Zaginiony - C.L. Taylor - ebook
Opis

Kochacie swoją rodzinę. Czujecie się dzięki niej bezpieczni. Ufacie jej. Pytanie jednak, czy dobrze robicie…

Gdy piętnastoletni Billy Wilkinson znika w środku nocy, jego matka Claire obwinia siebie. Nie ona jedna zresztą. Winny czuje się każdy członek rodziny Billy’ego. Jednakże Wilkinsonowie tak nawykli do zatajania przed sobą różnych spraw, że prawda zaczyna wychodzić na jaw dopiero po pół roku, gdy apel o informacje w telewizji przynosi skutek odwrotny do zamierzonego.

Claire ma pewność co do dwu rzeczy: Billy wciąż żyje, a z jego zniknięciem nie miał nic wspólnego żaden przyjaciel ani krewny. Matczyny instynkt nigdy nie zawodzi. Czy jednak na pewno? Zdarza się, że najbliższe nam osoby najwięcej przed nami ukrywają.

Ktoś wie, co przytrafiło się Billy’emu… Gdy piętnastoletni Billy Wilkinson znika ze swego bristolskiego domu w środku nocy, winny czuje się każdy członek jego rodziny. Jednakże Wilkinsonowie tak nawykli do zatajania przed sobą różnych spraw, że prawda zaczyna wychodzić na jaw dopiero po pół roku, gdy apel o informacje w telewizji przynosi skutek odwrotny do zamierzonego.

Tymczasem stan matki Billy’ego pogarsza się: Claire znika z domu, pomieszkuje w obcych hotelach i na obcych ulicach. W torebce nosi obce sobie przedmioty. Za pierwszym razem jej lekarz składa to na karb stresu. Jednakże gdy Claire budzi się z krwią na rękach, nikt – a już najmniej sama Claire – nie potrafi wyjaśnić, co się stało. Więź matki z dzieckiem jest nierozerwalna, co jednak, gdy matka ma straszliwą tajemnicę do ukrycia?
Więź matki z dzieckiem jest nierozerwalna, co jednak gdy matka ma straszliwą tajemnicę do ukrycia?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Missing

Copyright © 2016 by C.L. Taylor

Copyright for the Polish edition © 2016 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Urszula Gardner

Redakcja: Katarzyna Kierejsza/odA-doZ.pl

Korekta: Marzena Kłos, Zofia Kozik

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: Korionov/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-144-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Książkę tę dedykuję obu moim świętej pamięci babciom:

Milbrough Griffiths i Olivii Belli Taylor.

czwartek5 lutego 2015

Jackdaw44:Chcesz się zabawić?

ICE9:Nie.

Jackdaw44:Nie chodzi o seks.

ICE9:A o co?

Jackdaw44:O zgadywankę. Nudzi mi się. Chcę się rozerwać.

ICE9:…

Jackdaw44:Biorę to za zgodę. OK. Pierwsze pytanie. Lepiej być głuchym czy ślepym?

ICE9:Rzeczywiście musisz się strasznie nudzić. Głuchym.

Jackdaw44:Lepiej utonąć w rzece czy spłonąć w pożarze?

ICE9:Ani jedno, ani drugie.

Jackdaw44:Musisz coś wybrać.

ICE9:Utonąć w rzece.

Jackdaw44:Dać się pochować czy skremować?

ICE9:Nie podoba mi się ta zabawa.

Jackdaw44:To tylko zabawa. Próbuję cię lepiej poznać.

ICE9:Dziwny sposób…

Jackdaw44:Kocham cię. Chcę wiedzieć o tobie wszystko.

ICE9:Pochować.

Jackdaw44:Okryć się niesławą czy zostać zapomnianym?

ICE9:Zostać zapomnianym.

Jackdaw44:Serio???

ICE9:Tak.

Jackdaw44:Moim zdaniem lepiej okryć się niesławą.

ICE9:Jakoś mnie to nie dziwi.

Jackdaw44:Jeśli płakać, to na moim pogrzebie czy dopiero potem?

ICE9:Co?!! Skończ z tą makabrą!

Jackdaw44:To żadna makabra. Po prostu cię przygotowuję.

ICE9:Na co?

ICE9:Hej?

ICE9:Hej, jesteś tam?

Rozdział 1

środa5 sierpnia 2015

Jak mam się ubrać, skoro czeka mnie wejrzenie w lufę obiektywu i wygłoszenie apelu, aby ktoś, ktokolwiek, zlitował się i wyjawił, gdzie podziało się moje dziecko? W bluzkę? Sweter? Zbroję?

Dziś telewizja wyemituje drugi apel. Mój syn zniknął pół roku temu. Pół roku? Aż tyle? Psycholożka, do której zwróciłam się miesiąc po zniknięciu, twierdziła, że ból będzie słabł i że już nigdy nie odczuję straty tak silnie jak tamtego pierwszego dnia.

Kłamała.

Prawie godzinę zbieram się w sobie, aby spojrzeć w sypialniane lustro bez łez w oczach. Krótka fryzurka, którą dałam sobie zrobić w ubiegłym tygodniu, nie pasuje do mojej szerokiej, kanciastej twarzy, a w dodatku oczy spoglądające spod grzywki wydają się głęboko osadzone i podkrążone. Bluzka, którą wczoraj wieczorem miałam za przyzwoitą i elegancką, nagle sprawia wrażenie szmatławej i taniej, a długa do kolan wąska spódnica opina mi nieładnie biodra. Sięgam więc po granatowe spodnie i miękki szary sweter. Chcę wypaść szykownie, ale bez przesady, poważnie, lecz nie ponuro.

Marka nie ma ze mną w sypialni. Wstał o piątej trzydzieści siedem i wymknął się po cichu za drzwi, nie zwracając uwagi na moje postękiwanie, którego powodem był budzik. Minionej nocy długo leżeliśmy w łóżku obok siebie, spięci, nie stykając się nawet skrawkiem ciała i nie odzywając ani słowem. Czekaliśmy, aż ogarnie nas sen.

Kiedy Mark wstawał, nic nie powiedziałam. Zawsze lubił zrywać się wcześnie, żeby spędzić godzinę czy coś koło tego, snując się samotnie po domu, zanim dołączy do niego reszta rodziny.

Niegdyś nasz dom aż huczał rankami, gdy Billy i Jake kłócili się o to, kto pierwszy skorzysta z łazienki, a potem włączali swoje wieże na cały regulator, aby przebrać się do wtóru głośnych dźwięków. Waliłam w ich drzwi i krzyczałam, żeby ściszyli muzykę. Mark nie lubi hałasu. Jako przedstawiciel handlowy koncernu farmaceutycznego spędza wiele godzin za kółkiem, przemieszczając się od miasta do miasta, jednakże zawsze towarzyszy mu cisza – żadnej muzyki, żadnych audiobooków ani radia.

– Mark? – Jest wpół do ósmej, kiedy człapię boso do kuchni, uważnie omijając utłuczoną płytkę koło lodówki, aby nie zaciągnąć sobie rajstop. Trzy lata temu Billy otworzył lodówkę, z której wypadła butelka wina, wyszczerbiając dopiero co położone przez Marka płytki podłogowe. Wzięłam wtedy winę na siebie. – Mark?

Czajnik jest wciąż gorący, ale nigdzie nie widać mojego męża. Zaglądam do salonu, ale tam także go nie ma. Wracam więc do kuchni i otwieram tylne drzwi, które prowadzą na podjazd obok domu. Widzę, że garaż jest otwarty. Ze środka dobiega warkot uruchamianej kosiarki.

– Mark? – Wsuwam stopy w porzucone przy wycieraczce trampki Jake’a, rozmiar czterdzieści cztery, i ruchem ślizgowym pokonuję podjazd w stronę garażu. Jest sierpień; słońce wisi wysoko na niebie, park za ulicą przypomina eksplozję kolorów, a nasz trawnik ocieka rosą. – Chyba nie zamierzasz teraz kosić trawnika?…

Staję jak wryta tuż przed garażem. Mój wysoki, jasnowłosy mąż pochyla się nad kosiarką ubrany w swój wyjściowy granatowy garnitur – duża tłusta plama oleju zdobi jego lewą nogawkę tuż nad kolanem.

– Mark! Co ty, u diabła, wyprawiasz?

– Uruchamiam kosiarkę – odpowiada, nie podnosząc na mnie wzroku.

Następnie znów pociąga za linkę rozrusznika, na co urządzenie warczy w proteście.

– Teraz?

– Nie używałem jej od miesiąca. Zardzewieje, jeśli jej nie włączę.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

– Ale Mark… Dziś puszczą apel w sprawie Billy’ego.

– Wiem, jaki dzisiaj jest dzień. – Tym razem podnosi spojrzenie.

Policzki ma zaróżowione, a czoło zroszone potem – od krzaczastych brwi aż do cofniętej linii włosów. Przeciera skórę dłonią, którą następnie osusza o nogawkę spodni, dodając pot do tłustego oleju. Chcę na niego nakrzyczeć, że zrujnował swój najlepszy garnitur i że nie może tak się pokazać w telewizji, lecz dziś nie przystoi się kłócić. Dlatego wzdycham tylko głęboko.

– Jest wpół do ósmej – informuję. – Powinniśmy wyjść za pół godziny. Sierżant Forbes zapowiedział, że pojawi się o wpół do dziewiątej, by omówić parę spraw.

Mark prostuje się, masując sobie krzyż zaciśniętą pięścią.

– Jake jest już gotowy?

– Raczej nie. Kiedy szłam na dół, drzwi jego pokoju były zamknięte, a w środku panowała cisza.

Jake dzieli pokój ze swoją dziewczyną Kirą. Zaczęli się umawiać jeszcze w szkole, gdy mieli po szesnaście lat, i już trzeci rok są parą, przy czym mieszkają razem pod naszym dachem od półtora roku. Jake ubłagał mnie, abym pozwoliła Kirze się wprowadzić. Jej matka, zmagająca się z coraz większym problemem alkoholowym, stała się agresywna – zarówno słownie, jak i fizycznie. Zdaniem Jake’a jedyną alternatywą były przenosiny Kiry do Edynburga, do dziadka, a to by znaczyło, że już nigdy się nie zobaczą.

– Cóż, skoro nie chce mu się wstać, jedźmy bez niego – rzuca Mark. – Nie mam siły go przekonywać. Nie dziś.

Niegdyś to Billy był dla Marka rozczarowaniem. Nasz młodszy syn miał szkołę gdzieś i wychodził z założenia, że od życia należy mu się sława i majątek. W porównaniu z nim Jake był złotym dzieckiem. Uczył się pilnie, zdał śpiewająco egzamin gimnazjalny, po czym z wyróżnieniem ukończył technikum elektryczne. Obecnie odbieramy telefony dotyczące jego absencji w pracy, a nie wagarów Billy’ego.

Też nie mam siły na starcie ze starszym synem, lecz w przeciwieństwie do Marka nie mogę ot tak wzruszyć ramionami. W mediach musimy stanowić monolit. Dlatego powinniśmy wszyscy stawić się przed okiem kamery. Zjednoczona rodzina – przynajmniej z pozoru.

– Idę do domu. Wyjmę ci z szafy drugi garnitur.

Odwracając się, widzę, że Mark zdążył już pochylić się nad kosiarką.

Wracam na podjazd, szurając stopami w za dużych na mnie butach Jake’a, i sięgam dłonią do klamki tylnych drzwi.

Otwieram je i w tej samej chwili słyszę krzyk.

Rozdział 2

– Jake, dawaj to! – Pisk Kiry niesie się po schodach, po czym z pokoju na górze dolatuje huk, jakby coś albo raczej ktoś uderzył o podłogę.

Zrzucam z nóg buty Jake’a i przeskakując stopnie po dwa naraz, wbiegam na piętro i wpadam do pokoju syna, nie zatrzymawszy się, aby zapukać. Kira i Jake odskakują od siebie wśród plątaniny kończyn. Mierząca zaledwie metr pięćdziesiąt dwa dziewczyna wydaje się filigranowa w różowych figach i obcisłej białej koszulce. Jake nie ma na sobie nic oprócz bokserek, które wiszą mu nisko na biodrach. Mój syn jest tak potężnie zbudowany i dobrze umięśniony, że zdaje się wypełniać cały pokój. U jego stóp leży potłuczona butelka, z której wycieka jasnobrązowy płyn, plamiąc beżowy dywan. Obok, na gołej podłodze przy ciężarkach, walają się okruchy szkła.

– Mamo! – Jake odskakuje od Kiry, stawiając prawą stopę na rozbitej butelce. Gdy przezroczysty odłamek wbija mu się w podeszwę, wydaje z siebie przenikliwy okrzyk bólu.

– Zostaw! – wołam, ale on już zdążył wyszarpnąć szkło z ciała. Jasnoczerwona krew tryska z rany, spływając po palcach i ściekając na dywan. – Nie ruszaj się!

Pędzę do łazienki i łapię pierwszy z brzegu ręcznik. Kiedy wracam do pokoju, Jake siedzi na łóżku, jedną ręką trzymając się za kostkę, a drugą uciskając ranę na podeszwie. Spomiędzy jego palców sączy się krew. Kira, która wciąż stoi na środku pokoju, jest szara na twarzy. Stawiam ostrożnie kroki, uważając na szkło, i kucam przed Jakiem wprost na dywanie. W nozdrza uderza mnie zapach alkoholu.

– Puść – mówię.

Krzywiąc się, cofa dłoń. Rana ma może pół centymetra długości, ale jest głęboka i nadal krwawi. Owijam mu stopę ręcznikiem tak ciasno, jak się da, chcąc zahamować upływ krwi.

– Przytrzymaj. – Pokazuję, aby przycisnął obie ręce do ręcznika. – Muszę poszukać agrafki.

Chwilę później jestem z powrotem i próbuję umocować prowizoryczny opatrunek na stopie syna. Jake ma sińce pod oczami i napiętą skórę na kościach policzkowych. Najwyraźniej nie tylko Mark i ja mieliśmy kłopoty z zaśnięciem minionej nocy.

– Co się stało, Jake? – pytam ostrożnie.

Spogląda ponad moim ramieniem na Kirę, która właśnie się ubiera. Odwróciwszy się, widzę, że dziewczyna rozchyla wargi, jakby chciała coś powiedzieć, zaraz jednak spuszcza wzrok i w milczeniu wciąga dżinsy. Na dole rozlega się najpierw trzask tylnych drzwi – to Mark wchodzi do domu – a potem miarowe stukanie, gdy spaceruje w tę i z powrotem po kuchni. Jeszcze chwila i pojawi się na górze, aby zapytać, co nas zatrzymuje.

Przybliżam się do twarzy Jake’a i pociągam nosem. Jego oddech pachnie kwaśno.

– Piłeś rum, zanim weszłam?

– Mamo!

– Piłeś?

– Napiłem się trochę wieczorem, to wszystko.

– I poprawiłeś z rana. – Wyjmuję spory kawałek szkła z dywanu. Trzyma się go większa część nalepki. – Co ty, u diabła, sobie myślałeś?

– Żyję w stresie.

– Nie starczy mi na taksówkę. – Kira przerywa nam żałosnym tonem, sięgając do kieszeni i pokazując nieco drobnych na dłoni.

– Claire?! – woła z dołu Mark. – Już ósma! Musimy iść!

– Powinnam się zbierać – dodaje Kira. – Mamy uczelnianą wycieczkę do Londynu… będziemy zwiedzać Narodową Galerię Portretu… i zbiórka na dworcu jest o wpół do dziewiątej.

– W porządku, w porządku. – Gestem nakazuję jej powściągnąć panikę. – Daj mi chwilę… – Wychodzę za drzwi i krzyczę w dół schodów: – Mark?! Masz jakąś gotówkę?

– Może ze trzy funty! – odkrzykuje. – A co?

– Nic. – Wracam do pokoju. – No dobrze… Kiro, podwiozę cię na dworzec. Co zaś do ciebie, Jake… – Na ręczniku, którym obwiązałam mu stopę, nie ma śladów krwi, ale ranę i tak trzeba opatrzyć jak należy, nie wspominając o zastrzyku przeciwtężcowym. Gdyby było więcej czasu, podwiozłabym Kirę na dworzec, a potem podrzuciła Jake’a na pogotowie, ale nadłożyłabym drogi, a przecież nie mogę się spóźnić do telewizji. Dlaczego ten wypadek musiał się zdarzyć akurat dzisiaj? Podejmuję szybką decyzję. – Jake, zostań w domu i wytrzeźwiej, zabiorę cię do lekarza, kiedy wrócę. Gdybyś czegoś potrzebował, zwróć się do Liz. – Liz to nasza sąsiadka. – Dziś zaczyna pracę później.

– Nie – protestuje syn. – Pojadę z wami. Muszę być obecny na konferencji prasowej.

Z grymasem bólu podnosi się z łóżka, po czym skacze na jednej nodze i staje tuż przede mną. W przeciwieństwie do Billy’ego, który wystrzelił w górę, ledwie skończył dwanaście lat, Jake zatrzymał się na wzroście metr siedemdziesiąt sześć. Ilekroć chłopcy się kłócili, Billy zawsze musiał rzucić jakąś złośliwą uwagę na temat postury brata. Jake oczywiście brał odwet i wybuchała trzecia wojna światowa.

– Claire! – woła znowu Mark, tym razem głośniej. Wyjdzie z siebie, jeśli zobaczy, w jakim stanie jest Jake. – Claire! Forbes już tu jest! Musimy jechać.

– Nigdzie nie pojedziesz – syczę do Jake’a, kiedy Kira z przepraszającą miną przeciska się obok mnie. Rozpłaszcza się na komodzie w przedpokoju, narzuca na siebie płaszcz i zaczyna myszkować w jego kieszeniach.

– Billy to mój brat – odzywa się Jake. Rysy mu miękną i przez moment znów przypomina dziecko, którym niedawno był, zaraz jednak napina ścięgna szyi i zadziera brodę. – Nie możesz mi zabronić jechać z wami.

– Piłeś – mówię tak spokojnie, jak tylko potrafię. – Jeśli naprawdę chcesz pomóc Billy’emu, najlepsze, co możesz zrobić w tej chwili, to zostać w domu i odespać ten rum. Porozmawiamy, kiedy wrócę.

– Claire! – woła ze szczytu schodów Mark.

– Mamo… – Jake wyciąga do mnie rękę, ale ja już zdążyłam wypaść na zewnątrz. Zamykam energicznie drzwi, zanim Mark do mnie podejdzie.

– Jake jest gotowy?

– Nie czuje się dobrze. – Kładę dłoń na skrzydle drzwi.

– Co mu jest?

– Boli go brzuch. – Cichy głos Kiry przerywa niezręczne milczenie. – Przez pół nocy nie spał. Zaszkodziło mu pewnie to hinduskie jedzenie.

Posyłam jej spojrzenie pełne wdzięczności. Biedna dziewczyna, wylądowała w samym środku rodzinnego dramatu, mimo że wprowadzając się do nas, chciała uniknąć własnego.

Mark zerka na drzwi pokoju, po czym krzyżuje swoje spojrzenie z moim.

– Jedziemy?

– Muszę podwieźć Kirę na dworzec. Ma wycieczkę z uczelni. Ty jedź przodem z Forbesem. Spotkamy się na miejscu.

– Jak to będzie wyglądać? Pojawimy się oddzielnie? – Mark wbija wzrok w dziewczynę. – Czemu wczoraj nic nie powiedziałaś o tej wy… – Wzdycha. – Nieważne. Zapomnij, że coś w ogóle mówiłem. Do zobaczenia na miejscu, Claire.

Nie zmienił spodni. Ciemna, tłusta plama oleju wciąż jest widoczna na lewej nogawce, ale nie mam sumienia mu o tym wspominać.

Rozdział 3

Żadna z nas nie odzywa się słowem, gdy wsiadamy do samochodu i zapalam silnik. Cisza trwa, gdy mijamy centrum handlowe Broadwalk i jedziemy dalej wzdłuż Wells Road. Dopiero gdy zatrzymuję się na światłach skrzyżowania Three Lamps i Kira wyciąga iPoda z kieszeni marynarki, rzucam pytanie:

– Co to właściwie miało być?

– Proszę? – Spogląda na mnie przestraszona, jakby zapomniała, że siedzę obok niej.

– Ty i Jake, wcześniej.

– To tylko… – Wpatruje się w czerwone światło, jakby chciała zmienić je w zielone samą siłą woli. Bez grubej czarnej kreski wokół oczu i sowitej porcji pudru brązującego jej sercowata twarz wydaje się blada, a przez mrowie piegów na nosie sprawia wrażenie młodszej niż w rzeczywistości. – Tylko… zwykła sprzeczka.

– Wyglądało to poważnie.

– Po prostu wymknęło się spod kontroli…

– Domyślam się, że Jake w ogóle nie spał w nocy.

– Nie, nie spał.

– O Boże… – Wzdycham przeciągle. – Teraz martwię się o niego jeszcze bardziej.

– Naprawdę?

Widząc zdziwienie w jej oczach, czuję ukłucie bólu.

– Oczywiście. Przecież to mój syn.

– Ale nie Billy, zgadza się?

– A co to ma znaczyć?

– Nic. Przepraszam. Nie wiem, czemu to powiedziałam.

Czekam na dalsze słowa, ona jednak milczy. Wkłada rękę do torebki, wyciąga kredkę do oczu i opuszcza osłonę przeciwsłoneczną, żeby skorzystać z lusterka. Rozchyliwszy wargi, kreśli owal wokół oczu, po czym maskuje podkładem ciemniejącą wypukłość na prawej skroni. Wygląda to na zaczątek guza.

Czerwone światło zmienia się na pomarańczowe, następnie na zielone. Wciskam pedał gazu.

Milczymy przez kilka minut. W końcu zerkam na Kirę, na guz rosnący na jej skroni, i czuję, jak żołądek mi się przewraca.

– Jake cię uderzył?

– Słucham?

– W trakcie przepychanki o butelkę. Masz guza na głowie. Uderzył cię?

– Boże, nie!

– To skąd masz guza?

– Z wczorajszego wypadu do klubu. – Ponownie opuszcza osłonę i przygląda się głowie z boku, badając wybrzuszenie palcem wskazującym. – Upuściłam komórkę i wyrżnęłam głową o kant stołu, gdy ją podnosiłam.

– Kiro, wiem, że nie jestem twoją matką, ale traktuję cię jak córkę i gdybym choćby myślała, że ktoś cię krzywdzi…

Gwałtownie unosi osłonę.

– Jake mnie nie bije. W porządku? Nigdy by nie zrobił czegoś takiego. Nie wierzę, że podejrzewa pani o to własnego syna!

Zaciskam mocniej palce na kierownicy.

– Przepraszam – dodaje szybko. – Wiem, że próbuje pani się mną zaopiekować, ale…

– Nie było tematu. – Zwalniam, ponieważ zbliżamy się do ronda. – Powiedz mi tylko jedno. Od jak dawna Jake popija rankami?

Odpowiada mi milczenie.

– Kiro, od jak dawna?

– Wydaje mi się, że pił tylko dzisiaj.

– Wydaje ci się? – Nie wierzę własnym uszom i to niedowierzanie słychać w moim głosie. Kira i Jake spędzają ze sobą mnóstwo czasu; praktycznie są nierozłączni. Jak może nie być pewna czegoś takiego?

– Tak.

Zapina kosmetyczkę i wygląda przez okno, gdy opuszczamy rondo i zbliżamy się do dworca głównego. Włączając lewy migacz i parkując przy krawężniku, mimowolnie obrzucam spojrzeniem tłumek ludzi kłębiących się przed budynkiem, popalających papierosy i czekających na taksówkę. Gdziekolwiek się znajdę, szukam Billy’ego.

– Sądzisz, że ma problem z alkoholem?

– Nie. – Kręci głową, odpinając pas i otwierając drzwi. – Jake nie jest alkoholikiem, jeśli o to pani pyta. Otworzył ten rum po powrocie z klubu. Był nakręcony i nie mógł zasnąć.

– Z powodu dzisiejszego apelu?

– Tak. – Przenosi jedną nogę za próg, stawia ją na chodniku, po czym patrzy tęsknie w stronę wejścia na dworzec.

– Kiro… – Sięgam ręką nad drążkiem zmiany biegów i dotykam jej ramienia. – Czy jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć?

– Nie – odpowiada.

Chwilę później wyskakuje z samochodu, przyciskając do piersi torebkę i kosmetyczkę, i zanim zdążę cokolwiek dodać, pędem rzuca się w kierunku dworca.

Rozdział 4

Salka konferencyjna jest mała, wciśnięta w piwnicę urzędu miasta, rozjaśniona światłem jarzeniowym bez dostępu promieni słońca. Ma powierzchnię o trzy czwarte mniejszą od sali, w której ogłosiliśmy swój pierwszy apel – w czterdzieści osiem godzin po zniknięciu Billy’ego. W odróżnieniu do tamtego wydarzenia, kiedy były zajęte wszystkie plastikowe krzesełka przed nami, dziś obecnych jest tylko paru dziennikarzy i fotografów. Większość z nich majstruje przy swoich telefonach. Rzucają nam spojrzenia, gdy wchodzimy za sierżantem Forbesem, ale zaraz znowu wbijają wzrok w wyświetlacze komórek. Ktoś zaczyna bazgrać w notatniku.

Pani Wilkinson wygląda ponuro w bladoszarym swetrze i granatowych spodniach do kompletu, pan Wilkinson zaś zdaje się arogancki i rozkojarzony w ciemnym garniturze, z jedną nogawką poplamioną czymś, co przypomina ziemię albo olej.

Nie mam pojęcia, czy faktycznie tak zostało zapisane w notesie. Przypuszczam, że dowiem się jutro z gazet. Już dawno przestałam je czytać, zwłaszcza te internetowe, nie mogąc znieść okropnych, ferujących wyroki komentarzy na dole stron. Wiem jednak, że Mark sobie nie odpuści. Będzie nad nimi ślęczał, warcząc, klnąc i mamrocząc coś o „przeklętej, kretyńskiej opinii publicznej”.

Zaraz po zniknięciu Billy’ego nie zdawałam sobie sprawy, że zainteresowanie mediów to broń obosieczna. Rozpaczliwie pragnęłam, aby gazety opisały naszą historię – oboje tego chcieliśmy: im więcej zainteresowania prasy, tym lepiej – aczkolwiek nic mnie nie przygotowało na zalew domysłów i ocen związany z publikacją. Ja wyglądałam na „bladą i zrozpaczoną”, jak raczyła mnie opisać większość reporterów biorących udział w pierwszej konferencji prasowej. Z kolei Mark był według nich „chłodny i zdystansowany”. Tymczasem wcale taki nie był, był przerażony nie mniej ode mnie. O ile jednak ja drżałam i wykręcałam sobie palce pod stołem, o tyle Mark siedział bez ruchu, z wyprostowanymi plecami, dłońmi złożonymi na kolanach i wzrokiem wbitym w wielki, ozdobny zegar na przeciwległej ścianie. W którymś momencie wyciągnęłam rękę i splotłam moje palce z jego palcami. Właściwie na mnie nie spojrzał, dopóki nie wygłosił apelu. Poczułam się tym bardzo zraniona, jednakże później w zaciszu salonu Mark wyjaśnił, że choć ogromnie chciał mnie pocieszyć, nie był w stanie tego zrobić.

– Wiesz przecież: żeby zredukować stres, skupiam się na poszczególnych zadaniach – powiedział. – Zależało mi na tym, aby wygłosić apel, zanim się załamię. Gdybym cię dotknął, gdybym choć na ciebie spojrzał, rozsypałbym się. A tego nie mogłem zrobić, skoro miałem do powiedzenia coś tak ważnego. Chyba to rozumiesz?

Rozumiałam i nie rozumiałam zarazem, w każdym razie zazdrościłam mu umiejętności odcięcia się od myśli i uczuć, z którymi nie chciał się w danym momencie mierzyć. Ja nie potrafię pozamykać emocji w przegródkach w swojej głowie. Są poplątane jak włóczka na dnie koszyka mojej babci. Przewija się przez nie jedna nadrzędna myśl, która oplata moje serce: gdzie jest Billy?

– Pani Wilkinson? – Z zamyślenia wyrywa mnie głos Forbesa. – Jesteśmy gotowi na pani oświadczenie.

W przerwie między plastikowymi krzesłami pojawiła się kamera telewizyjna. Obiektyw celuje w moją twarz. Postanowiliśmy przed paroma tygodniami, że to ja wygłoszę apel.

– Ludzie są przychylniej nastawieni, gdy robi to matka – wyjaśnił Forbes. Nie wspomniał o okropnych komentarzach, które zalały internet pół roku temu, po tym jak apel wygłosił Mark. „Widać, że stoi za tym ojciec”. „Jest zimny jak ryba”. „Założę się, że sprawcą jest tatuś. Jak zawsze”.

– Gotowa? – pyta mnie Forbes.

Tym razem prostuję się na krześle i głęboko wciągam powietrze przez nos. Czuję wodę kolońską policjanta i słaby odór oleju dolatujący od Marka, który siedzi po mojej drugiej stronie. Wiem, że mąż na mnie patrzy, jednakże nie odwracam się do niego, lecz od razu sięgam po przygotowane oświadczenie, które leży przede mną na stole. Dam sobie radę. Nie trzeba mi dodawać otuchy.

– Dokładnie pół roku temu – zaczynam, patrząc prosto w obiektyw kamery – w czwartek piątego lutego we wczesnych godzinach rannych mój młodszy syn Billy zniknął z naszego domu w dzielnicy Knowle w południowym Bristolu. Miał zaledwie piętnaście lat. Zabrał plecak i komórkę i był najprawdopodobniej ubrany w dżinsy, buty sportowe Nike, czarną kurtkę Superdry i czapeczkę bejsbolową z napisem NYC… – Urywam, kiedy zdaję sobie sprawę, że część dziennikarzy wierci się na krzesłach, zamiast notować. Siedzący obok mnie Mark wydaje z gardła dziwny niski dźwięk, a Forbes nachyla się nad blatem i wspiera o niego łokciami. – Wszyscy bardzo tęsknimy za Billym. Jego zniknięcie uczyniło wyrwę w naszej rodzinie, wyrwę, której nic nie jest w stanie zapełnić, i… – Choć patrzę prosto w kamerę, jestem świadoma zamieszania z tyłu sali. W drzwiach przepychają się dwaj mężczyźni. – Billy, jeśli to oglądasz, proszę, skontaktuj się z nami. Ogromnie cię kochamy i nic nigdy tego nie zmieni. Jeżeli nie chcesz zadzwonić bezpośrednio do nas, idź do najbliższego komisariatu policji albo zwróć się do któregoś ze swoich przyjaciół.

Producent klepie kamerzystę w ramię i wskazuje na tył sali. Kamera odwraca się ode mnie i w tym samym momencie od drzwi dolatuje krzyk:

– Zostaw mnie! Mam prawo tu być! Mam prawo przemówić!

Rozdział 5

– Co Jake tutaj robi? – Gdy Mark gapi się ponad głowami dziennikarzy, równocześnie błyska kilka fleszy, rozjaśniając kąt, w którym Jake dyskutuje z policjantem. – Mówiłaś, zdaje się, że źle się czuje.

– Nie… Tak. Pozwól, że ja to załatwię.

– Proszę zaczekać! – woła za mną Forbes, ale ja już przepycham się przez tłumek dziennikarzy, którzy obstąpili mojego syna.

Ledwie widzę głowę Jake’a. Włosy ma zmierzwione i nastroszone dzięki sporej ilości żelu. Znika mi z oczu zupełnie, kiedy staje przed nim masywny policjant.

– Przepraszam… Przepraszam…

Kamerzysta cmoka niezadowolony, kiedy się koło niego przeciskam, ale szybko zostaje uciszony przez producenta.

– To matka zaginionego, nakręć ją.

Mijam kilkoro pracowników urzędu miasta i zbliżam się do policjanta, który właśnie wyprowadza Jake’a za drzwi. Ponieważ klepnięcie w plecy nic nie daje – stróż porządku ma na sobie kamizelkę kuloodporną – pociągam go za rękaw.

Nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem. Wzrok ma wbity w Jake’a, który jest od niego dobrych piętnaście centymetrów niższy, aczkolwiek dłonie ma zaciśnięte w pięści i opuszczone wzdłuż boków, a ścięgna szyi napięte.

– Proszę przestać! – krzyczę. – To mój syn.

– Mama? – dziwi się Jake, policjant także patrzy na mnie w zdumieniu, rozluźnia się nieco i opuszcza ramiona.

– To mój syn – powtarzam.

Policjant zerka ponad moją głową w stronę plakatu z wizerunkiem Billy’ego, przypiętego do tablicy obok stołu.

– Nie, nie Billy – prostuję. – To Jake, mój drugi syn.

– Drugi syn? Nie zostałem uprzedzony, że będzie więcej członków rodziny… – Rzuca spojrzenie Forbesowi, który kręci głową.

– Wszystko w porządku, George. Możesz go puścić.

Detektyw Forbes miał okazję poznać Jake’a. Przesłuchiwał go nazajutrz po zniknięciu Billy’ego, tak samo jak wszystkich naszych krewnych i znajomych.

– Przedstawienie skończone. – Forbes daje znak producentowi, aby przestał filmować, i gestem prosi obecnych, aby wrócili na swoje miejsca. Nikt się nie rusza.

– Jake! – Jakaś dziennikarka, blondynka ostrzyżona na pazia, sięga ręką ponad moim ramieniem i podtyka Jake’owi pod nos dyktafon. – Co takiego chciałeś powiedzieć?

– Jake? – Producent wyciąga przed siebie mikrofon. – Chcesz coś przekazać Billy’emu?

Mój syn robi krok w przód, prostując plecy i zadzierając brodę. Spogląda na George’a i unosi brew, oczyszczony z podejrzeń.

– Jake, co ci się stało w stopę?

Niski, łysiejący człowieczek z włochatymi przedramionami wystającymi z podwiniętych rękawów koszuli wskazuje buty mojego syna. Podbicie prawego trampka, zazwyczaj śnieżnobiałe, teraz jest zabrudzone rdzawą krwią.

– Jake? – wtrąca się Mark.

Zapada cisza, gdy ojciec i syn mierzą się spojrzeniami. Wszyscy czekają, co powie Jake. Ja także. Czuję, że stojący obok mnie Mark cały się jeży. Ziścił się jego najgorszy koszmar: nasz poważny, wyważony apel przeistoczył się w karczemną awanturę.

Z lewej strony dobiega kliknięcie i warkot kamery. Wyobrażam sobie, że obiektyw robi zbliżenie na bladą, ściągniętą twarz Jake’a. Mój syn przeciera grzbietem dłoni spocone czoło, po czym ledwie omiatając mnie spojrzeniem, okręca się na pięcie zdrowej stopy i kuśtykając, opuszcza salę.

poniedziałek11 sierpnia 2014

Jackdaw44: Mam spierdolone życie.

ICE9: Nie mów tak.

Jackdaw44: Dlaczego? To prawda. Z mojego ojca jest palant i hipokryta, a z matki ciemna masa.

ICE9: Co powiedział na temat weekendu twój tato?

Jackdaw44: Żartujesz, co nie?

ICE9: Daj mu szansę się wytłumaczyć.

Jackdaw44: Z czego? Że jest słabym, tchórzliwym kłamcą i obleśnym dziwkarzem? Nie, dzięki.

ICE9: Może to nie było tak, jak wyglądało.

Jackdaw44: Jaja sobie ze mnie robisz, tak? Moja akcja nie jest dla ciebie tajemnicą.

ICE9: To było głupie.

Jackdaw44: Raczej chore. Ciekawe, jaką miał minę, kiedy zobaczył szybę swojego auta. Wrócił do domu i powiedział mamie, że to wandale. Cha. Cha. Cha. Jestem pieprzonym wandalem.

Jackdaw44: Jesteś tam jeszcze?

ICE9: Tak. Przepraszam. Mam coś do roboty.

Jackdaw44: Nie ma sprawy. Dzięki za słowa rozsądku. Chyba całkiem by mi odpaliło, gdyby nie ty.

ICE9: Przecież ci odpaliło.

Jackdaw44: Mogło być gorzej.

ICE9: Hm.

Jackdaw44: W każdym razie dzięki.

Rozdział 6

– Co ty sobie myślałeś?

Mark stoi pośrodku salonu z rękami skrzyżowanymi na piersi. Zdążył poluzować krawat i rozpiąć kołnierzyk koszuli. Skórę na szyi ma całą w czerwone plamy.

– Pieprzyć to. – Jake wstaje z fotela i krzywi się z bólu, gdy opiera ciężar ciała na zranionej nodze.

– Ani się waż ruszać z miejsca! – krzyczy Mark, a ja trochę mocniej przyciskam poduszkę do piersi. – To mój dom i dopóki w nim mieszkasz, będziesz robił to, co każę.

– Jakby to się sprawdziło w wypadku Billy’ego. – Jake nie podnosi głosu, ale Mark zatacza się do tyłu, jak gdyby ktoś wykrzyczał mu te słowa prosto w twarz. Wygląda, jakby miał się zaraz załamać, jednak szybko się otrząsa.

– Coś ty powiedział?

– Nieważne.

– Nie, powtórz.

– Proszę! – odzywam się. – Nie rób tego.

– Nic się nie dzieje, mamo – mówi Jake. – Dam tacie radę.

– Dasz mi radę? – Mark się śmieje. – Cóż to, poczułeś się silny, odkąd wyrobiłeś sobie parę mięśni? Odwaga przychodzi ze sterydami, co, synu?

Patrzę na Jake’a z przerażeniem.

– Chyba nie bierzesz sterydów?

– Tato nie wie, o czym mówi.

– Jeszcze jedno słowo – grozi Mark – a wylecisz na zbity pysk.

– Proszę! – powtarzam. – Proszę, przestańcie! Mark, to twój syn. Twój syn…

W pokoju zapada pełne napięcia milczenie, przerywane jedynie moim wysilonym oddechem. Szykuję się na drugą rundę. Tymczasem Mark tylko się garbi i ciężko wzdycha.

– Wieczny czarny charakter – stwierdza, wodząc wzrokiem to na mnie, to na Jake’a. – Macie mnie za czarny charakter.

Chcę coś powiedzieć. Chcę zaprzeczyć. Chcę okazać wsparcie. To jednak równałoby się wyborowi między mężem a synem. Jest tak samo jak w noc zniknięcia Billy’ego. Moja rodzina rozpada się na moich oczach, a ja nic nie mogę na to poradzić.

– Mamo – odzywa się Jake, gdy trzaskają tylne drzwi i Mark wychodzi z domu – mogę to wyjaśnić.

– Później. – Gardło mam tak ściśnięte, że ledwie jestem w stanie mówić. – Porozmawiamy później.

Rozdział 7

– Proszę bardzo.

Liz stawia przede mną na blacie kubek gorącej herbaty, po czym wysuwa krzesło i siada obok. Chwilę później znowu wstaje, przecina raźnym krokiem kuchnię i zaczyna przetrząsać szafki zastawione puszkami, słojami i paczkami z ryżem i makaronem. Minął dzień od apelu w urzędzie miasta. Zamierzałam odwiedzić Liz wczoraj, ale po wszystkim, co się wydarzyło, nie znalazłam na to siły.

– Aha! Wiedziałam, że jakiś mam! – Wymachuje zwycięsko batonikiem Galaxy i wraca do stołu. – Schowany przed Calebem z myślą o sytuacjach awaryjnych – dodaje, kładąc batonik przede mną. – I dniu, w którym porzucę odchudzanie.

– Nie jestem głodna.

– Ale nie będzie ci przeszkadzało, jeśli sama się poczęstuję? – Przesuwa paznokciem po złotku i odłamuje cztery kostki. Odgryza kawałek czekolady, popija herbatą i uśmiecha się szeroko. – No, tak lepiej. Dziś rano Caleb był w podłym nastroju, narzekał na brak czystych skarpetek w szufladzie. Halo? Oboje pracujemy, a ty masz dwadzieścia lat. Możesz sam sobie prać skarpetki, cholera. Łudziłam się, że zacznie przykładać większą wagę do higieny osobistej, skoro wreszcie kogoś poznał. Mówiłam ci o jego nowym chłopaku?

Kręcę głową.

– Poznał go w pubie na starówce. Chłopak ma osiemnaście lat i pracuje w domu towarowym House of Fraser. Jeszcze go nie widziałam. Caleb twierdzi, że nie chce go przestraszyć. Bezczelny gówniarz. Ale, ale, wybacz… – Odchyla się na oparcie krzesła i krzyżuje ręce na piersi. – Co u ciebie? Chciałam obejrzeć wasze wystąpienie, ale kot sąsiadów znów się włamał do ogródka. Przymierzał się, żeby zrobić kupę na trawniku, więc polałam go wodą. Zastanawiałam się, czyby do ciebie nie zajrzeć zaraz po twoim powrocie, lecz wtedy zobaczyłam, jak Mark wypada przez tylne drzwi cały nabuzowany, i doszłam do wniosku, że to nie najlepsza pora.

To właśnie uwielbiam w Liz najbardziej: zniknięcie Billy’ego w niczym nie zmieniło naszych stosunków. O ile wszyscy inni niezręcznie omijają temat albo biorą mnie w krzyżowy ogień pytań na temat ostatnich postępów, Liz zachowuje się tak jak zawsze. A człowiek pragnie normalności, gdy przytrafi mu się coś strasznego. Wszystko, dosłownie wszystko przypomina o tym, co się straciło, tak więc czasami chce się po prostu przestać o tym myśleć. Uwielbiam słuchać, jak Liz narzeka na Lloyda, marudzi na Caleba i żali się na Elaine, swoją szefową w supermarkecie, gdzie pracuje.

Mark dzieli życie na przegródki i skupia się na poszczególnych zadaniach. Ja tak nie potrafię. Ale przynajmniej mam Liz.

– No więc jak było? – pyta mnie.

– Okropnie.

Opowiadam jej o piskach Kiry, rumie, skaleczonej stopie, zamieszaniu spowodowanym przez Jake’a i kłótni po powrocie do domu.

– Jestem taka zmęczona – dodaję, a Liz łapie pudełko chusteczek z okna i stawia je przede mną na blacie. – Chcę tylko, żeby Billy nareszcie wrócił do domu i żeby to wszystko się skończyło. Tęsknię za nim, Liz. Potwornie za nim tęsknię.

– Wiem – odpowiada. – Wiem…

Wyciągam chusteczkę z pudełka i wycieram nią policzki. Nie cierpię tego, że w sytuacjach kryzysowych płaczę. Wolałabym wrzeszczeć albo coś rozwalić.

– Przepraszam – mówię.

– Za co? Gdzie, jeśli nie w kuchni najlepszej przyjaciółki, miałabyś się wypłakać?

W obecności Marka i Jake’a staram się nie rozklejać, ponieważ nie chcę, aby się o mnie martwili, z Liz jednak jest inaczej. Jej kuchnia to moja bezpieczna przystań. Znamy się, odkąd Liz z Lloydem wprowadzili się, gdy dzieci były jeszcze małe. Chłopcy bawili się za domem, a my przesiadywałyśmy na leżakach i plotkowałyśmy. Z początku nasza przyjaźń była ostrożna, musiałyśmy się chyba wybadać, ale bardzo szybko zaczęłyśmy nawzajem podwozić dzieci do szkoły i robić za ich opiekunki wieczorami. Przy pierwszej okazji, gdy wyskoczyłyśmy razem na drinka, tak się upiłyśmy, że zapomniałyśmy o konwenansach i naprawdę się przed sobą otworzyłyśmy. Zanim wieczór się skończył, miałyśmy czerwone oczy i nosy. Od tamtej pory możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji, a przeżyłyśmy razem niemało: Lloyd rzucił Liz w zeszłym roku, mój teść doznał ataku serca, no i zniknął Billy…

– Co zamierzasz dalej? – pyta Liz, odłamując kolejny kawałek czekolady i wsuwając go sobie do ust.

– Muszę zwabić Marka i Jake’a do jednego pokoju, żeby się ze sobą dogadali.

– Claire… – Przyjaciółka sięga nad blatem, żeby dotknąć mojej ręki. – Mówię to tylko dlatego, że cię kocham… Może powinnaś dać im trochę czasu? Rozchorujesz się, jeśli nie odpuścisz.

– Czego nie odpuszczę?

– Wszystkiego. Kochana, nie jesteś odpowiedzialna za szczęście innych ludzi.

– Nikt z nas nie jest szczęśliwy.

– A ty najmniej. – Obrzuca mnie uważnym spojrzeniem. – Musisz zaakceptować to, że Mark i Jake będą się od czasu do czasu ścierać.

– Pozabijają się, jeśli im w tym nie przeszkodzę.

– Nie pozabijają się.

– No to Jake się wyprowadzi.

Liz wzdycha cicho.

– Czy to byłaby najgorsza rzecz na świecie? Ma dziewiętnaście lat. Nieźle zarabia jak na elektryka. Mógłby sobie pozwolić na kawalerkę.

– A co z Kirą?

– Pomieściliby się. Z tego, co mówisz, i tak spędzają większość czasu w jego pokoju. A na własnym mieliby więcej przestrzeni.

– Ale bez nich w domu zrobiłoby się pusto. Poza tym chcę, aby wszystko zostało po staremu. Dzięki temu łatwiej nam będzie podjąć dawne życie, kiedy Billy wróci.

Przyjaciółka obdarza mnie przeciągłym spojrzeniem. Chce coś powiedzieć, ale się waha.

– O co chodzi?

Kręci głową.

– Nieważne.

– Właśnie że ważne. Co chciałaś powiedzieć?

– Po prostu uważam… – Odwraca wzrok i pociera palcami wargi. Nigdy jeszcze nie widziałam jej tak zmieszanej. – Uważam, że być może czekasz na coś, co nigdy nie nastąpi. Myślę, że powinnaś… przygotować się na złą wiadomość. To już pół roku, Claire.

Podnoszę się raptownie.

– Chyba powinnam już pójść.

– O Boże. – Liz także wstaje. – Szkoda, że jednak nie ugryzłam się w język. Dobrze się czujesz? Bardzo pobladłaś.

– Nic mi nie jest.

– Zrobię nam jeszcze herbaty. Na pewno nie chcesz czekolady? Wydajesz się…

– Niedobrze mi. – Wybiegam z kuchni, zakrywając usta dłonią, i ledwie dopadam schodów i łazienki na górze, a zaczynają mną targać suche torsje.

– Claire? – dopytuje zza moich pleców Liz. – Wszystko dobrze?

– Nic mi nie będzie. Muszę się tylko napić odrobinę wody.

Odkręcając kurek z zimną wodą, kątem oka zauważam coś w koszu na śmieci.

– Nie! – krzyczy Liz, gdy sięgam po gazetę. – Claire, nie! Nie czytaj tego!

Odwracam się od niej i zajmując miejsce w kącie, rozkładam gazetę. Na pierwszej stronie „Bristol Standard” widzę imię młodszego syna.

AWANTURA O ZAGINIONEGO BILLY’EGO

Pod krzyczącym nagłówkiem znajduje się zdjęcie; przedstawia mnie z obłąkanym spojrzeniem wytrzeszczonych oczu i Marka u mojego boku. Wyciągam ręce, aby przez tłumek dziennikarzy dosięgnąć Jake’a, który stoi z głową opartą o ścianę i obiema pięściami przyciśniętymi do twarzy.

Podczas wygłaszania apelu w sprawie zaginionego przed pół rokiem ucznia, Billy’ego Wilkinsona, rozpętało się pandemonium, gdy matka chłopca, Claire Wilkinson (l. 40), musiała przerwać wystąpienie przed kamerą, po tym jak Jake Wilkinson (l. 19), starszy brat zaginionego, wtargnął na salę urzędu miasta. Jake Wilkinson, który był wyraźnie nietrzeźwy, krzyczał, że ma prawo przemówić. Jego matka Claire i ojciec Mark (l. 42) przerwali swoje wystąpienie, aby zainterweniować. Pan Wilkinson wołał: „Zabierzcie go stąd! Zabierzcie go stąd!”. Pani Wilkinson była wyraźnie zdenerwowana, gdy jej rodzinę wyprowadzano z sali. Nasz reporter Steve James zwrócił się do sąsiadów, którzy oglądali wystąpienie w telewizji. „Nigdy nie mieliśmy żadnej scysji z Wilkinsonami. Wydają się zupełnie normalną rodziną. Człowiek jednak się zastanawia, czy może ktoś z nich wie więcej o zniknięciu Billy’ego, niż po sobie pokazuje”.

– Claire! – Liz wyrywa mi gazetę, zanim zdążę przeczytać coś jeszcze. – To wszystko bzdury. Wymyślają takie rzeczy, żeby zwiększyć sprzedaż. Nikt w to nie wierzy.

Chce mnie objąć ramieniem, ale ja wywijam się z uścisku i odpycham ją na umywalkę, przeciskając się do wyjścia. W łazience jest nieznośnie gorąco, brakuje mi powietrza.

Zbiegam po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz, i gwałtownie otwieram drzwi frontowe. Wypadam na zewnątrz i biegnę przed siebie.

Rozdział 8

Stoję w nogach łóżka, ze złączonymi stopami i szeroko rozpostartymi ramionami, po czym przechylam się do tyłu. Gdy padam na materac, rozlega się miły dla ucha szelest kołdry i jęknięcie protestujących sprężyn. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam taka szczęśliwa.

– Nie!

Patrzę na prawo, w stronę głosu, jednakże obok mnie na łóżku nie ma nikogo. Jestem w pokoju sama. Zatem ktoś musi być w korytarzu. Pewnie kłóci się jakieś małżeństwo, chociaż nie słyszę męskich basów.

– Nie!

Ten sam głos, tym razem cichszy, ale też bliższy, zupełnie jakby ktoś szepnął mi to słowo prosto do ucha. Siadam na łóżku i podciągam kolana do piersi.

– NIE!

Zakrywam uszy dłońmi, lecz to nie powstrzymuje kobiety, która z szybkością karabinu maszynowego powtarza:

– NIE, NIE, NIE, NIE, NIE!

To rozlega się w mojej głowie. Głos bierze się z mojej głowy.

– CLAIRE! – krzyczy. – NAZYWAM SIĘ CLAIRE. NAZYWAM SIĘ CLAIRE!

Claire? Kim jest Claire? Rozpoznaję to imię, chociaż nie chcę. Nie chcę wiedzieć, kim jest Claire. Chcę dostać się z powrotem na plażę. Na słońce i wiatr; do kafejki na skraju mola.

– NAZYWAM SIĘ CLAIRE! NAZYWAM SIĘ CLAIRE!

W miarę jak głos wypełnia mój umysł, krzycząc i bucząc, głowa zaczyna mi wibrować, a lekkie, przyjemne uczucie szczęścia powoli mnie opuszcza.

Ciemno. Jasno. Ciemno. Jasno.

Myśli mam mętne i mgliste, potem przez moment jaśniejsze, przejrzystsze, aż w końcu przez ułamek sekundy wiem, kim jest Claire, zaraz jednak powraca ciemność, a wraz z nią konfuzja i dezorientacja tak silne, że odruchowo zaciskam dłonie w pięści, starając się zakotwiczyć w rzeczywistości do czegokolwiek solidnego. Pod palcami czuję coś miękkiego i śliskiego. Pościel. Siedzę na łóżku. Ale to nie moje łóżko, nie moja sypialnia. Po prawej wisi oprawiona w ramę reprodukcja, wyblakły Lowry, kukiełkowi ludzie kręcący się po mieście. Na pierwszym planie widać samotnego chłopca. Stoi zwrócony do mnie plecami. Przygląda się tłumowi wylewającemu się z budynku. Kogo szuka? Kogo stracił?

Przenikliwy dźwięk sprawia, że aż podskakuję. Mały czarny telefon komórkowy podryguje na sosnowym blacie stolika nocnego po prawej. Na wyświetlaczu miga imię – to, którego nie rozpoznaję. Jednakże odgłos tak mi się wwierca w głowę, że zrobię wszystko, aby umilkł.

Sięgam po telefon i przyciskam go do ucha.

– Mama? – odzywa się głos po drugiej stronie.

Chcę odpowiedzieć, ale nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Straciłam zdolność myślenia. Nie mogę… Czuję się tak, jakby mój umysł się zatrzasnął. Nie potrafię się skupić. Nie umiem sformułować jednej sensownej… Co się ze mną dzieje?

– Mama?

– Claire – rzucam głośno. Brzmi to dziwnie. Jak hałas albo westchnienie. – Clairrrrr.

– Mamo? Czemu powtarzasz swoje imię?

Moje imię?

– Clairrrrr.

– Mamo, przestań tak robić. Przerażasz mnie.

– Claire. – Słowo krystalizuje się w moich ustach. Ma znajomy smak. Jak tost z masłem. Albo pasta do zębów. – Claire. Claire Wilkinson.

– Jezu Chryste. Tato, ona chyba dostała udaru czy czegoś w tym stylu.

Moja głowa… moja głowa… mój mózg cierpi… nie, boli… ale to nie ból głowy… czuję zamęt… po czym nagle pojawia się myśl, przebija się przez ciemność, a ja chwytam się jej, jakby to była skała, do której mogę uczepić swoją jaźń.

– Czy ja się nazywam Claire Wilkinson?

– Tak, tak. Jezu, mamo. Próbujemy się do ciebie dodzwonić od wielu godzin. Gdzie jesteś?

Mamo? Jestem matką? Mężczyzna w słuchawce mówi przestraszonym tonem. Czyżby bał się mnie? A może o mnie? Nie wiem. Wszystko jest bez sensu.

– Gdzie jesteś? – powtarza głos w słuchawce.

– Jestem… jestem… – Po przeciwnej stronie pokoju są kraciaste zasłony, a bliżej wisi duże lustro poznaczone śladami palców. Leżę na kołdrze. Jest różowa, atłasowa, puchowa. Wbijam w nią paznokcie i czepiam się jej, sztywna ze strachu. – Nie wiem. Nie poznaję tego pokoju.

– Wszystko będzie dobrze, mamo – mówi mężczyzna przez telefon. – Tylko… wybacz, zaczekaj chwilkę… – Rozlega się szelest, jakby ktoś zakrył ręką mikrofon, aczkolwiek w dalszym ciągu słyszę cichy pomruk jego głosu. – Mamo? – Teraz znów dźwięki są wyraźniejsze. – Są tam drzwi albo okno, które da się otworzyć? Powiedz mi, co widzisz.

Nie chcę wstawać z łóżka. Nie chcę otwierać sosnowych drzwi po prawej ani odciągać zasłon po drugiej stronie pomieszczenia.

– Mamo, proszę. Musimy wiedzieć, gdzie jesteś, żeby po ciebie przyjść.

My? Co za my? Kto ma po mnie przyjść? Jestem w niebezpieczeństwie. Muszę uciekać, ale nie mogę się ruszyć.

– Tato tu jest. Chcesz z nim rozmawiać?

– Nie – odpowiadam, sama nie wiem czemu.

– Na pewno? – pyta mężczyzna i nagle przed oczami staje mi wyraźny obraz: młody człowiek o zmierzwionych jasnych włosach, podgolonych po bokach, i szerokich barkach leży na ławeczce i wyciska ciężary.

– Jake? – rzucam na rybkę.

– Tak, mamo. To ja, Jake. Jestem w domu z tatą. Właśnie odwiedziła nas Liz, chciała z tobą rozmawiać. Dzięki temu zdaliśmy sobie sprawę, że zniknęłaś.

Przetrząsam pamięć w poszukiwaniu wspomnienia, jakiegokolwiek wspomnienia, które pomogłoby mi uspokoić umysł, przerwać to przerażające uczucie spadania w próżnię. Gdzie jest mój dom? Dlaczego nic nie pamiętam?

– Tak, wiem, dobrze. Dobrze, tato. – Mężczyzna w słuchawce znów mówi do kogoś innego. – Dopiero co ją o to pytałem. Mamo, możesz opisać to, co widzisz?

Oglądam się na obraz Lowry’ego, na chłopca, który stoi na pierwszym planie i patrzy na tłum, jakby kogoś szukał, po czym przenoszę spojrzenie na lśniącą bladoróżową kołdrę, na lustro, na tani sosnowy stół i białą tacę.

– Myślę, że jestem w hotelu.

– A widzisz aparat telefoniczny? Możesz z niego zadzwonić na recepcję i dowiedzieć się, co to za hotel? Chyba że jest tam jakaś broszura albo menu?

Zsuwam się z różowej kołdry, zagłębiam palce stóp w wydeptany beżowy dywan, a następnie ostrożnie przemierzam pokój i nie spuszczając oczu z drzwi, zbliżam się do stołu obok lustra. Na blacie stoi biała taca z białą zastawą. Jest tam też puszka herbaty, kawa, cukier i mleko w małych pojemnikach. Nie widzę żadnych broszur, jadłospisu ani telefonu. W pokoju nie ma nic poza moją torebką i butami, które z wetkniętymi w cholewki skarpetkami walają się przy łóżku.

Chwytam skraj zasłony i odciągam ją delikatnie. Za oknem biegnie niska balustrada balkonu, a za nią rozciąga się szarobure morze i – w oddali – skrawek lądu w postaci wyspy o kształcie żółwiej skorupy.

– Steep Holm – mówię i wtem, na widok znajomej skały w oddali, czerń w moim umyśle przechodzi w szarość. – Jake, jestem w Weston-super-Mare.

Kiedy przekazuję tę informację, nagle nachodzi mnie wielka ochota, żeby otworzyć okno na oścież i zaczerpnąć w płuca świeżego morskiego powietrza, lecz gdy szarpię ramą okienną, ta unosi się tylko na kilka centymetrów w górę.

– Mamo, wiesz, który to hotel? – pyta Jake. – Jeśli zostaniesz tam, gdzie jesteś, przyjedziemy po ciebie.

Pokój jest mały; podniszczony, ale pełen ciepła i czysty. Kwiecista tapeta za łóżkiem odłazi w jednym miejscu, a kiedy otwieram drzwi do przyległej łazienki, nie znajduję markowych kosmetyków, tylko kostkę mydła w wystrzępionym papierku i zmatowiałą ze starości szklankę, która stoi na półeczce nad umywalką. Na stole nie ma zestawu powitalnego, podkładek z nazwą hotelu ani gratisowego notesu.

– Recepcja – mówię. – Muszę zejść do recepcji…

Zanim otworzę drzwi, omiatam wzrokiem schemat ewakuacji na wypadek pożaru, przypięty do sosnowego skrzydła. U dołu widnieje podpis niejakiego Steve’a Jenkinsa, właściciela pensjonatu Day’s Rest.

– Day’s Rest – czytam na głos. – Jestem w pensjonacie Day’s Rest.

– Tam gdzie zatrzymywaliśmy się, kiedy byliśmy mali? – dopytuje Jake, a ja aż się muszę oprzeć o ścianę, gdy niespodziewanie rozpacz pozbawia mnie tchu.

Billy.

Mam dwóch synów. Jake’a i Billy’ego. Billy zaginął. Zniknął.

– Mamo? – Niepokój Jake’a odbija się ode mnie niczym kamyk muskający powierzchnię wody.

Łapię torebkę, skarpetki i buty i sięgam do klamki.

– Mamo? – powtarza Jake, kiedy otwieram drzwi.

– Billy! – wrzeszczę na pustym korytarzu. – Billy, gdzie jesteś? Gdzie jesteś, synu?

piątek22 sierpnia 2014

Jackdaw44: Jesteś tam?

ICE9: Tak.

Jackdaw44: Liv to suka.

ICE9: Co za Liv?

Jackdaw44: Moja była dziewczyna.

ICE9: Serio?

Jackdaw44: Co się dziwisz? Trzymam karty przy orderach.

ICE9: OK.

Jackdaw44: Ale dzisiaj mnie roznosi. Muszę z kimś pogadać. Wiem, że potrafisz dochować sekretu.

ICE9: Nie mogę powiedzieć twojej mamie. To zadanie dla ciebie.

Jackdaw44: Właśnie za to cię lubię.

ICE9: Ha! Nikt nigdy mi tego nie powiedział. No więc czemu Liv jest suką?

Jackdaw44: Poradziła Jess, żeby się ze mną nie umawiała. Oczerniła mnie na maksa. Powiedziała, że mam małego fiuta.

ICE9: A masz?

Jackdaw44: Odpieprz się.

Rozdział 9

Mężczyzna za ladą recepcji podskakuje, kiedy się o nią energicznie opieram.

– Czy on tu jest?

– Czy kto tu jest? – Wysoki, ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego łysieje i nosi rudego wąsa. Guziki koszuli ledwie się dopinają na jego grubym brzuchu.

– Mój syn. Billy. Piętnastolatek. – Unoszę rękę nad głowę. – O, taki wysoki.

– Przyjechał z panią?

Nie wiem. Ostatnie, co pamiętam, to jak wybiegam z domu Liz. Jak się tu dostałam i dlaczego nie mogę sobie niczego przypomnieć? Czy ja śnię? Jestem nieprzytomna? Może się potknęłam, biegnąc, i uderzyłam się w głowę? Jednakże mam silne poczucie realności. Lada recepcji pod moimi palcami wydaje się solidna. W nozdrzach czuję zatęchłą woń starego hotelu, której nie maskuje intensywny zapach pasty do mebli.

– Nie mam pojęcia. Mógłby pan sprawdzić, czy się zameldował? Nazywa się Billy Wilkinson.

Recepcjonista muska wąsa kciukiem.

– A pani się nazywa…?

– Claire Wilkinson.

Sięga po księgę meldunkową, podnosi ją do oczu, po czym mruczy, że nic nie widzi bez okularów. Następnie odkłada księgę i zaczyna przetrząsać szufladę. W tym czasie ja niecierpliwie stukam w blat w oczekiwaniu na rezultat jego poszukiwań. Ledwie się powstrzymuję, żeby nie przeskoczyć kontuaru i nie porwać księgi meldunkowej.

– Tam! – Pokazuję parę okularów leżących na otwartej książce. – Tam są pańskie okulary.

– A, dziękuję.

Wieki upływają, zanim chwyci je w palce, milenium, dopóki ich nie rozłoży, po czym gdy wreszcie umieszcza je na nosie, zaraz znów je zdejmuje, aby przetrzeć szkła połą swetra.

– Gdyby mógł się pan pośpieszyć. Proszę. To pilna sprawa.

– Wszystko we właściwym czasie, proszę pani, wszystko we właściwym czasie… Hmmm. – Pochrząkuje przez nos. – Pokój jedenaście, zgadza się?

Słyszę czyjeś kroki na schodach, ale to mężczyzna w średnim wieku, nie Billy, wkracza do holu i wesoło unosi rękę w geście pozdrowienia kierowanym do recepcjonisty.

– Nie wiem, w którym pokoju mieszkam. Nie patrzyłam.

Recepcjonista posyła mi lekko zdziwione spojrzenie, po czym mówi:

– Mam tu panią Wilkinson zameldowaną w pokoju jedenaście. Tak zwanym królewskim. Mieszka pani sama.

Przykładam dłoń do czoła, ale to nie pomaga na zamęt w głowie. Jakimś cudem zameldowałam się w pensjonacie w Weston. Nie pamiętam, abym to robiła, zatem albo się zameldowałam i o tym zapomniałam, albo… Albo nic. W miejscu mojej pamięci zieje czarna pustka.

– Może Billy zameldował się w drugim pokoju?

Wargi recepcjonisty nikną pod bujnym ryżym wąsem.

– Nie mogę udzielać informacji na temat innych gości. Zabrania tego regulamin pensjonatu.

Oczami wyobraźni widzę, jak wyrywam mu księgę meldunkową z rąk i walę go nią w głowę – łup, łup, łup – aż muszę zacisnąć powieki, by przegnać ten obraz. Kiedy je ponownie otwieram, widzę, że recepcjonista w dalszym ciągu na mnie patrzy, wydymając wargi.

– Billy to mój syn. Zaginął. Musi mi pan powiedzieć, czy go tutaj znajdę.

– Zaginął? Boże. Zgłosiła to pani na policji?

– Tak. Pół roku temu. Błagam! Muszę wiedzieć, czy tu jest, czy nie.

Pochylam się nad kontuarem i wyciągam ręce w stronę księgi meldunkowej, on jednak mnie uprzedza i przyciska otwartą do własnej piersi.

– Mam ulotkę. – Daję nurka obok lady i zaczynam przetrząsać torebkę. – O, proszę.

Prostuję się i wyciągam przed siebie kartkę z wizerunkiem syna, tak aby recepcjonista dokładnie go zobaczył.

Skończywszy czytać, mężczyzna ledwie zauważalnie kiwa głową, po czym nasze spojrzenia się krzyżują, gdy opuszczam ulotkę. No tak. Patrzy na mnie w  t e n   s p o s ó b.  Jak każdy, kto się nade mną użala, odkąd to się stało.

– Normalnie bym tego nie zrobił, ale… – Z powrotem wkłada okulary, opuszcza księgę meldunkową i pochyla głowę. Następnie przesuwa ogryzionym do żywego mięsa paznokciem w dół listy, aby w pewnym momencie zatrzymać palec.

Czyżby…

Czy…

Recepcjonista kręci głową.

– Przykro mi. Nie zameldował się u nas żaden Billy Wilkinson.

– Może użył innego nazwiska?

Odkłada księgę meldunkową na kontuar i przykrywa ją obiema dłońmi.

– To mały hotel, proszę pani. Mamy tylko trzynaście pokoi. Zatrzymało się u nas małżeństwo z nastoletnią córką i sześć rodzin z małymi dziećmi. Poza tym pamiętałbym pani syna, gdybym go meldował.

– Czy nikt inny nie przyjmuje gości?

Teraz z jego oczu wyziera smutek. Smutek i współczucie.

– Nie. Naprawdę bardzo mi przykro.

Napięcie, które utrzymywało mnie w pionie przez całą rozmowę, ustępuje w końcu, ja zaś opieram się bezwładnie o ladę, czując się jak wypatroszona. Muszę się powstrzymywać siłą woli, aby nie złożyć głowy na chłodnym drewnie i nie zamknąć oczu.

– Bardzo mi przykro – powtarza recepcjonista.

Podnoszę na niego wzrok.

– Pan mnie przyjmował?

Potakuje skinieniem.

– Tak. Jedna noc, płatność z góry. Nie pamięta pani?

– Nie. Nie pamiętam, żebym tu wchodziła ani nawet jak się znalazłam w Weston. W jednej chwili rozmawiałam z przyjaciółką w Bristolu, a w drugiej… – Nie jestem w stanie wyjaśnić, co się stało, ponieważ sama tego nie rozumiem.

Odzyskałam świadomość, chociaż nie tak jak po drzemce czy dłuższym śnie. Nie przypominało to również powolnego powrotu do zmysłów po narkozie. Mimo że byłam przytomna, umysł miałam zmącony, pełen zwichrzonych obrazów, dźwięków i myśli, które stopniowo blakły. Później nagle wszystko znów stało się ostre, ja zaś odzyskałam świadomość własnego otoczenia. Przerażające przeżycie. Absolutnie przerażające.

– Zakrapiany lunch, co? – pyta recepcjonista, wtem tracąc dla mnie współczucie.

– Nie – odpowiadam. – Piłyśmy herbatę.

– Wygląda na to, że powinna pani skorzystać z pomocy lekarza.

– Tak zrobię. Gdy tylko wrócę do domu.

Schylam się i naciągam skarpetki i buty. Gdy zarzucam na ramię pasek torebki, czuję, jak po plecach spływa mi kropla potu.

– Dziękuję – dodaję, kierując się do wyjścia.

– Nie ma za co.

Otwieram drzwi, po czym uderzona świeżym morskim powietrzem odwracam się jeszcze. Recepcjonista podnosi na mnie spojrzenie, nadal trzymając w ręce ulotkę z wizerunkiem Billy’ego.

– Mogę pana zapytać o jeszcze jedno? Kiedy się meldowałam… byłam sama?

– Tak.

– Sprawiałam wrażenie przestraszonej? Przerażonej? Zdezorientowanej?

– Nie. Była pani… – szuka właściwych słów – …całkiem normalna.

Rozdział 10

Wiatr smaga mnie włosami po twarzy, gdy kładę torebkę na kolanach i ją otwieram. W komórce mam pięć wiadomości od Jake’a, przy czym każda kolejna jest utrzymana w bardziej nerwowym tonie niż poprzednia.

Mamo, nie ruszaj się z miejsca. Jedziemy po ciebie.

Jesteśmy o pół godziny drogi od celu. Próbowałem się do ciebie dodzwonić. Mogłabyś odebrać?

Mamo, gdzie jesteś?

Mamo, jesteśmy w Weston. GDZIE JESTEŚ???

MAMO, ODBIERZ, BO INACZEJ ZADZWONIMY NA POLICJĘ!

Wduszam przycisk oddzwaniania. Jake odbiera po pierwszym sygnale.

– Mama? – W jego głosie słychać ulgę. – Gdzie, u diabła, jesteś?

– Na promenadzie. Siedzę na ławce zaraz na prawo od mola.

– W porządku. Nigdzie stamtąd nie idź. Zaraz tam będziemy. – Urywa, a ja czekam, żeby się rozłączył, on jednak jeszcze dodaje: – Obiecaj mi, że się stamtąd nie ruszysz.

– Donikąd się nie wybieram, Jake. Słowo.

– To dobrze. Siedzi na ławce, na prawo od mola… – Przysłuchuję się, jak przekazuje moje współrzędne Markowi, po czym połączenie zostaje przerwane.

Choć jest środek lata, wiatr wdziera się pod moją koszulkę, tak że oplatam się ciasno rękami i wkładam dłonie pod pachy. Gdy chłopcy byli mali, często przesiadywaliśmy na tej ławce. Dzieci jadły lody, a my z Markiem popijaliśmy gorącą herbatę ze styropianowych kubków. Obaj, Jake i Billy, uwielbiali nasze wizyty w Weston. Przepadali za kolorowymi światłami i elektronicznymi odgłosami salonu z automatami do gier, gdzie Mark stał obok nich i wciskał im dwupensówki w wyciągnięte dłonie. Ja zazwyczaj zostawałam na zewnątrz, aby chronić uszy i wdychać słone powietrze, rozkoszując się uczuciem wolności i przestrzeni, która się we mnie otwierała, ilekroć patrzyłam na horyzont.