Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zagubiony w Chinach - J. Maarten Troost

Mając nikłe wyobrażenie o Państwie Środka, nie znając języka, autor wybiera się na kilkumiesięczną peregrynację po kraju, gdzie bije serce współczesnego świata. Zwiedza wielomilionowe metropolie Pekin i Szanghaj, ogląda Wielki Mur, razem z 80 tys. turystów wspina się na jedną ze świętych gór taoizmu, poznaje pustynię Gobi i Tybet, uczy się zwabiać tygrysy na żywego kurczaka, z pomocą słownika stara się zrozumieć restauracyjne menu oferujące takie specjały, jak "owcze łożysko w rosole" czy "krtań wołową". Relacje ze zdarzeń okrasza dygresjami faktograficznymi, politycznymi i obyczajowymi

Opinie o ebooku Zagubiony w Chinach - J. Maarten Troost

Fragment ebooka Zagubiony w Chinach - J. Maarten Troost

Tytuł oryginału
Lost on Planet China. The Strange and True Story of One Man's Attempt to Understand
the World's Most Mystifying Nation or How He Became Comfortable Eating Live Squid
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Redakcja
ANNA WAWRYSZUK
Korekta
EDYTA BŁOTNICKA
Mapa
EDYTOR
Redakcja techniczna
ADAM KOLENDA
Copyright © 2008 by J. Maarten Troost
This translation published by arrangement with Broadway, part of The Doubleday
Publishing Group, a division of Random House, Inc.
Polish edition © Publicat S.A. MMX, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5412-5
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Od Autora

Pewnego dnia, siedząc przy stoliku w kawiarni, autor włączył laptop i pewny siebie napisał: „Rozdział 1”. I co teraz?, pomyślał. Miał napisać książkę o Chinach. Tak w każdym razie mówił wszystkim. „Nad czym obecnie pracujesz?” – pytali, a on od niechcenia wspominał, że właśnie pisze książkę o Chinach. „Naprawdę?” – dziwili się. Wyraźnie zatykało ich z podziwu. Z pewnością napisanie takiej książki wymaga znajomości mandaryńskiego. Autor jednak nie zna mandaryńskiego. Umie powiedzieć „cześć” w tym języku, ale po kantońsku już tego nie potrafi. Potrafi natomiast policzyć do dziesięciu po chińsku, z tym że na palcach. W takim razie autor musi mieć ogromną wiedzę na temat tego kraju – na przykład zrobił doktorat z historii Chin na Wydziale Sinologii w Oksfordzie. Przecież tamtejsza cywilizacja ma ponad 5 tysięcy lat. Tylko prawdziwy znawca może napisać książkę o Chinach, prawda?

Autor chciałby podkreślić, że nie jest znawcą Chin. Specjalizuje się w Europie Wschodniej, a nie w Państwie Środka. Potrafi jednak odróżnić dynastię Ming od Qing, co napawa go wielką dumą. Tylko nie pytajcie go o dynastię Song. Lub Tang. Albo jakąś inną. Proszę.

Jakim cudem ktoś, kto nie mówi po chińsku i nie dysponuje wiedzą naukową dotyczącą historii czy kultury Chin, może napisać o nich książkę – i to na dodatek całkiem grubą książkę? To pytanie, nad którym zastanawiał się autor tego dnia w kawiarni. Myślał o tym i myślał, rozważał różne możliwości oraz punkty widzenia i w końcu doszedł do wniosku, że jest tylko jeden sposób, żeby to zrobić. Napisze z perspektywy faceta, który ani nie zna chińskiego, ani nie dysponuje ogromną wiedzą na temat Chin, faceta, który po prostu przez jakiś czas błąkał się po tym ogromnym i szybko zmieniającym się kraju, bez jakiegokolwiek planu, ucząc się i doświadczając codziennego życia.

Autor nie przeczytał zbyt wielu książek podróżniczych. To prawda, że czasem określa się go jako pisarza podróżnika. Fakt, pisał o odległych miejscach. Jednak mieszkał w tych odległych miejscach, więc formalnie rzecz biorąc, nie było to pisarstwo podróżnicze; to było pisarstwo miejscowe. W zasadzie więc nigdy nie pisał książek ani artykułów podróżniczych – w każdym razie takich jak te, które można znaleźć w kolorowych, błyszczących czasopismach. Z jego doświadczenia wynika, że te czasopisma wolą zamieszczać artykuły o zachodach słońca na jakiejś odległej tropikalnej wyspie lub przekonujące, że wyspa ta stanowi antidotum na wszelkie stresy kontynentalnego życia, a nie o tym, że autor zaraził się tam tyfusem (to prawda!) lub o tym, że młodzi mieszkańcy wyspy jadą na wojnę do Iraku, ponieważ nie mają szans na znalezienie pracy. Autor nie lubi tego rodzaju pisarstwa podróżniczego. Woli wyłożyć kawę na ławę. A ponieważ jest to jego książka i może zrobić, co mu się podoba, spróbował napisać szczerze o Chinach. I ma nadzieję, że pisząc szczerze, dzieląc się swoimi doświadczeniami, da czytelnikom możliwość wyobrażenia sobie wielkości i złożoności tego kraju. Ponieważ to ważne. Musimy zrozumieć Chiny. Naprawdę. Dlatego nie spodziewajcie się znaleźć w tej książce opisów pieprzonych zachodów słońca.

Rozdział 1

Istnieją dwa rodzaje ludzi przemierzających dalekie krańce świata. Pierwsi to mormońscy misjonarze, drudzy – chińscy biznesmeni. Wiem o tym, ponieważ przemierzając przez długi czas wyspy południowego Pacyfiku, zawsze wkrótce po przybyciu do czegoś, co wydawało się końcem świata, znajdowałem się w towarzystwie starszego Ryana i starszego Levitiusa, dwudziestolatków z podmiejskiego Provo, którzy podjęli się trudnego zadania przekonania wyspiarzy, że tak naprawdę nie są oni rdzennymi wyspiarzami, ale zagubionymi Izraelitami. Nie pierwszymi lepszymi Izraelitami, ale zagubionymi i grzesznymi Izraelitami. Można by pomyśleć, że przekonanie ludzi do takiej niedorzeczności jest niezwykle trudnym zadaniem, jednak mormoni są wytrwali i dziś można ich znaleźć nawet na najbardziej odległych wyspach. Będąc na Onotoa, jednym z niewielkich atoli na południu Wysp Gilberta, chyba najdalej na tej planecie, jak tylko można, ku swemu zaskoczeniu spotkałem dwóch mormońskich misjonarzy, ubranych w ich stroje służbowe składające się z czarnych spodni i białych koszul z krótkimi rękawami, z plakietkami z nazwiskiem na piersiach, jeżdżących po całej wyspie w poszukiwaniu duszyczek, które można byłoby ocalić. Widziałem ich również w Tonga, na fascynującej wysepce Vava’u, a nawet na surowych wzgórzach Vanuatu. Ilekroć ich napotkałem, natychmiast sięgałem po kofeinę, nikotynę, alkohol albo jakieś inne świństwo, by unaocznić im, że w moim wypadku nawracanie nie ma sensu. Wkrótce ruszali w dalszą drogę, by napastować następnych grzesznych Izraelitów. W końcu przyzwyczaiłem się do ich obecności. Przecież misjonarzy od dawna można spotkać w najbardziej odległych zakątkach świata. Czy gdzieś indziej mogliby znaleźć zagubionych i zapomnianych Izraelitów? Jednak w miarę, jak mijał rok za rokiem, a ja wciąż tkwiłem na końcu świata (myślałem już, że spędzę tu więcej czasu niż Robinson Kruzoe na swojej wyspie), zacząłem dostrzegać również innych przybyszy – chińskich biznesmenów.

Mówiąc szczerze, niezmiernie mnie to dziwiło, prawdopodobnie dlatego, że wiadomości przesyłane za pomocą kokosowego radia rozchodzą się straszliwie powoli. Bez wątpienia w innych częściach świata obecność chińskich biznesmenów – kapitalistów! – nie wywołałaby żadnej reakcji. Mao Zedong nie żył już od trzydziestu lat. Chiny zrobiły ogromny krok naprzód, zmieniły się, zaadaptowały i w końcu stały się największą fabryką świata. Jeśli jednak mieszka się na wyspie, na której ceny wyrażane są w świniach, a wiadomością dnia jest spór dwóch wodzów o ich genealogię, można tego nie wiedzieć. Można wciąż wierzyć, że Chińczycy pedałują na staromodnych czarnych rowerach do pracy na wyznaczonym odcinku, który jest częścią większej całości, choć nie wiadomo dokładnie, co to za większa całość. Kiedy wyobrażasz sobie Chiny, widzisz robotników machających Małą czerwoną książeczką i maszerujących w równych szeregach pod ogromnymi portretami bohaterów rewolucji. Prawie słyszysz z głośników głosy nawołujące proletariat, żeby nie ustawał w wysiłkach, by zostały osiągnięte cele planu pięcioletniego. Masz przed oczami małe dzieci z czerwonymi chustkami na szyjach, uczące się nienawiści do psów imperializmu i rozpustnych wrogów klasowych. Tak bywa, jeśli mieszkasz w miejscu odległym o tysiące kilometrów od stałego lądu. Na twojej wyspie nic się nie zmienia i zakładasz, że świat kontynentalny też przestał się kręcić. Oczywiście tak nie jest i pewnego dnia odkrywasz, że dzielisz swą odległą wysepkę z biznesmenem z Chin.

Pomyśl o Onotoa, atolu na południu Wysp Gilberta. No, dalej. Wyciągnij atlas. Nie możesz go znaleźć, prawda? To dlatego, że to maleńka wysepka mająca nie więcej niż sto metrów średnicy. Gdybyś był członkiem plemienia starożytnych, grzesznych Izraelitów z palącą potrzebą zniknięcia, Onotoa wydawałaby ci się najlepszym wyjściem. Dopiero w roku 1826, kiedy zacumował tu kuter wielorybniczy, świat dowiedział się o jej istnieniu, ale bardzo szybko też o niej zapomniał. Wyspa sprawia wrażenie zawieszonej w czasie, tworząc świat sam w sobie. Pozbawiona jest elektryczności i bieżącej wody. Dręczona suszami. Nie ma tu nic do jedzenia oprócz ryb, więc mieszkańcy wyspy zasłużyli sobie na reputację oszczędnych. Od czasu do czasu na pasku koralu ląduje samolot i wysadza misjonarza lub jakiegoś oficjela. Jeszcze rzadziej samolot wraca, by ich zabrać, często wiele miesięcy później. Wydawałoby się, że mieszkając na tej wyspie, nie można znajdować się już dalej od świata handlu, a jednak to tutaj poznałem panów Wu i Yanga, dwóch przedsiębiorców z prowincji Guangdong w południowo-wschodnich Chinach. Przebyli taki szmat drogi, żeby założyć firmę handlową na rafach. Co kilka miesięcy przypływał tu chiński statek, aby zapełnić zbiornik żywymi rybami z laguny, które następnie wysyłano do najlepszych restauracji Hongkongu, gdzie goście zaglądali do akwariów, wybierali rybę, jedli ją, po czym niemal natychmiast doświadczali pierwszych objawów zatrucia ciguaterą, okropną, czasem nawet śmiertelną chorobą. Najwyraźniej panowie Wu i Yang nie zauważyli, że dobrym ludziom z Onotoa laguna służyła też za toaletę; to przeoczenie uznałem za dosyć zaskakujące.

Bardziej jednak dziwiła mnie sama ich obecność na wyspie. Starszego Ryana i starszego Levitiusa nawet się spodziewałem. Ale nie panów Wu i Yanga. W tym czasie mieszkałem na Tarawa, maleńkiej wysepce w Republice Kiribati, znanej z tego, że siedzi okrakiem między szambem a rajem. Pojechałem na Tarawa za swoją dziewczyną Sylvią, ponieważ właśnie to zawsze robiłem – jeździłem za nią, kiedy ona pięła się po szczeblach kariery. W tułaczych latach, które nastąpiły potem, przeprowadziliśmy się z Kiribati do Vanuatu, a potem na Fidżi i na każdej wyspie, którą odwiedziliśmy, zaskakiwała nas obecność Chińczyków. Na Kosrae w Sfederowanych Stanach Mikronezji, na samotnej, smaganej wiatrem plaży, gdzie czaple nurkowały po kraby, wpadłem na pana Lu, inżyniera z Pekinu, który zjawił się tam, żeby wziąć udział w przetargu na kontrakt budowlany. W Vanuatu, gdzie polityka i łapownictwo są ściśle ze sobą powiązane, przedsiębiorcy z Chin odkryli, że ten kraj nadaje się znakomicie do szmuglowania heroiny. To prawda, szmuglowanie heroiny nie jest legalne, ale zdecydowanie należy je uznać za biznes. Nawet nękany problemami Port Moresby, stolica Papui-Nowej Gwinei, oficjalnie ogłoszona najgorszym miejscem na świecie przez „The Economist”, doświadczała bumu za sprawą chińskich inwestorów przyciągniętych do tego kraju jego bogactwami naturalnymi.

Tym, co jeszcze bardziej wprawiało – przynajmniej mnie – w zakłopotanie, była skala emigracji chińskiej na wyspy. Kiedy pierwszy raz postawiłem stopę w Suva, stolicy Fidżi, w połowie lat dziewięćdziesiątych, Victoria Parade była czcigodnym, choć rozpadającym się bulwarem z budynkami z ery kolonialnej. W Suva działo się naprawdę niewiele, jeśli nie liczyć przeprowadzanych od czasu do czasu zamachów stanu. Kilka lat później Victoria Parade stała się istnym Chinatown, aleją chińskich sklepów, restauracji i klubów nocnych oferujących usługi przybyłym z kontynentu rybakom i szwaczkom. Inne wyspy także doświadczyły napływu chińskich imigrantów przyciągniętych do regionu, w którym konkurencja rynkowa nie istnieje. Niestety, nie byli tam mile widziani. Szalejące na ulicach gangi w Nuku’alofa, spokojnej stolicy Królestwa Tonga, spaliły trzydzieści sklepów prowadzonych przez Chińczyków. W Honiara, nękanej problemami stolicy Wysp Salomona, chińska marynarka musiała uratować trzystu swoich obywateli, gdy miejscowi podpalili dzielnicę pełną chińskich przedsiębiorstw.

Jednak w ciągu zaledwie dekady południowy Pacyfik znalazł się na dobrej drodze do zostania chińskim jeziorem. Lepsze hotele często były pełne oficjalnych delegacji. Niektóre przyjeżdżały, by nawiązać stosunki handlowe, inne – z książeczkami czekowymi, rozdzielając „zagraniczną pomoc” podatnym rządom, które w zamian musiały tylko przyznać, mimo przeczących temu znaków, że Tajwan jest zbuntowaną prowincją Chińskiej Republiki Ludowej. Rządy państw leżących na południowym Pacyfiku szybko znalazły się w posiadaniu flotylli najlepszych SUV-ów, którymi członkowie gabinetów jeździli do swoich nowych i o wiele bardziej luksusowych biur, gdzie mogli udawać, że pracują. Tak właśnie wygląda zagraniczna pomoc w chińskim stylu. Rządy państw południowego Pacyfiku odkryły, że bardzo im się ona podoba.

To jednak pojawienie się chińskich turystów w Fidżi sprawiło, że zacząłem myśleć, iż w Chinach dzieje się coś dziwnego. Chińscy turyści w Fidżi? Pierwszy raz natknąłem się na nich w czasie odpływu, będąc na plaży na wyspie Viti Levu. Patrzyłem, jak pozbawiają rafę populacji błyszczących rozgwiazd. Łagodnie upomniani przez przewodnika i poinformowani, że nie będą mogli ich zabrać, zostawili je na głazach, które wystawały nad rafą.

– Zauważyłaś to? – zapytałem swoją żonę Sylvię, kiedy zaczęliśmy z powrotem umieszczać rozgwiazdy w płytkiej wodzie.

– Masz na myśli to interesujące podejście do dzikiej przyrody?

– Tak, to też. Jednak głównie chodzi mi o to, że to byli Chińczycy. Kiedy właściwie turyści z Chin zaczęli przybywać na wyspy południowego Pacyfiku?

Sam, mówiąc szczerze, przestałem się interesować Chinami gdzieś tak w roku 1989, w tym magicznym okresie, gdy upadł komunizm. W historycznym mgnieniu oka opozycyjni stoczniowcy i filozofowie nagle zmienili się w wybranych w demokratycznych wyborach prezydentów. Demokracja kwitła, a Czesi, niech im się darzy, ruszyli szturmem, żeby zapisać się do Partii Przyjaciół Piwa. Granice zostały otwarte i węgierscy turyści zaczęli biwakować w cieniu wieży Eiffla, podczas gdy mieszkańcy Zachodu, w tym ja, osiadali w miastach takich jak Praga, gdzie kobiety były piękne, a piwo tanie, i gdzie naprawdę wiele się działo. Przez dwa pokolenia mieszkańcy Europy Wschodniej żyli pod szarym całunem władzy totalitarnej. Nagle oni także mogli konkurować ze zniewieściałymi zespołami z Liechtensteinu i punkowymi grupami z Finlandii o niesamowity przywilej wygrania konkursu Eurowizji. To właśnie nazywa się wolność.

Oczywiście rok 1989 w Chinach wyglądał zupełnie inaczej. Kiedy tysiące studentów wyległy na plac Tiananmen w Pekinie, aby zażądać odrobiny demokracji (Hej ho, hej ho, od maoizmu by się szło), otrzymały zdecydowanie staroświecką odpowiedź. Deng Xiaoping, odpalający jednego papierosa od drugiego gnom z błyszczącymi oczami, który wówczas władał Chinami, po prostu sięgnął po swój totalitarny podręcznik rządzenia, przejrzał indeks w poszukiwaniu hasła „protestujący w imię demokracji, odpowiednie działania” – i zastosował się do wskazówek. Zabił ich. I było po wszystkim.

Z tym, że tak naprawdę wcale nie było. I tu pojawia się dysonans, który, jak czułem, krył się w tym kraju. Coś wyraźnie się tam działo. Obecność chińskich turystów beztrosko pluskających się na plażach Fidżi sugerowała, że Chiny nie były już wyłącznie państwem chłopów, robotników i biurokratów. A jednak w moim wyobrażeniu dalej rządzili tam ci sami ludzie, co w czasach „rewolucji kulturalnej”, ostatnich latach epoki Mao, kiedy Chiny zupełnie oszalały. We wczesnych latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych przesuwało się granice, paląc jointy i dołączając do strajku okupacyjnego na Berkeley. Dla czerwonogwardzistów „rewolucji kulturalnej” dobrym dniem był dzień spędzony na burzeniu świątyni z epoki Ming i torturowaniu nauczycieli i intelektualistów oskarżonych o rewanżystowskie tendencje. Jeśli chodziło o przesuwanie granic, hipisi nie mieli nic wspólnego z czerwonogwardzistami. Może Charles Manson miał. Tyle że Charles Manson gnije w więzieniu. Czerwonogwardziści po prostu rozpłynęli się w powietrzu.

Kiedy wróciliśmy z Sylvią do Stanów, to poczucie dysonansu jeszcze się pogłębiło. Przedzierając się przez huk i pompatyczny styl tego, co obecnie uchodzi za wiadomości telewizyjne (motto: Straszyć cały czas) – natknąłem się na tak zadziwiające informacje, jak na przykład ta, że IBM Computers znajduje się w posiadaniu chińskiej firmy Lenovo. Najwyraźniej twórcy Odysei kosmicznej 2001 pomylili się; HAL powinien był mówić po mandaryńsku. A potem, nieco później, kiedy wiadomości telewizyjne ustąpiły na chwilę blokowi reklamowemu (napis na pasku u dołu ekranu: Za chwilę: Czy wszyscy jutro zginiemy?), wziąłem do ręki gazetę i dowiedziałem się z niej, że aby zwalczyć kilka przypadków wścieklizny, chińskie władze postanowiły zatłuc pałkami lub porazić prądem, a nawet zakopać żywcem, setki tysięcy psów. Nawet komuś takiemu jak ja, kto przez długi czas żył w regionie, gdzie psy uważa się albo za niebezpieczne utrapienie, albo dobrą potrawę na lunch, to działanie wydało się nieco barbarzyńskie. Firma IBM przez długi czas reprezentowała przyszłość – amerykańską przyszłość – a teraz ta przyszłość znalazła się w rękach barbarzyńskich zabójców psów.

Jednak najbardziej prześladowała mnie myśl, że mimo ogromnych wysiłków nienawidzących wolność islamofaszystów najważniejsze wiadomości dotyczyły innych rejonów świata. „Pozwólmy Chinom spać, bo kiedy się obudzą, wstrząsną światem”, powiedział podobno Napoleon. Chiny najwyraźniej się obudziły. Dla niektórych było to widoczne już od jakiegoś czasu. Inni – powiedzmy ci, którzy spędzili większą część ostatniego dziesięciolecia na dalekich wyspach południowego Pacyfiku – nie posiadali się ze zdumienia, widząc, jak potężny stał się ten kraj. Oficjalnie Chiny mają 1,3 miliarda mieszkańców. Nieoficjalnie – 1,5 miliarda. To państwo jest obecnie przemysłową stolicą świata. Dwieście milionów ludzi, którzy porzucili pola na rzecz miast, to największa ludzka migracja w dziejach świata. Chiny osiągały roczny wzrost gospodarczy na poziomie co najmniej 9,5 procent przez kolejne dwadzieścia osiem lat. To obecnie trzecia największa potęga gospodarcza świata po Stanach Zjednoczonych i Japonii, a przewiduje się, że w niedalekiej przyszłości stanie się drugą. Chiny eksportują towary o wartości powyżej biliona dolarów rocznie i wkrótce będą odpowiedzialne za prawie 50 procent światowego handlu. Znajduje się tam ponad dziewięćdziesiąt miast z populacją powyżej miliona mieszkańców, a o większości z tych miast nawet nigdy nie słyszałem.

A jednak, mimo że Chiny stały się jednym z gospodarczych motorów świata, nie miałem pojęcia, jakie są naprawdę. Deng Xiaoping był ostatnim przywódcą o wyrazistej, typowo chińskiej osobowości. Cokolwiek powiecie o George’u W. Bushu i Billu Clintonie, to są oni na swój własny sposób bardzo amerykańscy. Kiedy obserwujemy tych dwóch: czarusia, który emanuje empatią i nienasyconymi apetytami, i uśmiechającego się pod nosem zabijakę, którego sam krok sprawia, że w sumie rozsądni ludzie wpadają we wściekłość bliską apopleksji, jasne jest dla nas, że Bill i George mogą być tylko Amerykanami. Hu Jintao natomiast robi wrażenie biurokraty, na którego trzeba uważać.

Wciąż widziałem same kontrasty. Pekinowi została przyznana organizacja letnich igrzysk olimpijskich 2008 i można pomyśleć, że wydarzenia 4 czerwca 1989 roku to już przeszłość. Przygotowując się do olimpiady, władze postanowiły w końcu wypuścić studenta, który rzucił granatem z farbą w ogromny portret przewodniczącego Mao wiszący na placu Tiananmen. No cóż, w porządku, myślisz, zmienia się na lepsze. A potem okazuje się, że po osiemnastu latach tego, co teraz eufemistycznie nazywa się wzmocnionymi technikami przesłuchań, zdrowie psychiczne studenta zostało bezpowrotnie zniszczone i chociaż jest wolny, to szalony. Jednak wielu z naszych cenionych komentatorów (właściwie w jaki sposób człowiek zostaje cenionym komentatorem?) mówi uspokajająco o wolności w Chinach. Może i mają rację, ale ciekaw jestem, który z nich miałby ochotę rozwinąć transparent Falun Gong na placu Tiananmen. Bardzo proszę, panie komentatorze, pan pierwszy.

Szybkie spojrzenie na ten kraj z zewnątrz zawsze zmienia się w coś w rodzaju studiów nad yin i yang. Chiny wystrzeliły swoją załogę w kosmos, a jednak w niektórych zachodnich częściach kraju ludzie wciąż żyją w jaskiniach. Chiny produkują jedne z najbardziej widowiskowych i przejmujących filmów naszych czasów, jednak literatura pozostaje daleko z tyłu. Chiny są producentem nie tylko tanich, plastikowych rzeczy, które zapełniają półki Wal-Marta, ale także zaawansowanych technologicznie produktów takich jak komputery. Jednak nie udało się zagwarantować, żeby chińska pasta do zębów nie zabijała ludzi w Panamie. Wszystko to wprawiało mnie w zakłopotanie. Jakie są Chiny naprawdę?

– Chiny dzisiaj to Dziki Zachód – powiedział mój przyjaciel Greg. Poznałem go na studiach w Waszyngtonie. To było na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pogłębiałem wiedzę na temat Europy Wschodniej i żal mi było tych, którzy zajmowali się Państwem Środka. Biedne, błądzące głupki, myślałem. Nie wiedzieli, że to Mołdawia ma przyszłość? W następnych latach Greg, który biegle włada chińskim i japońskim, w końcu zostawił świat finansów i został nauczycielem historii w szkole średniej w San Jose. Gdy pewnego lata odbywałem pisarskie tournée, po wieczorze autorskim w San Francisco spotkałem się z nim w barze niedaleko Union Square. Właśnie wrócił z rocznego urlopu naukowego w Szanghaju, gdzie uczył angielskiego, i opowiadał z zapałem o Chinach.

– To tam wszystko teraz się rozgrywa – powiedział swoim kalifornijskim akcentem. – Przez większość życia uganiam się za nowościami. Teraz ostatnim krzykiem mody są Chiny. Centrum grawitacji przesunęło się na wschód – biznes, finanse, produkcja, wszystko kręci się wokół Chin. Po raz pierwszy w historii kraju przeciętny Chińczyk ma szansę się wzbogacić. Wiedzą, że ta szansa może w każdej chwili minąć, więc próbują ją wykorzystać najlepiej, jak się da. Tam panuje istne szaleństwo.

Chiny, o których mówił, wydawały się zupełnie inne od tych znanych mi z dawnych czasów. Gdzie się podziały pochody, złowieszcze pokazy potęgi militarnej, nawoływania do rewolucji? Gdzie byli robotnicy w zawadiackich mundurkach Mao?

– Tych Chin już nie ma – powiedział Greg. – Musisz tam jechać i sam się przekonać. I koniecznie musisz wysłać dzieciaki na mandaryński. Kiedy dorosną, będą pracować dla chińskich firm. Na twoim miejscu przeprowadziłbym się tam na kilka lat, bo nie zrozumiesz tego świata bez zrozumienia Chin.

Wydawało się to znakomitym pomysłem. Oczywiście po kilku piwach większość pomysłów wydaje się świetna. W każdym razie i tak miałem zamiar coś zmienić w swoim życiu. Raz jeszcze Sylvia ściągnęła mnie do jednego z najbardziej egzotycznych zakątków świata – do Sacramento. Każdego ranka budziłem się i myślałem: jakież to poplątane koleje losu sprowadziły mnie do tego dziwnego miejsca? Nie zrozumcie mnie źle. Sacramento to urocze miasto, zwłaszcza dla osób uzależnionych od narkotyków. Specjalnie dla nich dworzec autobusowy znajduje się zaledwie kilka metrów od budynków administracji, gdzie najlepszy z Austriaków został zaprzysiężony na gubernatora wspaniałego stanu Kalifornia. Natomiast ci miłośnicy narkotyków, którzy zmuszeni są oszczędzać, mają do dyspozycji kilka noclegowni po pięć dolarów za noc, których kierownictwo przymyka oko na ich nałóg.

Mieliśmy nawet narkomanów za sąsiadów. Dzięki temu wieczory w domu były nadzwyczaj ciekawe. Nasza dzielnica, standardowe przedmieście pełne domów ze stiukami i dachówkami, została wchłonięta przez ostatnie źródło złotych interesów Ameryki – „mieszkaniową bańkę”. Pracując na laptopie w kawiarniach, słuchałem rozmów sprzedawców kredytów hipotecznych, kredytów finansujących 100 procent wartości nieruchomości, z zachęcającym oprocentowaniem, ze spłatą samego oprocentowania, z opcjonalnymi spłatami, zmiennymi stopami, kredytów hipotecznych typu „damy ci pół miliona za nic”, które napędzały zbiorowe finansowe szaleństwo. W ciągu trzech lat ceny domów wzrosły dwukrotnie. W ciągu sześciu – trzykrotnie. Spekulanci kupowali po kilkanaście nieruchomości. Firmy budowlane reagowały, budując tysiące nowych domów, które ludzie kupowali, traktując je jako inwestycje, ponieważ oczywiście w Kalifornii rynek nieruchomości tylko się powiększa. Każdy chce tu mieszkać, nawet w Sacramento, w małym zakątku Oklahomy, który się zgubił i został odnaleziony po drugiej stronie Sierra Nevada. Dom naszych sąsiadów był właśnie taką „inwestycją” i podczas gdy właścicielka biła sobie brawo za finansową przedsiębiorczość, jej lokatorzy wykorzystywali jej własność, aby prowadzić ożywione interesy związane z handlem kradzionymi samochodami i narkotykami. Para, która tam mieszkała, miała troje dzieci. Dla uproszczenia każdemu z nich nadano imię Sukinsyn. Tak nam przynajmniej się wydawało, bo od świtu do nocy słyszeliśmy tylko: „Ty sukinsynu, przycisz ten pieprzony telewizor” albo „Ty sukinsynu, obudziłeś sukinsyna, sukinsynu”.

Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, dokąd to wszystko zmierza, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnęliśmy, był policyjny nalot, który musiał w końcu nastąpić. W tym samym czasie nasze dzieci krzyczały, że chcą iść do sąsiadów pobawić się w aptekarza z ich przyjacielem Sukinsynem. Sprzedaliśmy dom. Krótko zastanawialiśmy się nad kupnem nowego, w końcu jednak uznaliśmy, że zakup drogiego domu z bombą zegarową w postaci hipoteki to jeden z mniej interesujących sposobów na popełnienie finansowego samobójstwa. Postanowiliśmy, że w najbliższej przyszłości będziemy wynajmującymi – pomysł, który już wkrótce uznaliśmy za zbawienny. Odtąd przeciekające krany i zepsuta klimatyzacja nie były już moim problemem. Obowiązek dbania o trawnik spoczywał teraz na barkach kogoś innego. Potem, gdy urodził się nasz drugi syn i Sylvia rzuciła dotychczasową pracę na rzecz konsultingu, nagle nie mieliśmy już żadnego powodu, żeby pozostawać w Sacramento. A nie mając tego powodu, byliśmy gotowi do lotu.

– Myślę o Chinach – powiedziałem Sylvii pewnego wieczoru. Czemu nie, pomyślałem. To prawda, mieliśmy małe dzieci. Normalnie kupiłoby się kolejny dom, ustatkowało, robiło to wszystko, co robią normalne rodziny, dałoby się dzieciom poczucie stabilności. Próbowaliśmy to zrobić. I odkryliśmy, że to za mało. Może chodziło o dilerów z domu obok. To nie była część amerykańskiego marzenia. Może chodziło o syzyfową pracę polegającą na utrzymaniu trawnika w kolorze zielonym przy czterdziestostopniowym upale. To niepisana zasada podmiejskiego życia: trawa musi być zielona, nawet jeśli żyjesz na pustyni. Może chodziło o te wszystkie ogromne samochody terenowe jeżdżące do Wal-Marta. Nie wiem. Cokolwiek to było, nie chciałem wychowywać dzieci w taki sposób. Stałem się otwarty na nietypowe pomysły. Chiny były przyszłością. Wszyscy to mówili. Dopiero za kilka lat rynek nieruchomości odzyska równowagę, pozwalając nam zatknąć flagę w jakimś innym mieście, w oddaleniu od pudełkowatych przedmieść. Dlaczego zatem nie zabrać dzieci do Chin i nie pomieszkać tam przez chwilę? To było do zrobienia. To byłoby niewątpliwie bardzo interesujące. To byłoby dobre dla dzieci. Prawdopodobnie.

– Myślę o Monterey – odpowiedziała Sylvia. To była jej próba niestereotypowego myślenia. Nie mogliśmy sobie pozwolić na zakup domu, więc musieliśmy go wynająć. A wynająć mogliśmy go wszędzie. A Sylvia pochodziła z wybrzeża Kalifornii. W pewnym sensie byłby to dla niej powrót do domu.

– No nie wiem – odparłem. – Myślę o wielkich miastach, kraju w fazie przemian, tworzącej się na naszych oczach historii.

– A ja myślę o plażach, czystym powietrzu i doskonalej pogodzie. Poza tym nie znasz chińskiego – zauważyła.

– Jeszcze nie.

Spojrzała na mnie z powątpiewaniem.

– Jestem za zmianami – powiedziała. – Ale Chiny?

A właściwie czemu nie? Jeden z pięciu ludzi na tej planecie mieszka właśnie tam. Powinniśmy lepiej ich poznać, przekonywałem. A poza tym spędziliśmy wiele lat na dalekich peryferiach świata – Kiribati, Vanuatu, Sacramento. Wydawało mi się, że rozsądnym posunięciem będzie pomieszkać dla odmiany przez jakiś czas w jego centrum. A z tego, co słyszałem i czytałem, to centrum właśnie przenosiło się do Chin. Chyba warto spróbować zrozumieć to miejsce. Poza tym lubię dysharmonie w życiu, a przecież perspektywa przeniesienia wzroku z najmniejszych krajów świata na największy ogromnie zakłócała harmonię.

Jednak w naszym życiu były teraz dzieci. Z jednej strony, skorzystałyby na nauce mandaryńskiego i doświadczeniu innej kultury. Danie im takiej szansy dobrze by świadczyło o nas jako rodzicach. Z drugiej jednak strony, niezbyt dobrze świadczyłaby o nas przeprowadzka pod wpływem impulsu na drugi koniec świata i umieszczenie dzieci w mieście, które podobno przykryte jest chmurami zanieczyszczeń. Bycie rodzicem to trudna sprawa. Postanowiliśmy więc, że najpierw wyruszę sam na misję zwiadowczą. Podczas gdy Sylvia przeglądała oferty wynajmu w Monterey, ja poszedłem do księgarni. Najwyższy czas nauczyć się chińskiego.

Rozdział 2

Chcę to powiedzieć wyraźnie. Nikogo nie obwiniam. Naprawdę nikt nie jest winny. Dopuszczam do siebie nawet myśl, że nie zostało to zrobione specjalnie. Kiedy jednak zagłębiłem się w lekturze Chińskiego dla idiotów, nie mogłem się powstrzymać przed myślą, że chiński jest językowym Wielkim Murem, zmyślną lingwistyczną barierą wzniesioną po to, by zatrzymać obcych na zewnątrz. W sumie co jest nie tak z esperanto? Albo z alfabetem łacińskim? Czy alfabet, który wykorzystuje dwadzieścia sześć liter, naprawdę nie wystarcza? Z tych dwudziestu sześciu liter możemy stworzyć bardzo wiele słów, nawet długich słów. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem fanem lingwistycznego zróżnicowania. Rozpiera mnie duma z racji tego, że potrafię zamówić piwo w ośmiu językach. Pozwolę sobie wręcz powiedzieć, że jestem całkiem niezły w posługiwaniu się obcymi językami. Zazwyczaj tylko kilka tygodni zabiera mi opanowanie podstaw pozwalających na zadawalające funkcjonowanie: mogę się przemieścić z punktu A do punktu B, zrozumieć mniej więcej temat rozmowy, usiąść w restauracji pewien, że potrawa, którą właśnie zamówiłem, to nie penis małpy w sosie własnym. Jednak, jak wkrótce się okazało, nie było szans, żebym kiedykolwiek opanował te podstawy komunikacji w chińskim. I to mnie naprawdę martwiło.

Weźmy na przykład chińskie znaki. Jest ich dwadzieścia tysięcy. Na szczęście nie musisz się uczyć wszystkich; wystarczy znajomość siedmiu tysięcy, jeśli chcesz zrozumieć, o czym mówi wykształcony Chińczyk. Trzy tysiące wystarcza, żebyś zrozumiał artykuł w gazecie. Jednak w miarę, jak zgłębiałem treść tej czarno-żołtej książki, coraz boleśniej zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli to wystarczało, żeby idiotę nauczyć chińskiego, to ja muszę być naprawdę wyjątkowo skretyniałym bezmózgowcem. Nie zamierzałem się uczyć trzech tysięcy znaków. Naprawdę byłem zaskoczony stopniem ich skomplikowania. Zawsze myślałem, że chiński znak to piktogram i żeby zrozumieć jego znaczenie, wystarczy właściwie odczytać rysunek. Słowo „szczęśliwy” powinno zatem być oddane przez uśmiechniętą twarz o skośnych oczach. Cóż, myliłem się. Zresztą jak prawie we wszystkim, co myślałem na temat Chin. Większość znaków chińskich to wyjątkowe mieszanki składników fonetycznych i semantycznych. Są to unikatowe kompozyty znaczeń i dźwięków. Pamiętając, że człowiek nie jest w stanie wydać dwudziestu tysięcy unikatowych odgłosów, nawet jeśli włączyć w to bekanie i odchrząkiwanie wielkich pokładów flegmy (a to chyba się liczy w chińskim), lingwistyczne władze – kimkolwiek są – wprowadziły jeszcze tony, prawdopodobnie po to, żeby żaden obcokrajowiec w wieku powyżej trzydziestu lat nie miał najmniejszych szans na zrozumienie tego języka. Istnieją cztery główne tony, a to oznacza, że jeśli wydałbym dokładnie takie same dźwięki w czterech różnych tonach, to wyrażałbym cztery zupełnie inne znaczenia. Sami widzicie, jakie to trudne.

Aby jeszcze bardziej rzecz całą zagmatwać, dodam, że istotna była też kwestia tego, której odmiany chińskiego miałbym się uczyć. Jest oczywiście język mandaryński, którym się mówi w Pekinie, ale jeśli pojedziesz pociągiem na południe, do Szanghaju, zostaniesz otoczony ludźmi – wieloma ludźmi, jako że są to Chiny – którzy mówią szanghajską odmianą języka wu i którzy będą na ciebie patrzeć ze zdziwieniem, kiedy będziesz próbował zamówić dim sum (mówiąc szczerze, będą na ciebie patrzeć ze zdziwieniem i bez tego). Jedź jeszcze dalej na południe, do prowincji Guangdong i do Hongkongu, a wkroczysz w świat kantończyków, którzy mówią językiem, który również podobno zalicza się do chińskiego, ale jest zupełnie niezrozumiały dla tych, którzy znają wu i mandaryński. Istnieje jeszcze siedem innych dużych grup językowych, a w każdej jest mnóstwo dialektów nazywanych fangyan, czyli „mową miejscową”. A są jeszcze oczywiście poddialekty. Podróżnikowi nie wróży to nic dobrego.

W końcu dotarłem na lotnisko, aby rozpocząć długi lot do Pekinu. Wykułem na pamięć kilka zwrotów w mandaryńskim. To, że język chiński (wszystkie jego dialekty) pozostawał dla mnie czarną magią, nie oznaczało jeszcze, że miałem lecieć do Chin zupełnie nieprzygotowany.

– Qinweng. Wo buhui dun zhege cesuo. Youmeiyou biede cesuo keyi yong?

– Co to znaczy, tatusiu? – zapytał mój czteroletni syn Lukas.

– To po chińsku znaczy: Przepraszam. Nie potrafię zbyt dobrze kucać. Czy jest tu jakaś inna toaleta?

Lukas zamyślił się.

– Ludzie w Chinach używają innych nocników?

– Z tego, co czytałem, to tak. Powiem ci przez telefon, kiedy sam sprawdzę.

Czterolatki są nad wyraz dociekliwe i nie da rady zbyć ich byle czym.

– Zhege zhende shi jirou ma? – zapytałem.

– Co to znaczy? – chciał się znów dowiedzieć Lukas. Mój roczny synek Samuel powtórzył za mną z dziecięcym akcentem: – Zhe ge zhe ge.

– To znaczy: Czy to na pewno jest kurczak?

Pożegnałem się z trudnością z chłopcami, pocałowałem żonę, poprzysiągłem wieczną miłość i oddanie i ruszyłem do hali odlotów, gdzie po kilku chwilach zostałem przyjemnie zaskoczony ponownym spotkaniem z Sylvią.

– Może ci się to przydać – zauważyła, podając mi mój mały plecak.

– To prawda – przyznałem. Biorąc pod uwagę, że w tym plecaku znajdował się mój paszport, bilety na samolot i czeki podróżne, faktycznie mógł mi się przydać.

– Próbuję wyobrazić sobie ciebie w Chinach – powiedziała Sylvia – i nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

Podzielałem jej uczucia. Tragedię od farsy oddziela cienka granica.

To był straszliwie długi lot. Z San Francisco polecieliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża Kanady, ponad Aleutami na północnym Pacyfiku i ponad błyszczącym lodem wybrzeży Arktyki, którego jeszcze nie roztopiła wiosna. Zdołałem obejrzeć trzy filmy. Były na tyle banalne, że nie mogę sobie z nich nic przypomnieć oprócz tego, że dzięki nim jakoś zabiłem czas. Czytałem. Przysypiałem. Od czasu do czasu rozmawiałem z mężczyzną siedzącym obok, dyrektorem w Boeingu, który przenosił się do centralnych Chin. Spytałem, co dokładnie Boeing będzie tam robił.

– Będziemy budować skrzydła – odparł.

Skrzydła? Jedyną część samolotu, która jest naprawdę niezbędna?

[...]