Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakazane wrota - Tiziano Terzani

Chiny były pasją Terzaniego. Fascynowały go, stanowiły kraj pełen niespodzianek, niezbadany, tajemniczy. W 1980 roku pisarz razem z rodziną zamieszkał w Pekinie. Przez ponad cztery lata próbował żyć jak przeciętny Chińczyk: stał się Dengiem Tiannuo, posłał dzieci do lokalnej szkoły, hodował świerszcze i jeździł na rowerze. Dotarł do miejsc, do których turyści nie mieli wstępu. Rozmawiał z ludźmi, z którymi jako zagraniczny dziennikarz nie powinien był rozmawiać. Zobaczył kraj zupełnie inny od iluzorycznej wizji przedstawianej na Zachodzie przez rządowych funkcjonariuszy i reżimową prasę. To nie były Chiny Deng Xiaopinga, to był kraj zwykłych ludzi, rozdarty między bogactwem tradycji a biedą wynikającą z dyktatury, ogłuszony kakofonią propagandy, obarczony balastem maoizmu. Terzani opisał cenę błyskawicznego rozwoju i pędu ku nowoczesności - pogłębienie różnic społecznych, zaostrzenie sprzeczności między miastem a wsią, zniszczenie dziedzictwa wielowiekowej kultury. Nie unikał tematów drażliwych i trudnych, jak kolonizacja Tybetu czy kontrola urodzin. Także za to został poddany reedukacji i wydalony z kraju. Zdążył jednak poznać Chiny - te skrzętnie ukrywane przed okiem Zachodu. Udało mu się przekroczyć Zakazane wrota.

 

Po ponad czteroletnim pobycie w Chinach zaaresztowano mnie, przesłuchano i poddano całomiesięcznej reedukacji, jakbym był Chińczykiem. I dlatego właśnie, że potraktowano mnie jak tubylca, zyskałem niezwykłą sposobność odbycia ostatniej, wyjątkowej podróży - podróży do jądra chińskich ciemności. [...] Chciałem rozbić mur dzielący mnie od chińskiej rzeczywistości. Moje przestępstwo polegało na tym, że pisałem o Chinach nieposkromionych. Moje przestępstwo polegało na tym, że szukałem drogi wyjścia z labiryntu zakazów i tabu, które miały trzymać mnie z dala od ludności.

Moje przestępstwo polegało na tym, że spróbowałem być człowiekiem wśród ludzi, usiłując pozbyć się nieznośnego wrażenia, iż wśród Chińczyków jest się zawsze cudzoziemcem.

(fragment)

 

Był niezwykle wiarygodny jako dziennikarz i utalentowany jako pisarz. Najtrudniejsze pytania potrafił zadać w prosty sposób, a najtrudniejsze kwestie - przystępnie wyjaśnić.

„La Repubblica"

Terzani przez ponad trzydzieści lat próbował przeniknąć sekret kultury oraz mentalności społeczeństwa Wschodu, żeby przetłumaczyć Europejczykom ten wciąż egzotyczny i niedostępny krąg znaków. [...] To przykład mądrego dziennikarstwa, od którego zaczyna się historia.

„Polityka" (z recenzji W Azji)

Mimo grożących mu niebezpieczeństw, Terzani przekroczył Zakazane wrota, by opowiedzieć światu, jakie były ówczesne Chiny. To, co go spotkało, najlepiej pokazało charakter tego kraju.

„South China Morning Post"

Tylko kilku dziennikarzy stało się legendą za życia, a jeszcze mniej spośród nich na to zasługuje. Tiziano Terzani z pewnością zasłużył.

„The Times"

Opinie o ebooku Zakazane wrota - Tiziano Terzani

Fragment ebooka Zakazane wrota - Tiziano Terzani

Tiziano Terzani

ZAKAZANE WROTA

przełożył Krzysztof Żaboklicki

Tytuł oryginału: La porta proibita

Copyright © 1984 by Tiziano Terzani

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2012

Folkowi i Saskii, którym wpoiłem swoją miłość do Chin

przedmowa do wydania z 1998 roku

Odgrywanie roli Kasandry nie należy do przyjemności i nie jest pocieszający fakt, że z biegiem czasu stwierdzamy, iż słusznie przewidywaliśmy to, co najgorsze.

Czternaście lat minęło od chwili, kiedy ukazała się niniejsza książka, owoc licznych podróży i długiego pobytu zagranicznego dziennikarza w Chinach. Bez żadnej satysfakcji konstatuję dzisiaj, że zdarzyło się w tym czasie wiele z tego, czego intuicyjnie tylko wtedy się obawiałem, i że wiele wniosków, do których wtedy doszedłem jedynie w teorii, jako obserwator, znalazło potwierdzenie w rzeczywistości.

Od wiosny 1984 roku, kiedy to mnie aresztowano, poddano reedukacji, a wreszcie wydalono z Chin, ten kraj uległ niezwykłym, wstrząsającym przeobrażeniom. Oparta na egalitaryzmie dyktatura maoistowska ustąpiła miejsca dyktaturze innej, opartej na kapitalistycznej logice; zamiast dawnej ideologii „służby ludowi” ogłoszono nową ideologię „chwalebnego bogacenia się”. Liberalizacja życia gospodarczego nie pociągnęła za sobą liberalizacji życia politycznego; monopol władzy zachowała partia komunistyczna, nabierająca coraz wyraźniej cech organizacji nepotystycznej i mafijnej. Stłumiono wszelkie dążenia do demokratyzacji państwa. W 1989 roku represje przybrały krańcową, najdobitniejszą formę wraz z masakrą kilkuset bezbronnych młodych ludzi na placu Tiananmen.

Jednocześnie gospodarka tego kraju rozwinęła się w tempie, które wywarło wielkie wrażenie i wzbudziło entuzjazm w świecie zachodnim. Rozwinęła się jednak w sposób odtwarzający sytuację nierówności właściwą Chinom przedrewolucyjnym i prowadzący państwo na skraj ekologicznej katastrofy, której zapowiedzią były niedawne straszliwe powodzie.

To, co w Chinach wydaje się dobre nowym międzynarodowym „mędrcom” – handlowcom i doradcom globalnych towarzystw finansowych – niekoniecznie jest dobre dla tamtejszej wsi, gdzie mieszka jeszcze mimo wszystko ogromna większość ludności. Duże chińskie miasta szczycą się dzisiaj setkami nowych drapaczy chmur (wiele z nich stoi pustych i bezużytecznych, jak w Szanghaju), gazety piszą z zachwytem o nowych miliarderach, lecz kraj jest zdecydowanie niestabilny, brak tam pomysłów i jasnej wizji przyszłości. Kasandrze łatwo przewidzieć dalsze nieszczęścia.

Propozycję mojego wydawcy Maria Spagnoli ponownego opublikowania tej książki przyjąłem nie tylko dlatego, że wypełnia ona pewną lukę – brak reportaży z Chin w moim zbiorze W Azji – lecz także i zwłaszcza dlatego, że to wszystko, co dzieje się tam dzisiaj i wydarzy jutro, ma swoje korzenie w latach, kiedy to mnie samemu i bardzo nielicznej grupce innych zagranicznych dziennikarzy dane było mieszkać wśród Chińczyków.

W tamtych latach stało się po raz pierwszy jasne, dokąd zmierzał Mao i dlaczego spotkało go niepowodzenie. W tamtych latach nastąpił wielki zwrot; zrozumieliśmy jego przyczyny, dojrzeliśmy związane z nim wielkie korzyści, ale także i jego pierwsze niepokojące konsekwencje.

Przyjechałem do Pekinu i uderzył mnie od razu fakt, że to niezwykłe miasto, okaleczone już przedtem wskutek urbanistycznych zapędów komunistów, niszczono ponownie z powodu pozbawionych szacunku dla przeszłości wymogów pewnej formy modernizacji, którą zaczęto importować z Zachodu. Pisałem o tym z rozpaczą, w nadziei, że ktoś zapobiegnie zbrodni. Dzisiaj mogę jedynie stwierdzić, że wobec powszechnej obojętności doprowadzono do końca dzieło zniszczenia Pekinu, jednego z cudów świata.

Pisałem o chińskiej kolonizacji Tybetu i o konieczności ratowania duszy tej starej, szczególnej kultury. Dzisiaj Tybetańczycy w swojej stolicy, Lhasie, stanowią tylko mniejszość narodową i niebawem staną się w ogóle wymierającą grupą etniczną.

Pisałem, że jednym z wyników „reprywatyzacji” rolnictwa było osłabienie ducha wspólnoty, a wraz z nim... tam, których konserwacja od stuleci zniewalała Chińczyków, zapewniając im jednak przeżycie. Dzisiaj, po zlikwidowaniu ludowych komun, zwróceniu ziemi chłopom, zastąpieniu idei opartej na zaimku „nasz” inną – o wiele bardziej naturalną, ale i bardziej szkodliwą – opartą na zaimku „mój”, zaczynają kruszyć się tamy. Powodzie obejmujące rozległe obszary i zagrażające wielkim miastom z milionami mieszkańców (jak Wuhan) to tylko wierzchołek straszliwej góry lodowej – niedbalstwa, z jakim zarządza się teraz tym wszystkim, co dawnej było wspólne, nie prywatne.

Opisywałem w tamtych latach kraj zawieszony między starym a nowym, coraz bardziej niepewny swoich korzeni kulturalnych, podobny do olbrzymiej, niesionej prądem tratwy, obciążonej balastem w postaci trupa – trupa Mao. Jeszcze dzisiaj jest tam tak, a nawet gorzej: niepoddany nigdy prawdziwemu sądowi historii, Mao ciąży nadal nad duszą Chin w swoim mauzoleum, które otaczają obecnie coraz ciaśniej sklepiki z pamiątkami.

Przeszłość jest nieodzownym przewodnikiem tych, którzy pragną poznać teraźniejszość lub wyobrazić sobie przyszłość. Podczas wszystkich moich podróży wożę ze sobą zawsze książki kogoś, kto przebył tę drogę przede mną. Dostarczają mi one towarzystwa, ale nie tylko: służą mi do porównań, są miarą tego, co oglądam. Podobnie i niniejsza książka sprzed czternastu lat może się okazać użyteczna ludziom podróżującym po dzisiejszych Chinach w rzeczywistości lub tylko w wyobraźni.

Ja sam wracałem tam kilkakrotnie, aby porównać i zaktualizować moje wrażenia sprzed lat. W 1989 roku pojechałem po kryjomu, udając turystę, aby nie przeoczyć masowych wystąpień na rzecz demokratyzacji i tego, co nastąpiło po rzezi. Kolejny raz byłem w Chinach w 1993 roku – roku, w którym nie latałem samolotem z obawy przed katastrofą lotniczą, mającą spowodować moją śmierć zgodnie z przepowiednią chińskiego wróżbity. Przejechałem wtedy pociągiem kraj z południa na północ, zatrzymując się w miastach rzadziej odwiedzanych przez turystów. Zobaczyłem go ponownie latem 1997 roku, kiedy to spędziłem dwa miesiące w Hongkongu w okresie przekazywania angielskiej kolonii we władanie Pekinowi.

Za każdym razem uderzał mnie fakt, że dawnych sprzeczności Chin – klasycznych sprzeczności między miastem a wsią, między obszarami nadbrzeżnymi i wnętrzem kraju – nowa polityka nie rozwiązała, a wręcz przeciwnie, zaostrzyła je. Za każdym razem uderzał mnie fakt, że kiedy, ogólnie rzecz biorąc, kraj rozwija się i bogaci, ogromna część ludności biednieje i traci pewność posiadania owego niezbędnego dla przeżycia minimum, które miała dawniej. Restrukturyzacja gospodarki wywołała na przykład niebezpieczne krążenie olbrzymiej masy wędrownych robotników, szukających dorywczego zatrudnienia. To sto dwadzieścia milionów ludzi, którzy przy korzystnej sytuacji ekonomicznej zasilają finanse pozostawionych na wsi rodzin, lecz którzy – gdyby gospodarcza przebudowa zawiodła – mogliby pod wpływem rozpaczy stać się iskrą wzniecającą pożar aglomeracji miejskich, gdzie w danej chwili biwakują.

Wraz z podyktowanym przez Deng Xiaopinga zwrotem Chiny, naśladując wszystkie inne kraje azjatyckie, wkroczyły na wskazaną przez Zachód drogę rozwoju. Podobnie jak wszystkie owe państwa, Chiny przyjęły to rozwiązanie jako jedyną możliwą formę nowoczesności i uznały, że nie ma innego politycznego wyboru, jak wejść w skład globalnego świata, za którym stoją przede wszystkim Stany Zjednoczone. A przecież nowoczesność, tak jak każda inna forma rozwoju, nie może nie być owocem określonej kultury, określonego doświadczenia, własnej drogi; aby rozwinąć naprawdę kraj starodawny i różny od innych, jakim są Chiny, nie wystarczy importować z zagranicy wzorców i fabryk, nie wystarczy oddać mas własnych, nędznie opłacanych robotników w służbę zagranicznego kapitału, zainteresowanego jedynie wytwarzaniem produktów jemu samemu potrzebnych.

Konsekwencje polityki nastawionej teraz wyłącznie na zysk i poddanej tylko prawom rynku powodują w Chinach takie samo zachwianie społecznej równowagi i taki sam społeczny zamęt, jakie wystąpiły w innych państwach południowo-wschodniej Azji. Jednak na razie wydaje się, że Chiny, chociaż obarczone już zniekształceniami strukturalnymi, które wywołały kryzys w owych krajach – rozpowszechnioną korupcją, nepotystycznym wypaczeniem kapitalizmu, niestabilną bankowością – nie ponoszą ich ostatecznych konsekwencji. Wszędzie, a zwłaszcza na Zachodzie, żywa jest nadzieja, że Chiny uratują się, ratując przez to wszystkich.

A gdyby tak się nie stało? Gdyby ten model nowoczesności nie dał oczekiwanych wyników? Gdyby zawiodła globalizacja, którą tak gorąco się zachwala jako panaceum na wszelkie zło, jako jedyne antidotum na wojny i konflikty? Reakcja w Chinach – nie zapominajmy nigdy, że to kraj olbrzymi, zamieszkany przez jedną czwartą ludzkości – mogłaby być niezwykle groźna, bo byłaby to reakcja odrzucenia. Odrzucenia wszystkiego, co importowane, co zachodnie.

Koniec „azjatyckiego cudu” poskromił tamtejsze „tygrysy”, lecz nie jest bynajmniej pewne, że byłoby tak samo z chińskim smokiem. Wręcz przeciwnie: Chiny są wielką potęgą, wyposażoną w broń atomową. Aby odzyskać wewnętrzną spójność, musiałyby wkroczyć na drogę nacjonalistycznej arogancji. Pod tym względem ów kraj to pływająca mina, której nie można się nie obawiać.

Nawet gdyby dało się uniknąć najgorszego, okropnie przykro jest patrzeć na Chiny, które wyrzekają się stopniowo swojej odmienności i stają się coraz bardziej państwem podobnym do wszystkich innych. Zasmuca to bardzo wielu Chińczyków, a także pewnych cudzoziemców, takich jak ja, którzy nie przedstawiali sobie nigdy Chin jako ogromnego rynku, lecz widzieli w nich odmienną cywilizację. Cudzoziemców, którzy przez długie lata starali się kraj ten zrozumieć i których połączył z nim w rezultacie związek, będący także miłością.

t.t.

Orsigna, wrzesień 1998 roku

przedmowa

Zostałem Dengiem Tiannuo w 1968 roku.

W Chinach rewolucja kulturalna była wówczas w pełnym toku. Mao w Pekinie jak iskra rozpalał wyobraźnię młodzieży Zachodu, rozentuzjazmowanej jego antyautorytatywnym wezwaniem.

Chiny widziane z daleka wydawały się krajem najbardziej twórczym, a Mao jawił się geniuszem, przeprowadzającym największy eksperyment z zakresu inżynierii społecznej, jakiego kiedykolwiek człowiek próbował dokonać: budowę sprawiedliwszego, bardziej ludzkiego społeczeństwa.

Jak świat światem, młode pokolenia zawsze ulegały urokowi nowych ideałów, zapominając często, że trzeba brać pod uwagę następstwa, które te ideały wywołują w praktyce. Takie było i moje pokolenie; wielu oczarowało wielkie złudzenie, jakie stanowił Mao i jego Chiny. Nasz świat był stary i niedoskonały, nadzieje przeszłości zawiodły, a teraz – nowa sposobność. Chiny nie będą powtórzeniem Związku Sowieckiego, nie będą powtórzeniem Kuby. Chiny to coś innego. I tak Chiny stały się mitem – właśnie „mitem czegoś innego”.

Zapragnąłem zobaczyć go na własne oczy i przygotowałem się do tego. Studiowałem chiński język, historię i politykę Chin oraz nadałem sobie chińskie imię – Deng Tiannuo – aby wydać się mniej cudzoziemcem, gdy wreszcie zacznę żyć wśród Chińczyków.

Musiałem czekać długie lata, bo w tych czasach wpuszczano do „raju” tylko nielicznych, zaufanych wybrańców. Musiałem czekać, aż umrze Mao i Deng Xiaoping otworzy bramy Chin; wraz z rodziną wyjechałem wtedy do Pekinu.

Przybyłem tam w styczniu 1980 roku i pojąłem od razu, że rzeczywistość jest mniej piękna od marzeń. Przyjechałem szukać nowej formy socjalizmu, którą w Chinach jakoby zbudowano, a znalazłem jedynie szczątki nieudanego eksperymentu. Przyjechałem szukać nowej kultury, jakoby zrodzonej z rewolucji, a znalazłem tylko resztki starej, wspaniałej kultury, którą zdążono metodycznie zniszczyć.

Wśród otwartych przez Deng Xiaopinga bram były także bramy obozów koncentracyjnych, obozów „reedukacji przez pracę”, dokąd trafiło co najmniej dwadzieścia milionów niezgadzających się z reżimem inteligentów. Zacząłem spotykać ludzi, którzy stali się ofiarami szaleństwa Mao, i zrozumiałem szybko, że sen Denga Tiannuo był koszmarem dla Chin.

Czytanie w zaciszu nowojorskiego Uniwersytetu Columbia sloganów Mao, takich jak: „Nie ucinajcie ludziom głów, bo to nie kapusta, która odrośnie” dostarczało natchnienia. Zupełnie czym innym okazywało się odkrycie na miejscu, że całą masę głów ucięto, że całą masę osób torturowano i że po zakończeniu tak zwanej „rewolucji kulturalnej” Chiny zamieniły się w pustynię, wypełnioną zastraszonymi, zdezorientowanymi ludźmi.

W przeciwieństwie do Chin Mao, Chiny Deng Xiaopinga można było zobaczyć z bliska. Ludzie rozmawiali prawie swobodnie i przez pewien czas nawet ściany mówiły o tym, co zdarzyło się naprawdę. „Ściana demokracji” stała się jednym z najlepszych źródeł informacji.

Była to chwila szczególna, wyjątkowa okazja, której nie wolno było zaprzepaścić. Podróżowałem zatem, jeździłem wszędzie, dokąd tylko się dało, od zakątka Chin wysuniętego najbardziej na zachód, w prowincji Sinkiang, do ich leżącego najdalej na wschód krańca w prowincji Szantung, od Mandżurii na północy po tropikalną wyspę Hajnan na południu. Nie zawsze było to łatwe, bowiem postawa komunistycznych urzędników nie różniła się w gruncie rzeczy wiele od postawy owego dziewiętnastowiecznego mandaryna, który, spotkawszy po raz pierwszy mówiącego po chińsku cudzoziemca, zwrócił się do swojej świty z pytaniem: „Co to za zdrajca nauczył go naszego języka?”.

Próbowałem zamieszkać w zwykłym chińskim domu, w chińskiej dzielnicy, lecz okazało się to absolutnie niemożliwe. Cudzoziemcy mogą mieszkać tylko w granicach tak zwanej „dzielnicy dyplomatycznej”, której bramy są dzień i noc strzeżone przez uzbrojonych policjantów; funkcjonariusze ci rejestrują wszystkich wchodzących i wychodzących.

Starałem się poznać Chińczyków, nawiązywać z nimi stosunki, lecz to także okazało się skomplikowane, ponieważ wszelkie kontakty „nieoficjalne” między cudzoziemcami a obywatelami Chińskiej Republiki Ludowej są „nielegalne”, chociaż nikt nie zna stanowiącego o tym prawa.

Pewien starszy, wykształcony pan, którego spotkałem kilkakrotnie wkrótce po przyjeździe do Pekinu i u którego chciałem pobierać lekcje kaligrafii, zawiadomił mnie przez wspólnego znajomego, że mam już z nim się nie kontaktować. Wezwano go na policję i powiedziano, że może nadal mnie widywać jedynie pod warunkiem, iż za każdym razem napisze krótkie sprawozdanie z tego, co robiliśmy i o czym mówiliśmy. Uznał to za zbyt dotkliwe upokorzenie; nie zobaczyliśmy się więcej.

W dzisiejszych Chinach zagraniczny dziennikarz chcący spotkać się z jakimkolwiek urzędnikiem lub po prostu porozmawiać z pisarzem, malarzem, profesorem uniwersyteckim czy robotnikiem fabrycznym, musi przede wszystkim złożyć pisemne podanie we właściwym urzędzie. Jeśli otrzyma zgodę, spotkanie odbywa się zawsze w pokoju przyjęć, który mieści się we wszystkich biurach, fabrykach, szkołach, szpitalach i koszarach; rozmówcy siedzą tam na przybranych białymi koronkami fotelach w obecności miejscowego sekretarza partii i kogoś, kto zapisuje pytania i odpowiedzi. Ta procedura sprawiła, że szybko straciłem ochotę na kontakty w trybie oficjalnym i postanowiłem poszukać własnej drogi, która pozwoliłaby mi poznać Chiny.

Zacząłem podróżować pociągiem – nie w specjalnych przedziałach „z miękkimi siedzeniami” dla cudzoziemców, ale w przedziałach „z twardymi siedzeniami”, przeznaczonych dla Chińczyków. Jeździłem po prowincji na rowerze, spotykając w ten sposób zwykłych ludzi, słuchając prostych chłopów, opowiadających o swoich wioskach i rodzinach. Ponieważ interesowały mnie dawne gry i pekińskie rozrywki, zacząłem hodować świerszcze i gołębie oraz chadzać na małe targowiska w stolicy, gdzie spotykałem regularnie starców, którzy uczyli mnie pradawnej sztuki „koncertowania” ze zwierzętami.

Poznawałem powoli wspaniałe, ludzkie Chiny – takie, o których dużo nie śniłem, ale o wiele bardziej prawdziwe i niezwykłe od tych, które przedstawiali zewnętrznemu światu rządowi funkcjonariusze i reżimowa prasa.

Postępując w ten sposób, dokonałem też własnych drobnych odkryć. Na przykład w Tybecie, kiedy grupa, z którą musiałem podróżować, poszła zwiedzać jeszcze jedną fabrykę „Czerwony Sztandar”, udało mi się na wypożyczonym rowerze dotrzeć samotnie do miejsca, gdzie odbywał się „podniebny pogrzeb”, starodawny obrządek, według chińskich przewodników zupełnie już zarzucony: ciała zmarłych Tybetańczyków tnie się na kawałki i rzuca na żer sępom.

I tak schodziłem stopniowo z wyznaczonej mi drogi. Podobnie jak w bajce o zaklętym zamku, w którym przybysz może robić wszystko, ale nie wolno mu otworzyć pewnych wrót, bo wypuści złe duchy, ja takich wrót nie mogłem nie otworzyć. No i oczywiście złe duchy się na mnie rzuciły.

Po ponadczteroletnim pobycie w Chinach zaaresztowano mnie, przesłuchano i poddano całomiesięcznej reedukacji, jakbym był Chińczykiem. I dlatego właśnie, że potraktowano mnie jak tubylca, zyskałem niezwykłą sposobność odbycia ostatniej, wyjątkowej podróży – podróży do jądra chińskich ciemności. Znalazłem się niespodziewanie jakby w brzuchu wieloryba, zmuszony doświadczyć na sobie policyjnej przemocy, znanej mi przedtem tylko ze słyszenia, która – mimo ogromnych zmian, jakie zaszły ostatnio w kraju – napełnia nadal przerażeniem miliard Chińczyków.

Oskarżono mnie na koniec o niepopełnione przestępstwo i wydalono z granic państwa.

Lu Xun, wielki pisarz Chin przedrewolucyjnych, powiedział już przed kilkudziesięciu laty: „Kiedy chcesz utopić psa, oskarż go o wściekliznę”. Moją „wścieklizną” było to, że chciałem rozbić mur dzielący mnie od chińskiej rzeczywistości. Moje przestępstwo polegało na tym, że pisałem o Chinach nieposkromionych. Moje przestępstwo polegało na tym, że szukałem drogi wyjścia z labiryntu zakazów i tabu, które miały trzymać mnie z dala od ludności.

Moje przestępstwo polegało na tym, że spróbowałem być człowiekiem wśród ludzi, usiłując pozbyć się nieznośnego wrażenia, iż wśród Chińczyków jest się zawsze cudzoziemcem.

Hongkong, 1984

1. „wolno latać, ale tylko w klatce”

Chiny Deng Xiaopinga

W środku środka Chin leży trup, którego nikt nie ośmiela się wynieść. Zabalsamowane zwłoki Mao, owinięte w czerwony sztandar partii, chronione szklaną trumną w olbrzymim mauzoleum pośrodku placu Niebiańskiego Spokoju, przedstawiają symboliczną więź dzisiejszych Chin z ich przeszłością, a także punkt odniesienia wobec ich przyszłości.

Deng Xiaoping, człowiek, który zajął miejsce Mao na czele narodu, „niebo przeniósł na ziemię, a ziemię na niebo” – jak mówią Chińczycy, chcąc opisać ogromne zmiany, jakie przeprowadził – zatrzymał się jednak przed tym imponującym monumentem z marmuru i granitu, w którym zamurowano na użytek potomnych ideologiczne pryncypia Chin.

W odróżnieniu od Mao, Deng Xiaoping nie pisze wierszy; jego filozofią jest po prostu zdrowy rozsądek. W odróżnieniu od Mao, nie kazał poumieszczać w całym kraju swoich pomników i portretów, ale w ciągu siedmiu lat sprawowania władzy dowiódł, że jest jednym z największych rewolucjonistów, jakich Chiny kiedykolwiek miały. Obalił bowiem to, co Mao wzniósł, chwalił to, co Mao potępiał, starał się odbudować to, co Mao zniszczył.

Mao kierował się jednak w swoim szaleństwie pewną logiką. Był przekonany, że rewolucja wyzwoliła bezmiar niezwykle silnej energii, co umożliwi Chińczykom pójście drogą, którą żaden naród jeszcze nie kroczył w poszukiwaniu sprawiedliwości i szczęścia. Dlatego odciął Chiny od wszelkich obcych wpływów i próbował zbudować społeczeństwo całkowicie nowe – społeczeństwo, w którym każdy, zgodnie ze swoimi możliwościami, miał dać z siebie jak najwięcej dla wspólnego dobra. Jego zamiar się nie powiódł, a wraz z rewolucją kulturalną Mao wplątał kraj w katastrofalną wojnę domową.

Deng Xiaoping odziedziczył Chiny w dramatycznej sytuacji: chłopstwo niezadowolone, buntownicze mniejszości narodowe wzdłuż granic, inteligencja zawiedziona, młodzież pogrążona w nieuctwie, armia słaba, państwo osamotnione na arenie międzynarodowej. Trzeba było odwagi, aby pozbierać skorupy po tej klęsce i rozliczyć się z utopią, która zainspirowała przecież i ogarnęła miliony ludzi, zwłaszcza młodych. Deng tę odwagę miał, a jako „starzec, któremu ogromnie się spieszy” (ma dzisiaj osiemdziesiąt lat), zabrał się zaraz do roboty, aby przeprowadzić swoje reformy.

Mao, dla którego polityka była ważniejsza od ekonomii, skazał Chiny na zacofanie gospodarcze. Deng ten priorytet całkowicie odwrócił, wdrażając swoje „cztery modernizacje”.

Mao – podobnie jak inni jemu podobni rewolucjoniści, od Stalina po Pol Pota – zamierzał zrealizować prawdziwie przestępczy plan, mający na celu stworzenie „nowego człowieka”. Deng dostrzegł, ile klęsk ten ideał wywołał, i zwrócił człowieka naturze, wyzwolił jego instynkty.

Mao kładł nacisk na bodźce duchowe, zaniedbując bodźce materialne. Deng oświadczył od razu, że trzeba „podnieść poziom życia ludzi”. Odkąd objął władzę, jego polityka zmieniła w większym lub mniejszym stopniu wszystkie bez wyjątku aspekty chińskiej rzeczywistości. Chiny Deng Xiaopinga są dzisiaj fizycznie różne od Chin Mao.

Obecne Chiny są krajem jak wiele innych, gdzie ludzie rozmawiają swobodnie, młodzież nosi wielobarwne stroje, zakochani przytulają się do siebie, gdzie dzieci na pytanie: „Kim chcesz być, kiedy dorośniesz?” odpowiadają: „Lotnikiem”, „Lekarzem”, „Maszynistą”, a nie – jak do niedawna – „Tym, kim zechce zrobić mnie partia”.

Panoramę wielkich chińskich miast wzbogaciły sylwetki ogromnych bloków mieszkalnych i wysokościowców, zbudowanych z woli Denga. Wieś nie wygląda już jak jednostajna, jednobarwna przestrzeń, bo pola zostały podzielone na parcele, na których rodziny uprawiają to, co zechcą.

Na typowej ilustracji propagandowej z czasów Mao grupa uśmiechniętych chłopów siedziała w krąg, czytając artykuł wstępny w najświeższym numerze „Dziennika Ludowego”. Ilustracja doby Denga – nie mniej kłamliwa, ale nader wymowna – ukazała się niedawno w całej chińskiej prasie. Przedstawia rodzinę wieśniaków stojącą dumnie obok japońskiego samochodu, który właśnie zakupili.

Deng odwrócił do góry nogami, zanegował i przekształcił wszystko to, co dla Mao było typowe. Nie tknął tylko jednego: ideologicznych ram, w których kraj tkwi. Marksizm-leninizm i myśl Mao stanowią nadal zbiór kierujących Chinami zasad, a partia komunistyczna pozostaje monopolistycznym ośrodkiem władzy. Dlatego śmiałe z pozoru reformy Denga przybierają właściwe proporcje albo bywają wręcz anulowane za każdym razem, kiedy okazują się niebezpieczne dla zasad. Dlatego przyznane dopiero co swobody cofa się zawsze, kiedy zaczynają kwestionować niepodlegające dyskusji prawo partii do rządzenia całym krajem.

Jednym z przełomowych kroków, jakie Mao zrobił na drodze ku swojej utopii, było wprowadzenie w 1958 roku komun ludowych. Jednym z najodważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki posunięć Denga była właśnie likwidacja owych komun; wyzwoliła ona chłopstwo z ograniczeń kolektywizmu i uruchomiła olbrzymi zasób energii – skrępowaną przedtem przedsiębiorczość milionów osób.

Wynik był imponujący. Produkcja rolna wzrosła dwa razy szybciej niż w poprzednich dwudziestu latach, zbędna dawniej siła robocza znalazła zatrudnienie w zróżnicowanym sektorze prywatnym, prywatne bazary powstały we wszystkich częściach kraju, przywrócenie obiegu pieniądza na wsi sprawiło, że Chiny zamieniły się nagle w gigantyczny rynek dóbr konsumpcyjnych.

„Mao nas oswobodził. Deng nas wzbogacił” – brzmi jedno z najbardziej rozpowszechnionych na wsi haseł.

„Trzydzieści lat temu mieliśmy jedną krowę, teraz mamy dwupiętrowy dom” – piszą chłopi na ścianach swoich nowo wybudowanych siedzib.

Jak długo potrwa ten tak zwany system odpowiedzialności?

Działki na prywatne gospodarowanie, przyznane rolnikom na zasadzie odnawianych co roku umów, są już maksymalnie wykorzystane. Dla utrzymania obecnego tempa wzrostu potrzebne są inwestycje, ale wieśniacy nie mają ochoty wkładać pieniędzy w ziemię, która do nich nie należy. Dlatego Deng stanął w obliczu prostego wyboru: umożliwić grę sił rynku, pozwalając chłopom zaradnym powiększać swoje działki kosztem mniej zaradnych sąsiadów, albo zlecić racjonalizację rolnictwa państwu, łącząc działki mniejsze w większe i uruchamiając przez to ów proces kolektywizacji, który wprowadzono w latach pięćdziesiątych i którego wznowienie w najwyższym stopniu niepokoi mieszkańców wsi.

To samo dotyczy prywatnego sektora gospodarki. Mao go zniósł, zaś Deng nie tylko go przywrócił, ale i dodał mu odwagi. W Chinach są teraz prywatne hotele i restauracje, są prywatni krawcy, fryzjerzy, lekarze i handlowcy, są prywatne przedsiębiorstwa budowlane i transportowe, są prywatne szkoły. Znalazły w ten sposób zatrudnienie dziesiątki milionów osób, głównie młodych, które w innym przypadku byłyby bezrobotne lub skazane na pracę dorywczą. Wewnętrzna logika nakazuje takim przedsiębiorstwom rosnąć i rozwijać się, ale nie ma dotąd stanowiących o tym i gwarantujących ich przetrwanie praw. Powtarzana nieustannie przez komunistycznych przywódców podstawowa zasada głosi, że gospodarka pozostaje socjalistyczna, a sektor prywatny ma działać w ramach ogólnonarodowego planu.

– Jak ptak – powiedział mi jeden z najwybitniejszych pekińskich ekonomistów – któremu wolno latać, ale tylko w klatce.

Mao miał wizję tego, czym Nowe Chiny powinny być. Deng nie ma żadnej wizji przyszłości; wiele z jego reform to eksperymenty mające na celu rozwiązanie tego lub innego problemu, ale bez zamiaru pogodzenia się z wynikającymi stąd konsekwencjami. Deng rozumie na przykład konieczność importowania zachodniej technologii, ale nie zamierza importować ideologii, z której ta ostatnia wyrosła. Aprobuje więc kampanię przeciwko „wypaczeniom duchowym”.

Aby uspokoić mniejszości i zyskać sobie w jakiejś mierze uznanie międzynarodowej opinii publicznej, Deng proklamuje „wolność religii”, ale ta wolność ma się ograniczać do wyznań takich jak islam, lamaizm i chrześcijaństwo, obejmujących stosunkowo niewielką liczbę mieszkańców Chińskiej Republiki Ludowej. Jej przywódca nie chce bynajmniej, aby owa odzyskana wolność spowodowała odrodzenie i ponowny rozkwit buddyzmu oraz taoizmu – tradycyjnych religii chińskich mas, stanowiących największe zagrożenie dla komunizmu.

Deng pragnie rozwijać przemysł, ale nie chce powierzyć wszystkich uprawnień decyzyjnych menedżerom i technikom. Ostatnie słowo ma mieć zawsze sekretarz partii.

Deng zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że modernizacja nie jest możliwa bez udziału intelektualistów, ale nie chce przyznać im wolności myśli i wypowiadania własnych poglądów. Wystarczy, że spróbują zakwestionować decyzje władz, a natychmiast zmusza się ich do milczenia.

Deng jest zafascynowany, zaciekawiony kapitalizmem i jego oczywistymi sukcesami. Każe więc go studiować, wypróbowywać jego metody, ale w obu szkołach zarządzania, otwartych dopiero co w Szanghaju i Dalianie, gdzie młodzi Chińczycy mają poznawać „kapitalistyczną naukę”, wśród obowiązujących przedmiotów są marksizm-leninizm i myśl Mao. Deng chce ulepszyć system socjalistyczny; aby uczynić go wydajniejszym, chwyta się wszystkich środków, z pewnością nie chce jednak go zmienić, a już w żadnym wypadku nie myśli o przekształceniu Chin w kraj kapitalistyczny.

O tym właśnie zdaje się zapominać Zachód, rozentuzjazmowany odkryciem Chin jako olbrzymiego rynku zbytu, a także jako potencjalnego sojusznika przeciw Związkowi Sowieckiemu. Chiny Deng Xiaopinga są krajem komunistycznym i pragną nim pozostać. System chiński jako taki jest bez porównania bliższy systemowi sowieckiemu niż europejskiemu, amerykańskiemu czy japońskiemu. Lewica dała się oczarować maoistom, prawica daje się dzisiaj oczarować Dengowi. Chińczycy są nadal najlepszymi iluzjonistami świata; zmienia się tylko iluzja.

Mao zmarł 9 września 1976 roku. Miesiąc później, w trakcie starannie obmyślonego i starannie wykonanego przez starą gwardię partyjno-wojskową zamachu stanu, zaaresztowano tych, których Chińczycy – a wraz z nimi wszyscy inni – nazywają obecnie „bandą czworga”. Trzeba wyjaśnić jedno: banda czworga jako taka nigdy nie istniała. Jest czystym wymysłem Deng Xiaopinga, który pozwolił mu przypisać wszystkie zbrodnie rewolucji kulturalnej ograniczonej liczbie osób – czterem właśnie – a wśród nich wdowie po Mao, oszczędzając prawdziwego winowajcę, to jest Komunistyczną Partię Chin (KPCh) z jej milionami członków.

Zamach stanu i kampania oskarżeń przeciwko maoistowskim radykałom wywołały wrażenie, że Chiny stoją u progu nowej ery. Pozdejmowano portrety Mao z publicznych gmachów, zapowiedziano procesy i kary dla przestępców z poprzedniego okresu, dopuszczono do rzetelnych dyskusji o błędach rewolucji kulturalnej, pozwolono swobodnie się wypowiadać na „ścianie demokracji” – bardzo wielu ludzi zarówno w Chinach, jak za ich granicami uwierzyło wtedy, że Deng Xiaoping chce rzeczywiście odwrócić kartę i zapisać całkiem nowy rozdział w dziejach kraju. Niektórzy pomyśleli nawet, że skończył się monopol partii komunistycznej na władzę i na prawdę. Młody dysydent Wei Jingsheng odważył się domagać publicznie „piątej modernizacji”, to jest demokracji, bez której – jak zapewniał – nie da się nigdy zrealizować pozostałych czterech. Deng Xiaoping odsłonił „ścianę demokracji” i on też kazał ją zlikwidować, a Wei Jingshenga posłał na piętnaście lat do więzienia.

Ów krótki, lecz nadzwyczaj intensywnie przeżyty okres wolności, nazwany później „pekińską wiosną”, szybko się skończył. Twórczość artystyczna i literacka, która zaczęła kiełkować w latach 1979–1980, ugrzęzła znowu w tępocie ortodoksji.

Prywatyzacja gospodarki i przełamanie społecznego modelu produkcji kolektywnej, w którym każdy pełnił wobec innych rolę policjanta, pociągnęły za sobą jednak definitywne rozluźnienie kontroli nad ludnością. Zmusiło to Deng Xiaopinga do zaprowadzenia „piątej modernizacji” – ale nie tej, której pragnął Wei Jingsheng. Była to modernizacja aparatu policyjnego w kraju. Deng podzielił dawne Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego na dwa osobne wydziały: pierwszy zajmuje się jak przedtem ludnością miejscową, drugi – cudzoziemcami w Chinach, wywiadem i kontrwywiadem. Do tych dwóch nowych wydziałów policji włączono całe jednostki Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ChALW), wyposażono je także w olbrzymie środki finansowe.

Pod względem ideologicznym i strukturalnym oba te nowe organy są wzorowane na sowieckim KGB, stosuje się w nich też te same metody. Konieczność zaostrzenia kontroli politycznej i represji powstała właśnie dlatego, że Chiny otwarły się obecnie na świat i coraz więcej Chińczyków styka się z cudzoziemcami i z zagraniczną myślą. Stąd poszerzenie zasięgu władzy organów policyjnych i niedawna fala egzekucji w całym kraju.

Wiele żywionych w latach 1978–1979 nadziei okazało się więc złudzeniem. Mimo to reżim Deng Xiaopinga jest nadal popularny, ponieważ ludzie zdają sobie sprawę, że mogłoby go zastąpić jedynie coś znacznie gorszego: powrót do radykalnej ideologii maoizmu pod postacią dyktatury wojskowo-policyjnej, albo po prostu chaos.

Oto przyczyna poparcia, jakiego ludność udziela swemu przywódcy; z tej samej przyczyny opozycja wobec jego reżimu wywodzi się jedynie z własnych szeregów – ze środowisk wojskowych i partyjnych, z których Dengowi nie udało się jeszcze całkowicie wyeliminować zwolenników radykalizmu.

W Chinach maoistowską przeszłość mile wspomina jeszcze bardzo wielu i oni właśnie pracują w obu organach, na których reżim się opiera. Na razie maskują się, pozostają w ukryciu; czekają jednak tylko na właściwą okazję, aby podnieść głowy i rozliczyć się ze swoją historią. Charakteryzująca rewolucję kulturalną wojna band bynajmniej się nie skończyła. Bandy istnieją nadal jako prawdziwe tajne stowarzyszenia, złączone dawnymi więzami lojalności i kompromisów.

Osobisty autorytet Denga pozwala mu dotychczas utrzymywać pod kontrolą owe „mroczne siły” wewnątrz swojego reżimu. Nie wiadomo jednak, czy uda się to po jego śmierci sukcesorom, których sobie wyznaczył: Zhao Ziyangowi jako szefowi rządu i Hu Yaobangowi jako szefowi partii.1 Ważną rolę odgrywa tu sprzyjający Deng Xiaopingowi czas: im dłużej rządzi, tym bardziej rosną szanse na utrzymanie się przy władzy jego spadkobierców. „Gdyby tylko Deng mógł żyć jeszcze sto lat” – mówią ludzie, zmartwieni wiszącą nad nim śmiercią. Kiedy dzień zgonu nadejdzie, Deng pozostawi swoim następcom Chiny w położeniu lepszym od tego, w którym były w chwili obejmowania przez niego rządów. Będą to już jednak Chiny bez wiary i bez ideałów.

Szaleńcza utopia Mao przynajmniej na początku inspirowała ludzi, niektórzy dzięki niej oddawali się marzeniom. Młodzi uwierzyli naprawdę, że są awangardą ruchu rewolucyjnego, który ogarnie świat.

– Za rewolucję można było umierać – powiedział mi pewnego dnia trzydziestolatek z byłej Czerwonej Gwardii – ale dzisiaj, czy można byłoby umrzeć za lodówkę?

Dawne Chiny były osobnym światem, który uważał się za środek wszechświata. Mao Zedong zachowywał tę fikcję, trzymając kraj w zamknięciu, chroniąc go przed wszelkimi wpływami z zewnątrz, a wewnątrz usiłując budować społeczeństwo nowe, całkowicie chińskie. Deng otworzył okna na świat i czar prysł. Chiny muszą teraz pogodzić się z bolesnym faktem, że są tym, czym są: po prostu państwem słabo rozwiniętym, choć największym ze wszystkich.

Stare Chiny umarły, Nowe Chiny Mao nigdy się nie narodziły, a Chiny Denga po wyrzeczeniu się bycia osobnym światem walczą obecnie o to, aby stać się w najlepszym wypadku kopią reszty świata. Chińczycy zasługiwaliby z pewnością na coś więcej.

Kiedy z okazji ważnych socjalistycznych uroczystości stawiają oni na placu Tiananmen portrety Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, człowiek dziwi się, że wielkie Chiny z całym ogromem swojej historii i kultury musiały chwytać się idei tych czterech zupełnie im obcych panów z Zachodu, aby zaradzić toczącym je chorobom. Większym jeszcze smutkiem napełnia fakt, że obdarzeni bez wątpienia olbrzymim zasobem energii kulturalnej Chińczycy nie mogą tej energii wykorzystać.

Stojąca pośrodku Pekinu szklana trumna mieści nie tylko śmiertelne szczątki Mao i skorupy jego utopii. Zawiera również symboliczne zobowiązanie wobec ideologii, która powiodła Chiny do wyzwolenia, ale skrępowała ich materialny i duchowy rozwój.

Ta ideologia – komunizm – wyczerpała już dzisiaj swoją siłę twórczą, straciła zdolność inspirowania i wywoływania wzruszeń; zachowała jedynie umiejętność niedopuszczania do rozpadu państwa, poprzez posługiwanie się zastraszeniem i represją.

Dopóki ten trup pozostanie w środku środka Chin, dopóty Chińczycy nie zaznają wolności rozstrzygania o własnym losie i swobodnego wyobrażania sobie własnej przyszłości.

2. śmierć o tysiącu ostrzy

zniszczenie Pekinu

Było kiedyś w dalekim kraju przepiękne miasto. Miało bogate pałace, wspaniałe świątynie, wielobarwne łuki triumfalne, olśniewające ogrody i tysiące harmonijnych domów o szarych ścianach – każdy zbudowany wokół zacisznego podwórza, wszystkie uszeregowane zgodnie z regularnym schematem ulic i zaułków, jak na szachownicy. Całość otaczały wysokie, imponujące mury długości dwudziestu sześciu kilometrów, z potężnymi bramami strzeżonymi przez kamienne lwy. Było to miasto święte, wzniesione na skraju pustyni według projektu otrzymanego bezpośrednio z Nieba.

Miasto posiadało magiczny urok. Jego czarowi nie sposób było się oprzeć. „Pekin to ostatnie na świecie schronienie tego, co nieznane i cudowne” – napisał Pierre Loti w 1900 roku. „To miasto, które budzi szacunek” – tak określił je w 1930 roku Arnold Toynbee.

W 1949 roku, kiedy Pekin zajęli komuniści, był on jeszcze miastem jedynym w swoim rodzaju: wielkim przykładem architektury, którego zniewalające piękno zdawało się stworzone po to, by żyć wiecznie. Teraz już tak nie jest.

Pekin umiera.

Zniknęły mury, zniknęły bramy, zniknęły łuki triumfalne. Zniknęła większość świątyń, pałaców i ogrodów. Pod bezlitosnymi razami kilofów, pod naporem koparek znika codziennie cząstka odwiecznego Pekinu.

Miasto straciło swój wewnętrzny porządek, mający odzwierciedlać geometrię wszechświata. Tam, gdzie kiedyś panowały harmonia i doskonałość, królują dzisiaj nieład i chaos.

– Gdy tonie Wenecja, cały świat płacze i protestuje. Gdy znika Pekin, nikt nie zwraca na to uwagi – mówi Philippe Jonathan, młody francuski urbanista, który pracuje na uniwersytecie Qinghua i prowadzi teraz prawie sam jeden kampanię „Ratujmy Pekin”. – Los tego miasta powinien zainteresować wszystkich – dodaje – ponieważ wielkość Pekinu nie jest sprawą wyłącznie chińską, dotyczy kultury całej ludzkości.

Dzieło zniszczenia trwa nadal. Rząd oświadcza, że jest zdecydowany chronić i restaurować to, co pozostało ze starej stolicy Chin, a jednocześnie Ministerstwo Kultury każe zburzyć jeden z najwspanialszych pałaców miasta, aby wybudować na jego miejscu gmach-sypialnię dla swoich urzędników. Grupa architektów stara się opracować projekt pozwalający uratować jedną z najpiękniejszych, uświęconych tradycją dzielnic Pekinu, otaczającą Wieżę Bębnów, a jednocześnie wyburza się tam w największym pośpiechu wiekowe domy i sklepy z ich fasadami z intarsjowanego drewna oraz barwionymi belkami pod szarym dachem, aby wznieść na ich miejscu nowe, szkaradne bloki z cegieł i cementu. W południowo-wschodniej części miasta cesarskiego restauruje się z przeznaczeniem na muzeum trzynastowieczne obserwatorium astronomiczne, wyposażone jeszcze we wspaniałe instrumenty wykonane przez europejskich jezuitów w siedemnastym stuleciu, a jednocześnie tuż obok rośnie szpetny wieżowiec mieszkalny, który zasłania jego widok i sprawia, że ten sędziwy, o sławnej przeszłości zabytek wydaje się mały i śmieszny.

– Tak, to prawda, powinniśmy byli budować ten wieżowiec gdzie indziej – mówi Liu Keli z pekińskiego Biura Ochrony Zabytków. – Popełniliśmy błąd.

Błąd. Błędy. O dziesięciu latach rewolucji kulturalnej, kiedy to miliony młodzieży z Czerwonej Gwardii krążyły po Chinach, rozbijając, paląc, niszcząc wszystko to, co stare, mówi się teraz: „To był błąd”. Błędem nazywa się dziś także „wielki skok naprzód”, mocą którego Mao zmusił ludzi, aby rzucali do pieców odlewniczych wszelkie przedmioty z metalu – także stare wazy i posągi – w celu przerobienia ich na rondle i patelnie. Błędem było zburzenie starych murów Pekinu, błędem było zniszczenie bram miasta, jego łuków triumfalnych i świątyń.

Poczynając od 1949 roku, nieprzerwany szereg błędów sprawił, że to cudowne niegdyś miasto zamieniło się w pozbawione jakiegokolwiek uroku skupisko baraków, mieszaninę dawnych, rozpadających się teraz budowli i świeżo wzniesionych, paskudnych gmachów, pretendujących do miana nowoczesnych.

– Zniszczenie Pekinu to największa zbrodnia, jaką popełnili komuniści – mówi amerykański uczony chińskiego pochodzenia, który po trzydziestoletniej nieobecności przyjechał odwiedzić swoje rodzinne miasto i zastał je „zmasakrowane, oszpecone tak bardzo, że nie sposób go rozpoznać”.

Siedliskiem ludzkim było już od ponad dwóch tysięcy lat, gdy w 1403 roku Yongle, cesarz z dynastii Ming, kazał wybudować tam „stolicę północną” (takie jest znaczenie słowa Pekin, po chińsku Beijing), by przenieść do niej rząd z Nankinu (po chińsku Nanjing, „stolica południowa”). Według legendy zstąpił z nieba tajemniczy mnich taoistyczny, aby wręczyć władcy plik dokumentów zawierających cały projekt urbanistyczny ze wszystkimi szczegółami. I rzeczywiście było coś boskiego w wizji miasta pośrodku jednostajnej równiny Chin północnych, gdzie brakuje zupełnie rzek, jezior i osłony, jaką dają góry.

Pekin ze swoimi murami otoczonymi innymi murami i swoimi kanałami otoczonymi przez inne kanały był urzeczywistnieniem w kamieniu kosmicznego porządku tamtych czasów. Każdą budowlę wzniesiono w określonym miejscu: Ołtarz Słońca we wschodniej części miasta, Ołtarz Księżyca – w zachodniej, Świątynię Nieba – na południu, Świątynię Ziemi – na północy, dla przeciwwagi. W samym środku powstało Zakazane Miasto, „Wielkie Wnętrze” – jak zwano to serce Chin, środek środka świata, siedzibę cesarza, źródła wszelkiej władzy.

Przez całe wieki mieszkańcy Pekinu mieli świadomość tego, że żyją w miejscu wyjątkowym. Niepokoiły ich tylko dwie rzeczy. Pierwszą był smok wodny, zamieszkujący jakoby trzewia miasta i nieustannie grożący mu powodzią, którą spowodowałby, wychodząc ze słynnej studni w pobliżu Bramy Hata. Inne zagrożenie stanowili najeźdźcy złaknieni bogactw Pekinu i zazdrośni o jego piękno; próbowaliby oni napaść na stolicę i ją spustoszyć.

Przed smokiem zabezpieczyli się pekińczycy, umieszczając w ocembrowaniu studni ogromnego kamiennego żółwia, któremu powiedziano, żeby się stamtąd nie ruszał, dopóki nie usłyszy bicia w gongi zawieszone nad wszystkimi bramami miasta – będzie to sygnał, że ktoś przychodzi go zastąpić. Zdjęto jednak gong znad Bramy Hata i powieszono tam dzwon. Nieszczęsny żółw stał więc wiernie na straży przez długie wieki – aż niedawno usunięto go wraz ze studnią i całą resztą, aby poszerzyć biegnącą obok ulicę.

Niebezpieczeństwu grożącemu ze strony najeźdźców pekińczycy zapobiegli, zwracając się do pewnego szczególnego bóstwa, które za pomocą odpowiedniego zaklęcia sprawiło, że mury miasta stały się niezniszczalne od zewnątrz.

Oba systemy obronne działały doskonale: Pekinu nie dotknęła nigdy powódź, a chociaż rozmaici najeźdźcy pojawiali się w mieście, chociaż różne dynastie obejmowały w nim władzę i upadały, jego mury chronione magicznym zaklęciem oparły się wszystkiemu i stolica nigdy poważnie nie ucierpiała.

Kiedy 1 października 1949 roku Mao Zedong, stojąc na tarasie Bramy Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen), zwrócony plecami do Zakazanego Miasta, a twarzą w stronę południa, ogłaszał narodziny Chińskiej Republiki Ludowej, rozpościerający się u jego stóp Pekin nie różnił się zbytnio od tego, którym był za czasów cesarstwa.

Nawet japońscy okupanci okazali wobec pierwotnej struktury Pekinu, wobec jego boskiego rozplanowania szacunek tak daleko posunięty, że nie ośmielili się tknąć historycznego centrum i rozpoczęli budowę miasta satelity, skąd zamierzali prowadzić swoją ekspansję, na zachodniej peryferii.

Komuniści tak nie postąpili. Pekin, symbol starych Chin, był dla nich kwintesencją wszystkiego, przeciwko czemu walczyli i co chcieli zmienić.

– Plan miasta odzwierciedlał feudalne społeczeństwo, bo demonstrował centralną, absolutną władzę cesarza – mówi profesor He Renzhi z Uniwersytetu Pekińskiego. – Sprawa była jasna: musieliśmy to zmienić, musieliśmy zrobić z Pekinu stolicę Chin socjalistycznych.

Komuniści chińscy w tym nie zawiedli. Zaczęli od obalania pai lou, łuków triumfalnych z marmuru i drewna, wzniesionych w ciągu wieków nad głównymi ulicami dla uczczenia cnót pewnych wdów, wierności pewnych mandarynów, szlachetności pewnych wodzów. Pięćdziesiąt pięć takich budowli przetrwało wprowadzenie do miasta samochodów i tramwajów. Zniknęły wszystkie w ciągu kilku tygodni. Władze wyjaśniły, że pai lou przeszkadzały ruchowi pojazdów, lecz najprawdopodobniej kazano je zburzyć dlatego, że stały tam przecież po to, aby upamiętnić dawne cnoty i dawne wartości, o których z woli nowego reżimu ludność miała zapomnieć.

Komuniści zmienili potem ukierunkowanie miasta: zastąpili dawną oś cesarską północ–południe nową, dostosowaną do ich polityki osią wschód–zachód, poszerzając i wydłużając aleję Chang’an, czyli Długiego Pokoju.

Kiedyś podróżny zbliżał się do Pekinu od południa, wzdłuż prostej, którą zdobiły pai lou, mosty i bramy, jakby muzyczne crescendo przygotowujące go do olśniewającego swoim splendorem widoku Zakazanego Miasta z jego czerwonobordowymi murami i żółtymi dachami pod nieskazitelnie błękitnym niebem. Kto przybywa do stolicy Chin dzisiaj – zwykle samolotem – wkracza do miasta od wschodu, wielką, płaską aleją Długiego Pokoju, której monotonię urozmaicają jedynie nowoczesne budynki getta dla cudzoziemców, hotel Pekin i gigantyczna próżnia placu Tiananmen.

W starym Pekinie nie było placów, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie mieli potrzeby – ani prawa – zbierania się w tłum; nie wolno im było w szczególności gromadzić się dla wyrażania swoich poglądów. Otoczony utrzymanymi w stylu grecko-stalinowskim gmachami Wielkiej Hali Ludowej i Muzeum Rewolucji plac Tiananmen stał się natomiast sercem Nowych Chin. Tutaj odbywały się ważne uroczystości nowego reżimu. Tutaj zaczęła się rewolucja kulturalna i tutaj Chiny na gigantycznych wiecach proklamowały wielkim głosem swoje poparcie dla Wietnamu, swoją nienawiść do amerykańskiego imperializmu, swój sprzeciw wobec rewizjonizmu. Po śmierci Mao środek placu zajęło mauzoleum, które zniszczyło resztki jego dawnej harmonii; Tiananmen służy odtąd tylko tym, którzy przychodzą tam puszczać latawce oraz przybyszom z innych miast, robiącym sobie pamiątkowe zdjęcia pod ostatnim portretem Mao.

W krótkim okresie „pekińskiej wiosny” niektórzy obrali sobie ten plac za miejsce wieców i publicznego wyrażania swoich żalów. Na wszystkich rogach umieszczono więc nowy regulamin: „Bez upoważnienia ze strony rządu ludowego zabrania się odbywać pochody i manifestacje, wygłaszać mowy, wywieszać bądź rozdawać ulotki lub jakiekolwiek inne materiały propagandowe”.

W dawnych Chinach mury stanowiły coś, z czego mieszkańcy byli niesłychanie dumni. Najsurowszą karą, jaką cesarz mógł wymierzyć miastu, w którym popełniono wyjątkowo ciężką zbrodnię – na przykład ojcobójstwa – było częściowe lub całkowite zburzenie jego murów.

Mury Pekinu były najbardziej imponujące, najbardziej majestatyczne, najbardziej legendarne. Nie ośmieliła się ich naruszyć nawet ekspedycja międzynarodowa, przybyła w 1900 roku do Pekinu, aby przerwać oblężenie dzielnicy misji dyplomatycznych i ukarać Chiny za powstanie bokserów.

Komuniści nie zawahali się. Dzieło zniszczenia rozpoczęto w 1950 roku. Brygady robotnicze pracowały nocą, ponieważ obawiano się wrogiej reakcji ludności, która w burzonych murach widziała magiczną ochronę. „Czułem się wtedy tak, jakby krajano mnie na kawałki, jakby obdzierano mnie żywcem ze skóry” – napisał Liang Sicheng, najsłynniejszy chiński architekt, którego oskarżono później o prawicowość i prześladowano, póki nie zmarł w niełasce w 1973 roku.

Pomysł zburzenia murów wywołał żywą dyskusję między tymi, którzy chcieli je zachować jako „sznur pereł na szyi Pekinu”, a tymi, którzy za wszelką cenę chcieli je zniszczyć, bo były „łańcuchem na nogach stolicy” i jako taki „uniemożliwiały jej rozwój”.

W 1958 roku ktoś zaproponował, aby to, co zostało jeszcze ze starych murów, przekształcić w podwyższoną promenadę ze stoiskami sprzedawców pamiątek i restauracyjkami. Roztaczałby się stamtąd wspaniały widok na miasto; było już tak, poczynając od 1860 roku, kiedy to mocą specjalnego edyktu cesarskiego zezwolono także cudzoziemcom (ale nie ich kobietom) wchodzić na te majestatyczne bastiony, aby oglądać olśniewającą panoramę Pekinu.

Nic z tych planów nie wyszło.

Ostatnie odcinki murów i ostatnie bramy zburzono podczas rewolucji kulturalnej. Tym razem kazano usunąć owe pozostałości „Chin feudalnych” brygadom więzionych przez Czerwoną Gwardię intelektualistów, bo byli oni – podobnie jak to, co musieli niszczyć – oskarżeni o reprezentowanie potwornej przeszłości.

– Za każdym uderzeniem kilofa zdawało mi się, że popełniam samobójstwo kulturalne – opowiada dzisiaj pewien profesor historii – ale wtedy, gdyby Czerwoni Gwardziści kazali mi burzyć Zakazane Miasto, zrobiłbym to bez wahania. Jaki miało sens chronić jeden lub dwa zabytki, kiedy niszczono cały kraj?

Niektórzy z czołowych przywódców ówczesnych Chin zamierzali rozprawić się definitywnie ze starym Pekinem. Marszałek Peng Dehuai, bohater wojny koreańskiej, później ofiara rewolucji kulturalnej, a wreszcie znowu wysławiany heros, całkiem poważnie zaproponował zburzenie Zakazanego Miasta jako najbardziej znamiennego symbolu przeszłości. Na szczęście nie przyznano mu racji. Mao Zedong, a także zwłaszcza Zhou Enlai, zdawali sobie sprawę, że trzeba uchronić kilka zabytków z przeszłości jako przedmiot narodowej dumy.

Tak samo postąpili w Kambodży Czerwoni Khmerzy, którzy niszczyli systematycznie świątynie i pagody, ale zachowali Angkor Wat.

W 1958 roku rząd polecił spisać wszystkie zabytki Pekinu o jakiejkolwiek wartości historycznej, religijnej, kulturalnej i artystycznej; powstała lista złożona z ośmiu tysięcy pozycji. Postanowiono zachować siedemdziesiąt osiem, pozostałe mogły zniknąć. Podczas rewolucji kulturalnej nie darowano także i tym siedemdziesięciu ośmiu, częściowo je niszcząc.

W 1982 roku dokonano nowego spisu celem stwierdzenia, co da się jeszcze uratować i co warto odbudować. Do wspomnianych siedemdziesięciu ośmiu zabytków dodano siedemdziesiąt. W niektórych przypadkach trzeba było odbudowywać je od podstaw – jak Bramę Desheng w północnej części miasta, zrekonstruowaną całkowicie przy użyciu cementu, ponieważ ze wspaniałej budowli ceglano-drewnianej prawie nic nie zostało.

Tam, gdzie wznosiły się kiedyś mury Pekinu, biegnie dziś okrążająca miasto autostrada. Na południe od placu Tiananmen, gdzie stał drugi krąg murów, znajduje się teraz to, co ludzie nazywają „murem Hua Guofenga” – długi rząd szarych bloków mieszkalnych, które następca Mao kazał wybudować dla kadr partyjnych.

Mieszkania stały puste przez wiele miesięcy, bo wybuchł gwałtowny spór o to, komu mają być przyznane; na przykład dzieciom wysokich rangą urzędników partyjnych udało się załatwić umieszczenie swoich nazwisk na liście przed nazwiskami funkcjonariuszy średniej kategorii. Gdy wreszcie apartamenty poprzydzielano, okazało się, że wszyscy są z nich niezadowoleni. W większości okien były powybijane szyby, wskutek zbyt niskiego ciśnienia woda nie docierała na wyższe piętra, nie działały windy.

– Wybudowaliśmy te mieszkania, będąc jeszcze pod wpływem bandy czworga, kiedy o wszystkim decydowali robotnicy, a architekci i inżynierowie musieli siedzieć cicho – tłumaczy wicedyrektor Komisji Planowania Pekinu.

Obecnie architektom i inżynierom wolno już się wypowiadać, ale to, co budują, nie jest najlepsze.

Przyrost ludności jest w stolicy ogromny (przybywa jej trzysta sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców rocznie), a w okresie rewolucji kulturalnej w ogóle nic tu nie budowano; dlatego rząd, pragnąc podnieść poziom życia obywateli, zaczął realizować zakrojony na szeroką skalę program rozwoju budownictwa. Wszędzie rosną szybko wysokie, prefabrykowane bloki, i równie szybko niszczeją. Domy wznoszone z budulca złej jakości, zaprojektowane krańcowo banalnie, stłacza się w całkowitym nieładzie, bez żadnej troski o otoczenie. Tysiące osób znajdują się więc nagle w labiryncie zupełnie nowych dzielnic, pozbawionych targowisk i szkół, a nawet – jak wynika z publikowanych w miejscowych gazetach listów protestujących mieszkańców – miejsc, gdzie można by zostawić rower.

Pekin nie ma jeszcze planu zagospodarowania przestrzennego, nie istnieją przepisy dotyczące nowego budownictwa; wiadomo tylko, że domy nie powinny przekraczać wysokości czterdziestu metrów. Zarząd miasta nie jest uprawniony do kontrolowania, a tym bardziej do wstrzymywania samowolnych budów.

– Każda jednostka to królestwo, a każdy sekretarz partii to cesarz – lubią tu mawiać ludzie.

„Jednostka”, danwei, oznacza zespół pracowniczy, do którego każdy obywatel Chin musi należeć. „Jednostką” jest szkoła, „jednostkami” są fabryka, szpital i biuro. „Jednostka”, lub dokładniej sekretarz partii w jednostce, sprawuje absolutną niemal władzę nad swoimi członkami i zarządza niepodzielnie przyznanym sobie mieniem. Każda „jednostka” zawiaduje swoją własnością tak, jak jej się podoba.

– Musieliśmy zburzyć ten budynek, nie mieliśmy wyboru – mówi kierownik Instytutu Historii Chińskiej Akademii Nauk, który w końcu 1982 roku kazał zrównać z ziemią jedną z ostatnich rezydencji książęcych o licznych dziedzińcach, aby wznieść na jej miejscu żałosny, nowoczesny dwunastopiętrowy wieżowiec. – Potrzebowaliśmy przestrzeni, a nigdzie indziej jej nie było.

I tak w okresie od 1949 roku do dzisiaj ponad połowa powierzchni starego Pekinu uległa zniszczeniu. Zniknęły najpierw budowle najpiękniejsze, najobszerniejsze, najwięcej znaczące pod względem artystycznym.

Trzydziestego pierwszego stycznia 1949 roku wojska komunistyczne zajęły Pekin bez walki, ponieważ generał armii Kuomintangu poddał się, oszczędzając miastu zbędnych zniszczeń. Rezydencje książęce, świątynie i pałace opuszczone przez dawnych władców kraju, którzy uciekli na Tajwan, zostały wtedy natychmiast skonfiskowane i przekazane niezliczonym tysiącom żołnierzy-chłopów, zalewającym stolicę.

Najpiękniejsze budowle Pekinu zamieniły się zatem w koszary. Skonfiskowano również wszystkie posiadłości tych, których komuniści uznali za „wrogów ludu”; stały się one ośrodkami władzy nowego reżimu.

Każda „jednostka” ze swoimi pracownikami i całym sprzętem sadowiła się w przypisanym sobie podczas podziału łupów budynku, pałacu lub świątyni i zapuszczała tam korzenie. W granicach swoich sektorów „jednostki” powiększały się i gospodarowały bez najmniejszego poszanowania dla zajmowanego miejsca, dla jego wartości historycznej i architektonicznej.

Niszczono stare komnaty, zamieniając je w ohydne sypialnie. Cenne meble wyrzucano lub palono, aby ustawić na ich miejscu zwyczajne łóżka i stoły. Kamienne ogrody przekształcano w boiska do siatkówki, ulubionego sportu żołnierzy. Dwanaście z najpiękniejszych pałaców książęcych Pekinu zaadaptowano na siedziby instytucji rządowych, między innymi Ministerstwa Zdrowia, Centralnego Konserwatorium Muzycznego, pewnego wydawnictwa oraz Zarządu Działalności Kulturalnej i Widowiskowej wojska.

Najwspanialsza i najsłynniejsza rezydencja pekińska, pałac księcia Gonga z jego wieloma dziedzińcami i pawilonami, stawami, salami recepcyjnymi i ogrodami został podzielony między kilka jednostek; w części środkowej umieszczono fabrykę urządzeń klimatyzacyjnych. Ten pałac, znany każdemu Chińczykowi, ponieważ natchnął autora powieści Sen czerwonego pawilonu2, znalazł się teraz na liście zabytków, które władze miejskie Pekinu zamierzają objąć ochroną; łatwiej jednak to powiedzieć, niż zrobić. Wiele części budowli jest już zniszczonych, inne uszkodzone tak dalece, że trudno sobie wyobrazić ich rekonstrukcję; te, które się zachowały, zajmują jeszcze „jednostki” (na przykład oddział policji) niemające zamiaru ich opuścić.

– Jednostki Chińskiej Armii Narodowo-Wyzwoleńczej muszą jak najstaranniej unikać niszczenia starych budowli i słynnych miejsc – rozkazał ostatnio szef Sztabu Generalnego w piśmie do wszystkich zakwaterowanych w Pekinie pułków.

Od Wyzwolenia minęło trzydzieści lat, lecz Pekin wydaje się jeszcze miastem pod wojskową administracją. Wojsko kontroluje nadal pewne obszary śródmieścia i zajmuje niektóre z najpiękniejszych pałaców, ukrytych teraz za bezimiennymi, szarymi murami z cegieł.

Napełniają smutkiem spacery po Pekinie w poszukiwaniu nie tyle zabytków z przeszłości – tych już nie ma – ile miejsc, na których stały.

Plany miasta sprzed 1949 roku są neibu (tylko na użytek wewnętrzny), innymi słowy – tajne.

– Komuniści nie chcą, aby ludzie uświadomili sobie ogrom zniszczeń – wyjaśnia mi zaprzyjaźniony intelektualista.

W sklepach papierniczych dostępne są dzisiaj plany z trasami autobusów i metra, ułatwiające poruszanie się po stolicy; nie ma na nich nazw wszystkich zaułków, a brak już w ogóle odniesień do zabytków i miejsc historycznych.

Zdarzają się jeszcze starzy pekińczycy, gotowi wskazać umiejscowienie świątyń lub pałaców; ale młodzi, przyzwyczajeni widzieć ulice zagrodzone murami, nie wiedzą, co tam jest albo było, i już się nad tym nie zastanawiają. U wejścia do ruin Żółtej Świątyni (Huang Si), za Północną Bramą, wywieszono ostrzeżenie: „Nie chcemy zwiedzających”. Niedostępna jest także pobliska Świątynia Czarna, ponieważ leży w obrębie strefy wojskowej, zamkniętej dla ogółu.

Jedynie za specjalnym zezwoleniem można zwiedzić stary cmentarz katolicki Zhalan w zachodniej części miasta, gdzie w XVII wieku pochowano Matteo Ricciego3 i innych europejskich jezuitów. Znajduje się on teraz pośrodku kompleksu nowych, masywnych budynków – Szkoły Partii Komunistycznej. Nagrobki Ricciego, Verbiesta i Schalla wydobyto z ruin, naprawiono i wystawiono na pokaz, aby zaspokoić ciekawość zagranicznych dostojników (jako pierwszy oglądał je senator Vittorino Colombo)4, gdyż Chińczykom wiadomo, że goście na to liczą. Inne leżą porozrzucane w nieładzie na rozległym terenie, wyglądającym tak, jakby przeszło tam trzęsienie ziemi; uczniowie szkoły partyjnej spożywają na nich posiłki. Cierpliwemu zwiedzającemu uda się odcyfrować francuskie, włoskie i łacińskie napisy z nazwiskami tych, których pogrzebano tam kiedyś, aby spoczywali w spokoju.

Niekiedy jedynie przypadkiem można się dowiedzieć, jaka jednostka zajmuje określone słynne miejsce, do którego nie ma dostępu.

Ostatnio wysłano w pośpiechu dwadzieścia wozów strażackich, aby gasiły pożar trawiący Świątynię Dziesięciu Tysięcy Epok, odległą o cztery kilometry od centrum; w przeszłości była ona jednym z najlepiej utrzymanych miejsc kultu w Pekinie, znajduje się bowiem na drodze do Pałacu Letniego i cesarze po opuszczeniu Zakazanego Miasta zatrzymywali się tam, jadąc na wieś. Wiadomość tę podała wieczorna gazeta, w krótkiej notce wyjaśniając, że pożar – już drugi w ciągu dwóch miesięcy – spowodowała grupa chłopców, którzy na dziedzińcach świątyni puszczali dla zabawy sztuczne ognie. Na koniec podano informację, że świątynia jest siedzibą Biura Propagandy Sił Zbrojnych i że od 1949 roku mieszka tam kilkuset wojskowych wraz z rodzinami.

W Pekinie było niegdyś bardzo wiele świątyń. Może aż za wiele; już przed Wyzwoleniem niektóre z nich zamieniono na szkoły i szpitale. Inne – jak przesławna Świątynia Lamów z zamieszkującymi ją ekscentrycznymi mnichami – stały się schroniskami bandytów, dezerterów i oszustów, żerujących na zagranicznych turystach. W latach dwudziestych i trzydziestych cudzoziemcy zainteresowani pornograficznymi rysunkami ze zbiorów tego lamaistycznego przybytku płacili dużo pieniędzy, aby tam wejść, a często jeszcze więcej, aby odzyskać wolność i móc stamtąd wyjść.

Komuniści przekształcili świątynie, uczynili je „użytecznymi”. „Zrobić z Pekinu miasto, które produkuje” – brzmiało ich hasło. Aby produkować, Pekin potrzebował fabryk, zaś fabryki potrzebowały przestrzeni. Świątynie ze swoimi pięknymi, pustymi dziedzińcami umożliwiały idealne rozwiązanie problemu rozwoju przemysłowego stolicy.

Polityka ji („wypchnięcia”) – tak ją właśnie nazywano w łonie partii – miała podwójny cel: z jednej strony zwiększała produkcję, z drugiej – niszczyła religię.

Taktyka była prosta i zawsze taka sama. Do świątyni wkraczała „jednostka produkcyjna” z kilkoma maszynami, zachowując się nadzwyczaj uprzejmie. Kłaniając się mnichom i nieustannie przepraszając, „jednostka” instalowała się w jakimś kącie budowli i zaczynała pracować. Po pewnym czasie funkcjonariusz partyjny tłumaczył mnichom – nadal z największą grzecznością i szacunkiem – że produkcja jest dla dobra ludności co najmniej tak samo ważna, jak ich modlitwy, i że w związku z tym fabryka potrzebuje trochę więcej miejsca. Przywożono kolejne maszyny. Po kilku miesiącach funkcjonariusz powtarzał swoją przemowę. Wreszcie świątynia wypełniała się maszynami i robotnikami, a mnichom nie pozostawało nic innego, jak ją opuścić.

I tak nad pięknymi, kolorowymi dachami świątyń, obok dzwonnic, wyrosły powolutku dziesiątki, potem setki kominów fabrycznych, plujących kłębami czarnego dymu w niebo, którego błękit był dotąd niezrównany.

Jedna po drugiej, świątynie zamieniły się w fabryki. Tylko w okresie „wielkiego skoku naprzód” uruchomiono w śródmieściu Pekinu tysiąc czterysta fabryk. Stoją tam nadal. Świątynia Wielkiego Buddy produkuje odlewy, Świątynia Uczonej Mądrości – przewody elektryczne, Świątynia Boga Ognia – co nader słuszne – wytwarza żarówki. Świątynia Białej Chmury, największy ośrodek studiów taoistycznych w Chinach, stała się po części magazynem, a po części – siedzibą rozmaitych zakładów naprawczych.

O czystości nieba nad Pekinem opowiadano legendy; obecnie miasto stało się jednym z najbardziej zanieczyszczonych na świecie. A chińska propaganda, której hasła powtarzają jak papugi przeróżni pisarze, dziennikarze i intelektualiści zachodni, omotani nimi podczas dwutygodniowych pobytów, sławiła niezwykłą sprawność, z jaką komunistyczne władze zwalczają zanieczyszczenie środowiska.

Dziś jeszcze jedenaście tysięcy ogrzewanych węglem kotłów wypluwa ze śródmieścia Pekinu chmury duszącego dymu. „Zanieczyszczenie zarówno wody, jak powietrza osiągnęło niepokojący poziom” – stwierdza oficjalne czasopismo „Zdrowie”.

Dzięki swojemu suchemu klimatowi Pekin uchodził w przeszłości za jedno z najbardziej korzystnych dla zdrowia miast na świecie. Dzisiaj pobyt w nim wywołuje to, co mieszkający tam cudzoziemcy nazywają „pekińskimi płucami” – rodzaj chronicznego bronchitu, przed którym zimą miliony Chińczyków starają się bronić za pomocą noszonych na ustach i nosie maseczek z gazy. Ludność stolicy wygląda wówczas jak armia chirurgów i pielęgniarzy w marszu ku salom operacyjnym.

Pewien amerykański naukowiec przywiózł ostatnio do Pekinu przyrząd do oceny jakości powietrza na podstawie obecności w nim określonych cząsteczek, które, aby nie zagrażać zdrowiu, nie powinny przekraczać poziomu trzydzieści. Poziom zarejestrowany w Pekinie wyniósł sto dwadzieścia.

– Biegać tutaj rano to tak, jakby wypalić paczkę papierosów dziennie – mówi europejski lekarz.

Miejscowe władze zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Ogłaszają plany przewidujące przeniesienie fabryk na peryferie i narzucenie surowszych przepisów w walce z zanieczyszczeniem.