Zakład - Andrzej Boruszewski - ebook
Opis

Historia zaczyna się w barze, w którym bogaty Ryszard zatrudnia młodego Pawła jako - kochanka swojej żony. Atmosferę podgrzeje żart - nieświadomej jego konsekwencji - kochanki Ryszarda. Do wrzenia dojdzie, gdy na przejeździe kolejowym policja znajdzie rękę uciętą komuś poniżej łokcia. Po ręce do kłębka - tak można by streścić śledztwo policji. Ale czy dzielni funkcjonariusze zdążą przed Ryszardem i jego pomagierami? I ile ostatecznie będzie trupów i złamanych serc? Odpowiedź na te pytania znajdziecie w "Zakładzie", w którym konwencje mieszają się niczym gatunki muzyczne u Zappy.

Fragment:

Nie mógł zbyt długo wytrzymać bez papierosów. Był w tym trochę podobny do Joli, która dla odmiany zbyt długo nie mogła wytrzymać bez facetów. Przyszło mu to do głowy, gdy zobaczył na ulicy kobietę podobną do niej. Tak samo jak Jola miała długie rude włosy, duże piersi, spory, ale zgrabny tyłek i była wysoka. Spojrzenie miała odważne, niemal wyzywające. Paweł spojrzał na nią i uśmiechnął się. Jego twarz mówiła: "wiem kim jesteś; siedzi w tobie jędza, którą z łatwością ujeżdżają tacy chłopcy jak ja."
Kobieta, jakby zrozumiała, bo weszła za nim do sklepu. On, kupując papierosy, pokazał całą forsę jaką miał przy sobie. Nie było tego mało.
- Masz ochotę na chwileczkę zapomnienia? - szepnęła mu do ucha, gdy wychodził ze sklepu.
Stali bardzo blisko siebie i miał wrażenie, że ogromne piersi kobiety zaklinują go w drzwiach na amen. Zaśmiał się i powiedział: - Wybacz, mamusiu, ale jestem wykończony. Ty potrzebujesz wypoczętego ogiera, a ja jestem zmęczonym kucykiem.
Kobieta spojrzała na niego z zainteresowaniem, w którym jednak nie było ani podziwu, ani złości.
- Za odpowiednią sumkę wygonię z ciebie tego obrzydliwego starca, który zagnieździł się w twoim młodym serduszku.
- Dzięki maleńka, ale nie chcę potem zastanawiać się, dlaczego mnie boli, kiedy sikam. Nie chcę mieć jaj jak marakasy.
- Nie musisz mnie obrażać - rzuciła do jego pleców, bo domyśliła się, że ma na myśli choroby weneryczne, ale on się nawet nie obejrzał.


Andrzej Boruszewski
Za młody by umrzeć, za stary na złudzenia - parafrazując tytuł jednej z piosenek Jethro Tull, tak bym siebie scharakteryzował. Nie mam złudzeń, że wyrośnie ze mnie nowy Dostojewski, czy chociaż Chandler, ale nie zamierzam też z tego powodu tylko czytać, skoro lubię też pisać i są chętni, by to czytać.

Na sumieniu mam chyba z kilkadziesiąt anonimowych opowiadań wydrukowanych w różnych kobiecych czasopismach, dwa opowiadania pod własnym nazwiskiem w niewychodzącym od dawna czasopiśmie humorystyczno-literackim Grizzli, a także główną nagrodę (wycieczka do Nowego Jorku) w konkursie MAXa w 1999 roku.

Skutecznie uprzykrzam życie jednej żonie, dwójce dzieci, dwom psom i jednemu kotu. Od wielu lat ten sam fioł - Frank Zappa. Ale lubię też czerwone wino i smażone mięso. Więcej na mojej stronie:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Andrzej Boruszewski

ZAKŁAD

e-bookowo.pl wydawnictwo internetowe

© Copyright by Andrzej Boruszewski & e-bookowo 2011 zdjęcie na okładce: Iness Rychlik projekt okładki: Beata Rychlik ISBN 978-83-62480-81-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2011 Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu
O autorze

Andrzej Boruszewski

Za młody by umrzeć, za stary na złudzenia – parafrazując tytuł jednej z piosenek Jethro Tull, tak bym siebie scharakteryzował. Nie mam złudzeń, że wyrośnie ze mnie nowy Dostojewski, czy chociaż Chandler, ale nie zamierzam też z tego powodu tylko czytać, skoro lubię też pisać i są chętni, by to czytać. Na sumieniu mam chyba z kilkadziesiąt anonimowych opowiadań wydrukowanych w różnych kobiecych czasopismach, dwa opowiadania pod własnym nazwiskiem w niewychodzącym od dawna czasopiśmie humorystyczno-literackim Grizzli, a także główną nagrodę (wycieczka do Nowego Jorku) w konkursie MAXa w 1999 roku. Skutecznie uprzykrzam życie jednej żonie, dwójce dzieci, dwom psom i jednemu kotu. Od wielu lat ten sam fioł – Frank Zappa. Ale lubię też czerwone wino i smażone mięso. Więcej na mojej stronie:www.andrzejboruszewski.pl

– A może tamten? Wydaje mi się, że by się nadał.

Mężczyzna, który wypowiedział te słowa już dawno przekroczył pięćdziesiątkę, ale trzymał się dzielnie, w czym podobny był trochę do starego samochodu, mającego wprawdzie czasami kłopoty z ruszeniem z miejsca, ale takiego, co to jak już ruszy, to do mety dojedzie.

Jeśli trzymać się tego porównania, to należy uczciwie powiedzieć, że połysk karoserii nasz samochód zawdzięczał nie tyle jak ości lakieru, co ilości i jakości kosmetyków użytych do podkreślenia koloru i połysku, tudzież zatuszowania rys, a w jego sylwetce było coś, co sugerowało wojskowe pochodzenie. Krótko mówiąc, mężczyzna przypominał nie pierwszej młodości, ale jeszcze na chodzie samochód terenowy, z napędem na cztery koła oczywiście, podrasowany w pierwszorzędnym warsztacie tuningowym.

Jego towarzyszką była sportowa limuzyna. Niestety, tylko na pierwszy rzut oka firmowa. Każdy fachowiec po dokładniejszych oględzinach nie miałby wątpliwości, że to składak. Za to, z jakich części! W oczy przede wszystkim rzucały się zderzaki, z pewnością sprężyste i gotowe przyjąć na siebie niejedną czołówkę, a także kufer, który chociaż niewątpliwie pojemny, to jednak zgrabny, a chociaż noszony wyzywająco, to przecież z gracją i z wdziękiem. Z sylwetki wnioskować można było znakomite przyspieszenie i z pewnością dużą prędkość maksymalną. Jaskrawy, czerwony lakier przyciągał wzrok każdego miłośnika sportów ekstremalnych, a chociaż na dnie lamp czaiła się pustka, to jednak świeciły one blaskiem mocnym, niejednego wprost oślepiającym. I tylko hamulce pozostawały wiele do życzenia, co w połączeniu z nie najlepszym prowadzeniem na zakrętach, jazdę tym wozem czyniło na tyle podniecającą, by niejeden śmiałek spoglądał ku niemu okiem tęsknym, a nawet rozmarzonym i to pomimo jego dość już zaawansowanego wieku.

– A może tamten? Wydaje mi się, że by się nadał.

Kobieta podążyła za wzrokiem męża i zapytała: – Mówisz o tym brunecie w czerwonej koszulce?

Mężczyzna potaknął głową i przytknął do ust kufel z piwem, co uczynił z ledwie ukrywaną odrazą. Nie lubił piwa i nie lubił smrodu frytek. Nie lubił swojego dawnego życia.

Kobieta kontynuowała:

– Niezły. Myślisz, że…

– W końcu to ty będziesz z nim sypiała, nie ja.

– Mam nadzieję.

– To nie był udany żart.

– Masz rację, przepraszam – przyznała kobieta, ale już nie patrzyła na męża. Obserwowała wskazanego przez niego młodego mężczyznę i wcale się z tym nie kryła.

Jeśli trzymać się porównań motoryzacyjnych, mężczyzna ów był znakomitym przykładem samochodu o ciekawej, acz niezbyt odkrywczej sylwetce, wytrzymałym, z pewnością szybkim, lecz – prawdopodobnie – także o dużym zapotrzebowaniu na paliwo. Jego największą zaletą był niewątpliwie niewielki przebieg i młody rocznik.

– I jak?

– Dla mnie bomba.

– Pewna jesteś?

– Wiem, co mówię. Do zobaczenia wieczorem.

Odprowadzana niejednym wygłodniałym spojrzeniem mężczyzn kobieta zniknęła za drzwiami baru. Jej mąż wstał od stolika, przy którym siedzieli razem i podszedł do mężczyzny wskazanego przez jego żonę.

– Mogę postawić panu piwo? – zapytał.

Młodzieniec spojrzał na niego nieprzychylnym wzrokiem. Wtedy on powiedział:

– Przepraszam, nie przedstawiłem się, Ryszard.

Jego ręka na chwilę zawisła w powietrzu i już, już miała opaść, gdy młody człowiek uścisnął ją i powiedział:

– Paweł.

– Ładne imię. To jak, można postawić ci piwo?

– Obawiam się, że pomylił pan adres.

– Obawiam się, że to ty mnie źle oceniłeś.

– Mam nadzieję.

– Mówmy sobie po imieniu.

– Nie będzie mi łatwo.

– Może jednak spróbujesz? – zaproponował Ryszard, którego wprawdzie ukłuł przytyk Pawła do jego wieku, ale chwilowo nie zamierzał na to reagować. – To może być opłacalne.

– Co ma pan na myśli?

– Zauważyłeś tę kobietę, z którą byłem?

– Trudno było jej nie zauważyć. W szkole pewnie przezywali ją „żyleta”?

– To moja żona – prawie szczerze oburzył się Ryszard.

– Gratuluję.

Mężczyźni chwilę milczeli. Paweł nie wiedział, o co chodzi Ryszardowi, a ten nie wiedział, jak o tym powiedzieć. W końcu wrócił do tematu piwa, aby nieco okrężną drogą dojść do celu.

– Lubisz jasne, czy ciemne?

– Kobiety czy piwo? – pytaniem odpowiedział chłopak, a Ryszard zaśmiał się i rzekł: – Najpierw porozmawiajmy o piwie.

– Jasne i zimne.

– Ona nie jest zimna.

Paweł nawet nie spojrzał na Ryszarda. Zaciągnął się papierosem, a potem zapytał:

– I co z tym piwem?

Ryszardowi nie podobał się przebieg rozmowy, ale wstał i poszedł po piwo.

Bar nie należał do najlepszych. Bezbarwny lakier na drewnianych stołach i takich samych krzesłach zaczął schodzić ani nie w tym, ani nie w poprzednim roku, ale znacznie dawniej. Serwowano tutaj głównie tanie piwo, frytki, kurczaka z rożna i tym podobne tanie i nieskomplikowane dania. Był jedną z tych knajp, w których bywają ludzie niezamożni, głównie mężczyźni, a jeśli i kobiety, to nie należało się spodziewać, że będzie to jakaś dama. Chyba, że poszukująca przygód. Ryszardowi Nowakowi nie podobało się tutaj, ale to właśnie takie miejsce wybrał z Jolą, swoją żoną, celem znalezienie dla niej jakiegoś młodego, niezamożnego, niezbyt rozgarniętego, ale przystojnego – byczka. Paweł był właśnie takim młodym i przystojnym byczkiem, tyle, że zbyt dumnym, jak na gust Ryszarda. Niepotrzebny był mu strugający ważniaka cwaniak, lecz nieco zagubiony młodzian, o ciele wystarczająco ponętnym, by zabawić jego żonę, i umyśle na tyle nieskomplikowanym, by można nim było manipulować. Mimo to postawił przed nim piwo, a także przed sobą, chociaż wcale nie miał na nie ochoty. Przyniósł dwa, aby chociaż w ten sposób zaznaczyć, że nie usługuje chłopakowi.

– No to o piwie już wiem – zaczął rozmowę – jasne i zimne. A kobiety?

– Gorące, mogą być nawet rude.

Ryszard uśmiechnął się, bo jego żona była właśnie ruda. Paweł pociągnął łyk piwa i powiedział: – Mów pan, o co chodzi.

– Zdaje się, że to nie jest twój najlepszy dzień.

– To już nie pana problem.

– Zgadza się – powiedział Ryszard, a w jego serce wstąpiła nadzieja, że problemy Pawła są natury finansowej. – Ja mam inne kłopoty. Może moglibyśmy sobie pomóc?

– Niby w jaki sposób?

– To zależy od tego, jakie są twoje problemy.

– A pana problemy? Bo jakoś mi pan nie wygląda na człowieka mającego jakiekolwiek.

Ryszard wiedział, że Pawłowi chodzi o jego ubranie i zapach, jaki wokół siebie roztaczał. Zauważył też, że tamten odnosi się do niego z nieukrywanym lekceważeniem, a nawet złością, jakby nie lubił bogatych ludzi. Pomyślał też, że sposób wysławiania się Pawła może świadczyć o jakimś wykształceniu i może nie wielkiej, ale jednak, inteligencji.

– Co robisz w takim miejscu? – zapytał młodzieńca.

Ten zaśmiał się, a potem powiedział: – Śmiesznie to zabrzmiało w pana ustach.

– Wracając do kłopotów…

– Nie są moją specjalnością. Lepiej niech pan powie, jakie są pana problemy. Oprócz tego, że się pan nudzi.

– To nie mi się nudzi, nudzi się mojej żonie.

Paweł kiwał ze zrozumieniem głową i uśmiechał się. Wyglądało na to, że już od pewnego czasu wiedział, w jakim kierunku podąży rozmowa.

– I ja mam ją trochę rozerwać? – zapytał.

– Nie za darmo – odparł Ryszard.

– Dlaczego?

– Dlaczego chcę za to płacić?

– Dlaczego pan to robi?

– Jak się zapewne domyślasz, jestem człowiekiem – jak to mówią – ustosunkowanym…

– Domyślam się, że pana żona nie jest ustosunkowana.

Chłopak był bezczelny i Ryszard zaczynał mieć tego wszystkiego dosyć. Chciał nawet wstać, wylać chłopakowi piwo na głowę, a potem, gdy tamten zacznie brykać, kazać swoim ochroniarzom, aby zrobili z nim porządek, ale wtedy chłopak powiedział:

– Przepraszam, rzeczywiście mam dzisiaj zły dzień. Niech pan kontynuuje.

– Chodzi po prostu o to, że jej potrzebny jest mężczyzna i doskonale wiem, że prędzej, czy później znajdzie sobie kogoś. Wolałbym, żeby to nie był nikt z naszego towarzystwa, i żebym wiedział, kto to jest. Nie chciałbym, żeby stała się jej jakaś krzywda. Ani żeby ode mnie odeszła. Ja nie mam zbyt dużo czasu, jestem zapracowany, ale nadal ją kocham i nie chcę, żeby odeszła. Chce przygód – proszę bardzo, ale bez angażowania się i bez robienia mi wstydu w towarzystwie.

– I wymyśliliście sobie…

– O nie – tym razem Ryszard przerwał Pawłowi. – To nie tak. Ona o niczym nie wie.

– Przecież była tu z panem i gapiła się na mnie.

– Dlatego do ciebie podszedłem. Zauważyłem po prostu, że się jej podobasz.

– A po co ona przyszła w takie miejsce?

Chłopak był bystry i nie podobało to się Ryszardowi. Z drugiej strony idioty też nie potrzebował. Dlatego powiedział: – Widzę, że nie od parady nosisz głowę na karku. Ona już taka jest. Boję się, że kiedyś wpadnie w jakieś tarapaty.

– Mam robić za wentyl bezpieczeństwa?

– Sam bym tego lepiej nie ujął.

– Za ile?

Pytanie było tak bezpośrednie, że Ryszarda zatkało.

– Myślę, że się dogadamy – odparł po chwili teatralnym szeptem.

– Ile pan proponuje?

– Coś się nagle zrobił taki rzeczowy?

– Chce się pan wycofać?

Paweł uśmiechał się. Ryszard nie wiedział, czy chłopak go podpuszcza, czy bada. Postanowił przestać być dobrym wujkiem i przejąć inicjatywę.

– Teraz ty mi powiedz o swoich kłopotach.

Paweł chwilę walczył z sobą, a w końcu zaczął mówić:

– Moje problemy są banalne, otwierają drugą stronę „ciemnej strony”.

– Drugą stronę ciemnej strony… A jaka jest twoja ciemna strona?

Chłopak uśmiechnął się rozbawiony, ale i trochę z pogardą. Ryszard to zauważył i niezadowolonym głosem zapytał:

– Mógłbyś jaśniej?

– Money.

Ryszard odetchnął z ulgą i powiedział:

– Jeśli mamy razem współpracować, muszę wiedzieć o tobie więcej.

– Wylali mnie z roboty, a moja dziewczyna studiuje. Wprawdzie mamy gdzie mieszkać – mieszkanko jej babci, której się zmarło, – ale coś jeszcze trzeba jeść i z czegoś płacić czynsz. Jeśli nie będę umiał jej tego zapewnić, jej starzy zrobią wszystko, żeby znalazła sobie lepszą partię.

– Nie będą musieli. Jeśli się dogadamy.

– Dlatego pytam: ile?

– Zatrudnię cię jako szofera mojej żony – zaproponował Ryszard.

Paweł pokręcił przecząco głową.

– Dlaczego?

– Jeśli moja dziewczyna zobaczy, kogo wożę… Jest strasznie zazdrosna.

– Rozumiem. – Ryszard zmarszczył czoło. – Więc co proponujesz? Jeśli tak po prostu będę ci dawał pieniądze, to… Sam rozumiesz.

– Dlatego powinien mnie pan zatrudnić w swojej firmie, ale z dala od żony. Chyba ma pan jakąś firmę?

– Myślisz, że byś się nadał?

– Do czego?

– Mam między innymi firmę budowlaną i… Jakie ty masz w ogóle wykształcenie?

– Niedoszły inżynier.

– Kierunek?

– Jeszcze nie zdecydowałem.

– Może jako kierowca na budowie?

Paweł znowu zaprzeczył ruchem głowy, co pomału zaczęło denerwować Ryszarda. Zapytał:

– Jeśli chcesz zrezygnować, powiedz od razu.

– Chcę, żeby to miało ręce i nogi – odpowiedział chłopak, wyglądało, że szczerze.

– Dobra, pomyślę nad tym – zgodził się z nim Ryszard. – Dostaniesz wynagrodzenie za pracę – jakakolwiek będzie – i gratis za przysługę, o której mówiliśmy wcześniej.

– Ile będzie tego gratisa?

– Na początek pięćset.

– Za numer?

Uśmiech Pawła nie podobał się Ryszardowi ani trochę, odpowiedział jednak, że pięćset za tydzień.

– Tysiąc – targował się chłopak.

Ryszard westchnął i zgodził się. Chłopak jednak targował się dalej:

– To zależy, jaką mi pan znajdzie pracę i za ile.

Ryszard stężał od środka, a na zewnątrz uśmiechnął się; potem nagle spoważniał i powiedział:

– To zależy, czy będziesz grzeczny i jak się spiszesz. Jeszcze nie pokazałeś, co potrafisz, a skaczesz, jak mój były księgowy.

To najwyraźniej ostudziło chłopaka, bo zapytał:

– Kiedy i gdzie wyznacza szef następne spotkanie?

– U mnie w biurze, jutro, o jedenastej. To moja wizytówka, tam jest adres i telefon.

Po tych słowach Ryszard Nowak wstał i ruszył ku wyjściu. Przechodząc obok ostatniego stolika w ogóle nie zwrócił uwagi na siedzących przy nim dwóch mężczyzn, z których jeden z pewnością nie mył się od dawna, jadł rzadziej niż pił i miał w przyszłości wpłynąć pośrednio na jego losy, chociaż żaden z nich nigdy się o tym nie dowiedział.

* * *

– Bardzo pana proszę, niech pan nie nalega.

Sekretarka Ryszarda Nowaka była osobą młodą i ładną i jedyne, czego jej brakowało, by być w typie prezesa, to 30 centymetrów wzrostu, o które bezskutecznie modliła się każdego wieczora. Jak tylko Paweł ją zobaczył, postanowił, że nie będzie jej niczego ułatwiał. Taki miał w tej chwili kaprys.

– Zapewniam panią, że pan Ryszard ucieszy się na mój widok – mówił, uśmiechając się bezczelnie.

– Jeśli nie jest pan umówiony…

– A jeśli jestem?

– Kogo mam zaanonsować?

– Pawła.

– Jakiego Pawła?

– Po prostu Pawła – odpowiedział, patrząc na nią z wysoka.

Kobieta spojrzała na niego zza okularów i powiedziała:

– Proszę posłuchać, bardzo lubię swoją pracę i nie zamierzam jej tracić tylko dlatego, że jakiemuś przystojniakowi zachciało się…

– Jakiś problem, pani Aniu? Ach, to ty, dlaczego jeszcze nie wszedłeś?

Obydwoje spojrzeli w stronę, z której dobiegał głos. W drzwiach stał Ryszard Nowak. Gdy z powrotem wszedł do gabinetu, Paweł spojrzał na panią Anię i powiedział:

– W życiu nie widziałem większych oczu. – Po czym wszedł za Ryszardem Nowakiem i zamknął za sobą drzwi, wskutek czego nie widział już, jak pani Ania wielkie oczy zdziwienia zamieniła na wielką purpurę wściekłości pomieszanej z zawstydzeniem.

Dopiero teraz, po wejściu do gabinetu Ryszarda, zdał sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia. Takiego biura nie widział nigdy dotąd, jeśli nie liczyć filmów w telewizji. To, co widział wcześniej, czyli pokój sekretarki, było zaledwie wstępem, który wprawił go w dobry nastrój, jak to zwykle bywa, gdy pracownik widzi, że jego firma ma czym płacić. W domu postanowił, że będzie twardy i tanio skóry nie sprzeda, ale poczuł, że teraz mięknie, w dodatku – tak to czuł – niemal dosłownie. A tak to sobie dokładnie przemyślał…

Gdy Ryszard Nowak wyszedł z piwiarni, Paweł dłuższą chwilę wpatrywał się w zostawioną przez niego wizytówkę, ale nie myślał o tym, co było na niej napisane, ale dlaczego tak łatwo się zgodził. Był w sytuacji podbramkowej, to fakt, ale żeby aż tak się sprzedawać?! No i Katarzyna – gdyby się dowiedziała… Ale dlaczego miałaby się dowiedzieć? Albo dlaczego miałoby to coś zmienić między nimi? Wystarczy, że utrzyma wszystko w tajemnicy, a nikt nawet nie zauważy, że coś jest nie tak. Grunt to umieć oddzielić sprawy prywatne od zawodowych. I umieć zachować godność, nie dać sobą pomiatać.

Siedział teraz w gabinecie swojego nowego pracodawcy i z przykrością stwierdzał, że rura nieco mu mięknie.

– Nie zamyślaj się tak – przerwał mu rozmyślania Ryszard. – Przyszedłeś, czyli się zgadzasz?

Pytanie było proste, a mimo to Paweł nie wiedział, co powiedzieć. Czuł się onieśmielony i zmieszany. Miał przed sobą prezesa wielkiej firmy, niewątpliwie bardzo bogatego i wpływowego gościa, który niewiele miał wspólnego z Ryszardem, jakiego poznał w piwiarni.

– Tak, zgadzam się – usłyszał swój głos.

– Warunki są takie – mówił prezes, przypalając sobie papierosa. – Moja żona ma nie wiedzieć, że ja wiem. Rozumiesz?

Paweł potaknął głową i pomyślał: „Nawet nie zapytał, czy zapalę, a przecież widział mnie z papierosem.”

– Po drugie – ciągnął tamten – to ja będę kontaktował się z tobą, a nie ty ze mną. Po trzecie, nigdy nie zapomnisz, kto cię wynajął i kto ci płaci, rozumiesz?

Paweł znowu potaknął głową.

– I najważniejsze: zabawa może zostać przerwana w każdej chwili bez żadnego tłumaczenia z mojej strony.

– Jestem za – zgodził się Paweł. – Jestem za do tego stopnia, że aż powtórzę: zabawa może zostać przerwana w każdej chwili bez żadnego tłumaczenia z mojej strony.

Prezes Nowak spojrzał na niego z ledwie skrywaną pogardą i powiedział:

– Wracając do twojej pracy – będziesz kierowcą w moim biurze. Nie znaczy to, że będziesz mnie woził. Będziesz siedział w samochodzie i będziesz czekał, aż ktoś zadzwoni. Mam nadzieję, że najczęściej będzie to moja żona. Oczywiście zdarzy się, że będziesz musiał po kogoś wyjechać na lotnisko, albo kogoś lub coś gdzieś zawieźć, ale z pewnością nie będzie to zbyt uciążliwa, czy czasochłonna praca. Dostaniesz trzy tysiące na rękę, komórkę i zaliczkę na drobne wydatki. To chyba nie najgorsze warunki. Oczywiście plus wcześniej ustalona premia za twoje właściwe zajęcie. Cieszę się, że się dogadaliśmy. – Ryszard wstał, jakby miał zamiar się pożegnać.

– Mam jedno pytanie – powiedział wtedy Paweł, również wstając. – Skąd pan wie, że pana żona na mnie poleci?

– Znam jej gust. Zaufaj mi. Jeszcze jedno. Musisz zrobić badania lekarskie. Pani Ania da ci skierowanie. Co się dziwisz? To normalna procedura.

Dokładnie w tym momencie do gabinetu weszła kobieta. W pierwszej chwili Paweł jej nie poznał, ale gdy zapytała czy można i spojrzała na niego, już wiedział, że to ta sama, z którą Ryszard Nowak był w piwiarni. Nie wiedział, czy ma wyjść, czy zostać, więc stał jak jakiś niepotrzebny przedmiot.

Z pomocą przyszedł mu jego nowy szef. – Do widzenia panu – powiedział. – Pracę zaczyna pan od jutra.

– Do widzenia.

– Przepraszam bardzo. – Żona Ryszarda zwróciła się do Pawła. – Czy my się już gdzieś nie widzieliśmy?

Paweł poczerwieniał jak dziecko i powiedział:

– Nie sądzę.

– A mi się zdaje, że jednak.

– Gdyby tak było, z pewnością bym panią zapamiętał.

– Jaki miły młody człowiek… Czy on u ciebie pracuje? – Kobieta zwróciła się do męża.

– Tak, jest nowym kierowcą.

– To się świetnie składa – zaszczebiotała. – Bo ja trochę wypiłam i nie mogę prowadzić. Czy mógłby pan zacząć pracę od zaraz?

– Z miłą chęcią – odpowiedział Paweł, a kobieta zaczęła pomału wychodzić.

– Zrobimy tak – mówiła do męża. – Pan… Jak panu na imię?

– Paweł.

– Urocze… A więc pan Paweł odwiezie mnie moim samochodem, potem przyprowadzi ci mój wóz i wrócisz nim do domu. Zgoda? Może mi być potrzebny jutro rano.

– Jak sobie życzysz, skarbie.

– Pa, kochanie – powiedziała w drzwiach. – Miłej pracy. – A potem uśmiechnęła się do Pawła, co ten natychmiast poczuł w portfelu.

– Ciężką ma pan nogę – zauważyła, gdy ruszył z parkingu z piskiem opon.

– Lubię szybką jazdę – odpowiedział.

– Dosłownie, czy w przenośni? – zapytała, a on pomyślał, że dodatkowe zajęcia zacznie szybko i będą one nieporównanie bardziej wyczerpujące, niż bycie kierowcą w jakiejkolwiek innej firmie.

– To zależy od okoliczności.

– Filozof z pana.

– Mechanik samochodowy.

– W dodatku dowcipny.

– Dziękuję. Dokąd jedziemy? Muszę wiedzieć, bo zaraz skrzyżowanie.

– Do domu. Mojego domu, oczywiście. A pan myślał, że…?

– Że do domu. Pani domu, oczywiście. Tylko, że ja nie wiem, gdzie to jest.

– Za miastem oczywiście. Teraz pojedziesz w lewo, a potem prosto, przez jakiś czas. Chyba wyjeżdżałeś już kiedyś z tego nudnego miasta? Skoro jeszcze nie umarłeś z nudów, to znaczy, że wyjeżdżałeś. O następnym zakręcie uprzedzę. A może wolisz nawigację?

– Raczej nie – odpowiedział. – Nie mam do tego urządzenia zaufania.

– A do mnie masz?

Zobaczyła jego lekko wystraszoną minę i się zaśmiała:

– Żartowałam.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Ona siedziała z tyłu i obserwowała go, on też od czasu do czasu zerkał na jej odbicie we wstecznym lusterku. Jeszcze nie wyjechali z Warszawy, a już zaczynało robić się gorąco pomimo znakomicie działającej klimatyzacji. Atmosferę dwuznaczności czuło się w każdym centymetrze sześciennym samochodu.

– To pani samochód? – zapytał, gdy cisza zaczęła mu zbytnio ciążyć, a było to zaraz za miastem.

– Tak, dostałam go od męża na – nie powiem, które – urodziny.

– Pani mąż musi być bogatym gościem, skoro kupuje pani na urodziny taki samochód.

– Nie na każde; zrobił to tylko raz, z okazji okrągłej liczby, niech się pan domyśli, jakiej, rok temu.

– Mimo wszystko. W końcu nie każda kobieta dostaje na urodziny najnowszy model mercedesa.

– Czy równie dobrze, co na samochodach zna się pan na kobietach? – zapytała.

– Nie wiem; niezbyt często sprawdzam się w tym temacie.

– W takim razie proszę zgadnąć, o jakiej liczbie mówiłam w związku z samochodem i odbić w lewo na najbliższym rozjeździe.

Paweł doskonale wiedział, że chodzi o czterdzieści, ale zapytał:

– Trzydzieści?

Kobieta zaśmiała się i powiedziała:

– Nieważne, że pan kłamie. Ważne, że jest pan miły. Mamy też odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie – otóż zna się pan na kobietach.

– Dziękuję.

– Proszę przestać zachowywać się jak lokaj! Przepraszam, pewnie pana uraziłam.

– Owszem.

– Taki pan wrażliwy?

– Nie, tylko trochę inaczej sobie panią wyobrażałem.

– Nie rozumiem. – W głosie kobiety była i ciekawość i oburzenie.

– Robi pani z siebie kobietę złą i zepsutą, a tymczasem – to widać w pani oczach – jest pani wrażliwa, tylko, że trochę znudzona.

– Nie zabrzmiało to jak komplement – zauważyła z kiepsko udawanym niezadowoleniem.

– Widocznie nie znam się na kobietach – odparł.

– I pan udaje innego niż jest.

Zdanie było wypowiedziane głosem tajemniczym i nie było już w nim oburzenia. Paweł zapytał:

– Co ma pani na myśli?

– To, że jest pan – jak na tak młody wiek – wielkim znawcą kobiecych dusz. Czy nie zabrzmiało to zbyt staroświecko?

– Pewne rzeczy nigdy się nie zestarzeją.

– Co ma pan na myśli? – zapytała wesoło.

– Uczucia.

– A wie pan, że właśnie tego się spodziewałam? Takiej właśnie odpowiedzi?

– Nie myślałem o tym, gdy jej udzielałem.

– Pewnie, bo i dlaczego miałby mi się pan przypochlebiać? Zaraz skręcamy w lewo.

– Do lasu? – zdziwił się Paweł. – Myślałem, że w lesie mieszkają tylko wilki i wiedźmy.

– Może jestem jedną z nich?

– Mam się bać?

– Nie wyglądasz na takiego, który się boi.

Po chwili stali na podjeździe czegoś w rodzaju pałacu. Dom był na pewno nowy, ale miał tyle wieżyczek i kolumn dźwigających balkony, że bardziej Pawłowi przypominał właśnie pałac niż współczesną willę. Zwłaszcza, że prowadziła do niego stara aleja lipowa.

Ponieważ kobieta nie wychodziła z samochodu, powiedział:

– Szkoda, że to już koniec naszej przejażdżki; cudownie się z panią rozmawiało.

– Nie boi się pan, że powiem mężowi?

– O czym?

– O pańskim stanowczo zbyt poufałym tonie.

– Przepraszam, ale ja nie potrafię inaczej rozmawiać.

– Uroczy z pana człowiek. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Do zobaczenia – powiedziała i wyszła z samochodu.

– Do widzenia – odpowiedział jej i zapytał: – Czy tu nie ma straży?

– Ma pan na myśli ochronę?

Paweł potaknął kiwnięciem głowy.

– Jest, ale jak tylko bym to zauważyła, natychmiast kazałabym ich wszystkich zwolnić.

– To dlatego brama otworzyła się jak tylko pod nią podjechaliśmy?

– Przygotowujesz napad, że się tak wypytujesz?

Zaraz po tym pytaniu kobieta odwróciła się i odeszła, nie czekając na odpowiedź. Paweł nie odjeżdżał jeszcze chwilę, bo nie wiedział, czy jest bohaterem jakiegoś kiczowatego filmu, czy też to wszystko dzieje się naprawdę. Najpierw to dziwne spotkanie w barze, potem jeszcze dziwniejsza propozycja, bogato wyposażone biuro Ryszarda, a wreszcie ten wielki dom przypominający pałac. Jednocześnie zdał sobie sprawę z faktu, że wróciła mu wrodzona pewność siebie. Bez dwóch zdań – przy tej kobiecie czuł się o niebo lepiej niż przy jej mężu. Nawet luksus, w jakim żyli nie był w stanie stłumić w nim tej pewności siebie.

Czuła, że dokonała dobrego wyboru. Nawet nie sądziła, że już za pierwszym razem tak dobrze trafi. Myślała, że będzie miała do czynienia z jakimś nieokrzesanym gburem, albo nieśmiałym i zakompleksionym młokosem, a tymczasem wszystko wskazywało na to, że trafiła jej się perła. Musi teraz o nią dbać, chuchać i dmuchać, żeby jej nie stracić, żeby jej ktoś nie ukradł, albo nie zepsuł. Oszlifuje ją i będzie się nią cieszyć, aż jej się znudzi. Taki młody, przystojny i wrażliwy… W dodatku inteligentny, dowcipny i… chyba chętny? Na to wyglądało. Zresztą, już ona wie jak z takimi postępować. Gorzej, jeśli się okaże, że to jakiś wyrachowany drań. Tak, to też możliwe. Nawet wiele na to wskazywało. Ta jego wrażliwość była szyta dość grubymi nićmi. Może tylko udawał pewnego siebie Don Guana? Tym lepiej, tym większą będzie miała frajdę z ujeżdżenia tego dzikiego mustanga. Przerobi go na miazgę, a potem – do rzeźni.

Nie była kobietą młodą, ale wciąż była bardzo atrakcyjna – zdawała sobie z tego sprawę doskonale, w czym upewniała się patrząc w lustro, przed którym właśnie robiła sobie wieczorny makijaż. Właściwie to dziwiła się, że jej mąż ma kochankę. A już do głębi oburzał ją fakt, że była nią osoba tak młoda, wprost smarkula! Najbardziej zaś wkurwiało ją to, że spotykał się z nią wcale nie po to, by uprawiać seks! Wkurwiało – dawno nie używała tego słowa…

– Zamierzchła przeszłość, z której przybywamy daje o sobie znać w sposób tyleż dziwny, co i zabawny – podsumowała w myślach, a ponieważ w tym samym czasie kroki na schodach, a potem głośne „kochanie, jesteś tam?” obwieściły przybycie męża, dalsze rozmyślania odsunęła na później.

– Witaj, skarbie. Jak się jechało? – zapytała, gdy wszedł do jej pokoju po tym, jak go zawołała.

– Bardzo dobrze – odpowiedział. – To duża przyjemność prowadzić samochód, nadal to lubię.

– Świadczy to o twojej męskości.

– A propos, jak twój młodzian?

– Czyżby kompleks przekroczonej sześćdziesiątki?

– Skądże znowu, przy tobie czuję się taki młody…

– Zejdźmy więc na kolację i porozmawiajmy o naszej zdobyczy. W końcu to ty pomogłeś mi go wypatrzyć.

– A co dzisiaj jemy?

– O ile wiem, stek z tuńczyka po prowansalsku. Czy to nie wszystko jedno? Mam pełne zaufanie do naszego kucharza, na pewno przygotował coś smacznego.

Ryszard zatrzymał się na schodach i uśmiechając się mile, powiedział:

– Ja mam większe zaufanie do ciebie.

– Ale chyba nie w sprawach kulinarnych? – zapytała, figlarnie mrużąc oczy.

– Nie ma takiej potrzeby. Chyba, że masz na myśli wybór restauracji – powiedział i odsunął żonie krzesło, gdyż już doszli do jadalni.

– Dziękuję – powiedziała ona i usiadła przy stole.

Przez chwilę patrzyła na ogrom jedzenia, które niewątpliwie się zmarnuje, a potem zapytała:

– Nie masz nigdy wyrzutów sumienia?

Ryszard zmarszczył czoło, a ona dodała:

– Chodzi mi o to jedzenie, którego innym brakuje, a my je wyrzucamy.

– To nigdy nie było moim problemem. Jak chcesz, mogę ci to wytłumaczyć. Co miesiąc na wsparcie biednych, poprzez rozmaite fundacje, przeznaczam…

– I potem odpisujesz to od podatków? – zapytała i uśmiechnęła się do męża, by w ten sposób przykryć zbyt wyeksponowaną złośliwość.

– Dlatego tak dobrze o nas mówią, a my tak dobrze żyjemy – odpowiedział on.

– W zgodzie i harmonii – dodała.

– Czy mi się wydaje – zapytał pomiędzy jednym kęsem a drugim. – Czy wyczuwam w twoim głosie ironię?

– Nie wiem, co wyczuwasz, ale najważniejsze, że się rozumiemy.

– Czy to nie wspaniałe, że możemy tak sobie ufać i tak na sobie polegać?

– Cóż, mamy to szczęście. Chcę się ciebie o coś zapytać – powiedziała i przestała na chwilę jeść.

– Tak?

– Czy nie boisz się, że zostawię cię dla tego młokosa? Że się w sobie zakochamy?

– Myślisz, że aż tak leci na pieniądze?

Jolanta na ułamek sekundy zatrzymała widelec przed ustami. Jej mąż powiedział:

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić.

– Nic nie szkodzi – odparła. – Uważasz więc, że widzi we mnie jedynie mamonę?

– Nie tylko. Z pewnością możesz się jeszcze podobać.

– Wyjaśnij mi – podniosła nieznacznie głos. – Co znaczy słowo „jeszcze”?

– Bądźmy szczerzy, moja droga, obydwoje nie jesteśmy już dwudziestolatkami. Nie mniej jednak twoje ciało nadal jest ponętne…

– Daruj sobie.

– Mówię zupełnie szczerze, twoje piersi…

– Więc uważasz – przerwała mu, mocno już rozgniewana. – Że żaden młody mężczyzna nie zakochałby się we mnie?

– Co innego przygoda erotyczna, a co innego…

– Tak, czy nie?

Cisza była nieprzyjemna, kojarzyła się Joli z czekaniem na ogłoszenie wyroku.

– Wybacz, ale te żarty…

– Tak czy nie?

– Tak – powiedział, co zabrzmiało jak poddanie się. – Sądzę, że prawdziwe uczucie jest w tym wypadku niemożliwe.

– Załóżmy się – zaproponowała.

– O co? – zapytał zdziwiony.

– O cokolwiek. Nowy samochód, futro, kolię, diamenty…

– A co dla mnie?

– Sądzisz, że wygrasz? – zapytała i poczuła jak ryba nadgryza przynętę.

– Jestem tego pewien.

– Więc załóżmy się.

– Dobrze. O co?

– Jeśli wygram. – Jola zrobiła efektowną pauzę. – Kupisz mi jaguara.

– Kota, czy samochód?

– Wszystko mi jedno. Jeśli przegram…

– To więcej niż pewne – przerwał jej mąż.

– Jeśli przegram – kontynuowała, niezrażona jego zachowaniem. – Zrobię, co zechcesz.

– Dosłownie?

– Dosłownie: mam do ciebie pełne zaufanie.

– Mam nadzieję. – Uśmiechnął się sztucznie. – Że nie mniejsze, niż ja do ciebie. A jak sprawdzimy, kto wygrał? – zapytał po chwili.

– Nie wiem. Coś wymyślimy.

– Zgoda.

Reszta wieczoru upłynęła Nowakom na miłej konwersacji na niezobowiązujące tematy. Kiedy zrobiło się już wystarczająco nudno, każde z nich poszło do siebie i w dość krótkim czasie zasnęło.

Dlaczego już nigdy nie będzie młodszy? Dlaczego, podobnie jak samochód, którym teraz jedzie do swojej młodziutkiej kochanki, jego rocznik będzie coraz mniej atrakcyjny?

Gdyby Ryszard Nowak był chociaż trochę młodszy, nie zastanawiałbym się ani chwili – rozwiódłbym się i zacząłbym wszystko od początku. Tymczasem jednak przekroczył sześćdziesiątkę i nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie coś w tym temacie mogło zmienić się na lepsze. Doskonale też zdawał sobie sprawę z tego, że w przypadku rozwodu z jego winy, co najmniej połowę majątku musiałby oddać żonie, a nie ma już tyle sił i zapału, żeby to, co by mu zostało, pomnożyć razy dwa. Wprawdzie dla niej, swojej nowej kochanki, tej cudownej istotki z zupełnie innego świata, zrobiłby wiele, ale nie aż tyle. Już by mu się nie chciało.

Po raz pierwszy zobaczył ją u jubilera, gdzie kupował swojej poprzedniej kochance prezent gwiazdkowy. Stała przed kontuarem i podobna była do głodnego dziecka patrzącego przez szybę na ludzi objadających się w luksusowej restauracji. To porównanie przyszło mu do głowy pewnie dlatego, że był wtedy piękny, gwiaździsty zimowy wieczór, a dzień wcześniej widział gdzieś taki właśnie obrazek: głodne i zmarznięte dziecko patrzy przez okno na ludzi objadających się w restauracji. On, bogaty starszy pan, i ona, młoda śliczna acz niebogata młoda dziewczyna, a w tle śnieg padający za oknem jubilera – byli jak współczesna wersja tamtego obrazka. Podszedł do dziewczyny i zapytał:

– O czym pani marzy?

Bez słowa wskazała kolczyki, ani ładne ani specjalnie drogie.

– Proszę to zapakować tej pani – powiedział do sprzedawcy i wskazał upatrzoną przez dziewczynę rzecz.

– Służę uprzejmie – odpowiedział sprzedawca i zaczął pakować kolczyki.

– Ależ ja nie mogę tego od pana przyjąć – protestowała zażenowana.

– A dlaczegóż to? – zapytał.

– Bo… Bo… – dukała. – Bo ja pana nie znam.

– Ryszard. – Wyciągnął do niej rękę. – Teraz już znasz.

Uśmiechnęła się, ale nie podała mu ręki.

– Przecież ja nic od ciebie nie chcę – powiedział wtedy, a sprzedawcy pytającemu miną, czy w tej sytuacji ma nadal pakować kolczyki, potaknął głową.

– Więc dlaczego kupuje mi pan te kolczyki? – zapytała.

Ponieważ sytuacja stawała się coraz bardziej niezręczna, odbierając od sprzedawcy kolczyki i dając mu pieniądze, zaproponował:

– Może wyjdziemy na zewnątrz? Proszę mi zaufać. Weźmie pani te kolczyki i powiemy sobie do widzenia. Jeśli tego będzie sobie pani życzyła. Proszę to potraktować jako prezent od niespodziewanie spotkanego u jubilera Świętego Mikołaja. Reszty nie trzeba – rzucił na odchodne do sprzedawcy.

Dziewczyna tylko chwilę z sobą walczyła i w niedługim czasie, gdy byli już na chodniku, kolczyki spokojnie leżały na dnie jej torebki.

– Więc do widzenia? – zapytał.

– To zależy tylko od pana.

– Jak mam to rozumieć? – zapytał, a dziewczyna odwróciła się nagle na pięcie i szybko odeszła.

Dogonił ją, złapał za ramię i powiedział:

– Proponuję kawę. Mam nadzieję, że nie czuje się pani urażona?

Nie czuła się urażona ani trochę, a po jakimś czasie oswoiła się na tyle, że powiedziała jak ma na imię: Katarzyna.

* * *

– Jesteś piękna – mówił do niej po kilku tygodniach, gdy siedziała w fotelu w mieszkaniu, które dla nich wynajął na Saskiej Kępie, a on leżał nieopodal na kanapie i patrzył na nią zauroczony.

– Przesadzasz i zawstydzasz mnie.

– Gdy wyobrażę sobie ciebie nagą… Jesteś taka świeża i delikatna.

Mówił prawdę. W porównaniu z jego żoną, która chociaż ponętna, to jednak z pewnością nie szczupła i ani trochę niekojarząca się z świeżością, prawie chuda i prosto trzymająca się Katarzyna była jak delikatny kwiat przy… Burak cukrowy to przesada, ale coś musiało w tym być, że to właśnie ta roślina przyszła mu do głowy.

Zaraz po tych słowach Katarzyna bez słowa zdjęła sweter i Ryszard zobaczył jej nieduże, kojarzące się z niewinnością i czystym pięknem piersi.

– Chcę tylko na ciebie patrzeć – powiedział. – To i tak dla mnie bardzo dużo.

Była to najprawdziwsza prawda. Chciał tylko na nią patrzeć. A ona wcale nie musiała przyjmować jakichś wymyślnych, wyuzdanych póz; wprost przeciwnie, miała być naturalna; naga, ale naturalna i niewinna. I taką była, była czystym pięknem jaśniejącym w blasku świec, które palili jak na jakimś wieczorku poetyckim.

* * *

Teraz wchodził po schodach do mieszkania, które dla nich wynajmował, i z nadzieją patrzył w przyszłość. Przy Katarzynie zawsze z nadzieją patrzył w przyszłość. Jak w młodości, gdy wszystko mogło się jeszcze zdarzyć.

Nacisnął dzwonek. Słyszał jak dziewczyna zbliża się do drzwi, potem chwila ciszy, w której patrzyła na niego przez wizjer, wreszcie wpuściła go do środka i przywarła do niego całym swoim młodym i nagim ciałem.

– Dlaczego nie zaczekałaś na mnie? – zapytał z wymówką, patrząc na jej nagie piersi i nagi brzuch, i mając na myśli to, że była już rozebrana.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę – odpowiedziała, zamykając za nim drzwi.

– A wiesz, że to niezły pomysł? Byłoby cudownie, gdybym mógł oglądać cię tylko nagą – odparł przechodząc do pokoju i patrząc, jak Katarzyna wchodzi do kuchni.

– Nie mam nic przeciwko temu. Czego się napijesz?! – zawołała stamtąd.

– Jak zwykle herbaty!

Usiedli przy niskiej ławie – ona naga, on w ubraniach – i rozmawiali. Nigdy nic więcej między nimi nie zachodziło. Była to taka cicha umowa – on jej kupował drogie upominki, a ona pozwalała paść mu swoje oczy swoim młodym ciałem. Wiedział, że nie może prosić o nic więcej, a nawet nie chciał. Miało to swój urok i czar. Było czymś zupełnie niezwykłym w jego życiu i – tak to czuł – niewinnym.

– Moja żona ma kochanka – powiedział w pewnym momencie.

– Czy to jakaś nowość? – Dziewczyna zapytała tonem pozornie tylko niewinnym, a w rzeczywistości nie pozbawionym pogardy.

– Tak, bo to jawny kochanek. Ja o nim wiem, a nawet mu płacę. I… założyliśmy się o coś.

– O co? – zapytała, ale w jej głosie nie było zbyt wiele zainteresowania.

– Ona twierdzi, że on się w niej zakocha. Ja myślę, że to jest nierealne.

– I co? – zapytała po chwili ciszy.

– Nie wiemy jak się przekonać, kto wygrał zakład.

– Powinien kogoś zabić. Jeśli zabije ją, jest wierny tobie, swojemu chlebodawcy; a jeśli zabije ciebie, to znaczy, że zakochał się w twojej żonie, że zrobi dla niej wszystko.

Ryszard siedział nieporuszony. Katarzyna wybuchnęła śmiechem i krzyknęła:

– Żartowałam! Chyba nie wziąłeś tego na serio?

– Nie, no skądże – odpowiedział niezbyt pewnym głosem.

– Chcesz, to poprawię ci humor. Opowiedzieć ci bajkę?

Chciał.

To nie prawda, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Na początku Bóg odkręcił kran z czasem. Z czasem kran zaczął przeciekać, ale nikt o tym nie wiedział. Obok głównego nurtu, który był silny i regularny, kapały od czasu do czasu kropelki nieduże, cichutkie i nie wadzące nikomu. Życie w kropelkach toczyło się wolniej i spokojniej niż w głównym nurcie, a ludzie żyli tam dłużej i byli szczęśliwsi. Ktoś mógłby powiedzieć, że byli bękartami wszechświata, ale oni tak nie uważali. Mieli się za wybrańców losu, za szczęśliwców w czepku urodzonych.

Z początku nikt nie wiedział, że jest jakieś inne życie, jakiś inny, szybszy czas, ale nawet jak już wykryto, że tuż obok pędzi taka szalona lokomotywa dziejów, która zmywa po drodze wszystko i wszystko z sobą porywa – nawet wtedy nikt nie myślał o przeprowadzce. Zdarzały się oczywiście krótkie wypady, a nawet organizowano wycieczki do tego większego i szybszego świata, ale nikt nigdy nie przeprowadził się tam na stałe. Już prędzej zabierano z sobą kogoś stamtąd, a wtedy ten ktoś znikał ze swojego świata na zawsze i nawet najlepsza policja nie mogła go odnaleźć.

Kapały więc krople czasu jedna za drugą, jedna za drugą, a życie toczyło się w nich leniwie i spokojnie, aż któregoś dnia zaczęły kapać coraz szybciej, tak, że niemal utworzyły prawdziwy strumień. Wtedy Bóg wezwał hydraulika, a ten naprawił usterkę niestety zbyt dobrze. Kran zupełnie przestał przeciekać. Wypada mieć tylko nadzieję, że hydraulik nie był najlepszym fachowcem, i że wkrótce znowu pojawią się małe, szczęśliwe kropelki czasu, które nie gnają zbyt szybko, a ludzie w nich żyją spokojnie, nie śpiesząc się zbytnio.

Gdy Ryszard odzyskał mowę, powiedział tylko: „moja ty Szeherezado” i pocałował ją bardzo delikatnie w czoło.

– Jak chcesz, mogę na każdym spotkaniu opowiadać ci jakąś bajkę – zaproponowała.

Jasne, że chciał. Od tej pory była nie tylko jego Kwiatuszkiem, ale też Szeherezadą. Prywatną Szeherezadą opowiadającą mu bajki na każdym spotkaniu. Nago i przy świecach. Czyż mógł jej nie wielbić?

Jego spotkania z kochanką nigdy nie trwały długo, więc i teraz rozstali się zaledwie po dwóch godzinach. Jak zwykle prosto stamtąd poszedł do jednej z agencji towarzyskich, by sobie ulżyć. Jednak tym razem poczuł w sobie jeszcze inny rodzaj podniecenia. Zaświtała mu w głowie myśl, aby romans swojej żony (już przestał liczyć który) wykorzystać do pozbycia się jej i to wcale nie w sposób ogó lnie znany i aprobowany, czyli poprzez rozwód, lecz aby ją zlikwidować rękoma jej kochanka, czyli najzwyczajniej w świecie zamordować. Tak właśnie pomyślał: najzwyczajniej w świecie zamordować. Skoro najzwyczajniej w świecie korzystał z luk prawnych, żeby płacić mniejsze podatki i najzwyczajniej w świecie wykańczał konkurencję niezupełnie zgodnie z prawem, a nawet posuwał się do szantażu, to dlaczego nie miałby najzwyczajniej w świecie zamordować żony?

Jolę poznał dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze nie był bogaty. Wprawdzie nigdy nie był biedny, ale bogaty naprawdę stał się stosunkowo niedawno. Był pierwszym bogaczem w rodzinie, chociaż już jego ojciec zgromadził niemałą fortunkę. Jak na peerelowskie okoliczności, oczywiście. Miał bardzo dobrze prosperujący zakład samochodowy. Liczył na to, że jego jedyny syn przejmie interes. Chyba miał szczęście, że nie dożył chwili, w której Ryszard miał mu powiedzieć, że ma inne plany. Odziedziczony interes, ku rozpaczy matki, która wkrótce też zmarła, sprzedał, a pieniądze zainwestował w spółkę z pewnym Niemcem. Wkrótce Niemca oszwabił i stał się jedynym właścicielem szwalni szyjącej głównie na eksport. Właśnie wtedy poznał Jolantę. Była piękna i młoda, a także wyuzdana i… jeszcze nie perfidna. Podobało mu się w niej to, że była taka łakoma na życie, na wrażenia, a przy tym miała w sobie tę świeżość, której jemu zaczynało pomału brakować. Możliwe nawet, że ją kochał, a już na pewno podziwiał i nie wyobrażał sobie, by mógł u swego boku mieć kogoś innego. Za jej namową – najwyraźniej, jak i on miała zamiłowanie do ryzyka – zainwestował w kolejną szwalnię. Potem drugą i trzecią. Polska tania, ale wykwalifikowana siła robocza pozwalała na produkcję dobrej odzieży w konkurencyjnej cenie przez dobrych kilka lat. W porę wyczuł zmiany i sprzedał wszystko, a pieniądze zainwestował w branżę budowlaną. Tu jednak dla Joli nie było miejsca. Nie znała się ani na handlu nieruchomościami, ani na handlu materiałami budowlanymi, ani na stawianiu domów, hal, biur, bloków… Była pomocna jedynie przy zmiękczaniu urzędników państwowych, od których zależało, z usług której firmy budowlanej skorzysta ich miasto albo gmina. A ponieważ gdzieś jej żywiołowa natura musiała znaleźć ujście, to znalazła je w bujnym życiu towarzyskim. Po pewnym czasie przestał za nią nadążać i to pod wieloma względami. Od czasu do czasu dawał się jednak namówić na jakiś szalony pomysł swojej żony (jak chociażby znalezienie dla niej kochanka w barze), ale zdarzało się to coraz rzadziej i robił to bardziej dla niej niż dla siebie. Chociaż, obiektywnie zaglądając w jego duszę, należało stwierdzić, że Jola wyrobiła w nim nawyk i zamiłowanie do pewnych ekstrawagancji, do nietypowych, czasami dość ryzykownych sytuacji, bez których ona nie potrafiła żyć, a jemu sprawiały nieduże, ale jednak – zadowolenie.

Ale to już nie było to, co dawniej, kiedy tworzyli znakomicie się rozumiejącą parę. On dostrzegł w niej perfidną i egoistyczną modliszkę, a ona… Prawdę mówiąc nigdy nie widziała w nim nic oprócz pieniędzy. Dochodziło między nimi na tym polu do sprzeczek, a nawet kłótni. Na szczęście po pewnym czasie zawarli pakt o nieagresji. Żyli teraz bardziej obok siebie niż ze sobą, a jeśli już coś razem robili, to każde czerpało z tego własną przyjemność.

Ten kruchy układ zburzyło pojawienie się w życiu Ryszarda Katarzyny. Kiedy więc jego żona zaproponowała, by razem wybrali dla niej kochanka, co rzekomo miało bardziej zbliżyć do siebie coraz bardziej oddalających się od siebie małżonków, wtedy przystał na to z ochotą, bo pomyślał, że prędzej czy później przyniesie to z sobą jakieś bliżej nieokreślone rozwiązanie.

I oto teraz, za sprawą żartu Katarzyny, okazało się, że rozwiązaniem może być zamordowanie żony rękoma jej kochanka. Musiał przyznać, że jego i tak niekonwencjonalne życie, zaczęło zamieniać się w coś w rodzaju groteski. Poczuł to, gdy Mary, dwudziestoletnia Murzynka, jedna z najdroższych dziwek w mieście, naprawdę mająca na imię Maria, bardzo modna w niektórych kręgach, otworzyła mu drzwi i zapytała nienaganną polszczyzną:

– Co słychać u wujaszka Ryszarda?

– Dobre pytanie – pomyślał, a głośno powiedział: – Nic nowego.

– W twoim głosie wyczuwam jakieś nowe nuty. Czego się napijesz?

– Wszystko jedno.

– To do ciebie nie podobne, zwykle wiesz, czego chcesz. Połóż się, zrobię ci masaż.

Ryszard zdjął marynarkę, a potem położył się na wielkim łóżku, na brzuchu, a Mary usiadła na niego okrakiem i zaczęła masować mu najpierw kark, a potem plecy.

– Chcesz pogadać? – zapytała w pewnym momencie.

– Nie – odpowiedział. – Po prostu rób swoje.

* * *

Kiedy podniecenie zaczęło mu przeszkadzać w sposób czysto fizyczny, przekręcił się na plecy. Mary zaczęła wtedy zdejmować półprzezroczysty peniuar, który miała na sobie. Ryszard szybko złapał ją za ręce i zaprotestował: – Nie. Nie chcę, żebyś się rozbierała.

Popatrzyła na niego z zaciekawieniem i zapytała:

– A co z resztą? Też nie chcesz?

– Reszta bez zmian – odpowiedział i Mary zaczęła odpinać mu rozporek. Ponieważ pod peniuarem nie miała nic, wkrótce usiadła na jego sterczącą męskość i zaczęła pomału, metodycznie jeździć na nim, jakby przyjemność miała zrobić sobie, nie jemu.

– Zrób to szybko – powiedział.

Kobiecie było wszystko jedno, więc zwiększyła tempo i zmieniła nieco sposób, w jaki się poruszała. Wkrótce poczuł ulgę. Zawsze w takich chwilach czuł ulgę.

– Dlaczego nie chciałeś, żebym się rozebrała? – zapytała potem, kiedy on się ubierał, a ona paliła papierosa..

– Dlatego, że… – zaczął. – Nieważne – dokończył i wyszedł. Nie mógł przecież powiedzieć, że teraz jedyną kobietą, jaką chce oglądać nago jest Katarzyna. To nawet jemu wydawało się niepoważne.

Gdy wsiadł do samochodu, pomyślał: – To już nie są żarty. – I sięgnął po komórkę. Dzwonił do Marka Krokusa, prywatnego detektywa, z którego usług korzystał już nie raz.

– Słucham.

– Cześć, Nowak z tej strony, Ryszard Nowak.

– Witam. Jakaś sprawa?

– Jakbyś zgadł. Ale nie na telefon. Pojutrze u mnie w biurze o jedenastej, okey?

– Okey.

* * *

Marek Krokus, dawny esbek, nie mogąc znaleźć żadnej sensownej pracy po tym, jak nie przeszedł weryfikacji, której poddał się dobrowolnie w 1990 roku, postanowił zająć się tym, co w swoim mniemaniu umiał najlepiej: węszeniem. Kiedyś węszył za państwowe pieniądze, teraz za prywatne. Było mu wszystko jedno, za jakie to robi – żadne nigdy mu nie śmierdziały. Ale Nowakowi nie odmówił nie dlatego, że ten dobrze płacił, ale dlatego, że ten mógł go pozbawić licencji detektywa przekazując policji materiały, których Markowi Krokusowi nie udało się spalić. Te materiały obciążały go za wypadek przy pracy, który obecna władza niewątpliwie uznałaby za morderstwo. Drugim powodem była nadzieja. Detektyw liczył na to, że zlecenie prezesa ubarwi jego monotonne życie detektywa od małżeńskich zdrad, a przy okazji poprawi nienajlepsze notowania w branży.

* * *

– Elementarna uczciwość wymaga, żebyś się z tego wytłumaczyła. Dowiem się wreszcie, skąd się tu wzięło to cholerne pudełko z tymi cholernymi świecidełkami?! – pytał, a właściwie krzyczał Paweł, trzymając w rękach drewnianą szkatułkę, którą znalazł na dnie kosza na brudne ubrania, gdy szukał suszarki do włosów.

– Ukradłam – ze złością odparła Kasia, jego dziewczyna, a potem lekkim tonem, jakby opowiadała o pójściu do kina, dodała: – Napadłam na bank, a potem poszłam do jubilera i sobie nakupowałam różności.

– Nie żartuj sobie, to poważna sprawa.

– Wielkie rzeczy, trochę świecidełek.

– To może wyjaśnisz mi skąd masz te świecidełka?

– Już ci mówiłam. Jedne kupiłam sama, inne dostałam w prezencie od rodziców, jeszcze inne od babci, gdy żyła, a jeszcze…

– A jeszcze inne – przerwał jej mocno podniesionym głosem. – Od dziadziusia! Pewnie sprzedał swoje złote zęby i nakupował ci kolczyków. A może to rodowe srebra twoich rodziców, nauczycieli z Ochoty? – Po czym wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami.

I co ją podkusiło, żeby przynieść do mieszkania pudełko z biżuterią od Ryszarda? Nie znała odpowiedzi na to pytanie; domyślała się tylko, że musiało to być coś bardzo głupiego, bo przecież nie chciała stracić Pawła, a straciłaby na pewno, gdyby dowiedział się, że ona ma romans. Nie zrozumiałby, że nie robi nic złego. Bo co może być złego w tym, że pozwala się oglądać nago jakiemuś starszemu facetowi, opowiadając mu przy tym bajki, które sama wymyśla. Ale Paweł by tego nie zrozumiał.

Jest jej chłopcem, być może zostanie mężem, dlatego też od jakiegoś czasu mieszkają razem w mieszkaniu po jej babci. Jednak, od kiedy Paweł stracił pracę, coś zaczęło się między nimi psuć. Zdarzało to się już wcześniej, ale nigdy dotąd tak często. Gdyby miała porównywać ze sobą Pawła i Ryszarda, to ten pierwszy byłby niesfornym, acz uroczym chłopcem, a ten drugi dobrym wujkiem. Ten pierwszy kusił urodą i nieznanym, a ten drugi pieniędzmi i spokojem. Tym pierwszym można się było pochwalić koleżankom, znajomość z tym drugim trzeba było trzymać w tajemnicy. I to właśnie bardziej podniecało Katarzynę, niż wspaniałe ciało Pawła. Znajomość z Ryszardem była czymś niezwykłym w jej życiu. Chodzi o to, że miała kogoś w rodzaju kochanka; właśnie w rodzaju, a nie wyświechtanego, splugawionego, ośmieszonego, opisanego wszerz i wzdłuż, tak pospolitego jak chleb albo woda, kochanka tradycyjnego.

Dla Ryszarda była księżniczką, Kwiatuszkiem, jak ją czasami nazywał, prywatną Szeherezadą, istotą cudowną, nieomal ze snu, tymczasem dla Pawła była tylko dziewczyną, wprawdzie o nieskazitelnej urodzie, ale, jak twierdził, beznadziejną w łóżku. Ryszard nie wymagał od niej nie tylko żadnej ekwilibrystyki, ale w ogóle nic prócz tego, by z nim była. W dodatku to ona mu to zaproponowała, aby odwdzięczyć się za prezent, jaki jej zrobił u jubilera. Nie mogła go nie przyjąć (taki był piękny) i nie mogła mu za niego ofiarować siebie, gdyż wtedy czułaby się jak… A może powinna wreszcie pogodzić się z tym słowem i nazwać rzeczy po imieniu? Nie, z pewnością to słowo, które ciągle jej nie chce przejść przez gardło ma się do niej tak, jak żarówka do słońca.

– Cóż za głupie porównanie – zbeształa się w myślach. – Tracę rozum. Przestaję byś sobą.

Czyżby kochała Ryszarda? Tego starego, nieprzytomnie bogatego i – przynajmniej dla niej – dobrego jak przysłowiowy wujek, ale jednak żonatego i jakby z zupełnie innego świata – czyżby kochała kogoś takiego? Bo jeśli nie jego, to co? Samą sytuację? W takim razie, musiała to przyznać, jest nieźle zakręcona. W dodatku ta jego żona – czy normalny facet żyje z kimś takim? A czy normalna dziewczyna paraduje nago przed tym facetem w zamian za kolczyki, pierścionek lub naszyjnik? Tylko, że ona robi to teraz już nie z wdzięczności, lecz dla zwykłej przyjemności. Jeśli swojej, to jest zbzikowana nie mniej niż żona Ryszarda, a jeśli dla niego… To jest w nim zakochana? Pytanie powróciło jak bumerang i wyglądało na to, że niełatwo będzie się go pozbyć. A co, w takim razie, z Pawłem?

– Przepraszam – powiedział Paweł, jakby słyszał jej myśli.

– Nie słyszałam cię, wszedłeś tak cicho…

– Widocznie nad czymś myślałaś.

– Myślałam o tobie – odpowiedziała prawie zgodnie z prawdą.

– Tak bym chciał, żeby wszystko między nami było jasne…

– Myślałam, że teraz, kiedy znowu masz pracę, będzie już dobrze, że nie będziesz się awanturował i… nie będziesz tyle pił.

– I tak by było, gdyby nie to pudełko. Obiecaj mi coś.

Katarzyna stężała, wyczuła w powietrzu coś niedobrego.

– Tak? – powiedziała niepewnie.

– Zapytamy twoich rodziców, czy rzeczywiście kupili ci te błyskotki, a potem zapomnimy o wszystkim.

– Wynoś się stąd. Wynoś się stąd!

Wyszedł. Katarzyna miała łzy w oczach. Jak mógł?! Jak on mógł?! I nie chodzi wcale o to, że wystraszyła się sprawdzianu, który zaproponował, ale o to, że w ogóle zaproponował. Przecież nie robi nic złego. Ale on by tego nie zrozumiał. Nie może mu powiedzieć prawdy. Więc co dalej? Musi coś z tym zrobić, musi coś wymyślić. Jak bardzo chciałaby teraz znowu być małą dziewczynką z małymi dziewczęcymi problemami i znowu patrzeć z ulicy Malowniczej na Ochocie, gdzie do dzisiaj mieszkają i pracuję jej rodzice, na samoloty startujące i lądujące na Okęciu. Albo swoją starszą siostrą, która – jak społeczeństwo przykazało – skończyła studia, wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci i zaprasza do swojego nowo wybudowanego domu rodziców na każde święta. Oddałaby za to Pawła? Zazdrościły go jej wszystkie koleżanki. Czasami nawet miała wrażenie, że i siostra go jej zazdrości. Był nie tylko przystojny, ale i zaradny. Trochę zbyt pyskaty i zbyt pewny siebie, ale wynikało to bardziej z jego przesadnego poczucia godności niż zarozumialstwa. Co nie znaczy, że nie był zarozumiały, o nie. Przede wszystkim dumny był ze swego ciała i opinii dobrego kochanka. Jeśli chodzi o ciało, to i owszem, Katarzyna rozumiała to doskonale, ale co do opinii dobrego kochanka, nie podzielała jej nic a nic. Możliwe, że winna była ona, ale nie zmienia to faktu, że – w przeciwieństwie do wszystkich innych dziewczyn Pawła – wolała z nim rozmawiać niż się z nim kochać. Nie rozumiał jej wstydliwości i potrzeby bycia w odpowiednim nastroju.

Poza tym potrafił być uroczy. Robił jej niespodzianki w postaci małych upominków, co bardzo lubiła, a także sprawiał, że czuła się przy nim bezpieczna. Nie bujał w obłokach jak wielu jej kolegów ze studiów, a twardo stał na ziemi i potrafił wiele rzeczy zrobić własnymi rękoma. Zwłaszcza przy samochodach. Imponowało jej to bardzo. No i był od niej starszy, a to zawsze robiło na niej wrażenie. Może dlatego tak łatwo uległa czarowi Ryszarda? Możliwe, chociaż bardziej prawdopodobne jest to, że kupił ją drogimi prezentami i tym, że zrobił z niej swoją królową. Uwielbiała te wieczory, kiedy przy świetle świec podziwiał jej nagie ciało, a ona opowiadała mu wymyślone przez siebie bajki. Miał wtedy w oczach jakiś dziwny smutek, a także… Miłość? Tego nie była pewna. Pewna była miłości Pawła i tego, że nie chciała go stracić.

Głupio zrobiła, że przyniosła do domu pudełko z biżuterią. Skąd jednak mogła wiedzieć, że Paweł będzie grzebał w jej rzeczach? Teraz go wygnała, chociaż to on powinien mieć pretensje do niej.

– Ale wróci – pomyślała – na pewno wróci.

I wrócił. Szkoda tylko, że późno w nocy i pijany. Gdyby nie to, pewnie wybaczyłaby mu i może nawet kochaliby się na zgodę, a tak wykopała go z łóżka i spał na podłodze. Miało to ten plus, że stawiało to ją w jego oczach w świetle prawości, ale miało też ten minus, że jak na razie byli z sobą skłóceni, a tego na dłuższą metę nie trawiła.

Rano, patrząc z wysokości łóżka na jego niewyspane, skacowane i „połamane” ciało zwinięte w kłębek na podłodze, zrobiło się go jej żal i poczuła coś na kształt wyrzutów sumienia.

– Zrobić ci kawy? – zapytała czule.

Pokiwał głową, ale na nią nie spojrzał.

– Miałam straszny sen – byłam wielkim treflem. Dookoła mnie też leżały same trefle, a ty byłeś kierem i w ogóle do mnie nie pasowałeś. Myślałam: Boże, ja taki wielki trefl, a on kier – jak my się dogadamy?

– A skąd ja w tym śnie? – zapytał. – Przecież nie gram z tobą w brydża.

– Nie wiem – odpowiedziała, a potem wstała z łóżka, założyła kapcie i ruszyła do kuchni. Nie mogła mu przecież powiedzieć, że jej spotkania brydżowe na uczelni są jedynie pretekstem, by wyjść na spotkanie z Ryszardem, a sen zmyśliła, by być bardziej wiarygodną.

Gdy mijała Pawła, złapał ją nagle za kostkę, a ona wrzasnęła, bo była zamyślona i jeszcze nieco zaspana, więc się wystraszyła. Spojrzała w dół, by zobaczyć, co się stało, a on uśmiechnął się do niej i powiedział:

– Kocham cię. Ja też miałem sen, byliśmy talerzykami i leżeliśmy jeden za drugim w zmywarce. Było bardzo miło jak na zmywarkę.

Złość uleciała z niej natychmiast. Zaśmiała się i żartobliwie uderzyła go poduszką w głowę. On również się zaśmiał, a ona odetchnęła wtedy z ulgą i radośnie poszła do kuchni, by zrobić sobie i jemu poranną kawę. Stamtąd krzyknęła:

– Połóż się do łóżka, będzie niespodzianka.

Zamierzała przynieść mu do łóżka nie tylko kawę, ale i śniadanie. Wiedziała, że najchętniej widziałby ją przy tym nagą, a potem zrobiłby z nich talerzyki leżące w zmywarce, ale coś powstrzymywało ją przed zdjęciem chociażby góry pidżamy. Może miało to jakiś związek z Ryszardem, a może po prostu bała się, że Paweł będzie chciał się kochać, w każdym razie poprzestała na kawie i śniadaniu.

Paweł był tylko trochę zdziwiony (w swej pewności siebie uważał, że takie rzeczy jak seks po prostu mu się należą) i chętnie zgodził się na bycie krzyżówką skrzywdzonego kochanka i kochanka, któremu wybaczono. Ani on, ani ona chwilowo nie zamierzali rozstrzygać, która z tych ról była bardziej na miejscu. Co do jednego jednak byli pewni – ona spóźni się na wykłady, a on do pracy.

– Nie boisz się, że cię wywalą z tej nowej roboty? – zapytała między jednym kęsem jajecznicy a drugim.

– Mam nienormowany czas pracy – odpowiedział. – Poza tym wcale nie jestem pewien, czy ta praca to jest akurat to.

– To, co tygrysy lubią najbardziej?

– Nie rozumiem – niemal się obraził.

– Tak się mówi – wyjaśniła. – „To, co tygrysy lubią najbardziej” to takie powiedzonko.

– A co lubią najbardziej? – zapytał, jakby nie rozumiał, o co jej chodzi.

Popatrzyła na niego w milczeniu, a w końcu on nie wytrzymał i uśmiechnął się. Udała, że ją rozgniewał i zaczęła okładać go poduszkami. Skończyło się na tym, że rozebrał ją w końcu do naga i wykorzystał ją w taki sposób, o jakim marzy większość zakochanych kobiet. Ona wprawdzie nie mogła powiedzieć, by o tym marzyła, ale nie miała też nic przeciwko temu.

Podczas gdy on nad nią sapał i jęczał, ona myślała o tym, że dobrze zrobiła obrażając się na niego na zasadzie, że najlepszą obroną jest atak, a także o tym, że o ile dobre to było na początek, to na dłuższą metę nie wystarczy.

Filigranowa sekretarka Ryszarda Nowaka udawała, że nie wie, po co Paweł przyszedł i patrzyła na niego wyczekująco. Ten, jak zwykle, nie zamierzał jej niczego ułatwiać. Rozsiadł się w fotelu, wyjął paczkę papierosów, jednego z niej wyciągnął, a resztę położył przed sobą na stole, jakby miał zamiar palić jednego za drugim. Pani Ania nie wytrzymała już po drugim zaciągnięciu i gdy Paweł wypuścił z ust starannie uformowane kółka, rzuciła przed nim kluczyki i powiedziała:

– Samochód czeka na pana na parkingu dla vipów. Ma pan w nim czekać na telefon.

Paweł uśmiechnął się bez słowa, bez słowa wziął kluczyki i bez słowa wyszedł, cały czas lekko się uśmiechając.

* * *

Samochód, który oddano do jego dyspozycji, był prawie nowym mercedesem cls 350, a jednym z elementów jego wyposażenia był telefon komórkowy. Jedynym mankamentem samochodu był właśnie ten telefon. Coś się w nim popsuło i działał tylko z zestawem głośnomówiącym. To dlatego Paweł na telefon miał czekać w samochodzie. Na szczęście zadzwonił już pięć minut po tym, jak zajął miejsce za kierownicą.

– Kierowca pana Ryszarda Nowaka, słucham.

– Proszę nie być takim służbistą. – Głos żony Ryszarda był nieco zachrypiały i przymilny. – Niech pan przyjedzie po mnie.

– Jestem tutaj służbowo, więc jaki mam być? Dokąd mam przyjechać?

– Do mnie do domu, głuptasie.

– Pani prośba jest dla mnie rozkazem.

– Bo to był rozkaz, palancie.

– Oczywiście, już jadę.

Tym razem przed bramą musiał postać chwilę, zanim mu ją otworzono. Miał czas, żeby się rozejrzeć. Mur był tak samo solidny jak brama. Nawet drzewa rosnące wokoło wyglądały na solidne. Z samochodu niewiele więcej udało mu się zobaczyć prócz tej wszędobylskiej solidności.

Tak, jak poprzednio, tak i tym razem nie zauważył żadnej ochrony. Brama otworzyła się przed nim jak jakiś Sezam. Dopiero, gdy otworzono mu drzwi domu, spotkał się z kimś, kogo kiedyś określało się mianem służby.

– Dzień dobry, jestem…

– Wiem – przerwał mu starszy, niezwykle dystyngowany mężczyzna ubrany we frak. – Pani na pana czeka. Proszę wejść.

Paweł wszedł do środka, zrobił kilka kroków i nie wiedział, co ma robić dalej. Zwłaszcza, że wyzywająco patrzył na niego niebieski kot siedzący nieopodal drzwi. Stał więc mniej więcej pośrodku czegoś w rodzaju wielkiego holu, który kojarzył mu się z magazynem dekoracji do filmów historycznych i fantastyczno-naukowych i wyobrażał sobie jak dekorator wnętrz najpierw oburza się na pomysły Jolanty Nowak, a potem mięknie widząc czek przez nią wypisywany.

Te wyobrażenia przerwał mu mężczyzna we fraku:

– Pan pierwszy raz?

– Tak – odpowiedział, a w myślach dodał: „cokolwiek miałoby to znaczyć.”

– W takim razie proszę za mną.

– Przepraszam, dlaczego ten kot jest ufarbowany?

– Pan Kot nie jest ufarbowany – niemal obrażonym tonem odpowiedział mężczyzna we fraku. – To jego naturalny kolor.

Paweł z trudem powstrzymał śmiech.

Przeszli przez hol i znaleźli się przy schodach. Biorąc łagodne zakręty, jedne prowadziły w prawo, drugie w lewo.

– Którymi? – zapytał, wskazując schody.

– Wszystko jedno – odpowiedział służący. – Wszystkie drogi prowadzą do pani Joli.

Paweł wzruszył ramionami i zaczął się wspinać na górę tymi po lewej. Za nim z wielką godnością stąpał Pan Kot.

– A potem? – zapytał w połowie drogi z wysokości kilkunastu stopni.

– Trafi pan, z pewnością pan trafi.

I rzeczywiście trafił. Wystarczyło iść korytarzem i dojść do jedynych otwartych drzwi na piętrze. Stanął w nich i zobaczył siedzącą tyłem do niego kobietę i jej odbicie w lustrze toaletki. Jolanta Nowak uśmiechała się do niego, czesząc swoje piękne, długie, rude włosy. Widział już takie sypialnie. W kinie. Katarzyna wyciągnęła go kiedyś na indyjski film. Tam też łoże w sypialni głównej bohaterki miało baldachim z wzorzystej tkaniny i zrobione było z ciemnego litego drewna zdobionego kwiatowymi wzorami. Pozostałe wyposażenie nie odbiegało od klimatu łoża. Kufry, parawany, komody, szafy – wszystko ciężkie i w intensywnych barwach.

– Miło cię widzieć, Pawle – powiedziała właścicielka bollywoodzkiej sypialni. – Z Panem Kotem już się poznaliście?

– Dlaczego wszyscy mówią o nim „pan”?

– To imię, głuptasie, Pan Kot – odpowiedziała, czule witając się z kotem.

Paweł nie przypominał sobie, by przeszli na ty, więc zapytał:

– Pani go tak nazwała?

– Tak. Ale: nie uważasz, że to głupio, że mówię ci po imieniu, a ty mówisz do mnie „pani”?

– Wprost przeciwnie, głupio by mi było mówić pani po imieniu.

– Tak staro wyglądam?

– Czy mogę być szczery?

Jolanta Nowak na chwilę zatrzymała rękę z grzebieniem i na chwilę przestała się uśmiechać, ale zaraz wróciła do poprzednich czynności i powiedziała:

– Oczywiście.

W jej głosie była lekko zauważalna trwoga i złość. Paweł spodziewał się czegoś takiego i wiedział, że wszedł na bardzo cienką linę. Mimo to powiedział:

– Głupio mi o tym mówić, bo jestem pani szoferem, w dodatku zupełnym smarkaczem… Czy rzeczywiście mogę?

– Radzę ci, żebyś się pośpieszył.

– Jest w pani więcej wdzięku i kobiecości niż w tych wszystkich wychudzonych szkapinach chodzących po wybiegach na światowych pokazach mody.

– Szkapinach, powiadasz – zaśmiewała się Jola. – Trafne określenie. Ale czy nie przesadziłeś z tą moją kobiecością i wdziękiem? Odwróć się, bo muszę się ubrać.

Po wykonaniu polecenia Jolanty, znalazł się na wprost jeszcze jednego lustra, będącego drzwiami szafy. Jola Nowak stała tyłem do niego i po zdjęciu szlafroka zakładała sukienkę. Nawet jej do głowy nie przyszło, by na swe nagie ciało założyć coś jeszcze.

– Możesz się odwrócić.

Paweł posłusznie odwrócił się i stanął oko w oko z kobietą, którą jeszcze przed chwilą widział nagą, co – tego był pewien – było przez nią zamierzone.

– Skoro jestem taka kobieca – powiedziała. – To czemu jeszcze mnie nie pocałowałeś?

– Brak mi śmiałości.

– Nie wyglądasz na takiego. Myślę, że grasz kogoś innego, niż jesteś.

Zabrzmiało to jak wyzwanie, więc powiedział:

– Nie tylko ja tutaj gram. – A potem podszedł do niej, objął ją i zaczął całować.

– Jak na szofera jesteś zbyt śmiały.

Zesztywniał, a potem puścił kobietę i ruszył ku wyjściu.

– I zbyt dumny – rzuciła za nim, więc wrócił i niemal ją zgwałcił. Przy czym słowo „niemal” było tak wielkie, że w zasadzie o gwałcie nie mogło być mowy. Tym bardziej, że potem kobieta powiedziała: „jesteś cudowny”, a wcześniej w pełni kontrolowała całą sytuację.

Paweł nie po raz pierwszy słyszał o sobie coś takiego z ust kobiety, ale po raz pierwszy była to taka kobieta. „Taka” w tym wypadku oznaczało i to, że taka bogata, i to, że taka zepsuta, i to, że taka zmysłowa.

– Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział, leżąc na plecach obok niej i patrząc na baldachim, który miał nad głową. Jedyne, co mu się w tej całej sytuacji nie podobało, to Pan Kot patrzący na ich wyczyny swoimi wielkimi ślepiami. Niemal z obrzydzeniem pomyślał: „Przyszedł kot i usiadł. Siedzi i patrzy. Patrzy i słucha. Słucha i nic nie rozumie. Głupi kot.” Pomyślał jeszcze, że kocisko działa mu na nerwy, a głośno zapytał:

– Czy on zawsze pani towarzyszy?

– Pan Kot? W domu prawie zawsze. Przeszkadza ci to?

– Nie, ale trochę czułem się nieswojo, gdy tak się na nas gapił. Raz nawet na mnie fuknął. Prawdę mówiąc rozumiem go, na jego miejscu też bym fukał.

Kobieta zaśmiała się, po czym położyła się na boku i bawiąc się włosami na jego klatce piersiowej mówiła:

– Chciałam amerykańskiego rysia…

– Rysia? – zdziwił się.

– To taka rasa. American Lynx, amerykański ryś. Przypomina prawdziwego rysia, ale to kot. Chociaż większy od kotów domowych. Ma kikutowaty ogon… No, ty kikutowatego ogona nie masz. – Zaśmiała się, dotykając jego „ogona”, a potem kontynuowała: – Na uszach ma pędzelki (ty nie masz), futerko cętkowane albo pręgowane, też inaczej niż u ciebie. W sumie jest w ogóle do ciebie niepodobny.

– Tak samo jak to niebieskie stworzenie.

– Coś mi się zdaje, że nie lubisz Pana Kota.

– Pozory mylą.

– Mam nadzieję – powiedziała, wstając. – Bo nieprzyjaciele moich przyjaciół są moimi nieprzyjaciółmi.

Idąc w jej ślady, zapytał:

– Jak to się stało, że jest niebieski?

– Podobno klimat i izolacja. To rosyjski kot. Interesują cię koty?

– Niespecjalnie – odpowiedział, wciągając spodnie. – Interesujesz mnie… Pani mnie interesuje. I to w sposób, że tak powiem, niepowierzchowny.

– Zrobisz karierę – powiedziała, zakładając sukienkę.

– Jako szofer? – zapytał, uśmiechając się zaczepnie.

– Jako lodołamacz.

– Lodołamacz? – zdziwił się tak bardzo, że aż na moment przestał zapinać guziki od swojej koszuli.

– Lodołamacz serc. Nie udawaj, że nie zrozumiałeś. Gdybym nie sądziła, że cię zepsuję, powiedziałabym ci, że jesteś uroczy w pewien interesujący sposób. Interesujący dla niektórych kobiet. Ależ ta sukienka jest pognieciona.

– To znaczy? Pani wybaczy, ale nie jestem mistrzem intelektu.

– To znaczy – odpowiedziała, idąc do łazienki sąsiadującej z pokojem. – Że jest w tobie wystarczająco dużo chłopięcości, żebyś był interesujący jako mężczyzna. Kto ma uszy, niech słucha.

Kot ruszył za nią, ale Jola zamknęła mu drzwi przed nosem. Stał skonfundowany, a Paweł skomentował jej słowa:

– „Kto ma uszy, niech słucha”, dobre.

– To cytat! – odkrzyknęła z łazienki.

Podszedł do drzwi, nogą przegonił Pana Kota i spróbował je otworzyć, ale były zamknięte.

– Domyśliłem się, ale wyleciało mi z głowy, z czego.

– Z Nowego Testamentu!

„Ale mi się trafił dziwoląg”, pomyślał.

– Widzę, że cię zaskoczyłam – stwierdziła Jola, wychodząc z łazienki.

„Nie po raz pierwszy”, pomyślał, a głośno powiedział:

– Nigdy by mi do głowy nie przyszło, żeby kojarzyć panią z Nowym Testamentem.

Z miny kobiety wynikało, że dobrze się bawi.

– A ze Starym? – zapytała.

– Ze Starym to i owszem.

– Czyżbyś znał Biblię?

– Obiło mi się to i owo o uszy.

Jola, siadając przed lustrem i biorąc do ręki grzebień, zapytała:

– Dlaczego?

– Podobno sporo tam seksu.

– Podobno?

– Mówiłem, że tylko tak mi się o uszy odbiło. A co, to nieprawda?

Kobieta wstała, podeszła do niego, dmuchnęła mu dymem papierosowym prosto w twarz, następnie uśmiechnęła się i powiedziała:

– Chcesz rozmawiać o Biblii?

Paweł zaczerwienił się, a z oczu popłynęły mu łzy. Jola zażartowała:

– Nie myślałam, że cię to wzruszy. – Po czym podeszła do szafy z ubraniami.

Paweł oczywiście wcale się nie wzruszył, a jedynie dym gryzł go w oczy, ale nie zamierzał się użalać. Zamiast tego zaszedł kobietę od tyłu i złapał ją za piersi, gdy oglądała sukienki.

– Myślisz, że jak masz takie królewskie cycki, to ci wszystko wolno? – zapytał bardziej żartobliwie niż złośliwie.

Kobieta wyrwała mu się i uderzyła go w twarz.

– Nie pozwalaj sobie za wiele – powiedziała, najwyraźniej urażona.

Stał zdziwiony