Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 412 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakazane wiersze lady Louisy - Grace Burrowes

Kolejna bestsellerowa powieść o córkach księcia Windham – po Spełnionym życzeniu uhonorowanym w 2011 nagrodą czytelniczek magazynu „Romantic Times”, Tajemnicy lady Maggie i Chwili zapomnienia lady Eve

 

 

Louisa Windham nie potrafi prowadzić banalnych kurtuazyjnych rozmów ani kokietować mężczyzn wyszukanymi strojami. Jest za to inteligentna, praktyczna i oczytana. Może dlatego nie wyszła jeszcze za mąż, co bardzo trapi jej książęcych rodziców. Przedstawiają Louisie listę najlepszych, najbardziej utytułowanych kandydatów do jej ręki. Lecz Louisa dokonuje swojego zaskakującego wyboru.

Nie wie jednak, że jej wybranek ma swoje sekrety.

 

On zaś nie wie, że reputacja lady Louisy wisi na włosku…

Opinie o ebooku Zakazane wiersze lady Louisy - Grace Burrowes

Fragment ebooka Zakazane wiersze lady Louisy - Grace Burrowes

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Barbara Cywińska

Renata Kuk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Lady Louisa’s Christmas Knight

Copyright © 2012 by Grace Burrowes.

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5013-7

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620

Dedykuję tę książkę mojemu bratu Tomowi,

jednemu z tych rzadko spotykanych ludzi,

którzy potrafią mówić szczerze i uprzejmie dokładnie to,

co powinniśmy usłyszeć, a nie wiemy, że powinniśmy.

Bez względu na sytuację

Tom nie traci poczucia humoru i rozsądku.

1

Sir Joseph Carrington zyskał dwoje pocieszycieli po odegraniu swej roli w rozgromieniu Korsykanina. Nie był głupcem – nikt go za takiego nie uważał – i dobrze wiedział, że butelka, jego pierwsze źródło pocieszenia, to wątpliwy rodzaj przyjaźni.

Drugim, bardziej mu przyjaznym, towarzyszem była Lady Ophelia, którą Carrington spotkał wkrótce po zakończeniu służby wojskowej. Ta istota o życzliwych oczach, cicha i cierpliwa, dawała mu o wiele lepsze niż butelka wsparcie, a fakt, że co roku, zarówno wiosną, jak i jesienią, miała mioty stale liczące co najmniej dziesięć prosiąt, zaskarbiał jej jeszcze większą sympatię Carringtona.

– Nie rozumiem, dlaczego to ty miałabyś się smucić, Opie. – Sir Joseph podrapał ją za lewym uchem, a ona uspokoiła się i ucichła pod wpływem jego dotyku. – Możesz zostać tutaj na wsi, prowadząc biednego Rolanda w tańcu godowym, a ja muszę jechać do Londynu.

Tam, gdzie sir Joseph sam byłby prowadzony w takim samym zgubnym tańcu. Dzięki Bogu za powszechny zapał do polowań w okolicy. Polowanie z psami chroniło mężczyznę przed co najmniej kilkutygodniowym zbiorowym obłędem, jaki ogarniał socjetę w okresie poprzedzającym zimowe święta.

– Wrócę na Boże Narodzenie i, być może, w tym roku Święty Mikołaj podaruje mi żonę, która zajmie się moimi kochanymi szkrabami.

Pociągnął łyk z butelki, niewielki. Jeżeli nie spędzał wielu godzin w siodle lub nie wędrował po lesie z dubeltówką, albo jeśli nie zbliżała się zamieć lub nagłe ochłodzenie, ból w nodze – przeważnie – nie był dojmujący.

– Naprawdę nie wiem, jak ci się to udaje, moja droga. Dziesięć prosiaków dwa razy do roku, odkąd miałem przyjemność cię poznać.

Tym razem jednak jesienią nie miała miotu, a zima już nadeszła. To było niepokojące w stopniu, który prawie trzeźwego mężczyznę nie zachęcał do zbytniej dociekliwości w poszukiwaniu przyczyn. Płodność Ophelii potwierdzała fundamentalną prawdę o życiu. Potwierdzała daleko bardziej niż butelka w ręku sir Josepha.

– Podaruj mi kilka prosiaków, wielmożna pani. – Podrapał teraz przyjaciółkę za drugim uchem, a ona przechyliła ciężką głowę na jego dłoń. – Daj mi takie, które mogę sprzedać na targu i się wzbogacić. Nieźle wzbogacić. Dobry byłby na święta miot składający się z dwunastu sztuk.

Rekordowy liczył jedenaście prosiąt i wszystkie przeżyły. To było przed dwoma laty, kiedy sir Joseph rozpaczliwie potrzebował jakiegoś pomyślnego znaku.

Stajenny, pogwizdując arię He Shall Feed His Flock tak, jakby była to piosenka, dał mu znać, że koń jest osiodłany. Nie zamierzał zakłócać prywatnego spotkania sir Josepha z Lady Ophelią, skoro mógł w zamian znęcać się bez litości nad biednym Haendlem.

– Jadę. Pomódl się za lisa.

Jeszcze raz poklepał i podrapał przyjaciółkę, po czym wyszedł, by dołączyć do swoich sąsiadów.

Zbiórki przed polowaniem przypominały mu parady wojskowe: strojne ubiory i ozdoby przedstawiały imponujący widok, a trunki i emocje podsycały nastrój radosnego ożywienia i dobrego samopoczucia. Program dnia był z pozoru szlachetny, a jednak, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, ktoś nienależący do tego zgromadzenia miał ponieść krwawą śmierć.

Tym kimś był lis – zwykły szkodnik – nad którym wielką przewagę liczebną miały psy myśliwskie. Czasem przypadało ich po kilkadziesiąt na jednego lisa, co raczej nigdy nie przeszkadzało nikomu oprócz sir Josepha. Słysząc radosne okrzyki podczas zbiórki przed grudniowym polowaniem, wiedział, że lepiej nie zdradzać się przed nikim ze swoim współczuciem dla zwierzęcia, na które polowano.

– Sezon jesienny to dla mnie koszmar.

Lady Louisa Windham nie zamierzała ściszać głosu. Jechała konno na tyłach trzeciej grupy jeźdźców obok swojej siostry Genevieve, w rodzinie zwanej Jenny, w obecności której zawsze można było bez obaw ponarzekać.

– Ominęło nas wszystko poza dwoma następnymi tygodniami – stwierdziła Jenny. – Dzięki Bogu, że papa ma bzika na punkcie polowań.

Przyznała w ten sposób, że ona też wcale nie oczekuje z niecierpliwością zbliżającego się powrotu do Londynu, choć, na szczęście, na krótko.

– To mi przypomina polowanie na kuropatwy – powiedziała Louisa, pozwalając, by jej koń pozostał w tyle, wyprzedzany przez innych jeźdźców zmierzających niespiesznie na śniadanie. – Wielki post się kończy i zaczyna się polowanie na mężów, mamuśki naganiają swoje pociechy prosto na czekające w pogotowiu strzelby, i nagonka trwa, póki miasto nie opustoszeje w porze wakacji. Nie wiem, Jenny, ile jeszcze takich lat wytrzymam.

– Masz za sobą nieco więcej sezonów towarzyskich niż Evie czy ja. Rozumiem, co czujesz.

Na życzliwość Jenny zawsze można było liczyć. Była naprawdę dobra i miła, do czego sama Louisa już dawno przestała aspirować. Jenny była smukłą ładną blondynką, co pasowało do jej pogodnej osobowości, podczas gdy Louisa miała odpowiednie do swojego charakteru ciemne włosy opadające na plecy i zielone oczy bardziej przypominające barwą agat niż szmaragd.

– Moje panie.

Sir Joseph Carrington podjechał do Louisy z lewej strony na wychudłym czarnym wałachu, pasującym do ciemnego ubioru jeźdźca i jego posępnego wyglądu.

Louisa i Jenny powitały go grzecznie. Był ich sąsiadem i służył w wojsku na Półwyspie Iberyjskim z ich braćmi Devlinem St. Justem i nieżyjącym już lordem Bartholomew Windhamem. Nie było powodu zachowywać się nieuprzejmie tylko dlatego, że ten człowiek miał najniższą szlachecką rangę, dającą prawo do „sir”, i hodował świnie.

– Louiso, sir Josephie, wybaczcie mi, ale obiecałam pomóc przy śniadaniu.

Lady Jenny uśmiechnęła się do Carringtona i pocwałowała przed siebie, nie oglądając się i zostawiając siostrę w towarzystwie sir Josepha.

Wspaniałomyślność nawet ludzi naprawdę dobrych ma swoje granice.

– Mam do pani pytanie, lady Louiso.

Głos Carringtona nie mógł nikogo zmylić. Niski barytonowy pomruk był pozbawiony afektowanych samogłosek i arystokratycznej melodyjności typowej dla mowy absolwentów szkół prywatnych lub uniwersytetów.

– Wygląda na to, że będziemy się cieszyć swoim towarzystwem przez następne półtorej mili, sir. Może więc pan zadać mi pytanie.

Ściągnął brwi, co nie zapowiadało nic dobrego. Rodzina uważała Louisę za bezpośrednią i szczerą do bólu lub też – gdy wykazywali większą wyrozumiałość – niezdolną do tolerowania głupców.

Ona sama uznawała siebie za pozbawioną taktu.

– Ma pani ochotę na łyczek? – Sir Joseph wyciągnął srebrną piersiówkę z wygrawerowaną na niej kwitnącą różą. Przedmiot ten wydawał się dziwnie mały i elegancki w jego dłoni w czarnej rękawiczce.

Zerknęła na buteleczkę.

– Czy to właśnie pańskie pytanie?

– Nie. Ale gdyby panią interesowało, co jest w środku, wyjaśniam: mieszanka rumu z likierem orzechowym. Rozgrzewa kości.

Wzięła od niego piersiówkę, by okazać uprzejmość. Podczas polowania często robiono przerwy po to, żeby „sprawdzić popręg” lub dać koniom chwilę wytchnienia, gdy wypuszczano psy. W chłodne dni w trakcie takich postojów zawsze raczono się kropelką tego, co kto miał akurat w swojej piersiówce. Nawet damom pozwalano wtedy na dyskretny łyk i przeważnie nikt nie dociekał, co popijają.

A zbliżały się święta Bożego Narodzenia, kiedy to w każdym domu na czas kolędowania przygotowywano wazę z ponczem lub ulubiony trunek gospodarza.

– To jest… dobre. – Nawet krzepiące. Wzięła drugi łyk i oddała piersiówkę.

– Nalewka na rozgrzewkę według mojego przepisu. – Napił się również, po czym buteleczka znikła w wewnętrznej kieszeni jego myśliwskiego płaszcza. – Moje pytanie brzmi następująco: dlaczego trzyma się pani z tyłu z pijakami i lękliwymi, skoro tak świetnie jeździ pani konno, potrafi nadążyć za ścigającymi zwierzynę psami, a nawet wysforować się na czoło najszybciej jadącej grupy? Wzbudziło to moją ciekawość.

Wzbudzanie ciekawości mężczyzn nie było niczym dobrym, ale Louisa miała wrażenie, że pytanie sir Josepha stanowiło jedynie pretekst do niezobowiązującej pogawędki.

– Dotrzymuję towarzystwa siostrze.

– Ach.

Mężczyźni potrafili wyrazić drwinę jedną sylabą. Pięciu braci Louisy urodziło się z taką umiejętnością.

– Lady Genevieve całkiem dobrze jeździ konno – stwierdziła Louisa. Dobre kłamstwo zawsze powinno zawierać ziarno prawdy. Tego również nauczyli ją bracia. – Ale ma miękkie serce i nie chce oglądać zabijania.

– Rozumiem.

Nie obchodziło jej szczególnie, co on rozumie, ale było oczywiste, że ona sama nie lubi przemocy i nie ma najmniejszej ochoty wyrywać się naprzód.

– I ja mam do pana pytanie, sir Josephie.

– Niezwykle mi pochlebia, że jestem obiektem pani zainteresowania, milady.

Louisa nie dała po sobie poznać, że zaskoczyła ją jego riposta. Bywała niegrzeczna, ale córce księcia wolno okazywać nieuprzejmość tylko w pewnych granicach. Doszła do wniosku, że ironiczna odpowiedź sir Josepha to próba – co prawda kiepska i niezręczna – rozbawienia jej.

Nie brała pod uwagę możliwości, że sir Joseph jest po prostu szczery.

– Służył pan kiedyś w kawalerii i jest pan doskonałym jeźdźcem, a mimo to sam zazwyczaj trzyma się z tyłu. A jako że nie ma pan wrażliwej siostry, którą trzeba chronić, pozostaje to dla mnie zagadką.

Doskonały jeździec – wyraziła się bardzo powściągliwie. Cokolwiek jeszcze by się powiedziało o sir Josephie hodowcy świń, nawet Louisa musiała przyznać, że mało kto dorówna temu mężczyźnie w konnej jeździe.

– A ja się zastanawiam, lady Louiso, czy zamierza zaliczyć mnie pani do pijaków, czy też do lękliwych.

Gdy namyślała się przez chwilę nad odpowiedzią, koń sir Josepha zaczął się wypróżniać. Zwierzę nie wyglądało w tym momencie apetycznie, a jednak kiedy zebrało się w sobie i wyrównało krok, który przeszedł w rytmiczny kłus, jeździec i jego wierzchowiec wyglądali elegancko i nawet… atrakcyjnie.

– No już, spokój.

Kiedy Carrington przemawiał do konia, jego głos się zmienił – był miękki i pełen uczucia, a nie mrukliwy. Wierzchowiec się rozluźnił i zaczął iść stępa, a jeździec pogłaskał go po grzywie.

– Spieszno mu do domu. W tym względzie jesteśmy do siebie podobni, czujemy się najlepiej w znajomym otoczeniu. A wracając do pani pytania, lady Louiso, mogę tylko powiedzieć, że wojna zmieniła mój pogląd na krwawy sport do tego stopnia, że uznałem ten termin za oksymoron. Czy wybiera się pani do Londynu przed świętami?

Louisa od dawna wiedziała, czym jest oksymoron, a także onomatopeja, metonimia, synekdocha i antropomorfizm. Określenie „idealny dżentelmen” to oksymoron. „Idealna dama” również, pomyślała.

– Na następne dwa tygodnie przenosimy się do Mayfair.

– Czyżby nie był to powód do radości?

Louisa odwróciła głowę, by na niego spojrzeć, i zobaczyła, że wpatruje się w nią poważnie. Nazbyt poważnie?

– Czy droczy się pan ze mną, sir Josephie?

Jej bracia – wszyscy odważni – droczyli się z nią, gdy była podlotkiem, aż kiedyś jedna z ich prowokacji zakończyła się fatalnie. Wcale nie tęskniła za ich wygłupami.

Sir Joseph pochylił się nieco w siodle w jej stronę i rozejrzał dookoła, jakby chciał jej powiedzieć coś w zaufaniu.

– Raczej się lituję. – Wyprostował się, spojrzał przed siebie i ciągnął. – Jeżdżę do Londynu wiosną i jesienią i za każdym razem się zastanawiam, czy nie staję się taki sam jak brat mojego dziadka, Sixtus. Przez ostatnie czterdzieści lat swojego życia nigdy nie zajrzał do Londynu i z każdą kolejną dekadą zapewniał, że jest coraz bardziej szczęśliwy.

– To człowiek, po którym odziedziczył pan posiadłość.

– Moją farmę.

Jego farma liczyła tysiące akrów. Zdaniem Jego Wysokości księcia była to bardzo dobra ziemia, jednak… Louisa nie zamierzała pytać, jak się miewa jego inwentarz.

– Londyn nie jest taki zły, a na święta wrócimy do Morelands.

– Dwa tygodnie mogą wydawać się wiecznością.

Powiedział to jakby z rezygnacją. Louisa zobaczyła, że Carrington przekłada lejce do jednej ręki i wsuwa drugą rękę pod połę płaszcza po piersiówkę, a jednak jej nie wyciągnął i nie uraczył się już więcej nalewką własnego wyrobu.

Wyglądał smętnie, ale przeważnie tak właśnie wyglądał. Nie był, jej zdaniem, urodziwy – miał posępny wyraz twarzy, krzaczaste brwi, a nos niezupełnie prosty, dość wydatny i nieco haczykowaty. Mimo to mógł być uznany za atrakcyjnego mężczyznę, gdy łagodził swoje oblicze przelotnym uśmiechem.

– Czy wybiera się pan na bal wydany z okazji polowania, sir Josephie?

– Owszem.

– Czy mam zarezerwować dla pana taniec?

Od razu pożałowała tych wypowiedzianych pod wpływem impulsu słów, i to z dwóch powodów. Ze względu na siebie nie uśmiechało jej się bowiem męczyć się przez cały taniec z człowiekiem, którego towarzystwo było nieznośnie uciążliwe, zresztą jak towarzystwo większości mężczyzn.

Żałowała też trochę swojego pytania z powodu sir Josepha. Carrington utykał i Louisa wątpiła, czy on w ogóle tańczy.

Teraz jednak w jego spojrzeniu błysnęło rozbawienie.

– Poradzę sobie z promenadą. Ten taniec to spacer. Sarabanda i polonez w starym stylu mieszczą się zazwyczaj w granicach moich możliwości wczesnym wieczorem. W ostatnich latach nie próbowałem publicznie tańczyć walca i mam nadzieję odejść z tego świata w takim stanie łaski.

– A zatem promenada.

Gdy zbliżali się do miejsca, w którym dla uczestników polowania przygotowano śniadanie, Louisa starała się nie myśleć o tym, że sir Joseph się zestarzeje, nie zaznając przyjemności wirowania z partnerką w sali balowej w takt walca. Gdyby bowiem pogrążyła się w takich rozmyślaniach, zaczęłaby się nad nim litować, czego z pewnością żadne z nich obojga nie uznałoby za celowe.

Miała jednak nadzieję, że hodowanie świń dostarcza mężczyźnie przyjemności mogącej zrekompensować niemożność tańczenia walca.

Louisa Windham nie wiedziała, że uchroniła Josepha przed kłopotliwym towarzystwem panny Fairchild oraz jej chichotliwej przyjaciółki, panny Horton. Szukały go przez cały ranek jak para psów gończych, które zwęszyły lisa. Z rozpromienionymi oczami, prawiąc sobie niedorzeczne komplementy, rozglądały się za swoją ofiarą najpierw w pierwszej grupie myśliwych, potem w drugiej…

A Joseph był w tym czasie w towarzystwie ładnej kobiety, nieprzeznaczonej dla niego, jego kieszeni i świń.

Pomógł lady Louisie zsiąść z konia, dzięki czemu uświadomił sobie, że nie jest tak mocno zbudowana, jak by wskazywał na to jej wzrost. Kiedy zsunęła się na ziemię, zauważył coś jeszcze: mimo porannej aktywności roztaczała wokół siebie woń cytrusów i goździków.

Woń drogich perfum w rześkim powietrzu pogodnego zimowego poranka… zapach świąt. Lubił to.

Lubił i ją, chociaż nigdy nie obciążyłby jej takim wyznaniem. W ciągu ostatnich dwóch lat, odkąd został zwolniony ze służby wojskowej i przebywał pośród miejscowej szlachty hrabstwa Kent, spędził dużo czasu na obrzeżach salonów i sal balowych oraz na dziedzińcach kościołów, dbając o dobre stosunki z sąsiadami.

Zauważył, że lady Louisa chadza własnymi drogami na tyle, na ile było to możliwe dla niezamężnej córki księcia. Mówiła to, co myśli, i miała soczyste usta.

A także ponętną pupę. Właśnie to szczególnie w niej mu się podobało. Podobało mu się, kiedy jeździła konno w taki sposób, że prezentowała biodra bardziej, niż to było w modzie, i nie starała się ukrywać, jak szczodrze Stwórca ją kształtami obdarzył.

Była kobietą, którą mężczyzna miałby za co chwycić…

– Sir Josephie?

Odsunął się od niej o krok, gdy stajenny odprowadzał ich konie.

– Lady Louiso, czy mogę przynieść pani talerz z jedzeniem? Może coś do picia?

Jak długo będzie tak stał, kontemplując tylną część jej sylwetki, w tłumie sąsiadów, psów gończych, kłębiących się koni i krzątających się służących?

– Chętnie się posilę.

Nie odmówiła i nie odeszła, by poszukiwać swojej siostry, co go zdziwiło i uradowało.

– Ja również. Pani pozwoli? – Podał jej ramię, proponując eskortę z większą chęcią, niż się spodziewała.

Pominąwszy zwyczajną uprzejmość, dżentelmeni farmerzy mogli i powinni być ignorowani przez swoich utytułowanych sąsiadów nawet w tak demokratycznym otoczeniu, jakie cechuje śniadanie wydane na polowaniu otwierającym świąteczny sezon. Szlachta mogła utrzymywać ze sobą kontakty na gruncie towarzyskim, ale już nie dotyczyło to ziemianina z najniższą szlachecką rangą – zaledwie sir – i chociaż wszyscy byli wobec sir Josepha uprzejmi, równie grzecznie – i bez złych intencji – go ignorowali.

– Ni pies, ni wydra – wymamrotał pod nosem Joseph.

– A propos czego pan to mówi? – zainteresowała się lady Louisa.

– Hm? Mojego konia. Nie jest ani czystej krwi, ani pociągowy.

– Ma dobre kopyta, mocne kości i jest pojętny. Nie wydaje mi się, żeby coś jeszcze miało znaczenie. Gdzie usiądziemy?

Tam, gdzie psy gończe Josepha nie znajdą.

– W jakimś spokojnym miejscu, w słońcu, i osłoniętym przed wiatrem.

Panował lekki mróz, nawet w pobliżu zabudowań stajennych gospodarza.

Louisa uśmiechnęła się do Josepha na znak, że zrozumiała jego strategię i ją akceptuje.

– Może tam. Na tej ławce.

Napełnił dwa talerze przy długim, zastawionym rozmaitymi potrawami stole – lady Louisie najwyraźniej dopisywał apetyt – i skierował się do niej. Siedziała na drewnianej ławce, osłoniętej z jednej strony nieczynną fontanną, a z drugiej rabatą zwiędłych astrów. Kiedy stał z talerzami, Louisa postawiła napoje na drugim końcu ławki, odpięła kapelusz i poprawiła spódnicę, w iście kobiecy sposób czyniąc przy tym nieco zamieszania i opóźniając posiłek.

Powinien zareagować na to z niechęcią, gdyż doskwierał mu głód, a noga zaczynała rwać. Zamiast tego zauważył, że kiedy lady Louisa zdjęła kapelusz, lok jej ciemnych włosów wymknął się spod kontroli i owinął wokół szyi.

Zdawała się tego nie dostrzegać lub też nie przejmowała się tym, a on nie mógł przestać się wpatrywać. Może wyprawa do Londynu – do tej jaskini rozpusty – nie była takim złym pomysłem. Ostatecznie ziemianin, który zachowywał się poprawnie przez cały rok, mógłby się trochę rozerwać podczas świąt.

– Potrzymam to. – Wzięła oba talerze z rąk Josepha, gestem podbródka wskazując mu, by usiadł.

Jego zaabsorbowanie nieskazitelną, jasną skórą jej szyi, zapewne pachnącą goździkami, i tym, co by czuł, owinąwszy wokół palców gęsty lok jej ciemnych włosów, znikło, gdy uświadomił sobie, że ma usadowić się na ławce obok niej. Czekała go trudna chwila. Po kilku godzinach konnej jazdy stawy prawej nogi odmawiały posłuszeństwa.

Udało się. Po prostu trzeba było wykonać kilka kroków na sztywnej nodze, po czym opaść ciężko na ławkę niczym staruszek, zbyt uparty, aby czynić właściwy użytek z laski.

– Czy jazda konna nasila pana dolegliwości? – Zadawszy to pytanie, lady Louisa zaczęła przeżuwać plasterek jabłka.

– Panuje rodzaj równowagi. Gdy myślę o tym za dużo, jest gorzej; gdy myślę za mało, również jest gorzej.

– Ale nikt pana o to nie pyta, prawda? Chce pan kawałek jabłka?

Lubił jabłka. Nie był jednak pewien, czy lubi rozmawiać o swojej kontuzji – teraz, gdy ktoś o nią spytał.

– Rany wojenne to dawna sprawa. – Przyjął od niej plasterek jabłka. Oczywiście zdjęli rękawiczki do posiłku i dlatego od razu zauważył, jak bardzo różnią się ich dłonie. Jego dłonie były stwardniałe, na prawej widniała blizna, biała, pozbawiona owłosienia szrama u nasady czterech palców. Jej zaś dłonie mogłyby należeć do dziewicy z renesansowego gobelinu, gładzącej szyję jakiegoś durnego jednorożca.

Ściągnęła brwi na widok jego ręki. Właśnie obok nich przebiegał pies myśliwski, skacząc na swoich tylko trzech łapach i pobrzękując wesoło dzwonkami przy obroży.

– Kolejny uraz?

– Próba odebrania mi cugli przez francuskiego żołnierza. Nieudana.

Dzięki Bogu. Joseph zatrzasnął drzwi swojej pamięci – w czym nabrał wprawy – i przyjął kolejną porcję jabłka od siedzącej obok niego damy.

– Czy nudzi się pani czasami, lady Louiso?

Nie odzywała się przez chwilę i chyba celowo zajęła się opróżnianiem swojego talerza, zerkając na Josepha ze zdziwieniem.

– Czemu to pana interesuje?

Pomachał okaleczoną ręką.

– Pewnie w związku z rozmową o kontuzjach. Powracanie do zdrowia to większe wyzwanie niż sam uraz. Zastanawia mnie, co robią książęce córki, żeby się rozerwać.

– Sama się nad tym zastanawiałam. Składamy wizyty, zajmujemy się dobroczynnością, korespondujemy z naszymi siostrami, szwagierkami i kuzynkami, bierzemy udział w spotkaniach towarzyskich, a kiedy jesteśmy w Londynie, jeździmy konno lub w powozie po parku. To wszystko jest całkiem…

Zamilkła, pozostawiając Josepha w przeświadczeniu, że właśnie ujrzał przez moment ranę, która nie goi się dobrze. Lekko poklepał Louisę po grzbiecie dłoni.

– Ja wtedy czytam.

Znowu na niego spojrzała, jeszcze bardziej ostrożnie.

– Przecież nikt nie sądzi, że jest pan analfabetą.

Najczęściej czytał swoim świnkom.

– Czytam nie tylko gazety i klasykę, lady Louiso. Żyję w samotności, a zimowe noce są długie i zimne.

Znowu zajęła się jedzeniem, co zaoszczędziło mu kolejnych dociekliwych spojrzeń jej ciemnozielonych oczu.

– Owszem, są. Jenny spędza je na szyciu lub malowaniu; musi coś tworzyć. Sophie była naszą mistrzynią wypieków do czasu, aż wyszła za Sindala. Eve lubi towarzyszyć mamie podczas wizyt u znajomych, a Maggie zajmuje się swoimi księgami rachunkowymi, kiedy nie mizdrzy się do Hazeltona.

– Koresponduję z pani siostrą hrabiną w sprawie interesów. – Joseph zauważył, że Louisa nie wymieniła w swojej wyliczance żadnych własnych zajęć.

– Z Maggie? – Przestała jeść. – Ona nie wahałaby się korespondować z samotnym dżentelmenem tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Pewnie uznała to za prawo starej panny. Myślałam kiedyś, że Maggie ma funta szterlinga tam, gdzie powinno się znajdować serce. Jakże niewiele wiedziałam.

Oderwała kawałek świątecznego słodkiego pieczywa ze szczególną uwagą, sugerując, że rozmowa zahacza o sprawy rodzinne. Joseph wypił łyk ponczu, po czym odstawił kieliszek.

– Uwaga na poncz. Czuć w nim skwaśniały cydr.

Przyglądała się swojej porcji świątecznego wypieku.

– Zawsze tak jest, prawda? Na spotkania z okazji polowań wkładamy najlepsze ubrania, uśmiechamy do wszystkich, napełniamy talerze, a mimo to zawsze jest coś… kwaśny poncz, koń, którego trzeba dobić, sąsiad wymiotujący w krzakach i jego niedorosły syn starający się nie okazać rozpaczy. – Odstawiła na bok niemal pusty talerz. – Przepraszam. Pewnie powinnam poszukać siostry.

Joseph uważał siebie za człowieka, który wykazuje się bystrością tylko od czasu do czasu, ale zmysł obserwacji wyostrzył w nim brak aktywności w wyniku kontuzji. Lady Louisę dręczyła myśl o kolejnym wyjeździe do Londynu, a może o wszystkich takich wyjazdach. Nie miała żadnego hobby ani rozrywek, do których by się przyznawała publicznie, a obie jej starsze siostry były zamężne.

Wyjął piersiówkę.

– Życie bywa niedoskonałe.

Wyciągnął rękę i zatknął zbłąkany kosmyk włosów za ucho Louisy, głównie po to, by ją rozchmurzyć, i przy okazji przekonał się, że jej włosy są w dotyku tak jedwabiste i miłe, jak to sobie wyobrażał. Mógłby napisać sonet o tym jednym loku.

Może to kiedyś uczyni.

– Ale prawdą jest też, milady, że oboje jesteśmy zdrowi, mamy przyjaciół i sąsiadów, którzy będą za nami tęsknić, kiedy wyjedziemy, nie brakuje nam jedzenia ani ciepłych łóżek do spania, a wkrótce nadejdą święta Bożego Narodzenia.

Nie wzdrygnęła się ani nie cofnęła przed jego dotykiem. Przyglądała mu się poważnie zielonymi oczami.

– Tego też nauczył się pan na wojnie? Żeby być wdzięcznym.

– Prawdopodobnie tak. – Nauczył się jeszcze czegoś, mianowicie tego, jak zadowalać się uprawą ziemi, samotnością i dobrą literaturą. No, prawie zadowalać.

– Jego Książęca Mość twierdzi, że pan również wyjeżdża jutro do Londynu, sir Josephie. Ciekawe dlaczego?

Pytanie było zbyt dociekliwe i Carrington poczuł nagle niechęć do Louisy i jej poważnych, ładnych zielonych oczu oraz jedwabistych włosów.

– Z tego samego powodu co wszyscy. Muszę spotykać się z ludźmi od czasu do czasu, jeśli mam kiedykolwiek znaleźć żonę. Czy napije się pani jeszcze?

– Tak. – Wzięła od niego piersiówkę i przytknęła do ust. Gdy Joseph znowu podziwiał wdzięczny zarys jej szyi, przechyliła butelkę, jakby zamierzała wypić jej zawartość do dna.

– Dlaczego sir Joseph Carrington szuka żony? – Mówiąc to, Louisa wzięła kieliszek grzanego wina od jednego z lokajów krążących po sali balowej. Na powierzchni płynu pływały drobiny cynamonu, wyraz świątecznej rozrzutności ze strony rodziny wydającej bal z okazji rozpoczęcia sezonu myśliwskiego. Jemioła wisiała w łukowych sklepieniach nad wejściami, a jodłowe wieńce przyozdabiały drzwi. Zapach wiecznie zielonych roślin i wosku pszczelego przebijał przez woń wielu ciał, zbyt wielu, którym zabrakło kąpieli po porannej jeździe.

Eve oddaliła lokaja machnięciem ręki, nie biorąc dla siebie wina, ale Jenny była zbyt grzeczna, by odmówić.

– Może sir Joseph szuka żony, ponieważ ma dzieci – podsunęła Jenny. – Małe dziewczynki potrzebują matki.

– A może czuje się samotny – zasugerowała Eve. – To całkiem przystojny mężczyzna. Pewnie ma niewiele więcej niż trzydzieści lat, a Maggie mówi, że hodowla świń jest całkiem dochodowa. Nie wydaje się, żeby zdradzał skłonności do typowych męskich występków, czemu więc nie miałby wziąć sobie żony?

Louisa popijała wino, starając się wyobrazić sobie Josepha z małymi córeczkami.

– Sądzisz, że jest przystojny?

Eve Windham, najmłodsza z książęcego potomstwa, rzadko wyrażała opinie na temat przedstawicieli męskiego rodzaju. Przyjmowała pełnych nadziei zalotników, a nawet oświadczyny, z niefrasobliwą wesołością, ale nigdy nie dała po sobie poznać, że zaangażowała się uczuciowo.

Wzrok Eve powędrował przez salę balową tam, gdzie sir Joseph rozmawiał z pulchną i bladą lady Horton. Otaczały go z obu stron dwie starsze córki tej damy, zagradzając mu drogę niczym dwie ciekawskie jałówki przypierające do muru młodego byka.

– Podoba mi się mężczyzna, który nie jest głupcem – rzekła Eve. – Który byłby w stanie mnie utrzymać. Podoba mi się, że on jest ojcem, chociaż będzie musiał mieć synów, żeby przekazać im majątek. A szerokie ramiona u mężczyzny również nie zaszkodzą.

Jenny uniosła jasne brwi.

– W twoich ustach, Eve, to prawdziwa aprobata. Gdyby nie to, że Carrington jest tylko sir Carringtonem, przekazałabym twoją uwagę mamie.

– Nieważne, że jest tylko sir Carringtonem – odparła Eve, ale jej sprzeciw był umiarkowany. – Czy ten napój jest dobry?

Louisa zmarszczyła nos.

– Za słodki. Niektórzy muszą wykorzystywać święta do informowania wszystkich bez wyjątku o swojej zamożności.

– Jesteś dzisiaj poirytowana – odrzekła Jenny. – Wiem, co cię rozweseli.

Usta Eve nagle się skrzywiły i siostry Louisy wymieniły konspiracyjne i figlarne spojrzenia. Eve i Jenny łączył nie tylko podobny rodzaj urody – obie miały jasne włosy, choć Jenny była wysoka i smukła, a Eve niższa i bardziej zaokrąglona. Te dwie z sióstr Louisy, nadal niezamężne, miały w sobie pewien rodzaj delikatności i serdeczność dla wszystkich w ich otoczeniu. Tych cech Louisie brakowało.

I zazdrościła im tego. Jej siostry byłyby już zamężne, gdyby tylko uznały, że są gotowe do małżeństwa, a Louisie pozostałoby zarządzanie książęcym domostwem w oczekiwaniu na starość. Oczywiście poradziłaby sobie z tym wyzwaniem. A nawet może znalazłaby w tym przyjemność, gdyby matka kiedykolwiek zechciała przekazać jej władzę nad domowym gospodarstwem.

– Chętnie się rozweselę – odparła Louisa, podejmując temat rozmowy. – Rozpoczynam wieczór od promenady z sir Josephem, a mój karnet nadal jest pusty. Sindal bez wątpienia się nade mną zlituje, ale pewnie tylko raz przemknie ze mną przez salę balową, żeby szybko powrócić do swojej ukochanej Sophie.

– Deene zatańczyłby z nami, gdyby nie był w żałobie – zauważyła Eve.

– Ale jest. – Jaka szkoda. Markiz Deene był dostatecznie wysokim, przystojnym mężczyzną i nie tak bliskim krewnym jak inni, co oznaczało, że Louisa może go wziąć pod uwagę w swoich planach.

– Lord Lionel Honiton nikogo ostatnio nie pochował – powiedziała Jenny – i właśnie schodzi ze schodów.

Stąd znaczące spojrzenia sióstr. Louisa nie podniosła wzroku, odstawiając na bok kieliszek ze zbyt słodkim, letnim winem.

– Odmówił dziś udziału w przejażdżce. Nie sądziłam, że przyjdzie.

– Był zbyt zajęty wybieraniem stroju na wieczór – odparła Eve. – Przyćmiewa nawet kobiety.

Lord Lionel wyglądał świetnie, cały w złocie, i miał cudowne piwne oczy, które przypominały Louisie czekoladę i ukradkowe popijanie tatusiowego koniaku. Kiedy zerknęła ponad ramieniem Eve, by zobaczyć, jak Jego Lordowska Mość kroczy po schodach, przekonała się, że w istocie Lionel zadał sobie sporo trudu, dobierając strój.

Przystojny mężczyzna, który wiedział, jak nosić koronki, był pięknym stworzeniem. Koronki zdobiły tylko kilka wybranych miejsc – przy szyi i mankietach. Były bladozłote, wspaniale pasujące do jego jasnej karnacji i niebieskozłocistego stroju. Szpila w fularze wydawała się doskonale dobrana – prawdopodobnie szafir lub topaz oprawione w złoto – a spinki do mankietów świetnie ją uzupełniały.

– Louisa rezerwuje walca dla Lorda Koronki – mruknęła Eve. – Ten człowiek, idąc na bal, wkłada na siebie więcej złota, niż ja mam w szkatułce z biżuterią.

– Trzyma się norm – odparła Louisa. Typowo londyńskich, a nawet tych z Carlton House, siedziby regenta. – I tańczy całkiem nieźle.

Louisa wiedziała, co mówi, gdyż nieraz miała przyjemność przekonać się o jego umiejętnościach. Kiedy tańczyło się z lordem Lionelem, miało się wrażenie, że wszyscy w sali przystają, by się temu przyglądać. A on wydawał się wcale temu nie dziwić.

Uważała, że wybiera ją jako partnerkę do tańca głównie z uwagi na jej rangę – córka księcia mogła tańczyć z synem markiza – a także dlatego, że jej ciemna kolorystyka podkreślała jego złocistą męską urodę. Poza tym była dobrą tancerką.

– Idzie tutaj – rzekła Jenny, zaglądając do swojego wciąż pełnego kieliszka. – Pewnie zamierza porozmawiać z tobą o wieczornym walcu, Lou, zanim przywita się z panią domu.

– Dobry wieczór, moje panie.

Louisa stłumiła jęk w mrukliwym powitaniu.

– Dobry wieczór, sir Josephie.

Jej siostry dygnęły, a Jenny – na całe szczęście – zdobyła się na uprzejmość.

– Wspaniała pogoda na świąteczne polowanie, nieprawdaż?

Sir Joseph wydawał się rozważać tę uwagę.

– Ciekawe, czy lis podziela tę opinię. Pewnie co roku zaczyna się już modlić o paskudną zimę nie później niż w kwietniu.

– Wiosną on i jego lisica zajmują się prawdopodobnie rodzinnymi sprawami – odparła Louisa.

Usta sir Josepha drgnęły, zaś twarze Eve i Jenny nabrały zbolałego wyrazu. Rodzinne sprawy – co też ona sugeruje? Louisa zapatrzyła się w drobiny cynamonu pływające w jej napoju.

– Być może – odrzekł Joseph. – Zapewne myśli o wcześniejszym wyjeździe do Londynu, żeby się naradzić z krawcami przed rozpoczęciem sezonu. Jednak zamiast rozprawiać o krawieckich upodobaniach lisa, czy mogę przypomnieć, lady Louiso, że obiecała mi pani pierwszy taniec? Orkiestra już stroi instrumenty, aczkolwiek z pewnością zrozumiem odmowę, jeśli jest pani zbyt zmęczona po dzisiejszym wysiłku, żeby uczynić mi taki zaszczyt.

Dawał jej możliwość odmowy. Za plecami Jenny widać było, jak lord Lionel przystanął, przerywając swój marsz przez salę balową, żeby porozmawiać z Isobel Horton. Dziewczyna ta uczyniła z kokieterii sztukę i uczepiła się jego ramienia jak rzep. Poświęcał jej niepodzielną uwagę, spoglądając na nią cudownymi piwnymi oczami, jakby była światłem jego życia.

– Louisa rzadko przepuszcza okazję, by trochę poruszać nogami w tańcu – wtrąciła Jenny. W jej głosie zabrzmiała natarczywa nuta, jakby Louisa zapomniała, czego dotyczy rozmowa.

– Jenny ma rację. – Louisa przeniosła wzrok z przystojnego lorda Lionela na poważne oblicze sir Josepha. – Im częściej tańczę, tym rzadziej próbuję prowadzić towarzyskie rozmowy, do których, jak się z pewnością domyślacie, nie mam szczególnego talentu.

– Ani ja. – Joseph podał jej ramię. To wszystko. Nie był niegrzeczny, ale z pewnością… brakowało mu ogłady.

Lord Lionel gryzmolił swoje nazwisko w karnecie Isobel Horton. Louisa wzięła sir Josepha pod ramię. Oto zapłata za chwilę uprzejmości. Zajęła miejsce u jego boku pośród innych par przygotowujących się do tańca na otwarcie wieczoru i przestrzegła samą siebie, aby w przyszłości nie okazywać miękkiego serca, obojętnie w jakim sezonie.

Nie mogła wyjść za mąż, w każdym razie nie wtedy, gdy groźba skandalu wisiała nad nią niczym ułamana gałązka jemioły, ale powinna mieć prawo do przelotnego flirtu z przystojnym synem markiza, nieprawdaż?

2

Mogę recytować wiersze – zaproponował sir Joseph, kiedy Louisa przeszła z nim przez połowę sali. – To uchroni nas przed milczeniem i nie wymaga zastanawiania się, co powiedzieć.

Wiersze? Serce Louisy zgubiło rytm.

– Czy pan się ze mną droczy?

– Och, być może. Mogłaby pani skinąć od czasu do czasu głową lub trzepnąć mnie w ramię wachlarzem i nikt by nie wiedział, że uchylamy się od obowiązku konwersowania. Jeden z moich przyjaciół ma słabość do sonetów Szekspira. – Przerwał, a Louisa usiłowała wymyślić coś, co mogłaby powiedzieć, jednak zaoszczędził jej tego, rozpoczynając cichą, niemal kontemplacyjną deklamację: – „Tę porę roku dostrzec we mnie możesz, gdy liście żółte, żadne, nieco liści, z drżących gałęzi zwisają na mrozie…”

Po drugiej stronie sali Isobel Horton uderzyła zamkniętym wachlarzem w ramię lorda Lionela.

Louisa uwielbiała sonet, który sir Joseph zaczął recytować głosem z odpowiednio zrównoważoną dawką żalu i ciepła.

– A może zamiast tego powie mi pan, czemu poluje pan na żonę, sir Josephie?

Skrzywił się. Jej pytanie było nieuprzejme, ale już padło.

– Poluję? Chodzę w onucach, z naładowanym garłaczem, gotowy niespodziewanie ustrzelić jakiegoś niewinnego gołąbka w locie? Wydaje mi się, że to nietrafny obraz. Żona jest mi potrzebna z dwóch powodów.

Żona jest mu potrzebna. Kobietom wolno tęsknić za tym, żeby mieć męża, marzyć o dzieciach, które można kochać. Nie wolno im jednak mówić, że jest im potrzebny mąż. Louisa zapragnęła uderzyć sir Josepha, ale nie wachlarzem.

– Z dwóch powodów. Proszę je wyjaśnić.

Zostali zmuszeni do zatrzymania się przez parę tancerzy przed nimi, która wydawała się zbyt zajęta flirtowaniem, żeby kroczyć w rytm muzyki.

– Po pierwsze, jestem odpowiedzialny za wychowanie dwóch dziewczynek, a wpływ dorosłej kobiety w roli matki byłby dla nich wysoce pożądany.

Wykorzystując część mózgu odpowiedzialną za mowę i pozwalającą postrzegać każde wypowiedziane zdanie jako określoną strukturę, Louisa zauważyła, że sir Josephowi udało się napomknąć, że jest rodzicem, bez wspominania o jakiejkolwiek relacji z dziećmi. Nie powiedział: „Moje córki potrzebują matki” czy też „Potrzebuję żony, żeby była matką dla moich dzieci”.

Dał opis powinności, odpowiedni do sytuacji.

– A drugi powód?

Rozejrzał się wokoło. Poczekał, aż gruchające gołąbki przed nimi ruszą do przodu, posuwając się niczym twór o trzech nogach, z głowami przechylonymi do siebie tak blisko, by nikt nie słyszał ich rozmowy. Louisa również chciała ich porządnie stuknąć, najchętniej końcem garłacza sir Josepha.

– Chodzi o tytuł.

Zapomniała o gruchających gołąbkach i niemal przestała zwracać uwagę na lorda Lionela po drugiej stronie sali, z trudem znoszącego pannę Horton, przyciskającą swoje wymię do jego ramienia.

– Słucham?

– Chodzi mi o tytuł. – Mówiąc to, wydawał się znużony, a jego głos niewiele się różnił od szeptu. – Baronostwo zostało zawieszone ponad dwieście lat temu i, jak Bóg da, takie pozostanie.

Zawieszenie. Oznaczało to, że tytuł wisiał sobie na drzewie genealogicznym jakiegoś rodu, niedostępny przez całe stulecia. Zdarzało się to w starych baronostwach, kiedy posiadacz tytułu pozostawiał po sobie tylko żeńskich potomków, kobiety, które były płodne i rodziły wiele dzieci, przez co nie można było zdecydować, na kogo powinien przejść tytuł, gdyż różni spadkobiercy mieli do niego równe prawa.

– Nie wydaje się pan zadowolony.

– Bardzo liczę na to, że mój daleki kuzyn, potomek Sixtusa o tym samym co on imieniu, jedyny pozostały kandydat do tytułu, wkrótce będzie oczekiwał ze swoją młodą żoną radosnego wydarzenia. Co roku w okresie Bożego Narodzenia oczekuję listu od niego w nadziei, że nowy, mały kuzynek męskiego rodzaju pojawi się niedługo na świecie.

– Nie chce pan tytułu?

Zatrzymali się niebezpiecznie blisko zwisającego stroika z jemioły i Joseph… zadrżał. Ten duży, prostolinijny mężczyzna o szerokich ramionach, stojący obok niej, drżał.

– Niech pani zauważy, lady Louiso, że nasz regent jest niemal rozrzutny w rozdawaniu tytułów. A jeśli wpadł na pomysł, żeby wynieść tytuł ponad barona? Co będzie, jeżeli przypomniał sobie, że zdobyłem swoje szlachectwo za zasługi w walce? Jeśli jego wielka skłonność do sentymentów wpłynie na jego szczodrobliwe serce i… „Sir” przed nazwiskiem mi wystarcza. Już baronostwo byłoby dla mnie prawie nie do przyjęcia, a wszystko powyżej wystarczy, żeby wysłać zdrowego człowieka do domu dla obłąkanych.

Być może doświadczenia bitewne sir Josepha wpłynęły na jego osąd.

– Byłby pan lordem, sir Josephie. Zasiadałby pan w Izbie Lordów i miałby duży wybór młodych dam, nawet debiutantek w towarzystwie.

Zdołała się powstrzymać przed stwierdzeniem, że wtedy nie zwracano by uwagi na jego hodowlę świń. Prowadzenie farmy nie było handlem, zdecydowanie zaliczało się do rolnictwa. Wytwarzanie boczku, szynki, smalcu i skór stanowiło konieczność, a każdy właściciel ziemski prawdopodobnie hodował trzodę chlewną.

Louisa nie spytała tego człowieka, co myśli o tytule księcia, skoro baronostwo było prawie nie do przyjęcia.

– Po części musi się pan ożenić z powodu tego tytułu.

Sir Joseph ciężko westchnął, ale na szczęście oddalili się już od jemioły Damoklesa.

– Nie powiedziałem, że muszę się ożenić. Nie jestem przeciwny małżeństwu z uwagi na dziewczynki, no i jest jeszcze ta dawna, choć niezupełnie teoretyczna, sprawa z tytułem. Z tytułami wiążą się obowiązki, a mój kuzyn nie jest młody.

Córka księcia zrozumiała, co miał na myśli. Potrzebował dziedzica. Tytuł, mimo dwustu lat zawieszenia, nie popadł w zapomnienie, ale bez spadkobierców przeszedłby na rzecz Korony.

– Być może w tym roku związek pańskiego kuzyna okaże się owocny.

– Modlę się o to, choć jest to już jego trzeci związek.

Para przed nimi szeptała, pochylając ku sobie głowy tak blisko, że młodzieniec mógłby niepostrzeżenie skraść partnerce pocałunek.

– Sir Josephie, chce mi się pić. Czy nie obraziłby się pan, gdybyśmy opuścili taneczny krąg i wybrali się na poszukiwanie czegoś orzeźwiającego?

Nic nie mówiąc, niemalże wyrwał ją z szeregu innych par i zaprowadził do bufetu, gdzie czekało na nich jeszcze więcej niedostatecznie ciepłego i okropnie słodkiego wina marnej jakości. Udawała, że pije, choć czekał ją wieczór przypominający niekończące się ćwiczenia w spełnianiu towarzyskich zobowiązań i unikaniu zderzenia z gałązkami jemioły, zawieszonymi w strategicznych miejscach.

Tymczasem po drugiej stronie sali panna Horton napierała na roześmianego lorda Lionela, a orkiestra ciągle grała.

– Tajemnica krótkich i udanych zalotów leży w tym, żeby wybrać zdesperowaną kobietę.

Jak można się było spodziewać, kompani lorda Lionela Honitona roześmiali się, słysząc tę złośliwą uwagę jednego z nich. Lionel pociągnął łyk doskonałej brandy – gospodarzem przyjęcia był Petersham, wciąż nowicjusz w tym mieście, który jeszcze nie zrozumiał, że ci, którzy piją jego brandy i obmacują jego służące, niekoniecznie są jego przyjaciółmi.

– Pominąłeś coś – rzekł Lionel do dowcipnisia, przeciągając samogłoski i rozpierając się na wyściełanym krześle blisko kominka. – Z pewnością zdesperowana dziewczyna wystarcza, by krótkie zaloty skończyły się małżeństwem, ale jeszcze lepiej, kiedy jej rodzice są zdesperowani, bo wtedy uzgadnianie warunków umowy przebiegnie pomyślnie.

Nastąpiła seria okrzyków w stylu „racja”, „dobrze mówi”, a wraz z nimi poszła w ruch kolejna karafka brandy.

– A potem – kpiarz ujął kieliszek, jakby wznosząc toast – jest noc poślubna.

Rozległy się kolejne drwiące śmiechy i tupoty, gdyż godzina stawała się późna, a karafka wciąż krążyła dookoła. Ci sami mężczyźni przed obiadem nie pozwalali sobie na oczernianie dam, mówiąc o ich honorze. A cztery godziny później zamieniali się w podrośniętych uczniaków, jakimi byli, gotowi uganiać się za czymkolwiek, co miało na sobie spódnicę, i dowcipkować na temat kobiet.

Kiedy całe to zgromadzenie zaczęło rozprawiać o tym, ile sezonów potrzeba, aby przyzwoita młoda dama stała się zdesperowana, a tym bardziej jej rodzice, lord Lionel ponownie napełnił swój kieliszek.

– Rano będziesz tego żałował.

Lionel ujął kieliszek w obie dłonie, czekając, aż ich ciepło ogrzeje trunek.

– Nie pożałuję. Jesteś zbyt trzeźwy, Harrison, jeśli sądzisz, że do jutra narobię jakichś głupstw.

Ciemnowłosy, o ciemnej karnacji, szczupły Harrison stanowił kontrast z jasną nordycką karnacją Lionela, przez co ten drugi zyskiwał na atrakcyjności. Harrison nie znał się również na żartach, przez co Lionel wydawał się dowcipny. W sumie lord Lionel uznał go za całkiem użytecznego towarzysza.

– Rano gdzieś cię poniesie. – Ton głosu Harrisona był kpiący, a nawet protekcjonalny.

– Być może o poranku rzeczywiście będę podążał do domu, jeśli za poranek uznamy czas po godzinie duchów, ale co do jutrzejszego dnia… – urwał Lionel, aby upić kolejnego łyka – Boże uchowaj.

– Jutro lady Carstairs urządza świąteczne śniadanie i najprawdopodobniej wszystkie trzy siostry Windham się tam znajdą, a jest to trio, w którego łaski wkradałeś się przez cały rok.

– Czyżby? – Lionel ziewnął, drapiąc się w okolicy swoich… ud, i zajrzał do kieliszka. – Wszystkie trzy, powiadasz?

Ciemne oczy Harrisona się zwęziły.

Człowiek ten był intruzem w gronie socjety. Malował portrety, co oznaczało, że nie zaliczał się do dżentelmenów, lecz był czyimś dziedzicem, a zatem tytułowano go i tolerowano. Z kolei regent uważał siebie za mecenasa sztuki i Harrison cieszył się pewnym prestiżem w otoczeniu Carlton House.

– Moreland ma trzy niezamężne córki – powiedział Harrison. – Wszystkie ładne i z dobrym posagiem. Tylko zdecyduj, z którą będzie najmniej zachodu.

Gdyby ton jego głosu był oskarżycielski, być może zaalarmowałoby to Lionela, ale Harrison mówił tak, jakby jedynie oznajmiał fakty, i to w dodatku nudne.

– Nie, to ty zdecyduj, która z nich jest dostatecznie próżna, żeby domagać się namalowania swojego portretu – odparł Lionel. – A może myślisz o tym, żeby poprosić księcia o pozwolenie na załatwienie od razu wszystkich trzech.

Postarał się, aby jego słowa zabrzmiały dwuznacznie.

– Nigdy nie ceniłem mężczyzn uganiających się za jakąś kobietą publicznie, a prywatnie ją znieważających. Taki mężczyzna to… desperat. – Harrison zerknął na kieliszek w ręku Lionela. – Desperat i człowiek bez honoru. Życzę dobrej nocy, milordzie.

Odszedł. Usłyszawszy wyraźną aluzję, Lionel miał ochotę kopnąć tego bastarda w tyłek. Powstrzymał się, ale nie dlatego, że Harrison powiedział prawdę – Lionel istotnie stawał się coraz bardziej zdesperowany i rzadko uważał honor za coś więcej niż użyteczną zasłonę niegodnych motywacji. Miał poza tym zamiar zabawić się trochę z pulchnymi, rozchichotanymi pokojówkami Petershamów na górnym piętrze. Kłótnia na oczach wszystkich z nic nieznaczącym malarzem pokrzyżowałaby mu plany.

Sir Joseph obijał się przez dwa dni. W tym czasie regularnie odwiedzał Lady Opie, skreślił kilka listów do zarządcy swojego londyńskiego domu, wybrał się na przejażdżkę z zarządcą swoich włości, spotkał się – ponownie – ze swoimi dzierżawcami i tak odkładał podróż, w którą nie miał ochoty wyruszyć.