Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 364 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zagubiona miłość - Meredith Wild

Dręczona poczuciem odpowiedzialności za swoją borykającą się z problemami rodzinę, Maya Jacobs udzieliła jedynej możliwej odpowiedzi, kiedy Cameron poprosił ją o rękę. Kilka lat później pracuje jako analityk na Wall Street i żal towarzyszący podjęciu takiej, a nie innej decyzji próbuje zagłuszyć ciężką pracą i ostrym imprezowaniem, co gwarantuje, że żadnemu mężczyźnie nie uda się już znaleźć drogi do jej serca.

Cameron Bridge pięć ostatnich lat poświęcił wojsku, próbując uciec przed bolesnymi wspomnieniami dotyczącymi utraty Mayi. Po stoczeniu na pustyni własnej wojny, razem z rodzeństwem przy boku, Olivią i Darrenem, rozpoczyna nowe życie w Nowym Jorku.

Kiedy przeznaczenie sprawia, że w tym mieście pełnym nadziei i niepewności drogi jego i Mayi ponownie się krzyżują, czy Cameronowi uda się odnaleźć w kobiecie, jaką się stała, dziewczynę, którą kiedyś kochał?

Meredith Wild to autorka, której powieści goszczą na listach bestsellerów “New York Timesa”, “USA Today”, a prawa do ich publikacji sprzedano do wielu krajów. Mieszka w White Mountain w stanie New Hampshire razem z mężem i trojgiem dzieci, a siebie opisuje jako miłośniczkę nowinek technicznych, degustatorkę whisky i beznadziejną romantyczkę.

Opinie o ebooku Zagubiona miłość - Meredith Wild

Fragment ebooka Zagubiona miłość - Meredith Wild

Tytuł oryginału: On My Knees

Copyright © by Meredith Wild, 2014

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2016

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Monika Wiśniewska

Redakcja: Magdalena Binkowska

Korekta: Malwina Łozińska, Maria Talar

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Urszula Gireń

Zdjęcia na okładce: CoffeeAndMilk/Getty Images, Ezra Bailey/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-168-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla wszystkich, którzy przetrwali

Prolog

To, czy przetrwam, było uzależnione od jego miłości. Jak bardzo, zrozumiałam dopiero po jego wyjeździe. Dni stały się po prostu dniami. Dało się je znieść tylko dlatego, że wiedziałam, iż kiedy minie ich wystarczająco dużo, znowu będziemy razem.

Zerknęłam na zegarek, jedyny interesujący mnie przedmiot w tym pozbawionym życia pokoju, który dzieliłam z ciągle nieobecną współlokatorką. Przez wykuszowe okna wpadało późnopopołudniowe światło. Stary kampus był pełen budynków takich jak ten i takich pokoi, od dekad – a właściwie od wieków – zapewniających dach nad głową dzieciom elity z Nowej Anglii.

Dziwnie się czułam, będąc tu przez kilka ostatnich dni praktycznie sama. Niezwykły spokój panował w miejscach, które w innych okolicznościach tętniły studenckim życiem. Ta rzadko spotykana cisza w połączeniu z pisaniem bezsensownej pracy okresowej uczyniły tęsknotę za Cameronem niemal nieznośną. Ze wszystkich dni wypełnionych tą tęsknotą dzisiaj – w tym dniu pozbawionym celu i rozrywek – było najgorzej.

Tęskniłam i w myślach odliczałam minuty dzielące mnie od jego powrotu. Fantazjowanie o tym, jak znowu go przytulam, przerywał wielki strach karmiony moim brakiem pewności siebie i niedawną przerwą w kontaktach. Czy po tym czasie jego uczucia względem mnie będą takie same jak przed wyjazdem? Z tego, co słyszałam, wojsko zmieniało ludzi. Jedynym, co trzymało mnie w przeświadczeniu, że Cameron wróci do mnie taki sam, były stosik listów i kilka krótkich rozmów przez telefon.

Przez parę ostatnich tygodni więcej czasu spędzałam na zamartwianiu się niż na tęsknieniu. Wiedziałam, że kiedy jego służba dobiegnie końca, to ja będę tą osobą, z którą będzie pragnął się spotkać najpierw. Tego się właśnie trzymałam, tego i naszych wspólnych wspomnień, kiedy ogarniał mnie lęk przed utratą wszystkiego, co nas łączy. Modliłam się w duchu, abyśmy wytrzymali jeszcze kilka tygodni rozłąki.

Podskoczyłam, słysząc pukanie do drzwi. Tylko jedna osoba mogła stać po drugiej stronie. Zerknęłam jeszcze raz na zegarek. Wcześnie się zjawił. Nie spodziewałam się tego. Wstałam z łóżka, rzucając książkę na bok. Serce waliło mi jak młotem, kiedy wygładziłam białą sukienkę na ramiączkach, jedyną, która jakoś wyglądała. Pociągnęłam za gumkę i pozwoliłam, aby włosy opadły luźno na plecy. Znów zapukał. Czułam energię i podekscytowanie. Odetchnęłam głęboko, po czym otworzyłam drzwi.

Oto i on, niemal zbyt przystojny, prawdziwy. Puściłam klamkę i z drżącym wyczekiwaniem zaczęłam wykręcać dłonie. Wyglądał inaczej. Wpatrywały się we mnie znajome niebieskie oczy, ale teksańskie słońce mocno przyciemniło jego i tak oliwkową cerę. Schudł co najmniej dziesięć kilo, a jego rysy się wyostrzyły. Przez to oraz przez niemal czarne włosy obcięte na zapałkę wyglądał na starszego.

Czy jego uczucia nie uległy zmianie? Czy w środku także się zmienił?

Starając się znaleźć odpowiednie słowa, otworzyłam usta. Uśmiechnął się lekko, więc ja zrobiłam to samo. Wszedł do pokoju i ujął moje trzęsące się dłonie; kciukami pocierał o moje knykcie, aż w końcu się uspokoiłam. Widoczne w jego oczach ciepło przegnało wszelkie wątpliwości. Odetchnęłam.

– Chodź tutaj – szepnęłam, nadal bojąc się przerwać ciszę. To niesamowite, jak bardzo oszałamiał mnie fakt, że znowu jesteśmy razem.

Cofnęłam się, pociągając go za sobą. Objął mnie w talii i przycisnął do siebie, tak że naszych ciał nie dzielił już nawet centymetr. Moje ciało wpasowywało się w jego. Oddychałam szybko, mocno reagując na jego bliskość. Objął mnie spojrzeniem. Kciukiem przesunął po moich wargach. Uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Tak bardzo za tobą tęskniłem, Mayu. Każdego dnia…

Z przyzwyczajenia zarzuciłam mu rękę na szyję. Żal mi było tych długich pasm włosów, które teraz mogłyby mi się plątać między palcami, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Zmieniony czy nie, był tutaj. Jego serce, jego gorące, przyciskające się do mnie ciało. To wszystko, czego pragnęłam. Miałam wrażenie, że śnię. Może tak długo i tak mocno o nim marzyłam, że w końcu się urzeczywistnił? Rozłąka okazała się niemal nie do zniesienia. Nie potrafiłam – nie zamierzałam – myśleć o tym, jak to będzie znowu stawić jej czoło.

– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jesteś – powiedziałam drżącym głosem.

Musnął opuszkami palców moje policzki, jakby chciał mnie uspokoić. Odetchnęłam niepewnie. Już, już go całowałam, ale nim nasze usta się spotkały, on mnie powstrzymał, delikatnie dotykając dłonią policzka.

– Kocham cię – szepnął. Jego ciepły oddech zatańczył na moich ustach.

Z każdym uderzeniem serca czułam w piersi słodko-gorzki ból. Pisaliśmy to, mówiliśmy tak wiele razy, przyzwyczailiśmy się do tych słów, a jednak głębia ich znaczenia teraz, gdy je wypowiedział, niemal ścięła mnie z nóg, ogrzewając mnie całą od środka. Zawładnęła mną potrzeba udowodnienia, że ja także to czuję. Stanęłam na palcach i go pocałowałam. Najpierw spotkały się nasze usta, a chwilę później języki, plącząc się, przekomarzając i smakując.

– Maya – wydyszał, odrywając usta od moich.

– Tak? – Zatonęłam w jego oczach. Pragnęłam, aby ta chwila trwała wieki. Nigdy nie kochałam go bardziej niż w tym momencie. Moja dusza była po brzegi wypełniona uczuciem do tego mężczyzny.

Zawahał się, wyraźnie szukając odpowiednich słów, tak jak wcześniej ja, zdecydował się jednak wciągnąć mnie do kolejnego szaleńczego pocałunku, głębokiego i namiętnego. Jęknęłam, tracąc zdolność racjonalnego myślenia. Jego dłoń prześlizgnęła się w dół mego uda, po czym powędrowała do góry i chwyciła obleczony w cienkie majteczki pośladek. Pociągnął za materiał i zsunął go z moich bioder. Kiedy majtki znalazły się na wysokości kolan, pozbyłam się ich zupełnie.

Zsunął z ramion cienkie ramiączka i chwilę później sukienka znalazła się na podłodze. Jego gorące spojrzenie napawało się moją nagością. Moja skóra płonęła pod jego dotykiem, kiedy przesuwał dłonią po moim ramieniu i biodrze, by dotrzeć do pośladków i znów mnie do siebie przycisnąć.

Błądziłam dłońmi po jego twardym, płaskim brzuchu. Nie mogąc się doczekać, aż go zobaczę i poczuję, podciągnęłam mu koszulę, a on zaraz się jej pozbył. Boże, był wspaniały! Każdy mięsień napięty i podkreślony. Przesunęłam palcami po jego brzuchu, torsie i wzdłuż wyrzeźbionych ramion. Przygryzłam wargę, nie potrafiąc ukryć uśmiechu.

– Podobam ci się?

– Wyglądasz jak zupełnie inna osoba.

Pod względem fizycznym rzeczywiście był nowym mężczyzną. Wcześniej także miał świetne ciało, ale teraz wyglądał jak… wisienka na torcie.

– Nie cały się zmieniłem – mruknął.

– Mam taką nadzieję.

Niczego nie pragnęłam bardziej, niż się o tym przekonać. Pragnęłam go całego, teraz, natychmiast i tak długo, jak to możliwe. Pocałowałam jego klatkę piersiową, przesuwając językiem po twardych, rysujących się pod skórą mięśniach. Powoli opadłam na kolana. Spojrzałam mu w twarz, ośmielona gorączką pożądania w jego oczach, po czym rozpięłam mu spodnie i opuściłam na tyle, żeby mieć dostęp do twardej, czającej się w bokserkach erekcji.

Obleczony bawełną członek drgnął. Dmuchałam na niego gorącym powietrzem i językiem śledziłam zarys główki. Wsunęłam palce za gumkę bokserek, gotowa uwolnić każdy rozkoszny centymetr jego ciała.

– Zaczekaj – rzucił, a w jego głosie słychać było napięcie.

– Pragnę cię.

Złapał mnie za włosy.

– Minęło tyle czasu. Nie wytrzymam, jeśli weźmiesz mnie do ust. Chodź tutaj.

Usiadł na podłodze i oparł się plecami o łóżko, po czym pociągnął mnie na siebie. Na krótką chwilę zawładnęła mną nieśmiałość – kiedy rozsunęłam nogi i naga go dosiadłam.

Rozchylił usta. Jego spojrzenie przesuwało się po moich krągłościach, a w ślad za nim szły dłonie.

– Jezu, Mayu… Jesteś taka piękna.

Moje policzki płonęły.

– Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś wyposzczony.

– Nie, mówię tak dlatego, że jesteś najcudowniejszą kobietą, jaką znam. – Nachylił się i pocałował mnie, otulając ciasno ramionami. – Mmm, ależ mi brakowało tych słodkich ust.

Przesunął dłonie na moje piersi. Pieścił je i zaciskał palce na wrażliwych brodawkach.

– Ich także mi brakowało.

Oczy mu pociemniały. Jego dotyk wyznaczał płonącą ścieżkę między moimi udami. Zwodząc mnie delikatnymi muśnięciami, dotarł do wilgotnej kobiecości.

– I tego też – szepnął, oblizując dolną wargę.

Wciągnęłam głośno powietrze i wtuliłam się ochoczo w jego dłoń, pragnąc więcej. Nachyliłam się ku niemu, spragniona dotyku jego skóry na swojej, po czym zarzuciłam mu ręce na szyję i zaczęłam go gorączkowo całować.

– Chcę poczuć cię w sobie – szepnęłam i naparłam na niego biodrami, błagając o więcej. Zalała mnie fala gorąca, usta mnie swędziały od niecierpliwości towarzyszącej naszym pocałunkom.

Odpowiedzi udzieliły jego palce, zanurzając się we mnie. Jęknęłam, zaciskając się wokół nich.

– Jeszcze!

Pragnęłam dużo więcej.

Wsunął jeszcze jeden palec i zaczął delikatnie mnie masować, aż wszystko zrobiło się śliskie. Wysunął palce, prześlizgnął się po łechtaczce, po czym znowu je włożył. Moją skórę lizały płomienie pożądania. Biodra poruszały się w rytm jego celowo powolnych ruchów.

– Cam, proszę… Doprowadzasz mnie do szaleństwa.

– Chcę, żebyś była na mnie gotowa.

– Jestem gotowa od tygodni.

Uniósł mnie nieco i pozbył się spodni oraz bokserek, odsłaniając twardy, gruby członek, o którym fantazjowałam niezliczoną ilość razy. Jeśli seks z Cameronem to narkotyk, byłam gotowa przedawkować. Nigdy niczego tak cholernie mocno nie pragnęłam.

Drżałam z wyczekiwania, masując jego gorące ciało. Na koniuszku połyskiwała kropla wilgoci. Tak wielką miałam ochotę go posmakować… No ale będziemy mieć na to czas. Teraz pragnęłam poczuć go w sobie, nim postradam zmysły.

Wciągnął głośno powietrze. Ucieszyłam się, że jest równie gotowy jak ja. Zawisłam nad nim, nakierowałam jego główkę, a potem zaczęłam się opuszczać.

Złapał mnie za biodra i unieruchomił. Miał poważne spojrzenie.

– Powoli. Nie chcę ci zrobić krzywdy.

Posłusznie zwalczyłam w sobie pragnienie, by natychmiast się na niego opuścić. Wypełniał mnie sobą centymetr po centymetrze, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. Targały mną to pożądanie, to ulga, to ból, a potem znów wszechwładne pragnienie.

Pocałował mnie delikatnie w usta, cicho jęcząc. Przyjęłam go w siebie do samego końca. Moje ciało się spięło, walcząc z pokusą ujeżdżania go szybko i ostro, tak intensywnie, żeby zapomnieć, jak się nazywam.

Jego dłonie osunęły się na moje pośladki i lekko je uścisnęły.

– Idealne – wymruczał. – Nie masz pojęcia, jaka jesteś wspaniała.

– Pasujemy do siebie – wyszeptałam, przesuwając językiem po jego uchu. Pocałowałam go w szyję, zlizując sól z jego skóry. Napełniałam płuca jego zapachem, odurzona piżmową wonią.

Uniósł mnie, po czym powoli opuścił, decydując za mnie, jak się poruszać i w jakim tempie. Zakwiliłam. Nie będąc w stanie uciec przed dojmującą rozkoszą płynącą z tego, że po tak długiej nieobecności w końcu znowu jest we mnie, przywarłam do niego. Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, licząc na to, że przeprowadzą mnie przez nadciągającą burzę.

Nasze ciała wpadły w miarowy rytm. Z każdym ruchem rosło pożądanie, które zrodziło się w moim podbrzuszu. Zuchwała i wymagająca, całowałam go wygłodniale.

Uniósł biodra, abym mogła go przyjąć jeszcze głębiej. Odrzuciłam głowę i krzyknęłam z rozkoszy. Moje piersi stały się ciężkie i czułe, kiedy ssał brodawki. Wciągnęłam głośno powietrze i zacisnęłam mięśnie na jego członku, zwiększając siłę tarcia.

Poruszał moimi biodrami w górę i w dół, aż zaczęłam tracić kontakt z rzeczywistością. Pragnęłam, aby trwało to bez końca, ale on sprawiał, że moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Skórę miałam wilgotną od potu.

Jęknęłam. Potrzebowałam orgazmu jak powietrza. Dopasowałam się do jego rytmu, napierając na niego swoim ciężarem, aby wszedł we mnie jeszcze głębiej. Szybciej, mocniej. Moje myśli zniknęły, zdmuchnięte przez milczące pragnienia.

– Mayu, spójrz na mnie. – Wplótł palce w moje włosy, sprawiając, że znowu skupiłam na nim swoją uwagę.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały; oddychaliśmy nierówno, w urywanym rytmie. Coś w jego na wpół przymkniętych oczach pokonało moją nakierowaną wyłącznie na jeden cel potrzebę spełnienia. Dzikość jego kolejnego pchnięcia pozbawiła mnie tchu. Otworzyłam usta, bezgłośnie krzycząc. Pomyślałam, że moje serce eksploduje, jeśli będzie mnie dłużej powstrzymywał, ale nie mogłam uciec… Nie chciałam.

– Cam… – szepnęłam. To ciche błaganie było jak poddanie się. Oddawałam mu wszystko: swoje ciało, swoją duszę, swoje zaufanie.

– Mam cię. – Jego zachrypnięta obietnica sprawiła, że przez moje ciało przebiegł dreszcz.

Cameron nie tylko mnie pierzył. On kochał mnie każdym dotykiem: pieszcząc moje wargi, kierując moimi ruchami poprzez stanowczy uścisk dłoni na biodrach, wbijając się we mnie z taką zaciętością, że byłam na granicy ekstazy. Zaspokajał każdą moją potrzebę.

Polizał kciuk i zaczął zataczać maleńkie kółka wokół łechtaczki.

– O mój Boże! – szepnęłam.

– Właśnie tak. Zostań tu ze mną. – Trzymał mnie mocno, zmuszając do nakierowania całej mojej energii na jego oczy, ciemne i pełne napięcia.

– Zaraz dojdę… – Zacisnęłam powieki, nie będąc w stanie skupić się na niczym innym.

Mogłam jedynie czuć. I poczułam wszystko.

Każdy dotyk stał się jeszcze mocniejszy i bardziej intensywny, jakbyśmy mieli zgubić coś cennego, gdybyśmy się mocno nie trzymali. Jego członek pulsował, sztywny i długi, wchodząc we mnie najgłębiej, jak to tylko możliwe. Wbiłam mu paznokcie w skórę, kiedy kontrolę nade mną zaczęła przejmować rozkosz.

– Kurwa – zajęczał.

Otworzyłam oczy i kiedy zobaczyłam, że traci nad sobą resztki kontroli, ja także odpuściłam. Orgazm, ciężar naszego rozstania i naszej miłości, a także dojmujące pragnienie, aby pieprzył mnie tak jak nigdy dotąd – wszystko to naparło na mnie niczym tsunami. Rozkosz i poczucie ulgi sprawiły, że moje ciało drżało jak w gorączce. Krzyknęłam, chwyciłam się łóżka, po czym zacisnęłam dłonie na prześcieradle, mając nadzieję, że dzięki temu nie ulecę w powietrze.

– Kocham cię. Tak bardzo cię kocham… – Zdusiłam szloch. Kiedy dochodziłam do siebie, w kącikach oczu czułam kłujące łzy.

Jego biodra uniosły się, przedłużając moment ostatecznego spełnienia. Desperackim pocałunkiem zdusił mój ostatni krzyk. Jęknął, zamarł, a potem doszedł, wypełniając mnie ciepłą wilgocią.

Pozbawiona sił, oparłam się o jego uniesione kolana, pozwalając, aby opadło ze mnie napięcie. Kiedy walczyłam o oddech, Cameron obejmował mnie w talii, a jego wilgotne czoło spoczywało między moimi piersiami.

Tuliłam go do siebie, tak bardzo wdzięczna za wszystko. Za niego, za tę chwilę, za ten cud, dzięki któremu pojawił się w moim życiu. Przełknęłam gulę w gardle. Miałam ochotę płakać i pozbyć się tych wszystkich lęków, wątpliwości i trosk, jakie ostatnio mnie dręczyły. Pragnęłam pozbyć się tego wszystkiego, aż jedynym, co pozostanie, będzie nasza miłość.

Uniósł głowę. Był całkowicie wyczerpany.

– Jezu. To było…

– Niesamowite – dokończyłam.

To słowo nie było w stanie opisać tego, co właśnie się zdarzyło między nami. Epickie i doniosłe – to już lepiej. „I powodujące otarcia” – pomyślałam, niejasno świadoma tego, że pieką mnie kolana od dywanika leżącego na drewnianej podłodze. Miałam to gdzieś.

Muskałam opuszkami palców jego skórę, nadal pijana namiętnością, ale – tak jak osoba uzależniona – pragnąca jej więcej i więcej. Uniósł głowę i mnie pocałował. Nasze delikatne, leniwe pocałunki szybko stały się zachłanne, na nowo rozpalając moje pożądanie. Znów był twardy.

– Zróbmy to jeszcze raz – wychrypiał.

* * *

Mieliśmy tydzień, aby po prostu być ze sobą, co tak naprawdę było jedynym, czego potrzebowaliśmy i pragnęliśmy.

Podczas gdy inni studenci baraszkowali na plażach, ciesząc się wiosennymi feriami, my spędzaliśmy całe dnie w łóżku. Wieczorem szliśmy do miasta, jedliśmy kolację, lekko się wstawialiśmy, a potem wracaliśmy szybko do mnie, żeby znowu się kochać albo szaleńczo i głośno pieprzyć, a odgłosy naszej miłości roznosiły się echem po na szczęście pustych korytarzach.

Cieszyliśmy się każdą cenną minutą i rozmawialiśmy bez końca o wspólnej przyszłości – małżeństwie, dzieciach i „żyli długo i szczęśliwie”. Tak wiele było niewiadomych, że pozwalaliśmy sobie marzyć i wymyślać nasze przyszłe życie. Nie miałam pojęcia, kiedy ani w jaki sposób nasza przyszłość nabierze kształtów, ale modliłam się, bym wtedy, kiedy przyjdzie czas, potrafiła dać mu wszystko, czego pragnie.

Mijały dni. Nasze pocałunki stawały się coraz delikatniejsze, a dziki seks ustępował czułemu i niespiesznemu. Pozwoliłam sobie w końcu na płacz, a on scałował moje łzy. Tulił mnie, kochał i pomagał choćby na chwilę zapomnieć o tym, że kończył nam się czas.

Bez względu na to, jak bardzo się staraliśmy, nie byliśmy w stanie zatrzymać czasu. Przechadzaliśmy się po kampusie i próbowaliśmy nie myśleć o rozstaniu. Niedługo on wróci do jednostki, a ja do monotonnego, wypełnionego nauką życia studentki. Oparłam się o jego ramię, żałując, że nie mogę nic z tym zrobić. Na przykład porwać Camerona. Mojej współlokatorce na pewno nie przeszkadzałaby trzecia osoba w pokoju.

W stawie odbijał się księżyc. Cameron zwolnił, odwrócił się w moją stronę i ujął moje dłonie. Podniosłam wzrok, urzeczona tym, jak w panującym półmroku błyszczą jego oczy. Był piękny. Doskonały. I cały mój, przynajmniej na razie.

– Wszystko dobrze?

– Tak – skłamałam. Nie chciałam marnować czasu na rozmowy o tym, co nieuchronne.

– Ja też nie chcę jechać – powiedział, jakby czytał w moich myślach.

Wbiłam wzrok z ziemię.

– Nie potrafię o tym nawet myśleć.

– Damy sobie radę. Kiedy skończę szkołę, wszystko będzie prostsze, obiecuję.

Serce bolało mnie na myśl o kolejnej długiej rozłące.

– Niedługo przyjdzie lato – powiedziałam, jakbym chciała mu ofiarować choć promyk nadziei. Z trudem powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy. Musiałam z tym zaczekać do jego wyjazdu. Nie mogłam kalać tych dwóch ostatnich dni smutkiem z powodu tego, co nieuchronne.

– A jeśli chodzi o to…

Podniosłam głowę i od razu dostrzegłam to napięcie. Usta miał zaciśnięte, a wzrok spuszczony na nasze splecione dłonie. Wziął głęboki oddech.

– No co? Co się stało? – Poczułam ucisk w żołądku. Czekał, aby podzielić się ze mną jakąś złą wiadomością?

– Wiem, że zamierzałaś latem tutaj pracować.

Kiwnęłam głową.

– Tak będzie taniej. Muszę przecież myśleć o czesnym.

– Wiem, ale może zamiast odwiedzać mnie tam, gdzie będę stacjonował, mogłabyś podczas wakacji ze mną zamieszkać.

Zmarszczyłam brwi.

– Ale mówiłeś, że nie wolno ci mieszkać poza bazą. Nie byłoby mnie na to stać. – Nie znosiłam przyznawać się do swoich ograniczeń finansowych. On nigdy nie musiał się martwić o pieniądze.

– Teraz nie wolno, ale mógłbym…

Próbowałam dokończyć w myślach to zdanie, ale nic nie wiedziałam na temat wojska. Obowiązywało go więcej zasad, niż byłam w stanie przyswoić.

– Jak?

– Moglibyśmy wziąć ślub.

Otworzyłam szeroko oczy i gwałtownie wciągnęłam chłodne, wieczorne powietrze.

– Ślub? – Ledwie poznałam własny głos, kiedy wypowiedziałam to słowo. Wysoki i pełen napięcia, zdradzał panikę i zdecydowanie kontrastował z tym, w jaki sposób rozmawialiśmy o tym – o naszym wspólnym odległym marzeniu – zaledwie kilka godzin wcześniej.

– Gdybyśmy wzięli ślub, mógłbym mieszkać poza bazą. Moglibyśmy być razem. Zarabiałbym wystarczająco dużo, żeby utrzymać nas oboje do czasu twojego powrotu na studia. I potem oczywiście także.

Chłonęłam jego słowa. Próbowałam coś powiedzieć, ale z moich ust nie wydostał się żaden dźwięk. Ogarnęła mnie panika. Nie mogłam oddychać.

Nie tak to wyglądało w moich fantazjach. W nich byliśmy starsi, moje życie było bardziej stabilne niż teraz; uśmiechałam się, płakałam i całowałam go jednocześnie, raz za razem powtarzając słowo „tak”. Poczułam mdłości. Nie słyszałam nic oprócz przebiegających przez moją głowę myśli.

– Nie rozumiem – rzekłam w końcu. To prawda, nie miałam pojęcia, skąd się wzięły te oświadczyny.

Ujął mocno moje dłonie. Czułam, że są spocone, ale zbyt wielki miałam mętlik w głowie, aby się tym teraz przejmować.

– Mayu, chcę się z tobą ożenić.

Wcześniejsza łagodność ustąpiła miejsca determinacji. Patrzył na mnie z przejęciem. Mówił poważnie, a mnie napawało to przerażeniem.

– To kwestia wojskowej logistyki, owszem, ale nie jest ona tak ważna jak to, że pragnę być twoim mężem. To, co przeżyliśmy podczas minionego tygodnia… Chcę tego na zawsze, chcę mieć pewność, że nic nam tego nie odbierze.

– Ale… – zająknęłam się. Miałam nadzieję, że nie wyglądam na przerażoną, choć tak właśnie się czułam. – Czy ty… Czy ty chcesz powiedzieć, że… już teraz?

Zawahał się.

– Moglibyśmy zrobić to w ten weekend, zanim wyjadę. Tylko ty i ja. Nie potrzebujemy nikogo innego.

Zrobiłam krok w tył i wysunęłam dłonie z jego uścisku, licząc, że dzięki temu łatwiej mi będzie oddychać. Mój umysł został wybudzony z miłosnej śpiączki, w której przebywał od kilku dni. Choć bardzo go kochałam, jego słowa mnie zaszokowały.

– Nie mam pierścionka…

Jego pytający wzrok jeszcze bardziej spotęgował moją niepewność.

– Mam gdzieś pierścionek, Cameronie, ale to wszystko dzieje się tak szybko… Masz pojęcie, o co mnie prosisz?

– Dokładnie wiem, o co cię proszę. Uwierz mi, od tygodni nie myślę o niczym innym. Pragnę zapytać cię o to od chwili, gdy cię zobaczyłem.

Moje spojrzenie pomknęło ku widniejącym w oddali budynkom. Musiałam się na czymś skupić, bo moje myśli szalały.

Dotarło do mnie, że przyszłość, o której rozmawialiśmy, dla niego była o wiele mniej odległa. Nasze wspólne marzenia znalazły się w zasięgu ręki, ale ja nie czułam niczego poza pustką. Odebrano mi ciepły koc. Byłam zaszokowana prośbą Camerona.

– Dlaczego teraz?

– Po co czekać?

– Nie mogę tak po prostu uciec. Mam sprawy, którymi muszę się zająć. Tutaj.

Na jego twarzy pojawiła się konsternacja.

– Na przykład co?

– Nie wiem. Pewnie praca. – To było tylko pół prawdy, ale nie chciałam zagłębiać się w prawdziwe powody, dla których nie mogłam ot tak wyjechać stąd razem z przyszłym mężem.

– Pracę możesz znaleźć tam, gdzie będę ja, albo w ogóle się nią nie przejmować. Zrobić sobie wakacje. Ja będę więcej zarabiał i zatroszczę się o ciebie, o nas dwoje.

Gdyby wszystko mogło być takie proste…

Gorączkowo próbowałam wymyślić, jak go przekonać, że to się dzieje za szybko.

– Nie wiem, Cameronie – mruknęłam. – Chyba potrzebuję trochę czasu do namysłu.

Odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Usta miał zaciśnięte i było widać, że jest spięty.

– Chcesz za mnie wyjść czy nie? – zapytał szeptem.

Poprosiłam o czas do namysłu, ale nie chodziło o negocjowanie warunków. To wymagało odpowiedzi, a nie wymówki.

Pot wystąpił mi na czoło i zaczęłam walczyć z kolejną falą mdłości. Nie mogłam tego zrobić. To zbyt wiele. Zbyt szybko. Choć byłam w nim zakochana po uszy, nie mogłam się na to zgodzić. Pewnego dnia, owszem, ale teraz nie potrafiłam określić, kiedy ten dzień nastąpi. Chciał się mną zaopiekować, ale nigdy do końca nie zrozumiał ciężaru, który dźwigam.

– Naprawdę chcę za ciebie wyjść. Naprawdę. Pewnego dnia, ale nie…  d z i s i a j.  Nie powinniśmy się spieszyć.

– Spieszyć? Dwa miesiące spędziłem z dala od ciebie i ledwo wytrzymałem. Sądziłem, że z tobą jest podobnie.

Splotłam palce, próbując powstrzymać drżenie rąk. Z każdym słowem czułam, jak Cameron coraz bardziej się ode mnie oddala. Popatrzyłam na staw i kampus pogrążony w ciemności. Tak naprawdę nie myślałam o tym, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybyśmy wyszli poza marzenia. Cameron chciał, abym wywiązała się z obietnic, ale ja nie byłam w stanie.

Kochałam go, ale związek z nim był niczym marzenie, fantazja, w której mogłam wierzyć, że wszystko jest możliwe, że wszystko będzie dobrze. Ale on nie o wszystkim wiedział. Nie zrozumiałby tego, co mnie przytłaczało, bitew, jakie toczyłam z dala od oczu moich znajomych. Jego życie pełne było przywilejów. Poczucie bezpieczeństwa, normalność, rodzina, którą według większości standardów można uznać za idealną, a już na pewno w porównaniu z moją.

W przeszłości coś tam wspominałam o sytuacji z matką, ale nigdy nie podzieliłam się krępującymi szczegółami z czasów mojego dorastania, nie wyjaśniłam, że odkąd wyjechałam na studia, jej życie stało się żałosną ruiną. Czy gdyby wiedział, kim naprawdę jestem, miałoby to wpływ na nasz związek?

– Chcę być z tobą. – Modliłam się, aby to wystarczyło.

– No to wyjdź za mnie! W moim życiu zawsze będziesz się liczyć tylko ty.

Miłość, którą zobaczyłam w jego oczach, nie pozostawiała wątpliwości.

– Ślub? – Pokręciłam głową, błagając go w myślach, aby dał sobie spokój z marzeniem, którego nie jestem w stanie pomóc mu spełnić.

Skrzywił się.

– Wypowiadasz to słowo takim tonem, jakby cię przyprawiało o mdłości.

– Bo tak jest. – Odwróciłam się bokiem, obejmując się ramionami, gdyż nagle poczułam chłód. Wszystko, co mówiłam, rozczarowywało Camerona, sprawiało mu ból. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam tej rozmowy. Pragnęłam wrócić do domu, zasnąć w jego ramionach, jakby dzisiejsza dyskusja nigdy się nie odbyła.

Przeszywał mnie ból widoczny w jego oczach.

– Więc się nie zgadzasz?

Pokręciłam głową. Serce mi pękało, ale nie miałam wyjścia.

– Nie mogę.

– O co więc ci chodziło przez cały ten tydzień? – Jego głos był pełen napięcia i frustracji.

Wzruszyłam ramionami, żałując, że nie możemy o tym wszystkim zapomnieć, cofnąć czasu i wrócić do punktu, w którym oboje byliśmy szczęśliwi, po prostu będąc ze sobą, bez tych niepokojących oczekiwań, którym nigdy nie podołam.

– O nas, o bycie razem, jak do tej pory.

– Związek dwojga ludzi to coś o wiele więcej. Wiesz o tym. Co ja tak naprawdę dla ciebie znaczę? Co to wszystko znaczy, skoro kiedy proszę cię o rękę, ty nie chcesz ze mną być?

– Jesteś dla mnie wszystkim, Cameronie…

Przeszył mnie jego ostry śmiech.

– Wygląda na to, że nie.

– Przestań! – rzuciłam drżącym głosem. Wyrzuty sumienia ustępowały pola rozpaczy i czułam, że jestem bezsilna wobec tego, dokąd to wszystko zmierza.

– Wobec tego kim?

– Jesteś moim kochankiem, przyjacielem. Nie wiem, jak bym bez ciebie przetrwała ten rok. – Związek z Cameronem dał mi nadzieję, coś, dzięki czemu przed jego wyjazdem z niecierpliwością czekałam na każdy weekend. Nasza pochłaniająca całą energię miłość kryła w sobie tak wiele obietnic.

– Więc jestem podporą? Kimś, na kim możesz polegać, ale z kim tak naprawdę nie chcesz się związać na stałe?

Kiedy usłyszałam te słowa, oczy zapiekły mnie od łez.

– Nie.

– W takim razie kim? Wytłumacz mi.

– To szaleństwo. Prosząc mnie o to, zachowujesz się jak szaleniec. Ludzie już tak nie robią.

– Mam w dupie to, co ludzie robią, a czego nie. – Potarł czoło, głośno oddychając przez zaciśnięte zęby. – A więc to koniec?

Serce waliło mi jak młotem.

– Co masz na myśli?

– To koniec. Nie mogę… – Pokręcił głową, unikając mojego wzroku. – Nie masz pojęcia, przez co przeszedłem. Jedyne, o czym myślałem, to ty i ta chwila. Ale skoro czujesz to, co czujesz, powinniśmy przestać marnować swój czas.

Poczułam panikę, więc głośno wciągnęłam powietrze.

– Nie…

Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, ale on zrobił krok w tył. Uniósł obie ręce, jakby w geście poddania.

– Porozmawiajmy o tym.

Wymykał mi się. Nie mogłam go stracić, ale nie potrafiłam znaleźć słów, dzięki którym mogłabym go zatrzymać, tak samo jak nie potrafiłam powstrzymać płynących po policzkach łez.

– Cameronie, zaczekaj. Proszę…

Zdusiłam szloch, kiedy się odwrócił i odszedł, nie mówiąc ani słowa.

1

Pięć lat później

Maya

Zaręczam, że choć w biurze było słychać szum urządzeń elektronicznych i szelest papierów, a kilkanaście osób stukało w klawiatury, codziennie mniej więcej o tej porze atmosfera ulegała zmianie. Można było wyczuć niecierpliwe oczekiwanie na sześćdziesiąt minut wolności. Znowu była za pięć dwunasta, a ja nerwowo zerkałam do torebki, upewniając się, że wszystko mam i jestem gotowa do sprintu. Równo o dwunastej ruszyłam w stronę wind. Torowałam sobie drogę dużą torbą i dzięki temu udało mi się wyjść na prowadzenie. Każdy cholerny dzień tak wyglądał. Wypuszczano nas wszystkich o tej samej godzinie, jak bydło.

Zignorowałam rzucane w moją stronę zjadliwe spojrzenia. Zbyt dużego miałam kaca po wczorajszym świętowaniu urodzin Vanessy, żeby się teraz nimi przejmować. Nie zamierzałam tracić kolejnych pięciu minut swojej przerwy na uprzejmości. Nie dzisiaj. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, to nigdy.

Nie zawsze tak było.

Kiedy przeszłam przez drzwi obrotowe i znalazłam się na ulicy, odsunęłam od siebie tę myśl. Zatrzymałam się na chwilę, gdy uderzył we mnie lodowaty podmuch zimy. Sekundę później ktoś na mnie wpadł, popychając do przodu. Ruszyłam przed siebie, nie oglądając się na dupka, który mnie niemal staranował. Ledwie kilka minut temu ja sama byłam takim dupkiem.

Przeklinając zimę, wcisnęłam dłonie do kieszeni płaszcza. Do Delaney’s miałam kawałek, ale po kilku przecznicach morze czarnych dwurzędowych płaszczy znacznie się przerzedziło. Kilka minut później znalazłam się w ciemnawym wnętrzu baru. Usiadłam na stołku i przez kilka sekund siedziałam w bezruchu; byłam przemarznięta. W końcu odetchnęłam głęboko i rozpięłam płaszcz, po czym rzuciłam go na pusty stołek po sąsiedzku. Pojawił się Jerry. Kiwnął głową i wykrzyczał w stronę zaplecza moje stałe zamówienie.

– Co dziś nowego? – zapytał, przecierając szmatą i tak czysty blat.

– Nowy dzień, stara bieda. – Przejechałam dłonią po włosach, by przestały się elektryzować.

– To, co zwykle?

– Aha.

Kiwnął głową, a po chwili wrócił z wysoką szklanką z dietetyczną colą i kieliszkiem whiskey Jameson.

Gotowa byłam przysiąc, że moje ciało odprężyło się na sam ten widok. Moi dwaj najlepsi przyjaciele: kofeina i alkohol. Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pić w godzinach pracy. Na razie nie zostałam przyłapana, a żaden z kolegów nie przychodził tutaj na lunch, więc niewiele o tym myślałam.

Latem miałam dwudzieste piąte urodziny. Od niemal czterech lat siedziałam w boksie, analizując cyferki. Odkąd gospodarka zaczęła kuleć, praca w branży finansowej nie była już tak prestiżowa jak dawniej. Z wyjątkiem, oczywiście, pieniędzy. A raczej obietnicy, że chciwość w końcu podniesie nasz system finansowy z kolan i że osoby, które się do tego przyczynią, w końcu się wzbogacą. Pieniądze nie były czymś, czego miałam w nadmiarze, więc ich brak był dla mnie wystarczającym powodem do obrania takiej, a nie innej drogi.

Tak czy inaczej, fakt, że zaraz po college’u udało mi się objąć taką posadę, mógł robić wrażenie. Moja ciężka praca w końcu się opłaciła, ale blask Wall Street przygasł szybciej, niż można się było tego spodziewać. Dotarło do mnie, że aby awansować, nie wystarczy być dobrym w tym, co się robi. Nic tu nie było proste, przynajmniej dla mnie. Coś zawsze zdawało się czaić za rogiem, grożąc nokautem. No ale udało mi się zajść daleko i nie zamierzałam oddawać pałeczki.

Zbliżyłam do ust szklankę i pozwoliłam, aby whiskey wypaliła sobie drogę do mojego pustego żołądka. Ten lekko się zacisnął w proteście, ale kiedy alkohol zaczął działać, od razu się odprężył. Klin klinem.

Na przeciwnym końcu baru siedziała Stella, stała bywalczyni. Włosy miała długie, tak jak ja, ale nieujarzmione i siwe, z blond końcówkami pozostałymi po ostatnim farbowaniu, możliwe, że lata temu. Ileż się mogło zmienić od tamtej pory! Nawet w półmroku panującym w lokalu było widać, że jej twarz jest blada, o ostrych rysach. Słabe światło sączące się przez niewielkie okna podkreślało zmarszczki wyżłobione przez czas i przeżycia.

– Jak leci, Stella? – zawołałam do niej.

Kilka znajomych twarzy popatrzyło na mnie, a potem wróciło do tego, czym się akurat zajmowało: czytania gazety, oglądania telewizji, wpatrywania się w piwo i szukania w nim odpowiedzi.

– Dobrze, kotku. Naprawdę dobrze.

Z tego, co widziałam, wcześnie zaczęła. Posłała mi szkliste spojrzenie i krzywy uśmiech. Jeśli się w nią wpatrywałam wystarczająco długo, potrafiłam uwierzyć, że kiedyś była piękna i młoda, teraz jednak miała zniszczoną i zapadniętą twarz od zbyt wielu długich dni i chłodnych nocy. A może odwrotnie: chłodnych dni i długich nocy… Nie znałam jej historii, ale coś mi mówiło, że w tej postaci przy barze nie został nawet ślad po kobiecie, którą kiedyś była. Inni omijali ją wzrokiem. Ba, robiła to nawet połowa ludzi w tym szemranym barze, a wcale nie wyglądali lepiej.

Ja nie chciałam tego robić. Chciałam ją zapytać, czy ma rodzinę, wiedziałam jednak, że takie pytanie może bardziej zranić, niż pomóc.

Wrócił Jerry z moim jedzeniem. Paluszki z kurczaka i frytki, moje ulubione danie. Wciąż jadłam to samo, co w dzieciństwie. Zamawiałyśmy z mamą coś z menu „wszystko za dolara”, a jeśli z pieniędzmi było wyjątkowo krucho, to gotowałyśmy gar ramenu. Nigdy się nie buntowałam, bo to lubiłam. I nadal lubię. Z powodu niewyszukanych upodobań kulinarnych i siedzącego trybu życia od czasu studiów przybyło mi ładnych kilka kilogramów. Nie byłam z tego powodu szczęśliwa, ale nie byłam też na tyle nieszczęśliwa, aby coś z tym zrobić.

– Dzięki, Jerry.

– Nie ma sprawy. Daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała.

– A przyjąłbyś zamówienie od Stelli? Dopisz to po prostu do mojego rachunku – rzuciłam i położyłam na blacie kartę.

– Jesteś pewna? – Uniósł brwi, jakby nie było warto wydawać tych dodatkowych dziesięciu dolców na kogoś tak beznadziejnego jak Stella.

– Jestem. – Mój głos był bardziej stanowczy niż wcześniej.

Podszedł do niej i podał jej papierowe menu.

– Wybierz coś sobie, skarbie. Twoja koleżanka znowu chce ci postawić lunch. Co ma być?

– Och, kotku, nie musisz tego robić. Nie wydawaj na mnie pieniędzy. – Machnęła w moją stronę ręką i mało brakowało, żeby wylała przy tym swoje wypite do połowy piwo.

– Chcę.

Posłała mi smutny uśmiech. Taki, który mówił, że żałuje, iż nie może odmówić albo odwrócić role i postawić mi lunch. Ale kto wiedział, kiedy po raz ostatni jadła porządny posiłek? Przepijała wszystkie pieniądze. Była chuda jak szczapa. Stare ubrania ledwie się na niej trzymały. Wybierała gorzałkę zamiast jedzenia, za każdym razem, dlatego ludzie tacy jak Jerry kręcili nad nią głową.

Przyjął od niej zamówienie i wykrzyczał je w stronę zaplecza.

Zdążyłam już zjeść kurczaka i teraz powoli raczyłam się frytkami. Byłam na tym etapie umiarkowanego kaca, kiedy jedzenie stanowiło lekarstwo. Musiałam mieć w żołądku coś, co nie dopuści do głosu mdłości. Zostało mi jeszcze mnóstwo czasu. Nie byłam jak reszta bydła, która stoi w kolejce przez pół godziny tylko po to, aby zjeść lunch w jakiejś modnej kafeterii obok kogoś zupełnie obcego. Nigdy nie żałowałam, że do Delaney’s muszę kawałek przejść.

Sięgnęłam do torby po notes. To była jedna z tych modnych, niepraktycznych, wielkich toreb wypełnionych Bóg wie czym, czego z całą pewnością nie potrzebowałam targać ze sobą każdego dnia. W końcu go znalazłam i otworzyłam na pustej stronie. Pstryknęłam parę razy długopisem i przyłożyłam go do kartki.

Pisałam o Stelli. Notowałam wszystko, co przychodziło mi do głowy. To, co sobie wyobrażałam, jako że nie widziałam jej nigdy w żadnym innym miejscu poza tym barem. Obawiałam się, że na swój sposób ją znam. Zapisałam jedną stronę, a potem przerzuciłam kartkę i tak cofałam ją, po czym znów odwracałam, chwytając pojedyncze słowa, aż powstał z tego wiersz. Następnie go przepisałam i nieco doszlifowałam.

Stella

siwe

wilgotne, bezlistne drzewo

gałąź w poprzek twarzy

zimno

jałowa matka bez życia

jej dusza modli się o wiosnę

Coś w tej poszarpanej zwięzłości wiersza podziałało na mnie kojąco. Wabi-sabi, jego minimalistyczna niedoskonałość, a może świadomość tego, że nie zrozumiałby go nikt oprócz mnie. Nie przeszkadzało mi to, a wprost przeciwnie. Pogodziłam się z tym, że większość osób, które poznaję, tak naprawdę nigdy nie pozna mnie.

Zerknęłam na zegarek. Pora się zbierać. Zapłaciłam Jerry’emu i założyłam płaszcz. W drodze do wyjścia pomachałam Stelli, ale mnie nie zauważyła.

Nim wyszłam na zimną ulicę, zapaliłam papierosa. Mentolowego. Kiedy się zaciągnęłam, mój żołądek znowu zaprotestował. Za dużo papierosów wczoraj wieczorem… Naprawdę powinnam rzucić palenie. Niemniej jednak teraz było mi ciepło, a do tego byłam na lekkim rauszu, gotowa stawić czoło drugiej połowie dnia. Środkowego dnia. Jeszcze dwa dni… Dwa dni, a potem co? Może w końcu wezmę tyłek w troki i na przykład wybiorę się na siłownię? Zobaczymy.

Pogrążona w fitnessowych marzeniach o ciut mniejszym tyłku ledwie usłyszałam, iż ktoś woła moje imię, tym bardziej że nie znajdowałam się w okolicy, w której ktoś w ogóle mógł mnie rozpoznać.

– Maya?

Zatrzymałam się i uniosłam głowę. Przede mną stała ładna dziewczyna z rozpuszczonymi czekoladowymi włosami. Wbijała we mnie świdrujące spojrzenie niebieskich oczu.

– Olivia… Hej. Jak się masz?

– Dobrze. – Tej zwięzłej odpowiedzi towarzyszył spięty uśmiech.

Nie było żadnych uścisków, zawsze dziwacznych w przypadku ludzi, którzy nie widzieli się całe wieki, ale fakt, że tego nie zrobiłyśmy, w tym przypadku był jeszcze dziwniejszy. Jakbyśmy miały dobry powód, aby tego nie robić. Ona zdecydowanie tak.

– Nie miałam pojęcia, że tu mieszkasz – powiedziała, przerywając niezręczne milczenie.

– Aha, od skończenia studiów. Pracuję na Wall Street jako analityczka. – Przydeptałam obcasem papierosa, nagle zażenowana, choć nie byłam pewna dlaczego. Nie musiałam przecież robić na niej wrażenia, ale część mnie chciała, by ta dziewczyna wiedziała, jak bardzo poukładane jest teraz moje życie. Nie licząc papierosa i delikatnego zapachu whiskey w oddechu, dobrze wyglądałam: drogi kostium, drogi płaszcz, idiotycznie drogie buty. Włosy – stylowo wycieniowane i wyprostowane – założyłam za ucho. – A co u ciebie?

– Prawdę mówiąc, dopiero niedawno się tu przeprowadziłam. Na razie poznaję okolicę. Pomyślałam, że zrobię sobie rundkę po Manhattanie. Mieszka tu paru moich znajomych.

– Niezły dzień sobie wybrałaś.

– Nie żartuj. Jest cholernie zimno. – Przeniosła parę razy ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Ciągle patrzyła w ziemię.

Coś mi mówiło, że nie wybaczyła mi jeszcze Camerona.

– Będę lecieć. Muszę wracać do pracy.

Podniosła głowę.

– No tak. Miło cię było spotkać, Mayu. Cieszę się, że dobrze ci się wiedzie.

– Dzięki – odpowiedziałam zażenowana, po czym uświadomiłam sobie, że nawet jej nie zapytałam, co u niej. Boże, ależ ze mnie był teraz skupiony na sobie dupek. Jestem pewna, że zwróciła na to uwagę.

– Okej, to na razie! – Kiwnęła głową, po czym ruszyła w stronę, z której ja przyszłam.

Kiedy dotarłam do pracy, jakoś nie mogłam się skupić. Wrzuciłam do buzi z dziesięć miętówek i włączyłam komputer.

Dwie osoby przebywały na chorobowym, trzeba się więc było zająć także ich robotą. Minęło kilka godzin i wszystko nadgoniłam. I znów zostałam sama ze swoimi myślami.

CAMERON

– Nigdy nie zgadniesz, na kogo dzisiaj wpadłam.

Podnosiłem rytmicznie ciężary, a Olivia patrzyła na mnie z góry. To był długi dzień, a przed nim jeszcze dłuższa noc z małą ilością snu. Choć rozrywka była mile widziana, jeśli dzięki niej nie spałem, plotkowanie z siostrą nie interesowało mnie w najmniejszym nawet stopniu.

– Kogo? – warknąłem, licząc w myślach podniesienia.

– Mayę.

Mój uścisk dłoni na gryfie nieco się poluźnił, ale udało mi się odłożyć go na stojak. Usiadłem, pozwalając, aby jej imię odbijało się echem w mojej głowie, aż w końcu przywołało obraz, który przez kilka ostatnich lat próbowałem zapomnieć. Moją Mayę?

– Mayę Jacobs?

Oparła się o lustrzaną ścianę naprzeciw mnie i odpowiedziała skinieniem głowy, potwierdzając moje przypuszczenia.

W lustrach widziałem, jak siłownia zapełnia się ludźmi rywalizującymi o najlepsze bieżnie i orbitreki. Spokojna grupa przychodzących w ciągu dnia mam została zastąpiona przez tych, którzy pracują od dziewiątej do piątej. Swój trening starałem się zazwyczaj odbyć między tymi dwiema grupami. Ludzie w tym mieście byli poważni i choć minął rok, jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem.

– Gdzie ją spotkałaś? – zapytałem niedbale, ale zżerała mnie ciekawość.

Uniosła brwi.

– Kilka przecznic od Wall Street. Z tego, co zrozumiałam, tam właśnie teraz pracuje.

– Pracuje na Wall Street? Żartujesz.

Obserwowała mnie, skupiając się na mojej reakcji.

– Błagam, tylko mi nie mów, że po tym, co ci zrobiła, nadal coś do niej czujesz.

Wstałem z ławki, wziąłem ręcznik, wytarłem twarz i zawiesiłem go sobie na szyi.

– Jestem po prostu ciekawy. Dawno jej nie widziałem. Jak wyglądała?

Olivia popatrzyła gdzieś za mnie. Jej uwagę rozpraszał facet na ławce do wyciskania. Podążyłem za jej spojrzeniem. Jeden ze stałych bywalców. Zmarszczyłem brwi i zanotowałem sobie w myślach, żeby mieć go na oku.

Westchnęła cicho.

– Wyglądała inaczej.

– Świetny opis.

– Może pewnego dnia na nią wpadniesz i sam będziesz się mógł przekonać.

– To miasto ma osiem milionów mieszkańców. Mało prawdopodobne.

– Zresztą jestem pewna, że to ostatnia osoba, którą masz ochotę spotkać. No bo przecież nie widziałeś się z nią, odkąd…

– To prawda. – Ostatnie, czego chciałem, to rozpamiętywać dzień, w którym odszedłem od Mai, zwłaszcza pod bacznym spojrzeniem siostry. Żywiła do niej urazę, która mogła konkurować tylko z moją. – Słuchaj, muszę skoczyć pod prysznic, a potem zająć się papierkową robotą. Zobaczymy się w domu na kolacji, dobrze?

– Jasne. Też muszę jeszcze ogarnąć parę spraw.

Popatrzyłem na nią nieufnie.

– Nie układaj mi koszul według kolorów ani nic z tych rzeczy.

Zaśmiała się.

– Nie dzisiaj. Ale i tak wszystko ci odpowiednio poukładam, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię.

– Mam własny system. Przestań wszystko przekładać.

– Jasne, powodzenia w szukaniu kobiety, która nie przestraszy się twoich zdolności organizacyjnych.

Udałem się na zaplecze, gdzie za kolejną lustrzaną ścianą mieściło się moje biuro. Usiadłem za biurkiem i wbiłem wzrok w stertę leżących przede mną dokumentów, ani trochę nimi nie zainteresowany.

Możliwe, że Olivia miała rację. Przeorganizowanie trzykondygnacyjnego, częściowo odremontowanego mieszkania to jedno, ale coraz więcej czasu zabierało mi prowadzenie siłowni. Kiedy zaproponowała mi pomoc, przystałem na to, sądząc, że po prostu nie może się doczekać, tak jak ja kiedyś, aż wyprowadzi się od rodziców. Wzdrygałem się na samą myśl o pracy dla mojego ojca i pozwalaniu rodzicom na ingerowanie w jakąkolwiek część mojego życia, tak jak to chcieli robić w jej przypadku. Na szczęście z Darrenem i mną dali sobie spokój.

Chętnie dałem Olivii szansę na rozpoczęcie nowego rozdziału, ale była w Nowym Jorku dopiero od dwóch tygodni, a już doprowadzała mnie do szaleństwa. Zważywszy na to i ciąg nieprzespanych nocy, ledwie byłem w stanie jasno myśleć.

Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Darren.

– Co słychać, stary?

– Nic takiego. Papierkowa robota, tyle.

– Pomóc ci?

Przez chwilę się zastanawiałem nad jego propozycją, ale byłem teraz zbyt rozkojarzony.

– Nie, wskoczę pod prysznic, a tym zajmę się rano. Do zobaczenia jutro.

– Jasna sprawa. Wszystko dobrze?

– No tak, a czemu pytasz?

Wzruszył ramionami.

– No bo wydajesz się trochę nie swój. Znowu hormony?

– Odpierdol się – burknąłem.

Roześmiał się i schował kurtkę do szafki, po czym zamienił koszulkę strażacką na taką z logo siłowni. Jakiś czas temu poprosiłem go, aby dołączył do zespołu i nieco mnie odciążył. Ceną za to było codzienne znoszenie jego nieokrzesanego sarkazmu. Często się zastanawiałem, jak to możliwe, że dzielimy tę samą pulę genów.

– Hej, masz ochotę wyskoczyć w weekend na piwo? Dawno nigdzie nie wychodziłeś.

Zawahałem się, a moje myśli pomknęły ku Mai. Jej imię było niczym piosenka z przeszłości, a ja miałem problem z przypomnieniem sobie tekstu. Czemu to sobie robiłem? Tak jakbym potrzebował, aby prześladowało mnie kolejne wspomnienie.

– Daj spokój, stary, ciągle siedzisz w domu. Zachowujesz się jak tetryk. Wypij kilka browarów, poznaj jakieś laski, trochę się zabaw…

Darren był z nas najstarszy. Zbliżał się do trzydziestki, a życie towarzyskie miał bujniejsze niż Olivia i ja. Kobiety przybywały tłumnie na siłownię, aby móc z nim trenować. Obaj wiedzieliśmy, czego jeszcze od niego chcą, ale jak na razie udawało mu się nie doprowadzać do żadnych dramatów.

– Zastanowię się, okej?

Posłał mi krzywy uśmiech.

– Po prostu się zgódź, stary.

– No dobra. Wyskoczymy na piwo.

– Super.

Odprężyłem się nieco, ciesząc się, że skończył suszyć mi głowę, a potem zapytałem:

– Hej, możesz mnie jutro zastąpić przez kilka godzin? Muszę załatwić parę spraw.

– Jasne, mam wolny cały dzień.

– Dzięki.

Wziąłem długi prysznic. Moje mokre włosy zamarzły kilka sekund po tym, jak wyszedłem na zewnątrz. Wciąż padał śnieg, ale szedłem, nie odpuszczałem. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć na ulicach Nowego Jorku. I kogo można zobaczyć. Każdy dzień był szansą, dzisiejszy z pewnością także.

Kiedy spędziłem w tym mieście całą długą przepustkę, zdecydowałem, że to właśnie tutaj osiądę, gdy skończę z wojskiem. Uznałem, że cztery lata i trzy zagraniczne misje wystarczą. Olivia się martwiła. Rodzice panikowali. Na pustyni starałem się pozbyć wspomnień o Mai, a kiedy nadszedł czas, aby się zająć czymś innym, przyjechałem tutaj.

Maya. Przyglądałem się uważnie każdej mijanej blondynce z długimi włosami. Olivia powiedziała, że wyglądała inaczej. Ale jak? Czy w ogóle bym ją poznał? Może nasze ścieżki zdążyły się już w którymś momencie przeciąć, a ja byłem zbyt pogrążony we własnym świecie, żeby ją dostrzec?

Nie. Nie przegapiłbym jej.

Nadal nie mogłem uwierzyć, że Olivia wpadła na nią po tylu latach. Dowód na to, że nie tylko żyła gdzieś tam w świecie, lecz także była bardzo blisko.

Na tyle blisko, aby móc ją znaleźć.

2

MAYA

Kiedy weszłam do mieszkania, prawie się poślizgnęłam na drewnianej podłodze. Podczas przerwy na lunch zaczął padać drobny śnieg i kiedy szłam ze stacji metra, moim kozaczkom od Manola nie spodobała się zalegająca na chodnikach warstwa białego puchu.

Zdjęłam je teraz, ciesząc się, że jestem już w domu i nie muszę marznąć.