Zaginiony footbalista. The Adventure of the Missing Three-Quarter - Arthur Conan Doyle - ebook
Opis

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

W przeddzień meczu piłkarskiego zaginął prawy skrzydłowy Godfrey Staunton. Kapitan drużyny posądza drużynę przeciwnika o porwanie w celu wpłynięcia na wynik rozgrywek. Wuj sportowca lord Mount-James jest bogaty, lecz bardzo skąpy, zatem porwanie dla okupu można wykluczyć. Holmes i doktor Watson wyruszają do hotelu, w którym ostatni raz widziano Stauntona. Według portiera piłkarz opuścił hotel w pośpiechu, po otrzymaniu listu, przed wyjściem wysłał do kogoś inny list. Na poczcie Holmes zdobywa wiadomość, że list skierowany był do sławnego lekarza, dr. Armstronga. Jest to dziwne, gdyż Staunton znany był zawsze z dobrego zdrowia. (za Wikipedią).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 73

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Arthur Conan Doyle

 

Zaginiony footbalista

The Adventure of the Missing Three-Quarter

 

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

przekład anonimowy 

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Sidney Edward Paget (1860-1908), Ilustracja opowiadania A.C.Doyle’a The Adventure of the Missing Three-Quarter (1892), licencjapublic domain, źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/File:The_Adventure_of_the_Missing_Three-Quarter_05.jpg

 

Tekst polski według edycji z roku 1925.

Tekst angielski z roku 1904.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-635-4 

 

 

 

Zaginiony footbalista

Byliśmy przyzwyczajeni do otrzymywania zagadkowych telegramów. Ale jeden z nich szczególnie utkwił mi w pamięci, gdyż wprowadził Holmesa w pewne zakłopotanie. Było to jednego ponurego poranka w lutym, przed jakimi ośmiu laty. Telegram adresowany był do niego i brzmiał.

„Proszę mnie oczekiwać. Straszne nieszczęście. Zginął najważniejszy człowiek; jutro niezbędny“. –

 Overton.

– Ma zwyczajną pieczątkę i nadany jest o godzinie dziesiątej, minut trzydzieści sześć rzekł mój przyjaciel – przeczytawszy go kilkakrotnie.

– Pan Overton był widocznie bardzo zmięszany, gdy go wysyłał. No, spodziewam się, że sam zaraz tu przybędzie, a wtedy dowiemy się wszystkiego. Tymczasem przeglądnę „Times“. W tych nudnych czasach przyjąłbym chętnie i najmniejszą sprawę.

Rzeczywiście, już oddawna nie mieliśmy żadnego odpowiedniego zajęcia. A ja obawiałem się tych okresów bezczynności. Przyjaciel mój miał bowiem usposobienie tak czynne, że brak pracy stawał się dla niego niebezpiecznym. W ciągu lat, powoli, odzwyczaiłem go od używania środków narkotycznych, które o mało go całkiem nie zniszczyły. Wiedziałem wprawdzie, że w zwykłych warunkach nie odczuwa potrzeby tych niebezpiecznych trucizn; lecz nieprzyjaciel nie zginął: był tylko uśpiony, l wiedziałem też z doświadczenia, że ten sen nie był głęboki, a przebudzenie było bardzo bliskie w okresie bezczynności. Wtedy malowało się wielkie przygnębienie na tej ascetycznej twarzy, a jego niezgłębione oczy patrzały przed siebie w tępem zamyśleniu. To też błogosławiłem owego pana Overtona, kimkolwiek był, ponieważ swem dziwacznem zawiadomieniem przerwał tę niepokojącą ciszę, która była dla przyjaciela niebezpieczniejsza, niż wszystkie burze jego ruchliwego życia.

Nadawca depeszy nie długo dał na siebie czekać. Pan Cyryl Overton z Trinity College w Cambridge był młodym człowiekiem olbrzymiego wzrostu. Kościec miał ogromny, a muszkuły do tego odpowiednie. Jego szerokie bary wypełniły całkiem nasze drzwi. Przytem miał ładną i sympatyczną twarz, na której jednak teraz na pierwszy rzut oka widać było niepokój.

– Pan Sherlock Holmes?

Mój przyjaciel skłonił się.

– Przyjeżdżam właśnie ze Scotland Yard, panie Holmes. Mówiłem z inspektorem Hopkinsem. Radził mi zwrócić się do pana. Powiedział, że jego zdaniem, wypadek ten nadaje się raczej dla pana niż dla rządowej policji. Gdyby mi pan mógł pomóc... Jestem w fatalnem położeniu...

– Proszę siadać i opowiedzieć, o co idzie.

– To straszne, panie Holmes, to wprost straszne! Dziwię się, że mi jeszcze włosy nie posiwiały. Godfrey Staunton – słyszał pan o nim, naturalnie? Cała partja na nim stoi. Wolałbym stracić trzech innych zamiast niego. Żaden nie może się z nim równać. On jest głównym graczem i prowadzi cały atak. Cóż ja teraz zrobię? Proszę mi poradzić panie Holmes. Mamy wprawdzie jeszcze Moorhouse’a, pierwszego z rezerwy, ale ten ma tylko połowę trainingu. Ma nawet dobrą nogę, ale brak mu potrzebnej rozwagi. Ach, Morton, albo Johnson, ci sławni footbaliści oxfordcy, pobiliby go na głowę. A Stevenson byłby dość dobry, ale jest niezbędny na swojem obecnem stanowisku. Tak, panie Holmes, jesteśmy zgubieni, jeśli pan nam nie pomoże odszukać Godfreya Stauntona.

Holmes z zainteresowaniem słuchał Overtona. Widocznie bawiły go nadzwyczajne przejęcie i powaga mówiącego, jakoteż podkreślenie każdego poszczególnego punktu przez potężne uderzanie się w kolano.

Gdy gość nasz skończył opowiadanie, Holmes zdjął z półki tom leksykonu, który sam sobie ułożył. Szukał pod literą S. Pierwszy raz w życiu szukał napróżno w tem wyczerpującem dziele.

– Mam tu Artura H. Stauntona, obiecującego fałszerza pieniędzy – rzekł – Henryka Stauntona, którego zaprowadziłem na szubienicę, ale Godfrey Staunton... tego imienia nie znam. Kim i czem jest ten pan Staunton?

Teraz klient nasz zrobił zdziwioną minę.

– Ależ panie Holmes, myślałem, że pan wie wszystko! Jeśli pan nigdy nie słyszał o Godfreyu Stauntonie, to pan może nie zna i Cyrila Overtona?

Holmes z uśmiechem potrząsnął głową.

– Niesłychane – zawołał atleta. – Wszak ja byłem pierwszym zwycięzcą Anglji przeciw Walji i od roku jestem przewodniczącym akademickiego klubu footbalistów! Ale to nic, wobec Godfreya Stauntona, zwycięzcy z Cambridge, Blackheat i pięciu międzynarodowych matchów foodbalowych Boże drogi! Panie Holmes, gdzież pan właściwie żyje?

Holmes śmiał się z dziecinnego zdumienia młodego sportowca.

– Pan żyjesz w całkiem innym świecie niż ja, panie Overton. W przyjemniejszej i zdrowszej atmosferze. Mam stosunki w różnych sferach, ale mogę powiedzieć, że na szczęście nie w kołach miłośników sportu. Jest to dobry i zdrowy objaw siły wewnętrznej naszego narodu. Lecz pańskie niespodziane odwiedziny wskazują, że i w tym niezepsutym świecie możecie znaleźć zajęcie dla mnie. A więc proszę bardzo, mój kochany panie, niech mi pan teraz powoli, z zupełnym spokojem przedstawi cały stan rzeczy. I proszę mi powiedzieć, w czem mógłbym panu być pomocnym. Pańskie dotychczasowe opowiadanie jest trochę niejasne.

Pan Overton należał do ludzi, którzy lepiej umieją posługiwać się muszkułami niż mózgiem. Zrobił trochę zakłopotaną minę, ale powoli, niejasno i często się powtarzając, wydobył ze siebie, co następuje:

– Sprawa jest taka, jak pan słyszy, panie Holmes. Powiedziałem: jestem prezesem klubu footbalistów w mieście uniwersyteckiem, Cambridge, a Godfrey Staunton jest moim najlepszym graczem. Jutro gramy przeciw Oxfordowi i to tu w Londynie. Wczoraj przyjechaliśmy wszyscy i zamieszkaliśmy w hotelu Bentleya. O dziesiątej skontrolowałem, czy wszyscy członkowie udali się na spoczynek, bo uważam, że przed matchem gracze muszą się porządnie wyspać. Zamieniłem jeszcze parę słów z Godfreyem, zanim się położył do łóżka. Blady był i zdenerwowany. Pytałem go, co mu dolega. Powiedział, że nic wielkiego – głowa go trochę boli. Pożegnałem go i wyszedłem. Ale Godfrey bardzo mi się nie podobał.

Jeśli się ktoś źle czuje, a właśnie powinien skupić wszystkie siły, zwłaszcza, gdy jest główną osobą w grze – to cała sprawa może wziąć kiepski obrót dla drużyny z Cambridge. Pół godziny później powiedział mi portjer, że jakiś człowiek z rozwichrzoną brodą przyniósł list do Stauntona i czeka na dole.

Ponieważ jeszcze nie spał, zaniesiono mu ten list do pokoju. Godfrey przeczytał i padł na krzesło, jakby piorunem rażony. Portjer tak się przestraszył, że chciał lecieć po mnie, ale Godfrey go zatrzymał, poprosił o szklankę wody, a potem wstał. Zeszedł na dół, zamienił kilka słów z oddawcą listu i z nim razem odszedł. Gdy portjer spojrzał za nimi po raz ostatni, gonili ulicą na dół. Dziś rano pokój Godfreya był pusty, łóżko nienaruszone a wszystkie rzeczy leżały jeszcze tak, jak wczoraj wieczorem. Odszedł z nieznajomym, otrzymawszy jakąś niespodzianą wiadomość i od tej chwili nie słyszeliśmy o nim ani słowa. Nie wierzę, by jeszcze kiedy wrócił. Godfrey był wielkim miłośnikiem sportu. Nie byłby przerywał trainingu i nie opuszczałby swej drużyny w takiej chwili bez bardzo ważnego powodu. Takie mam przeczucie, że odszedł na zawsze i że go już nigdy więcej nie zobaczymy.

Holmes z wielką uwagą przysłuchiwał się temu dziwnemu opowiadaniu.

– Cóż pan potem uczynił? – zapytał na końcu.

– Telegrafowałem do Cambridge, by się do wiedzieć, czy tam o nim nie słyszeli. Odpowiedziano, że nikt go nie widział.

– Czy mógł jeszcze tego wieczora wrócić do Cambridge?

– Tak, jest jeszcze jeden nocny pociąg o kwadrans na dwunastą.

– Lecz nie przyjechał nim, o ile się pan z Cambridge dowiedziałeś?

– Nie, nikt go nie widział.

– Cóż pan później uczyniłeś?

– Depeszowałem do lorda Mount James.

Godfrey nie ma rodziców, a lord Mount-James jest jego najbliższym krewnym – jest zdaje mi się, jego wujem.

– Tak? To rzuca nowe światło na całą sprawę. Lord Mount-James jest jednym z najbogatszych ludzi w Anglji.

– Godfrey mi też o tem mówił.

– I pański przyjaciel był rzeczywiście tak blisko z nim spokrewniony?

– Tak, był jego spadkobiercą. A lord jest bliski ośmdziesiątki i oprócz tego ma silny artretyzm. Lecz Godfreyowi nie dawał ani halerza; jest strasznie skąpy. Ale po jego śmierci przecież wszystko przypadnie Godfreyowi.

– Czy otrzymał pan odpowiedź od lorda Mount-James.

– Nie.

– Z jakiego powodu miałby się pański przyjaciel udawać do lorda Mount-James?

– No, coś go gnębiło. To były troski materjalne. Możliwe, że i prosił o pomoc swego najbliższego bogatego krewnego, choć bardzo wątpię, czy udałoby mu się coś z niego wydobyć. Godfrey nie lubił starego. Nie byłby się zwrócił do niego, gdyby koniecznie nie był musiał.

– To można łatwo stwierdzić. Jeśli pański przyjaciel jest u swego wuja lorda Mount-James, będzie można wkrótce wyjaśnić, co znaczyła wizyta tego człowieka z rozwichrzoną brodą i dlaczego ów list zrobił na nim takie wrażenie.

Overton ścisnął głowę rękami i rzekł:

– Nic z tego nie rozumiem! To nieszczęście doprowadzi mnie jeszcze do pomieszania zmysłów.

– Ja dziś nie mam nic innego do czynienia i chętnie zajmę się pańską sprawą – rzekł Holmes, chcąc go uspokoić. – Radzę panu na wszelki wypadek urządzić match bez względu na owego młodego pana. Sam pan powiadasz, że tylko bardzo ważne przyczyny mogły go zmusić do odejścia w tych warunkach. Kto wie, czy te same ważne przyczyny nie zatrzymają go dłużej i nie będzie mógł na czas wrócić? Chodźmy razem do hotelu. Może dowiemy się czego nowego od portjera.

Holmes