Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 666

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 6 min Lektor: Jacek Rozenek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 18 godz. 6 min Lektor: Jacek Rozenek

Opis ebooka Zaginiony symbol - Dan Brown

Co zaginęło, zostanie odnalezione…Waszyngton. Harvardzki specjalista od symboliki, Robert Langdon na prośbę swego przyjaciela i mentora, Petera Solomona, ma wygłosić wykład na Kapitolu. Kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że na wieczór nie zaplanowano żadnego odczytu, a po chwili na środku rotundy odkryte zostaje makabryczne znalezisko, niepokojąco naznaczone pięcioma tajemniczymi symbolami. Jego przesłanie jest dla Langdona oczywiste – to zaproszenie do dawno zaginionego świata skrywającego ezoteryczną mądrość.Kiedy okazuje się, że Peter Solomon, filantrop i prominentny członek loży masońskiej, został porwany, Langdon wie, że istnieje tylko jeden sposób, by ocalić przyjaciela: przyjąć tajemnicze zaproszenie i udać się tam, gdzie zaprowadzą go zaszyfrowane wskazówki.A poprowadzą go podziemnymi korytarzami do tajemnych komnat i świątyń ukrytych pod jednym z najpotężniejszych miast świata. Skrywa ono prastare sekrety loży masońskiej i odkrycia, których wielu wolałoby nie ujawniać. Rozpoczyna się szalona wędrówka i wyścig z czasem, bo Langdon ma zaledwie kilka godzin na dotarcie do celu.  W przeciwnym wypadku jego przyjaciel zginie.Zaginiony symbol to mistrzowsko skonstruowany thriller przesiąknięty historią, zagubiony w labiryncie symboli i enigmatycznych kodów. Pełen zagadek i trzymających w napięciu zwrotów akcji.

Opinie o ebooku Zaginiony symbol - Dan Brown

Fragment ebooka Zaginiony symbol - Dan Brown

DLA BLYTHE

Podziękowania

Składam serdeczne podziękowania trójce wspaniałych przyjaciół, z którymi mam przywilej współpracować: mojemu redaktorowi, Jasonowi Kaufmanowi, agentce literackiej, Heide Lange, i konsultantowi Michaelowi Rudellowi. Chciałbym także wyrazić ogromną wdzięczność wydawnictwu Doubleday, wydawcom moich książek na całym świecie i, oczywiście, Czytelnikom.

Powieść, którą trzymacie w rękach, nie powstałaby bez wspaniałomyślnej pomocy niezliczonych osób, które podzieliły się ze mną swoją wiedzą i umiejętnościami. Przekazuję Wam wszystkim wyrazy ogromnego uznania.

Żyć w świecie, nie rozumiejąc jego sensu,

to jak błąkać się po wielkiej bibliotece,

nie dotykając książek.

Odwieczna wiedza tajemna

FAKTY

W 1991 roku w sejfie dyrektora CIA umieszczono dokument, który spoczywa tam bezpiecznie do dziś. Tajemniczy tekst zawiera wzmianki o pradawnym portalu i nieznanym miejscu znajdującym się pod ziemią. Jest w nim również zdanie: Zostało to gdzieś ukryte.

Wszystkie instytucje pojawiające się na kartach tej książki istnieją naprawdę, m.in. masoni, Invisible College[1], Biuro Bezpieczeństwa, SMSC[2] oraz Instytut Badań Noetycznych.

Prawdziwe są również wszystkie rytuały, dzieła sztuki i pomniki, o których wspominam.

[1] Invisible College (ang.) – Niewidzialny College – grupa przyrodników będąca prekursorem londyńskiego Royal Society (Towarzystwa Królewskiego).

[2] SMSC – Smithsonian Museum Support Center – Centrum Wspierania Muzeum Smithsoniańskiego.

Prolog

Dom świątyni, godz. 23.33

Prawdziwą tajemnicą jest śmierć.

Tak było od zarania czasu: zawsze pozostawało tajemnicą, jak umrzeć.

Trzydziestoczteroletni adept wpatrywał się w ludzką czaszkę, którą trzymał w dłoniach. Czaszkę wydrążoną jak misa, wypełnioną winem czerwonym niczym krew.

Wypij – powiedział sobie. – Nie masz się czego bać.

Zgodnie z nakazem tradycji rozpoczął podróż odziany w rytualną szatę średniowiecznego heretyka prowadzonego na szubienicę. Luźne poły rozsunęły się, ukazując bladą pierś, lewa nogawka uniosła się ponad kolano, prawy rękaw odsłonił łokieć. Na szyi wisiała ciężka pętla, „sznur do wleczenia”, jak nazywali ją bracia. Tej nocy, podobnie jak ci, którzy składali świadectwo, miał na sobie strój mistrza.

Otoczyli go wszyscy członkowie bractwa przybrani w regalia[3]: w fartuchy z jagnięcej skóry, szarfy i białe rękawiczki. Na szyjach mieli ceremonialne klejnoty, które lśniły w słabym świetle jak oczy zjaw. Wielu z nich zajmowało wysokie stanowiska, lecz adept wiedział, że w tych murach doczesna władza nie ma żadnego znaczenia. Wszyscy są równi – są braćmi, których za sprawą przysięgi połączyła mistyczna więź.

Patrzył na członków tego niezwykłego zgromadzenia, zastanawiając się, czy ktoś z zewnątrz dałby wiarę, że wszyscy ci ludzie zbiorą się w jednym miejscu... i to w takim miejscu. Sala przypominała starożytną świątynię.

Prawda była jeszcze bardziej niewiarygodna.

Jestem w odległości zaledwie kilku przecznic od Białego Domu!

Ogromny gmach przy Szesnastej Ulicy pod numerem tysiąc siedemset trzydziestym trzecim, w północno-zachodniej części Waszyngtonu, był kopią pogańskiej świątyni – świątyni króla Mauzolosa, pierwotnego mauzoleum, miejsca, w którym po śmierci składano ludzkie szczątki. Głównego wejścia strzegły dwa siedemnastotonowe, odlane z brązu sfinksy. Wnętrze budynku tworzył bogato zdobiony labirynt sal, korytarzy, zamkniętych krypt i bibliotek. Znajdował się tam nawet otwór w ścianie, w którym widać było dwa ludzkie szkielety. Choć powiedziano mu, że każde pomieszczenie w tym gmachu ma swoją tajemnicę, wiedział, iż największe kryje wielka sala, w której klęczał z czaszką w rękach.

Sala świątyni.

Pomieszczenie zbudowane na planie kwadratu było olbrzymie. Sklepienie sięgające imponującej wysokości trzydziestu metrów wspierało się na kolumnach z zielonego granitu. Pod ścianami stały w kręgu rzędy krzeseł wykonanych z ciemnego rosyjskiego orzecha z siedzeniami obitymi ręcznie wyprawioną świńską skórą. Zachodnią stronę sali zdominował wysoki na dziesięć metrów tron, naprzeciwko którego ukryto organy. Ściany pokrywała mozaika starożytnych symboli, egipskich i hebrajskich, astronomicznych i alchemicznych oraz innych, których nie rozpoznawał.

Tej nocy salę świątyni oświetlał szereg precyzyjnie rozmieszczonych świec. Słabe światło wzmacniał jedynie blady promień księżyca wpadający przez duży otwór w suficie, odsłaniając najbardziej zdumiewający element pomieszczenia – potężny ołtarz wykuty z jednego bloku polerowanego, czarnego belgijskiego marmuru, usytuowany na samym środku.

Prawdziwą tajemnicą jest śmierć – przypomniał sobie.

– Nadszedł czas – wyszeptał głos.

Adept podniósł wzrok i spojrzał na dostojną postać w białej szacie, która przed nim stała. Czcigodny Wielki Mistrz. Ten dobiegający sześćdziesiątki mężczyzna był symbolem Ameryki, człowiekiem uwielbianym, silnym i niesłychanie bogatym. Jego niegdyś czarne włosy całkiem posiwiały, a twarz sugerowała błyskotliwy intelekt i władzę sprawowaną przez długie lata.

– Złóż przysięgę – powiedział Wielki Mistrz głosem cichym jak padający śnieg. – Dotrzyj do kresu wędrówki.

Podróż adepta, podobnie jak wszystkie podróże tego rodzaju, rozpoczęła się od pierwszego stopnia wtajemniczenia. Tamtej nocy, podczas podobnego rytuału, Czcigodny Wielki Mistrz zasłonił mu oczy aksamitną przepaską, przyłożył do piersi ceremonialny sztylet i zapytał:

– Czy uroczyście przysięgasz na własną cześć, wolny od chęci zysku lub innych niskich pobudek, dobrowolnie i bez przymusu dążyć do zgłębienia tajemnic i dostąpienia przywilejów naszego bractwa?

– Tak – skłamał.

– Przestrzegam cię, że karą za wyjawienie tajemnic, które zostaną ci powierzone, będzie natychmiastowa śmierć – ostrzegł Mistrz.

Adept nie czuł wtedy lęku. Nigdy nie poznają prawdziwego powodu, dla którego się tu znalazłem.

Tej nocy poczuł jednak złowrogą atmosferę panującą w świątynnej sali. W jego głowie zaczęły rozbrzmiewać wszystkie złowieszcze przestrogi, których udzielono mu podczas wędrówki, opowieści o strasznych konsekwencjach ujawnienia starożytnych sekretów, które pozna: „Gardło rozpłatane od ucha do ucha... wydarty język... wypatroszone i spalone wnętrzności, rozrzucone na cztery strony świata... serce wyrwane z piersi i rzucone na pożarcie dzikim zwierzętom...”.

– Bracie, złóż ostatnią przysięgę – ponaglił go Wielki Mistrz, wpatrując się w niego szarymi oczami i kładąc lewą dłoń na jego ramieniu.

Adept zebrał siły, by przystąpić do ostatniego etapu podróży. Pochylił muskularny tułów i skupił uwagę na czaszce spoczywającej w jego rękach. W słabym świetle świec czerwone wino stało się niemal czarne. W sali zapadło grobowe milczenie. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich świadków czekających, by złożył ostatnie przyrzeczenie i wstąpił do ich elitarnego grona.

Tej nocy w ścianach tego gmachu zdarzy się coś, co nie wydarzyło się w całej historii tej loży – pomyślał. – Ani razu w całych jej dziejach.

Wiedział, że wznieci iskrę, że zdobędzie w ten sposób niewyobrażalną władzę. Pełen energii, wciągnął głęboko powietrze i wypowiedział głośno te same słowa, które od wieków wypowiadali niezliczeni mężczyźni na całym świecie.

– Niech wino, które wypiję, stanie się dla mnie śmiertelną trucizną, jeśli kiedykolwiek świadomie lub rozmyślnie złamię złożoną przysięgę.

Jego słowa odbiły się echem w wielkiej sali.

Zapadła cisza.

Opanował drżenie rąk i uniósł czaszkę do ust, czując na wargach suchy dotyk kości. Zamknął oczy i przechylił kielich, pijąc wino długimi haustami. Kiedy opróżnił naczynie, opuścił je.

W tej samej chwili poczuł, jak jego usta się zaciskają, a serce zaczyna dziko łomotać. Dobry Boże, dowiedzieli się! Na szczęście upiorne uczucie znikło równie szybko, jak się pojawiło.

Jego ciało ogarnęła przyjemna fala ciepła. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się do siebie, patrząc na niczego niepodejrzewającego mężczyznę o szarych oczach, który lekkomyślnie powierzył mu największe tajemnice bractwa.

Wkrótce stracisz wszystko, co jest ci najdroższe.

[3] Ponieważ masoneria określa się również jako „sztuka królewska” (ars regia), właśnie dla niej symbole nazywane bywają insygniami królewskimi – regaliami; wśród masonów trwa spór, czy do regaliów należy zaliczyć tylko pewne elementy ceremonialnego stroju (fartuchy, białe rękawiczki, szarfy, klejnoty, naszyjniki, pierścienie itd.), czy też wyłącznie pewne elementy wystroju loży (przyp. prof. Zbigniew Mikołejko).

Rozdział 1

Winda marki Otis, wznosząca się południowym filarem wieży Eiffla, była pełna turystów. Przedsiębiorca o surowym wyglądzie, w starannie odprasowanym garniturze, spojrzał na chłopca, który stał obok.

– Kiepsko wyglądasz, synku – stwierdził. – Powinieneś był zostać na dole.

– Nic mi nie jest... – zapewnił chłopiec, próbując opanować lęk. – Wysiądę na następnym poziomie.

Nie mogę oddychać!

Mężczyzna przysunął się bliżej.

– Sądziłem, że masz to już za sobą. – Czule pogładził policzek syna.

Chłopak poczuł się zawstydzony, że rozczarował ojca, lecz tak huczało mu w uszach, iż ledwie słyszał.

Nie mogę oddychać. Muszę wysiąść z windy!

Windziarz opowiadał coś o niezawodnych tłokach napędzających windę i konstrukcji ze zgrzewanego żelaza. Daleko pod nimi widać było ulice Paryża biegnące we wszystkich kierunkach.

Jesteśmy prawie na miejscu – dodał sobie otuchy, podnosząc głowę i spoglądając na ostatnią platformę. – Muszę wytrzymać.

Winda zmierzała ku górnej platformie widokowej. Filar zaczął się zwężać, a jego masywna konstrukcja skurczyła się w ciasny pionowy tunel.

– Tato, ja nie...

Nad głową usłyszeli nieoczekiwane skrzypienie. Kabina szarpnęła i dziwnie wychyliła się na bok. Postrzępione liny, przypominające węże, zaczęły uderzać o ściany. Chłopiec złapał ojca za rękę.

– Tato!

Wpatrywali się w siebie przez przerażającą chwilę.

Po chwili podłoga wróciła do właściwego położenia.

Robert Langdon podskoczył na miękkim skórzanym fotelu, budząc się z na wpół świadomego snu na jawie. Siedział sam w ogromnej kabinie falcona 2000EX, który znalazł się właśnie w strefie turbulencji. W oddali pracowały równo dwa silniki firmy Pratt & Whitney.

– Panie Langdon? – usłyszał nad głową trzeszczący głos dochodzący z interkomu. – Rozpoczynamy podchodzenie do lądowania.

Wyprostował się i wsunął notatki do skórzanej torby podróżnej. Odpłynął myślami w połowie przeglądania materiałów dotyczących symboli masońskich. Pomyślał, że wspomnienie zmarłego ojca zostało wywołane nieoczekiwanym zaproszeniem, które otrzymał tego ranka od swojego dawnego mentora, Petera Solomona.

Kolejny facet, którego nie chcę zawieść.

Ten pięćdziesięcioośmioletni filantrop, historyk i badacz wziął go pod swoje skrzydła prawie trzydzieści lat temu, pod wieloma względami wypełniając pustkę, która powstała po śmierci ojca Roberta. Mimo że Solomon pochodził z wpływowej i niezwykle zamożnej rodziny, Langdon dostrzegł w jego łagodnych szarych oczach pokorę i ciepło.

Chociaż słońce już zaszło, Langdon nadal widział delikatny zarys największego obelisku na świecie, wznoszącego się ponad horyzontem niczym ramię starożytnego zegara słonecznego. Mający prawie sto siedemdziesiąt metrów wysokości pomnik był symbolem serca tego narodu. Od iglicy we wszystkich kierunkach rozchodziła się misterna geometryczna siatka ulic i pomników.

Waszyngton, nawet oglądany z lotu ptaka, promieniował niemal mistyczną mocą.

Langdon kochał to miasto, a gdy odrzutowiec wylądował, poczuł podniecenie na myśl o tym, co go czeka. Falcon podkołował do prywatnego terminalu znajdującego się na rozległym obszarze Międzynarodowego Lotniska Dullesa.

Kiedy maszyna się zatrzymała, Langdon zabrał swoje rzeczy, podziękował pilotom i opuścił luksusowe wnętrze, schodząc po rozkładanych schodkach. Chłodne styczniowe powietrze dawało poczucie swobody.

Odetchnij głęboko, Robercie – pomyślał, rozkoszując się otwartą przestrzenią.

Pas startowy spowijała biała mgła, gęsta jak zasłona. Schodząc na mokry asfalt, Langdon miał wrażenie, że znalazł się na bagnach.

– Witam! Witam pana! – usłyszał śpiewny angielski akcent. – Czy to pan, profesorze Langdon?

Odwrócił głowę i ujrzał kobietę w średnim wieku z plakietką i podkładką do pisania. Biegła w jego stronę, machając ręką. Spod modnego, robionego na drutach kapelusza wystawały jasne kręcone włosy.

– Witam pana w Waszyngtonie!

– Dziękuję – odpowiedział z uśmiechem.

– Nazywam się Pam, pracuję w liniach pasażerskich. – Kobieta mówiła z takim ożywieniem, że było to niepokojące. – Proszę za mną, samochód już czeka.

Langdon ruszył w poprzek pasa do terminalu „Signature” otoczonego lśniącymi prywatnymi odrzutowcami. Postój taksówek dla sławnych i bogatych.

– Proszę wybaczyć, że pytam – zagadnęła kobieta nieśmiało. – Czy jest pan tym Robertem Langdonem, który pisze książki o religiach i symbolach?

Langdon po chwili wahania skinął głową.

– Tak sobie pomyślałam! – wykrzyknęła rozpromieniona. – W moim klubie czytelniczym dyskutowaliśmy o pana książce poświęconej Kościołowi i świętej kobiecości! Tej, która wywołała taki skandal! Widać lubi pan wpuszczać lisa do kurnika.

– Nie chciałem wywołać skandalu.

Wyczuła, że Robert nie jest w nastroju do rozmowy o swojej pracy.

– Przepraszam, że tyle gadam. Pewnie męczy pana sława, ale sam pan jest sobie winien. – Wskazała żartobliwie jego ubranie. – Zdradził pana uniform.

Uniform? Langdon spojrzał na siebie. Był ubrany w grafitowy golf, marynarkę marki Harris Tweed, spodnie khaki i uniwersyteckie mokasyny z miękkiej skóry... typowy ubiór, w którym przychodził na zajęcia, wygłaszał wykłady, pozował do zdjęć jako autor i brał udział w imprezach towarzyskich.

Kobieta się roześmiała.

– Golfy już dawno wyszły z mody. Wyglądałby pan znacznie przystojniej w krawacie.

Nie ma mowy, nie założę sobie pętli na szyję – pomyślał.

Wykładając w Phillips Exeter Academy, musiał nosić krawat przez sześć dni w tygodniu i mimo romantycznie brzmiących zapewnień rektora, że krawat wywodzi się od jedwabnego fascalium, noszonego przez rzymskich mówców, pragnących w ten sposób ogrzać struny głosowe, doskonale wiedział, że słowo cravat pochodzi od nazwy bezwzględnych chorwackich najemników, którzy przed wyruszeniem do walki zawiązywali sobie chustę na szyi. Biurowi wojownicy, pragnący onieśmielić wrogów podczas codziennych potyczek w salach posiedzeń, zakładają je do dziś.

– Dzięki za radę – zaśmiał się Langdon. – Pomyślę o tym w przyszłości.

Na szczęście z lśniącego lincolna zaparkowanego obok terminalu wysiadł profesjonalnie wyglądający mężczyzna w czarnym garniturze, dając mu znak ręką.

– Pan Langdon? Jestem Charles z firmy Beltway Limousine – powiedział, otwierając tylne drzwi. – Dobry wieczór, proszę pana. Witam w Waszyngtonie.

Langdon wręczył Pam napiwek za jej gościnność i zajął miejsce we wnętrzu luksusowego auta. Kierowca pokazał mu regulator temperatury, butelkę z wodą i koszyczek z ciepłymi babeczkami. Po chwili mknęli prywatną drogą dojazdową. A więc tak żyje druga połowa ludzkości.

Kiedy znaleźli się na Windsock Drive, szofer sprawdził listę pasażerów i podniósł słuchawkę telefonu.

– Dzwonię z firmy Beltway Limousine – oznajmił rzeczowo. – Proszono mnie o potwierdzenie przylotu pasażera. – Zamilkł na chwilę. – Tak, proszę pana. Pański gość, pan Langdon, właśnie przybył. Będzie przed Kapitolem o dziewiętnastej. Bardzo proszę. – Rozmowa dobiegła końca.

Langdon uśmiechnął się do siebie. Pomyśleli o wszystkim. Drobiazgowość była jednym z największych przymiotów Petera Solomona, dzięki którym z niezwykłą łatwością sprawował tak rozległą władzę. Nie zaszkodziło też kilka miliardów dolarów w banku.

Rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu i zamknął oczy, pozostawiając za sobą szum lotniska. Jazda do Kapitolu miała zająć pół godziny. Langdon był zadowolony, że może spędzić ten czas w samotności, by zebrać myśli. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero teraz zaczął się poważnie zastanawiać nad niesamowitym wieczorem, który go czeka.

Mój przyjazd jest okryty tajemnicą – pomyślał rozbawiony.

Piętnaście kilometrów od Kapitolu na przybycie Roberta Langdona czekał niecierpliwie pewien mężczyzna.

Rozdział 2

Mężczyzna nazywający siebie Mal’akh wbił igłę w skórę swojej ogolonej głowy, wzdychając z rozkoszą, gdy ostre narzędzie wchodziło i wychodziło z ciała. Cichy szum elektrycznego urządzenia był uzależniający, podobnie jak ukłucia igły wnikającej w skórę właściwą i wprowadzającej barwnik.

Jestem dziełem sztuki.

Celem tatuażu nigdy nie było piękno, lecz przemiana. Począwszy od składanych w ofierze nubijskich kapłanów z 2000 roku przed naszą erą i wytatuowanych wyznawców kultu Kybele ze starożytnego Rzymu, po tatuaże moko współczesnych Maorysów, ludzie zdobili swoje ciała, aby niejako złożyć je w ofierze, znosząc fizyczny ból związany z upiększaniem się i odmieniając swoje jestestwo.

Mimo złowrogiej przestrogi zapisanej w Księdze Kapłańskiej, zakazującej umieszczania znaków na ciele, tatuowanie pozostało obrzędem przejścia dla milionów współczesnych ludzi: od ogolonych na łyso nastolatków i narkomanów po gospodynie domowe z przedmieść.

Czynność tatuowania skóry była wyrazem mocy przemiany, ogłoszeniem światu: „Jestem panem własnego ciała”. Upajające poczucie władzy, czerpane z przemiany fizycznej, uzależniło miliony od praktyk zmieniających wygląd ciała, od chirurgii kosmetycznej, piercingu, kulturystyki i sterydów, po bulimię i zmianę płci.

Ludzki duch pragnie władzy nad swoją cielesną powłoką.

Zegar szafkowy uderzył jeden raz. Mal’akh spojrzał na tarczę. Osiemnasta trzydzieści. Odłożył instrumenty, owinął nagie, mające sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu ciało jedwabnym szlafrokiem kiryu i ruszył korytarzem. W powietrzu wypełniającym jego rozległą rezydencję czuć było ostrą woń barwników i dym świec z wosku pszczelego, których używał do dezynfekowania igieł. Rosły mężczyzna szedł korytarzem, mijając bezcenne włoskie antyki – akwafortę Piranesiego, krzesło Savonaroli, srebrną lampę naftową Bugariniego...

Wyjrzał przez okno sięgające od podłogi do sufitu, podziwiając widoczną w oddali linię horyzontu. Błyszcząca kopuła Kapitolu lśniła władczo na tle ciemnego zimowego nieba.

Spoczywa tam, gdzie je ukryto – pomyślał. – Zakopali to gdzieś tam.

Niewielu wiedziało o jego istnieniu... a jeszcze mniej o jego budzącej grozę mocy i o tym, jak przemyślnie został ukryty. Do dziś pozostał największą tajemnicą tego kraju. Garstka ludzi, która znała prawdę, ukrywała ją za zasłoną symboli, legend i alegorii.

Teraz otworzyli przede mną drzwi – pomyślał Mal’akh.

Trzy tygodnie temu, po mrocznym rytuale, którego świadkami byli najpotężniejsi ludzie Ameryki, Mal’akh osiągnął trzydziesty trzeci stopień wtajemniczenia, najwyższego eszelonu w najstarszym bractwie, jakie przetrwało. Mimo iż zdobył wysoką pozycję, bracia nic mu nie powiedzieli. Nigdy tego nie zrobią. Odbywa się to zupełnie inaczej. W jednych kręgach wtajemniczenia znajdują się drugie, podobnie jak bractwa w ramach bractw. Nawet gdyby czekał całe lata, mógłby nigdy nie zasłużyć na największe zaufanie.

Na szczęście nie potrzebował zaufania członków loży, aby poznać jej najpilniej strzeżony sekret.

Obrzęd inicjacji spełnił swoje zadanie.

Podniecony tym, co go czeka, ruszył do sypialni. Z głośników rozmieszczonych w całym domu dobiegały dźwięki rzadkiego nagrania kastrata, wykonującego arię Lux Aeterna z Requiem Verdiego. Muzyka była jak wspomnienie poprzedniego życia. Mal’akh wcisnął guzik pilota, aby usłyszeć grzmiące Dies Irae. Przy akompaniamencie kotłów i równoległych kwint zaczął wchodzić po marmurowych stopniach, czując, jak szata opina jego muskularne nogi.

Kiedy zaczął biec, pusty żołądek jęknął w proteście. Mal’akh pościł od dwóch dni. Pił tylko wodę, przygotowując swoje ciało zgodnie ze starożytnym zwyczajem. Zaspokoisz głód o świcie – dodał sobie otuchy. – Wtedy ból ustanie.

Wszedł z czcią do sanktuarium sypialni, zamykając za sobą drzwi. Skierował się do garderoby, lecz nagle przystanął, czując, że przyciąga go do siebie ogromne pozłacane lustro. Nie mogąc się oprzeć, spojrzał na swoje odbicie. Wolno, jakby rozpakowywał bezcenny dar, rozpostarł poły szlafroka, odsłaniając nagi tors. Widok, który ujrzał, wzbudzał podziw.

Jestem dziełem sztuki.

Jego masywne ciało było ogolone i gładkie. Opuścił głowę, spoglądając na stopy, na których wytatuowano łuskę i szpony jastrzębia. Umięśnione nogi były wytatuowane niczym rzeźbione kolumny – lewa pokryta spiralnym wzorem, prawa pionowymi liniami. Boaz i Jakin[4]. Pachwina i brzuch tworzyły ozdobny łuk, ponad którym wznosiła się potężna klatka piersiowa z dwugłowym Feniksem. Źrenicami pojedynczego oka jednego i drugiego ptaka były brodawki sutkowe. Ramiona, szyję, twarz i ogoloną głowę pokrywała misterna siatka starożytnych symboli i magicznych znaków.

Jestem dziełem sztuki... ewoluującą ikoną.

Jeden ze śmiertelnych, który osiemnaście godzin temu oglądał nagie ciało Mal’akha, wykrzyknął przerażony:

– Mój Boże, jesteś demonem!

– Jak sobie życzysz – odparł Mal’akh, rozumiejąc jak starożytni, że anioły i demony są tym samym: wymiennymi archetypami. Wszystko zależy od punktu widzenia. Opiekuńczy anioł, który pokonał twojego nieprzyjaciela podczas bitwy, był przez niego postrzegany jako demon zagłady.

Mal’akh pochylił głowę, by spojrzeć z ukosa na jej czubek. Tam, niczym podobna koronie aureola, lśnił mały krąg bladej, niewytatuowanej skóry, jedyny dziewiczy fragment jego ciała. Święte miejsce, które czekało cierpliwie aż do dzisiejszej nocy... Chociaż Mal’akh nie miał jeszcze tego, co było potrzebne do ukończenia arcydzieła, wiedział, że ta chwila szybko nadejdzie.

Zachwycony swoim odbiciem, poczuł, jak narasta w nim świadomość posiadanej władzy. Ściągnął poły szlafroka i podszedł do okna, podziwiając mistyczne miasto, które rozciągało się przed jego oczami. Ukryli to gdzieś tutaj.

Pomyślał o czekającym go zadaniu, podszedł do toaletki i zaczął starannie nakładać warstwę podkładu, aż znikły tatuaże pokrywające twarz, głowę i szyję. Kiedy skończył, spojrzał na swoje odbicie. Z zadowoleniem pogładził gładką skórę głowy i się uśmiechnął.

Jest tu – pomyślał. – Dzisiejszej nocy pewien człowiek pomoże mi go odnaleźć.

Wychodząc z domu, przygotował się na wydarzenie, które niebawem wstrząśnie gmachem amerykańskiego Kapitolu. Zadał sobie wiele trudu, by złożyć wszystkie fragmenty układanki.

Teraz do gry miał wkroczyć jego ostatni pionek.

[4] Boaz i Jakin – kolumny strzegące wejścia do Świątyni Salomona.

Rozdział 3

Robert Langdon przeglądał karteczki z notatkami, kiedy odgłos opon jadącego samochodu się zmienił. Podniósł głowę i zdumiał się, gdy stwierdził, gdzie są.

Dotarliśmy do mostu Memorial?

Odłożył notatki i spojrzał na przesuwające się w dole spokojne wody Potomacu. Nad jego powierzchnią unosiła się ciężka mgła. Słusznie nosząca miano Foggy Bottom[5], zawsze wydawała mu się dziwnym miejscem na zbudowanie stolicy kraju. Spośród wszystkich miejsc Nowego Świata Ojcowie Założyciele wybrali grząskie nadrzeczne mokradła, umieszczając w nich kamień węgielny pod swoje utopijne społeczeństwo.

Langdon spojrzał w lewo, za Tidal Basin, ku wdzięcznie zaokrąglonemu kształtowi Mauzoleum Jeffersona, Panteonu Ameryki, jak wielu go nazywało. Z przodu ze sztywną surowością wznosiło się Mauzoleum Lincolna przypominające ateński Partenon. W oddali Langdon dostrzegł centralny punkt miasta – tę samą iglicę, którą oglądał z lotu ptaka. Jej architektoniczna inspiracja wywodziła się z czasów znacznie poprzedzających Greków i Rzymian.

Egipski obelisk Ameryki.

Monolityczna iglica pomnika Waszyngtona rysowała się w oddali, oświetlona na tle nieba niczym majestatyczny maszt żaglowca. Gdy się patrzyło z ukosa, obelisk wydawał się oderwany od ziemi, jakby kołysał się na posępnym niebie niczym na wzburzonych falach. Langdon czuł się tak samo pozbawiony oparcia. Jego podróż do Waszyngtonu była zupełnie niespodziewana. Obudziłem się rano, myśląc, że spędzę spokojną niedzielę w domu, a oto jestem w odległości kilku minut drogi od Kapitolu.

O czwartej czterdzieści pięć Langdon dał nurka do spokojnej wody, zgodnie ze swoim zwyczajem rozpoczynając dzień od przepłynięcia pięćdziesięciu długości pustego o tej porze basenu Harvard. Nie miał już takiej formy jak w czasach college’u, gdy grał w drużynie piłki wodnej, nadal jednak był szczupły i wysportowany, i wyglądał całkiem znośnie, jak na faceta po czterdziestce. Jedyną różnicą był wysiłek, jaki musiał włożyć, by ten stan utrzymać.

Wróciwszy do domu koło szóstej, przystąpił do porannego rytuału ręcznego mielenia sumatrzańskiej kawy i wdychania egzotycznego aromatu, który wypełnił kuchnię. Tego ranka zdumiało go migające światełko automatycznej sekretarki.

Kto może dzwonić w niedzielę o szóstej rano?

Wcisnął przycisk i odsłuchał wiadomość.

„Dzień dobry, profesorze Langdon. Przepraszam, że dzwonię o tak wczesnej porze”. W uprzejmym głosie brzmiało wahanie i słaby południowy akcent. „Nazywam się Anthony Jelbart, jestem asystentem Petera Solomona. Pan Solomon powiedział mi, że wcześnie pan wstaje... Próbował skontaktować się z panem dziś rano w pilnej sprawie. Czy byłby pan łaskaw zadzwonić do Petera, gdy otrzyma pan tę wiadomość? Wiem, że zna pan jego prywatny numer, lecz na wszelki wypadek go powtórzę: dwieście dwa – trzysta dwadzieścia dziewięć – pięćdziesiąt siedem – czterdzieści sześć”.

Langdon zaniepokoił się nagle o starego przyjaciela. Peter Solomon miał nienaganne maniery i był niezwykle uprzejmy. Z pewnością nie nękałby go w niedzielę, gdyby nie stało się coś bardzo złego.

Odstawił na pół zmieloną kawę i pobiegł do gabinetu, by oddzwonić.

Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku.

Peter Solomon był jego przyjacielem i mentorem. Chociaż starszy od Langdona o zaledwie dwanaście lat, wypełniał pustkę po stracie ojca od czasu, gdy spotkali się po raz pierwszy na uniwersytecie Princeton. Langdon był wtedy studentem drugiego roku i musiał wysłuchać wieczornego odczytu zaproszonego wykładowcy – znanego młodego historyka i filantropa. Solomon przemawiał z zaraźliwym entuzjazmem, przedstawiając olśniewającą wizję semiotyki i historii archetypów. Obudziła ona w Langdonie zainteresowanie symbolami, które miało stać się później jego życiową pasją. Jednak to nie błyskotliwość Petera Solomona, lecz pokora widoczna w jego szarych oczach sprawiła, że Langdon zdobył się na odwagę i napisał do niego list z podziękowaniami. Młody student nawet nie śmiał marzyć o tym, że Peter Solomon, jeden z najbogatszych i najbardziej intrygujących młodych intelektualistów, odpisze. Solomon to zrobił i w ten sposób rozpoczęła się ich niezwykła przyjaźń.

Peter Solomon, wybitny akademik, którego spokojny sposób bycia nie zdradzał wspaniałego rodzinnego dziedzictwa, pochodził z niezwykle zamożnego rodu Solomonów. Ich nazwisko widniało na gmachach i uniwersytetach w całym kraju. Tak jak Rothschild w Europie, nazwisko Solomon zawsze kryło w sobie mistyczną aurę arystokratyczności i sukcesu. Peter przejął obowiązki głowy rodu w młodym wieku, po śmierci ojca, i w ciągu pięćdziesięciu ośmiu lat życia piastował wiele ważnych stanowisk. Obecnie był dyrektorem Instytutu Smithsoniańskiego. Langdon żartował czasami z Petera, mówiąc, że jedyną skazą na jego doskonałym życiorysie jest dyplom drugorzędnej uczelni – Yale.

Gdy wszedł do gabinetu, stwierdził zdumiony, że Peter przesłał mu faks.

Peter Solomon

SEKRETARIAT

INSTYTUTU SMITHSONIAŃSKIEGO

Witaj, Robercie,

Muszę z Tobą natychmiast pomówić.

Zadzwoń niezwłocznie na numer 202-329-5746

Peter

Langdon, nie namyślając się, wykręcił numer. Usiadł przy ręcznie wykonanym biurku i czekał na połączenie.

– Biuro Petera Solomona – usłyszał znajomy głos asystenta. – Mówi Anthony, czym mogę służyć?

– Tu Robert Langdon. Otrzymałem wiadomość...

– Witam, profesorze Langdon! – wykrzyknął młody człowiek z wyraźną ulgą. – Dziękuję, że tak szybko pan oddzwonił. Pan Solomon czekał na pański telefon. Powiem mu, że jest pan na linii. Zaczeka pan?

– Oczywiście.

Langdon czekał, aż Solomon podejdzie do telefonu, spoglądając z uśmiechem na nazwisko Petera widniejące w nagłówku Instytutu Smithsoniańskiego. W klanie Solomonów nie ma obiboków. Drzewo genealogiczne Petera pełne było nazwisk magnatów finansowych, wpływowych polityków i wybitnych naukowców, niektórzy byli nawet członkami Royal Society w Londynie. Jedyna żyjąca osoba z rodziny, młodsza siostra Solomona Katherine, najwyraźniej odziedziczyła gen nauki, bo była jedną z czołowych postaci nowej dyscypliny nazywanej noetyką.

Nic nie rozumiem – pomyślał Langdon, z rozbawieniem wspominając, jak rok temu Katherine bezskutecznie próbowała wyjaśnić mu cele i metody noetyki podczas przyjęcia zorganizowanego w domu brata. Langdon słuchał jej uważnie, by w końcu oznajmić: „Bardziej przypomina to magię niż naukę”. Mrugnęła do niego szelmowsko. „Jesteś bliższy prawdy, niż ci się wydaje, Robercie”.

Asystent Solomona wrócił do telefonu.

– Przepraszam, pan Solomon bierze właśnie udział w telekonferencji. Mamy dziś rano urwanie głowy.

– Nie ma problemu, mogę zadzwonić potem.

– Pan Solomon prosił mnie, abym wyjaśnił, dlaczego się z panem skontaktował. Nie ma pan nic przeciwko temu?

– Pewnie, że nie.

Asystent odetchnął głęboko.

– Jak pan zapewne wie, profesorze, co roku w Waszyngtonie rada nadzorcza Instytutu Smithsoniańskiego organizuje galę, aby podziękować najbardziej hojnym ofiarodawcom. W tym roku weźmie w niej udział kulturalna elita wielu krajów.

Langdon wiedział, że na jego koncie jest o kilka zer za mało, by mógł zostać zaliczony do tego grona. Może Instytut Smithsoniański chce go zaprosić mimo to?

– Jak zawsze uroczysty obiad poprzedzi prelekcja – ciągnął asystent. – Zarezerwowaliśmy w tym celu National Statuary Hall.

Najpiękniejszą salę w całym Waszyngtonie – pomyślał Langdon, przypominając sobie odczyt na temat polityki, którego wysłuchał w tej olśniewającej półokrągłej sali. Trudno było zapomnieć pięćset składanych krzeseł ustawionych w idealny łuk, otoczony trzydziestoma ośmioma posągami w sali, która pierwotnie mieściła Izbę Reprezentantów.

– Problem w tym, że nasz prelegent zachorował. Właśnie powiadomił nas, że nie będzie mógł przybyć. – Anthony urwał, najwyraźniej zakłopotany. – Pan Solomon ma nadzieję, że zechce go pan zastąpić.

– Ja? – zdziwił się Langdon. Była to ostatnia rzecz, której się spodziewał. – Jestem pewny, że Peter może znaleźć lepszego zastępcę...

– Pan Solomon od razu pomyślał o panu. Jest pan zbyt skromny, profesorze. Nasi goście będą zachwyceni, mogąc pana wysłuchać. Peter pomyślał, że mógłby pan wygłosić ten sam odczyt, co w Bookspan TV kilka lat temu. W ten sposób nie musiałby pan się specjalnie przygotowywać. Wspomniał, że mówił pan wtedy o symbolach w architekturze naszej stolicy. Temat wydaje się idealny.

Langdon nie był tego pewny.

– O ile pamiętam, mówiłem wtedy głównie o budowlach wznoszonych przez masonów...

– Właśnie! Jak pan wie, pan Solomon jest masonem, podobnie jak wielu jego przyjaciół, którzy będą na sali. Jestem pewny, że z przyjemnością wysłuchają tego, co ma pan do powiedzenia na ten temat.

Rzeczywiście, nie byłoby to trudne. Langdon pieczołowicie przechowywał notatki do wszystkich swoich wykładów.

– Przypuśćmy, że się zgodzę. Na kiedy zaplanowaliście uroczystość?

Asystent odchrząknął nerwowo, jakby nagle poczuł się niezręcznie.

– No cóż... na dziś wieczór, panie profesorze.

Langdon nie mógł opanować śmiechu.

– Na dzisiejszy wieczór?

– Właśnie dlatego mamy takie urwanie głowy. Instytut Smithsoniański znalazł się w niezwykle kłopotliwym położeniu... – Mężczyzna mówił coraz szybciej. – Pan Solomon przyśle po pana do Bostonu prywatny odrzutowiec. Lot trwa zaledwie godzinę. Wróci pan do domu przed północą. Wie pan, gdzie jest terminal prywatnych odrzutowców na Lotnisku Logana w Bostonie?

– Tak – przyznał z niechęcią Langdon. Nic dziwnego, że Peter zawsze dostaje to, czego chce.

– Wspaniale! Mógłby pan znaleźć się na pokładzie, powiedzmy, o... siedemnastej?

– Nie pozostawił mi pan dużego wyboru, prawda? – zaśmiał się Langdon.

– Chcę tylko, żeby pan Solomon był zadowolony.

Peter umie wywierać wpływ na ludzi.

Langdon wahał się przez chwilę i, nie widząc innego wyjścia, odpowiedział:

– W porządku. Proszę mu powiedzieć, że przyjadę.

– Wspaniale! – wykrzyknął młodzieniec, nie kryjąc ulgi. Podał Langdonowi numer widniejący na ogonie maszyny i inne niezbędne informacje.

Kiedy Langdon wreszcie odłożył słuchawkę, zadał sobie pytanie, czy Peter Solomon kiedykolwiek spotkał się z odmową.

Wrócił do kuchni i dorzucił kilka dodatkowych ziaren do młynka. Trochę więcej kofeiny w taki poranek nie zaszkodzi – pomyślał. – Zapowiada się długi dzień.

[5] Foggy (ang.) – „mglisty”, Foggy Bottom to także nieco ironiczna nazwa Departamentu Stanu.

Rozdział 4

Gmach Kapitolu wznosi się dostojnie na wschodnim krańcu National Mall, na wysokim płaskowyżu, który architekt miasta, Pierre L’Enfant, nazwał „piedestałem oczekującym na pomnik”. Masywna podstawa Kapitolu ma dwieście dwadzieścia osiem metrów długości i sto sześć metrów głębokości. Powierzchnia wewnętrzna to ponad sześćdziesiąt cztery tysiące metrów kwadratowych, podzielonych na pięćset czterdzieści jeden okazałych sal. Neoklasycystyczna architektura nawiązuje do wielkości starożytnego Rzymu, którego ideały były inspiracją dla amerykańskich Ojców Założycieli, tworzących prawa i kulturę nowej republiki.

Bramki bezpieczeństwa dla turystów wchodzących do Kapitolu znajdują się w głębi podziemnego centrum dla zwiedzających, pod wspaniałym świetlikiem w kopule gmachu. Nowy strażnik, Alfonso Nuñez, przyglądał się uważnie mężczyźnie podchodzącemu do bramki – miał ogoloną głowę i stał przez jakiś czas w holu, rozmawiając przez komórkę. Lekko utykał i prawe ramię miał na temblaku. Ubrany był w sfatygowany marynarski płaszcz z demobilu, co w połączeniu z ogoloną głową zasugerowało Nuñezowi, że jest wojskowym.

– Dobry wieczór! – odezwał się strażnik, postępując zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, nakazującymi zagadnąć każdego samotnego mężczyznę, który chce wejść do środka.

– Witam – odparł nieznajomy, spoglądając na niemal puste wejście. – Widzę, że macie spokojną noc.

– Mamy spotkania barażowe NFC[6] – wyjaśnił Nuñez. – Dziś wieczorem wszyscy oglądają Washington Redskins. – Żałował, że nie może oglądać meczu, lecz pracował tu od miesiąca i wyciągnął krótszą słomkę. – Proszę położyć metalowe przedmioty na tacy.

Nuñez obserwował gościa, który sprawną ręką zaczął grzebać w kieszeniach długiego płaszcza. Współczucie nakazywało wyrozumiałość dla rannych i inwalidów, lecz Nuñeza nauczono, jak je uciszyć.

Patrzył cierpliwie, jak tamten wydobywa z kieszeni typową kolekcję przedmiotów: drobne, klucze i kilka telefonów komórkowych.

– Skręcił pan nadgarstek? – zainteresował się, spoglądając na zabandażowaną rękę mężczyzny.

Łysy facet skinął głową.

– Tydzień temu poślizgnąłem się na lodzie. Nadal boli jak cholera.

– Przykro mi to słyszeć. Proszę przejść przez bramkę.

Gość pokuśtykał na drugą stronę, a maszyna pisnęła ostrzegawczo.

Mężczyzna ściągnął brwi.

– Właśnie tego się obawiałem. Mam obrączkę pod bandażem. Palec był zbyt spuchnięty, nie mogłem jej zdjąć. Lekarz zabandażował całą rękę.

– Nie ma problemu – zapewnił go Nuñez. – Użyję ręcznego wykrywacza metalu.

Przesunął urządzenie wzdłuż zabandażowanej ręki. Tak jak oczekiwał, jedynym metalowym przedmiotem było duże zgrubienie nad kontuzjowanym palcem serdecznym. Wiedział, że przełożony w centrum bezpieczeństwa go obserwuje, więc musiał to zrobić.

Odrobina ostrożności nigdy nie zawadzi. Wsunął wykrywacz pod bandaż.

Facet skrzywił się z bólu.

– Przepraszam.

– Nic się nie stało. W dzisiejszych czasach lepiej być ostrożnym.

– Fakt.

Nuñez polubił tego gościa. O dziwo, w jego robocie miało to ogromne znaczenie. Intuicja stanowiła pierwszą linię obrony Ameryki przed terroryzmem. Udowodniono, że jest lepszym wykrywaczem niebezpieczeństwa niż wszystkie urządzenia elektroniczne na świecie. W podręcznikach zasad bezpieczeństwa nazywano ją „darem lęku”.

Tym razem Nuñez nie wyczuł niczego, co mogłoby wzbudzić lęk. Jedyną osobliwością, którą odnotował, gdy stali blisko siebie, było to, że twardziel miał na twarzy grubą warstwę samoopalacza lub podkładu.

Co z tego? Zimą nikt nie lubi wyglądać blado.

– W porządku – oznajmił, odkładając wykrywacz metalu.

– Dzięki. – Mężczyzna zaczął zbierać z tacy swoje rzeczy.

Kiedy już to robił, Nuñez zauważył dwa wytatuowane palce wystające spod bandaża. Na czubku palca wskazującego była korona, a na kciuku gwiazda. W dzisiejszych czasach wszyscy mają tatuaże – pomyślał, chociaż opuszki palców muszą być bardzo wrażliwe.

– Czy zrobienie tych tatuaży było bardzo bolesne?

Facet spojrzał na swoje palce i się uśmiechnął.

– Mniej, niż pan sądzi.

– Szczęściarz z pana – westchnął Nuñez. – Mnie piekielnie bolało. Kiedy byłem na obozie dla rekrutów, kazałem wytatuować sobie na plecach syrenę.

– Syrenę? – roześmiał się łysy.

– Taak. – Wyraźnie zmieszany Nuñez skinął głową. – Wszyscy popełniamy takie błędy w młodości.

– Jasne. Ja też w młodości popełniłem wielki błąd i teraz budzę się z nią w łóżku co rano.

Roześmiali się i facet ruszył przed siebie.

Dziecinnie proste – pomyślał Mal’akh, zostawiając za sobą Nuñeza i kierując się w stronę windy. Wejście do budynku okazało się łatwiejsze, niż sądził. Garbienie się i warstwa gąbki umieszczona na brzuchu zamaskowały prawdziwy wygląd Mal’akha, a podkład na twarzy i rękach ukrył tatuaże. Najgenialniejszym rozwiązaniem był jednak temblak, który pozwolił mu wnieść do Kapitolu pewien przedmiot.

Podarunek dla jedynego człowieka na ziemi, który może mi pomóc w odnalezieniu tego, czego szukam.

[6] NFC – National Football Conference – Krajowa Konferencja Futbolowa – jedna z dwóch konferencji zawodowej ligi futbolu amerykańskiego.

Rozdział 5

Największe i najnowocześniejsze muzeum na świecie kryło również najpilniej strzeżone sekrety. Znajdowało się w nim więcej eksponatów niż w Ermitażu, Muzeum Watykańskim i nowojorskim Metropolitan razem wziętych. Jednak mimo wspaniałych zbiorów jego tak dobrze strzeżone mury odwiedzało niewiele osób.

Kompleks położony przy Silver Hill Road cztery tysiące dwieście dziesięć był gmachem o zygzakowatym kształcie, składającym się z pięciu połączonych części, każda wielkości przekraczającej powierzchnię boiska piłkarskiego. Niebieskawa metalowa fasada niejasno sugerowała dziwną rzeczywistość, która kryje się w środku – mający ponad pięćdziesiąt pięć tysięcy metrów kwadratowych obcy świat, zawierający „martwą strefę”, Sektor 3, tak zwany wilgotny sektor, i ponad dwadzieścia kilometrów szklanych gablot.

Naukowiec Katherine Solomon była dziwnie niespokojna, przejeżdżając białym volvo przez główną bramę prowadzącą na teren kompleksu.

– Widzę, że nie jest pani miłośniczką futbolu, panno Solomon – zauważył z uśmiechem strażnik, ściszając głos w telewizorze. Najwyraźniej oglądał mecz Redskinsów.

Katherine odpowiedziała wymuszonym uśmiechem.

– Jest niedzielny wieczór – zauważyła.

– Fakt, mają państwo spotkanie.

– Czy on już przyjechał? – spytała nieco zdenerwowana.

Strażnik zajrzał do książki gości.

– Nie widzę jego nazwiska.

– Jestem przed czasem.

Pozdrowiła go przyjacielskim gestem i ruszyła krętym podjazdem w kierunku swojego miejsca parkingowego na parterze małego, dwupoziomowego parkingu. Spojrzała we wsteczne lusterko, by sprawdzić, jak wygląda. Bardziej z nawyku niż z próżności.

Katherine Solomon odziedziczyła po przodkach śródziemnomorską urodę i mimo iż skończyła pięćdziesiąt lat, jej oliwkowa cera była gładka. Prawie się nie malowała, a gęste czarne włosy spływały na ramiona, nieułożone w żadną wymyślną fryzurę. Podobnie jak starszy brat, Peter, miała szare oczy, smukłą figurę i patrycjuszowską elegancję.

„Wyglądacie jak bliźniaki” – powtarzali ludzie.

Ojciec Katherine zmarł na raka, gdy miała siedem lat, dlatego słabo go pamiętała. Piętnastoletni Peter, starszy od siostry o osiem lat, został wówczas głową rodu Solomonów. Znacznie wcześniej, niż ktokolwiek się tego spodziewał. Zgodnie z oczekiwaniami Peter zaczął pełnić tę funkcję z godnością i siłą typową dla członków ich rodziny. Do dziś opiekował się Katherine, jakby nadal byli dziećmi.

Mimo zachęty brata i wielu zalotników Katherine nigdy nie wyszła za mąż. Jej życiowym partnerem stała się nauka, a praca dostarczała więcej satysfakcji i zadowolenia niż jakikolwiek mężczyzna. Katherine niczego nie żałowała.

Choć dyscyplina, którą się zajęła – noetyka – gdy usłyszała o niej po raz pierwszy, była zupełnie nowa, w ostatnich latach otworzyła wiele drzwi w ludzkim umyśle.

Nasze niewykorzystane możliwości są naprawdę zdumiewające.

Dwie książki poświęcone noetyce, które napisała, uczyniły ją najważniejszą postacią tej nowej dyscypliny, a ogłoszenie najnowszych odkryć gwarantowało, że noetyka stanie się głównym tematem rozmów na całym świecie.

Tego wieczoru jednak w ogóle o tym nie myślała. Kilka godzin temu otrzymała niepokojące informacje dotyczące brata.

Nie mogę w to uwierzyć!

Przez całe popołudnie nie mogła skupić się na niczym innym.

Kiedy usłyszała pierwsze krople deszczu uderzające w szybę, postanowiła wejść do budynku. Już miała wysiąść z samochodu, gdy zadzwoniła komórka.

Spojrzała na ekran i westchnęła głęboko.

Poprawiła włosy i usadowiła się wygodnie, by odebrać.

Dziesięć kilometrów dalej Mal’akh szedł korytarzami Kapitolu z telefonem komórkowym przyciśniętym do ucha. Czekał cierpliwie na połączenie.

Wreszcie w słuchawce odezwał się kobiecy głos:

– Słucham?

– Musimy spotkać się jeszcze raz – powiedział.

Milczała przez dłuższą chwilę.

– Wszystko w porządku?

– Mam nowe informacje – oznajmił.

– Jakie?

Mal’akh zaczerpnął powietrza.

– O tym, co zdaniem pani brata ukryto gdzieś w Waszyngtonie.

– Mów dalej.

– Myślę, że możemy to odnaleźć.

Katherine Solomon skamieniała.

– Chcesz powiedzieć, że... że to prawda?

Mal’akh uśmiechnął się do siebie.

– Bywa, że legendy żyją przez wieki... i dzieje się tak nie bez powodu.

Rozdział 6

– Nie może pan podjechać bliżej? – spytał Langdon, czując niepokój, gdy szofer zaparkował na First Street, w odległości dobrych pięciuset metrów od Kapitolu.

– Przykro mi, takie są przepisy Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Żadne pojazdy nie mogą parkować w pobliżu ważnych gmachów.

Langdon spojrzał na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że jest już osiemnasta pięćdziesiąt. Opóźniły ich prace budowlane prowadzone w rejonie National Mall. Odczyt miał się rozpocząć za dziesięć minut.

– Pogoda się zmienia – zauważył kierowca, wyskakując z auta i otwierając Langdonowi drzwi. – Lepiej niech się pan pospieszy. – Langdon sięgnął po portfel, lecz mężczyzna machnął ręką. – Pana gospodarz doliczył już do rachunku szczodry napiwek.

Cały Peter – pomyślał Langdon.

– W porządku, dziękuję za podwiezienie.

Gdy Langdon dotarł do końca osłoniętego zgrabnym łukiem holu prowadzącego do nowego podziemnego wejścia dla odwiedzających, spadły pierwsze krople deszczu.

Nowe centrum dla zwiedzających było kosztownym i kontrowersyjnym przedsięwzięciem. Podziemne miasto, które mogłoby konkurować z fragmentami Disney Worldu, dysponowało podziemną przestrzenią rzędu czterdziestu sześciu tysięcy metrów kwadratowych, przeznaczoną na wystawy, restauracje i sale konferencyjne.

Langdon chciał je zobaczyć, lecz nie spodziewał się, że będzie musiał odbyć w tym celu tak długi spacer. W każdej chwili mogła się zacząć ulewa, więc ruszył truchtem, choć jego mokasyny ślizgały się na mokrym betonie.

Ubrałem się na wykład, a nie na czterystumetrowy bieg, na dodatek w strugach wody!

Dotarł na dół, ciężko dysząc. Pchnął obrotowe drzwi i stanął w holu, by złapać oddech i strząsnąć z ubrania krople deszczu. Jednocześnie podniósł głowę, oglądając niedawno ukończone wnętrze.

No dobrze, jestem pod wrażeniem.

Centrum dla gości zwiedzających Kapitol okazało się zupełnie inne, niż się spodziewał. Ponieważ znajdowało się pod ziemią, Langdon bał się wejść do środka. W dzieciństwie wpadł do studni i siedział w niej do późnej nocy – pewnie dlatego odczuwał paraliżujący lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami. Jednak ta podziemna przestrzeń była... dziwnie przestronna. Jasna. Rozległa.

Na ogromnym szklanym suficie umieszczono szereg teatralnych reflektorów, które rzucały przyćmione światło na perłowy wystrój wnętrza.

W normalnych okolicznościach Langdon poświęciłby pół godziny na podziwianie architektury, lecz do odczytu zostało pięć minut, więc spuścił głowę i popędził głównym holem do bramki bezpieczeństwa i windy.

Rozluźnij się – nakazał sobie. – Peter wie, że jesteś w drodze. Wieczór nie zacznie się bez ciebie.

Młody latynoski strażnik zagaił rozmowę, gdy Langdon opróżniał kieszenie i zdejmował zegarek.

– Zegarek z Myszką Miki? – zauważył Latynos, nie kryjąc rozbawienia.

Langdon skinął głową, przyzwyczajony do takich uwag. Z okazji dziewiątych urodzin rodzice podarowali mu kolekcjonerski egzemplarz takiego zegarka.

– Ten zegarek przypomina mi, żebym przestał się spieszyć i nie traktował życia zbyt poważnie.

– Nie wierzę – odparł z uśmiechem strażnik. – Wygląda pan, jakby bardzo się dokądś spieszył.

Langdon też się uśmiechnął i umieścił torbę w urządzeniu prześwietlającym bagaż promieniami rentgenowskimi.

– Jak trafić do Statuary Hall?

Strażnik wskazał windy.

– Tam są znaki.

– Dziękuję.

Langdon wziął torbę z taśmy i popędził przed siebie.

Czekając na windę, odetchnął głęboko i starał się zebrać myśli. Spojrzał na mokrą od deszczu szklaną kopułę Kapitolu. Była oświetlona i gigantyczna. Co za zdumiewający gmach. Na samym szczycie, niemal dziewięćdziesiąt metrów nad ziemią, w przenikniętym wilgocią mroku rysowała się Statua Wolności, przypominająca upiornego strażnika. Langdon nigdy nie przestał dostrzegać ironii zawartej w fakcie, że robotnicy, którzy dźwigali w górę odlane z brązu elementy mającego sześć metrów posągu, byli niewolnikami. Był to jeden z sekretów Kapitolu, o którym rzadko wspominano w podręcznikach do historii dla szkół średnich.

Prawdę powiedziawszy, cały gmach był skarbnicą osobliwych i tajemniczych pamiątek. Była tam między innymi „zabójcza wanna”, odpowiedzialna za zgon prezydenta Henry’ego Wilsona, spowodowany zapaleniem płuc, schody z niedającą się usunąć plamą krwi, na której rzekomo poślizgnęło się mnóstwo gości, czy zamurowane pomieszczenie w piwnicy, gdzie w 1930 roku robotnicy znaleźli wypchanego konia generała Johna Alexandra Logana.

Żadna z legend nie była jednak tak znana, jak ta o trzynastu zjawach nawiedzających gmach. Był wśród nich duch architekta miasta, Pierre’a L’Enfanta, błąkający się po korytarzach, by odebrać zapłatę, z którą zalegano już od blisko dwustu lat. Duch robotnika, który spadł z kopuły Kapitolu podczas prac budowlanych, krążył po salach ze skrzynką narzędzi. Oczywiście najsłynniejszą zjawą, wielokrotnie widywaną w piwnicy budynku, był czarny kot skradający się upiornym labiryntem wąskich przejść i pomieszczeń.

Langdon wysiadł z windy i rzucił okiem na zegarek. Trzy minuty. Popędził szerokim korytarzem, kierując się znakami wskazującymi drogę do Statuary Hall, powtarzając w myślach pierwsze zdania swojego wystąpienia. Musiał przyznać, że asystent Petera miał rację: temat prelekcji doskonale nadaje się na galę zorganizowaną w Waszyngtonie przez wpływowego masona.

Nie było tajemnicą, że Waszyngton może się poszczycić bogatą przeszłością masońską. Kamień węgielny pod gmach, w którym się znajdował, położył sam Jerzy Waszyngton podczas tradycyjnego wolnomularskiego rytuału. Miasto zostało pomyślane i zaplanowane przez mistrzów masońskich – Jerzego Waszyngtona, Beniamina Franklina i Pierre’a L’Enfanta – genialne umysły, które ozdobiły nową stolicę wolnomularskimi symbolami, wspaniałą architekturą i sztuką.

Oczywiście ludzie widzą w tych symbolach niesamowite rzeczy.

Liczne teorie spiskowe głosiły, że masońscy przodkowie ukryli w Waszyngtonie wielkie tajemnice, a plan ulic ma tajemne symboliczne znaczenie. Langdon nigdy nie dawał im wiary. Błędne informacje na temat masonów były tak rozpowszechnione, że nawet wykształceni studenci Harvardu mieli wypaczone poglądy na temat bractwa.

Rok temu na zajęcia Langdona wpadł student pierwszego roku z dziko wytrzeszczonymi oczami. W ręku trzymał wydruk zdjęcia z Internetu. Plan ulic Waszyngtonu, na którym niektóre arterie zaznaczono w taki sposób, że tworzyły różne kształty – satanistyczne pentagramy, masoński cyrkiel i węgielnicę oraz głowę Bafometa. Miał to być dowód na to, że masoni, którzy zaprojektowali miasto, uczestniczyli w jakimś mrocznym mistycznym spisku.

– To interesujące – przyznał Langdon – choć trudno uznać ten rysunek za przekonujący. Można wykreślić na mapie rozmaite przecinające się linie, otrzymując różne figury.

– To nie przypadek! – upierał się chłopak.

Langdon wyjaśnił mu cierpliwie, że podobne kształty można wykreślić na planie ulic Detroit.

Student nie krył rozczarowania.

– Proszę nie tracić entuzjazmu – pocieszył go Langdon. – Waszyngton kryje niezwykłe sekrety, lecz żadnego z nich nie można znaleźć na tej mapie.

Młodzieniec podniósł głowę.

– Sekrety? Jakie?

– Każdej wiosny wygłaszam cykl wykładów zatytułowany Symbole okultystyczne. Sporo mówię o Waszyngtonie. Powinien się pan zapisać.

– Symbole okultystyczne! – W oczach studenta znów błysnęła ekscytacja. – A więc w Waszyngtonie można odnaleźć znaki satanistyczne?!

Langdon uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Słowo „okultyzm”, chociaż kojarzy się z kultem szatana, oznacza „ukrytą” lub „tajemną” wiedzę. W czasach prześladowań religijnych była to wiedza sprzeczna z obowiązującą nauką, którą trzeba było ukrywać, trzymać w tajemnicy. Ponieważ Kościół czuł się przez nią zagrożony, doprowadził do utożsamienia okultyzmu ze złem i ten przesąd przetrwał do dziś.

– No tak. – Chłopak się zgarbił.

Mimo to podczas wiosennych zajęć Langdon dostrzegł go w pierwszym rzędzie wśród pięciuset studentów Harvardu, którzy zapełnili Sanders Theatre, starą, ziejącą pustką salę wykładową o trzeszczących drewnianych ławach.

– Witam państwa! – krzyknął z rozległej sceny, a następnie włączył rzutnik i na ekranie za jego plecami ukazał się obraz. – Skoro usadowiliście się już wygodnie, powiedzcie, kto z was rozpoznaje budynek widoczny na zdjęciu?

– Kapitol! – odpowiedział chórek głosów. – To Waszyngton!

– Prawidłowa odpowiedź. Stalowa konstrukcja kopuły waży prawie pięć tysięcy ton. To niezrównane dzieło architektoniczne pochodzi z lat pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku.

– Niesamowite! – wykrzyknął jeden ze słuchaczy.

Langdon przewrócił oczami, żałując, że nikt nie zakazał używania tego słowa.

– Kto z państwa był w Waszyngtonie?

W górę uniosło się kilkanaście rąk.

– Tak niewiele? – udał zdumienie Langdon. – A ile osób było w Rzymie, Paryżu, Madrycie lub Londynie?

W górę poszybowały niemal wszystkie ręce.

Jak zwykle.

Jednym z obrzędów przejścia, który był udziałem wszystkich amerykańskich dzieciaków uczęszczających do college’u, było wyruszenie w podróż po Europie z biletem Eurorail w kieszeni, zanim na dobre ich życiem zacznie rządzić twarda rzeczywistość.

– Wygląda na to, że więcej osób odwiedziło Europę niż stolicę własnego kraju. Co, państwa zdaniem, jest tego przyczyną?

– W Europie nie zakazuje się młodzieży picia! – rzucił ktoś z tylnego rzędu.

Langdon się uśmiechnął.

– Czy zakazy obowiązujące w Ameryce powstrzymały kogoś z was?

Sala wybuchnęła śmiechem.

Był to pierwszy dzień nowego semestru, więc studenci potrzebowali więcej czasu, by usiąść wygodnie, i nie przestawali się wiercić na skrzypiących drewnianych ławach. Langdon lubił wykładać w tej sali, bo po odgłosach skrzypienia zawsze potrafił się zorientować, czy udało mu się przyciągnąć uwagę słuchaczy.

– Poważnie mówiąc, Waszyngton może się poszczycić jednymi z najwspanialszych dzieł architektury, sztuki i symboliki na świecie. Dlaczego wyjeżdżacie do Europy, skoro nie odwiedziliście własnej stolicy?

– Starożytne budowle są fajniejsze – zasugerował jakiś student.

– Rozumiem, że przez starożytne budowle rozumieją państwo zamki, grobowce, świątynie i tego typu rzeczy?

Studenci pokiwali głowami.

– Rozumiem. A gdybym wam powiedział, że w Waszyngtonie można znaleźć to wszystko? Zamki, grobowce, piramidy i świątynie... że wszystko to mamy u siebie?

Skrzypienie ławek ucichło.

– Drodzy przyjaciele – Langdon ściszył głos i podszedł do krawędzi podestu – w ciągu następnej godziny dowiecie się, że nasz kraj jest pełen sekretów i ma tajemną historię. Dowiecie się też, że podobnie jak w Europie, największe sekrety znajdują się tuż przed waszymi nosami.

Drewniane ławy nie wydały ani jednego skrzypnięcia.

Mam was!

Langdon zgasił światło i pokazał kolejne zdjęcie.

– Kto wie, co na tym zdjęciu robi Jerzy Waszyngton?

Slajd przedstawiał słynny fresk ukazujący Waszyngtona w pełnym masońskim stroju, stojącego przed dziwnym urządzeniem – ogromnym drewnianym trójnogiem, wspierającym konstrukcję z lin i bloczków, na której zawieszony był duży kamienny blok. Wokół zgromadziła się grupa elegancko ubranych widzów.

– Podnosi duży kamienny blok? – podsunął ktoś.

Langdon nie zareagował, woląc, aby student sam się poprawił.

– Myślę, że Waszyngton opuszcza ten kamień. Ma na sobie strój masoński. Widziałem ryciny przedstawiające masonów kładących kamień węgielny. Podczas rytuału zwykle używano do tego trójnoga.

– Bardzo dobrze – pochwalił go Langdon. – Fresk przedstawia Ojców Założycieli naszego kraju, używających trójnoga i bloków, by położyć kamień węgielny pod gmach Kapitolu. Wydarzenie to miało miejsce osiemnastego września tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, między jedenastą piętnaście a dwunastą trzydzieści. – Langdon przerwał, przyglądając się uważnie słuchaczom. – Czy ktoś z państwa może mi powiedzieć, jakie znaczenie miała w tym przypadku data i godzina?

Milczenie.

– A jeśli powiem państwu, że ten czas został precyzyjnie ustalony przez trzech słynnych masonów: Jerzego Waszyngtona, Beniamina Franklina i Pierre’a L’Enfanta, głównego architekta miasta?

Nadal wszyscy milczeli.

– To proste. Kamień węgielny położono tego dnia, o tej godzinie między innymi dlatego, że pomyślna Caput Draconis[7] weszła wówczas w znak Panny.

Studenci wymienili niepewne spojrzenia.

– Ma pan na myśli... astrologię? – zapytał jeden z nich.

– Dokładnie, chociaż nieco inną od obecnej.

Ktoś podniósł rękę.

– Chce pan powiedzieć, że Ojcowie Założyciele wierzyli w astrologię?

Langdon się uśmiechnął.

– Właśnie. Co by państwo powiedzieli, gdybym stwierdził, że Waszyngton kryje w swojej architekturze więcej astrologicznych symboli niż jakiekolwiek inne miasto na świecie? Mam na myśli znaki zodiaku, tablice gwiazd, kamienie węgielne położone w porze precyzyjnie określonej przez astrologię. Ponad połowa twórców naszej konstytucji była masonami, ludźmi przekonanymi, że gwiazdy i przeznaczenie są ze sobą nierozerwalnie splecione. Ludźmi, którzy tworząc nowy świat, uważnie śledzili to, co dzieje się na niebie.

– Jakie znaczenie ma fakt, że kamień węgielny Kapitolu położono, gdy Caput Draconis był w znaku Panny? Czy nie mógł to być zwykły zbieg okoliczności?

– Byłby to zaiste niezwykły zbieg okoliczności, zważywszy na to, że kamienie węgielne trzech gmachów tworzących „Trójkąt Federalny”: Kapitol, Biały Dom i pomnik Waszyngtona, położono w różnych latach, lecz w identycznej sytuacji astrologicznej.

Studenci patrzyli na niego wytrzeszczonymi oczami. Kilku opuściło głowy, gorączkowo coś notując.

Ktoś podniósł rękę.

– Dlaczego to robili?

Langdon zachichotał.

– Odpowiedź poznamy podczas zajęć trwających cały semestr. Jeśli was to ciekawi, powinniście zapisać się na moje zajęcia poświęcone mistycyzmowi, choć szczerze mówiąc, nie sądzę, abyście byli do tego emocjonalnie przygotowani.

– Co?! – wykrzyknął jeden ze studentów. – Proszę nas wypróbować!

Langdon udał, że się zastanawia, po czym pokręcił głową, drocząc się z nimi.

– Wybaczcie, ale nie mogę tego zrobić. Niektórzy z was są dopiero na pierwszym roku. Obawiam się, że mógłbym wam pomieszać w głowach.

– Proszę powiedzieć! – zawołali jednym głosem.

Langdon wzruszył ramionami.

– Może powinniście wstąpić do loży masońskiej lub Zakonu Gwiazdy Wschodu i dowiedzieć się tego u źródła?

– Nie możemy! – zaoponował jakiś chłopak. – Masoni to tajne bractwo!

– Tajne? Czyżby? – Langdon przypomniał sobie duży pierścień masoński, który jego przyjaciel, Peter Solomon, nosił dumnie na palcu prawej ręki. – Dlaczego więc masoni noszą rzucające się w oczy masońskie pierścienie lub spinki do krawatów? Dlaczego masońskie gmachy są tak wyraźnie oznaczone? Dlaczego masoni ogłaszają godziny swoich spotkań w gazetach? – Uśmiechnął się, patrząc na zdumione twarze. – Drodzy przyjaciele, masoni nie są tajnym stowarzyszeniem... są stowarzyszeniem, które ma swoje tajemnice.

– Na jedno wychodzi – mruknął ktoś.

– Naprawdę? – rzucił wyzywająco Langdon. – Czy uznałby pan koncern produkujący coca-colę za tajne bractwo?

– Pewnie, że nie.

– Czego by się pan dowiedział, gdyby zapukał do drzwi dyrekcji koncernu i poprosił o recepturę classic coke?

– Nic by mi nie powiedzieli.

– Dokładnie. Aby poznać najgłębsze tajemnice koncernu Coca-Cola, musiałby pan podjąć tam pracę, wykonywać ją przez wiele lat, dowieść, że jest godny zaufania, i w końcu awansować do najwyższego eszelonu. Wtedy może zdradziliby panu jakiś sekret. Byłby pan również zmuszony do oświadczenia, że nikomu o tym nie powie.

– Sugeruje pan, że masoni działają podobnie jak wielkie korporacje?

– Są do nich podobni pod względem porządku hierarchicznego oraz tego, że poważnie traktują swoje tajemnice.

– Mój wujek jest masonem! – wyrwało się jakiejś dziewczynie. – Ciotka nienawidzi masonów, bo wuj nie chce z nią o tym rozmawiać. Twierdzi, że masoni to wyznawcy jakiejś dziwnej religii.

– To powszechne błędne przekonanie.

– Wolnomularstwo nie jest religią?

– Możecie to państwo sprawdzić za pomocą papierka lakmusowego – zaproponował Langdon. – Kto brał udział w zajęciach profesora Witherspoona z religioznawstwa porównawczego?

Podniosło się kilka rąk.

– Znakomicie. Proszę mi powiedzieć, jakie trzy warunki musi spełnić ideologia, aby mogła zostać uznana za religię?

– OWN – zgłosiła się jedna ze studentek. – Obiecuje, wierzy, nawraca.

– Bardzo dobrze – pochwalił ją Langdon. – Religie obiecują zbawienie, nakazują wiarę w określone dogmaty i nawracają niewierzących. Masoni przegrywają w tej dyscyplinie zero do trzech. Nie obiecują zbawienia, nie trzymają się żadnej doktryny teologicznej i nie starają się nikogo nawracać. Co więcej, w lożach masońskich nie można dyskutować o religii.

– Czy masoneria jest... antyreligijna?

– Wręcz przeciwnie. Jednym z warunków, które trzeba spełnić, żeby zostać masonem, jest wiara w jakąś nadrzędną siłę. Tym, co odróżnia masonerię od zorganizowanych religii, jest nienarzucanie konkretnej definicji lub imienia tej siły. Zamiast określonych, zdefiniowanych teologicznie postaci Boga, Allaha lub Jezusa, masoni posługują się ogólnymi określeniami w rodzaju Najwyższa Istota lub Wielki Budowniczy Wszechświata. Dzięki temu masoni wyznający różne religie mogą się ze sobą porozumieć.

– Wydaje się to trochę naciągane – stwierdził jeden ze studentów.

– A może odświeżające, otwierające nowe horyzonty? – podsunął Langdon. – W czasach, gdy ludzie różnych kultur zabijają się i kłócą o to, która definicja Boga jest najlepsza, można uznać, że masońska tradycja nawołująca do tolerancji i otwartości jest godna polecenia. – Langdon zaczął spacerować po scenie. – Co więcej, masoni są otwarci na ludzi wszystkich ras, kolorów skóry i wyznań. Stanowią duchowe bractwo, które nikogo nie dyskryminuje.

– Nie dyskryminuje? – zdziwiła się członkini uniwersyteckiego Stowarzyszenia Kobiet, wstając z miejsca. – Ile kobiet należy do lóż masońskich, profesorze Langdon?

Podniósł ręce, udając, że się poddaje.

– Dobre pytanie. Korzenie ruchu masońskiego sięgają gildii wolnomularskich w Europie, co zadecydowało o tym, że jego członkami byli tylko mężczyźni. Kilkaset lat temu, zdaniem niektórych w roku tysiąc siedemset trzecim, powstała kobieca loża masońska, Gwiazda Wschodu. Obecnie liczy ona ponad milion członkiń.

– A jednak masoneria to wpływowa organizacja, do której kobiety nie mają wstępu!

Langdon nie był pewny, jak daleko sięgają rzeczywiste wpływy masonów, więc nie zamierzał ciągnąć tego wątku. Współczesny świat postrzegał wolnomularzy jako grupę nieszkodliwych starców, którzy lubią się przebierać, lub tajną kabalistyczną organizację rządzącą światem. Bez wątpienia prawda leży pośrodku.

– Profesorze Langdon! – odezwała się dziewczyna z kręconymi włosami siedząca w jednym z tylnych rzędów. – Jeśli masoni nie są tajnym bractwem, korporacją ani religią, to czym są?

– Gdyby zadała pani to pytanie masonowi, odpowiedziałby, że wolnomularstwo to system moralny ukryty za zasłoną alegorii i dostarczający przykładów pod postacią symboli.

– Czy nie jest to eufemistyczne określenie „dziwacznej sekty”?

– Powiedziała pani „dziwacznej”?

– Nie przesłyszał się pan! – powiedziała głośno, wstając. – Słyszałam, co wyprawiają podczas swoich tajemnych zgromadzeń! O upiornych rytuałach przy świecach, z trumnami, stryczkami i piciem wina z ludzkich czaszek. Jak inaczej to nazwać?!

Langdon rozejrzał się po sali.

– Czy państwo też uważają to za dziwaczne?

– Tak! – zakrzyknęli studenci jak jeden mąż.

Westchnął z udawanym smutkiem.

– Kiepska sprawa. Jeśli takie rytuały wydają wam się dziwaczne, nigdy nie wstąpicie do mojej sekty.

W sali zapadła cisza. Studentka ze Stowarzyszenia Kobiet spojrzała na niego niepewnie.

– Jest pan członkiem jakiejś sekty? – spytała.

Langdon skinął głową i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu.

– Proszę nikomu nie mówić, że w dzień, gdy poganie oddawali cześć bogu Ra, klękam u stóp starożytnego narzędzia tortur i spożywam rytualne symbole ciała i krwi.

Studenci spojrzeli po sobie przerażeni.

Langdon wzruszył ramionami.

– Jeśli ktoś chce się przyłączyć, proszę przyjść w niedzielę do kaplicy uniwersyteckiej. Uklękniemy przed krucyfiksem i przyjmiemy eucharystię.

W sali nadal było cicho.

Langdon mrugnął porozumiewawczo do słuchaczy.

– Otwórzcie umysły, drodzy przyjaciele. Wszyscy boimy się tego, czego nie rozumiemy.

W korytarzach Kapitolu rozległo się bicie zegara.

Dziewiętnasta.

Robert Langdon zaczął biec.

Tylko mi nie mówcie o efektownym wejściu.

Przebiegł przez łącznik, dostrzegł wejście do Statuary Hall i ruszył w tamtą stronę.

W pobliżu drzwi zwolnił do nonszalanckiego chodu i odetchnął głęboko kilka razy. Zapiął marynarkę i lekko uniósł głowę, skręcając za róg, gdy zegar odezwał się po raz ostatni.

Pora na przedstawienie.

Wchodząc swobodnym krokiem do National Statuary Hall, profesor Robert Langdon podniósł głowę i się uśmiechnął. Po chwili uśmiech znikł z jego twarzy. Stanął jak wryty.

Coś było nie tak. I to bardzo.

[7] Caput Draconis (łac.) – „głowa smoka”, jedna z nazw węzłów księżycowych, punktów przecięcia orbity księżyca z płaszczyzną ekliptyki.

Rozdział 7

Katherine Solomon biegła przez parking w strugach zimnego deszczu, żałując, że nie włożyła dżinsów i kaszmirowego swetra. Gdy zbliżyła się do głównego wejścia, odgłos gigantycznych urządzeń oczyszczających powietrze się nasilił. Prawie nie słyszała hałasu, bo w uszach wciąż brzmiało to, co powiedział jej rozmówca:

„O tym, co zdaniem twojego brata ukryto gdzieś w Waszyngtonie... Myślę, że możemy to odnaleźć”.

Nie mogła uwierzyć. Mieli jeszcze dużo do omówienia. Zgodził się na spotkanie wieczorem.

Dotarła do drzwi, czując takie samo podniecenie, jakie ogarniało ją zawsze, gdy wchodziła do tego ogromnego gmachu. „Nikt nie wie, gdzie to się znajduje”.

Tabliczka na drzwiach informowała:

SMITHSONIAN MUSEUM SUPPORT CENTER

(SMSC)

Instytut Smithsoniański, oprócz ponad tuzina dużych muzeów na terenie parku National Mall, posiadał tak ogromne zbiory, że wystawiano zaledwie dwa procent z nich. Pozostałe dziewięćdziesiąt osiem trzeba było gdzieś przechowywać. Wszystkie zgromadzono właśnie tutaj.

Nic dziwnego, że w gmachu znajdowała się zdumiewająca kolekcja eksponatów – od gigantycznych posągów Buddy po ręcznie kopiowane kodeksy, zatrute strzały z Nowej Gwinei, inkrustowane szlachetnymi kamieniami noże i kajaki z fiszbinów wieloryba. Równie zadziwiające były eksponaty przyrodnicze: szkielety plezjozaurów, bezcenna kolekcja meteorytów, ogromna kałamarnica, a nawet kolekcja czaszek słoni, przywieziona z Afryki przez Teddy’ego Roosevelta.

Żadna z tych rzeczy nie była jednak powodem, dla którego sekretarz Instytutu Smithsoniańskiego, Peter Solomon, przyprowadził tutaj siostrę trzy lata temu. Ściągnął ją nie po to, by pokazywać cuda nauki, lecz by je tworzyć. Właśnie tym zajmowała się Katherine.

W głębi gmachu, w mroku najbardziej odległych zakamarków, znajdowało się małe laboratorium naukowe, jakiego nie było nigdzie indziej na świecie. Przełom, którego Katherine dokonała niedawno w dziedzinie noetyki, miał konsekwencje dla wszystkich nauk – od fizyki po historię, od filozofii po religioznawstwo.

Na widok Katherine recepcjonista wyłączył radio i zdjął słuchawki z uszu.

– Witam, panno Solomon! – uśmiechnął się szeroko.

– Redskinsi już grają?

Rozpromienił się, spoglądając na nią wzrokiem winowajcy.

– Transmitują przedmecz.

Uśmiechnęła się.

– Nie zorientowałabym się. – Podeszła do bramki i opróżniła kieszenie. Zsuwając z przegubu złotego cartiera, poczuła znajomą falę smutku. Dostała go od matki na osiemnaste urodziny. Minęło prawie dziesięć lat od czasu, gdy umarła... Zgasła w ramionach Katherine.

– Panno Solomon, powie pani wreszcie, co pani tam robi? – zagadnął żartobliwie strażnik.

Podniosła głowę.

– Pewnego dnia, Kyle, lecz nie dziś wieczorem.

– Śmiało. Tajne laboratorium w tajnym muzeum? To musi być coś naprawdę super.

Nawet sobie nie wyobrażasz – pomyślała Katherine, zbierając swoje rzeczy. W rzeczywistości zajmowała się tak zaawansowanymi badaniami, że przestały przypominać tradycyjną naukę.

Rozdział 8

Robert Langdon zamarł w drzwiach Statuary Hall zdumiony tym, co zobaczył. Sala była dokładnie taka, jak ją zapamiętał – zbudowana na planie półokręgu, w stylu greckiego amfiteatru. Łukowate ściany z piaskowca pokryte włoskim tynkiem przedzielały różnobarwne marmurowe kolumny, między którymi umieszczono posągi przedstawiające bohaterów narodu – naturalnej wielkości postacie trzydziestu ośmiu wielkich Amerykanów, stojące w półokręgu na posadzce wyłożonej czarnymi i białymi kamiennymi płytami.

Właśnie taki obraz zachował w pamięci, kiedy był tu na jakimś wykładzie.

Teraz na sali nie było żadnych krzeseł. Nie zauważył też publiczności ani Petera Solomona, a tylko garstkę turystów wałęsających się bez celu, nieświadomych jego efektownego wejścia. Może Peterowi chodziło o Rotundę? Spojrzał w kierunku południowego korytarza, gdzie znajdowała się wspomniana sala, lecz tam również byli tylko zwiedzający.

Echo uderzeń zegara przebrzmiało. Spóźnił się.

Wybiegł na korytarz i odszukał przewodnika.

– Przepraszam, gdzie odbywa się odczyt zorganizowany przez Instytut Smithsoniański? W której sali?

Mężczyzna się zawahał.

– Nie jestem pewien. O której godzinie miał się rozpocząć?

– Przed chwilą.

Przewodnik pokręcił głową.

– Nie słyszałem, aby Instytut Smithsoniański organizował tu odczyt dziś wieczorem. Z pewnością nie w tym gmachu.

Zdumiony Langdon pobiegł na środek sali i rozejrzał się wokół. Czyżby Solomon zrobił mi kawał? Nie mógł w to uwierzyć. Wyjął komórkę i wydruk faksu, który otrzymał tego ranka, a następnie wykręcił numer Petera.

Telefon potrzebował chwili, by złapać zasięg w tym ogromnym gmachu. W końcu rozległ się sygnał.

– Biuro Petera Solomona, mówi Anthony, czym mogę służyć? – odezwał się ktoś mówiący z południowym akcentem.

– Anthony! – wykrzyknął z ulgą Langdon. – Całe szczęście, że jesteś w biurze. Mówi Robert Langdon. Doszło do jakiegoś nieporozumienia w sprawie wykładu. Jestem w Statuary Hall, lecz oprócz mnie nie ma tu nikogo. Czy przeniesiono imprezę do innej sali?

– Nie sądzę, proszę pana. Zaraz sprawdzę. – W słuchawce na chwilę zapadła cisza. – Czy uzgodnił pan wszystko z panem Solomonem?

Langdon był zdezorientowany.

– Nie, uzgodniłem to z tobą, Anthony. Dziś rano.

– Fakt, przypominam sobie. – Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko trzaski. – Nie uważa pan, że postąpił nierozważnie, profesorze?

Langdon przeszedł w tryb najwyższej czujności.

– Przepraszam, ale nie rozumiem...

– Proszę pomyśleć... – ciągnął mężczyzna – dostał pan faks, w którym proszono pana o skontaktowanie się z podanym numerem. Uczynił to pan i odbył rozmowę z nieznajomym, który podał się za asystenta Petera Solomona. Później z własnej nieprzymuszonej woli wsiadł pan do prywatnego samolotu, przyleciał do Waszyngtonu i wskoczył do oczekującego samochodu. Czy tak?

Langdon poczuł ciarki na plecach.

– Kim jesteś, do diabła? Gdzie jest Peter?

– Obawiam się, że Peter Solomon nie ma pojęcia, iż jest pan dziś w Waszyngtonie. – Głos z południowym akcentem zamilkł, a zamiast niego odezwał się inny, głębszy i melodyjny.

– Jest pan tu, panie Langdon, bo ja tego chciałem.

Rozdział 9

Robert Langdon przycisnął komórkę do ucha, krążąc po Statuary Hall.

– Kim pan jest, do cholery?!

W odpowiedzi usłyszał cichy, spokojny szept:

– Proszę się nie denerwować, profesorze. Został pan wezwany z ważnego powodu.

– Wezwany?! – Langdon poczuł się jak zwierzę w klatce. – A może uprowadzony?

– Skądże znowu. – Głos nieznajomego był bardzo spokojny. – Gdybym chciał zrobić panu krzywdę, leżałby pan martwy w limuzynie Town Car. – Urwał na krótką chwilę. – Moje intencje są czyste, zapewniam pana. Chciałbym dokądś pana zaprosić.

Serdeczne dzięki.

Od czasu przygody w Europie kilka lat temu Langdon, chcąc nie chcąc, stał się sławą przyciągającą jak magnes różnego rodzaju szaleńców. Ten tutaj przekroczył wszystkie dopuszczalne granice.

– Niech pan posłucha, nie wiem, co się tu dzieje, i nie mam zamiaru kontynuować tej rozmowy...

– To bardzo nierozsądne z pana strony. Nie dostanie pan kolejnej szansy ocalenia duszy Petera Solomona.

Langdon odetchnął głęboko.