Zahhak - Władimir Medwiediew - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Trzymający w napięciu thriller historyczny i niesamowita poetycka parabola o zaraźliwej naturze zła „Jedna z najważniejszych powieści tego roku i najlepszych rosyjskich tytułów ostatnich lat”. Medusa.io „Mistrzowska fabuła zgłębiająca burzliwą historię jednego z najbardziej charakterystycznych regionów świata” Wadim Nesterow Tadżykistan, była republika radziecka, ogłasza niepodległość, ale wkrótce w kraju wybucha wojna domowa. Ojciec Andrieja i Zariny, szesnastoletnich bliźniąt, zostaje zamordowany, a rodzeństwo wraz z matką Rosjanką musi uciekać aż na granicę z Afganistanem, do maleńkiej wioski, w której mieszkają krewni ojca oraz jego dawna – czy może raczej druga – rodzina. Każdy dzień w wiosce okazuje się walką o przetrwanie. Brakuje jedzenia, a Andriej i Zarina są zmuszeni do wyczerpującej pracy. Ich matka spotyka się z zazdrością i jawną wrogością ze strony tadżyckiej żony zmarłego. Sytuację komplikuje także nieznany bohaterom język oraz niecodzienne wierzenia i tradycje miejscowych. Te przyziemne trudności okazują się jednak błahostką, gdy w wiosce osiada gang przestępców hołdujących mitycznemu Zahhakowi, despotycznemu królowi-smokowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 802

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Zahhok

First published in Russian by ArsisBooks, Moscow, 2017

© Vladimir Medvedev, 2017

The publication of the book was negotiated through Banke, Goumen & Smirnova Literary Agency (www.bgs-agency.com).

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Irena Kulesza (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcia użyte na okładce: stock.adobe.com

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Habiera

ISBN: 978-83-8110-944-4

This event is being held with the support of the Institute for Literary Translation, Russia.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Ludmile – z miłością

Rozdział 1ANDRIEJ

Wsadziłem łopatę głębiej, nacisnąłem na trzonek i przewróciłem ziemię…

Ożeż ty, kurde! Czaszka.

Ludzka.

Usiadłem i zacząłem oglądać. Nigdy wcześniej nie widziałem nieboszczyków. Jednak to nie był nieboszczyk. To była kość. Dynia o krzywych zębach, z oczodołami… Mimo że nie było to nic nadzwyczajnego, nagle zalała mnie fala smutku i zrobiło mi się żal. „Niczego sobie – pomyślałem – ktoś się załatwił na amen. Inni go zamordowali, odcięli głowę i zakopali…”

Nagle usłyszałem:

– Czego tu siedzisz?

Podniosłem głowę. Na brzegu wykopu zauważyłem plastikowe klapki firmy Nike. Sterczały z nich gołe palce. Nad nimi ujrzałem pasiaste spodnie od piżamy. Wyżej – okrągłe brzuszysko. A jeszcze wyżej, w porannym niebie, widniała bardzo duża i szeroka głowa baja1. To Chakberdyjew, gospodarz. Jak nic, to on zamordował gościa. Przecież jest właścicielem gospodarstwa.

Takich świń nienawidzę. Nie jest moim panem, ja tu jedynie haruję na niego. Dom dla niego buduję. Gapił się na mnie tak, jakbym był jego własnością.

– Dlaczego nie pracujesz?

– Znalazłem czaszkę – odszczeknąłem. – Czy tu jest cmentarz?

Nadal wpatrywał się we mnie, niby oceniając to, co powiedziałem. Potem rzekł poważnie:

– Wiesz, co powiadają? Pod każdym śladem końskiego kopyta jest zakopanych dwieście oczu.

Też mi, kurde, mędrzec! Przecież to porzekadło jest znane wszystkim w Tadżykistanie. Chodzi o to, że było przed nami wiele pokoleń i gdziekolwiek wsadzimy teraz w ziemię łopatę, tam leży sto osób. Też mi alibi!

Gospodarz zwrócił się do mnie z pytaniem, w którym usłyszałem groźbę:

– Zrozumiano? – Potem pokazał palcem i powiedział: – Weź to i… tam zanieś.

Nie znoszę, gdy mi rozkazują. Nie jestem Azorkiem, który na rozkaz pana wyskakuje z wielkiego dołu z kością w zębach. Wstałem i rzuciłem czaszką jak piłką do kosza. Byłem zdziwiony, że ją bardzo sprytnie złapał. Posłał mi krzywe spojrzenie czarnych oczu i rzekł:

– Pracuj… Kop.

Odchodząc, odwrócił się w moją stronę i powiedział:

– Dobrze pracuj. Przecież jesteś synem Murodowa, czyż nie tak? Dobrze kop, bo zhańbisz nazwisko ojca.

Poszedł sobie. Było słychać człapanie klapkami.

Spojrzałem za nim, jak szedł po swym majątku, trzymając czaszkę przy udzie jak piłkę do koszykówki. „Ach, ty, basmaczu – pomyślałem. – Pal cię licho!” Splunąłem z odrazą, wylazłem z dołu i poszedłem na drugi koniec podwórka. Tam Rawil i Karł wykonywali odeskowanie pod fundament. Szedłem, przedrzeźniając gospodarza: wypiąłem brzuch do przodu, ciągnąłem trampki po ziemi. Zbliżyłem się do chłopaków i zawołałem:

– Hej, czemu tak wolno pracujecie? Jeżeli będziecie źle stukali młotkiem, to was srodze ukarzemy.

Rawil wbił gwóźdź w deskę, uniósł swą rudowłosą głowę i zapytał:

– Coś mu rzucił?

– Głowę twego poprzednika, tego budowlańca, co wznosił stary dom.

Opowiedziałem pokrótce o czaszce. Karł się zainteresował:

– Jak wygląda? Było na niej ludzkie mięso? Miała włosy?

– Nie, jest goła.

Karł ma wiedzę na każdy temat.

– Ze dwadzieścia lat w ziemi leżała. Na pewno nie mniej.

Rawil podchwycił wątek:

– Co tak mało? Mów, że tysiąc.

– Może i tyle. Gleba wyschła.

Rawil puścił do mnie oko.

– A może milion? Andrieju, wykopałeś pierwszego człowieka na Ziemi. To jest grób świętego dziadka Adama.

Karł przyłożył do skroni palec wskazujący i pokręcił nim.

– Co ty wygadujesz? Może myślisz, że skoro Watan jest centrum rejonu2, to był tu raj?

Rawil cmoknął językiem.

– E, braciszku Johnie, ty wcale nie masz oleju w głowie. W ogóle nie wiesz, gdzie mieszkasz. Tu wszystko było. Rajski ogród był. Aleksander Macedoński tu był. Towarzysz Saidakram Mirzorezojew z Rady Ministrów też był. Mieszkasz w centrum świata.

To o naszym Watanie, tej dziurze na mapie? Nie powiedziałbym o nim, że jest miastem rejonowym. Nawet nie żartowałbym na ten temat. Uciekałbym stąd, gdzie oczy poniosą. Niestety, nie mam dokąd uciec. Do Rosji nie wyjadę, bo nie mam pieniędzy. W Tadżykistanie od dwóch lat trwa wojenka. Wokół są jedynie handlarze i bandyci.

– Słuchaj no – zwróciłem się do Rawila – jak myślisz, po co on zabrał tę czaszkę?

– Kto?

– No, ten… basmacz… Chakberdyjew.

– Zadaj łatwiejsze pytanie. Niewykluczone, że ją pochowa. Tadżycy lubią grzebać czaszki, dzięki temu Allach przebacza im grzechy.

– Nie, tu chodzi o coś innego. Głowę daję, że chce lepiej schować dowód zbrodni. Przecież jest bandytą.

– Gdzie tam! Jest zwykłym przekupniem.

– Dla mnie wszyscy przekupnie to bandyci.

Rawil uśmiechnął się krzywo.

– Nie wymądrzaj się, Andrieju. Idź, pracuj, poszukaj pozostałych kości.

– Ty mi tu nie rozkazuj – odszczeknąłem się.

Do cholery, niech nie robi z siebie kierownika.

Kopałem i ciągle o tym rozmyślałem. Być może czaszka rzeczywiście jest bardzo stara, ale ten basmacz to mimo wszystko bandyta. Dlaczego tak krzywo się szczerzył? „Pracuj, bo zhańbisz nazwisko ojca”. Co miał na uwadze? Ojciec wczoraj też chciał coś mi powiedzieć. Szedłem ulicą Internacjonalną, a on wyszedł mi na spotkanie. Ubrany był jak zwykle: śnieżnobiała koszula, czarne spodnie w kant. Gładko ogolony. Buty błyszczały niczym narzędzia na sali operacyjnej. Rzekł prosto z mostu:

„Andrieju, syneczku, rzucaj tę robotę”.

„A niby dlaczego? To dobra robota. Na wolnym powietrzu. Gimnastykuję się i pieniądze mi płacą”.

„Głupio mi przed ludźmi. Zaczną gadać, że pan doktor wcale nie dba o swoje dzieci. Nieładnie tak… W mojej sytuacji…”

Ach, tatuś tak powiada?! Nie wytrzymałem.

„To, dla kogo pracuję, jest moją prywatną sprawą. A wy, tato… Wy myślicie nie o nas, ale o tym, jak będziecie wyglądali w oczach innych!”

Nigdy wcześniej do niego nie pyskowałem. Sam się tego nie spodziewałem, ale czara goryczy się przelała, chociaż napełniała się powoli. Ojciec nie zauważał, że lgnę do niego – traktował mnie tak, jakbym nie istniał. Czasem rzucił mi parę słów mimochodem, jak psu kość. I to wszystko. Wcześniej nawet płakałem z tego powodu. Teraz, gdy to dotknęło jego, od razu usłyszałem: „Andriuszo, syneczku…”.

Wiem, wiem, że mój gniew był nieusprawiedliwiony. Nie na miejscu. Co by tam nie mówić, ojciec myśli, dba. Zarówno o matulę, jak i o mnie z Zarinką. Gdy rok temu rozpoczęła się wojenka, nie przetrwalibyśmy, gdyby nie on. Oczywiście w miasteczku nie było strzelaniny ani mordów, ale żarcia też nie było. Matuli przestali wypłacać pensję w bibliotece. Tadżycy mają lepiej – każdy ma ogród i rodzinę w kiszłaku3. A co u nas? Zdechlibyśmy z głodu, gdyby nie ojciec. Dopiero później Rawil wziął mnie do brygady…

Myślałem, że ojciec się zirytuje, ale on powiedział tylko:

„Andrieju, mamy trudny czas. Nie zapominaj, że trwa wojna. Trzeba bardzo uważać. Nie rozumiesz wielu rzeczy. Czy wiesz, dla kogo pracujesz? Oni tylko szukają okazji, żeby mi zaszkodzić”.

„Oni nawet nie zapytali, jak mam na imię”.

Ojciec mnie nie słuchał.

„Teraz nie mam czasu na wyjaśnienia. Wieczorem…” – I odszedł.

Tak wyglądała rozmowa ojca z synem. Czekałem do późna i obraziłem się jeszcze bardziej. Wyglądało na to, że będzie jak zwykle. Matula też się złościła i ciągle pytała:

„Czyli on ci powiedział, że przyjdzie?”.

Napiekła pasztecików z ziemniakami. Jest przekonana, że ojciec je lubi. Ja natomiast wiem, że on nie znosi ziemniaków. Matula owinęła półmisek z pasztecikami w czystą i ciepłą ściereczkę, żeby paszteciki były gorące. Niestety, wystygły…

Kopałem i rozmyślałem: Co ojciec miał zamiar mi powiedzieć? Jest bardziej niż pewne, że miał na myśli handlarza. Nie na darmo przecież pytał: „Czy wiesz, dla kogo pracujesz?”. A dziś wykopałem czaszkę. Pasuje jak ulał. Kurde, to jak w powieści kryminalnej! Gdyby dziś wieczorem ojciec znów nie przyszedł, pójdę do niego i zapytam, co miał na myśli. Niestety, ojciec nie lubił, gdy się go odwiedzało bez uprzedzenia… Przypomniałem to sobie i znów poczułem żal.

Nagle usłyszałem, że za płotem ktoś jak oszalały naciska klakson samochodu. Przy tym wrzeszczał:

– Andrieju! Hej! Andrieju!

Wylazłem z dołu i podszedłem do płotu. Za nim stała biała karetka pogotowia. Za kierownicą siedział jakiś wychudzony diabeł – czarny i z wąsami. To był Ali, kierowca ze szpitala. Jesteśmy kumplami. Usłyszałem, jak przywołuje mnie z kabiny kierowcy:

– Andrieju, wsiadaj szybciej! Jedziemy!

On zawsze tak – jakby się paliło. Przez całą drogę gadał jak nakręcony: „Szybciej, szybciej, trzeba się pospieszyć”. Byłem coraz bardziej wściekły. Wczoraj ojciec nie znalazł dla mnie czasu, a dzisiaj nawet przysłał po mnie karetkę. Chciał, żebym wszystko rzucił i pojechał do niego. Szybko! Szybko!

– Czy tobie – zapytałem Alego – lód się w dupie pali?

– Przestań gadać, kamracie! – zawołał do mnie Ali. – Nie mamy czasu!

Niczego sobie gadka.

– Einsteinie, czy tam jeszcze jest jakaś przestrzeń? – zapytałem.

Ali zawsze miał problem z poczuciem humoru. Nie zrozumiał, o co mi chodzi.

– Hej, wsiadaj! Słyszysz, co mówię?!

– A co będzie dalej? Wygłosisz mi wykład o problemie z czasem?

– Twój ojciec został zabity.

Najpierw nie zajarzyłem, o co chodzi. On znowu wykrzyczał:

– Zabili! Twego ojca!

Zrozumiałem, co Ali mówi, ale mu nie uwierzyłem. Gdy sens słów kumpla dotarł do mnie, czas jakby zniknął. Przestrzeń chyba też. Dopóki jechałem, za przednią szybą wisiała jakaś mętna zasłona, w której tonęły płoty na skraju miasteczka wykonane z gęstej gliny i wysokie topole wzdłuż drogi, i puste pola, na których uprawiano bawełnę, ciągnące się hen aż do gór. Jakbym ogłuchł i oniemiał. Głos Alego docierał do mnie jak gdyby z boku, z innego wymiaru: „Ordynator zarządził, żebym tam pojechał, zabrał zwłoki… Nadłożyłem drogi i pojechałem po ciebie…”.

***

Zatrzymaliśmy się opodal jakiegoś słonego jeziora. Stała tam niewielka grupa ludzi. Obok – czarna wołga. Wyskoczyłem z karetki. Ujrzawszy mnie, ludzie odeszli na bok. Ojciec leżał na plecach. Jego ubranie było umazane błotem i oblepione rzepami – wyglądało na to, że był ciągnięty po ziemi. Krwiak zalał mu pół twarzy.

Zdawało mi się, że oślepłem. Nie widziałem pobliskich pagórków ani dalekich gór. Nie widziałem ludzi, którzy stali wokół. Widziałem jedynie głęboką bruzdę biegnącą w poprzek szyi mego ojca. To była cienka linia przecinająca spuchnięte ciało. Zdawało mi się, że ogłuchłem. Nie słyszałem, jak szemrze wiatr. Nie docierało do mnie, o czym szeptem plotkują ludzie. Po dłuższej chwili usłyszałem tuż obok, ale jakby zza grubego muru:

– No cóż, trzeba zabrać zwłoki.

Najpierw nie zrozumiałem, o co chodzi. Ogarnęło mnie poczucie, że się stało coś nieodwracalnego. Jakbym był rozrywany na strzępy. Słyszałem, że ktoś mnie woła. Obejrzałem się za siebie. Był to prokurator rejonowy. Usiłowałem zrozumieć, co mówi.

– Co za nieszczęście, Andrieju… Serdecznie ci współczuję… Trzymaj się…

Kiwnął głową w kierunku Alego.

– Weź, ładuj.

Ali otworzył tylne drzwi karetki, wyciągnął rozkładane nosze z brezentu i rozłożył je obok ojca. Ocknąłem się.

– A co ze śledztwem?!

– Ciężka sprawa – rzekł prokurator. – Nie mamy świadków. To bardzo trudny przypadek. Mimo wszystko wyjaśnimy, w czym rzecz. Śledztwo na pewno będzie.

Łże jak pies! Nie będzie żadnego śledztwa. Facet ma to wypisane na mordzie dużymi literami.

Zawołałem:

– Dlaczego zadeptaliście ślady?! Tu nawet pies nic nie wywęszy.

– Andrieju – zaczął spokojnie prokurator – w tych sytuacjach pies nie jest potrzebny.

Jego oczy były jakby zasłonięte kotarą. Tadżycy powiadają: „Naciągnął na twarz oślą skórę”. Rozejrzałem się wokół. Śledczy był dobrze znany w miasteczku, ale nie dostrzegłem go wśród ludzi stojących w pobliżu.

– Gdzie jest śledczy?! Gdzie jest fotograf?

– Andrieju – rzekł prokurator – nie ucz mnie, jak mam pracować.

– Dlaczego nie rozpoczynacie śledztwa?!

– Na pewno rozpoczniemy. Przeprowadzimy czynności, wyjaśnimy… Na pewno, to nasz obowiązek.

– Nic nie wyjaśnicie! Wszystko… załatwicie po cichu i bez rozgłosu. Sprawa przyschnie.

– Andrieju, mówisz teraz przykre słowa, ale ci wybaczam. Rozumiem, co czujesz. Mnie też jest przykro. Twój ojciec był moim przyjacielem. Bardzo dobrym…

Byłem wściekły, rozsadzało mi głowę i ledwie rozumiałem, co mówię.

– Więc nie chcecie przeprowadzać śledztwa? Czy mam to zrobić sam?

Prokurator przerwał mi, mówiąc po rosyjsku:

– Mądry z ciebie chłopak, nie rób głupstw. Ty sam wiesz, że mamy niebezpieczne czasy. Nie warto tak mówić. Pożałujesz…

– To pan mi grozi?

– Za kogo ty się uważasz, żebym ci groził?!

Prokurator się wkurzył i z jego ust zaczęły się wylewać kalumnie:

– Ty mnie pouczasz, jak należy się zachowywać? Najpierw się naucz rozmawiać ze starszymi od siebie! Gdyby ci rozpruć brzuszysko, nic dobrego się tam nie znajdzie… Jesteś taki sam jak twój ojciec. On chociaż leczył ludzi, więc go znosiliśmy… A ciebie z jakiej racji mamy znosić?!

Nie wytrzymałem i wygarnąłem mu szczerze:

– Mówi pan, że znosiliście ojca?! Gdyby was nie leczył, wszyscy byście pozdychali! Z obżarstwa. Sam znajdę tego, kto go zabił! Jeśli nic nie wywalczę tu, w miasteczku, pojadę do Duszanbe. Niech przysyłają zespół. Pogrzebię w tym waszym gnieździe żmij i znajdę mordercę…

Wytrzeszczył oczy i gapił się, jakby chciał mnie zeżreć, ale nie odezwał się już więcej. Nie patrząc na nikogo, rzucił polecenie:

– Zabrać to.

Nikt się nawet nie ruszył.

Trząsłem się ze wściekłości, ale nie chciałem, żeby ojca dotykali obcy. Pochyliłem się i podłożyłem dłonie pod jego ramiona. Spojrzałem na Alego… Ten zawahał się przez moment, podszedł i niechętnie złapał za nogi. Podnieśliśmy zwłoki. Były bardzo ciężkie i wyginały się poniżej pasa.

– Safarow, pomóż – rozkazał prokurator.

Podszedł kierowca prokuratora, chwycił pasek spodni ojca i pociągnął. Unieśliśmy zwłoki wyżej. Głowa ojca odchyliła się do tyłu. Podciągnęliśmy ciało do noszy. Starałem się opuścić zwłoki tak, żeby głowa nie uderzyła o brezent. Razem z Alim chwyciliśmy nosze, ponieśliśmy je do karetki i wsunęliśmy do środka. Usiadłem obok noszy. Karetka ruszyła. Przytrzymywałem ciało ojca, żeby nie rzucało nim na wybojach. Dopiero tu, z bliska, zobaczyłem, że na jego opalonych i mocnych rękach są otarcia i siniaki. Przytrzymywano go. Ojciec był silny i jedna osoba nie dałaby sobie z nim rady. Było ich kilku. Przed oczami stawały mi straszliwe sceny mordowania mego ojca. Odpędzałem je od siebie, ale powracały jak bumerang.

Ocknąłem się, gdy z zewnątrz karetki rozległ się trzask zamka u drzwi.

– Chodź, bracie, wyniesiemy… – powiedział Ali.

Otarłem oczy, w których nie było łez. Chwyciłem nosze. Łoże ojca zabrzęczało od spodu i pojechało wzdłuż metalowych płóz. Do otwartych drzwi karetki podbiegło kilku młodych mężczyzn w białych kitlach. Chwycili nosze, ponieśli.

Zeskoczyłem na ziemię. W głębi szpitalnego dziedzińca ujrzałem domek bielony wapnem. Była to kostnica. Przy wejściu stali ludzie. Zastygli w bezruchu. Milczeli. Przypominali cienie. Ojca leżącego na noszach wniesiono przez otwarte drzwi do kostnicy.

Wszedłem. Był tu jakiś pokój. Ojciec leżał na wysokim i wąskim stole, pokrytym ceratą. Po drugiej stronie zgromadzili się lekarze. Coś szeptali do siebie. Jeden wysunął się do przodu. Był to ordynator. Inni stali trochę z tyłu. Wszystko wyglądało tak, jak podczas porannego obchodu.

Nie mogłem patrzeć na twarz ojca. Jego czarne buty były ubrudzone. Włożyłem rękę do kieszeni, wyciągnąłem z niej chusteczkę. Chciałem, żeby buty znów błyszczały…

Usłyszałem, jak ktoś coś mówił. To był ordynator.

– To wielkie nieszczęście… Ale nasze grono… Musimy go odprowadzić w ostatnią drogę godnie… Towarzysz Szaripow zadba o to…

Lekarz w białym kitlu coś szepnął mu do ucha. Ordynator przytaknął, kiwając głową.

– Tak, towarzysze, poinformowaliśmy krewnych mieszkających w kiszłaku. Bardzo prosili o nieprzeprowadzanie sekcji zwłok. Prokuratura również nie jest przeciwna…

Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Położyła mi ją mama. Nie słyszałem, jak weszła. Ciężko oparła się o mnie. Zastygła w miejscu, patrząc na ojca. Mocno ściskałem mamę. Chciałem, żeby poczuła, że jestem obok. Że jestem z nią. Żyję.

Mama głęboko westchnęła. Lekko wzruszyła ramionami, uwalniając się z uścisku. Łagodnie dotknęła mej dłoni: „Dziękuję, trzymam się”. Westchnęła po raz kolejny. Zrobiła krok do przodu, do stołu. Stała przez chwilę, patrząc na twarz ojca. Poprawiła kołnierzyk koszuli, który się zagiął do wewnątrz i był umazany błotem. Delikatnie pogładziła ojca po policzku. Spojrzała na ordynatora.

– Zabiorę go. Proszę, niech pan da samochód.

Ordynator odrzekł zdumiony:

– Dokąd pani go zabierze?

– Do domu.

Ordynator podejrzliwie spojrzał na mamę.

– Po co do domu? Przecież trzeba go pochować.

Mama jak gdyby nie słyszała.

– Proszę, niech pan powie cieśli, wujkowi Wasi, żeby zrobił trumnę. Zapłacę.

Ordynator wreszcie skapował, w czym rzecz.

– Wiero, pani nas obraża… Sami go pochowamy. Proszę się nie martwić, wszystko będzie jak trzeba. Zaraz wyślę sanitariuszy, żeby wykopali grób. Do wieczora mamy czas…

Mama powiedziała spokojnie, bez emocji:

– Powinien spędzić noc w domu.

Ordynator spochmurniał. Wiedziałem, co myśli. „To mój szpital. Mój personel. Jestem tu najważniejszy. Jestem kierownikiem. To ja decyduję o tym, jak należy pracować i jak grzebać. Skąd rosyjska kobieta może wiedzieć, jak należy grzebać w Tadżykistanie? Wedle naszego, a nie rosyjskiego czy sowieckiego prawa…”

Głośno rzekł jednak coś innego:

– Wiero dżon… Droga Wiero, tradycje tego narodu też należy szanować…

Wiedzieliśmy, co myśli: „Co powiedzą ludzie w miasteczku, jeżeli zezwolę na pogrzeb poza prawem? Powiedzą, że Chakimow nie ma żadnego autorytetu. Może Chakimow nie wie, jak należy grzebać ludzi? Może nie był nauczony?”.

Lekarz, który wcześniej szeptał mu do ucha, zaczął szeptać znowu. Ordynator myślał i milczał. Co ten szepczący mu poradził? Czy oni wiedzieli coś, czego nie wiemy my?!

– Droga Wiero… – zaczął i po chwili milczenia kiwnął głową w stronę szepczącego, kontynuując: – Akmoł Chodżyjewicz dobrze mówi. Pani przez tyle lat mieszkała z nieboszczykiem Umarem… Jego syn stoi obok… Oczywiście będzie lepiej, jeżeli sami go pochowacie…

Dlaczego? Dlaczego tak łatwo nam ustąpił? Co ten znów szeptał mu do ucha?

Ordynator wydał rozkaz:

– Zawołajcie wujka Wasię.

Któryś z lekarzy okrążył stół od naszej strony, przeszedł obok. Wszyscy milczeli. Nagle mama zapytała z niepokojem:

– Andrieju, gdzie twoja koszula?

– Jaka znowu koszula?

– Dlaczego jesteś goły?

Spojrzałem na siebie: rzeczywiście nie miałem koszuli.

– Nie wiem…

– Dlaczego jesteś rozebrany?! Co się stało? Gdzie byłeś?

– Kopałem…

Mama popatrzyła na mnie z przerażeniem:

– Kopałeś? Co kopałeś?!

– Mamo, byłem w pracy… Dół pod fundamenty…

Mama westchnęła z ulgą. Pojawił się u niej jakiś dziwny, nieznany gest: pogładziła dłonią policzek, jakby coś chciała zetrzeć z twarzy.

– Dzięki Bogu… Pomyślałam… Ach, sama nie wiem… – Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, powiedziała: – Andrieju, trzeba się ubrać.

– W co, mamo?

– Nie dyskutuj ze mną! Masz się natychmiast ubrać!! Słyszałeś? Na-tych-miast.

– Mamo!!!

Jakby się ocknęła:

– Ach tak, rozumiem…

Wszedł wujek Wasia. Przeżegnał się. Patrzyłem, jak rozkłada miarę ciesielską i pomyślałem: Dlaczego mierzy stół, a nie ojca? Po co rozkłada miarę tak szeroko?

– Dlaczego nie notujesz? – zapytał surowo ordynator.

– Na razie jeszcze mam głowę na karku. Do wieczora się zrobi – rzekł ponuro wujek Wasia i wyszedł.

Sanitariusze wnieśli zwłoki ojca z powrotem do karetki. Ali uruchomił silnik. Mama usiadła w kabinie obok Alego, a ja w karetce przy ciele ojca. Pojechaliśmy do domu.

***

W domu mama kazała mi rozłożyć w dużym pokoju stół, przy którym zwykle jadaliśmy, gdy przychodził ojciec. Ali pomógł wnieść zwłoki ojca do domu i ułożyć je na stole. Mama kazała mi nagrzać dużo wody w emaliowanych wiadrach. Ze szkoły przyleciała Zarinka, uściskały się z mamą i obie zaczęły głośno szlochać.

Mama wyprosiła z pokoju mnie i Zarinę i sama umyła zwłoki. Chciałem jej pomóc, ale odmówiła dość stanowczo. Zamknęła drzwi. Przynosiłem pod nie wiadra z gorącą wodą i wylewałem na dwór zawartość miednicy, którą mama wystawiała.

Przyleciał Rawil.

– Chodź no na chwilę, pogadamy.

Wyszliśmy na ganek. Zaczął szeptać:

– Gdzie ty się pchasz? Nie strugaj kamikadze. Czy ty, kurwa, myślisz, że jesteś bohaterskim lotnikiem Nikołajem Gastello? Trzeba było siedzieć cicho i milczeć. Przyczaić się jak Lenin w mauzoleum. Dowiedzieć się wszystkiego, ale bez rozgłosu. Wywieźć stąd matulę i siostrę. Zlikwidować cichuteńko, kogo trzeba. A potem po cichu zniknąć. Nic się nie wyda, przecież trwa wojna. Twego ojca zamordowano po cichu.

– Kto go zamordował?! Ty to wiesz!

– Nic nie wiem.

– Wiesz!

– Za kogo mnie uważasz? Kim jestem?! Tu tylko krążą plotki. Nic konkretnego. Czy ty w Watanie mieszkasz od dzisiaj? Ludzie się boją. Nikt głośno nic nie powie. Plotkują na różne tematy…

– Kto go zamordował? Czy nie handlarz Chakberdyjew?

– Słuchaj no. Na twego tatę wielu sobie ostrzyło zęby…

– Ale dlaczego?! Co on im zrobił?!

– Andrieju, musicie wyjechać. Teraz w Watanie nie będzie dla was życia.

– Nie ruszę się stąd, dopóki nie wyjaśnię.

– Wariat jesteś, przecież cię zabiją. A czy myślisz, że tylko ciebie? Wszystkich troje was zamordują i nikt nawet nie piśnie o tym, co się stało.

– Nie mamy gdzie się podziać. Nie mamy ani innego domu, ani pieniędzy.

Rawil uderzył pięścią w poręcz.

– No to jest kłopot! – powiedział i otarł twarz dłońmi. – Andrieju, powiem Chakberdyjewowi, żeby dał zaliczkę. Ty się tam nie pokazuj. Tak w ogóle to siedź w domu jak mysz pod miotłą. Pochowacie ojca i po cichu znikniecie.

– Matuli nic jeszcze nie mówiłem. Ona nie wie.

– Ciebie, głupku, mi nie jest szkoda. Szkoda twej matuli i siostry. Kurwa, miele jęzorem, nie wiedzieć po co… Babuleńka jest przerażona, bo ten gruby kutas jej groził. Im to zwisa, czy będziecie pisali skargę do Duszanbe, czy do Moskwy, czy do Paryża. Ale oni nie wybaczają. U nas mordowano już za mniejsze „przewinienia”.

Znowu jacyś „my” i „oni”. Ten zbiegły Tatarzyn coś wie!

– Rawilu, proszę cię jak brata, powiedz, kto to był?

– Dosyć, nie zgrywaj chojraka. Myśl o matce, o matce… Dobra, znikam już. Trzymaj się, Andrieju. Gdyby coś, wal do mnie jak w dym. Teraz muszę lecieć, przepraszam. Jutro z rana przyjdę do ciebie, to pewne. Razem z Karłem poprosimy, żeby ten krwiopijca nas puścił. Jak nie puści, w cholerę z nim, sami pójdziemy.

Uściskał mnie, czołem dotknął mego czoła i odszedł. Nie czułem się urażony. Wiem, że gdyby mógł, toby został.

Wreszcie mama wyniosła do przedpokoju cały stos mokrych prześcieradeł i ustawiła tam puste wiadra. Gdy nas zawołała, ciało ojca – ze skrzyżowanymi dłońmi – leżało na stole. Mama ubrała zwłoki w garnitur z elany, wiszący zwykle w naszej szafie ubraniowej. Kołnierzyk koszuli był podniesiony, a jego rogi mama spięła agrafką, żeby nie było widać blizny na szyi. Na stole był najlepszy obrus, biały. Nie miałem pojęcia, jak mama poradziła sobie z tym sama.

Siedziała przy głowie ojca, opierając czoło o stół.

– Dzieci, pewnie jesteście głodne. Zarino, zrób wam coś do jedzenia – powiedziała, nie podnosząc głowy znad stołu.

– Mamo, nie chce nam się jeść. – Zarina podeszła do mamy i mocno ją uścisnęła.

– Andriuszo, postaw tu krzesła dla siebie i Zariny – rzekła mama. – Przynieś z kuchni świece.

Przysunąłem bliżej dwa krzesła. Zarina usiadła na jednym z nich, ciągle obejmując mamę.

Drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Przyszło kilka kobiet z sąsiedztwa. Kilkakrotnie wychodziłem na ganek i widziałem, że niedaleko domu kręcą się jacyś obcy młodzi mężczyźni. Jeden z nich, przypominający diabła, zajrzał do nas z przedpokoju.

– Czego tu? – zapytałem niegrzecznie.

Krzywo spojrzał na mnie, widać było, że jest zły, ale odszedł.

Wkrótce potem wujek Wasia przyniósł ogromną trumnę obitą czarną satyną. On i Ali wnieśli najpierw skrzynię, a potem wieko. Na wieku był krzyż z białych pasków materiału. Mama zapytała bez emocji:

– A po co krzyż?

– Przecież… Pani… tego… będzie go chowała po naszemu – rzekł wujek Wasia.

Mama spojrzała na niego jakoś dziwnie i powiedziała zdecydowanie:

– Nie, nie po naszemu.

Wujek Wasia się zmartwił.

– Ma pani rację. Nieboszczyk nie był ochrzczony. Mógłbym się wcześniej domyślić… Co teraz? Mam zdjąć? A może zostawimy? Chociaż nie był naszej wiary, jednak…

– Co za różnica – rzekła mama. – Niech pan zostawi, niech będzie, jak pan uważa.

Teraz się wujek Wasia ucieszył.

– Tak będzie lepiej. Może na tamtym świecie będzie miał łatwiej. Może go tam uznają za swego, jak zostawimy krzyż. Pani się tam z nim spotka…

– Nie – oświadczyła mama – już nigdy się nie spotkamy.

Postawiliśmy trumnę na dwu taboretach, przenieśliśmy do niej ojca i umieściliśmy ją na stole. Ali i wujek Wasia odjechali. Zaczęło się ściemniać. Zamknąłem drzwi wejściowe i zasunąłem zasuwę. Chciałem zapalić światło, ale mama powiedziała, że nie trzeba. Zostawiła lampkę tylko w przedpokoju, duży pokój oświetlały jedynie cztery świece stojące na stole – po dwie po prawej i lewej stronie trumny. W ciemnościach promyki świec wydawały się bardzo jaskrawe. Siedzieliśmy przy stole. Nagle zniknął jasny pasek światła padającego z przedpokoju.

– Znów wyłączyli prąd. – Mama zgasiła dwie świece. – Do rana pewnie nie starczy…

Podszedłem do szczelnie zamkniętego okna. Mama powiedziała, że nie może być przeciągów, bo cera twarzy ciemnieje. W oknach sąsiednich domów światło się paliło. Nam odcięła prąd jakaś swołocz… Nagle po drugiej stronie szyby zobaczyłem trzy niewyraźne paszczęki. Byłem pewien, że należały do tych samych diabłów, które w dzień chodziły dookoła. Nie mogłem rozróżnić twarzy. Zasłoniłem okno. Tamci trochę pohałasowali i ucichli. Czy sobie poszli?

Po cichu zakradłem się do kuchni, wziąłem siekierę i niepostrzeżenie położyłem ją przy nodze swego krzesła.

Nagle mama zaczęła śpiewać, ale jakoś niezdecydowanie:

Zaszło już słoneczko jasne,

Zgasły też jasne gwiazdeczki,

Odprowadzam twą duszeńkę

Hen, hen w dal, za ciemną rzeczkę…

Potem śpiewała już głośniej, pewniej i jakby nie zauważając, że jesteśmy z siostrą obok:

Niech więc sobie idzie brzeżkiem,

Idzie brodem kamyczkami,

Niech płynie przez wody czyste

Na tajemną tamtą stronę.

Mama się z nim żegnała. Nie wiedziałem, jak ja mam się pożegnać. Nie wierzyłem, że już się nie zobaczymy. Trumnę zakopiemy w ziemi, a kiedyś – nie dziś i nie jutro – zobaczę ojca idącego ulicą w wyprasowanej koszuli i wypastowanych na glanc butach. Będzie wyglądał tak, jakby przed chwilą wyszedł z sali operacyjnej. Może wówczas nam się uda porozmawiać. Będę mógł mu powiedzieć wszystko…

Zapomnisz o męce śmierci,

Zapomnisz o nas, żyjących…

Mama westchnęła.

– Ach, to głupie…

Siedzieliśmy i milczeliśmy. Nasłuchiwałem, ale za oknem na razie było cicho.

– Idźcie się trochę przespać – zaproponowała mama. – Jutro będzie ciężki dzień.

– Mamo, nie chce nam się – powiedziała Zarinka. – Posiedzę z tobą.

– Idź, idź… Jesteś bardzo zmęczona. Chciałabym… trochę pobyć z tatą sam na sam. Połóż się i pośpij z godzinkę.

Zarina spojrzała w moją stronę i kiwnęła milcząco głową. Zapaliliśmy świecę i wyszliśmy z pokoju do kuchni.

– Tato lubił tu siedzieć – rzekła Zarina. – Gdy przychodził, mama zawsze nakrywała do stołu w dużym pokoju. Tato lubił siedzieć w kuchni…

– Skąd to wiesz?

– Sam mi to powiedział.

– No pewnie! Byłaś jego ulubienicą! „Ach, Zarineczka, moja córeczka”. Z tobą rozmawiał.

– Wstydź się! Tata cię kochał. Wszyscy go kochali…

No pewnie! Wszyscy kochali, a raczej kochały! Gdy matula przyprowadzała nas do szpitala, widziałem, jak wokół ojca się kręcą pielęgniareczki. Zwracały się do niego po imieniu i imieniu odojcowskim, otczestwie. „Ach, nasz Umar Mirbobojewicz! Tak, Umarze Mirbobojewiczu!” Ja też byłem „dopieszczany”: „Ach, Andriusza, ach to synek Umara Mirbobojewicza. Ach, jaki sympatyczny, wykapany tatuś”. Oczywiście, na matulę nikt uwagi nie zwracał. Była traktowana jak powietrze. Ojciec mieszkał oddzielnie, we własnym mieszkaniu. Miał je w dzielnicy, gdzie stały piętrowe budynki. Koczował, chodząc od nas do siebie i od siebie do nas. Gdy nie nocował u nas, matula nam tłumaczyła: „Ojciec ma pilną operację. Nocny dyżur”. Gdy dorosłem, zacząłem się domyślać, co to za nocne dyżury… Czasem rzeczywiście, jako lekarz, ojciec miał owe dyżury. Nie wiem, dlaczego nas nie porzucił. Mimo wszystko pozostał wierny matce i nie odszedł na zawsze do innej kobiety. Nie pojmuję, jakim cudem ojciec był jednocześnie hulaką i mężczyzną okazującym przywiązanie. Pewne jest, że takiej rosyjskiej kobiety, jak nasza matula, w Watanie ze świecą szukać…

Tak myślałem, a głośno do siostry powiedziałem:

– No pewnie, że kochali! Zagłaskali na śmierć.

– Ludzie szanowali i kochali tatę. Naprawdę… A ty… Wygląda mi na to, że nawet tatę potępiasz.

– Nic o nim nie wiemy.

– To ty nic nie wiesz! Ja wiem wszystko.

– Skoro tak, powiedz, dlaczego go zabili… Czy ty wiesz, z kim się przyjaźnił? Z tłustymi świniami, prokuratorami, handlarzami… Jakie miał z nimi interesy? No, powiedz! Przecież wiesz wszystko! Może on był z czyjąś żoną…

– Głupek z ciebie! – zawołała Zarina. – Nie waż się mówić o tacie źle!

Zerwała się z krzesła i wyszła. Zamknęła się w swoim pokoju. Wróciłem do ojca, zanurzając się w ciemnościach i nieruchomym czasie.

***

Świece się wypaliły. Zapaliłem dwie nowe i nagle usłyszałem, że do naszego domu podjeżdża samochód. To była ciężarówka. Zatrzymała się i trzasnęły drzwi. Było słychać głosy. Rozległo się pukanie. Zaczyna się!

Mama uniosła głowę i powiedziała zmęczonym głosem, jakby od niechcenia:

– Otwórz, Andriuszo.

– Mamo, zaczekaj! Powinienem ci opowiedzieć…

– Nie teraz… Idź i się dowiedz, kto to.

– Mamusiu, nie! Rozumiesz, dzisiaj, gdy… Kiedy tam przyjechałem…

– Andrieju, przestań. Przecież słyszysz, że ktoś przyszedł…

Pukanie się powtórzyło. Zniecierpliwiona mama wstała.

– Sama otworzę.

Poszła do przedpokoju ze świecą, zasłaniając dłonią jej płomień, żeby nie zgasł.

– Mamo, nie otwieraj!

Złapałem siekierę, wyskoczyłem do przedpokoju i zagrodziłem jej drogę.

– Oni przyszli… po nas…

– Dlaczego po nas? Do nas.

Znów się rozległo pukanie do drzwi. Było bardziej głośne i natarczywe.

Zawołałem:

– Przyszli, żeby nas zamordować!

– Andriuszo, rozumiem… Na twe barki spadł za duży ciężar. Na barki nas wszystkich… Teraz męczą cię koszmary…

– Mamo, wysłuchaj mnie!

Pukanie. Na razie oni tylko pukają. Potem zaczną wyważać drzwi.

– Odejdź, Andrieju – rzekła surowo. – Czekają za drzwiami.

Zawołałem:

– Kto tam czeka?! Czy ty wiesz kto?!

– To może być milicja… Albo listonosz z telegramem…

Wyciągnęła do przodu rękę, chcąc mnie odsunąć. Stałem twardo w miejscu i nie puszczałem.

– Andrieju! Chryste, co się dzieje z moim synem?

Potem powiedziała z wyraźnym gniewem w głosie, najpierw sylabizując:

– Puszczaj na-tych-miast! Czy chcesz, żebym się z tobą biła?

Zrozumiałem, że nie odpuści. Nie posłucha.

– Marsz do tyłu!

Nienawidzę tego słowa. Marsz do łóżka! Marsz do łazienki! Marsz do odrabiania lekcji! Przez całe życie słyszę to samo: marsz, marsz, marsz… Czy jestem żołnierzem, do cholery? Czy może kukiełką z teatru, którą się szarpie za sznurki? Mimo że mama tak szarpie, robię, co każe. W cholerę z tym wszystkim. Marsz! A co odpowiadamy?! Tak jest! Melduję się na rozkaz! Służę Związkowi Radzieckiemu! Na złość wrogom, na szczęście mamie… Jak zawodowy wojskowy wykonałem obrót o sto osiemdziesiąt stopni.

– Andriuszo, nie otwieraj! – zawołała Zarinka.

Już nic nie zmienimy. Nie ma sensu się ukrywać. Podpalą dom. Wyważą drzwi. Wybiją szyby w oknach. Skoro mamy zginąć, to lepiej od razu. Zasłonię sobą mamę i siostrę… Zamorduję tylu, ilu dam radę… Podszedłem do drzwi. W prawej ręce trzymałem siekierę. Lewą odsunąłem zasuwę…

– Co robisz? – zawołała Zarina.

Otworzyłem drzwi na oścież. Stał w nich ojciec.

***

Odskoczyłem jak rażony prądem. W głowie coś huczało i trzeszczało, jakby się włączył potężny transformator. Trzonek siekiery wyśliznął mi się z dłoni, a uderzenie topora rozległo się gdzieś daleko, na dole, w podziemnym świecie. Coś mnie pchało w stronę ojca, chciałem go uściskać (nie robiłem tego od wielu lat, odkąd dorosłem), ale jakiś straszliwy ciężar powstrzymał mnie w miejscu. Nie mogłem się ruszyć. Po prostu stałem i patrzyłem. Wiedziałem, że ojciec wróci! Zwłoki leżące z tyłu, za moimi plecami – to nie jest ojciec. To ktoś obcy, kogo nie znam. Mój ojciec stoi przede mną na ganku. On żyje. Od początku byłem pewien, że to się stanie. Nie spodziewałem się, że dziś.

Światła ciężarówki stojącej na dworze przed naszym domem świeciły ojcu w plecy. Ojciec miał na sobie czapan4. Był z lekkiej tkaniny o nazwie bekasab. Ten ubiór ojciec zawsze zakładał w domu. Błyszcząca tkanina tworzyła wąski pasek wokół ciała, widziałem więc coś na kształt aureoli. Twarz była w cieniu. Ujrzałem jednak znane i bliskie mi rysy… Tylko jedno było tu obce i dziwne, wąsy. Skąd one się wzięły? Kiedy zdążyły wyrosnąć? W głowie zaświtała mi pewna myśl, ale czułem, że nie ja na nią wpadłem: gdy człowiek umiera, włosy rosną dalej. Czemu jednak u ojca wąsy wyrosły w ciągu jednego dnia?

Rzekłem:

– Tato…

Od dawien dawna nie zwracałem się do niego w ten sposób. Teraz jakoś samo mi się wyrwało z ust. Bezgłośnie. Ojciec zrobił krok do przodu i uścisnął mnie. Krzyknąłem. Ojciec zawsze pachniał aromatyczną kwiatową wodą toaletową, a zapach leków był ledwie wyczuwalny. Osoba, która mocno mnie uścisnęła, pachniała zupełnie inaczej. To było kilka zapachów naraz: dymu, mleka, suchego obornika, górskich ziół, benzyny i kurzu.

Odskoczyłem do tyłu i usłyszałem, jak mama powiedziała niezdecydowanie:

– To ty, Dżorubie?

Świeca stojąca z tyłu uniosła się w górę i oświetliła twarz mężczyzny, który mnie ściskał. Potem powiedział:

– Wiero, droga Wiero…

– Tak, Dżorubie – odparła mama. – Odszedł…

Zrozumiałem, kim jest mężczyzna. To młodszy brat ojca. Nie widziałem go dawno, nie przyjeżdżał do Watanu chyba z tysiąc lat. Był zupełnie niepodobny do ojca. Nie… oczywiście był podobny, i to nawet bardzo. Od razu można poznać, że to bracia. Sam już nie wiedziałem, co myśleć…

Uwolnił mnie z uścisku, odsunąłem się, on zaś wszedł do domu. Po chwili zauważyłem, że na ganku stoi starszy mężczyzna. Był szczupły, niewysoki, miał białą brodę i dużo medali przypiętych do koszuli. Domyśliłem się, że to dziadek. Prawie go nie pamiętałem.

Dziadek i Dżorub weszli i stanęli przy trumnie, uścisnęli się nawzajem i rozpłakali. Płakali jak dzieci. Pochlipywali i wycierali łzy. Ściskając się, podpierali jeden drugiego, żeby nie upaść. Dżorub otworzył ramiona i przyciągnął mnie do siebie. Nie chciałem do niego podchodzić. Było mi jakoś niezręcznie, że wziąłem go za ojca. Przetrzymałem to. Czekałem, kiedy mnie puści. Nagle wewnątrz mnie coś jakby się odblokowało. Po tym, jak po raz pierwszy ujrzałem ojca martwego, nie mogłem płakać przez cały dzień. W tym ciasnym kręgu rozpłakałem się i zawodziłem lekko i swobodnie. Uścisnąłem dziadka i przytuliłem się do niego. Słyszałem, że coś szepcze. Jak gdyby mówił sam do siebie lub rozmawiał z ojcem.

– Biedny mój synu. Biedny, biedny. Nieszczęśliwy mój synu. Twe życie się zaczęło tak pięknie. Wykształciłeś się, leczyłeś ludzi. Oni cię szanowali. A miałeś taką niepochlebną śmierć… – Dziadek jak gdyby zapomniał o tym, że jesteśmy obok. – Jeśli chcieli cię zabić, czemu nie zadali ciosu nożem?

Do pokoju wszedł wysoki i smukły młody mężczyzna. Przypominał orła górskiego. To był kierowca, który ich przywiózł.

– Ako5 Dżorubie, czas na nas. Droga będzie długa.

Dziadek, ocierając łzy, powiedział po rosyjsku:

– Córeczko, trzeba go wyszykować w ostatnią drogę.

– Wyszykowałam – wyznała mama. – Umyłam, ubrałam. A tu jest trumna…

– Dziękuję, córeczko – rzekł dziadek. – Trumna jest niepotrzebna. Po co mu trumna? Owiniemy go w całun.

– Szerze, chodź no, pomóż – zwrócił się do kierowcy Dżorub.

Mama, nic nie mówiąc, otworzyła drzwi szafy ubraniowej i położyła na stole stertę czystej bielizny pościelowej. Wzięła z niej pierwsze, wykrochmalone prześcieradło i zaczęła je rozkładać.

– Czy tak wypada? – zapytała nagle. – Jak nie będzie trumny, to położycie go na brudnej podłodze?

Włożyła prześcieradło w dłonie Dżoruba, po czym zdecydowanym ruchem pociągnęła za duży dywan wiszący na ścianie. Ojciec przyniósł go, gdy się tu wprowadzaliśmy. Było to dziesięć lat temu, gdy wywalczył dla nas mały domek, jakich w sowchozie6 było sporo. Stał niedaleko wyjazdu z miasteczka. Dywan nie dawał się odczepić. Mama szarpnęła nim, zerwała z gwoździ. Upadł ciężko, układając się na skos. Z komody poleciały na podłogę wazoniki i figurki.

– Weźcie. Położycie go w skrzyni ciężarówki.

Szer, ten orzeł górski, podleciał, przykucnął, pomógł mamie zwinąć dywan. Zarzucił go na ramię i wyszedł. Gdy wrócił, to my wszyscy – łącznie z mamą i Zariną – przechyliliśmy trumnę, podnieśliśmy ciało ojca, przełożyliśmy je na prześcieradło rozłożone obok i owinęliśmy od stóp do głów.

Nigdy dotąd nie myślałem, że wynoszenie nieboszczyków z domu to też praca. Przypomina wynoszenie do samochodu mebli i pakunków przy przeprowadzce. Trzeba mieć sprawne ręce, ktoś zarządza, jak należy ciągnąć, dokąd nieść, gdzie położyć lub ustawić.

Mama z Zariną nieśmiało wyciągnęły dłonie w kierunku długiego, białego zwoju leżącego na stole.

– Kobietom nie wolno – rzekł nieśmiało dziadek. – Można tylko mężczyznom.

Podnieśliśmy zwój we czterech. Dziadek, chociaż jest już stary, też pomagał.

– Źle go niesiecie! – zawołała mama. – Trzeba wynosić nogami. Nogami do przodu.

Przystanąłem na chwilę, ale dziadek powiedział:

– Gdy człowiek się rodzi, wychodzi z łona matki głową do przodu. Gdy umiera, powinien wychodzić z domu tak, jak do niego wszedł, też głową do przodu.

Wynieśliśmy ojca przez drzwi. Światła samochodu padały na jego twarz. Mama i Zarina szły za nami. Ułożyliśmy ojca na dywanie rozłożonym w skrzyni ciężarówki i stanęliśmy przy odchylonej tylnej ściance.

Patrzyliśmy na zwój, który się bielił w ciemności. Pomogłem Szerowi unieść plandekę. To koniec. Ojciec mnie opuszczał. Na zawsze.

Jeszcze chwilę temu trwała krzątanina przypominająca przeprowadzkę do nowego mieszkania. Każdy miał jakieś zajęcie. Nagle wszystko się skończyło i już nie było nic do roboty. Zaległa cisza. Za chwilę dziadek i Dżorub odjadą, a my pozostaniemy sami na ciemnej ulicy, w ciemnym i opustoszałym domu. Gdy dziadek i Dżorub przyjechali, poczułem, że jesteśmy bezpieczni, a teraz to chwilowe odczucie uleciało. Z tyłu głowy i na plecach czułem na sobie spojrzenia wrogów, którzy obserwowali nas z ciemności. Niewykluczone, że się rzucą na nas, gdy tylko odjedzie ciężarówka – nawet nie zdążymy wbiec do domu. Mama nigdzie nie będzie uciekała, bo nic złego nie podejrzewa…

– Cóż, Dżorubie, jedźcie z Bogiem – powiedziała mama. – Być może to dobrze, że go zabieracie. Pewnie tak będzie lepiej…

Wyciągnął do niej rękę:

– Ech, Wiero…

Nie dokończył. Szer mu przerwał:

– Ako Dżorubie, widzicie tych, co tam stoją? Gdy weszliście do domu, oni podeszli do ciężarówki. Jeden z nich wskoczył na podnóżek. Pytał się mnie: „Bracie, jak sprawy? Skąd przyjechałeś?”. Powiedziałem skąd. On rzekł: „Do was, którzy mieszkacie w kiszłaku, pretensji nie mamy. Zabierajcie się stąd i wyjeżdżajcie jak najszybciej. My tu sami wszystko załatwimy”. Nie wiedziałem, że nieboszczyk Umar został zamordowany, więc zapytałem: „Co chcecie załatwiać? Człowiek nie żyje, widocznie Bóg tak chciał”. On na to: „Załatwimy tych Rosjan”. Ako Dżorubie, co mamy robić? Ich jest wielu.

Dżorub obejrzał się za siebie.

– Wiero, chodź do domu, pogadamy. – Do kierowcy powiedział: – Szerze, idź do kabiny i posiedź tam. Jeśli będzie trzeba, wołaj…

Orzeł górski otworzył drzwi szoferki, pogrzebał pod siedzeniem i wyciągnął korbę do ciężarówki.

– Postoję tu obok, popilnuję, żeby nie wleźli do skrzyni…

Wszyscy – cała nasza rodzina i dziadek z Dżorubem – weszliśmy do domu. Podłogę w ciemnym dużym pokoju przecinało jasne pasmo światła, biegnące przez przedpokój od stojącej na dworze ciężarówki. Zasłonka z płótna, przymocowana wcześniej do drzwiczek szafy ubraniowej, urwała się. Lustro przymocowane do szafy migotało, rzucając przytłumione światło i przypominając czarodziejskie drzwi.

Mama podniosła z podłogi przewrócone krzesło i zapytała zmęczonym głosem:

– Co się dzieje? Dżorubie, co powiedział kierowca? – Mama nie rozumiała, co mówił, ponieważ nie zna tadżyckiego.

Dżorub nie wiedział, co ma powiedzieć – sam nie rozumiał, co się dzieje. Tylko ja to wiedziałem.. Rzekłem:

– Mamo, zaraz wytłumaczę… – Opowiedziałem, co wiem i czego byłem świadkiem.

– Musicie jechać z nami – oświadczył Dżorub. – W kiszłaku będziecie bezpieczni.

Myślałem, że mama odmówi, i właśnie tak się stało. Dżorub i dziadek długo nakłaniali ją do wyjazdu, ale w końcu namówili. Spakowaliśmy się szybko. Rosjanie powiadają: żebrak nie musi się ubierać, wystarczy się przepasać7.

– Nie zabierajcie ze sobą wiele rzeczy – rzekł Dżorub. – W domu wszystko mamy.

Wyszliśmy na ganek, ciągnąc torby. Mama i Zarina były ubrane na czarno i miały czarne chusty na głowach.

– Andriuszo, zamknij – poprosiła mama, podając mi klucze.

Zamknąłem drzwi wejściowe do pustego domu. Przypominał teraz opuszczone łono matki, z którego wyszło dziecko.

Mama i dziadek usiedli w szoferce. Zarina, ja i Dżorub przykucnęliśmy przy plandece skrzyni, u góry białego kokonu. Ciężarówka cofnęła się, rzucając światło na grupkę diabełków obserwujących z dala naszą ucieczkę. Jechaliśmy ciemnymi ulicami Watanu: Karola Marksa, Kołchozową, Rezo Rezojewa, Róży Luksemburg i Czorczinor. Ciężarówka wjechała na most przez rzekę Aksu. Po zjeździe z mostu droga zaczęła się piąć w górę. Widziałem Watan od jednego końca miejscowości do drugiego – była to ciemna, zamglona przestrzeń, w której gdzieniegdzie migotały blade ogienki. Porzucałem nasze miasteczko bez radości, ale też bez żalu. W ogóle przestałem odczuwać cokolwiek. Nie myślałem o niczym. Wydawało mi się, że śnię na jawie. Czułem się jak nieboszczyk, który razem z ojcem odpływa w ciemność – najpierw głową, a następnie plecami do przodu…

Nie wiem, ile czasu minęło. Kilkakrotnie zatrzymywali nas jacyś ludzie z bronią. Włazili na górę, zaglądali do skrzyni ciężarówki, świecili w twarz latarkami, pytali o coś… Nie wnikałem, nie interesowało mnie, o co im chodzi. Bojówkarze, pogranicznicy – co za różnica? Dżorub wyskakiwał ze skrzyni, dziadek wychodził z szoferki – to oni rozmawiali z ludźmi w mundurach. Nie chciałem się wtrącać, niech się dogadują sami… Wiatr, który wiał nam w twarz, zrobił się chłodniejszy, niebo się przejaśniło, po obu stronach drogi zarysowały się dwa pasma gór. Wkrótce daleko w dole, po lewej stronie, pod urwiskiem można było dostrzec rzekę.

Rozbolała mnie głowa. Miałem mdłości. Wiedziałem, że są to objawy choroby wysokościowej, nazywanej u nas tutakiem. Było mi jednak wsio ryba.

– Andriuszo, zmarzłeś? – zapytała Zarina i przytuliła mnie, żeby było mi cieplej.

Rozdział 2ZARINA

Byłam jak w półśnie. Zdawało mi się, że tato przyszedł do nas do domu. Był ożywiony i wesoły, ale jakoś bardzo dziwnie ubrany. Miał na sobie białą koszulę nocną. Była długa, wykrochmalona i wyprasowana, sięgała pięt…

W tym półśnie usłyszałam, jak stryj Dżorub powiedział:

– To Tałchak.

Patrzył przed siebie, stał wyprostowany, trzymając się przedniej ścianki skrzyni ciężarówki. Zerwałam się ze swego miejsca, przykucnęłam obok niego i spostrzegłam, że już jest widno i że wjeżdżamy do szerokiego wąwozu. Po jeździe wąską drogą biegnącą między skałami wąwóz wydał mi się szeroki. Góry się rozsunęły. Słońce jaskrawo oświetlało lewe zbocze. Jego wierzchołek był stromy, niemal pionowy, a podnóże, niczym szerokie schody, schodziło do rzeki na dnie wąwozu. Na łagodnej skarpie pośród bladozielonych i niemal przezroczystych drzew oraz malutkich rozoranych poletek przytulały się jeden do drugiego domki o płaskich dachach… Prawe zbocze wąwozu pozostawało szare i zimne. U jego podnóża, po drugiej stronie rzeki, domy i domki były ledwo widoczne. Poranny cień podzielił kiszłak na dwie połowy – jasną i ciemną.

Strona słoneczna wyglądała jak magiczna osada baśniowa. Od dzieciństwa wyobrażałam sobie, jak to będzie, gdy tu przyjadę. Siadałam tacie na kolanach i pytałam: „Tatusiu, kiedy pojedziemy do Tałchaku?”. Tata śmiał się i gładził mnie po głowie: „Jak wyrośniesz duża, powiozę cię do Tałchaku, pokażę, jaką mam córkę”.

Mówił po rosyjsku dobrze, z lekkim akcentem. Bardzo mi się to podobało i wydawało się bardzo miłe. Nikt na świecie nie potrafił tak mówić, jak mój tato. Ciągle się dopytywałam: „Kiedy pojedziemy? Kiedy?”. Mama się gniewała: „Nie męcz ojca głupimi prośbami”. „Ale dlaczego?! Bardzo chcę tam pojechać…” Ona na to: „Jest zajęty w pracy. Nie ma ani jednej wolnej chwili”. Mama zawsze nam tak mówiła. Zwłaszcza wówczas, gdy tato nagle gdzieś znikał i długo nie wracał.

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się z Andriuszą przypadkiem, że w kiszłaku tato ma drugą rodzinę. Mamy więc siostrzyczki i braciszków! To były dzieci taty. Inne dzieci. Często próbowałam sobie wyobrazić, jakie są. Czy będziemy mogli się z nimi zaprzyjaźnić? Bardzo chciałam, żeby tato o nich opowiedział. Nigdy jednak nie poprosiłam o to głośno. Nie rozumiałam wszystkiego, ale czułam, że mamie byłoby przykro, gdyby tato o nich opowiadał. Dlaczego? Cóż jest w tym przykrego? Gdy byłam malutka, nie rozumiałam. Zdaje mi się, że dziś rozumiem. Przez pewien czas byłam zazdrosna o tatę. Potem zaczęło mi być szkoda tych dzieci. Do mnie i Andriuszy tato przychodził często, a one widywały go raz w roku. Na pewno bardzo za nim tęskniły… Teraz zaś ja tęskniłam… Tak bardzo, że aż serce się kraje… Nie płakałam. Lodowaty wiatr bił mnie po twarzy i wyciskał łzy z oczu.

Ciężarówka zaryczała zamiast mnie. Nasz kierowca, Szer, z całej siły nacisnął klakson. Chciał poinformować mieszkańców kiszłaku o naszym przyjeździe, a wyszło tak, jakby ciężarówka zawyła z żalu. Z rykiem i wyciem przemknęliśmy przez most na rzece i zatrzymaliśmy się na małym placu przed niedużą budowlą z nieobrobionych kamieni. Na płaskim dachu miała kopułę. Chyba to był meczet.

Na spotkanie nam wyszło kilka osób. Wyglądało na to, że czekały, kiedy przywieziemy tatę. Mężczyźni otworzyli skrzynię ciężarówki. Stryj Dżorub, Andriuszka i ja wyskoczyliśmy na ziemię, a mama i dziadek wyszli z szoferki. Ludzie zaczęli podchodzić i ściskać dziadka oraz stryja Dżoruba. Wielu płakało. Wyglądało na to, że tato był tu lubiany. Andrieja też przytulali. My z mamą stałyśmy z boku. Mama mocno mnie przytuliła.

– Jesteś zimna jak lód.

Rzeczywiście, drżałam jak w febrze. Nie wiem, czy to z zimna, czy też ze zdenerwowania. Podchodzili inni ludzie – byli to wyłącznie mężczyźni. Wkrótce zebrał się niewielki tłum. Najaktywniejszy był pewien czarniawy, utykający szczupły mężczyzna, który ciągle powtarzał:

– Potrzebne są nosze, dajcie nosze… Bez noszy go nie doniesiemy. Tu jest niewygodnie, bo ulica za wąska… Nieboszczyk pewnie jeszcze nie zesztywniał.

Zrobiło mi się przykro, że zwłoki taty są traktowane jak bagaż. W obronie taty stanął wysoki i barczysty starzec z dużą, białą brodą. Od razu rzucił mi się w oczy – przypominał Ilję Muromca, bohatera bylin8 ruskich! Mówił powoli i dostojnie:

– Gość nie może być wnoszony do domu na noszach. Na nich gościa się wynosi.

Wszyscy się z nim zgodzili.

– Czcigodny Dodichudo prawdę powiada.

Czarniawy się obraził, skrzywił się jak środa na piątek i wymamrotał niby pod nosem, ale tak, żeby go słyszano:

– Ten gość został przywieziony z miasta. Przypuszczam, że jest mu to obojętne…

Wszyscy zachowali się grzecznie i udali, że nie słyszą. Kilku mężczyzn weszło do skrzyni ciężarówki. Podnieśli tatę i przekazali stojącym na dole. Spora grupa – chyba z dziesięć osób – wzięła tatę na ramiona i pobiegła wijącą się uliczką, która pięła się pod górę. Złapaliśmy nasze torby i poszliśmy za tatą. Po dziesięciu krokach obejrzałam się za siebie. Dostrzegłam, że dziadek nie nadąża za nami. Było mu ciężko iść pod górę. Zatrzymałam się i poczekałam na niego. Szliśmy wąskim przejściem między niskimi ogrodzeniami z kamieni. Milczeliśmy. Nieszczęśliwy, biedny tatuś… Do tej pory nie mogłam uwierzyć, że nie żyje. Zdawało mi się, że mam jakiś głupi sen. Nieszczęście tkwiło gdzieś głęboko we mnie i zastygło niczym czarna woda w studni bez dna.

Gdy podeszliśmy do domu taty, brama była otwarta na oścież. Obok w uliczce kłębili się ludzie. Ustąpili nam miejsca, weszliśmy z dziadkiem na podwórko, na którym też stali ludzie i milczeli. Gdy szliśmy do domu, nikt z nich nawet nie skinął głową w stronę dziadka. Jakby go nie widzieli. Na pogrzebie nie wolno się witać…

Tato leżał na podłodze w niskim pokoju, w którym panował półmrok. Pokój oświetlały trzy gliniane świeczniki. Nie było tu prawie żadnych mebli. Stał jedynie kredens z zastawą używaną od święta i kilka kufrów, na których były starannie złożone czerwone watowane kołdry. Brakowało stołu i krzeseł. Podłogę pokrywał dywan. Na środku był tatuś owinięty w biały całun. Mężczyźni siedzieli dookoła i cicho płakali. Mama była z innymi kobietami po prawej stronie od ściany, w półmroku.

Wszedł dziadek, ale nikt się nie ruszył z miejsca. Na pogrzebach panują inne zwyczaje – nie można wstawać, gdy wchodzi ktokolwiek, nawet starszy wiekiem. Mężczyźni zrobili miejsce, żeby dziadek mógł usiąść obok taty. Dziadek ciężko osiadł na kilimie z wojłoku i przytulił Andriuszkę. Wygląda na to, że Andriej przypomina dziadkowi tatę. Podeszłam do mamy. Rzuciła mi spojrzenie pełne cierpienia i milcząco skinęła głową. Kobieta w niebieskiej sukni siedząca obok mamy wstała. Od razu się domyśliłam, kto to. Druga żona taty! Była właśnie taka, jak ją sobie wyobrażałam. Wyglądała jak prawdziwa królowa! Była wysoka i smukła. Światło ze świecznika rozświetlało jej twarz, która wydała mi się bardzo piękna. Miała prosty nos z garbkiem, duże oczy, łukowate brwi. Kobieta przytuliła mnie.

– Biedna dziewczynka, sierota…

Usiadłyśmy. Wcisnęłam się między mamę a tę łagodną królową. Wiedziałam już, że ma na imię Bachszanda – dziadek powiedział nam to w drodze. Wszyscy płakali, ja również nie zdołałam powstrzymać łez. Łkałam długo, dopóki do pokoju nie zajrzał jakiś mężczyzna. Rzekł po cichu:

– Wynoście gościa. Przyszli ci, którzy obmyją zwłoki.

Stryj Dżorub wstał, inni mężczyźni również. Wzięli tatę owiniętego w prześcieradło i wynieśli. Kobiety zaczęły zawodzić. Chciałam wstać i pójść za tatą, ale jedna z kobiet, która siedziała z tyłu, wyszeptała, pochlipując:

– Córeczko, nie wolno. Kobiety nie mogą patrzeć, jak jest obmywane ciało mężczyzny.

Mama wzięła mnie za rękę. Cioteczka, która siedziała z tyłu, powiedziała cicho:

– Córeczko, powiedz mamie… Jeżeli chce, może zdjąć chustkę.

Przetłumaczyłam to mamusi szeptem.

– A po co? – zapytała mama i mocniej zawiązała chustkę pod szyją.

Wszystkie kobiety siedzące w pokoju miały chustki na głowie. Wyjątkiem była tutejsza żona taty, która rozpuściła długie czarne włosy. Mama się rozejrzała dookoła i zdaje się zrozumiała, o co chodzi. Wzruszyła ramionami i zdjęła chustkę. Cioteczka siedząca z tyłu znów wyszeptała, teraz już do mamy:

– Szwagierko, może zechcecie rozpuścić włosy?

Przetłumaczyłam.

– Ach, zdaje się, że przyjmują mnie do klubu prawowitych wdów – rzekła mama i po chwili zaczęła wyciągać spinki i wsuwki z mocno upiętego koka w kolorze lnu. Zawsze się zachwycam włosami mamy, gdy ma je rozpuszczone.

Zdawało mi się, że mama też nie bardzo pojmowała, iż tato nie żyje. Po dłuższej chwili nas zawołali. Zobaczyłam przed domem coś, co przypominało grubo ciosaną drabinę umieszczoną poziomo nad ziemią na niewysokich podstawkach. Były to nosze pogrzebowe. Ułożono na nich tatę owiniętego w biały całun. Jego twarz, tak jak wcześniej, była zasłonięta.

Ciocia Bachszanda zeszła z werandy i powoli ruszyła do noszy. Nie mogłam oderwać od niej oczu. Najpierw mi się nawet zdawało, że wcale nie jest smutna, że jedynie idzie zobaczyć, co leży na noszach. Wydawało mi się, że ciocia traktuje ciało taty tak samo, jak… powiedzmy, leżący na podwórzu worek mąki. Czyżby wcale nie kochała naszego taty?

Nagle ciocia jakby ożyła i zaczęła zawodzić:

O, dom mój, dom mój, dom mój, zburzony dom…

Wiedziałam, że tak się zaczyna prastara pieśń, którą wdowy śpiewają na pogrzebie męża. Niedawno słyszałam ją u nas, w Watanie, gdy zmarł mąż sąsiadki. Wówczas nawet przez myśl mi nie przeszło, że wkrótce będą zawodzić nad moim tatą i nasz dom zostanie zburzony…

O, dom mój, dom mój, bez dachu cztery ściany,

Król mój odszedł, pozostawiając dutar9 bez struny,

Dzban pozostał bez wody i dusza bez ciała.

Dom mój, dom mój opustoszały.

Ciocia Bachszanda biła się w piersi i rozdrapywała twarz.

Przyszli goście, nie wstaniesz, nie powiesz „Salam”10

Nie doczeka cię twój koń osiodłany,

Kielich twój w środku lata pełen jest lodu.

Dom jest zburzony, już nie mam domu.

Zawodziła tak głośno i z taką rozpaczą, że poczułam, jak ciarki przeszły mi po plecach, i do mych oczu znów napłynęły łzy. Starałam się je powstrzymać z całych sił. Potem mężczyzna w białym turbanie na głowie – chyba mułła – rozejrzał się po podwórku.

– Syn… Niech syn też poniesie.

Andriuszka był ponury. Wyszedł z kąta, gdzie siedział z opuszczoną głową. Podszedł do noszy. Poniósł ciało naszego taty na ramionach razem z innymi mężczyznami. Mułła szedł z przodu. Za noszami pobiegła jakaś mała dziewczynka. Ja i kobiety zostałyśmy na podwórku.

Wszystkie na coś czekały.

Nagle dziewczynki stojące na płaskim dachu budynku zawołały:

– Mułła odmawia dżanazę!

Tak się nazywa modlitwa za zmarłego odmawiana na pogrzebie. Wytłumaczono mi, że jedna z moich przyrodnich sióstr została wysłana na pagórek. Stamtąd widać zarówno dom, jak i cmentarz. Miała dać znać, kiedy mułła rozpocznie modlitwę. Wszystkie kobiety stojące na podwórku przykucnęły i zaczęły mamrotać modlitwę za mego tatę.

Po modlitwie rozpoczęły się intensywne przygotowania do stypy. Odbywały się nie na naszym podwórku, ale u sąsiadów. Usłyszałam wymianę uwag:

– Tam, gdzie leżał nieboszczyk, nie wolno przyrządzać posiłku.

– Jedzenie będzie nieczyste. Zbezczeszczone.

Obraziłam się, bo mówiły o tym tak, jakby nieżyjący tato mógł je zarazić. Potem zrozumiałam… Można było to wytłumaczyć w ten sposób: tato cierpiał na chorobę zakaźną. Chociaż bardzo go kochamy, obawiamy się infekcji. Zrozumiałam to, ale było mi przykro. Chciałam zostać sama. Nikt mnie nigdzie nie ciągnął. Mama poszła z innymi kobietami, a ja wyszłam z domu na tylne podwórze i tępo patrzyłam na owce w zagrodzie. One żyły. Znów zaczęłam płakać. Potem poszłam do sąsiadów. Ulicą szedł jakiś mężczyzna i ciągnął na sznurku małą, chudą krowę.

– Dziewczyno, zawołaj no swą starszą matkę.

Mówił tak o cioci Bachszandzie! Oczywiście jest wspaniała, spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, ale żebym miała mówić do niej „mamo”… Nigdy!

Odparłam z gniewem w głosie:

– Mam jedną mamę. Nie mam ani starszej, ani młodszej.

Mężczyzna odrzekł po rosyjsku:

– Dziewczynko, teraz nie mieszkasz w mieście. Tu panują trochę inne obyczaje. Powinnaś się powoli przyzwyczajać.

– Czy wy tu… – Urwałam i potem nagle wypaliłam jak pionierka11 (nie znalazłam właściwych słów, żeby zapytać inaczej): – Nie macie władzy sowieckiej?

Facet westchnął.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Na pewno nie jest ona sowiecka. Rosja od nas odeszła i władza sowiecka zniknęła. Nie wiem nawet, w jakim stuleciu teraz żyjemy.

Westchnął po raz kolejny.

– Tak w ogóle to teraz Zuchurszo ma władzę.

Zapytałam z grzeczności:

– Kto to taki?

– Dziewczynko, nie zawracaj sobie tym głowy. Po co ci to wiedzieć?

No pewnie, po nic. W Watanie też nie wiedziałam, kto i czego był kierownikiem. Teraz jestem w kiszłaku i w ogóle mnie nie obchodzi, kim jest Zuchurszo.

Poszłam poszukać cioci Bachszandy. Nie znalazłam jej, ale natknęłam się na kobietę o łagodnym spojrzeniu, która poradziła mamie, by rozpuściła włosy.

– Przyprowadzili krowę…

– Córko, idź powiedz, żeby zaprowadzili ją na tylne podwórze.

Zawahałam się.

– Może będzie lepiej… gdy zapytamy cioci Bachszandy…

– Nie będziemy jej zawracały głowy. Poradzimy sobie same.

– Naprawdę? A pani…

– Jestem żoną twego stryja. Mam na imię Dilbar.

Powoli zaczęło się wyjaśniać, kto jest kim w rodzinie.

– A ten mężczyzna z krową? Taki postawny, chwacki i z wąsami…

W tej chwili zobaczyłam, że ten facet, nie czekając na wskazówki, wprowadza krówkę na tylne podwórze.

– Nie, on nie jest naszym krewnym – wyjaśniła stryjenka Dilbar. – To Gijoz, sekretarz organizacji partyjnej.

Gijoz zarżnął krówkę i podzielił ją na części. Mięso zostało ugotowane z kluskami w dużym zakopconym kotle. Do nocy nosiłyśmy na nasze podwórko drewniane półmiski z „polewką śmierci”, jak w naszych stronach nazywają potrawę podawaną na stypie. Goście siedzieli na kilimach i derach wojłokowych położonych wprost na ubitej ziemi. Miałam wrażenie, że nakarmiłyśmy cały kiszłak.

Byłyśmy śmiertelnie zmęczone. Posłanie dla mnie i mamy przygotowano w małej komórce w przybudówce na tylnym podwórzu. Wydaje mi się, że było to coś na kształt spiżarni. Na ubitej ziemi położony został kilim, a na nim – cienkie materace, wypełnione watą, nazywane w naszych stronach kurpaczami, oraz watowane kołdry. Natychmiast upadłyśmy na nie, ale długo nie mogłyśmy zasnąć. Śmierć taty ciążyła mi niczym płyta nagrobna. Teraz, gdy nie musiałam nic robić, z nikim rozmawiać, udawać spokojnej, nie mogłam się ruszyć, westchnąć ani nawet pomyśleć o czymkolwiek. Nie mogłam nawet płakać.

Rano, gdy mama jeszcze spała, wyszłam na podwórko i ujrzałam w drzwiach kurnika ciocię Bachszandę. Trzymała w dłoniach rudego koguta. Przypominałam sobie, jak wczoraj przy pierwszym spotkaniu przygarnęła mnie do siebie niczym bliska krewna. Podbiegłam do niej i zawołałam:

– Dzień dobry, cioteczko!

Milcząco skinęła głową, rzuciła mi zimne spojrzenie i poszła dalej. Najpierw byłam zaskoczona, ale potem zganiłam samą siebie: Dziewczyno, kobieta jest przybita nieszczęściem, a ty się pchasz ze swymi pozdrowieniami. Chwilę później pomyślałam: a czy nieszczęście nie dotknęło także mnie?! Może ją obraziłam, nazywając „cioteczką”? Jak mam się do niej zwracać? Do ciotek z rodziny i w ogóle do kobiet starszych od nas należy się tu zwracać per „cioteczko”. Kim ona jest dla mnie? Jeśli chcemy ją nazwać tak, jak to jest przyjęte u Rosjan, Słowian – to macochą. To żona ojca, ale nazywamy ją macochą, gdy mama nie żyje. A jakiego słowa używa się w tym przypadku w języku tadżyckim? Nie chcę jej nazywać macochą. Wydaje się – jakkolwiek by na to patrzeć – że Bachszanda jest mi obca. Muszę trzymać emocje na wodzy…

Nagle Bachszanda przystanęła, wetknęła mi koguta w ręce i rzekła bez emocji:

– Chodźmy.

Ruszyłam za nią noga za nogą. Na dużym podwórku czekała na nas niewielka grupka sąsiadek – stryjenka Dilbar i dwie cioteczki – które wczoraj bardzo pomagały podczas stypy. Pierwsza była pulchna i ubrana w brązową suknię. Przypominała dużą baryłeczkę o okrągłych bokach, ulepioną z ciemnej gliny. W myślach zaczęłam ją nazywać cioteczką „Baryłeczką”. Druga była niziutka, okrąglutka i w białej sukni. Wyglądała jak miękka bułeczka z ciasta maślanego. W myślach nazwałam ją cioteczką „Bułeczką”.

Ciocia Bachszanda rozkazała:

– Zawołaj brata.

Andriej nocował w domku dla gości. Przyciskając koguta do piersi, zapukałam do drzwi. Braciszek wyjrzał zza nich jakiś ponury i rozczochrany…

– Chłopcze, chodź no tu, odrąbiesz kogutowi głowę! – zawołała ciocia Bachszanda.

Odburknął:

– Same odrąbiecie.

Ciocia Bachszanda uniosła brwi, ale wytłumaczyła Andriejowi przez zaciśnięte zęby:

– Kobiety mają zakaz zabijania zwierząt. Twój stryj wyszedł, w domu są tylko kobiety. Ty… mimo wszystko jesteś płci męskiej.

– Nie będę zabijał!

Trzasnął drzwiami. Biedny Andriej! Do tej pory nie mógł jeszcze dojść do siebie. Był jak chmura gradowa, wszystkim odburkiwał. Chciał, żeby go traktowano tak, jakby on jeden na całym świecie cierpiał. Swoje cierpienie schowałam głęboko w sercu i starałam się zachowywać jak zwykle, żeby nie zhańbić tatusia. Nie chciałam, żeby ludzie myśleli, że tata wychował nas na niegrzecznych czy słabeuszy. Stanęłam w obronie Andriuszki:

– Brat bardzo przeżywa śmierć taty.

Sąsiadki taktownie spuściły wzrok, pokazując cioci Bachszandzie, że nie zauważyły, iż Andriuszka był wobec niej nieuprzejmy. Cioteczka Baryłeczka powiedziała:

– Należy oczyścić dom.

– Trzeba w domu przelać krew, żeby nie było w nim zła spowodowanego przez śmierć – dodała cioteczka Bułeczka.

– Jeśli nie będziemy przestrzegały obrzędów, nieboszczyk może nam zaszkodzić – poinformowała mnie cioteczka Baryłeczka.

Stryjenka Dilbar gdzieś poszła, nic nie mówiąc. Ciocia Bachszanda groźnie milczała.

– Poczekajmy, aż wróci stryjek Dżorub – zaproponowałam.

– Chodź no, dziewczynko, zwiążemy kogutowi łapy – rzekła cioteczka Baryłeczka. – Pewnie męską robotę wykona siostrzyczka Dilbar.

Musiałam trzymać nieszczęsnego ptaka. Gdy jeszcze kombinowałyśmy ze sznurkiem, przyszła stryjenka Dilbar. Trzymała w ręku dużą, pomarańczową marchewkę. Przy centralnym słupie podtrzymującym werandę stał kloc, na którym leżała siekiera. Był to koguci szafot. Stryjenka Dilbar podeszła do kloca i podciągnęła w górę spód swej czerwonej sukni. Rzuciło mi się w oczy, że góra ładnych, kolorowych, długich atłasowych szarawarów została wykonana z grubego, szarego włókna. Stryjenka Dilbar wsunęła marchewkę do krocza12, ścisnęła ją nogami i wzięła do rąk siekierę.

– Podaj no koguta, córeczko.

Podeszłam do niej, przyciskając biednego koguta do piersi. Trzepotał skrzydłami. Stryjenka Dilbar złapała go za szyję i…

Krótko mówiąc, odrąbała mu głowę.

Pomyślałam, że odtąd, kiedy zobaczę marchewkę, będę wspominała, jak kogut trzepotał skrzydłami ze strachu. Przypomnę sobie, jak wisiał do góry nogami na centralnym słupie werandy i miał związane łapy. Jego odrąbana szyja latała w tę i we w tę, a wokoło pryskała czarna krew… Najbardziej jednak mnie przeraziło to, że stryjenka Dilbar zabijała koguta z takim spokojem i obojętnością, jakby wyrywała z grządki rzepę. Czyżby była bezduszna?

Było mi ciężko na duszy. Widziałam wcześniej, jak są zabijane zwierzęta. W Watanie mieliśmy sąsiadów, którzy się szykowali do wesela, i my, dzieci, patrzyłyśmy, jak zarzynają barana. To było straszne, ale pomyślałam: skoro dorośli robią coś takiego, to… być może tak trzeba… Wcześniej nie zastanawiałam się nad śmiercią. Teraz myślę tylko o niej. Kiedy zamordowali mojego tatę, zaczęłam się brzydzić każdą śmiercią. Kogut był głupi i bezbronny. Andriusza był nieuprzejmy, ale zuch z niego, że odmówił. Co ja zrobiłam? Stchórzyłam. Dałam się cioteczkom prowadzić na pasku. Poddałam się. W myślach obiecałam sobie, że już nigdy i nikomu nie pozwolę sobą sterować. To, że tato może nam zaszkodzić, jest głupotą. Sąsiadkom mogę wybaczyć – tato jest dla nich obcą osobą. Ale ciocia Bachszanda…

Później podeszłam do niej i zapytałam bez ogródek, czy wierzy w te bzdury. Niechętnie odpowiedziała:

– Nieboszczyk, niech ziemia nie przekaże mu moich słów, mało się interesował rodziną. Nie wydaje mi się, że jego duch będzie o nas pamiętał. Nawet jeżeli zaszkodzi, to przez przypadek.

Nie, ona nie kochała taty! Wobec nas też nie była zbyt miła, nie wiem dlaczego. Wieczorem niechcący podsłuchałam jej rozmowę ze stryjem Dżorubem.

Nie chciałam nikogo widzieć. Dotyczyło to także mamy i Andrieja. Wlazłam na płaski gliniany dach naszej przybudówki, położyłam się na plecach i zaczęłam się wpatrywać w niebo. W Watanie nigdy nie widziałam takiego ciemnego, głębokiego nieba i tylu gwiazd. Dach przybudówki był bardzo zimny. Przyjechaliśmy w góry, a tu w dzień na słońcu jest jak w łaźni parowej, a w cieniu – jak w lodówce. „Dach jest jeden, a pogody są dwie. Po jednej stronie dachu jest zimno, a po drugiej – skwar”. Tak powiedziała stryjenka Dilbar. To tutejsze porzekadło.

Zmarzłam na kość, ale tak było nawet lepiej – próbowałam sobie wyobrazić, że umarłam. Jak to jest, gdy się umiera? Zaczęłam rozmyślać o tacie. Teraz też leżał, patrzył w górę niewidzącymi oczami, jednak nad nim było nie gwiaździste niebo, ale czarna i nieprzenikniona warstwa ziemi. Myślę, że ziemia – to niebo zmarłych.

Słyszałam, że na dole ktoś chodził. Widocznie karmił owce w małej owczarni. Potem usłyszałam głos cioci Bachszandy:

– Ako Dżorubie, po co przywieźliście do nas tych ludzi?

Stryjek Dżorub westchnął.

– To nasi krewni. W mieście chciano ich zamordować. Kto poza nami ochroni dzieci nieboszczyka Umara?

Ciocia Bachszanda na to:

– Hej, ako… Może wam się podoba ta jego dżaliab?