Zakład o miłość - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Sylwia Kujawczak ma idealnie poukładane życie. Jest na ostatnim roku historii sztuki, po obronie dyplomu będzie pracowała w rodzinnej firmie. Za dwa tygodnie włoży ślubną suknię. Jej przyszły mąż pochodzi z równie bogatej i ustosunkowanej rodziny. Plan na idealną przyszłość jest dopięty prawie na ostatni guzik – jeszcze tylko wieczór panieński i ceremonia w rodzinnym dworku. Gdy Sylwia jedzie z przyjaciółkami do klubu, nie spodziewa się, że ta noc odmieni jej przyszłość.

Wzruszająca opowieść o tym, że wszyscy jesteśmy stworzeni do miłości.

Aleks „Cichy” Cichocki to młody mężczyzna, któremu do pełni szczęścia brakuje tylko miłości. Nie dostał jej od rodziców – matka go porzuciła, ojciec nie potrafił pokryć tego deficytu. W związkach z kobietami bierze, nie angażując się i nie dając nic z siebie.

Sylwia i Aleks poznają się na imprezie. Ona – delikatna, krucha, romantyczna. On – bywalec dyskotek, twardy i bezwzględny. Przyciągają się jak dwa przeciwieństwa. Sylwia jest zaintrygowana światem, do którego wcześniej nie miała dostępu. Aleksa pociąga jej niewinność.

Ona nagle zaczyna patrzeć na świat innym oczami. Czy zaaranżowane małżeństwo i życie zaplanowane przez rodziców to coś, czego naprawdę chce?

Jego zaczyna uwierać bycie macho, ale nie może przegrać zakładu, w którym stawką jest zdobycie zaufania Sylwii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Dla wszystkich, którzy chociaż raz w życiu kochali całym sercem.

Najtrudniej uleczyć się z miłości, która przyszła nagle.

Jean de La Bruyère

PROLOG

Spadło to na mnie zupełnie niespodziewanie.

Uderzyło z wielką mocą, bez żadnego ostrzeżenia.

Odebrało zdolność zdroworozsądkowego rozumowania i jasnego wyrażania myśli.

Było jak tajfun, który przeszedł przez mój umysł i pozostawił go w kompletnej rozsypce.

Całkowicie zmieniło i mnie, i moje życie, a także życie innych ludzi.

Gdy to się zaczęło, myślałam, że sobie z tym poradzę, bo nie wierzyłam w takie bzdury jak miłość od pierwszego wejrzenia.

Zwłaszcza że stało się to dwa tygodnie przed moim ślubem.

Ale wiara nie miała nic wspólnego z sercem, które poddało się temu uczuciu i stanęło w opozycji do tego, co podpowiadał mi rozum, który krzyczał niemal bez ustanku:

– Nie ufaj mu! Nie kochaj go! Nie wybieraj go!

I teraz…

Wiem…

Że to był błąd. Nie powinnam była ufać własnemu sercu. Ono mnie okłamało. Tak samo jak on.

Spotkanie

Myslovitz, Szklany człowiek

Siedziałam przed lustrem, wpatrując się w swoje niezadowolone odbicie. Moja przyjaciółka Kaśka układała mi włosy. Były długie i krnąbrne, a ona uparła się, że zdoła je ujarzmić. Z rezygnacją połączoną z powątpiewaniem poddawałam się jej zabiegom, jednocześnie tonąc w myślach, które od pewnego czasu niepokojąco szalały w mojej głowie. Za dwa tygodnie miałam wyjść za mąż. Skończyłam dwadzieścia cztery lata, od czwartego roku studiów byłam związana z Marcelem. On, starszy ode mnie o cztery lata, pracował jako doradca finansowy w jednej z większych firm konsultingowych w Polsce: Orkisz & Brodnicki Finanse. Mój przyszły teść to właśnie Brodnicki.

Wszystko zaplanowano niemal perfekcyjnie. Ślub, potem wesele w dworku mojego pradziadka. Mieszkanie na strzeżonym wrocławskim osiedlu. Pracę też już miałam zapewnioną. Mój ojciec, w prostej linii potomek hrabiego Jana Melchiora Kossakowskiego, wraz z mamą, również mającą arystokratyczne korzenie, prowadził rodzinny interes, który przekazywano z pokolenia na pokolenie. Była to sieć galerii sztuki. Filie znajdowały się we Wrocławiu, w Krakowie i Warszawie, a także w Paryżu i Wiedniu. Sama kończyłam historię sztuki i spodziewano się, że będę kontynuować rodzinną tradycję. Oczywiście, najpierw miałam urodzić dzieci, takie było moje główne przeznaczenie.

Spojrzałam na swoje odbicie. Zielone oczy okolone gęstymi rzęsami. Długie jasne włosy, zapuszczane od lat z myślą o ślubie, zgodnie z obowiązującym w naszej rodzinie zwyczajem: kobiety nie ścinały włosów od momentu przyjęcia pierwszej komunii świętej aż do ślubu. Nieważne, że wkroczyliśmy w dwudziesty pierwszy wiek. Moja rodzina kierowała się zasadami i od lat nic się w tej kwestii nie zmieniało. Świat szedł do przodu, ale nie miało to wpływu na naszą tradycję, nasze przekonania i naszą wiarę w to, że reguły wytyczają jasną drogę, którą powinien iść każdy człowiek. Tak zostałam wychowana. Zawsze kierowałam się w życiu kodeksem moralnym. Uważałam, że wyznaczanie granic pozwala postępować zgodnie z samym sobą i nie krzywdzić innych. Dlatego przez cały okres narzeczeństwa byłam prawdziwą dziewiętnastowieczną panienką z dobrego domu. I na pewno gdyby ktoś o tym wiedział, uznałby mnie za dziwaczkę, ale mnie było z tym dobrze, a Marcel rozumiał to i szanował. Zresztą… On wszystko przyjmował bez najmniejszego sprzeciwu. Kochał mnie, ja kochałam jego. Nasze rodziny się przyjaźniły. Mieliśmy jasno nakreśloną przyszłość. Pozbawieni trosk natury materialnej, skupialiśmy się na własnym rozwoju i zainteresowaniach, gdyż wiedzieliśmy, że wszelkie szaleństwo jest złudne i krótkotrwałe, natomiast zaufanie, szacunek i trzymanie się wyznaczonych celów zapewnią nam poczucie bezpieczeństwa i pozwolą spokojnie żyć.

Tylko dlaczego czasami miałam wrażenie, że brakuje mi powietrza, jakbym nie mogła zaczerpnąć oddechu, bo ktoś usiadł mi na piersiach i nie zamierzał z nich zejść przez najbliższe trzydzieści lat?

– I jak? – Kaśka stała za mną i patrzyła z dumą na swoje dzieło.

– No… nieźle – mruknęłam, spoglądając sceptycznie na liczne warkocze spięte w luźny kok na czubku mojej głowy.

– To tylko próba, pamiętaj, że we włosach będziesz miała jeszcze stokrotki, tutaj jeszcze podepniemy… – Złapała opadające pasemko i przytrzymała z boku. – Podoba ci się? – Patrzyła na mnie zaniepokojona.

Uśmiechnęłam się.

– Kasia, jest super. Naprawdę. – Pokiwałam głową, żeby wzmocnić swoje słowa.

Bo naprawdę mi się podobało. A w dodatku to uczesanie było niemal identyczne jak to, w którym szły do ślubu moja matka, ciotka i babka. Kolejna rodzinna tradycja.

– Ale teraz zburzymy tę misterną konstrukcję. – Przyjaciółka zaczęła bezlitośnie wyciągać szpilki z moich włosów. – Czeka cię gorąca imprezka, nie pójdziesz w staromodnym koczku. – Uśmiechnęła się do lustra.

Przewróciłam oczami.

– Prosiłam was, żebyście niczego nie organizowały. Umówiliśmy się z Marcelem, że nie będziemy brać udziału w jakichś dzikich zabawach zwanych wieczorem panieńskim czy kawalerskim.

Kaśka wzruszyła ramionami.

– Ale Marcel jest w Warszawie, prawda? – spytała obojętnie.

– No tak.

– To chyba możesz wyjść z koleżankami na drinka? Gośka z Milką już zarezerwowały nam stoliki w Coolturze.

Westchnęłam. W sumie…

Jeden drink z szalonymi koleżankami nie zmieni przecież moich przekonań.

Teraz wiem jedno.

Ten drink zmienił nie tylko moje przekonania. On wywrócił do góry nogami całe moje życie. Zburzył wszystko, nad czym pracowałam, moje dziedzictwo, tradycję, zasady, wiarę, zaufanie. Wszystko.

I jednocześnie sprawił, że, przebudzona z długotrwałego snu, spojrzałam na świat nowymi oczami i zorientowałam się, że chyba nadszedł czas na to, aby w końcu zacząć żyć.

A zaczęło się od tego, że gdy tylko weszłam do klubu, wydało mi się, że zostałam wessana przez dymiącego i błyskającymi światłami potwora. Poczułam, jak podnoszą mi się wszystkie włoski na karku. Było mi zimno i gorąco na przemian. Odwróciłam się, mając niejasne wrażenie, że ktoś stoi zbyt blisko mnie. Popatrzywszy w górę, napotkałam spojrzenie najbardziej niesamowitych oczu, jakie kiedykolwiek widziałam. Zaskoczył mnie nie ich kolor, chociaż tak intensywnego lazuru nie spotyka się często. Uderzyło mnie coś innego. To spojrzenie było zimne, bezlitosne, jakby nie należało do istoty żywej, która ma jakiekolwiek uczucia. Mężczyzna, który stał tuż za mną, patrzył na mnie chłodno, jakby przed startem oceniał wyścigową klacz i zastanawiał się, ile na nią postawić.

Siedziałem ze znajomymi w Coolturze. Ten klub należał do ojca mojego najlepszego przyjaciela – Kuby. Kumpel był tutaj menadżerem, a jego praca polegała na, ogólnie rzecz biorąc, niemal codziennych balangach i wyrywaniu panienek. Oczywiście, klub prosperował świetnie, bo mój przyjaciel był nie tylko podrywaczem, lecz także zdolnym biznesmenem. Ale Kuba umiał się bawić i w jego towarzystwie nie można było się nudzić. Ja też lubiłem rozrywkę, więc tak naprawdę od trzynastu lat, odkąd zaczęliśmy uczęszczać do jednej klasy prestiżowego liceum, szaleliśmy na całego. Skończyliśmy ten sam kierunek studiów, wiedząc, że i tak mamy zapewnioną pracę: on jako szef jednego z klubów nocnych należących do ojca, a ja – jako wiceprezes rodzinnego biznesu – ogólnokrajowej sieci sklepów z artykułami budowlanymi, a także oknami, balustradami i roletami okiennymi. Firma Cichocki – Okna na Świat była znana w całej Polsce. Mój ojciec wymyślił tę wieśniacką nazwę jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy skończył handlować sprowadzanym z Zachodu używanym sprzętem i zainwestował w budowlankę. Było to zresztą powiązane z jego wyuczonym zawodem. Nie mógł się pochwalić wykształceniem, ale miał smykałkę do interesów, refleks i trochę gotówki. I trafił w dziesiątkę. Ludzie na gwałt chcieli wymieniać okna na plastikowe, potem ojciec podpisał umowę z kilkoma deweloperami, którzy w swoich inwestycjach zawsze umieszczali okna wyprodukowane przez Cichockiego. Firma rozrosła się niemal w okamgnieniu i stała się ogólnokrajowym biznesem. Dzięki temu w domu zawsze była kasa, a ja uważałem to za coś normalnego i oczywistego. Miałem dwadzieścia osiem lat, od drugiego roku studiów pracowałem w rodzinnej firmie, teraz byłem w jej zarządzie, miałem mieszkanie w centrum miasta, najnowszy model BMW X6, motocykl, jacht i przekonanie, że urodziłem się po to, by zaspokajać swoje zachcianki. Nawet jeśli miałoby się to odbywać kosztem innych ludzi.

– Cichy. – Kuba uderzył mnie w ramię.

Spojrzałem na niego.

– Co jest?

– Popatrz. Świeże mięso. – Ruchem głowy wskazał na wejście.

Do klubu weszły właśnie cztery dziewczyny. Wszystkie były całkiem, całkiem. Ale ja widziałem tylko ją. Była najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem, w dodatku, ubrana w prostą sukienkę i buty na płaskim obcasie, wcale nie starała się ostentacyjnie podkreślać swojej urody. Ta prostota i naturalność mocno mną wstrząsnęły. Wyglądała… tak inaczej. Była jak haust świeżego powietrza w tym zadymionym klubie.

– Zaraz wracam – mruknąłem, zgarnąłem komórkę ze stolika i ruszyłem w stronę wejścia.

Dziewczyny czekały na szefa sali, który miał zaprowadzić je do loży. Okrążyłem szatnię i podszedłem z drugiej strony, po czym stanąłem tuż za zielonooką. Widziałem, jak nagle drgnęła. Wydawała się wyczuwać moją obecność. Poczułem się trochę dziwnie. Wziąłem głęboki wdech. Uczucie wzmogło się, bo do moich nozdrzy dotarł zapach jej ciała. Delikatny, kwiatowy. Nie znam się na tym, ale na swoich odczuciach – owszem. Ta dziewczyna bardzo mi się podobała. I już wiedziałem, że będę na nią polował cały wieczór.

Podszedłem do niej jeszcze bliżej, naruszając intymną sferę, którą ma każdy człowiek i której pilnie strzeże, zwłaszcza przed nieznajomymi. Dziewczyna wyczuła, że coś jest nie tak, bo odwróciła się gwałtownie i spojrzała mi prosto w oczy. Lekko zakręciło mi się w głowie. Miałem wrażenie, że wzrok wwierca się we mnie i w pewnym momencie nie widziałem niczego poza nieskończoną zielenią jej spojrzenia. Zorientowałem się, że nie jestem tej dziewczynie obojętny. Że jej także spodobało się to, co zobaczyła. Bardzo lubiłem takie zabawy. Wyglądałem nieźle, a im bardziej oschle i obojętnie się zachowywałem, tym bardziej laski do mnie lgnęły, co zresztą bardzo mnie bawiło. Chciałem złapać kosmyk jej włosów i powiedzieć coś mało odkrywczego, ale za to bezczelnego, jednak ona zamrugała, pokręciła głową, wymamrotała coś, co brzmiało jak „przepraszam”, i uciekła w tłum. Uśmiechnąłem się pod nosem i wzruszyłem ramionami. „Przede mną nie da się tak łatwo uciec” – pomyślałem i wróciłem do swoich kumpli.

Był tam już Marek, nasz kolega z roku. Kiedy mnie zobaczył, uścisnął mi rękę i wyszczerzył się, wskazując na te cztery dziewczyny, które usiadły w loży nieopodal nas.

– A ty, Cichy, za arystokratki się bierzesz?

Spojrzałem na niego, nic nie rozumiejąc.

– Ta laska, którą napastowałeś przy szatni, to jakaś hrabianka czy coś.

– No i?

– Padniesz, gdy dowiesz się, czyją jest dziewczyną.

Pochyliłem się do Marka, bo, wbrew samemu sobie czułem, że ta nieznajoma zaczyna mnie coraz bardziej interesować.

– Pamiętasz Marcelka z drugiej grupy? Tego ulizanego modnisia z „dobrej rodziny z tradycjami?” – Marek mówił modulowanym głosem, a na koniec parsknął.

– Ten Marcelek? Ta ofiara? – prychnąłem.

– Ten sam. To jego laska. Nazywa się Kossakowska czy jakoś tak. Jej starzy mają galerię w rynku i jeszcze kilka tu i tam. Kancelaria mojego starego prowadzi ich sprawy i niedawno matka dostała zaproszenie na ślub Marcela Brodnickiego i Sylwii Kossakowskiej. Bla, bla, bla. Ale z tego, co wiem, laska śpi na kasie.

– Średnio mnie to obchodzi. – Wzruszyłem ramionami.

Mimo to ciągle spoglądałem w stronę tamtego stolika. Zauważyłem, że jej koleżanki również co chwilę na nas zerkają. Za to ona, ta cała Sylwia, starała się w ogóle nie patrzeć w naszą stronę, ale wiedziałem, że zanim skończy się ta noc, poznam smak jej ust, które, nawiasem mówiąc, wyglądały bardzo apetycznie.

Wiedziałam, że moje postrzelone przyjaciółki zaraz zaproszą tych facetów do naszego stolika. Kompletnie mi się to nie uśmiechało, może dlatego, że był wśród nich ten niesympatyczny mężczyzna, który zachowywał się bardziej niż podejrzanie przy wejściu do klubu. Stał stanowczo za blisko mnie i patrzył tak dziwnie, że ciągle czułam na sobie to zimne spojrzenie nieprawdopodobnie niebieskich, wręcz lazurowych oczu. Był bardzo przystojny i nie ulegało wątpliwości, że skromność i nieśmiałość są mu obce. Kompletnie obce. Zerknęłam na niego zza karty z drinkami i szybko przełknęłam ślinę. Zupełnie otwarcie patrzył na mnie, mrużąc lekko oczy. Nie wiem, czy było to spowodowane błyskającymi światłami, czy może nadal poddawał mnie ocenie. Miał krótkie ciemne włosy, przystrzyżone niemal po wojskowemu, lekki zarost i śniadą karnację. Jego policzek szpeciła długa blizna, która w sumie… Nie do końca go szpeciła, raczej… nadawała mu charakter. Był wysoki, miał szerokie ramiona i…

– Sylwia, ten koleś się na ciebie gapi. – Moje nader inteligentne rozmyślania zostały subtelnie przerwane przez Milenę.

– Który koleś? – Udałam, że nie wiem, o co chodzi.

– Ten, który ocierał się o ciebie przy szatni. – Gośka się uśmiechnęła.

– Nikt się o mnie nie ocierał. – Pokręciłam głową, ale wiedziałam, że nie ma sensu dyskutować z moimi szalonymi koleżankami.

– Jak zwał, tak zwał. Był blisko, gapił się na ciebie i teraz też to robi.

– Dajcie spokój. Miałyśmy wypić po drinku i to wszystko. Obiecałyście. – Zmrużyłam oczy, patrząc na swoje przyjaciółki podejrzliwie.

Wszystkie trzy zrobiły miny niewiniątek, a po chwili wybuchły głośnym śmiechem i jak na komendę krzyknęły:

– Kłamałyśmy!

Gośka kiwnęła na kelnerkę i zamówiła nam po drinku o nazwie Barman. Nie miałam nic do powiedzenia. Jasne, może gdybym twardo postawiła na swoim, ale… W sumie chyba nie chciałam. Ani się obejrzałam, a już piłam czwartego drinka, było mi dziwnie lekko, śmiałam się z dziewczynami i czułam się zaskakująco wolna. Wolna od tych wszystkich zasad, norm, etykiet, których całe życie uczona byłam przestrzegać.

Moje przyjaciółki wyciągnęły mnie na parkiet. Szalałyśmy, tańcząc w rytm głośnych bitów. Było gorąco i prawie nic nie widziałam, bo ze ścian zaczął unosić się dym, który efektownie podkreślał błyskające zielono-błękitne światła. Zamknęłam oczy i płynęłam na fali dźwięku, krzyków i szumu – tego na zewnątrz i tego wewnątrz mnie. Po chwili, gdy muzyka trochę zwolniła, znowu odniosłam to dziwne wrażenie, że robi mi się zimno i na pewno ktoś za mną stoi. Otworzyłam oczy i nie zobaczyłam już swoich przyjaciółek. Za to poczułam, jak obejmują mnie silne ramiona. W tym samym momencie przywarło do mnie czyjeś twarde ciało. Nie byłam na tyle pijana, żeby nie zareagować. Odwróciłam się gwałtownie i znowu ujrzałam te zimne niebieskie oczy.

– Co robisz? – krzyknęłam, odsuwając się na odległość wyciągniętej ręki.

– Tańczę z tobą – powiedział swobodnie. Miał lekko zachrypnięty głos, głęboki i bardzo obojętny.

– Może najpierw zapytałbyś, czy sobie tego życzę?

– Twoje koleżanki powiedziały mi, że dzisiaj masz wieczór panieński.

– I co? Chcesz być moim czipendejlsem? – parsknęłam.

Obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. Te jego zmrużone oczy naprawdę wytrącały mnie z równowagi.

– Tylko jeśli ty zatańczysz dla mnie na rurze – odparł beznamiętnie.

Przewróciłam oczami i chciałam odejść, bo nie miałam zamiaru kontynuować tej idiotycznej rozmowy. W tym samym momencie jego palce jak kleszcze zacisnęły się na moim nadgarstku.

– Sylwia, zatańcz ze mną. – Pochylił się i szepnął mi niemal do ucha. Znowu stał stanowczo za blisko.

– Skąd wiesz, jak mam na imię? – Zmarszczyłam brwi.

Nie odpowiedział, tylko kiwnął głową w stronę stolika, przy którym siedziały moje nieznośne koleżanki wraz z jego kumplami.

– To może chociaż ty mi się przedstaw. A może mam zapytać o to twoich kolegów? – rzuciłam ze złością.

– Aleks – odpowiedział krótko i poczułam, jak przyciąga mnie do siebie. – Zatańczysz?

Jego przewiercający mnie na wylot wzrok sprawiał, że nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Uznałam, że od jednego tańca nie umrę, a wówczas może wreszcie ten koleś da mi spokój. Skinęłam głową i w tym momencie znalazłam się w jego mocnym uścisku. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest silny i wysoki. Oparłam dłonie o jego klatkę piersiową, a jego ręce zacisnęły się na mojej talii. Uniosłam głowę i popatrzyłam na niego. Oczywiście, nadal wpatrywał się we mnie tym swoim taksującym wzrokiem. Był bardzo dziwny. Niepokojący. Nie wzrok, ale on cały. Ten facet. Przystojny, ale w taki szorstki sposób. Może przez tę bliznę, jednodniowy zarost albo to beznamiętne, oceniające spojrzenie. Poczułam się niepewnie. Kręciło mi się w głowie, ale teraz już nie wiedziałam, czy od nadmiaru alkoholu, czy od bliskości tego dziwnego mężczyzny. W końcu moje doświadczenie w relacjach damsko-męskich było niemal żadne, a ten facet nie wyglądał na takiego, który ma jakiekolwiek kłopoty z płcią przeciwną. W pewnym momencie objął mnie mocniej i jeszcze bardziej przycisnął do siebie. Przez moje ciało przebiegł niepokojący prąd. Chciałam się od niego uwolnić, oderwać, ale jakieś dziwne, budzące się w samym środku mnie odczucia sprawiały, że nie byłam w stanie tego zrobić. Miałam wrażenie, że moim umysłem zawładnęło ciało, które teraz pragnęło jedynie czuć tego mężczyznę.

Nagle Aleks wykonał jakiś dziwny ruch i zobaczyłam jego twarz tuż przed swoją. Pochylił się i bez słowa wpatrywał we mnie. Przełknęłam ślinę, a wtedy jego wzrok spoczął na moich ustach. W ułamku sekundy przesunął się na moją szyję i piersi i wrócił do twarzy. Tylko że tym razem w spojrzeniu Aleksa oprócz zimnej obojętności zobaczyłam coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że wpadłam w panikę. Zesztywniałam i chciałam się odsunąć. Wbiłam palce w jego koszulę i wyszeptałam:

– Nie…

Uśmiechnął się, a ja poczułam, że kompletnie brakuje mi oddechu. Gdy się uśmiechał, co tak bardzo kontrastowało z jego zimnym spojrzeniem, wyglądał powalająco. Chyba zauważył, co się ze mną dzieje, bo przycisnął mnie do siebie jeszcze mocniej, i już wiedziałam, że na pewno działam na niego jako kobieta. Dotknął kciukiem mojej brody i powiedział:

– Cichemu się nie odmawia, Sylwio.

Po czym przywarł gwałtownie do moich ust.

Zakład

Jula, Za każdym razem

Obserwowałem ją cały czas. Najpierw siedziała ze swoimi koleżankami, pijąc drinki, rozmawiając i śmiejąc się głośno. Naprawdę ładnie się śmiała. Odrzucała głowę do tyłu i wybuchała donośnym śmiechem. Takim szczerym, zaraźliwym. Wyglądała oszałamiająco. A potem poszła tańczyć. Nie spuszczałem z niej wzroku. Szalała na parkiecie, śpiewała i śmiała się, wciąż się śmiała. Nie wiedziałem, co mnie w niej urzeka, ale czułem się jakoś dziwnie. Tak jak nie czułem się nigdy w życiu. Byłem na nią zły, a jednocześnie mnie oczarowała. Może właśnie dlatego czułem sprzeczne emocje. Obudziła we mnie coś, co do tej pory było uśpione i nie dawało znaku życia.

– Masz na nią chrapkę? – Kuba uśmiechnął się szeroko.

Wzruszyłem ramionami.

– Laska taka sama jak inne.

Siedzący obok Marek roześmiał się.

– Chyba się mylisz, stary. Ona nie jest taka jak inne.

– To znaczy? – Zmrużyłem oczy.

– Znam trochę jej rodzinkę. To świrnięta familia z zasadami jak z ubiegłego stulecia. Właściwie to jeszcze z poprzedniego. Dziwię się, że puścili ją tutaj bez przyzwoitki. Podejrzewam, że ona jeszcze nigdy nie… tego, wiecie. – Marek wykonał obsceniczny gest i zarechotał.

– Jesteś idiotą? Mamy dwudziesty pierwszy wiek – mruknąłem, ale poczułem, że to staje się coraz ciekawsze.

Kuba popatrzył na mnie uważnie.

– Co ci chodzi po głowie, Cichy?

– Nic. Po prostu nie wierzę w jakieś staroświeckie bajki. A laska jest fajna. I gwarantuję wam, że jeszcze dzisiaj będzie się roztapiała w moich ramionach.

– Jesteś nienormalny. – Kuba roześmiał się głośno. – I pewny siebie. Stawiam pięć stówek, że ci się nie uda.

– Dobra. – Podałem mu rękę, żeby przypieczętować umowę, ale Marek nas powstrzymał.

– To zbyt proste – powiedział, uśmiechając się krzywo. – Laska jest wstawiona, chce się zabawić. Jeden mokry całus to żadna sztuka.

Ja, Kuba i milczący dotąd Dominik popatrzyliśmy z zainteresowaniem na Marka.

– Sztuką byłoby wyrwanie tej hrabianki z jej staroświeckiej rodzinki i pokazanie jej, na czym polega prawdziwe życie. I utarcie nosa tej arystokratycznej dupie wołowej.

– Mówisz o ulizanym Marcelku? – Zmarszczyłem czoło.

– No a o kim? Przecież to będzie zabawa na całego. Dziewczyna wygląda na nieco stłamszoną. Niech się wyszaleje przed ślubem z tym nudziarzem.

– A kto się tym zajmie? – Dominik nagle zainteresował się sprawą.

– No, Cichy, a któżby inny? – Marek wyszczerzył się w uśmiechu.

– Nie wiem, czy chce mi się w to bawić – mruknąłem, ale już wiedziałem, że taka zabawa to coś, co lubię najbardziej.

– Jasne, stary. To dlatego gapisz się na nią cały wieczór. Rozerwiesz się. – Kuba klepnął mnie po plecach.

– No dobrze. Warunki? – Uniosłem brew i spojrzałem na kumpli.

– Masz na to dwa tygodnie.

– Na co?

– Na zaliczenie jej. – Marek przewrócił oczami.

– Tylko tyle? Wystarczą mi dwa dni – parsknąłem.

– No nie wiem, nie wiem…

– Ale ja wiem. Coś trudniejszego poproszę. Na przykład… odwołanie ślubu. – Uśmiechnąłem się.

Kumple spojrzeli na mnie w osłupieniu.

– Jesteś szurnięty, Cichy. – Dominik pokręcił głową, ale widziałem, że bardzo podoba mu się ten pomysł.

– Sądzisz, że dasz radę? – Kuba zerknął na tańczącą dziewczynę.

– Myślę, że to może być naprawdę niezła zabawa. I… tak, sądzę, że dam radę – powiedziałem cicho, patrząc na wczuwającą się w muzykę blondynkę.

Jasne, że dam radę. A nieodparta chęć poczucia tej dziewczyny blisko siebie sprawiła, że byłem gotowy na wszystko.

– Dobra, wchodzimy w to. Ile w puli? – Kuba przystąpił do rzeczy.

– Pięć klocków. Od każdego.

– Nisko mnie cenicie, marne piętnaście tysięcy… Ale dobra, niech będzie. – Westchnąłem i ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedziały dwie dziewczyny. Usiadłem obok drobnej ciemnej blondynki. Uśmiechnąłem się szeroko.

– Hej.

– Hej – odpowiedziała i też się uśmiechnęła.

– Mam do ciebie prośbę – powiedziałem cicho, pochylając się ku niej.

To były tanie zagrywki, ale z reguły działały.

– Aha, ciekawe jaką?

– Słyszałem, jak rozmawiałyście. Podobno macie dzisiaj wieczór panieński. Chciałbym zatańczyć z przyszłą panną młodą, tylko nie wiem, która z was nią jest.

Dziewczyna zerknęła w stronę parkietu, na którym tańczyły jej dwie koleżanki. Popatrzyła na mnie zaciekawiona.

– Z nieba nam spadłeś. Widzisz tę długowłosą blondynkę? – Wskazała mało dyskretnie na tańczący tłum.

– Widzę. To ona?

– Tak. Siłą wyciągnęłyśmy ją na tę imprezę. Sylwka nie wie, co to znaczy dobra zabawa. Zatańcz z nią i nie daj jej uciec z parkietu przed północą.

– A co? Jest Kopciuszkiem czy coś w tym stylu? – Zaśmiałem się.

– Raczej coś w tym stylu. A może… przysiądziecie się do nas? – zaproponowała z wahaniem.

Kiwnąłem na kumpli i już po chwili całe towarzystwo zaczęło się zapoznawać. A ja… ruszyłem w stronę parkietu. Właśnie zagrali wolny kawałek. Zacząłem pracować na piętnaście kafli, choć praktycznie miałem je już w kieszeni.

Całował mnie tak, że zabrakło mi tchu. Czułam się kompletnie otumaniona, poddana jego magnetycznej sile przyciągania, złapana w sidła jego uroku, szorstkiego czaru, czegoś obcego, nieznanego, czegoś, co było dla mnie niezrozumiałe, a jednocześnie – bardzo pociągające. Próbowałam go odepchnąć, ale to spowodowało tylko, że jeszcze mocniej otoczył mnie swoimi silnymi ramionami, a jego język wsunął się w moje usta z drapieżnością nieuznającą żadnych kompromisów.

W końcu oderwał się od moich warg. Nadal stałam przyciśnięta do jego klatki piersiowej, a moje palce gniotły jedwabną koszulę, którą miał na sobie. Otworzyłam oczy i napotkałam przenikliwie niebieskie spojrzenie. We wzroku Aleksa nadal był ten nieznośny lód, a zarazem mężczyzna patrzył na mnie w taki sposób, jakbym była jedyną kobietą na świecie. Byłam przerażona, ale jednocześnie nie potrafiłam ostrzej zareagować. On za to wykonał kolejny krok. Uśmiechnął się i odgarnął mi włosy z policzka. Zawinął ich kosmyk na palce i dotykał nim moich ust, jednocześnie wpatrując się we mnie.

– Chyba… przesadziłeś – powiedziałam cicho i ochryple.

– To dopiero początek, Sylwio.

– To już koniec. – Odsunęłam się, myśląc o tym, czy będzie próbował mnie powstrzymać.

Ale on tylko patrzył uważnie.

Odwróciłam się i chciałam odejść, gdy nagle poczułam jego dłonie na ramionach. Wtulił twarz w moje włosy i wyszeptał:

– To dopiero początek. Zaufaj mi.

Gdy szarpnęłam się, żeby coś mu odpowiedzieć, był już obok stolika, przy którym siedziały moje koleżanki z jego kumplami. Złapał kluczyki, chyba od samochodu, pożegnał się szybko i już go nie było. A ja zostałam na środku parkietu z idiotycznie bijącym sercem, zastanawiając się, co to właściwie było.

Nazajutrz obudziłam się z lekkim bólem głowy. Ale nie to sprawiało, że nie byłam w stanie skupić się na czymkolwiek. Cały czas miałam przed oczami jego twarz, te dziwne oczy i głodne usta. Ciągle czułam nacisk jego twardego ciała i niecierpliwe wargi, stanowczo kruszące mój słaby opór.

Boże!

Jak mogłam się całować z obcym mężczyzną? I to na dwa tygodnie przed własnym ślubem! Do tej pory całowałam się z trzema chłopakami. Przed Marcelem krótko spotykałam się z pewnym studentem politechniki. A w ostatniej klasie liceum chodziłam z kolegą z klasy. To były takie pierwsze zauroczenia, które do niczego nie prowadziły. Gdy zaczęłam studia, Marcel był na piątym roku. Poznałam go w galerii moich rodziców. Okazało się, że nasze rodziny są ze sobą spowinowacone. Ojciec Marcela lubował się w historii swojego rodu i kiedyś odkrył, że mamy wspólnych przodków. Od początku wiedziałam, że nadajemy na tych samych falach. Marcel, tak jak ja, kochał sztukę oraz literaturę brytyjską, był spokojny i wyważony. Czasami ja zachowywałam się jak wariatka, a on uśmiechał się nieznacznie i głaskał mnie po głowie jak niesforne dziecko. Ten jego spokój, konsekwentne dążenie do celu, delikatność i wyrozumiałość bardzo mi imponowały. Widziałam, że od pierwszego momentu spodobał się moim rodzicom. Bardzo się ucieszyli na wieść, że zaczęliśmy się spotykać. A gdy pewnego grudniowego wieczoru Marcel przyjechał do nas z dwoma bukietami kwiatów i z pierścionkiem należącym do jego prababki, moja mama prawie oszalała z radości. I już wówczas zaczęła planować nasz ślub. Miał się on odbyć w majątku ziemskim na Kujawach, w starym kościółku, w którym pobierali się wszyscy członkowie rodziny Kossakowskich. Wesele przewidziano na trzy dni, liczba zaproszonych gości dobiegała dwustu pięćdziesięciu. Suknia, prosto z paryskiego domu mody, czekała w dębowej szafie w mojej panieńskiej sypialni. Swój przyjazd zapowiedziała siostra mojego dziadka, która mieszkała we Francji. I jeśli kiedykolwiek kwestionowałabym swoje arystokratyczne pochodzenie, to kiedy patrzyłam na Eugenię Janaoux z domu Kossakowską, wszelkie moje wątpliwości ulatywały. Ciotka Eugenia była uosobieniem prostej elegancji, niemal książęcych manier i kontrastującego z tym ostrego dowcipu. Miała przyjechać do nas już nazajutrz i ojciec stawał na głowie, by jej pobyt był jak najbardziej udany. Sama bardzo się cieszyłam na jej wizytę, gdyż niemal co roku gościłam w jej rezydencji nad Loarą. Zawsze były to dla mnie niezapomniane wakacje. Teraz miałam za zadanie przywieźć świeżego łososia, ponieważ Eugenia uwielbiała łososiowe szaszłyki. Ojciec zamówił ten przysmak u naszego dostawcy świeżych ryb, które trafiały do nas niemal prosto z kutra.

Tato zawiózł mnie na Nowy Dwór, bo tam znajdował się sklep, a wrócić miałam taksówką. Sam pojechał na spotkanie z klientem. Moje auto było w serwisie, więc byłam trochę mało mobilna. Jak na złość zaczął padać deszcz, a ja – oczywiście – nie miałam parasolki. Z ciężką torbą, zastanawiając się nad tym, czy ciotka ma zamiar zjeść pięciokilową porcję łososia, stanęłam na przystanku autobusowym i zaczęłam szukać komórki, aby zadzwonić po taksówkę. W tym momencie usłyszałam pisk opon jakiegoś wielkiego czarnego auta. Zerknęłam obojętnie i zamarłam. Tuż przed moim nosem zatrzymało się czarne bmw, z którego dobiegała głośna muzyka. Za kierownicą samochodu siedział on. Aleks. Od strony pasażera otworzyło się okno i usłyszałam ten chropowaty, głęboki głos:

– Wsiadaj.

Jasne. Nie miałam najmniejszego zamiaru.

– Dziękuję – odparłam grzecznie i nadal grzebałam w torbie w poszukiwaniu telefonu, przeklinając cholerne zbiegi okoliczności.

– Mokniesz, jest zimno, podwiozę cię – nie ustępował.

– Nigdzie z tobą nie jadę – warknęłam, czując, jak bluzka zaczyna przylepiać mi się do ciała, bo deszcz już nie padał, tylko najzwyczajniej w świecie lał.

Autobus, który stanął za samochodem Aleksa, zaczął mrugać światłami, jego kierowca powiesił się na klaksonie, a stojący na przystanku ludzie zaczęli wrzeszczeć i pokazywać, co sądzą na temat blokujących ruch szpanerów i upartych bab, które lubią moknąć na deszczu.

Aleks uśmiechnął się i spojrzał na mnie z uniesioną jedną brwią.

– Zaraz wezwą policję, ja dostanę mandat, ty będziesz cała mokra, wkurzeni pasażerowie wrzucą cię do kałuży i na pewno spóźnisz się tam, dokąd jedziesz.

Ogarnęłam wzrokiem zamieszanie, jakie spowodowaliśmy. W tym momencie mój prześladowca wyskoczył z samochodu, stanowczym ruchem odebrał mi ciężką paczkę i wrzucił ją na tylne siedzenie. Otworzył przede mną drzwi od strony pasażera i wymamrotał:

– Powinienem wiedzieć, że ciebie się nie prosi.

Powinnam przywalić mu czymś w ten zarozumiały łeb, ale nie miałam nic pod ręką, a kierowca autobusu właśnie wysiadał, pewnie po to, by zrobić z nami porządek. Zacisnęłam zęby i klapnęłam na skórzane siedzenie. Aleks po chwili zajął miejsce za kierownicą, kiwając głową do odgrażającego się kierowcy i krzycząc do niego coś w stylu:

– Tak, tak, jestem kawałem drania!

I odjechał z piskiem opon, śmiejąc się w głos.