Opis

Książka opowiadająca losy dwójki bohaterów – młodego pirata-przemytnika i profesora instytutu poważnej uczelni. Razem zostają wysłani przez lokalne siły specjalne kolonii na misję odzyskania wraku statku, który został odkryty na wrogim terytorium. Kosmiczna przygoda szybko się komplikuje, gdy bohaterowie wpadają w kolejne kłopoty i nim osiągną swój cel, mają już całkiem spore doświadczenie, a ich przyjaźń jest silniejsza niż zwykle. Jednak pomimo starań i poświęceń, za horyzontem czekają złe i mityczne siły, które poddają ich próbie i starają się urzeczywistnić swoje własne, niecne plany…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Zbigniew FietkiewiczWydawnictwo WasPos, 2018All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwapod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja i korektaOlga Kłos

Projekt okładki, skład i łamanieWydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN 978–83–66070–32–5

Wydawnictwo WasPosWarszawa, tel. 517–315–854,[email protected], www.waspos.p

Podziękowania i parę słów wstępu.

Drogi czytelniku, nim otworzysz bramy do fragmentu mojej nieokrzesanej wyobraźni, chciałbym byś wpierw wysłuchał paru słów. Słów, w których wyjaśnię przyczynę, jak i inspirację do początku historii, której mam nadzieję, z przyjemnością doświadczysz.

Nie będę wymieniał wszystkich szczegółów czy niuansów, które poukrywałem pomiędzy wierszami tej książki. Pozostawię to wszystkim sprytnym oczom, które je wyłapią i zachowają dla siebie. Powiem tylko, że sam rdzeń historii ma swoje początki w różnych gatunkach twórczości, zaczynając przede wszystkim na wielu książkach, przechodząc przez niektóre seriale telewizyjne i kończąc na pojedynczych grach komputerowych, których byłem wielkim fanem. Przyjemność jaką mi przyniosły z pobudzania mojej wyobraźni, starałem się bezpośrednio przełożyć na, między innymi, tę historię. Teraz moim pragnieniem jako autor, jest oddanie części z tej przyjemności następnym osobom, które mam nadzieję, uda mi się zainspirować do wymyślenia własnych epickich światów.

Wszystko ma jednak swój początek, więc pozwolę sobie teraz podziękować różnych osobom, dzięki którym w różnych etapach pisania i tworzenia, nie ukończyłbym tej książki, ani nie wymyślił całego mojego pozostałego universum.

Zaczynając od początku muszę oddać honory mojej siostrze oraz mojej mamie. Ich poranne polityczne rozmowy, których musiałem słuchać z rana przy śniadaniu, za czasów początku studiów, chociaż niechętnie, to jednak stały się główną siłą napędową tworząc rdzeń i zarys do tej historii. Historii, która z czasem mam nadzieję w pełni ukaże się w świetle dziennym. W drugiej kolejności, muszę podziękować mojemu dobrego przyjacielowi Adamowi, z którym prowadziłem długie wielogodzinne wywody i opowiadania na tematy wszelakie, przy jednym czy często dwóch lub więcej puszkach piwa. Głównie, jednak nasze tematy opierały się o wzajemnie wymyślone historie i opowiadania. Nasze rozważania same z siebie mogłyby zostać zamknięte w niejedną książkę, ale to inny temat. Dziękuję mu za to, że de facto dla mnie stał się, tym pierwszym ruchem tłoka w silniku. Bez poczucia lekkiej rywalizacji, nie byłbym wstanie niczego zacząć. Muszę też wspomnieć, że za jego sprawą odkryłem niezliczone książki i autorów, o których wcześniej nigdy nie słyszałem. Spora część z nich była, tak dla odmiany, źródłem pomysłów do moich pozostałych opowiadań, które obecnie składam i przerabiam na następną książkę. O niej zapewne będzie więcej w przyszłości jeszcze. Nie ma co uprzedzać faktów, chociaż powiem tylko, że będzie to coś zupełnie innego niż, to co się przed Tobą czytelniku siedzi teraz na kolanach, lub na wyświetlaczu telefonu czy też monitora. W następnej kolejności będzie mój inny dobry przyjaciel (również Adam). Bez niego, nie poznałbym fantastycznych seriali, które po wielu miesiącach przekonywania, obejrzałem i byłem nimi całkowicie zachwycony i zatracony w historii, którą opowiadały. Wiele wspólnych godzin spędzonym na komunikatorze przełożyły się na dokładną analizę i interpretację niuansów tych fabuł. Cytując: „Oddaję cesarzowi, co cesarskie...”. I skoro o tym mowa, muszę teraz przejść do mojej narzeczonej Klaudii, wtedy jeszcze dziewczynie. Bez której nie zebrałbym się do zebrania wszystkich luźnych pomysłów i zalążków opowiadania, które miałem w głowie, w jeden tekst. Była i jest ona moją główną motywacją, by usiąść i zacząć pisać na bardziej poważnie. Chociaż sama nie wyraża większego zainteresowania tematyką, którą piszę, jest codziennym powiewem pragmatyzmu, którego potrzebuję w życiu. Była i jest bardzo dumna, z tego co mi się udało osiągnąć, za co szczerze bardzo dziękuję.

Nie mogę zapomnieć też o wspomnieniu mojego ojca, który stał się moim pierwszym czytelnikiem beta (wraz z moją siostrą) i wciąż nim jest. Bez jego celnej krytyki i również wielu godzin różnych dyskusji, nie nauczyłbym się zapisywać moich myśli i pomysłów w sposób, jaki to teraz robię. Chociaż przyznam, że styl zmienił się bardzo na przełomie lat. Również dziękuję mojej świętej pamięci babci Hannie. Chociaż magiczno kosmiczne tematy były jej zupełnie obce, pod względem znajomości zawiłości języka polskiego, była mi bardzo pomocna i bez jej opinii zwrotnej, wszystko zostałoby tylko w mojej głowie.

Przejdę teraz do osób, które z innych powodów, też przyczyniły się do ukończenia książki, choć w mniejszym, to jednak wciąż ważnym stopniu. Zacznę od mojej nauczycielki języka polskiego z liceum, Pani Kasi. Bez niej nie miałbym wewnętrznego impulsu, do udowodnienia zarówno sobie, jak i jej, że szkolne kryteria oceny ni jak się mają do kreatywności i pewnej smykałki do robienia rzeczy, które się lubi. Żeby nie zabrzmiało to nieprzychylnie z mojej strony, Pani Kasia, była jedną z moich ulubionych nauczycielek i szanuję ją za to bardzo. Po prostu oceny, które mi dawała w wyniku przyjętych systemów ocen, nie mogły być inne niż najwyżej mierne. A szkoda, gdyż uważam, że przekaz, jaki starałem się przekazywać w wypracowaniach był bardziej cenny, niż styl w jakim go pisałem. Mam nadzieję jednak, że poniższa książka przypadnie jej do gustu, gdyż wywarła Pani profesor na mnie ogromne wrażenie. Nie zapomnę jej wyznania, że śniły jej się koszmary na temat mojej matury. Przepraszam Pani profesor, ale musiałem udowodnić, że coś ze mnie wyrośnie na przekór temu.

Dziękuję też wszystkim moim czytelnikom beta, którym w różnych okresach wysyłałem różne teksty i za wszystkie ich opinie. Recenzja każdego z was była dla mnie i jest wciąż bardzo cenna. Przepraszam za okresowe spamienie waszych skrzynek pocztowych, ale po skończonej edycji tekstu, byłem bardzo głodny tego, jak bardzo się wam podoba. Podziękowania w tej samej kategorii idą też do mojego wujka Walerego i świętej pamięci dziadka Olgierda, za to że nie jestem pierwszym upublicznionym autorem w rodzinie. Chociaż nie miałem przyjemności nigdy z nimi rozmawiać o swoich opowiadaniach i książkach, zawsze byli gdzieś tam na horyzoncie, jako osoby do inspiracji i podziwu.

Na końcu, co nie oznacza, że ujmuje to w żadnym stopniu, muszę podziękować mojej agentce Pani Patrycji, za to, że zgodziła się mnie reprezentować i wysłać mój debiutancki tekst do wydawnictwa pod którym ta książka się ukazała. Gdyby nie Pani, ta książka finalnie nie pojawiłaby się na żadnej półce, rzeczywistej czy wirtualnej.

Na końcu wszystkim innym nie wymienionym z imienia, szczerze dziękuję.

A teraz zapraszam do otworzenia się do progu świata pełnego kosmicznych przygód, przyjaźni i zawirowań polityczno–ambicjonalnych.

Drogi czytelniku... miłej lektury.

Rozdział pierwszy

Zapis pierwszy. Dwanaście kolonii. Dwanaście planet. Nadzieja dla ludzkości czy desperacki krok. Los tak wielu, będzie wykuty przez ich własne ręce.

Port kosmiczny Akwariusa tętnił życiem, jakkolwiek można było je zdefiniować. Dookoła bujnego i zielonego światła, statki przelatywały w obydwie strony prawie nieprzerwanie. Ruch z powierzchni planety, jak i z niej, był nieustający. Wszystkie pojazdy były powietrzem wdychanym do i przez płuca planety. Tysiące ludzi, jak czerwone krwinki, nadawały rytm i sens istnieniu świata. To była prawdziwa stała harmonia tego żywego organizmu, jakim była ta jedna z dwunastu kolonii.

Większość z tych podróżujących ludzi należała do ogromnych korporacji czy też przedsięwzięć handlowych. Niby lokalne pomniejsze transportowce wyróżniały się w szczególe, ale ginęły też w całej masie pojazdów i były niezauważalne, gdy straciło się je z oka. Niezbyt duże gwiezdne jachty i większe prywatne jednostki przelatywały czasem w znacznym pośpiechu. Tylko nielicznych było stać na taki komfort. Podróżowanie kosmiczne na własną rękę nie było ani proste, ani tanie.

Wszystko to jednak składało się na wspólną masę. Nieprzerwaną i nierozróżnialną. Krwiobieg, bijący i tętniący swoim rytmem.

Każdy był częścią większego systemu.

Jedni byli jego większą częścią, inni mniejszą, ale niezależnie od tego, kim się było, wąskim gardłem był kompleks portu kosmicznego COD 2. Miejsce, które było odpowiedzialne za autoryzację poprawnych dokumentów, listów przewozowych i ewentualnych łapówek wręczanych innym odpowiednim ludziom. Nierzadkie były opowieści o tym, jak ktoś pozostawał na tej stacji dłużej niż trwał cały jego wcześniejszy lot.

A dla każdego nierozważnego, próbującego przelecieć bez kontroli celnej czy kodów dostępu, czekało całe wojsko, stacjonujące w systemie, jak i uzbrojenie planetarne. Mówiono, że mogli roznieść dowolny cel w czasie krótszym niż zajmuje wymienienie nazw wszystkich dwunastu głównych kolonii. Mówiąc inaczej – nie było to warte zbędnego ryzyka.

Istniały jednak dwa sposoby na ominięcie tej niedogodności. Pierwszym było należenie do wojska. Drugim – praca dla niego.

Isaac Vomisa był względnym szczęściarzem należącym do tej drugiej kategorii. Jego niebiesko–czarny statek, ozdabiany tu i ówdzie karmazynowymi ornamentami, stał w prywatnym hangarze na podstacji Salmon–3. Ta część stacji była przeznaczona wyłącznie dla personelu cywilnego, kontraktowo pracującego dla Galaktycznej Armii Imperium – GAI w skrócie.

Duma przepełniała go, jako że był posiadaczem Ikry, prawie najnowszego modelu lekkiego statku zwiadowczego. Z miejscem dla załogi do trzech osób lub dla średniego ładunku. Napędzany reaktorem aero–atomowym Seldon–2. Reaktor ten gwarantował doskonały współczynnik mocy wytworzonej w stosunku do rozmiarów i objętości paliwa. Pojazd ten zawierał także zmodernizowany zestaw uzbrojenia, dwie wyrzutnie rakiet oraz wysokoenergetyczny laser bojowy zasilany energią bezpośrednio z samego reaktora. Nie było przemytnika, pirata czy jakiegokolwiek awanturnika, niezazdroszczącego mu takiego nabytku. Cena za to jednak nie była banalna. Wiele lat latania i poświęceń dla samej GAI kosztował go ten przywilej. Brał udział w najbardziej ryzykownych misjach. Nastawianie karku, dla towaru, którego nawet nie potrafił często nazwać. Z czasem, na szczęście, stało się to dla niego codziennością i nawykiem, więc był w stanie o tym zapomnieć.

Czasem...

Jego kariera zaczęła się w bardzo młodym wieku. Jako awanturniczy syn bogatego i wpływowego handlarza, był nieprzerwanie zmuszany do udowadniania swojej wartości. Ciągłe życie w pogoni za udowodnieniem bycia godnym synem, wytworzyło w nim niechęć do wszystkiego: praw, ludzi, rodziny. W wieku dwudziestu lat akwariańskich, ukradł jeden ze statków ojca i wraz ze przeszmuglowanymi zapasami kontrabandy uciekł. Wiedząc, że nie może już wrócić i że będzie poszukiwany, wymienił porwany statek na czarnym rynku na coś rzucającego się mniej w oczy i korzystając ze sposobności zajął się sam naturalnie szmuglem. Czasem zdarzały mu się również niewielkie akty piractwa.

Życie, choć wolne, nie było jednak lekkie. Dzięki naturalnym talentom dał radę szybko ustabilizować się i zdobyć wystarczającą pozycję, by stać się jednym z najlepszych młodych kurierów wśród najemników. Co jednak umykało jego świadomości to było to, że podejmując się tegoż zawodu i przyjmując parę szemranych zleceń, naruszył poważnie bezpieczeństwo i interes macierzystej kolonii. Konsekwencją tego było zwrócenie bezpośredniej uwagi samej GAI. Z czasem im bardziej rozgłos o nim rósł, tym GAIa mniej mogła go ignorować i przymykać oczy na jego działalność.

Mniej więcej, w okolicach dwudziestych piątych urodzin – a warto wspomnieć, że na Akwariusie jest to wiek prawnej dojrzałości – generał Huxley przygotował na niego pułapkę, w którą Isaac z łatwością wpadł. Rok planetarny na tej planecie należał do tych krótszych i jeśli by go odnieść do stosunku z pozostałymi koloniami, jego wiek sprawiał wrażenie od dawna dorosłego. Ale ci, którzy zdawali sobie sprawę z tego, wiedzieli, że jest zupełnie inaczej. Została mu złożona, tak zwana, propozycja nie do odrzucenia. Jako stosunkowo młody i obiecujący człowiek, nie mógł w tej sytuacji odmówić. Wiedział, że to koniec jego wolnego życia. Wojsko w zamian dało mu schronienie przed prawem, płacąc przy tym bardzo hojne wynagrodzenie. Jedyną ceną za to było podjęcie udziału w bardzo ryzykownych misjach. Takich, w których sprawą najważniejszą było przemycenie czegoś albo kogoś, w taki sposób, by w pełni pozostać niezauważonym. Misji, do których GAIa nie mogła się nigdy oficjalnie przyznać. Misji, które oficjalnie nigdzie nie figurowały.

I takie było jego życie od tamtego czasu. Pełne wrażeń, ale z niewidzialną ręką zaciskającą się przez lata ciągle wokół jego szyi.

Norma.

*******************

Dzień zapowiadał się nie tak źle, jak wstępnie zakładał. Wschodzące słońce zza dysku planetarnego, obserwowane z części mieszkalnej stacji, w majestatyczny sposób podkreślało piękno samego kosmosu. Promienie przedzierały się i zakrzywiały na atmosferze Akwariusa. Linia dnia i nocy na powierzchni wydawała się niesamowicie banalna, a zarazem wspaniała. Punkty świetlne nocy ustępowały światłu dziennemu, z każda następną minutą. Światełko za światełkiem umierało, by za pół doby znów wrócić do życia.

Choć ze stacji nie można było czuć za bardzo promieniowania słonecznego, Isaac czasem wracał we swoich wspomnieniach do chwil, gdy spędzał całe dnie bawiąc się na dworze ojca, będąc skąpanym w promieniach słońca. To było dawno. Tak dawno, że wydawało się zupełnie innym życiem. Teraz był kimś innym, a tamto wspomnienie było ledwie snem, niezaleczoną blizną.

Wstał.

Pierwsze odezwały się plecy, a zaraz po nim błędnik. Przespanie całej nocy na fotelu, zapijając swoje wczorajsze żale nielegalną Capricanską whisky, nie było mądrym posunięciem. Przez moment całe jego ciało odmówiło jakiejkolwiek współpracy z właścicielem.

Usiadł, ale wstał znów i chwiejnym, niepewnym krokiem ruszył w kierunku odświeżacza – niewielkiej klitki w rogu jego kabiny. Służyła ona za uniwersalną domową łazienkę. Na praktycznie każdym kosmicznym obiekcie, niezależnie czy był to statek, stacja kosmiczna czy cokolwiek innego, wszędzie były takie. Ludzie teraz nie potrafili się już obyć bez tego minimalnego luksusu i potrzeby „kulturalnej” higieny.

Idąc z grubsza w linii prostej, co chwila wpadał na coś. Albo coś złośliwie podstawiało mu nogi – nie był tego w pełni w stanie potwierdzić. W jego mieszkaniu cały czas panował tak zwany artystyczny nieład. To znaczy byłby on artystyczny, gdyby tylko on sam zainteresował się jakąkolwiek formą sztuki.

Obiecał sobie to kiedyś ogarnąć, ale w głębi duszy nigdy nie przeszkadzało mu to. Dla Isaaca prawdziwym domem był statek. Mieszkanie było tylko tymczasowym hotelem. Niestety, póki nie dostanie od generała wyraźnego zezwolenia, nie będzie mógł opuścić tej stacji. To była też cena luksusu, bycia uprzywilejowanym niewolnikiem–najemnikiem, służącym GAI.

Poranna toaleta nie była też dla niego niczym nowym. Jako że na stacji, która choć orbitowała wokoło planety, nie obowiązywała żadna konkretna strefa czasowa, przyjął się standardowy cykl dnia Kapitolu. W sytuacjach specjalnych jednakże, w zależności od potrzeb, ten cykl mógł zmienić się dowolnie. Oficjalnie, stacja była czynna bez przerwy, za wyjątkiem przerw technicznych dla niektórych sektorów. Gdy ktoś miał interes, zawsze znajdowały się ręce gotowe do pracy. Chociaż z tymi chęciami bywało różnie, za drobną opłatą i te się żwawo pojawiały nagle.

To wszystko jednak nie miało znaczenia. Dostał jasną informację, że Generał kazał mu się stawić osobiście w jego kwaterze, gdy tylko dojdzie do siebie. Tyle przynajmniej zrozumiał i zapamiętał, gdy w środku jego snu, przerywając jego wypoczynek, dostał informację na komunikator od asystenta swojego przełożonego. Oczywiście wiadomość ta zawierała też wiele innych epitetów, jednakże z racji silnego wpływu pewnych środków, nie potrafił przypomnieć sobie tych mało istotnych szczegółów.

Umyty, ubrany i z resztką wczorajszego udźca palanta akwariańskiego w żołądku, ruszył w kierunku wojskowej części bazy. Miał nadzieję, ze nim dojdzie do generała przestanie ziewać i nie uśnie na odprawie, tak jak ten jeden raz kiedyś.

Skrzywił się i poklepał po twarzy. Od wspomnienia dostał lekkiej drgawki, przypominając sobie, co musiał potem zrobić.

Poklepanie jednak niewiele dało.

Interludium pierwsze

– Myślisz, że możemy mu zaufać? – hologram tajemniczej sylwetki rzucił pytaniem.

– Nigdy jeszcze mnie nie zawiódł, nie ma powodu i nie sądzę by zrobił to teraz.

– Ale nigdy nie brał udziału w misji, takiej jak ta.

– Nie zawiedzie – odrzekł ze spokojem drugi rozmówca. – Jest bardziej zasobny niż myślisz.

– Przekonamy się o tym.

Hologram kiwnął w znaczący sposób głową, po czym ten rozpłynął się w powietrzu, zostawiając drugiego rozmówcę zupełnie samego.