać. Za­pew­nia star­sze­go pana, że tak, w rze­czy sa­mej, on, Bo­oker Kane, spraw­dzi wszyst­ko i po­tem to wy­pro­stu­je. Włą­cza się kli­ma­ty­za­cja i za­głu­sza nie­któ­re roz­mo­wy. Ta­le­rze i szklan­ki ze­bra­no już ze sto­łów, w ich miej­sce po­ja­wia­ją się wszel­kie­go ro­dza­ju gry: chiń­czyk, sza­chy, re­mik i ja­kaś gra plan­szo­wa z kost­ka­mi. Na szczę­ście więk­szość tych lu­dzi przy­szła tu na lunch i po roz­ryw­ki to­wa­rzy­skie, a nie po po­ra­dę praw­ną.

– Dla­cze­go chce ich pani wy­dzie­dzi­czyć? – py­tam.

Pusz­cza moją rękę i prze­cie­ra oczy.

– Cóż, to bar­dzo oso­bi­sta spra­wa i na­praw­dę nie chcia­ła­bym się w nią za­głę­biać.

– W po­rząd­ku. Kto do­sta­je pie­nią­dze? – py­tam i na­gle czu­ję się oszo­ło­mio­ny wła­dzą, jaką mnie ob­da­rzo­no, dzię­ki któ­rej na­pi­szę sło­wa czy­nią­ce mi­lio­ne­ra­mi zwy­kłych lu­dzi. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że uśmiech, jaki jej po­sy­łam, rów­nie cie­pły co fał­szy­wy, w ża­den spo­sób jej nie ura­ził.

– Nie je­stem pew­na – mówi smut­no i roz­glą­da się, jak­by cho­dzi­ło o ja­kąś grę. – Nie je­stem pew­na, komu je dać.

Cóż, a może mi­lion dla mnie? Te­xa­co lada dzień wy­to­czy mi spra­wę o czte­ry­sta do­la­rów. Ze­rwa­łem ne­go­cja­cje z nimi i mia­łem wia­do­mo­ści od ich ad­wo­ka­ta. Wła­ści­ciel miesz­ka­nia, któ­re wy­naj­mu­ję, gro­zi mi eks­mi­sją, bo od dwóch mie­się­cy nie pła­cę czyn­szu. A ja tym­cza­sem sie­dzę tu­taj i ga­wę­dzę z naj­bo­gat­szą oso­bą, jaką po­zna­łem, oso­bą, któ­ra nie po­ży­je zbyt dłu­go i za­sta­na­wia się ra­czej roz­ba­wio­na, kto i ile po­wi­nien do­stać.

Wrę­cza mi kart­kę, na któ­rej wy­dru­ko­wa­ne są bar­dzo wy­raź­nie w wą­skich ko­lum­nach czte­ry na­zwi­ska i mówi:

– To wnu­ki, któ­re chcę chro­nić, one nadal mnie ko­cha­ją. – Za­sła­nia usta dło­nią i po­chy­la się w stro­nę mo­je­go ucha. – Daj każ­de­mu po mi­lio­nie.

Ręka mi się trzę­sie, gdy pi­szę w no­te­sie. Bach! Ot, tak, wła­śnie stwo­rzy­łem czte­rech mi­lio­ne­rów.

– A co z resz­tą? – py­tam szep­tem.

Pani Bir­die od­chy­la się gwał­tow­nie na krze­śle, pro­stu­je ple­cy i mówi:

– Ani cen­ta. Nie dzwo­nią do mnie, nie przy­sy­ła­ją mi kar­tek ani pre­zen­tów. Wy­dzie­dzi­czam ich.

Gdy­bym miał bab­cię war­tą dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów, wy­sy­łał­bym jej kwia­ty co ty­dzień, kart­ki co dru­gi dzień, cze­ko­lad­ki przy każ­dym desz­czu i szam­pa­na, gdy­by nie pa­da­ło. Dzwo­nił­bym do niej rano i dru­gi raz przed po­ło­że­niem się do łóż­ka. W każ­dą nie­dzie­lę za­bie­rał­bym ją do ko­ścio­ła i sie­dział tam z nią, ra­mię w ra­mię, w cza­sie mszy, a po­tem szli­by­śmy na brunch, a po­tem na au­kcję albo do te­atru, może wy­sta­wę czy gdzie­kol­wiek, do li­cha, bab­cia chcia­ła­by pójść. Opie­ko­wał­bym się taką bab­cią.

I roz­wa­ża­łem ro­bie­nie tego sa­me­go dla pani Bir­die.

– W po­rząd­ku – mó­wię po­waż­nie, jak­bym zaj­mo­wał się czymś ta­kim już wie­le razy. – Nic dla pani dwóch sy­nów?

– To wła­śnie po­wie­dzia­łam. Ab­so­lut­nie nic.

– Czy mogę za­py­tać, co pani zro­bi­li?

Wzdy­cha cięż­ko, jak­by to py­ta­nie ją fru­stro­wa­ło, prze­wra­ca ocza­mi, jak­by od­strę­cza­ła ją sama myśl o po­wie­dze­niu mi tego, ale za­raz po­tem opie­ra się na obu łok­ciach i po­chy­la ku mnie, żeby i tak mi o tym opo­wie­dzieć.

– No więc – szep­cze – Ran­dolph, naj­star­szy, ma pra­wie sześć­dzie­siąt­kę, wła­śnie się oże­nił po raz trze­ci z małą wy­wło­ką, któ­ra bez prze­rwy pyta o pie­nią­dze. Co­kol­wiek mu zo­sta­wię, i tak tra­fi to w jej ręce, a wo­la­ła­bym ra­czej dać coś to­bie, Rudy, niż wła­sne­mu sy­no­wi. Albo pro­fe­so­ro­wi Smo­oto­wi, albo ko­mu­kol­wiek, byle nie Ran­dol­pho­wi. Wiesz, o co mi cho­dzi?

Ser­ce mi sta­nę­ło. Cen­ty­me­try, do­słow­nie cen­ty­me­try dzie­lą mnie od osza­ła­mia­ją­cej żyły zło­ta, i to przy mo­jej pierw­szej klient­ce. Do dia­bła z Brod­na­xem i Spe­erem, i wszyst­ki­mi cze­ka­ją­cy­mi mnie kon­sul­ta­cja­mi.

– Nie może mi pani tego za­pi­sać, pani Bir­die – mó­wię i po­sy­łam jej naj­słod­szy z mo­ich uśmie­chów. Moje oczy, a praw­do­po­dob­nie rów­nież usta i nos bła­ga­ją, żeby po­wie­dzia­ła: „Mogę! Cho­le­ra! To moje pie­nią­dze i mogę je za­pi­sać, komu ze­chcę, a je­śli chcę dać je to­bie, Rudy, to, do dia­bła, są two­je!”.

Za­miast tego jed­nak mówi:

– Cała resz­ta idzie dla wie­leb­ne­go Ken­ne­tha Chan­dle­ra. Znasz go? Po­ka­zu­ją go te­raz przez cały czas w te­le­wi­zji, z Dal­las, i dzię­ki na­szym do­na­cjom robi mnó­stwo cu­dow­nych rze­czy na ca­łym świe­cie, bu­du­je domy, żywi nie­mow­lę­ta, na­ucza Bi­blii. Chcę, żeby on to do­stał.

– Te­le­wi­zyj­ny ka­zno­dzie­ja?

– Och, on jest kimś znacz­nie wię­cej niż ka­zno­dzie­ją. Jest na­uczy­cie­lem, mę­żem sta­nu, do­rad­cą, jada obia­dy z gło­wa­mi państw, wiesz, no i jest ślicz­niut­ki jak la­lecz­ka. Ma na gło­wie mnó­stwo krę­co­nych si­wych wło­sów, za wcze­śnie po­si­wiał, ale nie po­zwo­lił­by ni­ko­mu tego zmie­niać, wiesz.

– Oczy­wi­ście. Ale…

– Za­dzwo­nił do mnie wczo­raj wie­czo­rem. Dasz wia­rę? Jego głos w te­le­wi­zji ma je­dwa­bi­ste brzmie­nie, ale przez te­le­fon jest wprost uwo­dzi­ciel­ski. Wiesz, co mam na my­śli?

– Tak, przy­najm­niej tak mi się wy­da­je. Po co do pani dzwo­nił?

– Cóż, w ze­szłym mie­sią­cu, kie­dy wy­sła­łam usta­lo­ną kwo­tę za ma­rzec, któ­rą zo­bo­wią­za­łam się wpła­cić, na­pi­sa­łam krót­ką wia­do­mość, że my­ślę o zmia­nie te­sta­men­tu, bo dzie­ci się ode mnie od­wró­ci­ły i tak da­lej, i za­sta­na­wiam się nad za­pi­sa­niem ja­kiejś kwo­ty na jego dzia­łal­ność. Nie mi­nę­ły trzy dni, a za­dzwo­nił, cały on, taki słod­ki i pe­łen ży­cia, i chciał się do­wie­dzieć, ile za­mie­rzam mu za­pi­sać. Pal­nę­łam ja­kąś orien­ta­cyj­ną sumę i od tam­tej pory dzwo­ni co­dzien­nie. Po­wie­dział, że jest na­wet go­tów przy­le­cieć wła­snym le­ar­je­tem na spo­tka­nie ze mną, je­śli tak bar­dzo tego pra­gnę.

Od­ję­ło mi mowę. Smo­ot trzy­mał Bo­sco za ra­mię, pró­bo­wał go uspo­ko­ić i znów po­sa­dzić przed N. Eli­za­beth Erick­son, któ­ra w tej chwi­li prze­sta­ła być prze­wraż­li­wio­na na swo­im punk­cie i naj­wy­raź­niej za­wsty­dzo­na przez pierw­sze­go klien­ta była go­to­wa wejść pod stół. Strze­la­ła ocza­mi na wszyst­kie stro­ny, dla­te­go po­sła­łem jej krót­ki uśmiech, żeby wie­dzia­ła, że pa­trzę. Sie­dzą­cy obok niej F. Fran­klin Do­nald­son IV jest po­chło­nię­ty do­ra­dza­niem pa­rze sta­rusz­ków. Dys­ku­tu­ją o ja­kimś do­ku­men­cie, któ­ry wy­glą­da na te­sta­ment. Je­stem bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny, bo te­sta­ment, któ­ry mnie się tra­fił, na pew­no do­ty­czy znacz­nie więk­szych pie­nię­dzy niż ten, nad któ­rym on marsz­czy czo­ło.

Po­sta­na­wiam zmie­nić te­mat.

– Hm, pani Bir­die, wspo­mnia­ła pani, że ma dwo­je dzie­ci. Ran­dol­pha i…

– Tak, Del­ber­ta. O nim też niech pan za­po­mni. Od trzech lat się do mnie nie od­zy­wa. Miesz­ka na Flo­ry­dzie. Wy­dzie­dzi­czam, wy­dzie­dzi­czam, wy­dzie­dzi­czam.

Kre­ślę dłu­go­pi­sem i Del­bert tra­ci swo­je mi­lio­ny.

– Mu­szę zro­bić coś z Bo­sco – mówi na­gle i zry­wa się na rów­ne nogi. – To taki ża­ło­sny kur­du­pe­lek. Poza nami nie ma żad­nej ro­dzi­ny, żad­nych przy­ja­ciół.

– Nie skoń­czy­li­śmy – za­uwa­żam.

Pani Bir­die po­chy­la się i na­sze twa­rze znów są bar­dzo bli­sko sie­bie.

– Tak, skoń­czy­li­śmy, Rudy. Zrób, jak po­wie­dzia­łam. Po mi­lio­nie dla tam­tej czwór­ki, a resz­ta dla Ken­ne­tha Chan­dle­ra. Wszyst­ko inne po­zo­sta­je w te­sta­men­cie bez zmian, wy­ko­naw­ca, for­mal­ne zo­bo­wią­za­nia, po­wier­ni­cy, wszyst­ko zo­sta­je ta­kie samo. Pro­ste, Rudy. Cały czas to ro­bię. Pro­fe­sor Smo­ot mówi, że wró­ci­cie za dwa ty­go­dnie z ład­nie i czy­sto prze­pi­sa­ny­mi do­ku­men­ta­mi. To praw­da?

– Tak my­ślę.

– Bar­dzo do­brze. Za­tem do zo­ba­cze­nia, Rudy. – Mknie do dru­gie­go koń­ca sto­łu, ota­cza Bo­sco ra­mie­niem, a on na­tych­miast się uspo­ka­ja i wy­glą­da jak nie­wi­niąt­ko.

Stu­diu­ję te­sta­ment i ro­bię no­tat­ki. Uspo­ka­ja mnie świa­do­mość, że Smo­ot i inni pro­fe­so­ro­wie będą do­stęp­ni, żeby słu­żyć mi radą i wska­zów­ka­mi, i że mam dwa ty­go­dnie na ze­bra­nie się w so­bie i za­sta­no­wie­nie, co z tym zro­bić. Nie mu­szę się tym zaj­mo­wać, po­wta­rzam so­bie. Ta uro­cza sta­rusz­ka po­trze­bu­je lep­szej po­mo­cy, niż ja mogę jej za­ofe­ro­wać. Po­trzeb­ny jej te­sta­ment, ja­kie­go praw­do­po­dob­nie w ogó­le nie zro­zu­mie, ale któ­ry z pew­no­ścią za­do­wo­li urząd skar­bo­wy. Nie czu­ję się jak głu­pek, ra­czej jak ktoś nie­od­po­wied­ni. Po trzech la­tach stu­dio­wa­nia pra­wa wiem do­sko­na­le, jak nie­wie­le umiem.

Klient Bo­oke­ra pró­bu­je męż­nie pa­no­wać nad emo­cja­mi, a jego praw­ni­ko­wi za­bra­kło już słów, któ­re mógł­by po­wie­dzieć. Bo­oker nadal coś no­tu­je, po­mru­ku­je „tak” lub „nie” co kil­ka se­kund. Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy po­wiem mu o pani Bir­die i jej ma­jąt­ku.

Zer­kam na ma­le­ją­cy tłum i w dru­gim rzę­dzie spo­strze­gam parę, któ­ra naj­wy­raź­niej mi się przy­glą­da. W tej chwi­li tyl­ko ja je­stem wol­ny, ale oni wy­da­ją się nie­zde­cy­do­wa­ni, czy po­win­ni za­ry­zy­ko­wać ze mną. Ko­bie­ta trzy­ma gru­by plik pa­pie­rów prze­wią­za­nych gum­ka­mi. Mam­ro­cze coś pod no­sem, a jej mąż krę­ci gło­wą, jak­by wo­lał za­cze­kać na in­ne­go z bły­sko­tli­wych mło­dych praw­ni­czych or­łów.

Pod­no­szą się po­wo­li i ru­sza­ją w kie­run­ku mo­je­go koń­ca sto­łu. Zbli­ża­jąc się, nie spusz­cza­ją ze mnie oczu. Uśmie­cham się. Wi­tam w moim biu­rze.

Ko­bie­ta zaj­mu­je krze­sło, na któ­rym sie­dzia­ła pani Bir­die. On sia­da po dru­giej stro­nie sto­łu i za­cho­wu­je dy­stans.

– Wi­tam – mó­wię z uśmie­chem i wy­cią­gam rękę. On po­trzą­sa nią nie­mra­wo, po­tem po­da­ję dłoń ko­bie­cie. – Na­zy­wam się Rudy Bay­lor.

– Je­stem Dot, a to Bud­dy. – Ko­bie­ta wska­zu­je gło­wą męż­czy­znę, igno­ru­jąc moją rękę.

– Dot i Bud­dy – po­wta­rzam i za­czy­nam no­to­wać. – A jak brzmi na­zwi­sko? – py­tam cie­płym gło­sem ni­czym za­pra­wio­ny w bo­jach do­rad­ca.

– Black. Dot i Bud­dy Blac­ko­wie. Tak na­praw­dę to Ma­rva­ri­ne i Wil­lis Blac­ko­wie, ale wszy­scy na­zy­wa­ją nas Dot i Bud­dy.

– Na­ta­pi­ro­wa­ne i on­du­lo­wa­ne wło­sy Dot two­rzą srebr­ną górę na jej gło­wie. Wy­glą­da na schlud­ną oso­bę. Nosi ta­nie bia­łe te­ni­sów­ki, brą­zo­we skar­pet­ki i za duże dżin­sy. To chu­da, ży­la­sta ko­bie­ta, ob­ce­so­wa w obej­ściu.

– Ad­res? – py­tam.

– Osiem­set sześć­dzie­siąt trzy Squ­ire w Gran­ger.

– Czy pań­stwo pra­cu­ją?

Bud­dy wy­glą­dał, jak­by miał otwo­rzyć usta, a ja od­nio­słem wra­że­nie, że od wie­lu lat Dot wy­stę­pu­je w ich imie­niu.

– Ja je­stem na ren­cie – od­po­wia­da Dot. – Mam do­pie­ro pięć­dzie­siąt osiem lat, ale cho­ru­ję na ser­ce. Bud­dy do­sta­je eme­ry­tu­rę, bar­dzo nie­wiel­ką.

Bud­dy tyl­ko wpa­tru­je się we mnie. Nosi gru­be oku­la­ry w pla­sti­ko­wych opraw­kach, któ­re le­d­wo się­ga­ją uszu. Po­licz­ki ma mię­si­ste i ru­mia­ne. Jego wło­sy są gę­ste i siwe z brą­zo­wa­wym od­cie­niem. Przy­pusz­czam, że nie mył ich co naj­mniej od ty­go­dnia. Ko­szu­la w czar­no-czer­wo­ną kra­tę jest chy­ba brud­niej­sza od jego wło­sów.

– Ile lat ma pan Black? – py­tam ją nie­pew­ny, czy pan Black mi od­po­wie, je­śli go o to za­py­tam.

– On to Bud­dy, do­brze? Dot i Bud­dy. Da­ruj­my so­bie te for­mal­no­ści, do­brze? Ma sześć­dzie­siąt dwa lata. Mogę ci coś po­wie­dzieć?

Szyb­ko ki­wam gło­wą. Bud­dy spo­glą­da przez stół na Bo­oke­ra.

– Z nim nie wszyst­ko jest w po­rząd­ku – szep­cze, wska­zu­jąc gło­wą Bud­dy’ego.

Pa­trzę na nie­go. On pa­trzy na nas.

– Ran­ny na woj­nie – wy­ja­śnia Dot. – W Ko­rei. Wiesz, co to wy­kry­wa­cze me­ta­lu na lot­ni­skach?

Te­raz ja ki­wam gło­wą.

– No więc on może przejść przez to zu­peł­nie nagi, a ta rzecz za­raz się włą­czy.

Ko­szu­la tak cia­sno opi­na tors Bud­dy’ego, że gu­zi­ki o mało się nie ode­rwą, gdy pró­bu­je roz­pacz­li­wie wcią­gnąć brzuch. Ma co naj­mniej trzy pod­bród­ki. Pró­bu­ję wy­obra­zić go so­bie, jak nagi idzie przez mię­dzy­na­ro­do­we lot­ni­sko w Mem­phis, włą­cza­jąc wszyst­kie alar­my i wpra­wia­jąc ochro­nę w pa­ni­kę.

– Ma płyt­kę w gło­wie – do­da­je Dot.

– To… to okrop­ne – szep­czę i za­pi­su­ję w no­te­sie, że pan Bud­dy Black ma płyt­kę w czasz­ce.

Pan Black ob­ra­ca się w lewo i wpa­tru­je w klien­ta Bo­oke­ra, od­da­lo­ne­go o nie­ca­ły metr.

Na­gle Dot po­chy­la się do przo­du.

– Coś jesz­cze – mówi.

Na­chy­lam się lek­ko w ocze­ki­wa­niu.

– Tak?

– Ma pro­blem z al­ko­ho­lem.

– Co też pani po­wie.

– Ale wszyst­ko przez tę ranę na woj­nie – do­da­je uprzej­mie.

W ten spo­sób, ot, tak, ko­bie­ta, któ­rą po­zna­łem trzy mi­nu­ty temu, spro­wa­dza męża do po­zy­cji al­ko­ho­li­ka im­be­cy­la.

– Mogę za­pa­lić? – pyta, się­ga­jąc do to­reb­ki.

– A wol­no tu pa­lić? – od­po­wia­dam py­ta­niem i z na­dzie­ją roz­glą­dam się za ta­blicz­ką z na­pi­sem „Za­kaz pa­le­nia”. Nie wi­dzę ani jed­nej.

– Och, ja­sne. – Wkła­da pa­pie­ro­sa mię­dzy po­pę­ka­ne usta i za­pa­la go, za­cią­ga się i wy­dmu­chu­je kłę­by dymu pro­sto na Bud­dy’ego, któ­ry ani drgnie.

– Co mogę dla was zro­bić? – py­tam, pa­trząc na gru­by stos pa­pie­rów spię­tych cia­sno sze­ro­ki­mi gum­ka­mi. Te­sta­ment pani Bir­die wsu­wam pod no­tes. Pierw­sza klient­ka, któ­ra mi się tra­fi­ła, jest mi­lio­ner­ką, a na­stęp­ni to eme­ry­ci. Moja racz­ku­ją­ca ka­rie­ra zo­sta­ła z po­wro­tem spro­wa­dzo­na do par­te­ru.

– Nie mamy za dużo pie­nię­dzy – mówi Dot ci­cho, jak­by to była wiel­ka ta­jem­ni­ca, a ona wsty­dzi się ją ujaw­nić.

Uśmie­cham się do niej ze współ­czu­ciem. Nie­za­leż­nie od tego, co mają, są znacz­nie bo­gat­si ode mnie i bar­dzo wąt­pię, by gro­ził im pro­ces.

– I po­trzeb­ny nam ad­wo­kat – do­da­je, ścią­ga­jąc gum­ki z pa­pie­rów.

– Na czym po­le­ga pro­blem?

– No więc fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa ru­cha nas na po­tę­gę.

– Jaki ro­dzaj ubez­pie­cze­nia? – py­tam.

Dot prze­su­wa do­ku­men­ty w moją stro­nę, a po­tem wy­cie­ra ręce, jak­by po­zby­ła się cię­ża­ru, któ­ry zo­stał prze­ka­za­ny cu­do­twór­cy. Na wierz­chu ster­ty leży ja­kaś po­pla­mio­na, wy­gnie­cio­na i bar­dzo sta­ra po­li­sa. Dot wy­dmu­chu­je ko­lej­ne kłę­by dymu i przez chwi­lę pra­wie nie wi­dzę Bud­dy’ego.

– To ubez­pie­cze­nie me­dycz­ne – wy­ja­śnia. – Wy­ku­pi­li­śmy je pięć lat temu w Gre­at Be­ne­fit Life, kie­dy nasi chłop­cy mie­li po sie­dem­na­ście lat. Te­raz Don­ny Ray umie­ra na bia­łacz­kę, a ci oszu­ści nie chcą pła­cić za le­cze­nie.

– Gre­at Be­ne­fit?

– Do­kład­nie.

– Nig­dy o nich nie sły­sza­łem – mó­wię z pew­no­ścią sie­bie, prze­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie pierw­szą stro­nę po­li­sy, jak­bym zaj­mo­wał się już wie­lo­ma po­dob­ny­mi spra­wa­mi i wie­dział wszyst­ko o wszyst­kich fir­mach ubez­pie­cze­nio­wych. Po­li­sa jest wy­sta­wio­na na dwa na­zwi­ska, Don­ny’ego Raya i Ron­ny’ego Raya Blac­ków. Mają tę samą datę uro­dze­nia.

– Wy­bacz mój ję­zyk, ale to ban­da pie­przo­nych zło­dziei.

– Więk­szość firm ubez­pie­cze­nio­wych jest taka – od­po­wia­dam rze­czo­wo, a Dot się uśmie­cha. Zdo­by­łem jej za­ufa­nie. – Za­tem wy­ku­pi­li­ście tę po­li­sę pięć lat temu?

– Coś koło tego. Skład­kę za­wsze pła­ci­li­śmy na czas i nig­dy z niej nie ko­rzy­sta­li­śmy aż do mo­men­tu, gdy Don­ny Ray się roz­cho­ro­wał.

Je­stem stu­den­tem, nie mam ubez­pie­cze­nia. Nie ist­nie­ją żad­ne po­li­sy na moje ży­cie, zdro­wie albo sa­mo­chód. Nie stać mnie na­wet na nową, tyl­ną, lewą opo­nę do ma­łej zde­ze­lo­wa­nej to­yo­ty.

– I… jak wspo­mnia­łaś, on umie­ra?

Dot kiwa gło­wą, trzy­ma­jąc pa­pie­ro­sa w ustach.

– Ostra bia­łacz­ka. Zła­pał to osiem mie­się­cy temu. Le­ka­rze dali mu rok, ale on tyle nie prze­ży­je, bo nie moż­na mu było zro­bić prze­szcze­pu szpi­ku. A te­raz jest praw­do­po­dob­nie za póź­no.

„Szpik” wy­ma­wia pra­wie jak „śpik”.

– Prze­szczep? – py­tam zbi­ty z tro­pu.

– Pew­nie bar­dzo nie­wie­le wiesz o bia­łacz­ce?

– Rze­czy­wi­ście nie­wie­le.

Za­ci­ska zęby i prze­wra­ca ocza­mi, jak­bym był idio­tą, a po­tem głę­bo­ko, ze smut­kiem, za­cią­ga się pa­pie­ro­sem. Kie­dy wy­pu­ści­ła już z sie­bie dość dymu, mówi:

– Moi chłop­cy to iden­tycz­ni bliź­nia­cy, ro­zu­miesz. Więc Ron, na­zy­wa­my go Ron, bo nie lubi, gdy się mówi na nie­go Ron­ny Ray, jest ide­al­nie pa­su­ją­cym daw­cą szpi­ku kost­ne­go dla Don­ny’ego Raya. Le­ka­rze tak mó­wi­li. Pro­blem po­le­ga na tym, że taki prze­szczep kosz­tu­je oko­ło stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy do­la­rów. A my tyle nie mamy, ro­zu­miesz. Fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa po­win­na za to za­pła­cić, bo po­li­sa to po­kry­wa, mamy to czar­no na bia­łym. Ale ci pie­prze­ni zło­dzie­je po­wie­dzie­li „nie”. Więc Don­ny Ray przez nich umie­ra.

Dot w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób przed­sta­wia sed­no spra­wy.

Igno­ro­wa­li­śmy Bud­dy’ego, ale on nas słu­cha. Wol­no zdej­mu­je gru­be oku­la­ry i prze­cie­ra oczy owło­sio­nym wierz­chem le­wej dło­ni. Wspa­nia­le. Bud­dy pła­cze. Bo­sco skom­li w dru­gim koń­cu sali. A klient Bo­oke­ra znów ma wy­rzu­ty su­mie­nia albo po­czu­cie winy i łka, opie­ra­jąc gło­wę na rę­kach. Smo­ot stoi przy oknie i ob­ser­wu­je nas, bez wąt­pie­nia za­sta­na­wia­jąc się, ja­kich to po­rad udzie­la­my, że wy­wo­łu­ją tyle łez.

– Gdzie on miesz­ka? – py­tam, bo po­trzeb­na mi jest ja­kaś od­po­wiedź, któ­rą będę mógł no­to­wać przez kil­ka se­kund, dzię­ki cze­mu unik­nę wi­do­ku pła­czą­cych fa­ce­tów.

– Nig­dy nie wy­pro­wa­dził się z domu. Miesz­ka z nami. To ko­lej­ny po­wód od­mo­wy ze stro­ny fir­my ubez­pie­cze­nio­wej. Po­wie­dzie­li, że jest już do­ro­sły i po­li­sa go nie obej­mu­je.

Bio­rę pa­pie­ry i rzu­cam okiem na li­sty do i od Gre­at Be­ne­fit.

– Czy po­li­sa wy­ga­sa w chwi­li, gdy on osią­gnie peł­no­let­ność?

Dot krę­ci gło­wą i uśmie­cha się smut­no.

– Nie. I nie ma tego w po­li­sie, Rudy. Czy­ta­łam ją sto razy i nie ma tam ni­cze­go ta­kie­go. Prze­czy­ta­łam na­wet to, co jest ma­łym drucz­kiem.

– Je­steś pew­na? – py­tam, po­now­nie prze­glą­da­jąc po­li­sę.

– Tak. Czy­tam tę cho­ler­ną rzecz pra­wie od roku.

– Kto ci ją sprze­dał? Kto jest agen­tem?

– Ja­kiś przy­głu­pi pę­tak za­pu­kał do nas i na nią na­mó­wił. Ott się na­zy­wał lub coś w tym ro­dza­ju, taki śli­ski oszust, któ­ry bar­dzo szyb­ko gada. Pró­bo­wa­łam go od­szu­kać, ale naj­wy­raź­niej znik­nął z mia­sta.

Bio­rę ze ster­ty jed­no pi­smo i czy­tam. Jest od star­sze­go in­spek­to­ra do spraw rosz­czeń i za­ża­leń w Cle­ve­land, zo­sta­ło na­pi­sa­ne kil­ka mie­się­cy póź­niej niż list, któ­ry czy­ta­łem jako pierw­szy, i za­wie­ra przed­sta­wio­ną w dość ob­ce­so­wy spo­sób od­mo­wę po­kry­cia kosz­tów trans­plan­ta­cji na pod­sta­wie usta­le­nia, że bia­łacz­ka była scho­rze­niem wy­stę­pu­ją­cym wcze­śniej, przed ubez­pie­cze­niem, i dla­te­go nie jest nim ob­ję­ta. Je­śli Don­ny rze­czy­wi­ście był cho­ry na bia­łacz­kę od mniej niż roku, to prze­cież zdia­gno­zo­wa­no ją u nie­go czte­ry lata po wy­sta­wie­niu po­li­sy przez Gre­at Be­ne­fit.

– Pi­szą tu­taj, że od­ma­wia­ją po­kry­cia kosz­tów, bo cho­ro­ba wy­stę­po­wa­ła wcze­śniej.

– Wy­ko­rzy­stu­ją każ­dą wy­mów­kę, Rudy. Weź tyl­ko te wszyst­kie pa­pie­ry i prze­czy­taj je do­kład­nie. Wy­jąt­ki, wy­klu­cze­nia, wcze­śniej­sze sta­ny, drob­ny dru­czek, pró­bo­wa­li już wszyst­kie­go.

– Czy prze­szczep szpi­ku kost­ne­go na­le­ży do wy­jąt­ków?

– Nie, do cho­le­ry. Na­wet nasz le­karz obej­rzał tę po­li­sę i po­wie­dział, że Gre­at Be­ne­fit po­win­na za­pła­cić, bo prze­szczep szpi­ku kost­ne­go to te­raz ru­ty­no­we le­cze­nie.

Klient Bo­oke­ra prze­cie­ra twarz obie­ma dłoń­mi, wsta­je i go­to­wy do odej­ścia coś jesz­cze mówi. Dzię­ku­je Bo­oke­ro­wi, a Bo­oker dzię­ku­je jemu. Sta­rzec zaj­mu­je krze­sło obok pod­eks­cy­to­wa­nych gra­czy w chiń­czy­ka. Pani Bir­die uda­je się w koń­cu uwol­nić N. Eli­za­beth Erick­son od Bo­sco i jego pro­ble­mów. Smo­ot cho­dzi za na­szy­mi ple­ca­mi w tę i z po­wro­tem.

Ko­lej­ny list rów­nież jest z Gre­at Be­ne­fit i na pierw­szy rzut oka nie róż­ni się od po­zo­sta­łych. Krót­ki, nie­grzecz­ny i rze­czo­wy. Na­pi­sa­no w nim: Sza­now­na Pani Black! Przy sied­miu wcze­śniej­szych oka­zjach na­sza fir­ma od­rzu­ci­ła na pi­śmie Pani za­ża­le­nie. Te­raz od­rzu­ca­my je po raz ósmy i osta­tecz­ny. Pani musi być głu­pia, głu­pia, głu­pia! Pod­pi­sał go kie­row­nik dzia­łu rosz­czeń i za­ża­leń. Z nie­do­wie­rza­niem po­cie­ra­łem wy­pu­kłe logo na gó­rze kart­ki. Po­przed­niej je­sie­ni mia­łem za­ję­cia z przed­mio­tu o na­zwie pra­wo i ubez­pie­cze­nia i pa­mię­tam, że by­łem za­szo­ko­wa­ny bez­czel­nym po­stę­po­wa­niem nie­któ­rych firm w spra­wach o dzia­ła­nie w złej wie­rze. Na­szym wy­kła­dow­cą był go­ścin­nie u nas uczą­cy ko­mu­ni­sta, któ­ry nie­na­wi­dził firm ubez­pie­cze­nio­wych, praw­dę mó­wiąc, pa­łał nie­na­wi­ścią do wszel­kich kor­po­ra­cji i z pa­sją od­da­wał się ba­da­niu nie­słusz­ne­go od­da­la­nia przez ubez­pie­czy­cie­li upraw­nio­nych rosz­czeń. Wie­rzył, że w na­szym kra­ju ist­nie­ją dzie­siąt­ki ty­się­cy ta­kich spraw za­ła­twia­nych w złej wie­rze, któ­re nig­dy nie tra­fi­ły do sądu. Na­pi­sał parę ksią­żek o spo­rach są­do­wych z po­wo­du dzia­ła­nia w złej wie­rze i dys­po­no­wał na­wet sta­ty­sty­ka­mi po­twier­dza­ją­cy­mi jego opi­nię, że wie­lu lu­dzi go­dzi się po pro­stu z od­rzu­ce­niem ich żą­dań, na­wet się nad tym nie za­sta­na­wia­jąc.

Prze­czy­ta­łem „głu­pi list” jesz­cze raz, cały czas do­ty­ka­jąc wy­ra­fi­no­wa­ne­go logo Gre­at Be­ne­fit na gó­rze kart­ki.

– Nig­dy nie za­po­mnie­li­ście o ja­kiejś skład­ce? – za­py­ta­łem Dot.

– Ani razu.

– Będę mu­siał obej­rzeć wy­ni­ki ba­dań Don­ny’ego.

– Więk­szość z nich mam w domu. Ostat­nio rzad­ko wi­du­je­my le­ka­rzy. Po pro­stu nas na to nie stać.

– Czy znasz do­kład­ną datę, kie­dy stwier­dzo­no u nie­go bia­łacz­kę?

– Nie, ale to było w sierp­niu ze­szłe­go roku. Po­szedł do szpi­ta­la na pierw­szą daw­kę che­mii. A po­tem ci oszu­ści po­wia­do­mi­li nas, że nie będą wię­cej pła­ci­li za le­cze­nie, więc szpi­tal się nas po­zbył. Po­wie­dzie­li, że nie stać ich na zro­bie­nie prze­szcze­pu. Za dużo, cho­le­ra, kosz­tu­je. I tak na­praw­dę nie mogę ich za to wi­nić.

Bud­dy przy­glą­da się na­stęp­nej klient­ce Bo­oke­ra, drob­niut­kiej ko­bie­cie, któ­ra rów­nież trzy­ma całą ster­tę do­ku­men­tów. Dot grze­bie w pacz­ce sa­le­mów, aż w koń­cu wy­cią­ga ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa i wkła­da go w usta.

Je­śli cho­ro­ba Don­ny’ego to rze­czy­wi­ście bia­łacz­ka i cier­pi na nią do­pie­ro od ośmiu mie­się­cy, to nie ma naj­mniej­szej pod­sta­wy do za­li­cze­nia jej do wy­jąt­ku, ja­kim jest wcze­śniej­sze scho­rze­nie. Je­śli bia­łacz­ka nie pod­pa­da pod żad­ne wy­klu­cze­nia i wy­jąt­ki, Gre­at Be­ne­fit musi pła­cić. Praw­da? To ma dla mnie sens, wy­da­je się strasz­li­wie ja­sne, a po­nie­waż pra­wo jako ta­kie bar­dzo rzad­ko jest ja­sne, a tym bar­dziej sen­sow­ne, wiem, że na pew­no cze­ka mnie coś strasz­ne­go w głę­bi­nach od­mów, któ­re Dot otrzy­ma­ła.

– Na­praw­dę tego nie ro­zu­miem – mó­wię, nadal wpa­tru­jąc się w list, w któ­rym na­zwa­no ją głu­pią.

Dot wy­pusz­cza gę­stą nie­bie­ska­wą chmu­rę w kie­run­ku męża, kłę­by dymu ota­cza­ją jego gło­wę. Wy­da­je mi się, że Bud­dy ma su­che oczy, ale nie je­stem pew­ny. Dot cmo­ka lep­ki­mi usta­mi i mówi:

– To pro­ste, Rudy. Są ban­dą oszu­stów. Uwa­ża­ją nas za ludz­kie śmie­ci, nie­do­uczo­nych pry­mi­ty­wów, któ­rzy nie mają pie­nię­dzy, żeby z nimi wal­czyć. Przez trzy­dzie­ści lat pra­co­wa­łam w fa­bry­ce dżin­sów, za­pi­sa­łam się do związ­ków, ro­zu­miesz, i co­dzien­nie wal­czy­li­śmy z fir­mą. To samo tu­taj. Wiel­kie kor­po­ra­cje suną jak wal­ce po ma­lucz­kich.

Oprócz nie­na­wi­dze­nia praw­ni­ków mój oj­ciec pluł ja­dem na samo wspo­mnie­nie o związ­kach za­wo­do­wych. Więc na­tu­ral­nie wy­ro­słem na za­żar­te­go obroń­cę praw kla­sy ro­bot­ni­czej.

– Ten list jest aż nie­wia­ry­god­ny – mó­wię.

– Któ­ry?

– Ten od pana Kro­ki­ta, w któ­rym na­zy­wa cię głu­pią, głu­pią, głu­pią.

– A, od tego skur­wy­sy­na. Szko­da, że nie przy­wlókł tu dup­ska i nie po­wie­dział mi w twarz, że je­stem głu­pia. Pie­przo­ny by­dlak.

Bud­dy od­pę­dza od sie­bie dym ma­cha­niem ręki i coś mam­ro­cze. Zer­kam na nie­go w na­dziei, że może jed­nak coś po­wie, ale on so­bie od­pusz­cza. Po raz pierw­szy spo­strze­gam, że lewa stro­na jego gło­wy jest odro­bi­nę bar­dziej pła­ska niż pra­wa. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzę go, jak z go­łym tył­kiem prze­my­ka przez lot­ni­sko. Skła­dam list Kro­ki­ta i umiesz­czam na wierz­chu ster­ty do­ku­men­tów.

– Przej­rze­nie tego wszyst­kie­go zaj­mie kil­ka go­dzin.

– No to mu­sisz się śpie­szyć. Don­ny Ray dłu­go nie po­cią­gnie. Waży te­raz nie­ca­łe pięć­dzie­siąt kilo, a wa­żył sie­dem­dzie­siąt. W nie­któ­re dni tak źle się czu­je, że le­d­wo cho­dzi. Chcia­ła­bym, że­byś go zo­ba­czył.

Nie mam ocho­ty na oglą­da­nie Don­ny’ego Raya.

– Tak, może póź­niej.

Mam za­miar prze­czy­tać po­li­sę, li­sty i wy­ni­ki ba­dań Don­ny’ego, a po­tem skon­sul­to­wać się ze Smo­otem i na­pi­sać ład­niut­ki dwu­stro­ni­co­wy list do Blac­ków, w któ­rym po­pi­su­jąc się wie­dzą, wy­ja­śnię, że po­win­ni przed­sta­wić swo­ją spra­wę praw­dzi­we­mu ad­wo­ka­to­wi, ale nie zwy­kłe­mu praw­ni­ko­wi, tyl­ko ta­kie­mu, któ­ry spe­cja­li­zu­je się w wy­ta­cza­niu spraw fir­mom ubez­pie­cze­nio­wym za dzia­ła­nie w złej wie­rze. Do­rzu­cę kil­ka na­zwisk ta­kich praw­ni­ków ra­zem z ich nu­me­ra­mi te­le­fo­nów i będę miał z gło­wy tę bez­war­to­ścio­wą spra­wę, skoń­czę ze Smo­otem i jego ob­se­sją na punk­cie pra­wa dla sta­ru­chów.

Dy­plom będę miał w kie­sze­ni za trzy­dzie­ści osiem dni.

– To wszyst­ko bę­dzie mi po­trzeb­ne – wy­ja­śniam Dot i ukła­dam cały ten ba­ła­gan, zwią­zu­jąc go gum­ka­mi. – Wró­cę tu za dwa ty­go­dnie z go­to­wym pi­smem, w któ­rym przed­sta­wię swo­je sta­no­wi­sko.

– Po co ci aż dwa ty­go­dnie?

– Cóż, ja… mu­szę spraw­dzić parę rze­czy, skon­sul­to­wać się z pro­fe­so­ra­mi, po­szu­kać tego i owe­go. Mo­żesz mi prze­słać wy­ni­ki ba­dań Don­ny’ego Raya?

– Ja­sne. Wo­la­ła­bym jed­nak, że­byś był szyb­szy.

– Zro­bię, co w mo­jej mocy, Dot.

– My­ślisz, że mo­że­my wy­to­czyć spra­wę?

Choć je­stem tyl­ko stu­den­tem pra­wa, dużo na­uczy­łem się o pu­sto­sło­wiu.

– W tej chwi­li trud­no po­wie­dzieć. Choć wy­glą­da to obie­cu­ją­co. Będę mu­siał jed­nak le­piej się temu przyj­rzeć i bar­dzo sta­ran­nie wszyst­ko spraw­dzić. To nie­wy­klu­czo­ne.

– Co to, do cho­le­ry, zna­czy?

– Więc… hm… to zna­czy, że moim zda­niem masz uza­sad­nio­ne rosz­cze­nie, ale będę mu­siał do­brze mu się przyj­rzeć, żeby wie­dzieć wszyst­ko na pew­no.

– Co z cie­bie za ad­wo­kat?

– Je­stem stu­den­tem pra­wa.

To naj­wy­raź­niej zbi­ja ją z tro­pu. Za­ci­ska moc­no usta wo­kół bia­łe­go fil­tra pa­pie­ro­sa i wpa­tru­je się we mnie. Bud­dy znów coś bur­czy. Na szczę­ście Smo­ot po­ja­wia się za nami i pyta:

– Jak wam idzie?

Dot po­pa­trzy­ła naj­pierw na jego musz­kę, a po­tem na po­tar­ga­ne wło­sy.

– Do­sko­na­le – od­po­wia­dam. – Wła­śnie koń­czy­my.

– Bar­dzo do­brze – mówi, jak­by czas mi­nął i trze­ba było się za­jąć na­stęp­ny­mi klien­ta­mi. Od­cho­dzi od nas.

– Do zo­ba­cze­nia za dwa ty­go­dnie – mó­wię cie­pło z fał­szy­wym uśmie­chem.

Dot gasi peta w po­piel­nicz­ce i na­chy­la się w moją stro­nę. Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie usta za­czy­na­ją jej drżeć, a oczy wil­got­nie­ją. Do­ty­ka de­li­kat­nie mo­je­go nad­garst­ka i pa­trzy na mnie bez­rad­nie.

– Po­śpiesz się, Rudy, pro­szę. Po­trze­bu­je­my po­mo­cy. Mój chło­piec umie­ra.

Wpa­tru­je­my się w sie­bie przez całą wiecz­ność, w koń­cu jed­nak ki­wam gło­wą i coś mam­ro­czę. Ci bied­ni lu­dzie po­wie­rzy­li mi wła­śnie ży­cie swo­je­go syna, mnie, stu­den­to­wi trze­cie­go roku na sta­no­wym uni­wer­sy­te­cie w Mem­phis. Szcze­rze wie­rzą, że zaj­mę się tą ster­tą śmie­ci, któ­rą przede mną po­ło­ży­li, we­zmę te­le­fon, za­dzwo­nię w kil­ka miejsc, na­pi­szę parę li­stów, pif-paf, po­gro­żę temu i owe­mu, i pre­sto! – Gre­at Be­ne­fit upad­nie na ko­lo­na i ob­sy­pie Don­ny’ego Raya pie­niędz­mi. I spo­dzie­wa­ją się, że wy­da­rzy się to bar­dzo szyb­ko.

Wsta­ją i tro­chę skrę­po­wa­ni od­cho­dzą od sto­łu. Je­stem nie­mal pew­ny, że gdzieś w po­li­sie jest kru­czek za­wie­ra­ją­cy wy­klu­cze­nie, na pew­no nie do od­cy­fro­wa­nia, nie­mniej umiesz­czo­ny tam przez uta­len­to­wa­nych praw­ni­czych rze­mie­chów, któ­rzy zgar­nia­ją wy­so­kie ho­no­ra­ria i od dzie­się­cio­le­ci pro­du­ku­ją z za­do­wo­le­niem klau­zu­le dru­ko­wa­ne małą czcion­ką.

Cią­gnąc za sobą Bud­dy’ego, Dot la­wi­ru­je mię­dzy skła­da­ny­mi krze­seł­ka­mi i sku­pio­ny­mi sza­chi­sta­mi, do­cho­dzi do dzban­ka z kawą, na­le­wa so­bie bez­ko­fe­ino­wej kawy do pa­pie­ro­we­go kub­ka i za­pa­la ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Tkwią po­tem w ką­cie sali, są­cząc kawę i ob­ser­wu­jąc mnie z od­le­gło­ści nie­ca­łych dwu­dzie­stu me­trów. Kart­ku­ję po­li­sę, trzy­dzie­ści stron le­d­wo czy­tel­ne­go dru­ku, i ro­bię no­tat­ki. Sta­ram się ich igno­ro­wać.

Tłum się prze­rze­dza i lu­dzie po­wo­li wy­cho­dzą. Je­stem zmę­czo­ny rolą praw­ni­ka, mam dość na ten dzień i ma­rzę, by nie mieć wię­cej in­te­re­san­tów. Moja nie­wie­dza do­ty­czą­ca pra­wa jest szo­ku­ją­ca i aż się wzdra­gam na myśl, że za kil­ka krót­kich mie­się­cy będę stał na sali są­do­wej gdzieś w tym mie­ście i to­czył spór z in­ny­mi ad­wo­ka­ta­mi przed sę­dzią i przy­się­gły­mi. Nie je­stem go­to­wy, żeby rzu­cać mnie na głę­bo­ką wodę, ob­da­rzo­ne­go mocą wy­ta­cza­nia pro­ce­sów.

Stu­dia praw­ni­cze to tak na­praw­dę trzy lata zmar­no­wa­ne na stres. Spę­dza­my nie­zli­czo­ne go­dzi­ny na wy­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji, któ­re nig­dy nie będą nam po­trzeb­ne. Na wy­kła­dach je­ste­śmy bom­bar­do­wa­ni wie­dzą, o któ­rej na­tych­miast za­po­mi­na­my. Uczy­my się na pa­mięć re­gu­la­cji i sta­tu­tów, któ­re na­stęp­ne­go dnia zo­sta­ną zmie­nio­ne i będą in­ter­pre­to­wa­ne na opak. Gdy­bym przez ostat­nie trzy lata spę­dzał po pięć­dzie­siąt go­dzin ty­go­dnio­wo na prak­ty­ce u do­bre­go ad­wo­ka­ta, był­bym do­brym praw­ni­kiem. Za­miast tego je­stem zner­wi­co­wa­nym stu­den­tem trze­cie­go roku, któ­ry boi się naj­prost­szych praw­ni­czych pro­ble­mów i drży ze stra­chu przed nie­unik­nio­nym eg­za­mi­nem ad­wo­kac­kim.

Coś ru­sza się przede mną, pod­no­szę wzrok i wi­dzę zwa­li­ste­go star­sze­go fa­ce­ta, z ma­syw­nym apa­ra­tem słu­cho­wym, czła­pią­ce­go w moją stro­nę.

Rozdział 2

Go­dzi­nę póź­niej ospa­łe boje przy chiń­czy­ku i re­mi­ku usta­ją, ostat­ni sta­rusz­ko­wie wy­cho­dzą z bu­dyn­ku. Do­zor­ca cze­ka przy drzwiach, gdy Smo­ot zbie­ra nas wo­kół sie­bie na pod­su­mo­wa­nie. Po ko­lei przed­sta­wia­my w krót­kich sło­wach naj­róż­niej­sze pro­ble­my na­szych klien­tów. Je­ste­śmy zmę­cze­ni i chcie­li­by­śmy jak naj­szyb­ciej opu­ścić to miej­sce.

Smo­ot ma dla nas kil­ka su­ge­stii, nic kre­atyw­ne­go czy od­kryw­cze­go, i pusz­cza nas wol­no, obie­cu­jąc, że na na­stęp­nych za­ję­ciach bę­dzie­my roz­ma­wia­li o rze­czy­wi­stych pro­ble­mach praw­nych lu­dzi w po­de­szłym wie­ku. Nie mogę się do­cze­kać.

Od­jeż­dża­my z Bo­oke­rem jego sa­mo­cho­dem, sta­rym pon­tia­kiem, zbyt du­żym, żeby miał kla­sę, któ­ry jed­nak jest w znacz­nie lep­szym sta­nie od mo­jej sy­pią­cej się to­yo­ty. Bo­oker ma dwój­kę ma­łych dzie­ci i żonę, któ­ra jest na pół eta­tu na­uczy­ciel­ką w szko­le, więc żyje na gra­ni­cy nę­dzy. Bar­dzo dużo się uczy, ma do­bre oce­ny i dla­te­go przy­cią­gnął uwa­gę bo­ga­tej czar­nej fir­my ze śród­mie­ścia, na­praw­dę wy­so­kiej kla­sy kan­ce­la­rii, zna­nej z ogrom­ne­go do­świad­cze­nia w pro­ce­sach o pra­wa oby­wa­tel­skie. Jego pen­sja na po­czą­tek bę­dzie wy­no­si­ła czter­dzie­ści ty­się­cy rocz­nie, to jest o sześć wię­cej, niż za­pro­po­no­wa­li mi Brod­nax i Spe­er.

– Nie­na­wi­dzę wy­dzia­łu pra­wa – mó­wię, gdy wy­jeż­dża­my z par­kin­gu Domu Se­nio­ra „Cy­pry­so­we Ogro­dy”.

– Bo je­steś nor­mal­ny – od­po­wia­da Bo­oker.

Bo­oker nie żywi nie­na­wi­ści do ni­ko­go i do ni­cze­go, cza­sa­mi twier­dzi na­wet, że stu­dio­wa­nie pra­wa to dla nie­go wy­zwa­nie.

– Dla­cze­go chce­my być ad­wo­ka­ta­mi? – py­tam.

– Żeby słu­żyć spo­łe­czeń­stwu, bro­nić spra­wie­dli­wo­ści, zmie­niać lu­dzi, sam wiesz, sta­ra śpiew­ka. Nie słu­cha­łeś pro­fe­so­ra Smo­ota?

– Chodź­my gdzieś na piwo.

– Nie ma jesz­cze trze­ciej, Rudy.

Bo­oker mało pije, ja jesz­cze mniej, bo to dro­ga przy­jem­ność, a w tej chwi­li mu­szę oszczę­dzać pie­nią­dze na­je­dze­nie.

– Żar­to­wa­łem – mó­wię.

Je­dzie mniej wię­cej w kie­run­ku uczel­ni. Dziś jest czwar­tek, co ozna­cza, że ju­tro będę za­grze­ba­ny w pra­wie spor­to­wym i Ko­dek­sie Na­po­le­ona, dwóch przed­mio­tach rów­nie bez­war­to­ścio­wych jak pra­wo sta­ru­chów i wy­ma­ga­ją­cych jesz­cze mniej pra­cy. Ale wisi nade mną eg­za­min ad­wo­kac­ki i kie­dy o nim my­ślę, ręce za­czy­na­ją mi się lek­ko trząść. Je­śli go ob­le­ję, mili, choć sztyw­ni i po­zba­wie­ni uśmie­chu fa­ce­ci od Brod­na­xa i Spe­era na pew­no wy­po­wie­dzą mi pra­cę i po mniej wię­cej mie­sią­cu znaj­dę się na bru­ku. Ob­la­nie tego eg­za­mi­nu jest nie do po­my­śle­nia – skoń­czy­ło­by się dla mnie bez­ro­bo­ciem, ban­kruc­twem, hań­bą i gło­do­wa­niem. Dla­cze­go za­tem my­ślę o tym w każ­dej go­dzi­nie każ­de­go dnia?

– Pod­rzuć mnie do bi­blio­te­ki – pro­szę. – Chy­ba po­pra­cu­ję nad tymi spra­wa­mi, a po­tem przej­rzę jesz­cze coś do eg­za­mi­nu.

– Do­bry po­mysł.

– Nie­na­wi­dzę bi­blio­te­ki.

– Nikt nie lubi bi­blio­te­ki, Rudy. Jest tak za­pro­jek­to­wa­na, żeby jej nie­na­wi­dzić. Jej głów­nym ce­lem jest wzbu­dza­nie nie­na­wi­ści u stu­den­tów pra­wa. Je­steś po pro­stu nor­mal­ny.

– Dzię­ki.

– Ta pierw­sza sta­rusz­ka, pani Bir­die, ma pie­nią­dze?

– Skąd wiesz?

– Usły­sza­łem co nie­co.

– Tak. Jest na­dzia­na. Po­trzeb­ny jej nowy te­sta­ment. Dzie­ci i wnu­ki ją za­nie­dbu­ją, dla­te­go rzecz ja­sna, chce je wy­dzie­dzi­czyć.

– Ile ma?

– Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­lio­nów.

Bo­oker zer­k­nął na mnie po­dejrz­li­wie.

– Tak przy­najm­niej po­wie­dzia­ła – do­da­ję.

– Więc kto do­sta­nie kasę?

– Sexy ka­zno­dzie­ja te­le­wi­zyj­ny, któ­ry ma wła­sny od­rzu­to­wiec.

– Nie!

– Przy­się­gam.

Bo­oker prze­tra­wia to w kor­ku przez dwie prze­czni­ce.

– Po­słu­chaj, Rudy, bez ura­zy, je­steś wspa­nia­łym fa­ce­tem i tak da­lej, świet­nym stu­den­tem, by­strza­kiem, ale do­brze byś się czuł, pi­sząc te­sta­ment przy spad­ku war­tym tyle pie­nię­dzy?

– Nie. A ty?

– Oczy­wi­ście, że nie. Co więc za­mie­rzasz?

– Może ona umrze we śnie.

– Bar­dzo wąt­pię. Jest na to zbyt ży­wot­na. Prze­ży­je nas obu.

– Zwa­lę to na gło­wę Smo­oto­wi. Może po­pro­szę o po­moc jed­ne­go z pro­fe­so­rów od pra­wa po­dat­ko­we­go. A może zwy­czaj­nie po­wiem pani Bir­die, że nie je­stem w sta­nie jej po­móc, że musi za­pła­cić pięć ka­wał­ków ja­kie­muś na­praw­dę do­bre­mu do­rad­cy po­dat­ko­we­mu, żeby jej to na­pi­sał. Tak na­praw­dę gu­zik mnie to ob­cho­dzi. Mam wła­sne pro­ble­my.

– Te­xa­co?

– Tak. Dep­czą mi po pię­tach. Wła­ści­ciel miesz­ka­nia też.

– Szko­da, że nie mogę ci po­móc – wzdy­cha Bo­oker, a ja wiem, że jest szcze­ry. Gdy­by miał ja­kieś odło­żo­ne pie­nią­dze, na pew­no by mi je po­ży­czył.

– Ja­koś prze­ży­ję do pierw­sze­go lip­ca. Po­tem będę już pa­pu­gą u Brod­na­xa i Spe­era, i skoń­czy się bie­do­wa­nie. Jak my­ślisz, dro­gi Bo­oke­rze, dam radę wy­dać trzy­dzie­ści czte­ry ty­sią­ce do­la­rów w cią­gu roku?

– To gra­ni­czy z nie­moż­li­wo­ścią. Bę­dziesz bo­ga­ty.

– Cho­le­ra, na­praw­dę przez sie­dem lat le­d­wo wią­za­łem ko­niec z koń­cem. Co będę ro­bił z ta­ki­mi pie­niędz­mi?

– Ku­pisz so­bie nowy gar­ni­tur?

– Po co? Mam już dwa.

– Może ja­kieś buty?

– Masz ra­cję. Wła­śnie to zro­bię. Ku­pię buty, Bo­oker. Buty i kra­wa­ty, i pew­nie tro­chę je­dze­nia, któ­re nie jest w pusz­ce, i może nową pacz­kę bok­se­rek.

Od trzech lat Bo­oker i jego żona za­pra­sza­ją mnie na obiad co naj­mniej dwa razy w mie­sią­cu. Ona ma na imię Char­le­ne, jest dziew­czy­ną z Mem­phis i po­tra­fi do­ko­ny­wać cu­dów z je­dze­niem przy bar­dzo kru­chym bu­dże­cie. Są mo­imi przy­ja­ciół­mi, ale je­stem pew­ny, że li­tu­ją się nade mną. Bo­oker uśmie­cha się i od­wra­ca wzrok. Jest po pro­stu zmę­czo­ny żar­to­wa­niem o rze­czach, któ­re nie są przy­jem­ne.

Zjeż­dża na par­king przy Cen­tral Ave­nue na­prze­ciw­ko wy­dzia­łu pra­wa uni­wer­sy­te­tu sta­no­we­go Mem­phis.

– Mam parę spraw do za­ła­twie­nia – mówi.

– Ja­sne. Dzię­ki za pod­wóz­kę.

– Wró­cę koło osiem­na­stej. Może się po­uczy­my do eg­za­mi­nu.

– W po­rząd­ku. Będę na dole. – Za­trza­sku­ję drzwicz­ki i prze­bie­gam przez Cen­tral Ave­nue.

* * *

W ciem­nym ką­cie piw­ni­cy bi­blio­te­ki, za ster­ta­mi znisz­czo­nych, sta­rych jak świat pod­ręcz­ni­ków pra­wa, z dala od nie­po­wo­ła­nych oczu, tra­fiam do mo­je­go ulu­bio­ne­go biur­ka, sto­ją­ce­go sa­mot­nie, cze­ka­ją­ce­go na mnie, jak za­wsze od wie­lu już mie­się­cy. Jest ofi­cjal­nie za­re­zer­wo­wa­ne na moje na­zwi­sko. W rogu nie ma okna, cza­sem wil­got­no tam i zim­no, dla­te­go bar­dzo nie­wie­le osób za­pusz­cza się do tego miej­sca. W tej ma­łej kry­jów­ce spę­dzam całe go­dzi­ny, ro­biąc stresz­cze­nia spraw są­do­wych i ucząc się do eg­za­mi­nów. Przez ostat­nie ty­go­dnie spę­dzi­łem tu wie­le trud­nych go­dzin na spe­ku­lo­wa­niu, co się z nią dzie­je i py­ta­niu sa­me­go sie­bie, w któ­rym mo­men­cie po­zwo­li­łem jej odejść. Tor­tu­ro­wa­łem się tu­taj. Pła­ski blat jest z trzech stron oto­czo­ny drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi, a ja na­uczy­łem się na pa­mięć sę­ków na każ­dej de­sce. Mogę tu pła­kać i nikt mnie na tym nie przy­ła­pie. Mogę na­wet prze­kli­nać ni­skim gło­sem i nikt mnie nie usły­szy.

Wie­le razy pod­czas tego wspa­nia­łe­go związ­ku Sara do­łą­cza­ła tu do mnie, uczy­li­śmy się ra­zem, sie­dząc na krze­słach usta­wio­nych tuż obok sie­bie. Chi­cho­ta­li­śmy i śmia­li­śmy się i ni­ko­go to nie ob­cho­dzi­ło. Mo­gli­śmy się ca­ło­wać i do­ty­kać i nikt nas nie wi­dział. W tej chwi­li, w głę­bi­nach de­pre­sji i roz­ża­le­nia, nie­mal czu­ję za­pach jej per­fum.

Na­praw­dę po­wi­nie­nem zna­leźć inne miej­sce do na­uki w tym roz­le­głym la­bi­ryn­cie. Te­raz, kie­dy pa­trzę na ota­cza­ją­ce mnie pa­ne­le, wi­dzę jej twarz i przy­po­mi­nam so­bie do­tyk jej nóg pod biur­kiem, i na­tych­miast ser­ce za­czy­na wa­lić mi jak mło­tem, co mnie zu­peł­nie pa­ra­li­żu­je. Była tu­taj jesz­cze kil­ka ty­go­dni temu! A te­raz ktoś inny do­ty­ka jej nóg.

Bio­rę ster­tę pa­pie­rzysk od Blac­ków i idę na górę do czę­ści bi­blio­te­ki z li­te­ra­tu­rą do­ty­czą­cą ubez­pie­czeń. Po­ru­szam się wol­no, ale nie prze­sta­ję się roz­glą­dać. Sara pra­wie już tu nie przy­cho­dzi, nie­mniej wi­dzia­łem ją kil­ka razy.

Roz­kła­dam do­ku­men­ty Blac­ków na wol­nym sto­le mię­dzy re­ga­ła­mi i znów czy­tam „głu­pi list”. Jest szo­ku­ją­cy, zło­śli­wy i naj­wy­raź­niej zo­stał na­pi­sa­ny przez czło­wie­ka prze­ko­na­ne­go, że Dot i Bud­dy nig­dy nie po­ka­żą go żad­ne­mu praw­ni­ko­wi. Czy­tam go jesz­cze raz i uświa­da­miam so­bie, że ból ser­ca po­wo­li ustę­pu­je – po­ja­wia się i zni­ka, a ja uczę się ja­koś so­bie z tym ra­dzić.

Sara Plank­mo­re rów­nież stu­diu­je na trze­cim roku pra­wa i jest je­dy­ną dziew­czy­ną, któ­rą kie­dy­kol­wiek ko­cha­łem. Rzu­ci­ła mnie czte­ry mie­sią­ce temu dla stu­den­ta bar­dziej pre­sti­żo­wej uczel­ni, miej­sco­we­go ary­sto­kra­ty. Po­wie­dzia­ła mi, że przy­jaź­ni­li się jesz­cze w szko­le śred­niej i wpa­dli na sie­bie przy­pad­kiem w cza­sie fe­rii bo­żo­na­ro­dze­nio­wych. Uczu­cie wy­bu­chło na nowo i na­praw­dę nie chcia­ła mi tego ro­bić, ale ży­cie to­czy się da­lej. Po uczel­ni krą­żą plot­ki, że za­szła w cią­żę. Praw­dę mó­wiąc, gdy usły­sza­łem o tym po raz pierw­szy, zwy­mio­to­wa­łem.

Przej­rza­łem po­li­sę Blac­ków i zro­bi­łem całe stro­ny no­ta­tek. Czy­ta­ło się ją, jak­by była w san­skry­cie. Upo­rząd­ko­wa­łem li­sty i for­mu­la­rze za­ża­leń oraz za­świad­cze­nia le­kar­skie. W tej chwi­li Sara znik­nę­ła z mo­ich my­śli, a ja po­grą­ży­łem się w spra­wie kwe­stio­no­wa­ne­go za­ża­le­nia skie­ro­wa­ne­go do ubez­pie­czy­cie­la, któ­re za­czy­na­ło śmier­dzieć co­raz bar­dziej.

Po­li­sa zo­sta­ła wy­ku­pio­na w fir­mie spe­cja­li­zu­ją­cej się w ubez­pie­cze­niach na ży­cie – Gre­at Be­ne­fit Life In­su­ran­ce Com­pa­ny z Cle­ve­land w sta­nie Ohio – a skład­ka wy­no­si­ła osiem­na­ście do­la­rów ty­go­dnio­wo. Obej­rza­łem bar­dzo do­kład­nie ksią­żecz­kę opłat, w któ­rej były od­no­to­wy­wa­ne co­ty­go­dnio­we skład­ki. Wy­glą­da­ło na to, że agent Bob­by Ott od­wie­dzał Blac­ków ty­dzień w ty­dzień.

Nie­wiel­ki stół po­kry­wa­ją rów­ne sto­sy pa­pie­rów, a ja czy­tam wszyst­ko, co Dot mi dała. Nie prze­sta­ję my­śleć o Ma­xie Leu­ber­gu, uczą­cym u nas go­ścin­nie ko­mu­ni­ście, pro­fe­so­rze, któ­ry żar­li­wie nie­na­wi­dzi firm ubez­pie­cze­nio­wych. Po­wta­rza zresz­tą bez prze­rwy, że to one rzą­dzą na­szym kra­jem. Kon­tro­lu­ją sek­tor ban­ko­wy. Mają nie­ru­cho­mo­ści. Zła­pią wi­ru­sa, a Wall Stre­et ma sracz­kę przez ty­dzień. A kie­dy spa­da­ją sto­py pro­cen­to­we i ich do­cho­dy z in­we­sty­cji gwał­tow­nie ma­le­ją, lecą do Kon­gre­su i do­ma­ga­ją się re­form le­gi­sla­cyj­nych. Drą gęby, że pro­ce­sy są­do­we ich wy­kań­cza­ją. Wred­ni ad­wo­ka­ci są­do­wi po­zy­wa­ją ich z byle po­wo­du i na­kła­nia­ją ławę przy­się­głych zło­żo­ną z igno­ran­tów do przy­zna­wa­nia ogrom­nych od­szko­do­wań, więc trze­ba to po­wstrzy­mać albo gro­zi nam ban­kruc­two. Leu­berg po­tra­fił tak się roz­zło­ścić, że rzu­cał książ­ka­mi o ścia­nę. Uwiel­bia­li­śmy go.

I nadal tu wy­kła­da. Wy­da­je mi się, że wra­ca do Wa­szyng­to­nu pod ko­niec tego se­me­stru i je­śli tyl­ko zdo­bę­dę się na od­wa­gę, po­pro­szę go żeby przyj­rzał się spra­wie Blac­ków prze­ciw­ko Gre­at Be­ne­fit. Twier­dzi, że na Pół­no­cy brał udział w kil­ku prze­ło­mo­wych pro­ce­sach do­ty­czą­cych dzia­ła­nia w złej wie­rze, w któ­rych sę­dzio­wie przy­się­gli na­ka­za­li ubez­pie­czy­cie­lom wy­pła­ce­nie ol­brzy­mich od­szko­do­wań.

Za­bra­łem się do pi­sa­nia stresz­cze­nia spra­wy. Za­czą­łem od daty wy­sta­wie­nia po­li­sy, a po­tem chro­no­lo­gicz­nie wy­szcze­gól­ni­łem wszyst­kie waż­ne zda­rze­nia. Gre­at Be­ne­fit osiem razy na pi­śmie od­mó­wi­ła po­kry­cia kosz­tów le­cze­nia. Ósmy był rzecz ja­sna „głu­pi list”. Sły­sza­łem, jak Max Leu­berg gwiż­dże i śmie­je się przy czy­ta­niu tego pi­sma. Po­czu­łem za­pach krwi.

* * *

Mam na­dzie­ję, że pro­fe­sor Leu­berg też ją po­czu­je. Idę do jego ga­bi­ne­tu, wci­śnię­te­go mię­dzy dwa po­miesz­cze­nia ma­ga­zy­no­we na trze­cim pię­trze wy­dzia­łu pra­wa. Drzwi po­kry­wa­ją ulot­ki z in­for­ma­cja­mi o mar­szach w obro­nie praw ge­jów, boj­ko­tach i ze­bra­niach grup ra­tu­ją­cych za­gro­żo­ne ga­tun­ki, czy­li o ro­dza­jach ak­tyw­no­ści, ja­kie bu­dzą nie­wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie w Mem­phis. Są na wpół uchy­lo­ne i sły­szę, że pro­fe­sor war­czy coś do te­le­fo­nu. Wstrzy­mu­ję od­dech i ci­cho pu­kam.

– Pro­szę! – woła, a ja po­wo­li wcho­dzę. Ma­cha ręką w kie­run­ku je­dy­ne­go krze­sła. Leżą na nim książ­ki, tecz­ki i ma­ga­zy­ny. Cały ga­bi­net przy­po­mi­na skła­do­wi­sko od­pa­dów. Ja­kieś ru­pie­cie, śmie­ci, bu­tel­ki. Re­ga­ły na książ­ki pę­ka­ją w szwach i nie­wie­le bra­ku­je, żeby pół­ki się za­rwa­ły. Ścia­ny po­kry­wa­ją pla­ka­ty z graf­fi­ti. Ka­wał­ki sta­rych ga­zet wy­glą­da­ją na pod­ło­dze ni­czym ka­łu­że. Czas i po­rzą­dek nie mają żad­ne­go zna­cze­nia dla Maxa Leu­ber­ga.

To szczu­pły, ni­ski męż­czy­zna po sześć­dzie­siąt­ce, o gę­stych wło­sach ko­lo­ru sia­na i rę­kach, któ­re bez prze­rwy są w ru­chu. Nosi spra­ne dżin­sy, spor­to­we blu­zy z eko­lo­gicz­nie pro­wo­ku­ją­cy­mi ha­sła­mi i sta­re tramp­ki. Je­śli jest zim­no, cza­sa­mi wkła­da skar­pet­ki. Jest tak cho­ler­nie pod­eks­cy­to­wa­ny, że tro­chę się de­ner­wu­ję.

Rzu­ca słu­chaw­ką.

– Ba­ker!

– Bay­lor. Rudy Bay­lor. Ubez­pie­cze­nia, po­przed­ni se­mestr.

– Ja­sne! Ja­sne! Pa­mię­tam. Sia­daj. – Znów ma­cha w kie­run­ku krze­sła.

– Nie, dzię­ku­ję.

Prze­su­wa ster­tę pa­pie­rów na biur­ku.

– Za­tem co sły­chać, Bay­lor?

Stu­den­ci prze­pa­da­ją za Ma­xem, bo on za­wsze ma czas, żeby ich wy­słu­chać.

– Cóż, hm, masz mi­nu­tę? – W przy­pad­ku ko­goś in­ne­go był­bym bar­dziej ofi­cjal­ny i zwra­cał się do nie­go per pan lub coś w tym ro­dza­ju, ale Max nie­na­wi­dzi for­mal­no­ści. Na­le­gał, że­by­śmy mó­wi­li mu po imie­niu.

– No pew­nie. Jaki to pro­blem cię gnę­bi?

– No więc cho­dzę na za­ję­cia do pro­fe­so­ra Smo­ota – wy­ja­śniam, a po­tem szyb­ko przed­sta­wiam mu pod­su­mo­wa­nie mo­jej wi­zy­ty na lun­chu u sta­ru­chów i spra­wę Dot i Bud­dy’ego oraz ich wal­kę z Gre­at Be­ne­fit. Wy­da­je się, że Max słu­cha mnie bar­dzo uważ­nie.

– Sły­sza­łeś kie­dyś o Gre­at Be­ne­fit? – py­tam.

– Tak. To wiel­kie przed­się­bior­stwo sprze­da­ją­ce mnó­stwo ta­nich ubez­pie­czeń czar­nym i bia­łym pro­stacz­kom. Bar­dzo po­dej­rza­ne.

– Na­wet nie wie­dzia­łem, że taka fir­ma ist­nie­je.

– O to cho­dzi. Nie ogła­sza­ją się. Ich agen­ci pu­ka­ją do do­mów i zbie­ra­ją skład­ki co ty­dzień. Mó­wi­my tu o ca­łym prze­my­śle sprze­da­wa­nia gów­na w ład­nym pa­pier­ku. Po­każ mi tę po­li­sę.

Po­da­ję mu ją, a on prze­rzu­ca kart­ki.

– Na ja­kiej pod­sta­wie od­ma­wia­ją? – pyta, nie pa­trząc na mnie.