Zakładnik ISIS - Puk Damsgård - ebook
Opis

Przejmująca historia duńskiego fotografa, Daniela Rye’a, który przez 398 dni był zakładnikiem Państwa Islamskiego w Syrii. Puk Damsgård, korespondentka duńskiej telewizji DR na Bliskim Wschodzie, po raz pierwszy opowiada, jak doszło do porwania, Daniela Rye’a, duńskiego fotografa. Pisze o tym, jak wyglądało jego życie przez trzynaście miesięcy niewoli, a także o znanym dziś na całym świecie więzieniu Państwa Islamskiego (PI) w syryjskim mieście Rakka, gdzie więzionych było 24 zachodnich zakładników. Wśród ich strażników był Brytyjczyk znany z mediów jako Jihadi John. Daniel Rye wraz z innym zakładnikiem wyszli na wolność w czerwcu 2014. Byli ostatnimi, którzy opuścili więzienie żywi. Potem PI zaczęło kolejno zabijać tych, którzy zostali – współwięźniów Daniela. Wśród nich był James Foley, z którym Daniel zaprzyjaźnił się w niewoli. To on, po wyjściu na wolność, przekazał rodzinie Jamesa ostatni, poruszający list zamordowanego Amerykanina. Puk Damsgård opisuje także funkcjonowanie PI od środka, dzięki wywiadowi z byłym bojownikiem terrorystycznego ugrupowania, które w krótkim czasie rozrosło się do rozmiarów potężnej armii przejmującej kontrolę nad rozległymi obszarami kraju i dużymi miastami, ustanawiając na podbitych terenach własne rządy jako państwo w państwie. Autorka szuka odpowiedzi na pytanie o znaczenie ugrupowania dla rozwoju sytuacji w Syrii i Iraku, gdzie Dania uczestniczy w operacjach wojskowych w ramach koalicji przeciwko PI. Równie ważna jest dla niej także odpowiedź na pytanie, dlaczego Daniel Rye i inni zakładnicy zostali wykupieni, podczas gdy pozostali nigdy nie wrócili do swoich krajów. Książka przez wiele miesięcy była na szczycie duńskich list bestsellerów, a prawa do publikacji zakupiło kilkanaście państw. Za Zakładnika ISIS autorka została uhonorowana najwyższą nagrodą dziennikarską w Danii, Cavlingprisen 2015. Relacja Damsgård przedstawia maleńki fragment historii Danii na tle historii świata. We współpracy z Danielem Rye, jego rodziną i innymi osobami, które z bliska obserwowały opisywane wydarzenia. Zakładnik ISIS pozwala zobaczyć, jak ludzie są w stanie znosić tortury, nawiązywać przyjaźnie i zachować nadzieję pomimo skrajnie trudnego położenia. A także to, jak pozostawieni w ojczyźnie bliscy radzą sobie ze strachem o życie uwięzionego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

SER DU MÅNEN, DANIEL

Copyright © Politikens Forlag, JP/Politikens Hus A/S, 2015

International Rights Management: Susanna Lea Associates

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: © Richard Evans

Zdjęcie na okładce: © Henry Steadman

Wykonanie okładki: Mariusz Banachowicz

Mapa str 6-7 © GOOGLE MAPS

Piosenka str 140-141 SMÅ STØD

By Amalie Stender/Anders Christensen/Peter Lützen

© Tigerspring Publishing/ Sony/ATV Music Publishing Scandinavia

Printed by permission of Notfabriken Music Publishing AB.

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Jolanta Olejniczak-Kulan, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-708-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Telefon zadzwonił któregoś popołudnia pod koniec maja 2013 roku. Właśnie wróciłam z Bejrutu. Przez dwa tygodnie relacjonowałam wydarzenia w Syrii z miasta Jabrud położonego na północ od Damaszku. Pod koniec naszego pobytu tam sytuacja stała się dramatyczna. Rządowe myśliwce zaczęły ostrzeliwać miasto. Bomby spadały na naszą dzielnicę i w budynku, w którym mieszkałyśmy, wszystkie okna zostały potrzaskane. Razem z towarzyszącą mi fotografką postanowiłyśmy wydostać się z kraju przez granicę z Libanem.

Byłyśmy wykończone po wielu dniach pracy w ciągłym poczuciu zagrożenia. Bałyśmy się nie tylko nalotów, ale również syryjskich rebeliantów z rozmaitych ugrupowań działających w okolicy. Nie ufałyśmy im. Wiedziałyśmy, że kawałek dalej na południe przetrzymują francuskiego fotografa. Poza tym atmosfera w Jabrudzie bardzo się zmieniła w ciągu tych kilku miesięcy, jakie minęły od mojej poprzedniej wizyty w nim. Przez cały czas zachowywałam najwyższą czujność wobec każdego, kogo spotkałam.

Kiedy zadzwonił telefon, leżałam wykończona na kanapie. Odebrałam. W słuchawce usłyszałam głos znanego fotografa wojennego Jana Grarupa. Prosił, żebym zachowała naszą rozmowę w tajemnicy. Usiadłam, kiedy zaczął opowiadać o Danielu Rye, duńskim fotografie, jego asystencie, który został porwany na północy Syrii.

– Wiesz cokolwiek na temat sądów szariatu? – zapytał.

– Nie, tak z marszu to nie bardzo – odparłam.

Wiadomo było tyle, że Daniela Rye porwali islamscy ekstremiści i miał stanąć przed sądem szariatu. Jan Grarup nic więcej nie wiedział. Czułam się kompletnie bezradna, nie wiedziałam, jak mu pomóc. W pierwszej chwili pomyślałam o rodzicach Daniela. Zawsze wiedziałam, że gdyby mnie spotkało coś podobnego, najbardziej cierpieliby moi rodzice – nie mogąc nic zrobić i nie wiedząc, co się ze mną dzieje. Nie byłam w stanie o tym myśleć.

Wiadomość o pojmaniu Daniela Rye należała do tych doniesień, które nie pozostawiają wątpliwości, że celem bezwzględnych ataków są dziennikarze. W Syrii porwano wielu moich zagranicznych kolegów. Dużo o tym rozmawialiśmy, bo byliśmy przerażeni. Każdy z nas był potencjalną ofiarą, a to bardzo utrudniało nam przekazywanie światu informacji o wojnie i tragedii, jaka się rozgrywała w Syrii.

Rok później porwań było jeszcze więcej. W zamkniętych kręgach korpusu dziennikarskiego na Bliskim Wschodzie z narastającą paniką opowiadano o kolejnych uwięzionych. Ludzie, których znaliśmy, byli w nieskończoność przetrzymywani w charakterze zakładników. Serce podchodziło mi do gardła, kiedy wracałam do Syrii we wrześniu i w listopadzie 2013 i później w czerwcu 2014 roku. Islamistyczna organizacja ISIS wyznaczała nam miejsca, do których mogliśmy podróżować. I choć bojownicy ISIS opuszczali tereny, nad którymi zdobyli już kontrolę, ich władza przenikała do głębi syryjskie społeczności i dusze. Uzbrojeni mężczyźni, których spotkałam na północy Syrii w czerwcu 2014 roku, mieli w oczach obłęd i determinację. Okazało się też, że mój bardzo miły kierowca był dawnym bojownikiem ISIS.

– But no more, madame– zapewnił mnie.

Również w Bagdadzie nie uniknęłam spotkania z ISIS. Wiosną 2014 roku członkowie ruchu zorganizowali atak na stadion, na którym przebywało kilka tysięcy ludzi – mężczyzn, kobiet i dzieci. Byłam tam, aby relacjonować przedwyborcze spotkanie partii szyickiej. Kiedy wybuchła pierwsza bomba, ogłuchłam i schowałam się za lodówką przy prowizorycznym straganie. Gdy wokoło zaczęły padać strzały, przebiegłam przez ulicę i minęłam bramę, w którą chwilę później wjechał samochodem zamachowiec samobójca. Na plecach poczułam siłę wybuchu. Tego dnia zginęło czterdzieści osób. Tamtej wiosny jedyną pozytywną wiadomością z tego regionu była informacja o uwolnieniu sporej liczby europejskich zakładników, za których zapłacono okup. Wśród nich był Daniel Rye.

W sierpniu 2014 roku znów przebywałam w Iraku. Wieczorem, kiedy siedziałam w swoim pokoju w hotelu, na YouTube udostępniono film. Amerykańska dziennikarka, z którą miałam się później spotkać na piwie, napisała przez Messengera, że jest wstrząśnięta – zrezygnowałyśmy ze spotkania.

Na filmie widać, jak amerykański dziennikarz James Foley klęczy w pomarańczowym więziennym kombinezonie gdzieś na pustyni w Syrii, a po chwili kaci z ISIS go mordują. Tamtej nocy nie zmrużyłam oka. Jamesa Foleya i jego rodzinę spotkała niewyobrażalna tragedia. Jednocześnie był to okrutny atak na wszystkich dziennikarzy. Odtąd ja i moja rodzina wiedzieliśmy, że jako korespondent wojenny nie tylko bezustannie jestem narażona na śmierć od kuli czy bomby, ale także stanowię potencjalny cel i narzędzie walki politycznej, które można wykorzystać wedle uznania. Teoretycznie tak było od zawsze. Najstarsze zapisane w kronikach porwanie nastąpiło w połowie trzeciego tysiąclecia przed naszą erą. Teraz jednak po raz pierwszy w mojej dziennikarskiej karierze poczułam, że zagrożenie jest tak niebezpiecznie blisko, niemal mnie dotyka.

Mimo wszystko ogromnie mi zależało na wyprawie do przyczółka ISIS w mieście Rakka i opisaniu życia islamistów oraz warunków, jakie stworzyli mieszkańcom miasta. Byłam ciekawa, kim są. To, że nie mogę relacjonować wydarzeń z bliska, budziło we mnie tak wielką frustrację, że byłam gotowa ubrać się na czarno i dostać do miasta przy pomocy kogoś zaufanego, kto tam mieszka.

Ostatecznie zdecydowałam się na rozwiązanie, które uznałam za kompromisowe: postanowiłam opisać, co się przytrafiło moim kolegom po fachu, i poprzez ich opowieści zbliżyć się nieco do tego, co stanowi trzon ISIS. Daniel Rye był więziony przez ISIS razem z Jamesem Foleyem. Przez wspólnych znajomych skontaktowałam się z nim i zapytałam go, czy zechciałby opowiedzieć o trzynastu miesiącach w niewoli ISIS. Za pośrednictwem Facebooka odpowiedział:

„Cześć, Puk. Nazywam się Daniel Rye. Pewnie o mnie słyszałaś. W zeszłym roku trafił mi się drobny wypadek przy pracy. Na szczęście dla mnie wszystko dobrze się skończyło”.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w piątek na początku października 2014 roku w jednej z piwnicznych knajp w Kopenhadze. I wspólnie uznaliśmy, że z opowieści Daniela powinna powstać książka.

*

Zakładnik ISIS jest historią człowieka, który przetrwał jedno z najbardziej dramatycznych uprowadzeń w ostatnim czasie. Przeprowadzili je islamscy ekstremiści, którym Dania w październiku 2014 roku wypowiedziała wojnę. Dwudziestu czterech zakładników, pięć kobiet i dziewiętnastu mężczyzn z trzynastu krajów, przetrzymywano w jednym więzieniu w kontrolowanej przez terrorystyczny reżim, nazywany obecnie Państwem Islamskim, miejscowości Rakka na północy Syrii. Państwo Islamskie obejmuje dziś znaczne obszary Iraku i Syrii. W tej grupie zakładników znalazł się Daniel Rye – i w czasie powstawania tej książki był ostatnią osobą, która wyszła cało z rąk terrorystów. Spośród pozostałych uwięzionych sześć osób zostało zabitych.

Książka jest dziennikarską relacją opartą na niezliczonych wywiadach i rozmowach z Danielem Rye oraz jego rodziną, która z determinacją walczyła o uwolnienie go z rąk najbardziej bezwzględnej terrorystycznej organizacji na świecie. Podczas pracy nad nią rozmawiałam także z osobami spoza kręgu jego najbliższych: z dawnymi zakładnikami, dżihadystami i informatorami z kraju i zagranicy znającymi sprawę Daniela oraz ludźmi, którzy go przetrzymywali.

W książce zawarłam także informacje, jakie uzyskałam podczas rozmów z ekspertem od porwań i bezpieczeństwa, Arthurem. Zajmował się on między innymi poszukiwaniem Daniela i jego amerykańskiego współwięźnia Jamesa Foleya. Arthur to nie jest jego prawdziwe imię. Żyje dyskretnie i unika rozgłosu. To konieczne, kiedy się negocjuje z porywaczami z całego świata. Opowiadanie o pracy nie leży w jego naturze, lecz zgodził się porozmawiać i wiele wniósł do tej książki. Poza tym, jak sam twierdzi, historia Daniela jest budująca, bowiem pokazuje, że „dopóki człowiek żyje, zawsze znajdzie się sposób”.

Książka stanowi zapis wydarzeń z perspektywy Daniela Rye i innych ich uczestników – tak je przeżyli i odebrali. Została opowiedziana z szacunkiem należnym tym, którzy zginęli, tym, którzy tam pozostali, i tym, którzy przeżyli, a także ich najbliższym.

Puk Damsgård, Kair, wrzesień 2015

Na tym cmentarzu ustawiono kamień upamiętniający tragiczną śmierć amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya zamordowanego dziewiętnastego sierpnia 2014 roku przez PI w Syrii.

Happy birthday, Jim

Samolot oderwał się od płyty lotniska Heathrow w Londynie i był już wysoko w chmurach, kiedy Daniel wyjął portfel i wyłuskał z niego skrawek papieru. W milczeniu patrzył na białą kartkę, na której cienkie pociągnięcia ołówka układały się w wizerunek jego własnej twarzy. Na rysunku miał okulary, wąsy i brodę. Poza tym przypominał siebie.

Pokazał papierek swojemu towarzyszowi podróży, Arthurowi, który na fotelu obok wyciągnął swoje długie nogi tak, że aż sięgały pod siedzenie przed nim.

– To dziwne, ale często było całkiem przyjemnie. Graliśmy z pozostałymi zakładnikami w Ryzyko na samodzielnie zrobionej planszy albo wspólnie ćwiczyliśmy – powiedział Daniel, ściskając w palcach swój miniportret.

Rysunek stanowił jedyną pamiątkę z okresu uwięzienia przez Państwo Islamskie w Syrii. Jego autorem był Francuz Pierre Torres, jeden z pozostałych zachodnich więźniów. Kiedy skończył go tworzyć, zaszył obrazek w rękawie i przemycił z więzienia. On także należał do tych, których uwolnienie szczęśliwie udało się wynegocjować.

W tamtym czasie Daniel obawiał się najgorszego. Państwo Islamskie zaczęło zabijać swoich zachodnich zakładników. Właśnie w związku z tym siedemnastego października 2014 roku Daniel i Arthur siedzieli w samolocie zmierzającym przez Atlantyk do New Hampshire w Stanach Zjednoczonych. Lecieli na pogrzeb Jamesa Foleya.

Daniel schował rysunek w przegródce portfela i do standardowego posiłku pokładowego typu „kurczak lub wołowina” zamówił kieliszek wina. Potem zasnął z głową opartą na złożonym, nieodpakowanym z folii kocu. Naelektryzowane włosy sterczały mu pionowo, usta miał wpółotwarte. Obudził się dopiero po pięciu godzinach, kiedy piloci przygotowywali się do lądowania w Bostonie. Po wyjściu z terminala zapalił papierosa. Wokół było ciemno, a w powietrzu czuło się już jesień. Zaciągał się powoli, zwykle nie palił. Arthur w tym czasie odebrał kluczyki do wynajętego samochodu. Pojechali do usytuowanego na obrzeżach Bostonu hotelu Holiday Inn, gdzie mieli przenocować.

Następnego ranka ruszyli do Rochester w New Hampshire, rodzinnego miasta Foleya. Był osiemnasty października 2014 roku. Niebo lekko się zachmurzyło. James skończyłby dziś czterdzieści jeden lat.

Życie amerykańskiego dziennikarza skończyło się jednak w sierpniu 2014 roku na syryjskiej pustyni. Był on pierwszym z zachodnich zakładników, któremu gardło poderżnął Brytyjczyk nazywany w mediach „Dżihadi John”, bojownik Państwa Islamskiego.

Daniela przetrzymywano w Syrii przez trzynaście miesięcy, osiem z nich spędził z Jamesem i pozostałymi zachodnimi zakładnikami.

Bardzo cenił Jamesa. Amerykanin nie tracił otuchy, choć był zakładnikiem od listopada 2012 roku. Mieli mnóstwo czasu, by się wzajemnie poznać. Daniel usłyszał niezliczone opowieści o rodzeństwie i rodzicach Jamesa, a teraz miał ich wszystkich poznać. Przybył, aby pożegnać człowieka, z którym połączyła go przyjaźń – zrodziła się i zakończyła w niewoli.

Drzewa, jakby kłaniając się im na powitanie, pochylały się nad wąską i krętą Old Rochester Road prowadzącą z Bostonu do Rochester. Jej pokonanie zajmowało mniej więcej godzinę. Czerwone liście klonów kontrastowały z zielenią innych drzew, tu i ówdzie spomiędzy gałęzi przebijały się żółtawe, pomarańczowe i różowe przebłyski, ostatnie oznaki dnia przed zapadnięciem mroku. Wokół pachniało tęsknotą i nieuchronnie zbliżającą się zimą. A także papierosami Daniela i Arthura. Daniel puścił muzykę ze swojego iPhone’a. Od śmierci Jamesa często słuchał melancholijnego utworu Add Ends duńskiego zespołu When Saints Go Machine.

Między drzewami wznosiły się zadbane wille z ogródkami, w których teraz leżały dynie wydrążone na kształt uśmiechniętych buziek o gwiaździstych oczach albo gęb potworów z ustami zastygłymi w grymasie krzyku. Przerażone i wściekłe dynie strzegły trawników i podjazdów. Pomarańczowe halloweenowe warzywa wysypywały się z witryny małego sklepiku, niemal blokując wejście.

Kiedy skręcili w ulicę, przy której mieszkała rodzina Foleya, zniknął kolor pomarańczowy, a pojawiła się czerń. Minęli dom, którego drzwi pilnował ubrany na czarno szkielet z kapeluszem naciśniętym na czaszkę. Droga biegła łagodnymi zakrętami pomiędzy usytuowanymi daleko od siebie domami i wbitymi w trawę amerykańskimi flagami. Całe sąsiedztwo łączyło się w żałobie z mieszkańcami białego drewnianego budynku na końcu ulicy.

Trawnik przed domem rodziny Foleya był rozległy, gęsty i dobrze nawodniony. Światło z okien padało na kilka zaparkowanych na podjeździe samochodów. Daniel energicznym krokiem ruszył do drzwi, zostawiając w tyle Arthura. Stanął na wycieraczce z napisem „Welcome” i zapukał. Wszedł, kiedy usłyszał głosy w środku. Gdy tylko Daniel i Arthur znaleźli się wewnątrz, przywitali ich rodzice Jamesa, Diane i John. Diane długo, po matczynemu przytulała Daniela. Jej gęste ciemne włosy dotykały jego twarzy. Co chwilę ściskała go za ręce i ramiona, aż w końcu pociągnęła go za sobą do kuchni, gdzie tłoczyła się reszta rodziny. Nad przejściem między kuchnią a salonem widniał napis: „With God’s blessing spread love and laughter in this house”1. Pachniało kawą, perfumami i grzankami.

– Poznajcie Daniela. Był więziony razem z Jimem. To on przekazał nam wiadomość od niego – przedstawiła gościa Diane, a w jej głosie rozbrzmiewały zarówno wdzięczność, jak i ból.

Gdy po roku niewoli Daniel zaczął się domyślać, że wkrótce zostanie wypuszczony, James postanowił przez niego przekazać wiadomość swojej rodzinie. Nie miał odwagi dać Danielowi listu. Gdyby przetrzymujący ich napastnicy znaleźli kartkę, mogliby nie uwolnić Daniela, a rodzina Jamesa nigdy nie dostałaby jego wiadomości. Usiedli więc obaj w celi i James po prostu powiedział Danielowi tekst wiadomości. Daniel powtarzał jego słowa tak długo, aż mógł je wyrecytować nawet przez sen.

Zaraz po tym, jak został uwolniony i wrócił do Danii, Daniel zadzwonił do Diane i przekazał jej słowo w słowo wiadomość. Były to ostatnie słowa Jamesa, jakie jego rodzina usłyszała, i jedyne, jakie do nich dotarły od chwili jego porwania. Diane zapisała je, żeby ich nigdy nie zapomnieć. Z okazji nabożeństwa żałobnego wydrukowała je, by mogli je przeczytać goście i reszta świata. W górnej części kartki widniało wyrażenie: „List od Jima”. W liście znalazło się między innymi kilka słów skierowanych przez Jamesa do babci:

„Babciu, pamiętaj o swoich lekach, długich spacerach i nie przestawaj tańczyć. Jak wrócę, to zaproszę cię do Margarita’s. Bądź silna, bo będę potrzebował twojej pomocy, żeby na powrót zacząć żyć”.

– Dziękuję, Danielu – powiedziała babcia w kuchni i mocno uścisnęła jego rękę.

Szczupła starsza pani z perłowymi kolczykami ocierała łzy i wyglądała, jakby lada chwila miała upaść pod ciężarem rozpaczy. Młodszej siostrze, Katie, o długich, prostych włosach Jim powiedział:

„Katie, jestem z ciebie taki dumny. Ty jesteś z nas wszystkich najsilniejsza. Pewnie ciężko pracujesz jako pielęgniarka. Tak bardzo się cieszę, że aż do mojego porwania pozostawaliśmy w kontakcie. Modlę się, żebym zdążył wrócić na twój ślub”.

W kuchni przebywali jeszcze bracia Jamesa, Mark, John i Michael. Mieli na sobie ciemne garnitury. Byli podobni do Jamesa. Te same brązowe oczy, gęste brwi i szerokie, ciepłe uśmiechy. Daniel odniósł wrażenie, że zna ich od lat. James dużo o nich opowiadał i bardzo za nimi tęsknił. Daniel wiedział również, że z niecierpliwością czekali na dobre wieści o swoim bracie. Wiadomość, którą im przekazał, na krótko obudziła w nich nadzieję:

„Miałem dni gorsze i lepsze. Wszyscy tutaj cieszymy się, kiedy któreś z nas zostaje wypuszczone. Z drugiej strony każdy oczywiście pragnie sam odzyskać wolność. Próbujemy nawzajem dodawać sobie sił. Jemy teraz lepiej i codziennie. Dostajemy herbatę, a czasem kawę. Odzyskałem już te wszystkie kilogramy, jakie straciłem w zeszłym roku. […]

Rozmyślam o wszystkich cudownych chwilach w gronie rodziny, bo te wspomnienia pozwalają mi wydostać się z więzienia. […] Czuję waszą bliskość, zwłaszcza w modlitwie. Modlę się, abyście nadal pozostali silni w wierze. Mam wrażenie, że kiedy się modlę, mogę was dotknąć nawet tu, wśród ciemności”.

Męka Jamesa wreszcie się skończyła, a pogrążona w rozpaczy rodzina starała się żyć dalej. Mark oczekiwał narodzin pierwszego dziecka – jego żona Kasey stała w kuchni z kapciami na opuchniętych stopach i głaskała się po sterczącym brzuchu.

– Będzie się nazywał James Foley – z dumą przedstawiła swego nienarodzonego syna.

Nabożeństwo żałobne miało się zacząć o dziesiątej. Wszyscy dopili kawę, włożyli buty i płaszcze, by ruszyć do kościoła. Kasey została w kapciach. Diane chciała siedzieć z tyłu obok Daniela. Wzięła go za rękę i przez chwilę mocno ją ściskała. John w milczeniu prowadził samochód.

Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Różańcowej w Rochester szczelnie wypełniała rodzina i przyjaciele. Przed ołtarzem ustawiono zdjęcie Jamesa Wrighta Foleya. Jego twarz, okoloną teraz żółtymi i czerwonymi kwiatami, rozjaśniał typowy dla niego szelmowski uśmiech, który ponoć zniewalał kobiety.

Nie było trumny, którą można by złożyć do grobu. James został pochowany gdzieś w Syrii. Nikt z rodziny Jamesa nie przemógł się, żeby spojrzeć na jego ostatnie zdjęcie. Na pustynnej ziemi leży ciało w pomarańczowym kombinezonie, ułożone na brzuchu z rękami wzdłuż ciała. Na plecach, między łopatkami leży jego głowa. Większość światowych mediów odmówiła opublikowania nakręconego przez Państwo Islamskie propagandowego filmu z jego egzekucji. Daniel obejrzał go tylko po to, by się upewnić, że James wreszcie zaznał spokoju. Teraz, gdy siedział w jednej z pierwszych ławek w kościele i patrzył przed siebie pustym wzrokiem, w myślach oglądał wszystkie inne sceny z Jamesem, które zapamiętał. Biała koszula Daniela w tłumie ciemnych ramion i pleców świeciła niczym księżyc.

Przed oczami stanął mu dzień dokładnie rok temu, osiemnasty października 2013, kiedy jeszcze obaj siedzieli w celi. James dopiero późnym wieczorem napomknął, że właśnie skończył czterdzieści lat. Daniel i pozostali więźniowie złożyli mu życzenia – wszyscy wyrazili nadzieję, że jego kolejne urodziny będą weselsze.

Teraz Daniel siedział przed zdjęciem Jamesa, słuchając przerywanych szlochem wspomnień Michaela o ciepłym i kochającym starszym bracie, który walczył o lepszy świat.

– James zginął za wartości, jakie wyznawał – powiedział Michael.

I nagle Daniel zobaczył w Michaelu Jamesa. Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. Jego szerokie, białe plecy zaczęły niekontrolowanie drżeć. Zdjął okulary i rozpłakał się ze wzrokiem wbitym w posadzkę. Czuł, jakby ten płacz był powstrzymywanym krzykiem, który wzbierał w zaciśniętym żołądku i skurczami szedł w górę wzdłuż kręgosłupa. Wyrzucił go z siebie po raz pierwszy od sierpnia, kiedy od Arthura dowiedział się, że James nie żyje. Blizny wokół nadgarstków, wyglądające jak wytatuowane czerwone bransolety, zrobiły się mokre, gdy Daniel obiema rękami wycierał płynące teraz ciurkiem łzy.

Poznał właśnie takiego Jamesa jak ten, którego opisywał Michael. Takiego, który zawsze myślał o innych – nawet wtedy, kiedy wiedział, że prawdopodobnie zginie w niewoli.

Daniel z powrotem założył okulary i skierował w stronę ołtarza czerwoną od płaczu twarz.

– Happy birthday, Jim – powiedział ksiądz i zebrani zmówili modlitwę w intencji uchodźców na całym świecie oraz Syryjczyków, w których kraju od trzech lat toczyła się krwawa wojna.

Na zakończenie wszyscy odśpiewali psalm I Am the Bread of Life. Przed kościołem Daniel zapalił kolejnego papierosa.

– Przed chwilą z mojego ciała uleciał demon – zwierzył się Arthurowi, a potem spojrzał przed siebie. Jesienne powietrze przeciął jego krzyk: – James, stary draniu! Brakuje mi ciebie. Dlaczego, u diabła, musiałeś umrzeć?!

Potem pojechali na cmentarz. W trawie, wśród czerwonych liści klonu i żółtych kwiatków, leżał biały płaski kamień nagrobny. Diane objęła swoją mamę, kiedy obie otoczone rodziną stały w półkolu przed kamieniem i w milczeniu się modliły. Chmury się rozproszyły i promienie słońca rozświetliły nagrobek.

– Widzisz, słońce wyszło. Jednak będzie ładny dzień – oświadczyła Diane.

Daniel patrzył na nagrobek Jamesa. Widniał na nim napis: „A man for others”. Po ceremonii wszyscy przeszli do jednej z przykościelnych salek, żeby powspominać Jamesa. Jego niania zauważyła, że umierał w jasnym, pomarańczowym kolorze symbolizującym życie, a jego kat miał czarne rękawice szatana. Ksiądz wspomniał jeden z ostatnich wieczorów, kiedy jadł kolację z nim i jego rodziną na krótko przed jego wyjazdem do Syrii.

– Powiedziałem mu, że jego rodzeństwu się nie podoba, że znów leci do Syrii, z powrotem do paszczy lwa. James odparł: „Ojcze, muszę tam wrócić, żeby potem opowiedzieć światu o Syryjczykach. Ten naród żyje pod rządami dyktatury, która depcze go jak trawę”. – Potem ksiądz Paul dodał: – My, którzy zawsze mamy co jeść, nie rozumiemy, przez co muszą przechodzić mieszkający tam ludzie. Wiem, że James czuł w sercu powołanie.

Diane przez kilka godzin nie ruszała się z miejsca i przyjmowała kondolencje. Ludzie ustawili się przed nią w kolejce i jeden po drugim podchodzili do niej.

– God bless you all – szeptała raz po raz.

Następnego dnia Daniel pod wpływem impulsu kupił bordową bluzę z buntowniczym mottem New Hampshire: „Live Free or Die”. Kupili też z Arthurem parę piw, wodę i jakieś ciastka u starszej pani w sklepiku na rogu. Potem ruszyli ku ogromnym lasom i jezioru Winnipesaukee niedaleko Wolfeboro, gdzie James bawił się jako dziecko i dorastał.

Daniel włożył nową bluzę. Przez wiele godzin wędrowali z Arthurem podmokłymi leśnymi ścieżkami i błądzili wśród nagich pni i jaskrawoczerwonych liści. Daniel wziął głęboki wdech. Wokół było tak cicho, jak czasem bywało w więzieniu. I jeszcze na polu przy jego domu rodzinnym w Hedegård na Jutlandii. Wiedział, jak to jest, kiedy się pragnie śmierci bardziej niż życia. Stojąc wśród pni drzew w butach ciężkich od błota, podniesionym głosem, niemal krzycząc, powiedział:

– To właśnie jest teraz moim mottem, Arthurze: Live Free or Die!

Latem 2011 roku Daniel występował w parku rozrywki w Hongkongu jako gimnastyk i skoczek. Z wysokości dwudziestu pięciu metrów wykonywał skok tyłem do basenu o głębokości trzech metrów.

Mistrz gimnastyki z Hedegård

Daniel bił brawo swojej publiczności, stojąc na scenie w parku rozrywki Ocean w Hongkongu. Był piętnasty lipca 2011 roku. Daniel miał na sobie kostium konika morskiego. Scena była jasnoniebieska z wymalowanymi koralowcami. Poniżej widział ludzi chroniących się przed słońcem pod parasolami. Z głośników dudniła rytmiczna muzyka, więc rodzice dzieci siedzących w wózkach i trzymających w rączkach lody próbowali przekrzyczeć ciężkie basy.

Potem spojrzał w górę, gdzie na tle nieba widział zarys umieszczonej na wysokości dwudziestu pięciu metrów trampoliny. Miał się na nią wspiąć, skoczyć i wylądować w basenie o głębokości trzech metrów. To był kulminacyjny punkt programu.

Złapał kostium, który przylegał do jego ciała jak strój do nurkowania, zerwał go z siebie i rzucił na scenę. Publiczność entuzjastyczną owacją dopingowała tego dwudziestodwuletniego, wysportowanego i opalonego blondyna w czarnych kąpielówkach, który zaczął się wspinać na trampolinę. Daniel napiął wszystkie mięśnie. To była chwila, na którą czekał – swój skok wyćwiczył do perfekcji.

Po kilku tygodniach zmęczyły go występy w roli konika morskiego robiącego salta w powietrzu. Wolał wizerunek dzielnego skoczka z nagim torsem, który wykonuje high dive z najwyższej trampoliny. Choć praca w parku rozrywki w Hongkongu była dla niego tylko wakacyjną przygodą, jako perfekcjonista postanowił dokładnie przygotować i porządnie wykonać swój układ.

Dotarł na szczyt wieży, stanął na trampolinie, na której ledwo mieściły się jego stopy, oparł się plecami o metalową konstrukcję i zaczął klaskać, by włączyć do swojego popisu publiczność. Następnie odwrócił się i wykonał salto w tył.

Musiał wejść do wody idealnie pod kątem prostym, ze złączonymi nogami. Gdyby uderzył w powierzchnię pod innym kątem albo rozsunął nogi w chwili wejścia, woda dostałaby mu się do spodenek i potem wyglądałoby, jakby sikał tyłkiem. Niezbyt elegancki widok dla wiwatującej publiczności.

Skok był trudny, lecz Daniel wcześniej uprawiał gimnastykę na poziomie mistrzowskiej klasy międzynarodowej, dlatego na planszy kombinacja rundak-tempo-tempo-dwa fiflaki-podwójne salto kuczne – i zawsze perfekcyjne lądowanie – nie stanowiła problemu.

Przez wiele lat startował w mistrzostwach Europy i świata w skokach na ścieżce, odmianie akrobatyki sportowej, w której gimnastyk wykonuje osiem różnych skoków na dwudziestopięciometrowej ścieżce akrobatycznej. Skok z trampoliny w Hongkongu zawierał dodatkowe wyzwanie w postaci wysokości – początkowo go przerażała, ale szybko się z nią oswoił.

Także w Hongkongu, podczas sześciu tygodni pracy w parku rozrywki, zaczął częściej myśleć o Bliskim Wschodzie. W przerwach między pokazami w miejscowym angielskojęzycznym dzienniku „South China Morning Post” czytał o buntach, jakie wybuchły w Syrii i Libii. Wycinał zdjęcia z demonstracji w Syrii i przyklejał do ściany w kontenerze pełniącym funkcję garderoby, w którym pracownicy odpoczywali pomiędzy występami.

Syryjczycy żądali reform, a rząd brutalnie tłumił ich protesty, policja używała ostrej amunicji. Gdy prezydent Baszszar al-Asad odmówił wysłuchania głosu narodu i wysłał przeciwko pokojowym demonstrantom wojsko i policję, lud zaczął głośno domagać się jego ustąpienia.

Zaczęło się odliczanie do wojny w Syrii.

*

Daniel urodził się w Brøns na południu Jutlandii dziesiątego marca 1989 roku. Miał starszą o siedem lat siostrę Anitę. Ich ojciec był rybakiem, a matka, Susanne, w rodzinnym domu prowadziła salon fryzjerski. I z taką samą dokładnością, z jaką czesała klientki, dbała o swój dom. Była maniaczką porządku i również w życiu codziennym niczego nie pozostawiała przypadkowi. Daniel miał zaledwie rok, gdy u jego ojca zdiagnozowano raka mózgu. Ojciec zmarł wczesnym rankiem na początku maja 1992 roku na kanapie w salonie. Jego jedynym życzeniem było, aby Susanne ponownie wyszła za mąż, żeby Daniel i Anita mieli ojca.

W związku z tym kilka miesięcy później Susanne na jeden wieczór zrobiła sobie przerwę od żałoby i obowiązków rodzinnych i poszła na bal wdów i wdowców w Rødding. Tam poznała Kjelda. Był wysoki i przystojny. Wyszła za niego dokładnie rok po ich pierwszym spotkaniu jedenastego września 1993 roku – od tamtej pory Susanne uważa ten dzień za szczęśliwy. Wkrótce przeniosła się wraz z dziećmi do domu Kjelda, budynku z czerwonej cegły w wiosce Hedegård niedaleko Billund. Dwadzieścia kroków dalej stał żółty dom, w którym mieszkali rodzice Kjelda i w którym on sam się wychował. Susanne z Kjeldem doczekali się córki Christiny. Daniel był za mały, by pamiętać swojego biologicznego ojca. Kjeld adoptował jego i Anitę i był dla nich wspaniałym ojcem.

Parterowy dom otaczał trawnik gęsto usiany kopcami kretów. Niedaleko rozciągały się pola i lasy. W sąsiednich gospodarstwach trzymano konie i krowy, a wyżej, przy drodze, była świetlica. W dużym garażu za domem Susanne i Kjelda stała jego ciężarówka. W nim także świętowano okrągłe urodziny. Małżonkowie dobudowali wykusz, a jeden z pokoi przerobili na salon fryzjerski „Klippestuen”, aby Susanne mogła w nim czesać i ciąć włosy klientom. Kjeld pracował jako kierowca ciężarówki.

Daniel codziennie w drodze do szkoły podstawowej w Hedegård, gdzie przed laty uczył się jego przybrany ojciec, mijał dom swojej nowej babci. Droga była wąska i nieoświetlona, a kierowcy jeździli dość szybko. Dlatego Susanne naszyła mu na ubranie odblaski. Sąsiedzi na jego widok uśmiechali się i mówili, że wygląda jak choinka. Susanne próbowała ich uciszać. Gdyby Daniel usłyszał, że tak o nim mówią, od razu pozrywałby światełka.

Już wtedy uwielbiał robić salta i stawać na rękach. Susanne uznała, że to wyjdzie mu na dobre i zapisała go na gimnastykę w sąsiednim miasteczku Give. Tam, ćwicząc na planszy, potrafił wybijać się w górę z wyjątkową siłą. Wszyscy zauważyli, że ma duży potencjał. Kiedy podrósł, przez dwa lata zawzięcie trenował skoki w Vesterlund Ungdomsskole, sportowej szkole z internatem. Cały czas ćwiczył jak prawdziwy sportowiec. Po raz pierwszy też poczuł motyle w brzuchu z powodu dziewczyny.

Miała na imię Signe – Daniel zakochał się w jej piegach, rudawych włosach i okrągłych błękitnych oczach. Najlepiej z całej szkoły wykonywała wysokie skoki gimnastyczne i Daniel uważał, że jest prawie tak dobra jak chłopcy. Od razu też zwrócił uwagę, że nie nosi makijażu i nie maluje paznokci jak inne dziewczyny. Byli parą do końca szkoły, ale potem ich związek się rozpadł. Po szkole Daniel stał się bardzo zajętym młodym człowiekiem. Uczył się na cieślę i równocześnie trenował w reprezentacji kraju. Codziennie kładł dachy – cierpiał przy tym z powodu bólu pleców i musiał chodzić do kręgarza. Ostatecznie postanowił rzucić ciesiołkę.

– Cieślą zawsze mogę być. Ale nie zawsze będę miał szansę występowania w reprezentacji kraju – tłumaczył matce, która uważała, że należy kończyć to, co się zaczęło.

Postanowił znaleźć pracę jako nauczyciel gimnastyki w którejś z duńskich szkół sportowych. Szkoła z Vejstrup od razu go zatrudniła. Przez rok uczył więc gimnastyki, budował schody, ścinał trawniki i startował w zawodach. Zajął się również fotografią po tym, jak trener pokazał mu zdjęcia, które zrobił w trakcie jego powietrznych akrobacji. Zafascynowały go zamrożone na kliszy nanosekundy, zatrzymane w czasie napięte mięśnie i skupiony wzrok. Dlatego wyjeżdżając na mistrzostwa świata w skokach na ścieżce w Kanadzie w 2008 roku, spakował do torby pożyczoną od Kjelda lustrzankę. Fotografował salę gimnastyczną i pokoje hotelowe, ciała sportowców w identycznych kostiumach, zwycięstwa, porażki, pot i salta – wszystko, co się odbijało na twarzach zawodników. Robił zdjęcia swoim kolegom, z którymi jeździł po świecie, i odkrył, że dzięki aparatowi fotograficznemu można odkrywać życie innych ludzi.

Na wszystkie zawody zabierał odtąd aparat Kjelda. W tym czasie dowiedział się też, że babcia ma przyjaciółkę, której syn jest fotoreporterem. Hans Christian Jacobsen spotkał się z Danielem w Aarhus i uważnie przejrzał jego zdjęcia kwiatów i akrobacji. Potem pokazał mu własne fotografie wykonane w kilku zapalnych punktach świata.

Daniel długo przyglądał się fotografii chłopca skaczącego do jeziora gdzieś w Kabulu. Cienie, migotanie słońca na tafli wody i chłopiec uchwycony w wiązce światła. Zdjęcia Hansa Christiana obudziły w Danielu jakąś tęsknotę – doszedł do wniosku, że chce wyruszyć w świat i uchwycić go aparatem. Gdy miał dwadzieścia jeden lat, kupił własny aparat, spakował plecak i ze swoim przyjacielem z dzieciństwa Ebbem wybrał się w podróż, bez dającej poczucie bezpieczeństwa drużyny gimnastycznej. To doświadczenie wywróciło jego życie do góry nogami bardziej niż wszystkie salta i fiflaki.

Daniel siedział wysoko pomiędzy garbami wielbłąda i patrzył na wydmy w północno-zachodnich Indiach. Poganiacz wielbłądów szedł obok w długiej, niebieskiej tunice i uśmiechał się tak, że pulchne policzki przesłaniały mu oczy.

Podczas przerw w trakcie ich pięciodniowego safari Daniel nie mógł oderwać od niego wzroku. Mężczyzna ściągał swoją skórzaną torbę z grzbietu zwierzęcia, wyjmował dwa ziemniaki, jakieś owoce, ryż i przyprawy i nad małym ogniskiem przyrządzał z tego posiłek.

„Potrafi zrobić tak dużo, mając tak niewiele”, pomyślał Daniel, fotografując proste, spokojne życie mieszkańców mijanych osad oraz poganiacza, który stanowił jedność z piaskiem i czworonogami.

Noce spędzali pod gołym niebem, wiszącym wyjątkowo wysoko tamtego lata 2010 roku. Daniel nigdy nie widział jaśniejszych gwiazd. Z oddali dobiegało wycie dzikich psów.

W dużych indyjskich miastach śmieci płynęły rynsztokami. Daniel musiał się przeciskać pomiędzy krowami i kozami, chodzącymi po ulicach i zostawiającymi placki dosłownie wszędzie. Tuk tuki ze świstem mijały go o centymetry, a powietrze było ciężkie – nawet na plaży, gdzie chłopcy kopali piłkę. Daniel podziwiał kontrastujące ze sobą obrazy. Był pewny, że nie będzie już w stanie po prostu wrócić na salę gimnastyczną. Jego przewodnikami byli Lonely Planet i Ebbe. Przeżył szok kulturowy, widząc ogromne bogactwo tuż obok skrajnej nędzy.

Tymczasem w domu Susanne mogłaby wygrać mistrzostwo świata w zamartwianiu się. Śledziła poczynania Daniela i Ebbego na Facebooku. Raz na plaży, na której byli, wywiązała się bójka z udziałem dwudziestu Hindusów.

„Mamo, Susanne, wszystko w porządku! Nic nam się nie stało poza tym, że jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenie”, pisali i zamieszczali kolejne filmiki z podróży.

Na jednym z nich Susanne i Kjeld mogli zobaczyć, jak Daniel robi fiflaki. Zebrani wokół Hindusi przyglądali się białemu człowiekowi o gumowym szkielecie. Potem, z czerwoną bluzą zawieszoną na szyi, Daniel powiedział nonszalanckim tonem: „Trzy dni temu przyjechaliśmy do Kovalam w Kerali. Południowoindyjskiego odpowiednika Goa. Graliśmy w piłkę plażową i jest superzabawa”.

Rodzice Daniela nie widzieli jednak sprzeczności, które nim targały od wewnątrz. W jednej chwili został wyrwany ze swojej strefy komfortu, gdzie panował porządek i dyscyplina, i znalazł się w rzeczywistości, w której regułą, a nie wyjątkiem, było spanie do późna, picie piwa o każdej porze dnia i kompletny brak pośpiechu.

Po powrocie z Azji w marzeniach wciąż tam wracał, gdy oglądał zdjęcia i filmy z podróży. Zapragnął nauczyć się fotografowania, zadzwonił więc do Hansa Christiana, a on polecił mu kurs w grundwigiańskiej szkole ludowej w Hillerød. Dwa dni przed rozpoczęciem kursu w styczniu 2011 roku Daniel zadzwonił do sekretariatu szkoły.

– Jak duży nacisk kładą państwo na zajęcia z fotografii? – zapytał.

Usłyszał, że bardzo duży.

– Wiele osób próbuje u nas realizować swoje marzenia – powiedział głos w słuchawce.

Daniel już nie miał wątpliwości.

Wykładowca z impetem otworzył drzwi do klasy.

– No jak tam, frajerzy? – powiedział zaczepnie donośnym głosem.

Uznany i doświadczony reporter wojenny Jan Grarup przechadzał się tam i z powrotem w czarnych welurach, białej koszuli i wąskich dżinsach. Jego palce zdobiły duże pierścionki. Przez cały wykład Daniel z uwielbieniem wpatrywał się w swojego idola, zdobywcę wielu międzynarodowych nagród, który zawsze chadzał swoimi ścieżkami. Jan Grarup pokazywał zdjęcia z własnych wypraw, a na każde pytanie odpowiadał tak samo:

– To bez znaczenia.

Wszystko było bez znaczenia – jakiego aparatu się użyje, jak się skomponuje zdjęcie, jak się je wykadruje i obrobi. „Bez znaczenia”.

– Chodzi wyłącznie o to, by we wszystko, co się robi, wkładać serce i swój własny, unikalny charakter – wyjaśnił.

Po wykładzie Daniel, przełamując tremę, podszedł do Jana Grarupa, gdy ten stał na tarasie. Przy kawie rozmawiali o pomysłach Daniela na realizację rozłożonych w czasie projektów fotograficznych, takich jak śledzenie przez pół roku życia wybranej grupy młodzieży mieszkającej w szkole z internatem.

W szkole ludowej Daniel przekonał się, jak niewiele wie o tym, co się dzieje na świecie, i chłonął wszystko od ludzi, którzy przyjeżdżali z wykładami i pasjonowali się tym, co robią. Na początku był wycofany i niepewny. Tutaj nikt go nie chwalił za doskonale wykonany skok, obrót czy zdjęcie. Dużo czasu spędzał w swoim pokoju i wpatrywał się w wykonane przez siebie zdjęcia. Wydawały mu się bezwartościowe do czasu, gdy nauczycielka fotografii i artystka Tina Enghoff uznała jego prace za zabawne i pełne życia. Stwierdziła też, że dostrzega w nich talent ich twórcy. Jej zdaniem zdjęcia Daniela przede wszystkim budziły ufność, co było ważne, gdyż umożliwiało fotografowi zbliżenie się do ludzi, których życie zamierzał uwiecznić. Dzięki tej ocenie nabrał większej pewności siebie, zaczął wywoływać swoje zdjęcia w szkole i nauczył się rozmawiać z ludźmi, którzy mieli inne zainteresowania niż gimnastyka.

Po skończeniu szkoły poszedł do liceum w Aarhus. Jednak coraz rzadziej przychodził na zajęcia, bo większość czasu poświęcał na robienie zdjęć i projektów dla magazynu „Gymnasten” oraz ćwiczenia – pragnął się zakwalifikować do reprezentacji na mistrzostwa świata w 2012 roku. Do perfekcji opanował skoki i rytmiczne sekwencje. W końcu w któryś weekend stanął przed sędziami jako jeden z około dziewięćdziesięciu młodych mężczyzn walczących o miejsce w reprezentacji. Po dwóch dniach wykonywania skoków na planszy, na ścieżce i ćwiczeń na trampolinie znalazł się w gronie dwudziestu chłopaków, z których czternastu miało pojechać na mistrzostwa. Komisja kwalifikacyjna składająca się z ośmiu sędziów wezwała Daniela na rozmowę. Długo wyczekiwana decyzja przyszła, gdy Daniel był w szkole i znudzony gapił się w ekran komputera.

„Gratulacje, zakwalifikowałeś się do dziewiątej reprezentacji DGI na mistrzostwa świata”.

Na mistrzostwa miało lecieć czternastu chłopców i czternaście dziewcząt. Daniel się spakował i złożył w liceum podanie o przerwę w nauce na czas przygotowań do mistrzostw. Lecz traf sprawił, że zamiast wyjazdu z drużyną czekał go wyjazd z aparatem.

Daniel stał na końcu długiej czarno-białej ścieżki i w skupieniu patrzył przed siebie. Gdy ruszył, poczuł, że trudno mu będzie osiągnąć odpowiednią wysokość. Zarzucił biodrem i napiął pośladki, by z naprężonymi mięśniami wejść w obrót i prawidłowo wylądować. Gdy stopami wylądował na „zeskoku”, jak gimnastycy nazywają miejsce, gdzie kończą układ, czuł, że biodro wciąż ma napięte, choć powinno już być rozluźnione. Jedynie nogi powinny się ugiąć w chwili zachwiania równowagi.

Daniel zeskoczył ze ścieżki i złapał się za kolano. Któryś z jego kolegów z drugiego końca sali krzyknął:

– Au, kurcze, wyglądało naprawdę groźnie.

– Coś poczułem, ale to chyba nic wielkiego – odparł Daniel.

Wrócił samochodem do Aarhus, przyłożył lód do kolana i umówił się na wizytę u kręgarza, żeby sprawdzić, co się stało z nogą.

– Poszło więzadło krzyżowe – brzmiała diagnoza.

Daniel spojrzał na kręgarza z niedowierzaniem.

– Czy to znaczy, że nie mogę trenować i nie pojadę na mistrzostwa świata?

– Tak.

Daniel rozpłakał się w gabinecie. Potem zadzwonił do Susanne i płakał w słuchawkę.

To było jego pożegnanie z gimnastyką na poziomie mistrzowskim.

Danielowi nie udało się dostać na kierunek fotoreportażu w Duńskiej Wyższej Szkole Dziennikarstwa w Aarhus (Danmarks Journalisthøjskole), ale przyjęto go na studia licencjackie w zakresie fotografii dokumentalnej na Uniwersytecie Południowej Walii. Niestety, cztery lata nauki kosztowały tam dwieście pięćdziesiąt tysięcy koron, a takich pieniędzy nie miał. Wkrótce okazało się jednak, że Jan Grarup szuka asystenta, który pomógłby mu archiwizować zdjęcia i pojechał z nim zrobić reportaż z Somalii.

Daniel skontaktował się z Janem Grarupem i zaczęli rozmawiać za pośrednictwem Messengera. Daniel przesłał fotografowi kilka swoich zdjęć, w tym to zrobione na moment przed skokiem z trampoliny w Hongkongu.

– Masz ważny paszport? – zapytał krótko Grarup.

Daniel sprzedał rodzicom swój zielony samochód i pojechał do Kopenhagi. Pomieszkiwał u swoich znajomych i często spał na kanapie u samego Grarupa. W niewielkim gabinecie fotografa było mnóstwo surowych zdjęć i Daniel mógł je przeglądać do woli. Fotograficzne archiwum wieloletniej pracy Jana w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Azji było jak odkrywcza podróż przez obszary naznaczone głodem, kataklizmami i konfliktami. Obce twarze uwiecznione na zdjęciach przez Jana stawały się mu bliskie. Daniel powoli uczył się, jak pokazać na fotografii tę jedną, szczególną chwilę, w której zawiera się cała opowieść. Na zdjęciach dostrzegał nie tylko to, w jaki sposób Jan poruszał się z aparatem, ale także jego duszę.

Nie mógł się doczekać wyjazdu do Somalii.

Z tylnego siedzenia ciężkiego samochodu z napędem na cztery koła Daniel patrzył na przesuwające się za oknem ulice Mogadiszu. Za nimi jechał pick-up z ośmioma strażnikami. Stali na pace wysocy i szczupli, w bluzach moro i z bronią maszynową. Daniel jechał sam – Jan miał do wykonania zadanie, podczas którego Daniel nie mógł mu towarzyszyć. Mijali domy zbombardowane albo porzucone i poszatkowane kulami. Nagle na środku opustoszałej dzielnicy Daniel dostrzegł bramkę do piłki nożnej.

– Możemy tu stanąć? – zapytał.

– Masz piętnaście, góra dwadzieścia minut – zastrzegł kierowca.

Daniel wyskoczył z samochodu z aparatem przewieszonym przez ramię, pamiętając, że bojownicy Asz-Szabab bez trudu ich namierzą, jeśli zbyt długo pozostaną w jednym miejscu.

Dzieci i nieco starsi chłopcy w zniszczonych sandałach gonili za piłką na piaszczystym boisku. Kiedy dzieciaki zobaczyły Daniela, podbiegły do niego i podały mu piłkę, a on gładko umieścił ją w bramce. Na chwilę kucnął z boku z aparatem na kolanach i tylko im się przyglądał. Chciał, by chłopcy zapomnieli o jego obecności. Z lewej strony prowizorycznego boiska stał zburzony dom z dachem zsuniętym na ziemię pod kątem czterdziestu pięciu stopni. To była trybuna, z której grupka kibiców obserwowała mecz. Daniel zrobił zdjęcia i wmieszał się pomiędzy graczy. Czuł się uskrzydlony, uczestnicząc w tej niezwykłej afirmacji życia – ci ludzie włożyli piłkarskie koszulki i ganiali za piłką w takim miejscu. Po piętnastu minutach zgodnie z umową wrócił do samochodu i pojechali dalej do strzeżonej kwatery.

Zdjęcia z meczu w zbombardowanym Mogadiszu stały się częścią czarno-białego cyklu Born in War, który powstał podczas tego wyjazdu. Daniel pokazał w nim, jak zaskakująco dużo krzepiących i pełnych nadziei scen udało mu się zobaczyć w zniszczonym wojną mieście.

Dopiero po powrocie do domu, kiedy przepracował całą wyprawę, uzmysłowił sobie, jak niebezpieczne było podróżowanie po Somalii. Jan Grarup jako doświadczony reporter odpowiadał za bezpieczeństwo podczas całego wyjazdu i Daniel nie dostrzegał zagrożenia, kiedy byli na miejscu. Teraz jednak, choć je sobie uświadomił, wcale nie czuł, że niebezpieczeństwo go przeraża. Przeciwnie – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej wiedział, że chce być fotoreporterem.

*

Inaczej niż w Somalii, gdzie Daniel oglądał skutki wojny domowej, w Syrii walki ciągle się toczyły. Bunt domagającego się reform ludu przerodził się w regularną wojnę uzbrojonych rebeliantów z brutalnym reżimem. Daniel czytał gazety i szukał w sieci zdjęć, które dałyby mu szerszy ogląd konfliktu. Patrzał na fotografie zbombardowanych domów i pokrytych warstwą pyłu martwych dzieci, które wyciągano z ruin. Snajper z głową obwiązaną chustami wypatrujący celu z kałasznikowem gotowym do strzału. I karetki rozwożące rannych do szpitali.

W relacjach z Syrii nie widział niczego, co by przypominało zdjęcie somalijskich piłkarzy. Twarze zlewały się w jedną i zaczął się zastanawiać, co należałoby sfotografować, by przybliżyć tę wojnę Duńczykom. Jak skierować ich uwagę na krwawy konflikt rozgrywający się w dalekim kraju, którego prezydent tłumił powstanie, systematycznie równając z ziemią Aleppo, drugie największe miasto Syrii i jej główny ośrodek przemysłowy.

Dźwięk nadlatujących bombowców stał się codziennością, podobnie jak dźwięk syren alarmowych i odgłos wybuchających bomb kasetowych, i pocisków rakietowych spadających na dzielnice mieszkalne. Rebelianci z różnych ugrupowań walczyli wspólnie jako Wolna Armia Syrii (FSA), ale nie potrafili się porozumieć co do kierunku, w jakim Syria powinna pójść w przyszłości. W opozycji zaczęły się rozłamy. W miarę umacniania się na swoich pozycjach kolejne ugrupowania rebeliantów dopuszczały się coraz większych nadużyć i zbrodni.

Co tydzień po stronie antyrządowej tworzyły się także nowe grupy – również radykalnych islamistów i to o poglądach bardziej skrajnych niż te, które spotykano przed wojną. Do największych i najsilniejszych ugrupowań islamistów należał Dżabhat al-Nusra2. Jak się później okazało, była to syryjska siatka Al-Kaidy. Al-Nusra szybko umacniała swoje wpływy, a jej celem było obalenie reżimu Asada i ustanowienie w Syrii kalifatu. Ugrupowanie działało pod kierownictwem syryjskiego weterana wojny irackiej, który wraz z setkami dżihadystów za przyzwoleniem Asada przekroczył granicę Syrii i Iraku, by walczyć z Amerykanami po inwazji w 2003 roku. O samozwańczym emirze Al-Nusry, znanym pod imieniem bojowym Abu Muhammad al-Dżaulani, niewiele było wiadomo i długo trwało, nim odkryto bezpośredni związek jego ugrupowania z Al-Kaidą. Wcześniej Al-Nusrę przedstawiano jako organizację o korzeniach syryjskich i walczącą w interesie Syryjczyków.

Podczas wojny w Iraku Amerykanie przetrzymywali Dżaulaniego w bazie Camp Bucca w prowincji Basra na południu kraju. W Syrii przez jakiś czas był również więźniem reżimu Asada. Mówiono nawet, że na jakiś czas wraz z grupą kilkuset islamistów trafił do okrytego złą sławą więzienia Sajdnaja niedaleko Damaszku, gdzie osadzonych poddawano wyjątkowo brutalnym torturom.

Kiedy wybuchła rewolucja, w maju i czerwcu 2011 roku, prezydent Asad ogłosił amnestię i uwolnił wielu więźniów politycznych z więzienia Sajdnaja. Większość z nich stanowili islamscy radykałowie. Prezydent doskonale wiedział, że zwolnieni bojownicy najprawdopodobniej przyłączą się do powstania i je zislamizują. Plan Asada zadziałał, ale islamiści okazali się groźnymi i bezkompromisowymi przeciwnikami prezydenta. Wcześniej reżim atakował przede wszystkim ugrupowania umiarkowane. Podobnie jak w wielu innych miejscach na Bliskim Wschodzie, między skorumpowanym rządem Syrii i radykalnymi islamskimi bojownikami nawiązała się niemal symbiotyczna relacja, w której stali się dla siebie nawzajem pożytecznym wrogiem.

Część wypuszczonych z Sajdnai więźniów przyłączyła się więc do Al-Nusry. Jesienią 2012 roku bojownicy mniej wpływowych i bardziej umiarkowanych ugrupowań z Wolnej Armii Syrii zaczęli przechodzić do rosnącej w siłę organizacji, która zapewniała im dostęp do lepszej broni i dawała poczucie siły – w jej szeregach walczyli nieustraszeni i doświadczeni żołnierze.

W grudniu 2012 roku Dżabhat al-Nusra znalazła się na amerykańskiej liście organizacji terrorystycznych ze względu na swoje powiązania z Al-Kaidą w Iraku. To jednak nie osłabiło impetu, z jakim ugrupowanie zdobywało kolejne tereny.

Dżabhat al-Nusra wraz z innym ugrupowaniem islamistów Ahrar asz-Szam w marcu 2013 roku przeprowadziła „The Raid of the Almighty”, wspólną ofensywę na metropolię Rakka na północnym wschodzie Syrii. Rakka była pierwszą stolicą prowincji, która w krótkim czasie dostała się w ręce rebeliantów. Nad miastem zaczęły powiewać czarne flagi Dżabhat al-Nusry. Dżihadyści zajęli siedzibę lokalnych władz, pojmali gubernatora i nakręcili z nim film – wyświetliła go antyrządowa stacja Orient Television. Odtąd władzę nad Rakką sprawowały ugrupowania islamistów. Przez cały czas w ramach działań wojennych coraz częściej zabijano cywili. W Aleppo ludzie rozwieszali nad ulicami i podwórkami szerokie płachty materiału, by zasłonić okna swoich mieszkań przed snajperami. Szkoły zamknięto albo zbombardowano, zaczęło brakować żywności. Pola ostrzału, granice frontu i posterunki kontrolne rządowe i rebelianckie w dzielnicach mieszkalnych wciąż się przesuwały, więc każdy, kto mógł, pakował swoje rzeczy, ubrania, koce i uciekał.

Gdy ludność cywilna w popłochu opuszczała swoje domy, do Syrii napływali obcokrajowcy z zachodu i innych krajów arabskich, by wziąć udział w walce.

Jednym z nich był Belg Jejoen Bontinck.

*

Koledzy Jejoena już byli w Syrii. Zostali zwerbowani przez siatkę Sharia4Belgium. Również Jejoen dał się namówić do przyłączenia się do rebelianckiego ugrupowania. Właśnie skończył osiemnaście lat i nie miał ani dziewczyny, ani pracy, ani pomysłu na dalsze życie. Zaproponowano mu wspaniałą przygodę, a on nie miał nic, co mogłoby skłonić go do zrezygnowania z niej. W lutym 2013 roku pożyczył od ojca śpiwór i powiedział, że na parę dni jedzie ze znajomymi do Amsterdamu.

Zorganizowanie podróży z Belgii przez Turcję do prowincji Idlib w Syrii zajęło młodemu Belgowi o nigeryjskich korzeniach niecały tydzień. Jego przyjaciele zwerbowani przez Sharia4Belgium dokładnie opisali mu drogę. Podobnie jak wielu innych syryjskich bojowników, dostał się do kraju oficjalnym przejściem granicznym Bab al-Hawa i 22 lutego 2013 roku po krótkiej podróży samochodem stanął przed dużą willą w dzielnicy Kafr Hamra na północnych krańcach Aleppo, która była dla miasta tym, czym Hellerup dla Kopenhagi. Nie miał pojęcia, do którego ugrupowania właściwie się przyłączył. Ale miał tu przyjaciół.

Woda w przydomowym basenie była ciemnozielona i ledwie zakrywała dno. Ogród przypominał zapuszczony park z dziko rosnącymi kwiatami i krzewami. Jejoen nie był tu jedynym obcokrajowcem. Na ogromnym terenie wokół willi przebywało mnóstwo Holendrów, Belgów i Francuzów. Kiedy tam przyjechał, naliczył ich co najmniej sześćdziesięciu. Wkrótce część z nich przeniesiono do innego domu, bo w tym brakowało miejsca.

Na spotkanie Jejoenowi wyszedł mężczyzna o bojowym imieniu Abu Athir. Większość kolegów Jejoena mówiła na niego po prostu „szejk”, ponieważ był przywódcą grupy o nazwie Majlis Shura al-Mujahidin (Rada Szury Mudżahedinów). Abu Athir dostał w nogę odłamkiem granatu i w otoczeniu strażników poruszał się po domu o kulach. Cały czas miał przy sobie broń, a kiedy jeździł po okolicy – dżipem lub mercedesem – jego ochronę stanowili bojownicy pochodzący z Europy.

Struktura organizacji była hierarchiczna. Nowi rekruci musieli sobie zasłużyć na zaufanie Abu Athira, zanim pozwolono im wejść szczebel wyżej i ruszyć na front. Abu Athir i jego ludzie opracowali system zabezpieczeń i do bezpośrednich walk dopuszczali tylko tych rekrutów, którzy przeszli wszystkie próby i co do których nie było podejrzeń, że pracują dla obcych wywiadów. Dlatego pierwszym zadaniem, jakie powierzano nowo przybyłym, było ochranianie willi w Kafr Hamra albo samego Abu Athira, gdy prowadził rozmowy lub spał.

Bojownicy, których poznał Jejoen, mieli mniej więcej tyle samo lat co on. Niektórzy rzucili studia, żeby walczyć w Syrii, inni, podobnie jak Jejoen, nie zostawili za sobą nic. Po przyjeździe wybierali sobie imiona bojowe i tylko nimi się posługiwali. Część zagranicznych bojowników mówiła już po arabsku, wielu wiodło w Syrii normalne życie. Żenili się z miejscowymi kobietami albo sprowadzali swoje żony z zagranicy, by zacząć wszystko na nowo w powstającym państwie islamskim.

Jejoen krótko przebywał w willi Abu Athira. Niebawem wysłano go do dawnej bazy syryjskiego wojska o pół godziny jazdy samochodem od willi. Ludzie Abu Athira przejęli nad nią kontrolę i utworzyli w niej obóz szkoleniowy dla rekrutów.

W bazie mieszkało ponad pięćdziesiąt osób. W większości byli to Europejczycy z Francji, Holandii, Belgii i Niemiec. Przechodzili szkolenie wojskowe – poprawiali sprawność fizyczną, uczyli się strzelania, strategii wojennych i zasad islamu. Jejoen odniósł wrażenie, że szkolenie było prowadzone na profesjonalnym poziomie, i nie mylił się. Trener przedstawił się jako dawny dowódca egipskiej armii. Od czasu do czasu przyjeżdżał swoim mercedesem Abu Athir i przyglądał się szkoleniu rekrutów. Jejoen miał co jeść, gdzie spać i po raz pierwszy w życiu czuł braterską więź z tymi, którzy jedli, spali i trenowali razem z nim. Nagle poczucie, że jest częścią wspólnoty, wydało mu się zupełnie naturalne.

Kilka miesięcy później jego drogi w Syrii przecięły się z drogami Daniela i Jamesa. Stało się tak z powodu przełomowego zdarzenia w dniu ósmego kwietnia 2013 roku, które wkrótce miało zmienić oblicze Syrii i organizacji kierowanej przez Abu Athira.

Tego dnia na internetowych forach dżihadystów zamieszczono trwające dwadzieścia jeden i pół minuty nagranie. Słychać na nim Abu Bakr al-Baghdadiego, wieloletniego przywódcę irakijskiej Al-Kaidy (ISI), potwierdzającego to, co wielu obserwatorów podejrzewało: że ISI działa na terenie Syrii za pośrednictwem swojego odgałęzienia – ugrupowania Dżabhat al-Nusra.

„Czas ujawnić mieszkańcom Lewantu i całemu światu, że front Nusra jest przedłużeniem Państwa Islamskiego w Iraku i częścią naszej organizacji”, powiedział w nagraniu al-Baghdadi i dodał: „Opracowaliśmy dla niego plany działania, wyznaczyliśmy cele i udzielaliśmy comiesięcznego wsparcia finansowego. Posłaliśmy ludzi doświadczonych w działaniach zbrojnych, od imigrantów po miejscowych”.

Potem al-Baghdadi ogłosił, że jego organizacja zmienia nazwę z Państwa Islamskiego w Iraku na Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie. W języku arabskim Lewant to al-Sham, dlatego odtąd używano obu skrótów: ISIL i ISIS.

Al-Baghdadi oświadczył, że ISI i Dżabhat al-Nusra połączyły się i będą działać pod wspólną nazwą z końcówką S. Było to znaczące, wskazywało bowiem na dążenie organizacji do stworzenia kalifatu na obszarze części Iraku i Syrii.

Na tym etapie świat nie wiedział jeszcze, jakie konsekwencje w regionie będzie miało to nagranie. Na salonach politycznych Europy i Stanów Zjednoczonych Baghdadi był słabo znany. Dysponowano jedynie skąpymi informacjami na jego temat i nielicznymi zdjęciami.

Tymczasem za bojowym nazwiskiem Abu Bakr al-Baghdadi krył się Ibrahim Awwad Ibrahim Ali al-Badri al-Samarrai. Według zdobytych informacji urodził się w 1971 roku w mieście Samarra w Iraku i uzyskał tytuł magistra i doktora studiów islamskich na uniwersytecie islamskim w dzielnicy Adhamiya w Bagdadzie. Ludzie, którzy znali Baghdadiego w dzieciństwie, w mediach często opisywali go jako cichego, spokojnego chłopca lubiącego grać w piłkę. Gdy świat wchodził w nowe tysiąclecie, Baghdadi był wykształconym mężczyzną, miał żonę i syna.

W marcu 2003 roku Amerykanie rozpoczęli inwazję na Irak. Zaledwie pół roku później Baghdadi założył ruch islamistyczny o nazwie Jaysh Ahl al-Sunnah wa al-Jamaah, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „armia ludowa społeczności muzułmanów sunnitów”3.

W styczniu 2004 roku Baghdadi został aresztowany przez amerykańską służbę wywiadowczą, kiedy przebywał z wizytą u swego przyjaciela w mieście Faludża, w tak zwanym trójkącie sunnickim na zachód od Bagdadu, gdzie właśnie w tym czasie wybuchły zamieszki po obaleniu dyktatora Saddama Husajna.

Baghdadi był więziony do grudnia tego roku w Camp Bucca, amerykańskim więzieniu niedaleko granicy z Kuwejtem. Tam zaprzyjaźnił się z innymi osadzonymi. Dżaulani, przywódca Dżabhat al-Nusra, przebywał wówczas w tym samym więzieniu, lecz obaj przywódcy nie spotkali się.

Amerykanie wypuścili Baghdadiego po niecałym roku, uznając go za low level prisoner4, niemogącego poważnie zagrozić działaniom sił amerykańskich na terenie Iraku.

W 2007 roku Baghdadi przyłączył się do rady szury Al-Kaidy, a w maju 2010 roku został wybrany na przywódcę ISI, znanej również jako Al-Kaida w Iraku (AQI). Pod jego kierownictwem ISI przeprowadziła szereg doskonale zaplanowanych, spektakularnych ataków samobójczych w Iraku. W marcu i kwietniu 2011 roku ISI wzięła odpowiedzialność za dwadzieścia trzy ataki na obszarze na południe od Bagdadu.

Nagranie z ósmego kwietnia 2013 roku dało początek ideologicznej i politycznej walce o wpływy pomiędzy Dżaulanim z Dżabhat al-Nusry, który nie uznawał połączenia obu organizacji, a Baghdadim z ISIS. Konflikt między nimi ostatecznie doprowadził do oderwania się ISIS od Al-Kaidy.

Odtąd arabscy i zachodni dżihadyści musieli wybierać pomiędzy jednym a drugim wariantem skrajnego islamizmu. Wielu buntowników stanęło po stronie Baghdadiego i ISIS, wciągając przy tym do szeregów organizacji wielu zagranicznych bojowników. W tej grupie znalazł się Jejoen, którego ugrupowanie Majlis Shura al-Mujahidin pod przywództwem Abu Athira przysięgło wierność ISIS.

To oświadczenie dało początek agresywnej ekspansji ISIS w wojnie domowej w Syrii.

*

Kiedy