Zakazane przyjemności - Elizabeth Hoyt - ebook
Opis

ady Hero Batten, piękna siostra księcia, ma wszystko, czego może pragnąć młoda kobieta - również narzeczonego. Markiz Mandeville jest co prawda nieco nudny i pozbawiony poczucia humoru, lecz to Hero nie przeszkadza. Przynajmniej dopóki nie pozna jego brata o wątpliwej reputacji. Griffinowi daleko do doskonałości, ma opinię cynicznego hulaki i rozpustnika, w Hero budzi więc natychmiastową antypatię. On zaś uważa, że panna o tak nienagannych manierach, oddająca się z zapałem dobroczynności, jest zbyt nieskazitelna dla  jego brata. Nieustające słowne potyczki zaowocują wkrótce pożądaniem – namiętnością, która sprawi, że ich starannie poukładany świat legnie w gruzach. Ślub Hero zbliża się nieubłaganie, zaś wrogowie Griffina planują ostateczną rozprawę. Czy mimo to dwojgu niedoskonałym ludziom uda się znaleźć prawdziwą miłość i spełnić marzenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Notorious Pleasures

Projekt okładki: Alan Ayers

Copyright © Nancy M. Finney

This edition published by arrangement with Grand Central

Publishing, New York, USA. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2017

ISBN 978-83-7551-550-3

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojej agentce, Susannah Taylor,

która rozumie, jak doniosłe znaczenie mogą mieć krabie odnóża.

Rozdział 1

Dawno, dawno temu, w kraju po drugiej stronie świata,

żyła sobie królowa równie piękna, jak mądra.

Nazywano ją Kruczowłosą…

– z Baśni o królowej Kruczowłosej

Londyn, Anglia

październik 1737 roku

Córka księcia szybko uczy się, i to już w bardzo młodym wieku, że wszystkim w życiu rządzi etykieta. Żelazne zasady określają, na jakim półmisku podawać pieczone skowronki. Kiedy odkłonić się wdowie o dość wątpliwej reputacji, a kiedy zmrozić ją spojrzeniem. Jaką suknię założyć na czas przejażdżki łódką po Tamizie i jak zniechęcić podczas pikniku czyniącego awanse zawianego lorda o mizernych dochodach.

Wszystko, zauważyła kwaśno lady Hero Batten, poza tym, jak zwrócić uwagę dżentelmena, ujeżdżającego z zapałem damę, która nie jest jego żoną.

– Hm – chrząknęła na próbę, wpatrując się w zdobiące sufit gipsowe gruszki.

Postaci na kanapie zdawały się jej nie słyszeć. W rzeczy samej, dama wydała właśnie serię głośnych, zwierzęcych pisków, dobiegających spod zarzuconej na twarz spódnicy w ohydne, fioletowo-brązowe paski.

Hero westchnęła. Znajdowali się w kiepsko oświetlonym saloniku biblioteki Mandeville House. Że też wybrała właśnie to pomieszczenie, aby poprawić opadającą pończochę! Gdyby udała się w tym celu do niebieskiego pokoju, urządzonego na sposób orientalny, jej pończocha byłaby teraz na swoim miejscu, a ona sama z powrotem w sali balowej – z dala od żenująco kłopotliwej sytuacji.

Spuściła ostrożnie wzrok. Dżentelmen, w zapewniającej anonimowość białej peruce, zdjął haftowany satynowy surdut i trudził się teraz na damie, odziany jedynie w koszulę i jaskrawoszmaragdową kamizelkę. Spodnie i bieliznę miał opuszczone, toteż od czasu do czasu spod koszuli błyskał umięśniony pośladek.

Niestety, widok ten, miast odrazy, budził w niej fascynację. Kimkolwiek był dżentelmen, jego fizyczne atrybuty były… zadziwiające.

Oderwała od nich wzrok i spojrzała z tęsknotą na drzwi. Doprawdy, trudno byłoby ją winić, gdyby po prostu się odwróciła i wyszła na palcach z pokoju. I pewnie tak właśnie by postąpiła, gdyby zmierzając do biblioteki, nie minęła w holu lorda Pimbroke. A tak się złożyło, że widziała już tego wieczoru tę straszną suknię w fioletowo-brązowe paski – na lady Pimbroke. I choć bardzo nie chciała angażować się w to, co się tu wyprawiało, jej uczucia nie były na tyle istotne, aby nie spróbowała zapobiec ewentualnemu pojedynkowi i – kto wie? – może nawet śmierci dwóch dżentelmenów.

Doszedłszy do tego wniosku, skinęła głową, a potem wypięła z ucha diamentowy kolczyk i rzuciła nim w mężczyznę. Od zawsze szczyciła się w duchu tym, iż potrafi rzucać celnie – nie żeby podobna zdolność przydawała się jej na co dzień – i teraz jej umiejętności zostały nagrodzone. Dżentelmen stęknął bowiem, zaklął, po czym odwrócił się i spojrzał na Hero najcudowniejszymi jasnozielonymi oczami, jakie zdarzyło jej się widzieć. Nie był szczególnie przystojny – miał za szerokie kości policzkowe, zbyt krzywy nos, a usta cienkie i wykrzywione w cynicznym grymasie – lecz jego oczy przyciągnęłyby uwagę każdej kobiety, młodej czy starej, i to z drugiego końca pokoju. A gdyby raz tak się stało, z pewnością nie pozostałaby obojętna wobec tego uosobienia męskiej żywotności, którą to cechę nosił równie naturalnie, jak oddychał.

A może to jedynie… hm… okoliczności sprawiały, że takim jej się wydawał.

– Pozwolisz, skarbie? – zapytał przeciągle. Gniew w jego głosie ustąpił miejsca rozbawieniu, kiedy zobaczył, z kim ma do czynienia. – Jestem tu dość zajęty – dodał, ani trochę się nie spiesząc.

Poczuła, że się rumieni – sytuacja była zaiste nie do zniesienia – odwzajemniła jednak spojrzenie, pilnując się, by patrzeć jedynie na twarz nieznajomego.

– Zdążyłam, doprawdy, zauważyć, pomyślałam jednak, że powinien pan wiedzieć…

– Chyba że jesteś z tych, co lubią sobie popatrzeć?

Teraz jej twarz dosłownie płonęła, nie zamierzała jednak pozwolić temu… temu łajdakowi, by ją przegadał. Z rozmysłem przesunęła spojrzeniem po zmiętej kamizelce oraz koszuli mężczyzny – na szczęście jej poły zakrywały rozpięte bryczesy – a potem uśmiechnęła się słodko.

– Preferuję rozrywki, podczas których nie grozi mi, że zasnę.

Spodziewała się, że go rozgniewa, lecz zamiast tego szelma tylko zacmokał.

– I to ci się przydarza, kochanie? – zapytał na pozór z troską, lecz obok jego szerokich ust ukazał się zdradzający rozbawienie dołeczek. – Zasypiać, kiedy zabawa dopiero się zaczyna? Cóż, nie powinnaś winić siebie. Zazwyczaj to wina dżentelmena, nie damy.

Dobry Boże, nikt do tej pory nie rozmawiał z nią w ten sposób!

Uniosła powoli, groźnie lewą brew. Wiedziała, że robi to powoli i groźnie, ponieważ ćwiczyła ten gest przed lustrem godzinami, odkąd skończyła dwanaście lat. Rezultat sprawiał, że doświadczonym matronom w pantofelkach na wysokich obcasach drżały kolana.

Diabelskiemu szelmie nie drgnął jednak nawet włos.

– Tak się składa – kontynuował, nieznośnie przeciągając głoski – że moje damy nie miewają tego problemu. Proszę zostać i się przyjrzeć – gwarantuję, iż będzie to pouczające doświadczenie. A jeśli potem starczy mi sił, mógłbym zademonstrować…

– Lord Pimbroke jest w holu! – wypaliła, nim zdążył dokończyć tę oburzającą myśl.

Sterta brązowo-fioletowego jedwabiu poruszyła się i pisnęła:

– Eustace tu jest?

– Owszem. I zmierza w stronę biblioteki – poinformowała ją Hero z odrobiną satysfakcji w głosie.

Dżentelmen przystąpił do działania. Zsunął się z damy i obciągnął jej spódnice, zakrywając blade, miękkie uda, nim Hero zdążyła choćby mrugnąć. Pochwycił surdut, rozejrzał się dookoła, a potem zwrócił, nadal nieporuszony, do Hero:

– Lady Pimbroke oderwała sobie wstążkę, koronkę czy coś podobnego od sukni, a pani uprzejmie zgodziła się jej pomóc.

– Ale…

Przycisnął jej do ust palec – ciepły i duży. Szokująco niestosowny gest.

– Bella! – dobiegło ich w tej samej chwili z korytarza.

Lady Pimbroke – czy też Bella – pisnęła przestraszona.

– Dobra dziewczynka – szepnął łajdak do Hero. Odwrócił się, cmoknął lady Pimbroke w policzek i wymamrotał:

– Spokojnie, kochanie.

A potem zniknął pod sofą.

Hero miała zaledwie chwilę, aby zobaczyć, jak ładna, bezmyślna twarz lady Pimbroke blednie, w miarę jak dama uświadamia sobie, w jakich opałach się znalazła, a potem drzwi pokoju otwarły się z rozmachem.

– Bella! – Lord Pimbroke był potężnie zbudowany, czerwony na twarzy i ewidentnie podchmielony. Potoczył gniewnym spojrzeniem po saloniku z dłonią na rękojeści szpady, po czym zamarł, skonsternowany, na widok Hero.

– Pani, co..?

– Lordzie Pimbroke. – Hero przesunęła się tak, aby zasłonić skrajem szerokiej spódnicy wystający spod mebla obcas męskiego buta.

Uniosła lewą brew.

Lord Pimbroke aż się cofnął – wielce satysfakcjonujące po tym, jak jej gest został przed chwilą zlekceważony. – Ja… ja… – zająknął się.

Hero zwróciła się do lady Pimbroke, dotykając lekko okropnego, żółtego galonu, zdobiącego rękaw jej sukni:

– Chyba teraz już będzie się trzymał, nie sądzi pani?

– Och! – pisnęła lady Pimbroke, zaskoczona. – Tak, oczywiście, dziękuję pani!

– Nie ma za co – wymamrotała Hero.

– Jeśli już tu skończyłaś, moja droga – powiedział lord Pimbroke – może wrócilibyśmy na bal?

Ton głosu lorda świadczył o tym, że choć zostało to sformułowane jako pytanie, wcale nim nie było.

Nadąsana lady Pimbroke ujęła męża pod ramię.

– Tak, Eustace.

Pożegnali się chłodno i wyszli.

Niemal natychmiast poczuła, że coś ciągnie ją za spódnicę.

– Pst! Ledwie mogę tu oddychać!

– Mogą wrócić – odparła spokojnie.

– Chyba widzę, co ma pani pod spódnicą!

Odsunęła się pospiesznie.

Szelma wytoczył się spod sofy i wstał.

Choć był o wiele wyższy, udało jej się spojrzeć na niego z góry.

– Pan chyba nie…

– No, no! Nie sądzi pani chyba, że przyznałbym się, gdybym to zrobił?

Prychnęła niczym kuzynka Bathilda, gdy chciała okazać komuś swą wyższość i niezadowolenie.

– Nie wątpię, że by się pan pochwalił.

Pochylił się nad nią z uśmiechem.

– Czy myśl o tym rozpaliła panią i wytrąciła z równowagi?

– Ta peruka aby pana nie ciśnie? – spytała uprzejmie.

– Co takiego?

– Ponieważ wydaje mi się, że przy tak spuchniętej głowie musi być panu niewygodnie.

Uśmiechnął się szerzej.

– Zapewniam, że nie tylko głowa mocno mi się powiększyła. Może właśnie dlatego zajrzała panienka do saloniku? By to zobaczyć?

Przewróciła oczami.

– Nie ma pan za grosz wstydu, prawda? Większość mężczyzn przyłapanych na robieniu tego, czego robić nie powinni, okazałaby przynajmniej zakłopotanie – pan pyszni się tym jak zadziorny kogucik.

Zamarł z jednym ramieniem w rękawie surduta i spojrzał na nią szeroko otwartymi zielonymi oczami.

– Och, oczywiście. Moralizowanie. Naturalnie, musi się pani czuć lepsza ode mnie, skoro…

– Widziałam, jak popełniał pan cudzołóstwo!

– Widziała pani, jak pieprzę z przyjemnością chętną damę – powiedział, ewidentnie starając się ją zaszokować.

Skrzywiła się, słysząc tak dosadne sformułowanie, ale nie ustąpiła. Jest córką księcia i nie przestraszy się byle łajdaka.

– Lady Pimbroke jest mężatką.

– Lady Pimbroke miała przede mną niezliczonych kochanków i będzie miewała ich po mnie.

– To pana nie usprawiedliwia.

Spojrzał na nią i parsknął śmiechem. Głębokim, powolnym.

– Pani zaś jest bez winy, tak?

Nie było się nad czym zastanawiać.

– Oczywiście.

– Cóż za pewność – zauważył, wykrzywiając usta w okrutnym grymasie.

– Wątpi pan w moje słowa? – spytała oburzona.

– Och, nie, nic podobnego. Jestem przekonany, że myśl o grzechu nie przemknęła nigdy przez ten doskonale ciasny mózg.

Uniosła brodę, niemal podekscytowana – nie spierała się nigdy dotąd z dżentelmenem, na dodatek nieznajomym.

– A ja zaczynam się zastanawiać, czy myśl o tym, co słuszne, przemknęła kiedykolwiek przez pański nieznający wstydu wątły umysł.

Przyglądał się jej przez chwilę, zaciskając szczęki, a potem ukłonił się raptownie.

– Dziękuję, że przeciwstawiła się pani wrodzonym inklinacjom i uratowała mnie przed zabiciem lorda Pimbroke’a.

Skinęła sztywno głową.

– Mam też gorącą nadzieję, iż nasze drogi nigdy więcej się nie przetną, pani Idealna.

Ku zaskoczeniu Hero bezwzględna odprawa sprawiła jej przykrość, postarała się jednak, by tego nie zauważył.

– Ja zaś będę się modliła, bym nigdy więcej nie musiała znosić pańskiego towarzystwa, panie Bezwstydny.

– Przynajmniej w tym się zgadzamy.

– Rzeczywiście.

Przez chwilę wpatrywała się w niego, oddychając szybko. Jej piersi napierały na gorset, policzki pokrył rumieniec. W ferworze sprzeczki przysunęli się nieco do siebie i teraz jego pierś niemal dotykała koronki jej stanika. Nie odwrócił wzroku, ale wpatrywał się w nią oczami błyszczącymi zielenią w obrzydliwie męskiej twarzy.

Przeniósł wzrok na jej usta. Rozchyliła je bezwiednie i na nieskończenie długą sekundę przestała oddychać.

Nagle odwrócił się, podszedł do drzwi i zniknął w głębi mrocznego korytarza.

Hero zamrugała, po czym zaczerpnęła drżącego oddechu, rozglądając się nieprzytomnie po salonie. Na ścianie wisiało lustro. Podeszła więc i przyjrzała się swemu odbiciu. Ciemnorude włosy nadal miała starannie uczesane, eleganckiej srebrnozielonej sukni też chyba nic się nie stało. Lekki rumieniec tylko dodawał jej urody. To dziwne, ale nie wydawała się ani trochę zmieniona.

Doskonale.

Wyprostowała się i wyszła z pokoju, poruszając się szybko, acz z wdziękiem. Dziś było szczególnie ważne, by wyglądała na spokojną, uroczą i opanowaną. Jednym słowem – idealną. A to dlatego, iż właśnie tego wieczoru miały zostać ogłoszone jej zaręczyny z markizem Mandeville’em.

Uniosła wyżej brodę, gdy przypomniała sobie, z jaką pogardą nieznajomy wypowiedział słowo: idealna. Co mógł mieć przeciwko doskonałości?

* * *

Niech diabli porwą wszystkie zadowolone z siebie, idealne kobiety – a tę rudowłosą z saloniku w szczególności!

Lord Griffin Reading w paskudnym nastroju maszerował w stronę sali balowej w domu swego brata. Cholerne dziewuszysko! Stała tam pełna dezaprobaty i swoich racji, ośmielając się patrzeć na niego z góry. Zapewne ani razu nie poczuła prawdziwej pokusy w całym swoim życiu. Jedyną oznaką, iż czuje się zażenowana sytuacją, był rumieniec pokrywający z wolna jej delikatną, bladą szyję. Griffin chrząknął. Ta oceniająca mina z pewnością sprawiłaby, iż każdy mężczyzna straciłby wigor.

Tylko że, jak się okazało, on zareagował wręcz przeciwnie – i to nie dlatego, że nie zdążył zakończyć jak należy sprawy z Bellą. Nie, perspektywa zostania przyłapanym przez rozgniewanego męża, a w konsekwencji pojedynku o świcie skutecznie ochłodziła jego zapał. Zanim wytoczył się spod sofy, zdążył już ochłonąć – zarówno fizycznie, jak i umysłowo. I nic by tego nie zmieniło, gdyby nie gorąca wymiana zdań z tą nieskalaną żadnym grzeszkiem, zarozumiałą pannicą. Jego członek najwyraźniej potraktował sprzeczkę jako rodzaj dziwacznej gry wstępnej, pomimo iż dama była ewidentnie godna szacunku, wrogo nastawiona i nie przypadła mu do gustu.

Przystanął w mrocznym kącie i próbując się uspokoić, obracał w kieszeni diamentowy kolczyk. Znalazł go pod sofą i zamierzał oddać pani Idealnej, zanim jej ostry język sprawił, że zupełnie zapomniał o błyskotce. Cóż, dobrze jej tak. Nie powinna zwracać się w ten sposób do dżentelmena.

Wzruszył ramionami. Kiedy wszedł przed półgodziną do sali balowej, nie zdążył przywitać się z matką i siostrami, bo Bella niemal od razu zwabiła go do saloniku. Gdyby wiedział, że jej mąż też jest na balu, za nic nie pozwoliłby się uwikłać w tak ryzykowną sytuację.

Westchnął. Za późno na żale. Lepiej umieścić żenujący epizod pomiędzy sprawami, o których powinno się jak najszybciej zapomnieć, i iść dalej. Megs i Caroline nie przeszkadzało zapewne, że zniknął, lecz matka bez wątpienia będzie go wyglądać. Nie ma sensu odkładać tego, co nieuniknione. Poprawił po raz ostatni krawatkę, upewniając się, że się nie przekrzywiła, i wszedł do sali.

Kryształowy żyrandol zalewał potokami światła pomieszczenie pełne gości. Zaręczyny Mandeville’a miały stanowić najważniejsze wydarzenie sezonu i nikt spośród towarzystwa nie zamierzał tego przepuścić. Zaczął torować sobie drogę przez kolorowo odziany tłum, zwalniając od czasu do czasu, aby przywitać się z przyjaciółmi lub znajomymi.

– Jak miło, że zdecydowałeś się przyjść – dobiegło go z tyłu.

Odwrócił się od dwóch wdzięczących się młodych mężatek blokujących mu przejście i pochylił, by ucałować matkę w policzek.

– Miło cię widzieć, madame.

Słowa były zdawkowe, w przeciwieństwie do kryjących się za nimi emocji. Nie było go w Londynie przez prawie rok, minęło też osiem miesięcy, odkąd matka odwiedziła go w rodzinnym majątku w Lancashire. Przechylił głowę, by się jej przyjrzeć. W elegancko uczesanych włosach damy, przykrytych koronkowym czepkiem, dostrzegł kilka siwych pasm, ale poza tym wydawała się niezmieniona. Brązowe oczy, otoczone zmarszczkami śmiechu, błyszczały inteligencją, wygięte w delikatny łuk wargi zacisnęła, by ukryć pełen czułości uśmiech, a proste brwi uniesione były lekko na końcach w wyrazie ciągłego rozbawienia, jakże podobnym do tego, który widniał również na jego twarzy.

– Jesteś brązowy jak skorupka orzecha – wymamrotała, dotykając palcem jego policzka. – Przypuszczam, iż dużo jeździłeś po polach.

– Spostrzegawcza jak zawsze – zauważył, podając jej ramię.

– A jak tam zbiory? – spytała, przyjmując je.

Poczuł, że zaczyna boleć go głowa, mimo to odpowiedział radośnie:

– Stosunkowo dobrze.

Spojrzała na niego z niepokojem.

– Naprawdę?

– Lato było suche, są więc trochę mniejsze, niż się spodziewaliśmy. – Spore niedomówienie, biorąc pod uwagę, że tak naprawdę była to katastrofa. Ich ziemia nie była szczególnie urodzajna, o czym matka doskonale wiedziała, nie widział wszakże powodu, aby ją niepokoić. – Damy sobie radę, bez obaw.

Wyglądało na to, że jego odpowiedź wywarła zamierzony skutek.

– To dobrze. Lord Bollinger chyba interesuje się Margaret, należałoby więc sprawić jej w tym sezonie kilka nowych sukien. Nie chciałabym jednak nadwerężać twoich finansów.

– To nie problem – odparł, zastanawiając się gorączkowo. Będzie, jak zwykle, ciężko, ale powinien wyskrobać dość gotówki – o ile nie poniosą dalszych strat. Ból w skroni jeszcze się nasilił. – Kup Megs wszystkie fatałaszki, jakich zapragnie. Rodzinne finanse jakoś to wytrzymają.

Twarz matki wypogodziła się, a zmarszczka niepokoju pomiędzy brwiami zniknęła.

– I, oczywiście, jest jeszcze Thomas.

Zdążył przygotować się wewnętrznie, iż matka poruszy temat brata, nie był jednak w stanie zapobiec temu, by jego mięśnie stężały z napięcia.

A ona, oczywiście, natychmiast to wyczuła.

– Tak się cieszę, że przyszedłeś, Griffinie. Najwyższa pora, byście zażegnali to małe nieporozumienie.

Griffin prychnął. Nie sądził, by jego brat kiedykolwiek uznał tę sprawę za „małe nieporozumienie”. Thomas zawsze zachowywał się jak należy i nie kłóciłby się z Griffinem o drobiazgi. Oznaczałoby to bowiem, że dał się ponieść emocjom, a dla kogoś tak poprawnego w każdym calu było to niedopuszczalne. Nie wiedzieć czemu Griffinowi przypomniały się nagle szare oczy pani Idealnej. Ona, bez wątpienia, doskonale zgodziłaby się z tym sztywniakiem, jego bratem.

Spróbował udawać, że cieszy go perspektywa spotkania z Thomasem.

– Oczywiście. Wspaniale będzie znowu pogadać.

Matka zmarszczyła brwi. Najwidoczniej powinien popracować nad sztuką aktorską.

– Brakuje mu ciebie, wiesz?

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Naprawdę – zapewniła, choć zauważył, że nieco się przy tym zarumieniła; widocznie nawet ona miała wątpliwości, czy Thomasa ucieszy widok brata. – Wasze relacje muszą się poprawić. To niedobre dla rodziny, dla was obu i dla mnie. Nie mam pojęcia, dlaczego trwa to tak długo.

Griffin pochwycił kątem oka błysk zieleni i jego puls przyspieszył. Lecz nim się odwrócił, dama w sukni koloru mchu zdążyła już zniknąć w tłumie.

– Słuchaj uważnie, Griffinie – syknęła matka.

Uśmiechnął się do niej.

– Przepraszam, zdawało mi się, że widzę kogoś, kogo wolałbym uniknąć.

– Jestem pewna, że była to któraś z niegodnych szacunku dam, z którymi tak chętnie się zadajesz – prychnęła.

– Prawdę mówiąc, wręcz przeciwnie – odparł swobodnie. – Ta jest aż nadto szacowna.

Wsunął dłoń do kieszeni i dotknął kolczyka. Kiedyś zapewne będzie musiał go zwrócić.

– Doprawdy? – Przez chwilę miał nadzieję, że uda mu się odwrócić uwagę matki, potrząsnęła jednak tylko głową i kontynuowała:

– Nie próbuj zmieniać tematu. Minęły trzy lata, odkąd się pokłóciliście, i mam już nerwy w strzępach. Nie sądzę, bym mogła znieść jeszcze jeden lodowaty w tonie list albo kolację, kiedy to muszę uważać na każde słowo, by nie poruszyć drażliwego tematu.

– Pokój, matko. – Griffin zaśmiał się i ucałował jej zarumieniony z gniewu policzek. – Thomas i ja uściśniemy sobie dłonie i pogodzimy się, a ty będziesz mogła jadać z nami oboma, kiedy tylko będę w Londynie.

– Obiecujesz?

– Przysięgam na honor. – Przycisnął dłoń do piersi. – Zamierzam być tak miły i uprzejmy, że Thomas nie zdoła się powstrzymać, aby nie rzucić się na mnie z wyrazami braterskiej miłości.

– Hm – mruknęła. – Cóż, mam nadzieję, że tak się właśnie stanie.

– Żadna siła – zapewnił ją wesoło – nie zdoła mnie powstrzymać.

* * *

– Szczęśliwa?

Hero odwróciła się na dźwięk głębokiego męskiego głosu i zobaczyła ukochanego starszego brata, Maximusa Battena, księcia Wakefielda. Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy – tyle bowiem trwało zaaranżowanie zaręczyn – Maximus wypytywał ją kilkakrotnie, czy jest zadowolona z wyboru narzeczonego, lecz nigdy nie spytał, czy jest szczęśliwa.

– Hero?

Maximus ściągnął proste brwi ponad wydatnym nosem.

Często myślała o tym, iż wygląd brata doskonale odpowiada jego pozycji. Gdyby ktoś zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie idealnego księcia, z pewnością wyglądałby on jak Maximus: wysoki, o szerokich ramionach, lecz nieprzesadnie mocno zbudowany, z wąską, pociągłą twarzą o nieco zbyt stanowczym wyrazie, by mogła zostać uznana za atrakcyjną. Brązowe włosy nosił krótko ścięte, by nie przeszkadzały pod peruką. Oczy, także brązowe, mogłyby wydawać się ciepłe, lecz jedno ich zniecierpliwione spojrzenie natychmiast przekonałoby każdego, że jest inaczej. Ciepło i serdeczność były ostatnimi cechami, które można by przypisać księciu Wakefieldowi. Mimo wszystko był jednak jej bratem.

Uśmiechnęła się zatem do niego.

– Tak, jestem całkiem szczęśliwa.

Czyżby w jego poważnym spojrzeniu dostrzegła ulgę? Na chwilę ogarnęło ją poirytowanie. Przedtem nie zdradził ani słowem, iż jej szczęście może mieć jakiekolwiek znaczenie. Połączenie włości i interesów, wzmocnienie parlamentarnego aliansu z Mandeville’em – oto, czym należało się kierować. Uczucia, o czym dobrze wiedziała, nie odgrywały w negocjacjach żadnej roli. Nie przeszkadzało jej to. Była córką księcia i wiedziała od kolebki, jaka jest jej rola i miejsce w świecie.

Maximus zacisnął wargi, przyglądając się gościom.

– Chcę, żebyś wiedziała, że możesz jeszcze zmienić zdanie.

– Doprawdy? – Rozejrzała się po sali. Mandeville House został elegancko przystrojony. Dekoracje wykonano w kolorze błękitu i srebra – barwach rodziny Batten – oraz szkarłatu i czerni Readingów. Na każdym stoliku stały kwiaty, wynajęto też armię dodatkowych lokai. Hero spojrzała na brata. – Wszystko zostało już ustalone, kontrakty podpisane.

Maximus ściągnął brwi w geście książęcego niezadowolenia.

– Jeśli naprawdę chciałabyś wycofać się z zaręczyn, mógłbym to załatwić.

– To bardzo wspaniałomyślnie z twojej strony – odparła Hero, wzruszona szczerą, choć wyrażoną nieco burkliwie troską brata. – Lecz jestem całkiem zadowolona.

Skinął głową.

– Skoro tak, chyba już pora, byśmy dołączyli do twego przyszłego męża.

– Oczywiście.

Postarała się, aby jej głos brzmiał pewnie, lecz dłoń, którą położyła na rękawie ciemnoniebieskiego surduta brata, lekko drżała.

Na szczęcie Maximus chyba tego nie zauważył. Poprowadził ją przez salę balową, poruszając się, jak zwykle, niespiesznie, acz zdecydowanie. Czasami Hero zastanawiała się, czy brat zdaje sobie sprawę, iż może płynąć przez tłum bez przeszkód, ponieważ ludzie ustępują mu pospiesznie z drogi.

Jakiś mężczyzna stał tuż przy parkiecie, odwrócony do nich plecami. Miał na sobie poważny, czarny strój i śnieżnobiałą perukę. Odwrócił się, gdy nadchodzili, i Hero zamarła na chwilę z niedowierzania. Coś w układzie jego ramion i kształcie szczęki przypomniało jej bowiem szelmę, z którym odbyła przed chwilą ożywioną sprzeczkę. A potem spojrzał wprost na nią i ukłoniła się zgrabnie markizowi Mandeville’owi, ganiąc się w duchu za zbyt wybujałą wyobraźnię. Trudno było bowiem o kogoś mniej przypominającego pana Bezwstydnego niż jej narzeczony.

Mandeville był wysoki i stosunkowo przystojny. Gdyby częściej się uśmiechał, mógłby uchodzić za niemal pięknego. Czuło się jednak, że piękno byłoby w przypadku markiza czymś niestosownym, przesadnie ostentacyjnym, a takie działania zdecydowanie nie były w jego stylu.

– Wasza Miłość. Lady Hero. – Mandeville ukłonił się elegancko. – Wygląda pani dziś jeszcze piękniej, milady.

– Dziękuję panu.

Uśmiechnęła się i z zadowoleniem spostrzegła, że zwykle tak stanowcze rysy jego twarzy łagodnieją.

A potem spojrzał na nią raz jeszcze.

– Moja droga, masz tylko jeden kolczyk.

– Doprawdy? – Dotknęła bezwiednie obojga uszu, a potem spłonęła rumieńcem na wspomnienie tego, co stało się z drugim kolczykiem.

Zdjęła czym prędzej pozostały i oddała bratu, by go przechował.

– Tak jest lepiej – stwierdził z aprobatą Mandeville. – Możemy? – zapytał, spoglądając przy tym nie na Hero, lecz na jej brata.

Maximus skinął głową.

Mandeville dał znak kamerdynerowi, chociaż rozmowy i tak zaczęły już cichnąć i goście jęli odwracać się ku gospodarzowi. Hero przywołała na twarz uśmiech i stała wyprostowana, bez ruchu, jak uczono ją od dziecka. Dama jej rangi nie powinna zdradzać, że jest zdenerwowana. Nie znosiła bycia w centrum uwagi, ale musiała się z tym pogodzić jako córka księcia. Spojrzała na Mandeville’a. Jako markiza będzie przyciągała jeszcze więcej spojrzeń.

Oczywiście.

Stłumiła westchnienie i oddychała przez chwilę miarowo, powoli, wyobrażając sobie, że jest posągiem. Był to stary trik, bardzo skuteczny w podobnych sytuacjach. Stawała się na jakiś czas pustą rzeźbą, idealnym uosobieniem wysoko urodzonej damy. Prawdziwa ona, kobieta, którą była, nie była nikomu potrzebna.

– Drodzy przyjaciele – zaintonował Mandeville. Słynął w parlamencie z tego, że był doskonałym mówcą, obdarzonym na dodatek wspaniałym, głębokim głosem. Hero sądziła, że w jego zachowaniu daje się wyczuć coś teatralnego, lecz, oczywiście, nie zamierzała o tym wspominać. – Zebraliśmy się tu dzisiaj z okazji ważnej uroczystości: moich zaręczyn z lady Hero Batten.

Odwrócił się, ujął jej dłoń i ucałował palce. Hero odpowiedziała uśmiechem, dygnęła z wdziękiem, a goście zaczęli bić brawo, po czym ruszyli gromadnie, by złożyć im gratulacje.

Hero dziękowała właśnie przygłuchej hrabinie, gdy usłyszała, jak Mandeville mówi:

– Ach, Wakefield, lady Hero, chciałbym wam kogoś przedstawić.

Odwróciła się i spojrzała wprost w rozbawione zielone oczy. Stała tak, nie mogąc się odezwać choćby słowem, kiedy pan Bezwstydny skłonił się, ujął jej dłoń i musnął ją gładkimi, ciepłymi wargami.

Jakby z oddali dobiegł ją głos Mandeville’a:

– Droga Hero, poznaj mojego brata. Lord Griffin Reading.

Rozdział 2

Kruczowłosa rządziła swoim królestwem mądrze i w pokoju

od śmierci króla. Kobiecie niełatwo jednak sprawować

władzę w męskim świecie. Nikomu z armii doradców, ministrów

i uczonych nie mogła w pełni zaufać. Dlatego każdej nocy stawała

na balkonie, trzymając w dłoniach małego brązowego ptaszka.

Opowiadała mu szeptem o swoich zmartwieniach, zwierzała się

z sekretów, a potem go wypuszczała. Wzlatywał wysoko,

zabierając ze sobą jej troski…

– z Baśni o królowej Kruczowłosej

Hero wzięła głęboki oddech i przywołała na twarz zdawkowy uśmiech – w sam raz na podobną okazję. Nie zdradzał ani na jotę, jak bardzo zaszokowała ją wiadomość, iż pan Bezwstydny zostanie wkrótce jej szwagrem.

– Miło mi pana poznać, lordzie Griffin.

– Doprawdy? – wymamrotał, pochylony nad jej dłonią, aby nikt więcej go nie usłyszał.

– Oczywiście.

– Kłamczucha.

Stonowany, starannie odmierzony uśmiech zamarł na jej wargach, gdy wysyczała cicho:

– Niech się pan nie waży robić scen!

– Scen? Ja?

Zmrużył oczy i Hero zorientowała się, iż być może popełniła taktyczny błąd.

Próbowała cofnąć dłoń, ale nieznośny mężczyzna ścisnął ją mocniej, prostując się niespiesznie.

– Jakie to miłe poznać w końcu nową siostrę. Nie będzie pani przeszkadzało, że będę się tak do niej zwracał, prawda? Czuję się tak, jakbyśmy już się znali. Wkrótce będziemy spotykać się podczas rozlicznych uroczystości rodzinnych – na kolacjach, śniadaniach, herbatkach i podwieczorkach. Na samą myśl o tym zapiera mi dech, droga siostrzyczko. Jakąż wesołą rodzinkę będziemy stanowili!

Uśmiechnął się do niej kpiąco.

Hero zrobiło się niedobrze na myśl, że ten nicpoń i rozpustnik będzie używał wobec niej tak intymnego określenia. Zwłaszcza że nie żywiła w stosunku do niego nawet cienia braterskich uczuć.

– Nie…

– Przykro mi to słyszeć – wymamrotał.

Zacisnęła zęby i szarpnęła dyskretnie dłonią, jednak na próżno.

– Lordzie Griffin, ja…

– Lecz zechcesz chyba ze mną zatańczyć, moja śliczna przyszła siostrzyczko? – zapytał z bezczelnie niewinną miną.

– Nie sądzę…

Uniósł brwi, a w jego zielonych oczach zabłysło rozbawienie.

– … żeby to był dobry… – wykrztusiła.

– Oczywiście. – Ukłonił się, spuszczając wzrok. – Dlaczego idealna dama miałaby zechcieć zatańczyć z nicponiem takim jak ja? Przepraszam, że nalegałem.

Naprawdę drżały mu wargi. Hero poczuła, że płonie jej twarz. W jakiś sposób udało mu się wzbudzić w niej poczucie winy i sprawić, że wyglądała na nieczułą.

– Cóż… – Przygryzła wargi.

– To miła propozycja, Hero. Co powiesz? – zapytał niespodziewanie Maximus.

Drgnęła lekko, zaskoczona, a Reading ścisnął jej palce w ostrzegawczym geście. Dobry Boże! Niemal zapomniała, że stoją pośrodku zatłoczonej sali balowej! Nigdy wcześniej nie przydarzyło jej się coś takiego. Bez względu na to, gdzie się znajdowała, nie zapominała, że jest córką księcia, i zachowywała się w odpowiedni sposób.

Skonsternowana spojrzała na Readinga i przekonała się, że kpiący uśmieszek zniknął bez śladu, a z jego twarzy nie sposób było teraz cokolwiek wyczytać.

– Oczywiście, jeśli pozwolisz, Thomasie – powiedział, zwracając się do brata.

Kiedy tak stali obok siebie, podobieństwo między nimi rzucało się w oczy. Byli tego samego wzrostu i unosili kwadratowe podbródki w ten sam charakterystyczny sposób, jakby rzucali wyzwanie wszystkim obecnym w pobliżu mężczyznom. Przyglądając się braciom, skonstatowała, że Reading wydaje się starszy, chociaż wiedziała, że jest odwrotnie. Griffin miał jednak głębiej osadzone oczy, otoczone mocniej zarysowanymi zmarszczkami, i bardziej cyniczne spojrzenie. Wyglądał, jakby doświadczył w życiu o wiele więcej niż Mandeville.

Mandeville nie odpowiedział i cisza stawała się niezręczna. Ich matka stała pomiędzy mężczyznami, spoglądając z niepokojem na starszego syna i być może nakazując mu coś bez słów.

Mandeville skinął bowiem nagle głową i uśmiechnął się do brata, choć uśmiech nie sięgnął oczu.

Reading odwrócił się natychmiast i poprowadził Hero na parkiet. Chociaż na pozór się nie spieszył, to nim się obejrzała, byli już na środku sali.

– O co panu chodzi? – syknęła.

– Chyba o menueta.

Zganiła go spojrzeniem za ten dziecinny żarcik.

– No, no, droga siostrzyczko, moja…

– Proszę mnie tak nie nazywać!

– Jak, siostro?

Inne pary zaczęły się już ustawiać do menueta, odwrócił się więc ku niej.

– Tak! – odparła z oburzeniem.

– Ale zostanie pani wkrótce moją siostrą – odparł powoli, cierpliwie, jakby rozmawiał z niezbyt pojętnym dzieckiem. – Żoną mojego starszego brata, przewyższającą mnie pozycją, jeśli nie wiekiem. Jak inaczej miałbym się do pani zwracać?

Popatrzył na nią tak niewinnie, że omal nie parsknęła śmiechem.

Na szczęście zdołała się powstrzymać. Bóg wie, co Mandeville – o jej bracie nie wspominając – mógłby sobie pomyśleć, gdyby zaczęła chichotać niczym podlotek podczas swego zaręczynowego balu.

– Dlaczego poprosił mnie pan do tańca?

– Oczywiście po to, by uczcić cudowne zaręczyny pani z moim bratem – odparł, udając, że czuje się urażony.

Uniosła lewą brew, lecz i tym razem nie wywarło to na nim wrażenia.

Pochylił się ku niej i wyszeptał ochryple:

– A może wolałaby pani, byśmy omówili szczegóły naszego pierwszego spotkania w obecności naszych rodzin?

Rozbrzmiały takty menueta i Hero skłoniła się głęboko.

– Dlaczego miałabym się tym przejmować? To raczej pan miałby coś do stracenia, gdyby okoliczności naszego poznania wyszły na jaw.

– Można by tak pomyśleć – odparł, gdy okrążali się nawzajem – gdyby nie wyjątkowo podejrzliwe usposobienie mojego brata.

Hero ściągnęła brwi.

– Co usiłuje pan insynuować?

– Twierdzę – wymamrotał Reading – że mój brat jest dupkiem o ciasnym umyśle, który, gdyby nakrył panią w jednym pokoju ze mną i z Bellą, wyciągnąłby bez wahania kilka niefortunnych i zgoła nieprawdziwych wniosków.

Rozdzielili się na chwilę i Hero spróbowała przyjąć do wiadomości, iż może istnieć ktoś o tak czarnej duszy, by myśleć jak najgorzej o własnym bracie.

Kiedy się znowu spotkali, spytała cicho:

– Dlaczego pan mi to mówi?

Wzruszył ramionami.

– Ponieważ to prawda.

Potrząsnęła głową.

– Nie sądzę. Uważam, że stara się pan zniechęcić mnie do brata, a to doprawdy podłe.

Uśmiechnął się, choć mięsień pod jego prawym okiem widocznie zadrżał.

– Pani Idealna, witam ponownie.

– Proszę przestać mnie tak nazywać – syknęła. – Nie sądzę, by Mandeville był tak nieżyczliwy, jakim najwidoczniej się panu wydaje.

– Niechętnie przeciwstawiam się damie, lecz nie ma pani pojęcia, o czym mówi.

Spojrzała na niego z gniewem.

– Obraża pan zarówno swego brata, jak i mnie. Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiał zrobić, aby zasłużyć na takie traktowanie.

Pochylił się nad nią tak nisko, że poczuła woń cytryn i drzewa sandałowego.

– Nie potrafi pani?

Nie zdołała powstrzymać dreszczu, jaki wywołała w niej jego bliskość. Nie była niska – prawdę mówiąc, górowała nad większością swoich znajomych – lecz Reading przewyższał ją o dobre trzydzieści centymetrów. Posługiwał się tą fizyczną przewagą, aby ją onieśmielić.

Cóż, nie pójdzie mu tak łatwo. Prychnęła cicho i odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy.

– Nie. Nie potrafię wyobrazić sobie przewiny tak wielkiej, że mógłby się pan czuć usprawiedliwiony, próbując go przede mną oczernić.

– Może zatem szwankuje pani wyobraźnia – powiedział, spoglądając na nią spod na wpół opuszczonych powiek.

– A może to z panem jest coś nie tak.

– Pani zdaniem, zapewne. W końcu nie jestem tak idealny jak mój brat. Nie błyszczę w parlamencie, nie posiadam też jego wdzięku ani urody. A przede wszystkim – dodał, znów pochylając się nad Hero – jego tytułu.

Przez chwilę wpatrywała się weń z niedowierzaniem, a potem cicho się roześmiała.

– Jest pan aż tak zazdrosny, iż zakłada, że wychodzę za pańskiego brata dla tytułu?

Z zadowoleniem zauważyła, że cios sięgnął celu. Reading odsunął się bowiem i ściągnął brwi.

– Nie jestem zazdrosny…

– Nie? – przerwała mu słodko. – Więc może jest pan głupcem. Mandeville to człowiek szlachetny. Dobry. Szanowany przez swoich towarzyszy i każdego, kto się z nim zetknie. Jest też przyjacielem mojego brata i jego sojusznikiem. Fakt, że się z nim zaręczyłam, napawa mnie dumą.

Ponownie musieli się rozdzielić, a kiedy taniec znów ich połączył, Reading skłonił się sztywno i powiedział:

– Może ma pani rację. Może jestem po prostu głupi.

Zamrugała zaskoczona. Nie sądziła, by szelma, taki jak on, zdolny był przyznać się do tego, iż ma jakieś wady.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się kątem ust, jakby wiedział, o czym pomyślała.

– Opowie pani Thomasowi o naszym spotkaniu?

– Nie.

Nawet nie musiała się zastanawiać.

– Bardzo rozsądnie. Jak powiedziałem, brat z pewnością wziąłby pani za złe jej zachowanie.

Hero poczuła, że do jej serca zakrada się niepewność. Choć bardzo nie chciała w to uwierzyć, czuła, że narzeczony rzeczywiście mógłby wyciągnąć fałszywe wnioski.

Odsunęła od siebie tę myśl i spojrzała Readingowi w oczy.

– To o pańską reputację w oczach brata się troszczę.

Odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał. Mocny, głęboki dźwięk przyciągnął uwagę pozostałych tancerzy.

– To pani nie wie? Nie mam reputacji, o którą należałoby się troszczyć, droga pani Idealna. Proszę odłożyć tarczę i miecz, zdjąć zbroję. Nie ma smoka, którego trzeba by dla mnie zabić. Ani niczego, co wymagałoby obrony.

– Nie? – spytała zaciekawiona. Słyszała kilka wypowiadanych szeptem plotek na temat tajemniczego brata swego narzeczonego, lecz były rozczarowująco niejasne. – Czyli jest pan nieodwracalnie stracony?

– Jestem znanym szubrawcem. – Okrążał ją, poruszając się w rytm muzyki i szepcząc, by tylko ona mogła go usłyszeć. – Uwodzicielem, szelmą, najgorszego sortu rozpustnikiem, znanym z tego, że pije zbyt dużo, ugania się bez opamiętania za kobietami i beka w towarzystwie. Brakuje mi dyskrecji i zasad moralnych i wcale za nimi nie tęsknię. Jestem, krótko mówiąc, diabłem wcielonym, ty zaś, droga pani Idealna, zrobisz najlepiej, za wszelką cenę unikając mego towarzystwa.

* * *

Wybuch męskiego śmiechu skłonił Thomasa Readinga, markiza Mandeville’a, by spojrzeć na parkiet. Griffin odrzucił głowę do tyłu i śmiał się bez skrępowania z czegoś, co powiedziała lady Hero. Na szczęście dama wydawała się o wiele mniej rozbawiona. Mimo to mięśnie ramion markiza bezwiednie się napięły.

Do diabła z Griffinem!

– Twojemu bratu najwidoczniej przypadło do gustu towarzystwo mojej siostry – mruknął Wakefield.

Thomas odwrócił się i napotkał spojrzenie chłodnych brązowych oczu księcia. Zazwyczaj trudno było odgadnąć, o czym Wakefield myśli, a w tym akurat momencie mógłby spokojnie pozować do posągu Sfinksa.

Thomas chrząknął i spojrzał na brata okrążającego w tańcu jego narzeczoną.

– W rzeczy samej.

Wakefield skrzyżował ramiona na piersi.

– Hero przez całe życie była chroniona, jak przystało na dziewczę jej pozycji, posiada jednak zasady moralne najwyższej próby. Wiem, że nie uległaby pokusie i nie wykorzystała okazji, nawet gdyby jej się takowa nadarzyła.

Thomas skinął głową, czując, jak ze wstydu czerwienieje mu kark. Stłumił chęć, aby rozluźnić krawatkę po tym, jak książę udzielił mu zawoalowanego napomnienia.

– Wierzę panu, Wasza Miłość. Lady Hero cieszy się moim absolutnym zaufaniem i nie mógłbym potraktować jej inaczej niż z najwyższym szacunkiem.

– Doskonale. – Wakefield założył dłonie na plecach i przez chwilę przyglądali się w milczeniu tańczącym. A potem książę dodał cicho: – Klauzula nie działa.

Thomas spojrzał na niego z ukosa. Pragnąc zapobiec zwiększającemu się spożyciu dżinu wśród pospólstwa i związanym z tym nieszczęściom, przeforsowali w czerwcu dodanie do parlamentarnej ustawy, zwanej Sweets Act, klauzuli tyczącej się tego właśnie trunku. Pozwalała nagradzać donosicieli ujawniających nielegalnych sprzedawców dżinu.

– Z każdym dniem przed sędzią magistrackim staje coraz więcej sprzedawców – zauważył Thomas powoli. – Dlaczego uważa pan zatem, że przepis nie działa?

Wakefield wzruszył ramionami.

– Aresztują biedne kobiety handlujące trunkiem z taczek – powiedział głosem spokojnym i opanowanym, w którym dało się jednak wyczuć gniew. – Nieszczęsne zarabiają po kilka pensów. Tymczasem powinniśmy schwytać tych, którzy alkohol produkują. Grube ryby, kryjące się w cieniu i robiące majątek kosztem tych biedaczek.

Thomas zacisnął wargi. Na parkiecie lady Hero spoglądała z dezaprobatą na Griffina i widok ten sprawił mu ulgę.

– Jeśli uda nam się schwytać wystarczająco dużo handlarek, odczują to również producenci, zapewniam. Klauzula ma zaledwie kilka miesięcy. Musimy dać jej czas, przyjacielu.

– Nie mamy czasu – odparł Wakefield. – Londyn marnieje dręczony plagą pijaństwa. W naszym wspaniałym mieście więcej obywateli umiera, niż się rodzi. Trupy zalegają na ulicach i w rynsztokach East Endu. Mężowie-pijacy porzucają żony, matki-pijaczki zabijają niemowlęta, a starsze dzieci trafiają, porzucone, na ulicę. Jak Anglia może prosperować, skoro robotnicy tracą zmysły i zdrowie? Jeśli nie pozbędziemy się z miasta dżinu, degeneracja będzie postępowała.

Thomas wiedział, że Wakefield przejmuje się problemem pijaństwa, ale żeby aż tak? Podobna pasja nie pasowała do księcia, jakiego znał.

Ruch po drugiej stronie parkietu przyciągnął nagle jego uwagę. Na skraju tłumu pojawiła się kobieta, odziana w jaskrawopomarańczową suknię, podszytą halką w kolorze pierwiosnków. Jej włosy miały nienaturalną barwę głębokiej czerwieni, usta zaś i policzki pokrywał róż. Mężczyźni na parkiecie nie mogli oderwać od niej wzroku, kiedy żartobliwie stukała wachlarzem w przedramię towarzyszącego jej mężczyzny. Powiedział coś, a wtedy odchyliła do tyłu białą szyję i zaśmiała się, aż zakołysały się jej piersi.

– …tylko jeśli przed sąd trafi ktoś ważny i bogaty – zakończył tymczasem Wakefield.

Thomas zamrugał, uświadamiając sobie, że umknęła mu większa część tyrady księcia. Odwrócił się ku niemu, lecz kątem oka nadal widział kobietę, przesuwającą figlarnie czubkami palców po szczytach piersi.

– Rozwiązłe babsko.

– Kto?

Do licha, powiedział to na głos i teraz Wakefield czekał na odpowiedź.

– Pani Tate – odparł, krzywiąc się i wskazując brodą kobietę po drugiej stronie sali. – Za każdym razem, kiedy ją widzę, ma u boku innego kochanka, za każdym razem młodszego. Powinno się ją oskarżyć o szerzenie nieprzyzwoitości. Przecież widać, że musi mieć ze trzydzieści pięć lat.

– Trzydzieści osiem – wymamrotał Wakefield.

Thomas odwrócił się i spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Zna ją pan?

– Chyba większość osób z towarzystwa ją zna – odparł książę, unosząc brwi.

Thomas znowu spojrzał na panią Tate. Czy Wakefield miał na myśl znajomość w sensie biblijnym? Czyżby i on z nią spał?

– Jest błyskotliwa i przyjemna w obejściu – kontynuował swobodnie Wakefield. – Poza tym poślubiła mężczyznę trzy razy starszego. Nie mam jej za złe, że zapragnęła nieco rozrywki, kiedy została wdową.

– Nie kryje się z tym – wycedził Thomas, czując, że Wakefield mu się przygląda.

– Być może, ale zadaje się wyłącznie z nieżonatymi. Unika nawet zaręczonych.

Tymczasem Lavinia Tate podniosła wzrok i, jakby na dźwięk słowa „zaręczonych”, spojrzała przez salę wprost na Thomasa.

Wiedział, chociaż z tej odległości nie można było tego dostrzec, że jej oczy są po prostu brązowe. I tego, pomyślał z satysfakcją, nie uda jej się zmienić. Jej oczy są i zawsze będę zwyczajnie brązowe, nieważne, jak je pomaluje.

Wytrzymała jego spojrzenie i uniosła brodę, który to ruch każdego mężczyznę godnego tego miana przyprawiłby o szybsze bicie serca. Było to spojrzenie stare jak Eden, takie, jakim Ewa rzuciła kiedyś wyzwanie Adamowi, podsuwając mu przejrzały owoc.

Thomas z rozmysłem odwrócił wzrok. Spróbował raz tego owocu i choć było to trudne, odrzucił jego uderzającą do głowy słodycz. Kobieta była po prostu dziwką. A jeśli miał w życiu czegoś powyżej uszu, to właśnie dziwek.

* * *

Twarz lady Hero pozostała spokojna, poważna i niemal piękna – wyglądała tak, jakby długa litania grzechów Griffina nie wywarła na niej wrażenia.

– Zdecydowałam już, że jest pan szelmą – powiedziała, kiedy zatrzymał się przed nią. Następnie z wdziękiem dygnęła. – Lecz skoro ma być pan moim szwagrem, lordzie Reading, unikanie pańskiego towarzystwa może okazać się trudne.

Kobieta wiedziała, jak rozwiać iluzje mężczyzny na temat samego siebie. Po raz kolejny uderzyło go, że spośród wszystkich obecnych na balu dam akurat ta musiała okazać się narzeczoną Thomasa. Kobieta, która nie kryła, jak dalece nie przypadł jej do gustu jego brat, która widziała go w najgorszym momencie – i nic nie wskazywało na to, iż zamierza puścić to w niepamięć. Kobieta dumna ze swej nieskalanej duszy.

Pani Idealna – idealna żona dla jego idealnego brata.

Przyglądał się jej z niechęcią, gdy unosiła przeklętą lewą brew. Nie była właściwie piękna, miała jednak ten rodzaj wrodzonej elegancji, jaki można napotkać czasem wśród angielskiej arystokracji. Składały się nań bladokremowa skóra, nieco zbyt długa twarz, regularne rysy i włosy w stonowanym odcieniu rudości.

Widywał ten typ setki razy, a jednak… było w lady Hero coś, co ją zdecydowanie wyróżniało. Po pierwsze, większość kobiet o jej pozycji zostawiłaby go w saloniku na pastwę losu. Ona zaś nagięła swoje zasady, by uratować skórę jemu i Belli. Czy kierowała się współczuciem dla dwojga nieznajomych? A może raczej kodeksem moralnym, który nakazywał pokonać niesmak, aby uniknąć przelania krwi?

Rozejrzał się po sali. Muzyka umilkła, goście przestali tańczyć i należało odprowadzić ją do tego sztywniaka Thomasa. I zrobi to, oczywiście, tyle że nie od razu.

Skłonił się, a potem podał jej ramię.

– Smutne, prawda? – zapytał z pozorną uległością.

Spojrzała podejrzliwie na jego ramię, nie mogła jednak odmówić wsparcia się na nim. Nie pozwalały jej na to zasady. Griffin stłumił nagły przypływ triumfu.

– Co mianowicie? – spytała czujnie.

– To, że kobieta tak przyzwoita jak pani zmuszona jest znosić towarzystwo kogoś takiego jak ja, bo tak nakazuje uprzejmość.

– Hm. – Uniosła brodę, kiedy prowadził ją z wolna przez tłum. – Mam nadzieję, że znam swój obowiązek.

Przewrócił oczami.

– Proszę się nie poddawać. Znoszenie mojej obecności z pewnością przybliży panią do świętości.