Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Zajazd „Jerozolima” ebook

Martha Grimes

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zajazd „Jerozolima” - Martha Grimes

 

Piąty tom z Richardem Jurym!

Nie ma bardziej depresyjnej pory niż Boże Narodzenie, tak przynajmniej sądzi sympatyczny inspektor. Niechętnie więc opuszcza rodzinny Londyn i wybiera się na święta do Newcastle, do okropnie nudnej kuzynki. Podczas postoju w małej miejscowości udziela pomocy samotnej kobiecie, która zasłabła. Skwapliwie przyjmuje jej zaproszenie na drinka i po miłej pogawędce oboje postanawiają zobaczyć się nazajutrz. Kiedy Jury przychodzi na spotkanie, okazuje się, że kobieta nie żyje. Zszokowany inspektor chce wyjaśnić okoliczności jej śmierci. Rozmawia z sąsiadką zmarłej, odwiedza sierociniec, w którym ta bywała. Śledztwo jest tym trudniejsze, że miejscowi policjanci nie darzą Jury'ego sympatią. Niebawem wychodzi na jaw, że kobieta została w dzieciństwie adoptowana przez znaną rodzinę szlachecką i że coraz więcej tropów prowadzi do zajazdu „Jerozolima"...

 

 

Z recenzji Pod Zawianym Kaczorem:

 

Twórczość Marthy Grimes jest dla mnie [...] powrotem do stanu urzekającej błogości, która zawsze kojarzy mi się z ciepłym kominkiem, parującym kubkiem pysznej kawy i domowymi ciasteczkami. Miodność kolejnej części cyklu całkowicie rekompensuje czas, który przyszło na nią czekać.

Agnieszka Brodzik, carpenoctem.pl

 

Kryminalna zagadka skonstruowana jest klasycznie i po mistrzowsku, jak u Agathy Christie.

Marta Stasiak, Portal Kryminalny

Opinie o ebooku Zajazd „Jerozolima” - Martha Grimes

Fragment ebooka Zajazd „Jerozolima” - Martha Grimes

MARTHA

GRIMES

ZAJAZD „JEROZOLIMA”

przełożył Grzegorz Sowula

Tytuł oryginału: Jerusalem Inn

Copyright © 1984 Martha Grimes

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Spis rzeczy

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA Old Hall

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

CZĘŚĆ DRUGA Przystanek w pubie

Rozdział szósty

CZĘŚĆ TRZECIA Londyńskie czasy

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

CZĘŚĆ CZWARTA Śnieżna ślepota

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

CZĘŚĆ PIĄTA Gra na zwłokę

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

CZĘŚĆ SZÓSTA Końcowa rozgrywka

Rozdział dwudziesty szósty

CZĘŚĆ SIÓDMA „Zajazd Jerozolima”

Rozdział dwudziesty siódmy

Przypisy

Dla Pameli, przyjaciółki związków pełnej

[The wise men]

Edgar Bowers

O, siostro moja, siostro, to za ciebie.

Krew, pycha, żądza pchają do otchłani;

Każdy, jak diament, sam sobą się rani.

John Webster, Tragedia księżny Amalfi, V, 5

(tłum. Maciej

CZĘŚĆ PIERWSZAOld Hall

Rozdział pierwszy

Spotkanie na cmentarzu. Bez śladu ironii, tak miał to zapamiętać na zawsze – że niby cmentarne spotkanie było zwiastunem trwałości, na której tak mu zależało. Kopczyk śniegu na tarczy zegara słonecznego. Rejwach wróbli skrytych w żywopłotach. Czarny kot zasiadający majestatycznie w pustym pojniku dla ptaków. Okruchy pamięci. Niczym odłamki rozbitego lustra. Lustro to pech, Jury.

Zobaczył te kłócące się w żywopłocie wróble pewnego wietrznego grudniowego dnia. Do świąt zostało jeszcze pięć dni. Jury spoglądał przez bramę w kierunku Washington Old Hall. Ptaki – jeden uciekający, drugi w zawziętej pogoni – latały od krzaków do drzewa i z powrotem. Prześladowca podziobał drugiego do krwi. Jury nie dziwił się już żadnej jatce, ale ta go zaskoczyła. a więc działo się to wszędzie... Śledził ich lot z drzewa na żywopłot, potem na ziemię u jego stóp. Chciał przerwać tę walkę, ale poderwały się już i odfrunęły gdzieś daleko.

Brama była zamknięta, wycofał się więc i powlókł uliczkami starego Washington. Śnieg zamieniał się powoli w deszcz. w dodatku puby były już nieczynne, jak to po trzeciej. Nagle znalazł się przed katolickim kościołem na końcu jednej z ulic. Będziesz się teraz nad sobą użalać, Jury, co? Żadnych krewnych i znajomych, choćby żony, nikogo... Można, przecież to Boże Narodzenie, usprawiedliwiał się przed sobą.

Ta przygnębiająca wewnętrzna debata trwała jeszcze, gdy pchając ciężkie wrota kościoła, otworzył je i wszedł cicho do kruchty. Zorientował się, że zakłócił ceremonię chrztu prowadzoną w nawie świątyni. Ksiądz kontynuował śpiew, ale twarze rodziców obróciły się w kierunku intruza, a dziecko zapłakało głośno.

Jury słyszał jazgot wróbla prześladowcy: „Ty przygłupie”. Udał głęboką zadumę przed tablicą z parafialnymi wiadomościami, jakby chciał wszystkim przekazać informację, że to właśnie ta lektura daje mu szansę na zbawienie. Skłaniając nieznacznie głowę (akurat im na tym zależy, bęcwale!) w nieokreślonym kierunku, obrócił się na pięcie i wyszedł.

Czuł, że wróbel prześladuje go nadal na cmentarzu: siedzi mu na ramieniu, rozdziobuje ucho na krwawą miazgę, przypominając, że nikt go przecież nie zmuszał do przyjęcia marudnie powtarzanego zaproszenia do wspólnego spędzenia świąt („Przecież nigdy cię nie widzimy, Richardzie...”). Newcastle-upon-Tyne. Co za okropne miejsce w zimie. „Miły spacerek między nagrobkami, akurat coś dla ciebie, Jury... w śniegu, a jakże. Bo znów pada...”. i dziobem raz po raz.

Właśnie wtedy ją zobaczył, pochyloną nad jednym z grobów, wiatr wyrywał pasma jej brązowych, mokrych od deszczu i śniegu włosów spod kaptura peleryny. Gałęzie starych wierzb zamiatały ścieżkę wilgotnymi liśćmi. Kamienie nagrobne otulał mech. Poza nimi nie było tu nikogo.

Stała bez ruchu w pewnym oddaleniu. Zgarbiona nad grobem, przypominała mu naturalnej wielkości figurę, jedną z tych, jakie czasem widuje się nawet na najskromniejszych cmentarzach: wcielenie wiecznego bólu, mroczne, z nakrytą głową i ciasno splecionymi dłońmi.

Jej ręce, jak zauważył, były jednak czymś zajęte: zapisywały coś w małym notatniku. Albo była tak zaabsorbowana odczytywaniem tekstów na kamieniach, że nie zauważyła, gdy zbliżał się ścieżką, albo po prostu nie chciała naruszać jego prywatności.

Mogła dobiegać czterdziestki, ocenił, typ kobiety, której uroda z wiekiem nabiera szlachetności. Zapewne wyglądała teraz lepiej, niż gdy miała dwadzieścia lat. Twarz z tych, które zawsze mu się podobały, naznaczona żalem i smutkiem niczym cmentarna statua. Brązowy odcień jej włosów przypominał jego własny, ale rude pasemka można było dostrzec nawet w szarym mroku deszczowego popołudnia. Nie widział za to jej oczu, przysłoniętych kapturem. Pochylała się nad niewielkim nagrobkiem zdobnym w aniołki, których skrzydła mocno nadwyrężyła pogoda.

Jury udał, że przygląda się kamieniom, podobnie jak wcześniej studiował tablicę w kościele. Zastanawiał się właśnie nad stosownie posępną prezentacją, gdy kobieta podniosła rękę do czoła, potem opuściła ją na nagrobek, jakby szukała podparcia. Wyglądała mizernie.

– Czy dobrze się pani czuje? –Złapał ją szybko za ramię.

Potrząsnęła głową, jakby odpędzała złe myśli, i uśmiechnęła się do niego z zażenowaniem.

– Zrobiło mi się nagle słabo. To pewnie od tego ciągłego schylania się i zbyt szybkiego podnoszenia... Dziękuję panu. – Pospiesznie schowała notatnik i ołówek do jednej z dużych kieszeni naszytych na pelerynie. Metalowa okładka notatnika błysnęła złotem. Ołówek także miał złotą oprawkę, pelerynę uszyto z kaszmirowej wełny. Nie było w tej kobiecie nic taniego.

– Zakładam, że nie pisze pani książki o epitafiach... – Okropnie banalnie, pomyślał zirytowany własną niezręcznością. Inaczej by to wyglądało, gdyby miał z nią do czynienia jako z podejrzaną w sprawie o morderstwo.

Jego przypuszczenie nie wytrąciło jej jednak z równowagi.

– Skądże! – zaśmiała się krótko. – Zbieram tylko materiały.

– Do czego? Jeśli to oczywiście... Przepraszam, czy na pewno pani się dobrze czuje?

Kobieta znowu lekko się zatoczyła i podniosła rękę do czoła.

– Prawdę mówiąc, sama nie wiem. Czuję się dziwnie.

– Proszę usiąść. Właściwie przydałby się pani kieliszek czegoś mocniejszego, może brandy... – Zmarszczył brwi. – Tyle że puby są akurat zamknięte.

– Mieszkam tu niedaleko, zaraz na drugim końcu skweru. Nie mam pojęcia, skąd się wziął ten zawrót głowy. Może to moje lekarstwa... Przepraszam, za chwilę zacznę pokazywać panu blizny.

– Nie miałbym nic przeciwko temu. – Uśmiechnął się do niej: – Ale niech mi pani przynajmniej pozwoli się odprowadzić do domu.

– O, dziękuję, będę bardzo wdzięczna.

Wracali z cmentarza przez stary Washington, który ze swymi dwoma pubami i małą biblioteką po drugiej stronie skweru wydawał się teraz Jury’emu wyjątkowo pięknym miejscem.

– Mam w domu whisky, może miałby pan ochotę się przyłączyć?

Jury, dumny ze swej niewymuszenie oryginalnej odpowiedzi, powtórzył:

– Nie miałbym nic przeciwko temu.

Minęli „Pod herbem Washingtona”, większy z pubów. Miał jasne ściany i ciemne okiennice. Jej domek stał na końcu wąskiej, zamkniętej żywopłotem dróżki. Nad niewielkim gankiem wznosił się daszek równie spadzisty jak główny, kryty dachówką. Pomalowane na cytrynowy kolor drzwi lśniły niczym zimowa poświata.

Wewnątrz było jednak ciemnawo; wielodzielne okna, zbyt wąskie i zbyt wysoko umieszczone, nie wpuszczały wystarczająco dużo światła nawet w słoneczne dni. Kobieta włączyła lampę, witrażowy abażur rzucił nieco rozmyty tęczowy wzór na blat mahoniowego stolika.

– Właściwie to się nawet sobie nie przedstawiliśmy – rzekła ze śmiechem.

Miała rację. Idąc z cmentarza, rozmawiali jak starzy przyjaciele i nie zwrócili uwagi, że nie znają swoich imion.

– Jestem Helen Minton – powiedziała.

– Richard Jury. Nie pochodzi pani stąd, prawda? Akcent wydaje mi się londyński.

Znów się roześmiała:

– Niezły z pana znawca. Ja potrafię tylko rozpoznać wymowę z Kornwalii i z Surrey, no i jeszcze tych wszystkich Geordies stąd. z pewnością nie potrafiłabym wyłapać londyńskiego akcentu.

– Sam jestem z Londynu.

– Chciałabym spytać... Ale może pan usiądzie, bardzo proszę... Chciałabym więc wiedzieć to, o co wszyscy mnie pytają: co, u licha, pan tu robi? Londyn dla nas jest równie egzotyczny jak Arabia Saudyjska, choć przecież podróż pociągiem trwa zaledwie trzy godziny.

– Zatrzymałem się w drodze do Newcastle.

Odbierając od niego kurtkę z grubego zamszu, która jednak nie chroniła od tutejszych wiatrów, Helen spojrzała na niego podejrzliwie.

– Jakoś to pana nie cieszy...

Jury roześmiał się:

– Boże mój, aż tak to widać?

– Mhm. Wielka szkoda, że Newcastle wszystkim kojarzy się wyłącznie z węglem, gdy przecież większość kopalń jest już nieczynna. a samo miasto jest naprawdę przyjemne. – Przełożyła jego kurtkę do drugiej ręki. Nie powiesiła jej ani nie odłożyła, tylko stała z nią pośrodku pokoju i przypatrywała się Jury’emu. Miała oczy nieco ciemniejsze niż on, szare niczym cyna albo Morze Północne.

– Stąd nie jest daleko do morza, prawda? – zapytał.

– Nie, wybrzeże Sunderland jest w odległości kilku mil. – Przechyliła nieco głowę, wciąż intensywnie się w niego wpatrując: – Wie pan, że mamy oczy i włosy prawie tego samego koloru?

– Doprawdy? – odparł z udawaną swobodą. – Faktycznie, teraz sam też to zauważyłem... – Uśmiechnął się: – Mogłaby pani być moją siostrą.

Jego uśmiech wywołał jednak zupełnie inny efekt niż zazwyczaj. Spojrzała na niego z niewypowiedzianym smutkiem, po czym odsunęła się gwałtownie, by powiesić jego okrycie. – Po co pan jedzie do Newcastle? – zapytała, starannie umieszczając kurtkę na wieszaku.

– Odwiedziny u kuzynki. Akurat w święta. Nie widziałem jej od lat, mieszkała wcześniej w Potteries. Przenieśli się tu, licząc, że znajdą lepszą pracę... Co za złośliwość losu.

Helen powiesiła także swoją pelerynę na kołku i spytała:

– Czy to pana jedyna rodzina?

Potwierdził skinieniem głowy i usiadł. Poczęstował ją papierosem. Odsunęła włosy z twarzy, aby pochylić się nad płomieniem.

– No proszę, co za zbieg okoliczności. Też mam kuzyna, który jest moim jedynym krewnym. Artysta, i to bardzo dobry. – Wskazała niewielki abstrakcyjny obrazek o wyraźnych kolorach i ostrych liniach na ścianie przed sobą.

Jury uśmiechnął się:

– Wygląda na to, że los wyposażył nas bardzo podobnie. Włosy. Oczy. Kuzyni – wyliczał. – Podoba mi się pani dom – dodał. Paląc papierosa, rozsiadł się wygodnie w głębokim fotelu. – a co z whisky?

– Proszę.

Nalewała alkohol ze skupieniem dziecka, któremu nie wolno popełnić błędu.

– To właściwie nie jest mój dom – powiedziała. – Wynajmuję go. – Podała mu szklaneczkę.

– Chciałbym wiedzieć to, o co wszyscy panią pytają: co pani tu właściwie robi?

Trzymała swoją szklankę w obu dłoniach.

– Właściwie nic – odparła. – Dostało mi się trochę pieniędzy, wystarczająco, by żyć całkiem wygodnie. Tu jestem tylko z wizytą. Bardzo mi się podoba ta wioseczka, Old Town. Zbieram informacje na temat rodziny Washingtonów.

– Jest pani pisarką?

– Ja? Skądże znowu! Po prostu chcę się czymś zająć. Sporo Amerykanów tu przyjeżdża, co zrozumiałe, choć o tej porze roku mało kto się pojawia. To interesująca rodzina, nazwisko wzięła od wioski i dworu. Kilka wieków później Lawrence postawił dwór Sulgrave Manor. Był pan może w Old Hall? No nie, dziś pan na pewno nie mógł być, bo zamknięte. Proszę przyjść w czwartek, pomagam tam tego dnia, bo ich stały pracownik jest chwilowo nieobecny, mogłabym pana oprowadzić... – mówiła coraz ciszej. – Ale pan pewnie będzie zajęty u kuzynki, no i te święta...

Pokręcił głową:

– Tak bardzo zajęty to nie.

– Mogę panu wszystko pokazać – powtórzyła. – Domem zarządza dziś fundacja. Najbardziej lubię sypialnię na górze... – Spojrzała bezwiednie w kierunku sufitu i po chwili jej twarz okryła się rumieńcem. Szybko wróciła do tematu. – Mamy tam kuchnię, czasami przygotowuję herbatę dla gości, chociaż właściwie nikt tego ode mnie nie wymaga. Ale są tacy, którzy odwiedzają nas regularnie, więc...

Jury dusił się ze śmiechu, obserwując, jak próbowała zagadać wpadkę z sypialnią. Zachowując kamienną twarz, zapytał:

– Czy zje pani ze mną kolację, gdy już obejrzymy Old Hall?

– Kolację? – Zareagowała na jego zaproszenie z takim zdumieniem, że można było pomyśleć, iż nigdy wcześniej nawet nie próbowała zjeść wieczornego posiłku. Zapomniawszy o zakłopotaniu, wydawała się bardzo zadowolona. – Tak, oczywiście! Będzie mi bardzo miło. a właściwie to moglibyśmy zjeść tutaj. – Spojrzała w kierunku drugiego pokoju, zachwycona swym pomysłem. Odkrycie niezwykłych możliwości, jakie niosło zaproszenie Jury’ego, sprawiło, że aż rozłożyła szeroko ramiona.

Zaśmiał się w odpowiedzi:

– Ależ do głowy mi nie przyszło, by miała pani gotować. Czy nie ma tu żadnych restauracji?

– Nie dorównują mojej kuchni – odparła bez fałszywej skromności. – Całe to gadanie o jedzeniu sprawiło, że poczułam się głodna. Przed wyjściem zrobiłam talerz kanapek, może da się pan skusić?

Od wielu dni nie miał apetytu, ale nagle uznał, że jest wygłodzony. Zastanawiał się tylko, czy mają ochotę akurat na jedzenie. Uśmiechnął się:

– Owszem, z przyjemnością. Może doleję nam whisky, kiedy pani pójdzie po kanapki?

– Ależ tak, bardzo proszę. Barek jest tam. Zaraz wracam.

Jury wziął obie szklanki i rozejrzał się po pomieszczeniu. Była zaledwie czwarta po południu, ale zapadająca szarość sprawiła, że wnętrze okrył już mrok. Przytulny pokój, z rozpalonym kominkiem i skrywającymi meble pokrowcami w różyczki. Zauważył, że kominek dymi. Gdy spojrzał na oprawiony widok Old Hall, który wisiał nad gzymsem, zauważył szeroki na trzy, cztery cale pas jaśniejszej o ton tapety wokół obrazka.

Helen wkroczyła, niosąc srebrną tacę z kanapkami i zestawem dodatków: pikle Branstona, chrzan, musztardę i ostry sos.

Zaśmiał się na jej widok:

– No, no, widzę, że lubi pani poprawić sobie smak.

– Owszem. Okropna jestem, prawda? Uwielbiam ostre potrawy, cóż poradzić. w New Town jest hinduska restauracja, moglibyśmy tam pójść na kolację. – Posmarowała plaster wołowiny musztardą, dodała chrzanu, na tym wszystkim położyła jeszcze pikle. Odgryzłszy duży kęs, powiedziała: – Przypuszczam, że muszę być łatwopalna po takim jedzeniu... Spróbuje pan? To świeży chrzan, znajoma go przyrządza. – Podniosła małe kamionkowe naczynie, by mu pokazać.

– Nie, dziękuję, wolę kanapki bez przypraw, jeśli pani pozwoli.

Przez kilka minut jedli w przyjaznym milczeniu. Potem Helen usiadła na kanapie obok stojącej lampy, chowając jedną stopę pod spódnicę.

– Gdzie pan pracuje?

– Na Victoria Street. – Bardzo chciał, by kwestia jego zawodu pojawiła się jak najpóźniej; niektórych jego rozmówców to odstraszało.

– A co pan tam robi?

– To, co robi policja. Jestem gliniarzem.

Wbiła w niego wzrok. Roześmiała się:

– Nie, to niemożliwe! – Skinął głową, że to prawda. Wciąż nie mogła uwierzyć. – Ale przecież pan...

– „Nie wygląda jak gliniarz”, tak? Zobaczymy, co pani powie, kiedy włożę mundur i służbowy prochowiec.

Helen uśmiechała się, wciąż kręcąc z niedowierzaniem głową. Światło, sączące się przez witrażowy abażur, padało na jej twarz i włosy wąskimi kolorowymi plamami.

– Mogę to udowodnić, zadając kilka wścibskich pytań. Gotowa?

Zaczynali grę. Podejmowała ją świadomie.

– Jak najbardziej.

– Dobrze. a zatem, co pani tu naprawdę robi? Dlaczego jest pani tak przygnębiona? i czemu zdjęła pani znad gzymsu poprzedni obrazek?

Pierwsze pytanie sprawiło, że gwałtownie odwróciła wzrok, po trzecim równie szybko spojrzała na Jury’ego:

–W jaki...

– Kominek dymi, zostawia ślady na tapecie, jest jaśniejsza wokół obrazka. Niezbyt sobie pani radzi w takim maglowaniu, wygląda pani na winną jak... – Przestał się uśmiechać, gdy zauważył jej zdenerwowanie, a tego przecież nie chciał. Twarz pokrywał jej rumieniec, który nie był bynajmniej odbiciem światła.

– Ale pan spostrzegawczy – powiedziała tylko.

– To moja praca. Mam do tego słabość: nazwiska, daty, miejsca, twarze... niektóre naprawdę chciałbym zapomnieć... – Twojej na pewno nie, miał ochotę dodać. – Proszę mi wybaczyć, nie chciałem być ciekawski.

– Nie, nie – przerwała mu. – w porządku. Co do mojego przygnębienia... – Zaśmiała się wymuszenie. – No cóż, święta wpędzają mnie w depresję. Okropne, prawda? Podejrzewam jednak, że nie tylko mnie. Człowiek ma wyrzuty sumienia, że nie otacza go rodzina, tak jakby pozbył się jej umyślnie. – Zwracała się teraz do trzymanej w dłoni szklanki, nie do Jury’ego. – Wydaje mi się, że jesteśmy tak zobowiązani do okazywania radości, że gnębi nas poczucie winy, gdy niemożemy temu sprostać... – Wzruszyła ramionami i przerwała.

– Ja zwykle podczas Bożego Narodzenia proszę o dyżury, wtedy daję sobie jakoś radę. Jak się widzi to, co spotyka ludzi w tych właśnie dniach, człowiek pojmuje, że nie tylko jemu trudno przetrzymać te święta. – Jak staruszka, drobna i krucha, która powiesiła się we własnej szafie, pomyślał, choć tego już nie dodał. – To działa na mnie terapeutycznie. – Pod warunkiem że się lubi taki rodzaj terapii. – Jeśli nie ma pani żadnych świątecznych planów, proszę dołączyć do nas, moja kuzynka na pewno się ucieszy. Przynajmniej będzie mogła oderwać się od ciągłego myślenia o tym, gdzie jest jej mąż alkoholik i czy dzieci skończą jako punki z ufarbowanymi na czerwono włosami.

– Bardzo to miłe z pana strony, ale wie pan, jestem przecież obca, nie mogłabym naruszyć prywatności rodziny...

– Niechże pani da spokój! Sentymentalizm jak u Świętego Mikołaja po tym wszystkim, co mi pani właśnie powiedziała?

Oboje wybuchnęli śmiechem.

– Skoro już o nim mówimy, to przypomniało mi się, że muszę przygotować paczki świąteczne dla szkoły Świętego Bonawentury. Właściwie to sierociniec, nie szkoła.

– Widzę, że pani też działa charytatywnie...

Przerwała mu szybko:

– Niech mnie pan tylko nie chwali, po prostu wypełnia mi to czas. – Jakby myśląc o czym innym, spojrzała ponad jego ramieniem w kierunku okna smaganego przez śnieg.

Dlaczegóż to, zastanawiał się Jury, Helen musi zabijać czas? w zasadzie wykręciła się od odpowiedzi na jego pytania o przygnębienie. Niechętnie odstawił pustą już szklaneczkę i wstał.

– Boję się, że moja kuzynka pewnie się martwi, co się ze mną stało. Chyba już pójdę.

Odprowadziła go do drzwi. Na zewnątrz wiatr niósł tumany śniegu, wichrząc żywopłoty i przyginając małe drzewa. Zaczynał padać deszcz.

Naciągnęła rękawy swetra na dłonie i objęła się nimi w pasie.

– Niech pani lepiej wejdzie do środka – powiedział Jury, stawiając kołnierz. Ostry wiatr przenikał zamszową kurtkę i gruby pulower. Wydawała się nie zauważać zimna, gdy mówiła:

– Źle się pan ubrał na taką pogodę. Nie ma pan żadnego płaszcza?

– Zostawiłem w samochodzie.

Podeszła z nim aż do furtki, by spojrzeć w górę i w dół uliczki, szukając auta.

– Gdzie on jest?

W jej tonie zabrzmiało niedowierzanie: czyżby chciał zasuwać piechotą aż do Newcastle w tej swojej kurteczce? Rozbawiła go nieco, gdy tak stała bez ruchu w zapadających ciemnościach. Miała na nogach fildekosowe pończochy i ciemne pantofle z paskiem i guzikiem. Swym nieco staromodnym wyglądem przypominała kobiety z secesyjnych plakatów.

– Stoi przed pubem. a pani tu zmoknie. – Przypomniał sobie jej cmentarną słabość: – Co powoduje te zawroty głowy?

Uderzenie wiatru wzburzyło jej włosy.

– Najpewniej są to efekty uboczne leków, jakie biorę. Ale to nic poważnego, jakiś drobiazg z sercem. Niech pan już lepiej idzie. – Odrzucając kosmyk, który dostał się jej do ust, spytała z niepokojem: – Odwiedzi mnie pan jeszcze?

Kolejny silny podmuch rzucił na nią śnieg. Jury zebrał kołnierz jej swetra, przyciągając ją nieco do siebie.

– Przecież wiesz, że tak.

Spoglądali na siebie przez chwilę, aż powiedziała z uśmiechem:

– Tak, wiem. – Pobiegła w mroku do domu. Nim zamknęła drzwi, pomachała mu na pożegnanie.

Jury, kurcząc się z zimna, stał jeszcze na chodniku przez minutę albo dwie. Przeklęty wiatr był naprawdę lodowaty. w domu rozbłysło światło. Zobaczył ją w oknie. Deszcz na małych szybkach zamienił jej twarz w niewyraźny obraz z sennego marzenia.

Kiwnął jej dłonią i ruszył w kierunku samochodu. Zauważył, że nękająca go wcześniej depresja ulotniła się niczym odgoniony wróbel prześladowca. Ledwo dostrzegał, że brnie w śniegu. Jazda będzie koszmarna, ale mało go to obchodziło. Zaczął pogwizdywać.

Nie przestawał go jednak nękać niepokój, rosnący w miarę oddalania się od jej domu. Pomyślał nagle, że spotkanie na cmentarzu nie jest najlepszym początkiem związku. Wróbel prześladowca znów się pojawił, ale odpędził go zdecydowanie. Gdy spotka ją następnym razem, z pewnością dowie się, co ją tak gnębi.

Gdy zobaczył ją następnym razem, była martwa.

Rozdział drugi

1

Jury nie musiał przysłuchiwać się opowieściom kuzynki, by wiedzieć, że nazwa „Newcastle”, a właściwie Tyne and Wear, czyli cały rejon, oznaczała inaczej frustrację, biedę, bezrobocie, zasiłki – tu rządził kryzys ekonomiczny, co odbijało się na ludziach. Gdy zasiadł pierwszego wieczoru w mieszkaniu, do którego trzeba się było wspiąć po schodach, kuzynka mówiła tylko o tym. Rozmawiając z nim, robiła coś na drutach z wełny równie bezbarwnej jak jej włosy i oczy, czasami gubiąc rządek, kiedy spoglądała na wolno padający śnieg. Jej Brendan, przepiwszy cały zasiłek, nie miał szans, by dotrzeć do domu, ślizgając się i upadając. Ten bezrobotny facet o bezczelnym spojrzeniu był pierwszym spotkanym przez Jury’ego Irlandczykiem, który nie miał w sobie za grosz poczucia humoru.

Inna sprawa, że nie było się tu z czego śmiać. „Kawalarnia”, powiedziała kuzynka o biurze pośrednictwa pracy – wszystkie te fiszki opisujące dostępne zajęcia, które jak za dotknięciem magicznej różdżki okazują się niedostępne, gdy tylko spyta o nie ktoś szukający zatrudnienia. „W zeszłym tygodniu była jedna oferta pracy w kopalni, na dole, i ponad tysiąc chętnych... Otworzyli tu te wszystkie kopalnie i fabryki, bo im władze naobiecywały wsparcie na dwa lata. a potem zostawili wszystkich na lodzie”. Właśnie na tym lodzie wykopyrtnął się Brendan. Nie jego wina.

Jury nie miał powodów, żeby temu nie wierzyć. Ale... jakoś nigdy nie polubił swojej kuzynki. Jego rzadkie wizyty, telefony, drobne przekazy pieniężne, kiedy gryzło go sumienie – wszystko to robił z szacunku i przywiązania do jej ojca, a swego wuja, który zaopiekował się nim, gdy zmarła mu matka. Za kuzynką nie przepadał, bo zawsze żyła poza granicami rzeczywistości, w dziecięcej krainie marzeń o szklanych pantofelkach. a jeśli już miałyby to być zwykłe buty, to i tak w nocy powinny zaopiekować się nimi elfy.

Bóg mi świadkiem, powiedziała, że dzieciaki potrzebują butów. Wymowne spojrzenie w kierunku kuzyna Richarda sprawiło, że do listy świątecznych podarków dopisał w pamięci obuwie.

Dzieciaki miały buty gdzieś. Wiedziały za to, jak naciągnąć wuja na prezenty, wyczuwając jego miękkie serce. Gdy wybrał się z nimi następnego ranka na zakupy, zaakceptowały pantofle i trzewiki tylko po to, by wreszcie sięgnąć po prawdziwe podarki: lalkę, zestaw Jedi, książeczki do kolorowania, słodycze, a w końcu obfity lunch. Pozbawione opieki matki, zachowywały się całkiem poprawnie; miały absurdalnie wymyślne imiona, jak Jasmine czy Christabel, nadawane zwykle wtedy, gdy rodzice nie wierzą, że pociechy dadzą sobie radę jako zwyczajna Mary czy John. Jury spędził z nimi całkiem przyjemny poranek, biorąc pod uwagę zatłoczone sklepy, naturalną ciekawość przejawianą przez najmłodszego i determinację najstarszej, by naprawić gafę, jaką było jej imię Chastity1. Przyciągała spojrzenia, tak jakby chciała rwać wszystkich majtków przybyłych do Newcastle.

Nie żałował jednak, gdy po południu jechał Tyne Bridge, uważanym za przedsionek miasta Geordies, i we wstecznym lusterku obserwował Newcastle: wielką kamienną kupę szarych rokokowych dachów, zdobionych kominów i opuszczonych nabrzeży, rosnącą za nim po drugiej stronie rzeki i oddalającą się coraz bardziej, gdy kierował się w stronę Washington.

2

Zanim Jury podjechał do skweru, były tam już dwa samochody policyjne z komendy w Northumbrii; stały zaparkowane w bramie dziedzińca zarezerwowanego dla tych, których z Old Hall łączyły oficjalne sprawy, tak jak w tej chwili policję. Ujrzawszy je, Jury zatrzymał swój samochód tuż obok skweru.

Obok bramy cisnęła się grupa mieszkańców tak podekscytowanych rozgrywającymi się wydarzeniami, że niektórzy mimo padającego śniegu pojawili się bez wierzchnich okryć. Kulili się teraz w swetrach, czekając i zgadując, co też się mogło stać.

Jury przepchnął się do furtki i machnął swoją legitymacją przed nosem posterunkowego, który próbował zastąpić mu drogę. Wiatr zagłuszył usprawiedliwienia policjanta, podobnie jak podane przez niego nazwisko podoficera, który był już wewnątrz budynku.

Podoficer nazywał się Roy Cullen i miał rangę detektywa sierżanta. Żuł kilka listków gumy naraz, co bynajmniej nie pomagało w zrozumieniu jego lokalnego akcentu. Przedstawił Jury’emu detektywa posterunkowego Trimma, którego akcent był jeszcze mniej zrozumiały; nawet bez gumy do żucia.

Gdy Jury wszedł, Cullen schodził właśnie po schodach z wyższej kondygnacji. Trimm próbował rozmawiać z czarnowłosą kobietą przyciskającą do ust chusteczkę. Na jego pytania odpowiadała, jedynie kręcąc głową.

– Ofiara nazywała się – Cullen zajrzał do notatnika – Helen Minton. – Uniósł brwi. – Tam, na górze. Co ci jest, człowieku, wyglądasz... Chwileczkę, lekarz jeszcze nie przyjechał. Nie dotykaj.

Nie czekał, by usłyszeć komentarze policjanta. Schodów było niewiele, jedno półpiętro. Ale droga nie miała końca.

Leżała w pokoju, na swoim ulubionym łóżku pokrytym brokatową narzutą. Brązowe włosy, których rude pasma uwidaczniało migoczące światło z dwóch lichtarzy, przykrywały jej twarz. Nogi spoczywały częściowo na materacu, jedną rękę wyciągnęła w kierunku zagłówka, drugą, z dłonią opadającą w dół, opuściła na talię. Na podłodze, tuż pod zwieszoną dłonią, leżała mała fiolka, z której wysypało się kilka tabletek. Zabrano sznur broniący zwykle dostępu do pokoju zbyt ciekawskim gościom. Jury podszedł bliżej do łóżka. Mebel sam w sobie był interesujący: zagłówek miał płyciny i skrytkę na pistolety; śpiący nie chciał być wzięty znienacka. Unoszone wieko skrzyni w nogach łoża kryło miejsce na strzelby.

Spojrzał na tabletki rozsypane po podłodze. Leki prawdopodobnie, jak sądziła, miały efekty uboczne.

Poczuł nagle zimny powiew, gdy stare deski zastukały. w świecznikach zamontowano małe migoczące żaróweczki; gdyby nie to, można by było pomyśleć, że ich światło chwieje się pod wpływem wiatru, który zburzył również jej fryzurę i kosmykami przysłonił częściowo twarz. Odsunął je palcem. Od jak dawna mogła być martwa? Chyba niezbyt długo – jej skóra była chłodna, ale nie zimna. Śmierć podkreśliła bladość, jej twarz wydawała się bielsza w zetknięciu z ciemną narzutą i brązoworudawymi włosami.

Obudź się! Całkowicie irracjonalnie zaczął się przekonywać, że przecież zdarzają się pomyłki. Może i teraz też... Śnieg sypał w okna, zbierając się na parapetach. Historyczna komnata, tajemnicza i pełna dramaturgii sceneria. Widząc ją tu, nie mógł się pozbyć wrażenia, że to tylko zaaranżowany żart. Zaraz otworzy oczy, uśmiechnie się, postawi stopy na podłodze. Wstawaj, domagała się wątpiąca część jego umysłu.

Ale martwi nie wstają, nawet w okresie świąt Bożego Narodzenia.

Do mnącej chusteczkę czarnowłosej kobiety na dole dołączył przysadzisty mężczyzna w kożuchu, który nadrabiając miną, hałaśliwie próbował przekonać wszystkich, że ani trochę się nie boi. Amerykanie z Teksasu, przedstawiał kobietę i siebie.

– Słuchejcie, moge tylko powiedzieć, że przyszli my obejrzeć dom. Nikogo od biletów, ale co tam, nic my nie myśleli. Obeszli my wszystko na dole, a potem ta tu Sue-ann – zacisnął kościstą dłoń na ramieniu kobiety, aby wesprzeć ją albo siebie – poszła na górę. i zaczęła sie drzeć. Sue-ann rzekła...

To nie była jego sprawa, Jury wiedział o tym i nie powinien włazić Cullenowi w paradę. Ale zapytał wysokiego i małomównego sierżanta, czy może zadać Amerykanom kilka pytań. Cullen skinął głową, choć jego twarz pozostała bez wyrazu.

– Może pańska żona zechciałaby nam sama opowiedzieć, panie...?

– Magruder, JC Magruder z Teksasu. – Teksańczycy, sugerował swą postawą, są wszyscy krępi i barczyści. Teraz właśnie prężył swoje bary. – Siedzimy tu już z godzine. Sue-ann i ja...

– Pan wybaczy. Pani Magruder?

Kobieta oderwała chusteczkę od twarzy takim ruchem, jakby rezygnowała z jedynego źródła tlenu, nie niszcząc przy tym troskliwie nałożonego makijażu. Na białym materiale zostało jedynie kilka maleńkich plamek tuszu. Jury oglądał już wystarczająco dużo rozhisteryzowanych kobiet, by wiedzieć, że ta gotowa będzie do kolejnego starcia na pierwszy dźwięk gongu.

– Ja bym powiedziała, że to wyglądało, ten pokój, no, niesamowicie.

Sue-ann zaczęła wyjaśniać:

– Ona była taka cicha, taka cichutka, że pomyślałam, że to może... manekin albo coś takiego... Matko! Gdzie wyście byli? – Oczekując kolejnego wybuchu płaczu, posterunkowy Trimm spojrzał zimno na Jury’ego i rzekł:

– Lepiej się stąd zabierzmy. Pojedziemy na komendę i tam spiszemy zeznania.

Magruder przerwał gwałtownie:

– Komenda? Na żadne komende nie jadziemy, mój panie! My tu są jako turyści, nic nam do tego. Byli my w Edynburgu i pomyślałem, że fajnie byłoby zobaczyć, skąd wyszli ojce starego George’a...

– Trochę się panu historia pokręciła – powiedział Cullen, po czym próbował pokonać opory Teksańczyka krótkim wykładem. – Stąd pochodził jego praprapradziadek. Ale obiecuję, że nie będziemy was długo przetrzymywać, to czysta formalność. Posterunkowy! – Cullen szybkim ruchem głowy wskazał parę Amerykanów i Trimm ruszył, by wziąć wszystko, płaszcz, torebkę oraz samą Sue-ann. z ulicy doszedł jękliwy sygnał nadjeżdżającej karetki. Żadnego zmiłowania dla delikatnej natury Sue-ann. Jury usłyszał, jak koła hamującego przed furtką samochodu rozbryzgują mokry śnieg. Magruder ruszył z Trimmem, opornie i bynajmniej nie w milczeniu, mrucząc coś o konsulacie USA.

Cullen zwrócił się teraz ku Jury’emu:

– Czy Scotland Yard jest zainteresowany tą kobietą?

– To nie oni, ja sam. Proszę mi wybaczyć, jeśli wkraczam na pana grządkę, może mnie pan w każdej chwili wykopać. – Jury uśmiechnął się. – Wygląda pan zresztą, jakby miał ochotę to zrobić.

Było to dalekie od prawdy, Cullen znany był z tego, że starał się nie okazywać jakichkolwiek uczuć ani przemyśleń. Stał, żując gumę: przeciętny gliniarz, niedoceniany przez wielu. Jury gotów był się założyć, że sprytu ma co najmniej za dwóch. Teraz jednak Cullen był w kropce: tak, to jego grządka i nikt tu nie zapraszał tego szaraka z Londynu; z drugiej jednak strony... Sierżant zadał pytanie z wymuszoną swobodą:

– A czemu pan się nią interesuje? Coś osobistego, jak rozumiem?

– Znałem ją.

Wyraz twarzy Cullena nie uległ zmianie, jedynie jego szczęki zaczęły pracować trochę szybciej. Jury wiedział, że wymiana informacji jest blisko.

– Niech mnie szlag – powiedział sierżant beznamiętnie. – Jak dobrze? Kiedy pan ją widział ostatni raz?

Jury przebiegał wzrokiem po ścianach, jak gdyby, skoncentrowany, chciał sobie usilnie przypomnieć istotne fakty. Nic jednak nie odrzekł. Załoga karetki i lekarz sądowy właśnie weszli, Cullen pokazał im, że mają pójść na piętro.

Sierżant wepchnął notatnik do kieszeni, skinął na Jury’ego i oznajmił:

– Jedźmy lepiej na komendę, tu już nie mamy nic do roboty. Przyda się panu kawa, na moje oko jest pan wykończony.

3

Posterunkowy Trimm przesłuchiwał Magruderów w głównej komendzie policji hrabstwa Northumbria. Jej siedzibą był spory, prosty w formie, nowy budynek z betonu i szkła, stojący w otoczeniu równie nowego centrum handlowego o eufemistycznej nazwie, które zapełniał tłum kupujących, na parkingach zaś cisnęły się samochody. Jury nie mógł pojąć, jakaż to klientela jest w stanie wspierać tak wielką liczbę małych i dużych sklepów. Tuż za nimi zaczynała się plątanina autostrad, skwer Old Town był zaś odległy zaledwie o milę.

Sue-ann wciąż ostentacyjnie korzystała z chusteczki, gdy jej mąż nieco spuścił z tonu po dowiezieniu do komendy.

Jakiś policjant położył na biurku Cullena opakowanie medykamentów. Podniósł je do góry, spojrzał pod światło, grzechocząc tabletkami, po czym rzucił okiem na raport medyczny.

– Migotanie komór i arytmia serca. To miało jej pomóc kontrolować właściwy rytm. – Spojrzał na Jury’ego: – o co właściwie chodziło z jej sercem?

Jury wzruszył ramionami:

– Mówiła, że leki dawały nieprzyjemne efekty uboczne.

– To widać bez dwóch zdań.

Czy to miał być żart? Cullen się nie uśmiechał.

– Leki miały kontrolować rytm jej serca, a nie go przerwać.

Cullen przeczytał dokument leżący na biurku, odsunął go na bok i powiedział:

– Może przedawkowała.

– Nie.

Sierżant chciał właśnie włożyć do ust kolejną porcję gumy, ale się wstrzymał:

– A skąd pan może to wiedzieć?

– Data na opakowaniu i opis wskazują, że miała brać pastylki wyłącznie wtedy, gdy było to konieczne. Brakuje bardzo niewielu.

– A zatem odrzuca pan samobójstwo, tak?

– Wiem, że to nie było samobójstwo.

Cullen uniósł kilkakrotnie brwi, udając zdziwienie:

– Wy tam w Londynie macie dar jasnowidzenia?

– Skąd, tylko słyszymy głosy. – Chciał zachować opanowanie, ale nie mógł się powstrzymać, choć wiedział, że wymądrzanie się wobec Cullena nic nie da. Przywołał uśmiech: – Miałem się z nią spotkać tu, w Old Hall. Umówiliśmy się na kolację. Zresztą gdyby miała popełnić samobójstwo, to dlaczego, u diabła, akurat w publicznym miejscu?

Cullen żuł już nowy listek gumy. Położył nogi na biurku.

– Autopsja powie nam coś więcej. Zmarła nie tak dawno, najwyżej parę godzin temu. Długo pan ją znał?

Jeśli powie Cullenowi, że poznał Helen Minton zaledwie wczoraj, wszystko, co będzie miał do przekazania, zostanie uznane za informacje bez znaczenia, wiedział to.

– Długo – odparł.

I czuł, że nie kłamie.

To, co usłyszał od Helen o jej życiu: że jedynym pozostałym jej krewniakiem był kuzyn artysta, że przybyła tu, by zebrać informacje na temat rodu Washingtonów, że prowadziła w szkole działalność charytatywną, powinno było przekonać Cullena, że znał ją od lat.

– W sierocińcu, nie w szkole – powiedział sierżant.

W czasie ich rozmowy Cullen zbierał wszystko do kupy: przyniesiony przez jego ludzi dokument albo raport – co tylko mieli na temat Helen Minton. Jury chętnie zobaczyłby jej akta, ale nie poprosił o to. Chciałby, powiedział głośno, prowadzić sprawę wspólnie.

Cullen chrząknął, co można było odczytać jako przejaw zrozumienia. Gdy odezwał się telefon, podniósł słuchawkę po pierwszym dzwonku. Po chwili odezwał się:

– Mhm. – Skończył rozmowę. – Nie bardzo jest co prowadzić. Nawet sąsiadka, nazywa się Nellie Pond, bibliotekarka, nic o niej nie wie z wyjątkiem tego, że wynajęła dom przed paroma miesiącami. Zgodnie z tym – podniósł w górę jeden z raportów – „niejaka Pond mówi, że w zeszłym tygodniu z domu Minton doszły ją odgłosy kłótni”.

– Ach tak. Jeśli zatem nie ma pan nic przeciwko temu, chciałbym zadać kilku osobom parę pytań. Zgoda?

Cullen zwolnił rytm przeżuwania gumy i rzucił Jury’emu podejrzliwe spojrzenie, sugerujące, że inspektor może coś ukrywać.

– Komu? i o co chce pan pytać?

Jury uśmiechnął się:

– Gdy znajdę właściwych ludzi, będę miał dla nich właściwe pytania.

Przeżuwanie gumy wróciło do wcześniejszego rytmu, bo w pokoju pojawił się Trimm, obwieszczając:

– Ci tam o niczym nie wiedzą, Magruderowie. z niego to taki baran, że... – Posterunkowy przerwał, usiłując ukryć zaskoczenie albo niezadowolenie wywołane faktem, że Scotland Yard nadal rozpycha się w lokalnej komendzie Northumbrii. Ciemne oczy w jego okrągłej twarzy skakały ustawicznie z przedmiotu na przedmiot. Trimm prochu nie wymyśli, uznał Jury. Od myślenia był tu Cullen.

– Czy pokaże mi pan wyniki autopsji? – spytał.

Obrzuciwszy Jury’ego krótkim spojrzeniem, które niemal przewierciło mu czaszkę i doszło do komórek mózgowych, Cullen skinął potakująco głową. Trimm był wyraźnie zirytowany.

– Pod warunkiem że pan też mi przekaże wszystkie informacje. Jest jeszcze mój szef, ale sądzę, że nie będzie miał nic przeciwko temu. – Cullen skrzyżował ramiona, kryjąc dłonie pod pachami. – Ostatnim razem ważniaki z góry pojawiły się, gdy Jimmy Carter posadził na skwerze drzewko, kopiąc dół złotym szpadlem. Jacyś smarkacze go ukradli. Drzewko, znaczy, nie szpadel. No to posadzili następne. – Skrzywienie ust Cullena miało oznaczać uśmiech. – Poza tym mamy tylko futbol i jakieś drobne rozróbki w pubach. Lubi pan piłkę nożną? Sunderland w pierwszej lidze, Newcastle w drugiej.

Iskra w jego oku pozwalała zrozumieć, że Śmierć raczej się tu nie liczyła. Podobnie jak drużyna z Newcastle.

Rozdział trzeci

1

Kapłan zacisnął mszał w dłoniach, gdy ruszył zaśnieżoną ścieżką łączącą dom parafialny z kościołem. Jego wargi poruszały się bezgłośnie. Zapragnął odmówić modlitwę, a może przemawiał do wynędzniałego kota, który szorując niemal brzuchem po ziemi, wymknął się chyłkiem z jego zasięgu, nie dowierzając zarówno poganom, jak i chrześcijanom.

– Ojcze? Nazywam się Jury.

Niewysoki ksiądz popatrzył na niego przez okulary w metalowych oprawkach, a potem znów spojrzał na kota. Zwierzak miał brudnobiałe futro, w odcieniu zbliżonym do koloru rzadkich włosów księdza, sterczących mu na głowie niczym czub papugi. Kot wpatrywał się uważnie w kapłana, który sięgnął pod sutannę i z jakiejś kieszeni, z pewnością pełnej kurzu, wyciągnął kawałek sera. Rzucił go kotu, ten złapał go w powietrzu i umknął, chowając się za nagrobkiem.

– Nie mam pojęcia, skąd one się tu biorą i gdzie giną. – Ksiądz podniósł wzrok na ciemniejące niebo, jakby szukał tam śladów zabłąkanych zwierząt lub aniołów. – Ten tu kręci się już od miesięcy. Nie daje się pogłaskać, strasznie jest nieufny. Pan Jury, tak? – Wyciągnął dłoń na powitanie: – Jestem ojciec Rourke.

– Nadinspektor Jury, ojcze. – Podał kapłanowi swoją wizytówkę.

– O, Scotland Yard? – Brwi księdza Rourke uniosły się szybko i opadły niczym maleńkie skrzydełka. Po niewyraźnym mamrotaniu Trimma akcent księdza brzmiał w uszach Jury’ego jak czysty irlandzki. Hrabstwo Kerry, potwierdził Rourke, gdy inspektor go o to zapytał. Jury zastanawiał się, czy to brudy codziennych spowiedzi rozmyły intensywny błękit nieba znad Kerry, obecny zapewne kiedyś w jego oczach.

– Helen Minton – westchnął żałośnie kapłan, gdy Jury zdradził mu, po co przyszedł. – Wiem, słyszałem już. Tu wiadomości szybko się rozchodzą. Ale wejdźmy, proszę. – Podszedł pierwszy do drzwi.

Jego mały domek był wygodny, choć nieco zagracony. Kapłan poszedł po gospodynię, by zrobiła im herbaty, Jury zaś przysiadł na niewygodnym krześle obitym kretonem w różyczki wtapiające się w niewyraźne już tło. Ze sterty magazynów na stoliku obok wyciągnął jeden, „Semiotique et Bible”. Zajrzał do środka, ale przytłoczony niezrozumiałą treścią, odłożył go z powrotem.

Ksiądz Rourke wrócił akurat w tym momencie.

– Interesuje się pan strukturalistami, inspektorze? – zapytał.

Jury uśmiechnął się:

– Nawet nie wiem, kim są.

– No tak. To nic innego jak jeszcze jedna metoda interpretowania Ewangelii, można powiedzieć. Strukturalistów bardziej interesuje sposób, w jaki rozum odnajduje w Ewangeliach znaczenie niż samo nazywanie ich „prawdami objawionymi”. Rozumie pan oczywiście...

– Ni w ząb – odparł Jury rozbawiony. – o co w tym wszystkim właściwie chodzi?

Kapłan uniósł w uśmiechu kąciki zaciśniętych ust:

– Może o to, że nic znaczy wiele, właściwie. – Wskazał na pismo, które Jury dopiero co kartkował: – Semiologia to mniej więcej nauka o znakach... – Zaczął przewracać papiery, czym wywołał małą ich lawinę, gdy zaś odszukał pióro, naszkicował coś na tylnej okładce jednego z pism. Pokazał rysunek Jury’emu: kwadrat, nic więcej, z przekątnymi łączącymi jego rogi. – To figura semiotyczna – objaśnił. – Kierują nami przeciwieństwa, nieprawdaż? Życie, śmierć. Idea, materia. Myślimy przeciwieństwami. – w każdym rogu wpisał tę samą literę, „T”. – Wydaje mi się, że właśnie pan powinien docenić ten pogląd. – Znów uśmiechnął się, zaciskając wargi, i wbił w Jury’ego ostre spojrzenie: – Ostatecznie dojdzie się do modelu asocjacyjnego, który będzie na tyle uniwersalny, by wchłonąć wszystkie możliwe rozwiązania. – Ojciec Rourke oderwał okładkę z rysunkiem i wręczył ją inspektorowi: – Ta struktura może rozjaśnić myślenie.

Jury roześmiał się. Złożywszy sztywny papier we czworo, wsadził go do tylnej kieszeni spodni.

– Ojcze, wszystko ojciec robi, tylko nie rozjaśnia mego myślenia. Co oznacza „T”?

Rourke wydawał się zaskoczony:

– Doprawdy, inspektorze. Zagadka, cóż innego? Należy ją rozwiązać. Nie jest niczym innym jak interpretacją znaków. – Wzruszył ramionami. Łatwizna.

– A więc w ten sposób chciałby ojciec interpretować Ewangelie?

Kapłan złożył dłonie na brzuchu i rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu odpowiedniego klucza.

– Nie, wolę interpretację psychologiczną. Marzenia, wizje... Czy nie są jak cuda i przypowieści? a ile w nich z Freuda...! Wystarczy tylko przeczytać niektóre rozdziały Listu do Rzymian świętego Pawła. Albo Syn Marnotrawny, czy to aby nie wariacja na temat mitu Edypa? Kiedy się bada tekst, zauważa się opuszczenia, pomyłki, dziury... – w jego oczach pojawiły się błyski, gdy uśmiechnął się do Jury’ego: – Policjant powinien to docenić. Dla pana to nic nowego: drobne niezgodności w zeznaniach podejrzanych, te rzeczy. Właśnie, gdybym nie poszedł na księdza, zostałbym policjantem, chyba jasne? Nie najlepszym. Pozwolił mi pan gadać bez ładu i składu, a przecież nie przyszedł pan tu na wykład o metodologii biblijnej. Chciał się pan czegoś dowiedzieć o Helen Minton.

– Owszem.

Ponura gospodyni przyniosła właśnie herbatę. Stała teraz z niechętnym wyrazem twarzy i rękami schowanymi pod wielkim białym fartuchem, chcąc może sprawdzić, czy jej babeczki (małe i płaskie niczym bliny) przypadną do smaku ojcu Rourke. Jury wyczuł, że kapłan traktował te regularne obserwacje obojętnie. Podziękował kobiecie i gdy oddalił ją ruchem ręki, zniknęła, podobnie jak wcześniej kot na cmentarzu.

– Helen Minton – powtórzył i posmarował babeczkę dżemem. Jego rozmyte niebieskie oczy wciąż patrzyły bystro na inspektora. – Serce, jak słyszałem. Ale pan ma inne zdanie.

– Rzeczywiście jestem innego zdania. – Spojrzał na ornament z bladych fiołków, ledwo widoczny wewnątrz filiżanki. Pokój, podobnie jak oczy kapłana i fiołkowy wzór, też sprawiał wrażenie marniejącego. Kreton w blaknące kwiaty i niepasujące do nich gałązki brązowych paproci na zasłonach, zapuszczony i podupadający ogród. Na zewnątrz widział już mech pnący się bokami po kamiennych ścianach i mieszający się swobodnie z bluszczem. Coś tu pełzło, kręciło się i wyczekiwało niczym ów dziki kot. Te ściany przypomniały mu o nagrobkach oglądanych z takim zainteresowaniem przez Helen podczas ich pierwszego spotkania.

Opowiedział o tym ojcu Rourke, pomijając fakt, iż miało to miejsce zaledwie poprzedniego dnia. Uznał, że trudno byłoby mu go wtedy uznać za „przyjaciela”.

– Czemu to zrobiła, ojcze? Mówiła, że interesuje ją rodzina Washingtonów.

– Powiem panu, że raczej w to wątpię. – Kapłan posmarował kolejną babeczkę i zaczął ją chrupać w zamyśleniu. – Mnie też o tym opowiadała. Ale jej nie uwierzyłem.

– Bo...?

Ojciec Rourke rozsiadł się wygodnie, jakby chciał przyjrzeć się sprawie z obu stron. Nie odpowiedział Jury’emu wprost.

– Bo nigdy nie przyszła na mszę, choć często przychodziła do kościoła. Albo weźmy tego kota. Ze mną nie chce mieć nic do czynienia, wykręca się jak wąż. a za Helen chodził wszędzie... To wiele mówi. Co ja jednak panu mogę powiedzieć o ludziach? Więcej pan o nich wie, niż ja kiedykolwiek się dowiem...

Jury uśmiechnął się:

– W to akurat wątpię. Ale czego ona mogła szukać?

– Nagrobki to dokumentacja archiwalna. Chciała poza tym przejrzeć księgi parafialne. Szukała jakiejś osoby, choć prawdopodobnie nie miało to nic wspólnego z przodkami George’a Washingtona. – Kapłan włożył do ust ostatni kęs babeczki: – Byłby pan zainteresowany obejrzeniem cmentarza? Być może będzie tam coś...

– Tak, owszem, chętnie.

W gruncie rzeczy był pewien, że nic to nie da. Jedno z zadań, na których punkcie drzemiący w Jurym służbista miał bzika. Wrócił jednak do tamtego nagrobka z aniołami o podniszczonych skrzydłach.

– Zapisała tę inskrypcję, ojcze, miała ze sobą mały notatnik.

Kapłan przedarł się w swych ciężkich butach przez kopny śnieg, przyklęknął i przetarł okulary.

– „Lyte. Robert”. Daty są prawie nie do odczytania. Pamiętam, że wśród tych wszystkich Washingtonów pojawiało się to nazwisko, Lyte. – Wstał i wzruszył ramionami: – Bo ja wiem, może naprawdę zbierała te informacje, tak jak twierdziła.

– Była katoliczką?

– Nie. Bezwyznaniowa, tak mówiła. – Westchnął i spojrzał na ciemniejące niebo: – Zaraz zapadnie zmrok. Mówią, że będzie więcej śniegu. Koło Durham już było paskudnie, a to tylko kilka mil od nas.

– Nie wspominała nigdy kuzyna?

Kapłan pokręcił głową:

– Nie, żadnego. Ale wie pan, ja jej nie znałem. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek ją znał. Była tu przecież krótko... Mam nadzieję, inspektorze, że znajdzie pan to, czego pan szuka – przerwał na chwilę i wyciągnął do niego dłoń: – Mógłby mi pan jeszcze dać mój rysunek, na momencik?

– Oczywiście. – Jury sięgnął do kieszeni i podał mu złożony arkusz.

Rourke wydobył skądś gruby ołówek, skreślił coś i dodał mały znak. Zwrócił papier Jury’emu:

– Litera „H”, inspektorze. w jednym rogu. Teraz musi pan tylko wypełnić pozostałe trzy. Niech pan rozpatruje zagadkę w najprostszych kategoriach.

Jury skierował wzrok w stronę wieży kościoła. Wolał nie komentować słów kapłana. Zamiast tego powiedział:

– Szkoda, że nie mamy ojca w naszym zespole.

Gasnące oczy księdza spochmurniały, gdy również spojrzał ku wieży.

– Szkoda, że On mnie też nie chce. Do widzenia panu.

Ojciec Rourke odszedł.

Jury ruszył w kierunku bramy cmentarza, gdy spomiędzy chmur przedarły się ostatnie promienie słońca, rysując na śniegu jego wydłużony cień. Dwa cienie. Odwrócił się, by zobaczyć, że idzie za nim biały kot.

Poczuł ulgę, że ojciec Rourke nie zechciał w tym momencie spojrzeć za siebie.

2

„Artysta, i to bardzo dobry”. Tak powiedziała Helen Minton o swoim kuzynie.

Posterunkowy pilnujący domu na zewnątrz poinformował go, że technicy już byli i pojechali.

W środku nie zdjął nawet płaszcza. Przetrząsał jej szuflady, szukając czegokolwiek: notatnika w złotych okładkach, listów, wszystkiego. Ale w biurku znalazł jedynie kilka rachunków i książeczkę czekową, różne zdjęcia, parę arkuszy papieru listowego. Jedna z fotografii wyglądała na zrobioną całkiem niedawno; nadawała się do identyfikacji, włożył ją więc do kieszeni.

Przeczesał w ten sposób cały dom. Była zorganizowaną osobą, uznał, choć nie przesadnie porządną: porzucony sweter na oparciu krzesła, niepochowane naczynia...