Wydawca: Buchmann Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 754 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaginione plemię - Scott Wallace

Utrzymana w konwencji bestsellera Candice Millard, River of Doubt, książka Zaginione plemię to opowieść przygodowa o przetrwaniu, poszukiwaniach i odkryciach. Mówi o niezwykłej podróży w najdalsze zakątki Amazonii w poszukiwaniu jednego z ostatnich na Ziemi „plemion bez kontaktu”. W tej pisanej w pierwszej osobie fascynującej relacji z przygód i walki o przetrwanie, fotoreporter „National Geographic”, Scott Wallace, podąża razem z 34-osobową grupą w głąb niezbadanych rejonów Amazonii, poznając sekrety lasu deszczowego i równocześnie przybliżając się coraz bardziej do ewentualnego spotkania z tajemniczymi flecheiros – „Plemieniem Strzały” – rzadko widywanym szczepem sprawnych łuczników, o których wiadomo tyle, że bronią swoich ziem deszczem śmiercionośnych strzał, a następnie wtapiają się z powrotem w cienie lasu.

Książka Zaginione plemię, bogata w informacje biologiczne i antropologiczne oraz mogąca pochwalić się gronem conradowskich bohaterów – każdym z nich kieruje żarliwe pragnienie ocalenia dzikich terytoriów, ale każdego dręczy też strach, podejrzenia i rozpaczliwe pragnienie przetrwania – ożywia dla nas to ostatnie pole bitwy, jakim stała się Amazonia, wyjaśniając przy tym złożone kwestie dotyczące rdzennych plemion oraz ich znaczenie dla nas wszystkich.

Opinie o ebooku Zaginione plemię - Scott Wallace

Fragment ebooka Zaginione plemię - Scott Wallace

Dla Mackenziego, Aarona i Iana oraz moich rodziców, Roberta i Flory Wallace’ów, którzy byliby dumni, gdyby mogli trzymać w rękach tę książkę.

Biedny Aruá, skąd miał wiedzieć, że biali nie są plemieniem takim jak nasze czy jakieś inne, zajmujące jeden, najwyżej dwa brzegi rzeki. Nie wiedział, że są forpocztą całego świata ludzi, nieprzebranego ich mrowia zaludniającego ziemię, zachłannie rozlewającego się po całej kuli ziemskiej. W następnych latach zaczęło ich przybywać coraz więcej. Do dziś nie przestają nas otaczać. Już objęli w posiadanie te ziemie, gdzie słońce wschodzi; a przyjdzie dzień, że przejmą lasy, gdzie zachodzi. Wtedy zredukowani zostaniemy do małej wysepki w morzu bieli.

Darcy Ribeiro (Maíra)

Przedmowa do polskiego wydania Zaginionego plemienia

Scott Wallace

Po raz pierwszy osobiście poczułem, z jakim zapałem Polacy podchodzą do przygody i poznawania świata, kiedy bardzo dawno temu okazało się, że w tanim hotelu w Quito w Ekwadorze popijam wódkę razem z dwoma członkami polskiej orkiestry symfonicznej. Było to w roku 1974 i podróżowałem sam wzdłuż grzbietu Andów, żeby dotrzeć do dżungli Peru i spędzić tam roczny urlop dziekański. Nazwiska tych dżentelmenów wyleciały mi z głowy, ale ich entuzjazm i serdeczność są dla mnie równie żywe w tej chwili, jak podczas tego mroźnego wieczoru sprzed prawie czterdziestu lat. Muzycy ci przez rok grali w orkiestrze symfonicznej w Quito i niedługo mieli wracać do Warszawy, ale dopiero po tym, jak zdobędą Cotopaxi, biały i wspaniały, górujący nad Quito wulkan wysokości sześciu tysięcy trzystu dziesięciu metrów.

Muzycy alpiniści planowali wyruszyć o świcie na szczyt, ale ta otrzeźwiająca perspektywa w najmniejszym stopniu nie osłabiała entuzjazmu, z jakim wznosili toasty za swojego nowego amerykańskiego przyjaciela, za relacje amerykańsko-polskie i za pokój na świecie. Działo się to w szczytowym okresie zimnej wojny i widok młodego amerykańskiego turysty wędrującego samotnie z plecakiem przez południową Amerykę był prawdopodobnie dla nich równie egzotyczny, jak dla mnie widok tych dwóch żywiołowych podróżników. Nie skorzystałem z propozycji, by dołączyć do nich podczas wyprawy na Cotopaxi. Ale pamięć o ich hojności i żądzy przygody pozostała. Dopiero wiele lat później, a był wśród nich rok, jaki spędziłem z rodziną w Toruniu w latach dziewięćdziesiątych, zacząłem doceniać to, jak silny jest w polskiej krwi duch eksploracji i poznawania świata. Świadczą o tym nazwiska, takie jak: Jan Czerski, Elżbieta Dzikowska, Piotr Chmieliński, Jacek Pałkiewicz, Marek Kamiński i Jan Mela, nie wspominając już o słynnych polskich „Lodowych wojownikach”.

Czuję się zaszczycony, że moja przygoda w Amazonii została opublikowana w ojczyźnie tak wielu legendarnych bohaterów otwartych przestrzeni. Mam nadzieję, że ta książka wniesie wkład, choćby skromny, w dostępną polskim czytelnikom literaturę o wielkich lasach deszczowych południowej Ameryki. Oby zainspirowała przyszłe pokolenia Polaków do wyprawienia się w wielką podróż po globie umysłu. Mam nadzieję, że ta opowieść o ostatnich dzikich plemionach na Ziemi obudzi głębokie poczucie zaciekawienia tym, kim jesteśmy i skąd przychodzimy. I każe nam się na chwilę zatrzymać i zastanowić, czy nie moglibyśmy naszej planety deptać lżejszą stopą. To jedyna planeta, jaką mamy, a szybko ją niszczymy.

Scott Wallace

Waszyngton, USA

17 maja 2012

Prolog

Daleko w przeszłość, głęboko w las

Nad ranem znaleźliśmy świeże ślady, odciski stóp w grząskim błocie, rozmiar czterdzieści dwa lub trzy, nie dalej niż sprzed kilku godzin. Kierowały się w tę samą stronę, co nasza kolumna, w głąb najdalszych ostępów dżungli amazońskiej.

Szliśmy gęsiego przez gęste listowie i grube niczym anakonda liany, które zwisały na długość ponad pięćdziesięciu metrów od koron drzew do poszycia dżungli. Gdzieś z wysoka dobiegało pohukiwanie i trajkotanie małp, przerywane czterodźwiękowym piskiem kryjącego się w koronach drzew bławatowca krzykliwego. Deptałem po piętach Sydneyowi Possuelowi, kierownikowi wyprawy.

– Jesteśmy prawdopodobnie jedynymi ludźmi, którzy kiedykolwiek tędy chodzili, my i Indianie – rzekł.

Mówiąc „Indianie”, nie miał na myśli tych dwudziestu mężczyzn z trzech różnych plemion, którzy stanowili trzon naszego korpusu ekspedycyjnego, lecz raczej tajemniczych flecheiros, Plemię Strzały. Indios bravos. Dzikich Indian.

Dzień wcześniej nasi zwiadowcy dostrzegli dwóch nagich Indian w pobliżu rzeki, zawołali do nich, a potem przyglądali się, jak uciekają po prowizorycznym moście i znikają w lesie. Teraz mieliśmy przed sobą widoczne dowody paniki, jaka musiała się szerzyć w ich królestwie – były nimi nie tyle same ślady, ile wielkie odstępy między poszczególnymi z nich, sugerujące wydłużony krok biegnącego z pilną wiadomością.

Nie byliśmy w stanie przewidzieć, w jaki dokładnie sposób plemię zareaguje na naszą obecność. Niewiele mieli powodów, by dostrzec w nas coś innego niż wrogie zastępy intruzów. I słusznie, bo choć intencje mieliśmy jak najlepsze, wszelkie bezpośrednie kontakty z Plemieniem Strzały mogły się okazać katastrofalne. Plemię nie było odporne1 na zarazki, jakich byliśmy nosicielami. Żaden z nas nie był lekarzem i mieliśmy niewiele leków. Nam również groziło niebezpieczeństwo; otaczająca nas jak murem dżungla dawała małe szanse na ucieczkę, gdyby w powietrzu nagle zaczęły latać ich zanurzone w kurarze strzały.

A jednak kto z nas – o tak, nawet purysta Possuelo – nie marzył po cichu o „pierwszym kontakcie”, o tym przełomowym dla historii momencie, gdy całkowicie i zupełnie obcy sobie ludzie z dwóch różnych światów stają naprzeciw siebie twarzą w twarz, spoglądają sobie w oczy i dostrzegają wspólne im człowieczeństwo? Tak właśnie lubiłem to sobie wyobrażać – uśmiechy, uściski dłoni, wymiana prezentów – napisana na nowo historia epokowych spotkań na Roanoke i w Tenochtitlán. Niepowtarzalne przeżycie, historia do przekazywania dzieciom i wnukom wpatrzonym w dziadka: „No, opowiedz nam o tym, jak napotkałeś dzikich Indian w dżungli!”. Olśnilibyśmy świat obrazami dzikusów z epoki kamienia, wystąpilibyśmy w The Today Show1, stalibyśmy się sławami wśród dziennikarzy. Może dostałbym umowę na książkę.

Possuelo stanął jak wryty. W poprzek ścieżki przed nami zwisało na pasemku kory świeżo zrąbane młode drzewko. Taka prowizoryczna brama nie zatrzymałaby nawet dziecka, a co dopiero naszą grupę – ponad trzydziestu dobrze uzbrojonych mężczyzn. Jednak przekazywała ona informację – i ostrzeżenie – które Possuelo natychmiast zrozumiał i uszanował. „To uniwersalny język w dżungli”, szepnął. „Oznacza: «Zakaz wstępu. Nie idź dalej»”.

Zbliżaliśmy się do ich wioski. Każde spotkanie oznaczało gwałtowne i definitywne zakończenie liczącego tysiące lat sposobu życia, a byliśmy tu właśnie po to, by takiemu zakończeniu zapobiec.

Zlokalizowaliśmy kryjówkę Plemienia Strzały. Należało się wycofać, o ile nie było już na to za późno.

Mapa

1 Ocean Atlantycki

2 Gujana

3 Wenezuela

4 Surinam

5 Kolumbia

6 Gujana Francuska

7 równik

8 Ekwador

9 Belém

10 Manaus

11 Amazonka

12 Iquitos

13 Jutaí

14 Tabatinga

15 teren wyprawy

16 Peru

17 Ziemie Ludności Rdzennej Vale do Javari

18 Brazylia

19 Pacyfik

20 Boliwia

21 Brasilia

22 Andy

23 granica państwa

24 podróż łodziami

25 podróż pieszo

26 podróż canoe

27 Matis – plemię kontaktujące się z cywilizacją

28 Mayá – plemię żyjące bez kontaktu z cywilizacją

29 przybliżone położenie indiańskiej wioski bez kontaktu

30 Peru

31 Javari

32 Matsés

33 Curuçá

34 Pardo

35 Matsés

36 Ipixuna

37 Mayá

38 Matsés

39 Matis

40 Marubo

41 Curuçá

42 Ziemie Ludności Rdzennej Vale do Javari

43 Marubo

44 Ituí

45 Juruá

46 Kolumbia

47 Początek wyprawy, 8 czerwca

48 Peru

49 Javarí

50 Letícia

51 Tabatinga

52 punkt kontrolny Anzol (policja federalna)

53 Jandiatuba

54 Amazonka (Solimões)

55 z Jutaí (miasta)

56 koniec wyprawy, 3 września

57 Quixito

58 posterunki kontrolne FUNAI

59 Atalaía

60 odwiedziny po wyprawie w maloce Korubo, 5 września

61 Ituí

62 Itaquaí

63 Korubo

64 Branco

65 autor dogania ekspedycję, 16 czerwca

66 Ig. São José

67 Jandiatuba

68 Tsohom Djapai

69 Nova Queimada

70 Ig. Davi

71 Yarinal

72 Kanamari

73 Plemię Strzały (Flecheiros)

74 Bananeira

75 Massapê

76 podejrzewane lądowisko

77 Sirão Dikumaru (Pedras)

78 Kanamari

79 Itaquaí

80 łodzie zawracają, zaczyna się piesza wędrówka, 29 czerwca

81 Jutaí

82 Jutaízinho

83 Eirunepé

84 wtargnięcie do wioski Plemienia Strzały, 17 lipca

85 Juruá

86 główny obóz, 20 lipca – 3 sierpnia, opuszczony w dłubankach 3 sierpnia

87 dom Texeiry

88 Curuena

89 łódź motorowa zabiera członków wyprawy, 17 sierpnia

90 Jutaí

91 do Jutaí (miasta)

92 Brazylia

1The Today Show – magazyn telewizji śniadaniowej amerykańskiej stacji NBC, nadawany na żywo

CZĘŚĆ I

W głąb Amazonii

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pogłoska o dzikusach

Telefon, który odebrałem pewnego dnia na początku czerwca, zaprowadził mnie z Nowego Jorku daleko w głąb Amazonii; dzwonił Oliver Payne, redaktor „National Geographic”. Wróciłem właśnie po kilku miesiącach spędzonych w Brazylii, skąd donosiłem o dewastacji środowiska w Amazonii, i urządzałem się w podnajętym na lato, przepastnym trzypokojowym mieszkaniu na parterze budynku z szarego granitu na Upper West Side na Manhattanie. Był to ten sielankowy moment w roku, gdy po zimie zostało już tylko mgliste wspomnienie, a słońce coraz życzliwiej grzało. Cieszyłem się na wakacje, w czasie których chciałem nadrobić straty – podreperować więzy rodzinne i podjąć życiowe decyzje co do tego, gdzie zapuścić korzenie po tyluletnim włóczeniu się po świecie. W wieku czterdziestu siedmiu lat czułem się ich tak samo pozbawiony jak wtedy, gdy wieki temu jako młody absolwent college’u wsiadałem na transportowiec płynący do Ameryki Południowej. Od tamtego czasu, wykonując mój zawód dziennikarza1, relacjonowałem wojny i rewolucje w Ameryce Środkowej, narodziny gangów w postsowieckiej Rosji, a ostatnio walki rdzennych plemion w miejscach tak od siebie odległych jak Arktyka, Andy i Amazonia, gdzie miejscowa ludność obsadzała linie frontu przeciw nacierającym buldożerom i wiertniom, które zwiastowały finalną ofensywę globalnej ekonomii na kurczące się enklawy pierwotnych, dzikich obszarów naszej planety. Kiedy opowiadałem ludziom, jak zarabiam na życie, brzmiało to niesłychanie romantycznie, zwłaszcza że zazwyczaj prześlizgiwałem się po tej części, która wiązała się z nieudanym małżeństwem, debetem na rachunku bankowym i poczuciem winy, jakie miałem wobec moich trzech chłopców, widywanych o wiele za rzadko.

Ale to lato miało być czasem rozrachunków: dokonania ponownej oceny i pewnych zmian. Mój ojciec przeszedł właśnie fatalną w skutkach (omal nie umarł) operację na otwartym sercu, a matce dokuczało tak wiele dolegliwości, że cud, że jeszcze żyła. Pragnąłem jakiegoś pojednania, chciałem im powiedzieć, nim będzie na to za późno, że ich kocham i że przepraszam za wszystko, co robiłem, a co musiało im złamać serce z tysiąc razy. Rozpaczliwie pragnąłem się częściej widywać z moimi synami. Postępować uczciwie w stosunku do byłej żony, wspaniałej kobiety, która latami żonglowała własną pracą i wymaganiami, jakie stawiało przed nią wychowywanie trzech synów podczas moich długich nieobecności, i która na koniec zdecydowała, że za długo już tolerowała moje wady. No i była jeszcze Sarah, w której odnalazłem połączenie tak wielu podziwianych przeze mnie cech; bystry umysł i uroczy śmiech, bezkompromisowe poczucie humoru oraz całkowity brak szacunku dla wszelkiej pretensjonalności. Nasz romans był namiętny, lecz kruchy. Może przyszła już pora odłożyć na bok ulotną sławę dziennikarza podróżnika, przynajmniej na trochę? Może najwyższy czas przestać myśleć o następnym dużym artykule i przedłożyć własne plemię nad plemiona wszystkich innych ludzi?

I wtedy właśnie przyszła wiadomość od Olivera Payne’a. Krążyliśmy obaj wokół pomysłu na artykuł dla „National Geographic” o nielegalnym handlu drewnem, ale kiedy ostatni raz kończyliśmy rozmowę, Ollie dał mi do zrozumienia, że trzeba nad tym jeszcze popracować. Nie wystarczy powiedzieć, że byłem nieco zaskoczony, kiedy otrzymałem od niego krótką wiadomość: „Scott, zadzwoń do mnie natychmiast”.

Jego asystent połączył mnie od razu. – Nie chodzi dokładnie o mahoń – zaczął Ollie swą nieskazitelną oksfordzką angielszczyzną – ale o coś, czego może chciałbyś się podjąć. – I dalej w stylu: czy znam bojownika o prawa brazylijskich Indian i badacza dzikich terenów, niejakiego Sydneya Possuela? Gazeta postanowiła go przedstawić w najbliższym wydaniu i potrzebny im był dziennikarz.

Nazwisko Sydneya Possuela znane było na wielkich obszarach brazylijskiej głuszy; szeptali je z czcią członkowie plemion, których bronił, i z równą jej złością ranczerzy, drwale i górnicy, którzy dążyli do splądrowania bogactw amazońskiego lasu deszczowego. Należał do ostatnich wielkich badaczy Amazonii i wiadomo było, że razem ze swoimi ludźmi przepadał niekiedy na całe miesiące w jej dzikich ostępach.

– Pewnie – odrzekłem. – Znam go.

Spotkałem się z Possuelem dziesięć lat wcześniej na Szczycie Ziemi w roku 1992 w Rio de Janeiro. Był wówczas prezesem brazylijskiej agencji rządowej do spraw ludności indiańskiej, Krajowej Fundacji Indian znanej pod portugalskim akronimem FUNAI. Skończył właśnie kierować monumentalnym – iście herkulesowym – zadaniem2: usunięciem tysięcy awanturników, poszukiwaczy złota z ojczystych ziem Indian Yanomami, a następnie wytyczeniem granic rezerwatu wielkości stanu Maine, aby ich chronić. Był to największy rezerwat Indian, jaki kiedykolwiek powstał w Brazylii, a założono go mimo głośnych protestów potężnych inwestorów oraz ogromnych wyzwań logistycznych, jako że prowadząca pomiary ekspedycja musiała stworzyć „materialną” granicę terytorium, wyrąbując dżunglę na całym jego obwodzie. Nie mogłem dogrzebać się w pamięci wspomnień o tej rozmowie z Possuelem, ale przypomniałem sobie jego jastrzębi nos, łysiejącą głowę i gęstą, kasztanowatą brodę – oraz niesamowite wręcz podobieństwo do portretowych wyobrażeń... Francisco Pizarro, Hiszpana, który sprawił, że rzeki południowej Ameryki spływały krwią Indian. Misja Possuela nastawiona na ratowanie brazylijskich Indian nie mogła się już bardziej różnić od misji Pizarra. Pamiętałem jednak, że wyczułem wówczas przebijającą przez opanowane przemówienie Possuela nutę tej samej niepohamowanej wściekłości, jaka pobudzała konkwistadora do plądrowania imperium Inków i wycinania ich w pień.

Ollie wyjaśnił, że Possuelo miał poprowadzić ekspedycję w jeden z najsłabiej zbadanych zakątków Amazonii, w położoną w lesie deszczowym ojczyznę tajemniczej społeczności, znanej jako flecheiros lub Plemię Strzały, szczepu, z którym świat zewnętrzny wciąż jeszcze nie nawiązał kontaktu. Niewielu ludzi przewędrowało przez samo serce krainy Plemienia Strzały i przeżyło, by o tym opowiedzieć – jeżeli w ogóle się to komuś udało. Possuelo zamierzał tego dokonać. Musiał o tych ludziach zebrać istotne informacje: teren, po jakim wędrowali, relatywny stan zdrowia, obfitość występowania zwierzyny i ryb tam, gdzie żyli. Musiał dowieść, że strategie, o które tak usilnie walczył, naprawdę działają, że pozostawione w izolacji szczepy, takie jak Plemię Strzały, kwitną i jest im dużo lepiej, niż gdyby zostali objęci jakimś planem zintegrowania ich ze współczesnym światem. Pozytywne wyniki z pewnością zwiększyłyby dla niego poparcie w stolicy kraju, Brasilii, w momencie gdy narastała presja, aby w całej Amazonii stopniowo redukować ochronę ziem Indian, tworzyć nowe miejsca pracy, no i czerpać stamtąd zyski. Naszym zadaniem byłoby wypatrywanie intruzów – drwali, kłusowników, a nawet handlarzy narkotyków – spekulantów dużych i małych, których obecność mogła stanowić śmiertelne zagrożenie dla Indian. Nie wykluczano nawet aresztowań.

Co najciekawsze, wszystko to należało osiągnąć, nie kontaktując się z plemieniem. To również było częścią niezwykłego planu Possuela. Jeśliby to się udało, tak jak zakładaliśmy, Indianie mieli pozostać niewidzialni, nawet dla nas. Possuela w najmniejszym stopniu nie interesowały kwestie istotne dla antropologów badających prymitywne społeczności: więzi rodzinne, totemy czy tożsamość etniczna. Poszukiwał „praktycznych informacji” – lokalizacji wiosek, obszaru corocznych migracji Indian; żeby to ustalić, wystarczyło się znaleźć w ich pobliżu, bez nawiązywania bezpośredniego kontaktu. W końcu zarazki, jakie mieliśmy ze sobą przynieść3 do dżungli, nie były ani trochę mniej zabójcze niż zarazki dowolnego, wyjętego spod prawa drwala czy kłusownika. Dla nieodpornych Indian z pewnością niosłyby śmierć. Byli na nie równie podatni jak pierwsi tubylcy napotkani przez Hernanda de Soto czy Jacques’a Cartiera, wczesnych badaczy Ameryki Północnej, którzy bezwiednie roznosili zarazę w głąb kontynentu, na zawsze go zmieniając.

Okazja, żeby przedstawić sylwetkę Sydneya Possuela, sama w sobie nie usprawiedliwiała jeszcze storpedowania moich planów na lato, kiedy to miałem zamiar „wskrzesić” moje życie osobiste, zwłaszcza znaleźć czas dla chłopców i moich rodziców, jadąc nad jezioro George w Adirondaks w stanie Nowy Jork. Jest to magiczne miejsce, gdzie kiedyś po lasach grasowali Mohikanie, Algonkinowie i Mohawkowie i gdzie w XVIII wieku francuskie i brytyjskie armie kolonialne rywalizowały ze sobą o ogólnoświatową dominację, głównie kosztem Indian. Tamtejsze krystalicznie czyste wody i osłonięte sosnami zbocza to wciąż jeszcze tereny, które potrafią rozpalić wyobraźnię dziecka, a ja chciałem zobaczyć ten zachwyt na twarzach moich synów. Ale niemożliwością było przeoczenie w propozycji Olliego szerszych implikacji i potencjalnie niezwykłego charakteru proponowanego przezeń artykułu: szansy na kontakt – i pewności, że będziemy go bliscy – z plemieniem o niejasnym pochodzeniu, które opierało się wszelkim inicjatywom osób postronnych i wciąż tkwiło w swego rodzaju „równoległym świecie” w najgłębszych ostępach dżungli. Brzmiało to zbyt bajkowo, aby było prawdą – jak jakaś opowieść wyrwana z kartek książek Roberta Louisa Stevensona albo H. Ridera Haggarda, nawiązująca do czasów, kiedy ogromne połacie ziemi nie istniały jeszcze na mapach, a tropikalny „pas” świata roił się od „zaginionych” tubylców czekających na odkrycie. Jednak jeśli wierzyć słowom Olliego, tutaj nie chodziło o jakieś wymarłe plemię, które żyło tylko w książkach historycznych lub fantazjach z dzieciństwa. Ta historia odsłaniała się przed nami „tu i teraz” i żadnej podróży w czasie – poza metaforyczną – nie było trzeba.

Jako dziennikarz z dużym doświadczeniem w kwestiach związanych z Amazonią zajmowałem się uprzednio domniemanymi przestępstwami, jakie mieli popełniać zachodni naukowcy, przebywając wśród plemienia Yanomami („z epoki kamienia”) w wenezuelskiej dżungli. Odkryłem dowody spisku mającego na celu wrobienie wodza Kayapó oraz orędownika ekologii, Paulinha Paiakana, a sfingowanego na podstawie oskarżeń o zgwałcenie nieindiańskiej nastolatki – oskarżeń, które skutecznie zniszczyły ich wizerunek i na trwałe zaszkodziły międzynarodowemu ruchowi na rzecz ochrony lasów deszczowych. Opisywałem trwającą w środkowej Brazylii wojnę lądową, w której do walki przeciw potężnym klikom ranczerów oraz potentatów przemysłu drzewnego stawali mieszkający „na dziko” nędzarze. Ci pierwsi podtrzymywali swoje rządy twardej ręki głównie dzięki groźbom i łapówkom i wymierzali sprawiedliwość po swojemu jak na Dzikim Zachodzie, przeważnie za pomocą strzelby. A mimo to Amazonia mnie kusiła.

W jej strzelistych lasach, w rwącym i cichym nurcie nieuregulowanych rzek, przenikliwych krzykach i dymiących ogniskach zwiastujących zbliżanie się do wioski było coś, co dawało mgliste wyobrażenie surowej, pierwotnej egzystencji, jeszcze nieprzefiltrowanej przez otoczkę cywilizacji – i przez „palisady”, jakie wznosi ona w nas, by przytłumić naturę i ukryć przejawy jej największej dzikości. A przynajmniej kusiło mnie, żeby tak myśleć. Byłem produktem wytworzonym przez oświecone, liberalne uczelnie w Nowej Anglii, szlifowanym w schyłkowych latach wojny w Wietnamie, kiedy to kwestionowanie decyzji władz jawiło się jako centralny paradygmat prawie w każdej dziedzinie. Studiowałem filozofię na Yale, a w połowie lat siedemdziesiątych, gdy zrobiłem sobie rok przerwy, pracowałem w peruwiańskiej dżungli jako nauczyciel literatury wśród Indian mówiących w języku ashaninka i keczua. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z tym, jak absolutnie obca dla nas jest Amazonia. Potem zostałem dziennikarzem i relacjonowałem zawieruchę w Ameryce Środkowej w latach osiemdziesiątych, a jeszcze później zacząłem być przez wydawców postrzegany jako ktoś w rodzaju eksperta wszędzie tam, gdzie chodziło o sprawy dotyczące Amazonii i kultury ich mieszkańców. Byłem więc bardziej skłonny niż większość moich rodaków opowiadać się po stronie odmiennych poglądów na kwestie dotyczące społeczności pierwotnych i ich okropnego traktowania przez naszych przodków. Przesiąknięty amerykańską popkulturą od urodzenia, byłem pod wieloma względami produktem tych mediów, które pochłaniałem. Jako chłopiec bawiłem się w kowbojów i Indian i oglądałem The Lone Ranger oraz Hopalong Cassidy chyba tylko po, aby w późniejszych latach te młodzieńcze poglądy zrewidować przez filmy Pochowaj me serce w Wounded Knee oraz Mały wielki człowiek. Czy stałem się dzięki temu obywatelem choć trochę bardziej chętnym czy zdolnym naprawiać krzywdy tego świata, czy tylko bardziej namiętnym konsumentem przedstawianych przez mass media obrazów egzotycznych kultur, co oznaczało zamianę kulturowych banałów jednego pokolenia na banały pokolenia następnego?

Jednak gdy zarysowała się perspektywa wyprawy w najdalsze rejony lasu deszczowego, aby napisać o plemionach „bez kontaktu”, poczułem się tak, jakbym nagle stanął na krawędzi ogromnej terra incognita i to zarówno w dosłownym, jak i przenośnym sensie – incognita pod każdym niemal względem, począwszy od tego, jaki sprzęt powinienem zapakować, a skończywszy na tym, co mam myśleć o prymitywnych plemionach, o których nasz świat miał dopiero usłyszeć. Z braku widzialnych drogowskazów kusiło mnie, żeby się zdać na niektóre z najgłębiej zakorzenionych mitów, jakie przez wieki przekazywała nam myśl zachodnia: o ciemnych, niebezpiecznych lasach i z góry zakładanej, technologicznej, jeśli nie moralnej, niższości takich plemiennych państewek. Byłem dostawcą informacji przekazywanych czytelnikom rozsianym po całym globie i zdawałem sobie sprawę, że być może będę zmuszony podzielać z wydawcami (i czytelnikami) założenie co do zajmowanej przez białych uprzywilejowanej pozycji na szczycie rozwoju rasy ludzkiej. Z niechęcią myślałem o wścibstwie i tym niezdrowym podnieceniu, że oto uchyla się rąbka lasu deszczowego i obnaża prymitywną egzystencję tego plemienia, tak aby cały świat mógł ją zobaczyć. Od kiedy Kolumb po raz pierwszy wyszedł z wody na brzeg na Karaibach, Europejczycy sądzili, że nadzy tubylcy Ameryki są czymś w rodzaju okna wychodzącego na pradawną historię. Niezależnie od tego, czy w ich sylwetce widzieliśmy szlachetnego dzikusa czy dzikusa bestialskiego, nadal wyobrażaliśmy sobie, że Indianin zajmuje na drabinie ewolucji szczebel, które my pozostawiliśmy za sobą wieki temu.

Przez prawie pięćset lat Amazonia zajmowała wyjątkowe miejsce w zachodniej wyobraźni, zarazem fantastyczne i przerażające, jako nietknięty Rajski Ogród i bezwzględne Zielone Piekło, niemające granic odludzie, gdzie przybysze gubią drogę i tracą rozum. Dla tych z nas, którzy wychowali się w strefie umiarkowanej, pozostaje ona obcą krainą, rojącą się od nieznanych, przerażających form życia i będącą siedliskiem kultur o szokujących nawykach, różniących się od naszej tak radykalnie jak żadne inne na tej planecie.

Jednak w dorzeczu Amazonki, jako największym skupisku lasów deszczowych na Ziemi, zaczęto widzieć jedno z krytycznych dla naszej planety miejsc, gdzie toczy się walka o ukrócenie dewastacji środowiska. Naukowcy zaczynali dopiero odkrywać4 sekrety jego stabilizującego wpływu na klimat i zastanawiać się nad urzekającą różnorodnością form życia, których siedliskiem są tamtejsze lasy, gdzie zróżnicowanie gatunków nie ma sobie równych; a dorzecza zasilające rwące nurty rzek są tak szerokie, że odgrodziły od siebie oddzielne ekosystemy, co jeszcze bardziej rozkręca rozszalałą specjację. Równocześnie dopiero teraz zaczyna się rozumieć zasadniczą rolę, jaką odgrywają rdzenne społeczności w tym szerszym równaniu. Na zdjęciach satelitarnych z kosmosu, które nigdy wcześniej nie były dostępne5, widać, że to ich ziemie powstrzymują narastającą falę dewastacji lasu deszczowego, a etnobotanicy wychwalają sprawność, z jaką tubylcy strzegą swej wiedzy na temat medycznych właściwości setek drzew, roślin i lian i wciąż chronią tę wielką skarbnicę wraz z kryjącymi się w niej możliwościami leczenia niektórych najdokuczliwszych chorób współczesnego świata. Natychmiast zrozumiałem, że mój artykuł mógłby stać się ważnym głosem w tej wielopiętrowej debacie. Wyprawa miała zbadać odległe obszary rozległych ziem rdzennej ludności mieszkającej w dolinie Javari, uznanych ostatnio za tereny zakazane dla działalności nastawionej na zysk, takiej jak wycinka i poszukiwanie złota; w rezultacie czego region ten stał się zarzewiem buntu społecznego. Obszar, o którym mowa, leżał blisko granicy Peru6 i ani Hiszpanom schodzącym z Andów, ani Portugalczykom żeglującym w górę labiryntu rzek Amazonii nie udało się go podbić. Nawet Inkowie, których ostatni władcy zniknęli na jego zalesionych zboczach, nie byli w stanie zawojować tej ziemi wiecznego mroku, którą nazywali Antisuyu, czyli Wschodnią Dzielnicą, z jej nieprzejednanymi plemionami i ich śmiercionośnymi strzałami. Sama Javari pozostawała tuż poza ich najdalszym zasięgiem.

Istniało pewne podobieństwo między naszą własną ekspansją na zachód a dzisiejszym pograniczem cywilizacji, przesuwającym się w głąb Amazonii: żądni ziemi osadnicy pragnący poprawić swój los, poszukiwacze złota goniący za marzeniami o luksusach, rekiny finansjery pchające się na siłę do działania, Indianie czepiający się starych jak świat tradycji w obliczu nieubłaganego szturmu obcych z dalekich stron, a wszystko to na tle pozornie bezkresnych, dzikich obszarów. Tyle że okazały się one jednak niezupełnie bezkresne. W ciągu zaledwie stu lat od założenia kolonii Jamestown7 w 1607 roku osadnicy byli na najlepszej drodze do zrównania z ziemią pradawnych, wschodnich lasów północnej Ameryki w akcie tak zwanej deforestacji, który miał się stać największą i najszybszą deforestacją w dziejach ludzkości, aż do obecnego, prowadzonego na skalę przemysłową ataku na tropikalne lasy deszczowe.

Minął już niemal wiek8, odkąd Ishi, ostatni z Indian Yahi, poddał się szeryfowi w środkowej Kalifornii po czterdziestu pięciu latach ukrywania się przed hodowcami bydła, którzy wymordowali jego plemię. Pojawienie się Ishiego w roku 1911 zelektryzowało kraj; uważano, że „dzicy” Indianie zniknęli z Zachodu kilkadziesiąt lat wcześniej, bo albo wszyscy byli martwi, albo zagnani do rezerwatów. Może podobny szok czekał współczesny świat. Nawet ja, tak zwany „ekspert”, nie byłem świadom, że plemiona „bez kontaktu” wciąż uparcie trwają na terenie Amazonii, poza zasięgiem nowoczesnego świata. Bywałem w odosobnionych plemiennych wioskach, ale już sama moja obecność tam zakładała istnienie pewnych wcześniejszych kontaktów. Wiedziałem, że Possuelo pracował z izolowanymi plemionami, ale plemiona „bez kontaktu” – to było dla mnie coś nowego. Fakt, że takie rdzenne społeczności wciąż utrzymywały się w odległych zakątkach dżungli, opierając się wszelkim próbom podporządkowania, a nawet nawiązania z nimi kontaktu, był chyba szansą na powtórkę z historii, a nawet na to, by ją tym razem trochę lepiej rozegrać.

Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że doświadczenie, jakiego nabyłem na odludziu, będzie odpowiednim przygotowaniem do takiej wyprawy. Ale gdy dokonałem szybkiego przeglądu moich wcześniejszych wypraw do lasu deszczowego, wyszła na jaw niepokojąca sprawa: chociaż mogłem się głęboko zapuszczać w las, nigdy faktycznie nie byłem dalej niż kilka dni na piechotę od skraju drogi, od pasa startowego czy od brzegu rzeki, gdzie czekała na mnie łódka, która mogła błyskawicznie dowieźć przed zmierzchem z powrotem do osiedla Indian. Nawet w najgłębszej dżungli Ameryki Środkowej wciąż mieliśmy łączność radiową z odpowiednimi służbami, które mogły w przeciągu kilku godzin wezwać helikoptery i nas zabrać skądś, wysadzić albo przemieścić w obrębie pola walki. Ta wyprawa miała być zupełnie inna – Possuelo prowadził swoją drużynę na dzikie bezdroża. Rzadko nadarzałaby się okazja do połączenia ze światem zewnętrznym.

Było to zarazem kuszące i onieśmielające. Gdzieś w środku dżungli miałbym obchodzić czterdzieste ósme urodziny. A dodam, że przez tych ostatnich kilka lat trochę się zapuściłem. Codziennie ćwiczyłem, ale mając metr osiemdziesiąt wzrostu i ważąc przy tym dziewięćdziesiąt trzy kilogramy, nie byłem pewien, czy wytrzymam miesiące ciężkich warunków w dziczy. Wiedziałem, że napotkamy tam różnego rodzaju niebezpieczeństwa z wyrafinowanego repertuaru Amazonii, w postaci śmiercionośnych stworzeń dużych i małych, od jaguarów ludojadów po doskonale rozwinięte mikroby. Istniała też bardzo realna możliwość ataku ze strony członków plemienia, na którego ziemie mieliśmy wkroczyć. Zapowiadała się naprawdę męcząca wyprawa, ponieważ zaplanowana trasa miała nas zaprowadzić dużo głębiej w dżunglę niż większość ekspedycji Possuela, wystawiając grupę na szczególnie trudne warunki i wyjątkowe zagrożenia.

Być może jeszcze bardziej niepokojący był ten śmiesznie krótki termin. Takie przedsięwzięcie normalnie wymagałoby tygodni, jeśli nie miesięcy przygotowań, ale Ollie zaznaczył z żalem, że będę musiał się „od razu za to zabrać”. Właściwie miałem pięć dni na dotarcie do Tabatingi, tej parnej forpoczty cywilizacji, gdzie zbiegały się granice Brazylii, Peru i Kolumbii. „Ekspedycja powinna wyruszyć lada dzień”, poinformował mnie Ollie ze zniecierpliwieniem w głosie. W moim życiu miał odtąd zapanować kompletny chaos. Będę się musiał wycofać z podnajmu i zrezygnować z reszty moich planów wakacyjnych. Ten kruchy związek, na którym opierałem nadzieje na przyszłe szczęście, pewno też nie przetrwa kolejnej długiej rozłąki. A moi chłopcy – nie będę miał nawet okazji, żeby się z nimi zobaczyć i pożegnać.

A jednak ta podróż dawała mi możność uczestnictwa w takiej wyprawie odkrywczej i takiej przygodzie, jakie w zaraniu trzeciego tysiąclecia niemalże nie istniały już na naszej planecie. No i w końcu miałem zrobić interes z szacowną „żółtą książką”, bo tak wtajemniczeni nazywali to flagowe czasopismo: „National Geographic”. W rzeczywistości była to okazja życia.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pędem do Amazonii

Ze snu wyrwało mnie gwałtowne walenie w drzwi.

– Scott, Scott? Jest pan tam? – grzmiał barytonem jakiś głos z hallu. Zerwałem się z łóżka. W pokoju było ciemno, tylko cienka smuga światła prześwitywała z boku spoza ciężkich zasłon, rozciągających się od sufitu do podłogi. Spojrzałem na zegar na nocnym stoliku: siódma rano.

Przypomniałem sobie: długa seria lotów, z których ostatni airbusem linii Varig dostarczył mnie z Caracas do Manaus o drugiej nad ranem. Kompletne ciemności na zewnątrz, kiedy przycisnąłem nos do zimnego okna, widziałem tylko samolot przechylający się przy skręcie nad ogromną rzeką. Potem jasne, mrugające w ciemności znaki nawigacyjne wskazujące na Punta Negra, ważny punkt na północnym brzegu przy ujściu rzeki Rio Negro w miejscu, gdzie łączy się ona z Solimões, by stać się Amazonką. Potem pojawiła się geometryczna siatka ulic miasta, nakreślona przez bladopomarańczową poświatę lamp gazowych, która popłynęła nam w górę na spotkanie, i ostatnie szarpnięcie, gdy nasze koła uderzyły w pas startowy. Było dobrze po trzeciej nad ranem, nim taksówka przejechała krętymi uliczkami obok niszczejących pastelowych ścian obskurnych spelunek i warsztatów wulkanizacyjnych i zatrzymała się przed Da Vinci, hotelikiem o szklano-chromowanej fasadzie, położonym na obrzeżach miasta, który wybrałem podczas tej wyprawy na swój dwumiesięczny dom.

– O, Senhor Wallace! Qué prazer! – wyrecytował recepcjonista. – Wspaniale, że znów nas pan odwiedził! – Wymięty i zmęczony poleciłem, aby nie przełączać do mnie żadnych telefonów do dziewiątej rano.

Najwyraźniej Nicolasowi Reynardowi albo nie przekazano tej wiadomości, albo postanowił ją zignorować.

– A więc jest pan gotów do drogi? – usłyszałem. Olbrzym o wzroście metra dziewięćdziesięciu wpadł do pokoju jak żołnierz oddziału szturmowego. Zamknąłem za nim drzwi i pospiesznie owinąłem się ręcznikiem w pasie. Szare oczy Nicolasa spoglądały na mnie przez okulary w drucianej oprawce, jakby z wieży obserwacyjnej. Miał, jak sądzę, czterdzieści parę lat, jego siwiejące włosy były przycięte na pazia, z grzywką i kosmykami po bokach. Wyglądało to na amatorskie, warte dziesięć dolców dzieło jakiegoś fryzjera ze starych czasów. Jego chuda twarz zwężała się do długiego podbródka, ściętego na dole pod kątem prostym jak łyżka niewielkiej koparki parowej. Paradował w najnowszym stroju safari, jakby właśnie wyskoczył z folderu jakiejś bananowej republiki: szybko schnąca koszula khaki, szorty cargo i sandały typu Teva.

– Powinniśmy się zbierać – rzekł z francuskim akcentem, który być może byłby przyjemny dla ucha, gdyby gawędził ze mną w ogródku paryskiej kafejki. Ale nie tu. Jednym szarpnięciem rozsunął zasłony, tak że oślepiające światło wprost zalało mój brazylijski pokój hotelowy. – Samolot do Tabatingi odlatuje o pierwszej, a my musimy załatwić do tego czasu wiele spraw.

– Kiedy pan przyjechał? – zapytałem, mrużąc oczy, wciąż jeszcze nieprzyzwyczajone do eksplozji porannego tropikalnego słońca.

– Wczoraj po południu, lotem z Miami. Z Paryża wyjechałem dwa dni temu. – Było w Nicolasie jakieś je ne sais quoi, jakaś mieszanka samozadowolenia i nadgorliwości, która od razu wzbudziła we mnie podejrzenia. – Przywiózł pan pieniądze? – zapytał.

– Tak, tu są – powiedziałem, grzebiąc w torbie w poszukiwaniu koperty. Ponieważ nie miałem własnego konta bankowego w Nowym Jorku, poprosiłem, aby „Geographic” przekazało nam pieniądze na wydatki – tysiące dolarów w gotówce – przez konto Sarah. Była to jedna z niezliczonych spraw do załatwienia, jakimi zajmowałem się w tych szalonych dniach, które nastąpiły po telefonie Olliego Payne’a. – A więc jest pan Francuzem, ale mieszka w Stanach? – zaryzykowałem, czerpiąc z tych skąpych informacji, jakimi podzielił się ze mną Ollie.

– Mój ojciec jest Francuzem, matka Amerykanką. Mieszkaliśmy razem w Nowym Jorku, póki nie skończyłem osiemnastu lat. Wtedy moi rodzice się rozwiedli, a ja przeniosłem się z matką do Paryża. Od tego czasu mieszkam we Francji. – Usiadł na łóżku, przeliczając pliki stówek. – Sprawdzaliśmy pana w Internecie – powiedział. – Niewiele udało nam się znaleźć.

Pominąłem tę uwagę milczeniem. Nicolas wspomniał, że jego ojciec był malarzem, ale on sam od dzieciństwa parł w innym kierunku: chciał zostać fotografem „National Geographic”. Podobnie jak ja krążył po obrzeżach, przyjmował podobne zadania w innych wydawnictwach, stukał do wielu drzwi, w nadziei że ktoś zwróci nań uwagę. W końcu rzeczywiście się otwarły, dla nas obu, w tym samym czasie. Dziwny zbieg okoliczności. Skoczyłem do łazienki.

– A więc zna pan już Sydneya? – zapytał Nicolas, podnosząc głos, tak by go było słychać przez szum wody z kranu. Imię to wymawiał tak, jakby zamiast „e” było tam „a”: Syd-nay.

Sydney Possuelo był oczywiście powodem1, dla którego obydwaj znaleźliśmy się w Manaus. To człowiek, który się „przebił”. Postanowił zrezygnować ze studiów uniwersyteckich na rzecz pełnego przygód życia w brazylijskich dżunglach i w późnych latach pięćdziesiątych zaczął terminować u Orlanda i Claudia Villas Boas, braci, którym renomę przyniosły odważne wyprawy odkrywcze oraz żarliwa obrona plemion indiańskich. W latach osiemdziesiątych Possuelo utorował drogę brazylijskiej strategii „Bez kontaktu”, kiedy to obstawał przy powołaniu do życia dziwacznie brzmiącego Wydziału ds. Izolowanych Indian, elitarnej jednostki w FUNAI. Zarówno ta strategia, jak i sam wydział stanowiły ogromną zmianę w traktowaniu przez Brazylię swoich indios bravos („dzikich Indian”). Począwszy od końca XIX wieku, funkcję orędowników tegoż „kontaktu” sprawowali kolejni, poprzedzający Possuela zwiadowcy rządowi2. Nazywano ich sertanistami. Zapuszczali się głęboko w odległe rejony i pozyskiwali Indian prezentami i przyjaźnią. Idea zasadzała się na tym, by zasymilować tubylców i usunąć ich z drogi przesuwającego się coraz dalej pogranicza cywilizacji, a w ostateczności – by złagodzić nieunikniony cios, jakim było dla nich pojawienie się tej cywilizacji.

Ci mężczyźni (prawie zawsze byli to mężczyźni)3 obdarzeni byli temperamentem idealistycznych poszukiwaczy przygód; pociągała ich ta trudna i niebezpieczna praca. Często przyglądali się bezradnie, jak pokłosiem zainicjowanego przez nich kontaktu stają się choroby, śmierć i rozpacz Indian. Składając publicznie swoją rezygnację4, pewien sertanista ostro krytykował pracę agencji, ubolewając nad swą rolą „grabarza Indian”. Widząc, jak ten sam scenariusz powtarza się z doprowadzającą do szału przewidywalnością, Possuelo w połowie pracy zawodowej zmienił zdanie. Ale zamiast zrezygnować, pokierował odnoszącym sukcesy w FUNAI ruchem, który zalecał unikanie kontaktu z brazylijskimi plemionami, otaczanymi coraz ciaśniejszym pierścieniem cywilizacji. Zmiana ta okazała się istnym trzęsieniem ziemi i być może największym osiągnięciem w długiej, znakomitej karierze Possuela. Poczynając od roku 1987, jednostka do spraw izolowanych plemion z Possuelem na czele sprawdzała wszelkie doniesienia o tym, że widziano Indian bez kontaktu, i podejmowała działania na rzecz ich ochrony. Działania te obejmowały między innymi wytyczanie terenów zamkniętych, zwanych Terras Indigenas, zgodnie z prawem niedostępnych dla osób z zewnątrz, tam, gdzie zwiadowcy potwierdzali obecność takich grup.

Kiedy już wytyczono rezerwat o nazwie Ziemie Rdzennej Ludności5 dla ochrony jakiegoś izolowanego plemiona, jednostka Possuela nadal je monitorowała z oddali, często wykorzystując w tym celu zwiad lotniczy. Ich osady, składające się z pokrytych strzechą chat (maloków6), kontrolowano wówczas z powietrza. Te przeloty dostarczały podstawowych informacji, takich jak przybliżona liczba ludności, szacowana na podstawie liczby i wielkości domów na polanie. Jednak gęste piętro koron drzew w dżungli pozwala odkryć bardzo niewiele sekretów z powietrza. Tylko mozolna wędrówka, jaką przewidywał Possuelo, mogła dostarczyć tego rodzaju informacji, o jakie mu chodziło. Szczególnie martwiła go infiltracja na obwodzie rezerwatów w odległych rejonach ziem, które z urzędu miał chronić. Sposób na to, by pokazać swoją flagę, demonstrując tym samym zwierzchnictwo rządu i swoje własne nad ogromnym terenem, widział w bezpośredniej wyprawie; teren, o którym mowa, w dużej mierze nie był nikomu znany oprócz zamieszkujących go plemion.

– Tak, poznałem go dawno temu – odparłem, upychając przybory toaletowe w zamykane torebki. – Ale nie znam go tak dobrze jak pan. – Nicolas podniósł wzrok znad pliku banknotów z drapieżnym uśmiechem. Powiedziałem tak, by mu oddać sprawiedliwość, ale była to prawda. Podróżował już wcześniej z Possuelem. Zaprzyjaźnili się i regularnie ze sobą kontaktowali. I to w ten sposób dotarła do niego wiadomość o planowanej przez Possuela wyprawie, po czym wpadł na pomysł przekonania „Geographic” do pokrycia wydatków.

– Co pan o nim myśli? – zapytał Nicolas. Wyczuwałem, że mnie sprawdza, być może próbując ocenić, co jest dla mnie najważniejsze. Od tamtego wieczoru sprzed dziesięciu lat na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro śledziłem z daleka karierę Possuela, o którym sporadycznie napomykano na pierwszych stronach gazet. Wiedziałem, że przewodniczy FUNAI i ponownie objął stanowisko szefa Departamentu do spraw izolowanych Indian. Przez lata zyskał sobie sławę ogarniętego obsesją fanatyka7, który dla brazylijskich Indian poszedłby na koniec świata i dążył do swego celu z przerażającą determinacją. Krytycy w FUNAI nazywali go dyktatorem – o rei de tudo, „królem wszystkiego” – jak ujął to jeden z nich. „Skrzyżowanie Jezusa Chrystusa i Che Guevary”, powiedział inny. Pokrótce mówiąc – albo go człowiek kochał, albo nienawidził; nie było nic pośredniego. Tak jak Nicolas, należałem do pierwszego obozu, przynajmniej tam, gdzie chodziło o jego strategie. Na gruncie prywatnym nie miałem podstaw, by twierdzić tak czy inaczej, jeszcze nie.

– Niesamowity facet – powiedziałem. – Cieszę się, że spędzę z nim ten czas. – Słyszałem o przygodach Possuela i w głębi serca od dawna miałem nadzieję, że może zdarzy się okazja i będę mógł dołączyć do jednej z jego wypraw. Ale przyznam, że tak naprawdę nie zastanawiałem się, jak to będzie – spędzić całe miesiące w puszczy amazońskiej pod komendą człowieka, który wsławił się taką bezkompromisowością, tak bezczelnie nic sobie nierobiącego z tego, że grożą mu śmiercią. Człowieka, który doprowadził do całkowitej przemiany w traktowaniu rdzennej ludności Brazylii przez władze tego kraju.

– Wolałbym nie zaleźć mu za skórę – parsknąłem krótkim śmiechem. Upchnąłem kłąb brudnej bielizny do plecaka i zasznurowałem go.

Wyprawy takie jak ta, do której mieliśmy dołączyć, nie zdarzały się codziennie; dziennikarzy zwykle nie dopuszczano do udziału w nich, ponieważ natura misji była delikatna, a warunki przeważnie ekstremalne. Po części była to też kwestia własnego wyboru: kto przy zdrowych zmysłach wyruszyłby, często na wiele miesięcy, w odległą i nieprzyjazną, najeżoną niebezpieczeństwami dzicz? Podobno ci Indianie8 zamieszkują niedostępne rejony w górnym biegu rzek w obrębie Ziem Rdzennej Ludności w Dolinie Javari, przeogromnym dzikim rezerwacie, będącym siedliskiem, jak odkryłem podczas pospiesznych badań, największej liczby plemion „bez kontaktu” na całej kuli ziemskiej.

Niewiele było wiadomo o flecheiros poza tym, że mieli reputację zręcznych łuczników, skłonnych zasypywać umoczonymi w truciźnie strzałami intruzów, a następnie ponownie wtapiać się w las. Stąd ich nazwa, Plemię Strzały, będąca właściwie określeniem przypisanym im przez innych, podobnie jak Czarne Stopy czy Mohawkowie. Ponieważ nigdy nie nawiązano z nimi pokojowego kontaktu, nawet Possuelo nie wiedział, jak sami siebie właściwie nazywają. Dotarcie na ich ziemie i wydostanie się stamtąd będzie nie lada wyzwaniem. Członkowie wyprawy mieli podróżować łodzią, pod prąd, dopływem Amazonki o nazwie Itaquai. Gdzieś daleko w górze Itaquai mieliśmy zostawić łodzie i rozpocząć pieszą wędrówkę – bez wątpienia wyczerpującą – przez dżunglę Plemienia Strzały, z przekroczeniem po drodze szlaków wodnych. Jeśli uda nam się dotrzeć bezpiecznie na drugi koniec ich ziem, zatrzymamy się ostatecznie nad brzegiem innej rzeki – Jandiatuby lub Jutaí, tam wytniemy canoe z pni drzew i zaczniemy wiosłować z prądem w dół rzeki przez kilka tygodni z powrotem do cywilizacji.

Łodzie ekspedycji Possuela wypłynęły już z Tabatingi, miasta portowego na Amazonce, około tysiąca kilometrów na zachód od Manaus, gdzie zbiegają się granice Brazylii, Kolumbii i Peru. Nicolas i ja mieliśmy tam polecieć, zaopatrzyć się na lokalnych bazarach, a następnie złapać szybką łódź, którą Possuelo zostawił, żebyśmy mieli go czym dogonić.

Przeszliśmy przez lobby i wyszliśmy na ulicę. Była dopiero dziewiąta rano, ale upał aż palił, a powietrze było ciężkie od wilgoci.

– A tak przy okazji, potrzebuję kupić buty – powiedziałem, kiedy wsiadaliśmy do taksówki. W szalonym zamieszaniu, jakie nastąpiło po telefonie od Olliego, zapomniałem kupić nowe buty w Stanach; rażące przeoczenie, do którego niechętnie przyznawałem się przed Nicolasem na tak wczesnym etapie naszej znajomości. Ale nie miałem wyboru. Mieliśmy przemierzać na piechotę setki kilometrów po urwistych pagórkach i śmiercionośnych bagnach, a poza moimi okularami korekcyjnymi i może dobrym hamakiem z wbudowaną moskitierą nie było rzeczy bardziej potrzebnej do przeżycia.

– Nie ma pan stałej listy? – usłyszałem pytanie pełne ledwie skrywanego wyrzutu. Dobrze, że nie wiedział, iż zostawiłem swoją komórkę w nowojorskiej taksówce tuż przed wielką telekonferencją z kierownictwem „Geographic”. Mieliśmy wówczas rozmawiać między innymi o drogim telefonie satelitarnym powierzanym mi na tę podróż. Koniec końców, to ja musiałem się z nimi połączyć, nie oni ze mną, jak planowano, wymyślając naprędce jakieś zawiłe usprawiedliwienie dla tej niespodziewanej zmiany.

Wpadliśmy do sklepu z artykułami z demobilu, kierowca czekał już na nas przy krawężniku. Chociaż gęste powietrze kotłowało się od włączonej na pełny regulator klimatyzacji, nie dało się z niczym pomylić zapachu stęchłych kartonów i pleśniejącego płótna, charakterystycznego dla wszystkich sklepów z wyposażeniem wojskowym na świecie.

– Co by pan powiedział na te? – rzucił ze zniecierpliwioną miną Nicolas, podnosząc parę sznurowanych butów z błyszczącej czarnej skóry; należały one do standardowego wyposażenia armii brazylijskiej. Wydawały się sztywne jak deska. Wsadziłem do środka wkładki ortopedyczne i przymierzyłem. Muskularny ekspedient z bulwiastym nosem i mocno natłuszczonymi włosami musiał zauważyć, że się skrzywiłem.

– Rozciągną się – rzekł uspokajająco i fałszywie jak rutynowany sprzedawca używanych samochodów. – Tydzień, dwa i nie będzie problemu.

Gotów byłem się założyć, że koleś przez całe swoje pięćdziesiąt lat nigdy nawet stopy nie postawił w dżungli. Przymierzyłem parę wojskowych butów z grubego płótna, ale wydały mi się nie dość solidne, by wytrzymać przewidywane przeze mnie ciężkie warunki, toteż w końcu zdecydowałem się na te skórzane, modląc się o ich rozciągnięcie. Złapaliśmy jeszcze kilka rzeczy – maczetę i nóż składany dla każdego – i wypadliśmy z powrotem w parny upał przedpołudnia.

– Więc co pan sądzi o Sydneyowej strategii nienawiązywania kontaktu? – zagadnął Nicolas, gdy taksówka włączała się do ruchu.

– Trudno się z nią spierać – odparłem. – Chyba że jest się drwalem albo poszukiwaczem złota.

Chociaż nie mówiło się o tym wyraźnie9, natychmiastowym skutkiem, jaki przyniosła nowa strategia Possuela, była rekwizycja milionów hektarów najbogatszych w gatunki najbardziej zróżnicowanych pod względem biologicznym ziem na planecie, przez co stały się one – przynajmniej teoretycznie – niedostępne dla ludzi, którzy liczyli na eksploatację ich bogactw. To, czy izolowane plemiona przetrwają, zależało wszak i od tego, czy lasy pozostaną nietknięte i będą w stanie zapewnić Indianom wszystko, czego potrzebują do życia: jedzenie, wodę, schronienie, bezpieczeństwo. Jako główny architekt tej strategii i osoba ją egzekwująca, Possuelo był powszechnie odsądzany od czci i wiary w rozwijających się miasteczkach na pograniczu Amazonii. Wszędzie tam demarkacja ziem ludności rdzennej uciszyła tartaki, osadziła na mieliźnie przemysłową flotę rybacką i zamknęła sklepy, w których skupowano i sprzedawano złoto w stanie surowym.

– Właściwie to jest też wielu misjonarzy, którzy nie lubią Possuela – dodał Nicolas, gdy się zatrzymaliśmy przed lotniskiem. – I antropologów. Misjonarze nie mogą brać się za ratowanie dusz, a antropolodzy za badanie osobliwych zwyczajów plemion z epoki kamienia.

Przed nami dwugodzinny lot do Tabatingi. Zająłem miejsce przy oknie. Zawsze sprawiało mi wielką przyjemność przelatywanie za dnia nad Amazonią i patrzenie z wysoka przez chmury na plątaninę świateł i cieni, jakie rzucały na niebieskozielone korony drzew w dżungli w dole. Lubiłem przyglądać się brązowym rzekom, wijącym się leniwie przez lasy, i zastanawiać się, skąd brały siłę, by płynąć w jednym kierunku, skoro tak bezkresne przemierzały równiny. Łatwo było pomyśleć, że dzikie obszary poniżej są puste i nie ma tam żadnych mieszkańców poza oszałamiającym mnóstwem amazońskich ptaków, zwierzyny i ryb. Jednak gdzieś tam w dole prymitywne plemiona grasowały po lasach, prowadząc życie niezmienione od setek, jeśli nie tysięcy lat. Dżungla, oglądana z tej bezpiecznej odległości przez podwójną szybę okienną z wygodnej, klimatyzowanej kabiny samolotu, wydawała się równie realna, jak gdybym ją oglądał w telewizji. Wkrótce mieliśmy wylądować w samym jej środku.

Nicolas miał miejsce przy przejściu, długie nogi wyciągnął na korytarz, twarz ukrył za gazetą.

– Niech pan posłucha! – odezwał się nagle, a jego twarz wyłoniła się znad rozłożonych kartek. – „Minęło osiemnaście lat, odkąd FUNAI zorganizowało jakąś większą wyprawę w poszukiwaniu izolowanych Indian”10. To artykuł o tej wyprawie! Dalej piszą: „W Vale aż do Javari istnieje co najmniej sześć grup tubylców, których przynależność etniczna i język nie są znane. Teren ten podlega prawnej ochronie, ale drwale, górnicy i rybacy przywłaszczają sobie bogactwa naturalne, a cały obszar przecinają szlaki, którymi przemyca się narkotyki”. – Nicolas rzucił gazetę.

– Potrafi pan sobie to wyobrazić? – wyjąkał. – Autor artykułu twierdzi, że na terenie Brazylii mogą istnieć aż czterdzieści trzy grupy, które nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym. A ile liczy sobie populacja ogólnoświatowa – sześć miliardów...? Jeden człowiek stoi pomiędzy tymi sześcioma miliardami a mniej więcej czterdziestoma grupami Indian bez kontaktu. Tym jednym człowiekiem jest Sydney Possuelo! – Zaśmiał się, jakby chciał powiedzieć: co może być ważniejszego od tej historii? Czy mógłbyś chcieć znaleźć się gdzie indziej niż w podróży do miejsca, w którym będziesz ją relacjonować? Chociaż nie byłem zbyt przekonany do jego sposobu bycia, miał rację; zapowiadała się niesamowita przygoda.

Przeskoczyłem myślami w przyszłość, zastanawiając się, jakie to będzie życie – dzień po dniu – w dżungli. Kiedy samolot opadał przez chmury, podchodząc do lądowania w Tabatindze, nagle zdałem sobie sprawę, że nie przewidziałem tego, iż będę potrzebował jakiejś poduszki. Zwinięty, wciśnięty pod głowę T-shirt mógł wystarczyć na kilka nocy, ale nie na całe miesiące. Szybko rozejrzałem się po kabinie. Ponieważ w zasięgu wzroku nie było nikogo z obsługi, pospiesznie wcisnąłem małą poduszeczkę lotniczą do plecaka.

Na lotnisku w Tabatindze, banalnej klockowatej budowli z cementu z wypolerowanymi kafelkami na podłodze i męską toaletą, która śmierdziała moczem i naftaliną, tuż za punktem odbioru bagażu przywitał nas mocnym uściskiem dłoni jakiś mężczyzna w średnim wieku ze sztywnymi włosami i ciepłymi zielonymi oczami. Był to Siqueira, który zajmował się logistyką dla biura FUNAI w Tabatindze. Zapełniliśmy platformę w nowym modelu toyoty naszymi rzeczami i wdrapaliśmy się w ślad za nimi. Udało mi się zmieścić wszystko w trzech torbach, łącznie z moim wiernym starym plecakiem i workiem wodoodpornym. Miałem natomiast wrażenie, że Nicolas zabrał ze sobą cały swój dobytek: dwie twarde skrzynki firmy Pelikan, trzy przeogromne wodoodporne worki marynarskie, olbrzymi plecak, pokrowce z aparatami i aktówkę.

– Zabierz nas do Anacondy w Leticii! – zawołał Nicolas w okno kabiny kierowcy. Siqueira zazgrzytał biegami i z szarpnięciem wyjechaliśmy na zakurzone ulice, trzymając się mocno chromowanych pałąków. Uwielbiałem jeździć na pace pick-upa, kiedy wiatr wiał mi w uszy i osuszał czoło z potu, z kolanami lekko ugiętymi dla zamortyzowania wstrząsów, gdy rzucało nami na boki na pełnej wybojów drodze. Była to jedna z tych prostych radości życia w Trzecim Świecie, jakich pozbawieni jesteśmy na skłonnej do pieniactwa Północy, gdzie wystarczy wylać kubek gorącej kawy, żeby ruszyła lawina postępowań sądowych.

Bita, gruntowa droga zatłoczona była rowerzystami, pieszymi, tragarzami pchającymi rozchwierutane, przeładowane bananami i ananasami wózki na drewnianych kołach oraz sprzedawcami handlującymi towarem wszelkiego typu i rodzaju. Sama Amazonka znajdowała się o kilkaset metrów w lewo, jej wody kryły się przed wzrokiem za obdrapanymi, podupadającymi domami oraz sklepami rozrzuconymi wśród tropikalnych drzew o szerokich liściach. Minęliśmy betonowy, stojący przy drodze, pozbawiony obsługi bunkier, po którym można było rozpoznać granicę z Kolumbią i który był jedynym dowodem na to, że naprawdę przejechaliśmy z jednego kraju do drugiego. Najwyraźniej władze uznały monitorowanie ruchu lądowego pomiędzy Leticią a Tabatingą za stratę czasu. W końcu w głąb żadnego z tych krajów nie prowadziły żadne drogi o większym znaczeniu. Wszyscy podróżni, którzy zapuściliby się poza obszar przygraniczny, musieliby się poruszać łodzią lub samolotem, a im prawdopodobnie policja przyjrzałaby się dokładniej. Ale istniała niezliczona liczba sposobów, by się gliniarzom wymknąć albo ukradkiem, albo z pomocą przeważających sił.

Po drugiej stronie granicy czysto zamiecione ulice Leticii roiły się od warkoczących skuterów. Lśniące biurowce wystrzelały w górę przy bulwarach, jaskrawo kontrastując z podupadłą, niewybrukowaną, niezdyscyplinowaną Tabatingą. Najprawdopodobniej narkodolary. Boye hotelowi w zdobionych błyszczącymi wzorami kurtkach wyładowali nasze bagaże pod markizą przy Anakondzie, klimatyzowanym, wysokim hotelu z bulgoczącymi fontannami w hallu.

– Spotkajmy się tu za dziesięć minut, pójdziemy na zakupy – powiedział Nicolas, podsuwając okulary z powrotem wysoko na grzbiet nosa. I zniknął w windzie ze swoim boyem hotelowym.

Wkrótce biegaliśmy między dusznymi straganami nad brzegami zamulonej Amazonki, zgarniając kostki mydła, haczyki i sprzęt na ryby, zapalniczki Bic – wszystko, co mogło nam się przydać w głębi dżungli. Pakunki wysoko piętrzyły się na naszych ramionach, przez co stanowiliśmy łatwy cel dla sprzedawców, którzy przywoływali nas szerokimi gestami i służalczym uśmiechem. – Coś jeszcze dla was, przyjaciele? Skąd jesteście? Z Niemiec, Włoch, Hiszpanii? – W jednej firmie, poświęconej wyłącznie sprzedaży wszelkiego rodzaju artykułów toksycznych – farby, środki chwastobójcze, terpentyna – Nicolas połakomił się na całą skrzynkę owadobójczego Repellexu w butelkach ze spryskiwaczem.

– Cała skrzynka? – spytałem zdumiony.

– Wszyscy będą chcieli tego używać. Owady tam gryzą jak wściekłe!

Kupiliśmy błyszczące pamiątkowe maczety w pochwach z niegarbowanej skóry z frędzlami dla moich dzieci. – Świetne – orzekł Nicolas, wyciągając jedną ze skórzanej pochwy. – Twoi chłopcy będą zachwyceni. – Nie miałem takiej pewności, ale kosztowały dużo. Wziąłem trzy.

Kiedy następnego ranka wymeldowywaliśmy się z Anacondy, niebo przecinały już pierwsze smugi porannego światła. Załadowaliśmy do pick-upa nasze klamoty razem z dwoma tuzinami pudeł zapasów, jakie nabyliśmy podczas zakupowego szaleństwa, i ruszyliśmy z powrotem zadbanymi bulwarami Leticii i dalej przez granicę do labiryntu błotnistych uliczek Tabatingi, aż do rzeki, gdzie na gigantycznych pływakach z balsy podskakiwał oszalowany hangar FUNAI dla łodzi.

Siqueira życzył nam szczęścia i, robiąc znak krzyża, odjechał, zgrzytając biegami i strzelając z gaźnika. Ostrożnie zeszliśmy w dół stromymi, śliskimi od deszczu schodami z pierwszą partią naszych bagaży. Nicolas i ja pojedynczo przechodziliśmy po wąskiej kładce prowadzącej nad otwartą wodą do hangaru. Kiedy niepewnie szedłem po sprężynującej wygiętej desce, odniosłem wrażenie, że oto przekraczam pewną granicę, pierwszą z nieskończenie wielu, które w końcu zaprowadzą nas w głąb dżungli.

Krępy mężczyzna z szelmowskim uśmiechem i krótko przystrzyżonymi włosami przywitał nas przy wejściu stalowym uściskiem dłoni. Francisco miał na sobie świeżo wypraną koszulkę polo, a bejsbolówkę z mocno zaokrąglonym daszkiem naciągnął głęboko na oczy. Wkrótce dzięki jego wskazówkom załadowaliśmy wszystko na dwudziestostopową łódź napędzaną silnikiem zewnętrznym yamaha-85. Wyściełane poduszkami siedzenia tworzyły długie V, biegnące od dziobu do kokpitu, w którym Francisco zajął pozycję za szybą. Kiedy wycofywaliśmy się z hangaru i wypływaliśmy na rzekę, ja stałem obok niego, a Nicolas rozciągnął się na dziobie. Na brzegu jakiś chłopiec pędził kozę między drzewami. Ktoś coś wołał. Rozlegało się trąbienie klaksonu. Francisco dodał gazu i wreszcie znaleźliśmy się na potężnej rzece, obracani bokiem przez prąd. W ciągu kilku minut Tabatinga zmieniła się w niewyraźną, ziemistą bliznę na zielonej linii brzegowej i szybko znikała z pola widzenia na skraju bezkresnej tafli wody, w której odbijało się ogromne niebo pocętkowane gdzieniegdzie ciemniejącymi chmurami.

Na przestrzeni długiego na tysiąc kilometrów odcinka od Peru do Manaus główny bieg Amazonki nazywany jest Solimões. Wkrótce przebijaliśmy się na skróty przez różne tak zwane furos, powstałe w wyniku sezonowych powodzi. Blisko po bokach śmigały wysokie ściany trawy słoniowej. Za miesiąc te kanały zmienią się w suchy ląd, ale na razie redukowały o całe godziny naszą podróż, przecinając linią prostą wijące się meandry rzeki. Był też pewien minus: wysokie trawy i na wpół zanurzone drzewa stanowiły wspaniałą kryjówkę dla ewentualnych napastników. Prowadzenie łodzi tą drogą było wysoce ryzykowne.

– Wielu bandytów tutaj! – zawołał Francisco, przekrzykując ryk silnika. Spod daszka czapki jego bystre oczy zerkały nieufnie to na jedną, to na drugą stronę kanału. Tydzień wcześniej, jak nam opowiedział, uzbrojeni ludzie napadli w furos na pewną rodzinę. Ofiary wracały z wyprawy na ryby i straciły wszystko na rzecz banditos – silnik zewnętrzny, sieci, ubranie i cały połów. Zostawili tę rodzinę związaną i rozebraną do naga w sitowiu, gdzie tuż przed nocą, gdy kajmany zaczynały się już kręcić, znalazła ich przepływająca obok łódka.

– Faceci mówili po hiszpańsku – ciągnął Francisco, unosząc brew z konspiracyjną miną. – Na pewno Kolumbijczycy. – To było logiczne wytłumaczenie, choć niekoniecznie poprawne. Finansowana przez Amerykanów ofensywa kolumbijskiej armii wypłaszała lewicową partyzantkę i hodowców koki na tereny coraz bliższe regionu przygranicznego. Wszelkiego typu i autoramentu przestępcy11 trafiali do z rzadka patrolowanego „Białego Trójkąta”, miejsca, w którym zbiegają się granice Brazylii, Peru i Kolumbii. Mówiło się, że Brazylijczycy również włączali się do działań i czasem mylili świadków przez to, że ci popełniając przestępstwa, mówili po hiszpańsku. Pieniądze były za dobre, żeby przepuścić okazję; ryzyko oskarżenia bliskie zeru. Miejscowa policja nie kwapiła się do wszczynania śledztw, ale powiadano, że bardziej była skłonna do podejmowania działań poza służbą, za ogromną kasę od ofiar pragnących rekompensaty i kary.

Stałem obok Francisca – daszek własnej czapki naciągnąłem głęboko dla ochrony przed wiatrem – i wypatrywałem martwych punktów w wysokiej trawie. Wszyscy razem mieliśmy zaledwie kilka maczet i noży12, które kupiliśmy w Manaus, a one nie mogły mierzyć się z karabinami AK i AR-15 oraz wyrzutniami rakiet z przerażającą częstotliwością pojawiającymi się w górnym biegu Amazonki. Nicolas przygarbił się na dziobie ze słuchawkami od mojego walkmana wciśniętymi do uszu. Od czasu do czasu wyciągał aparat z torby, wycelowywał go w brzeg i strzelał serię zdjęć. Wrrrr, klik! Wrrrr, klik! Domyślałem się, że pozostałe aparaty schowane były w którejś z jego dużych skrzynek.

Francisco dodał gazu, kiedy wydostaliśmy się z zamkniętych kanałów i znaleźliśmy się na Javari, której płynące na północ wody stanowią dużą część długiej, łukowatej granicy pomiędzy Brazylią a Peru. Pozostawiliśmy za sobą główną odnogę Amazonki. Przez następną godzinę albo coś koło tego przepływaliśmy przez kolejne strefy deszczu, wystarczająco gęstego, by nas lekko zmoczyć, i przerywanego rozbłyskami wspaniałego słońca.

– Tę część roku na rozpoczęcie wyprawy wybrał Sydney. Sam koniec pory deszczowej! – wrzasnął z dziobu Nicolas. Słuchawki pozwalały na monolog, chociaż nie na dwustronną rozmowę. – Woda jest jeszcze wystarczająco wysoka, by dopłynąć łodziami daleko w górę rzeki, ale będzie opadać, zanim zaczniemy wędrować po lądzie.

Francisco przytaknął. – Deszcze są teraz dużo rzadsze. Zima się skończyła.

W Amazonii są dwie pory roku: sucha, którą ludzie nazywają „latem”, choć formalnie rzecz biorąc, na półkuli południowej jest to zima; oraz deszczowa, trwająca od grudnia do czerwca zwana „zimą”. Francisco ostro skręcił ster, żeby ominąć kłodę płynącą z prądem. Czysta radość – tak płynąć po szerokiej wodnej tafli Javari. Zapominało się nawet o piraniach, węgorzach elektrycznych oraz płaszczkach, które roiły się pod powierzchnią.

Francisco zwolnił obok grupy rozklekotanych, jednoizbowych chałup przycupniętych nad wodą na krzywych palach. – Contrabando! – zawołał Nicolas, wyrywając słuchawki z uszu i wskazując na chałupy. Nie było to oskarżenie; to miejsce naprawdę tak się nazywało. – Uwierzysz? Że miasteczko przygraniczne nazwano Kontrabandą?

Drabiny opadały od drzwi wprost do wody, a tam w nurcie kołysały się canoe z uniesionymi na rufę silnikami. Kładki z poręczami i sznury pełne kolorowych, świeżo wypranych ubrań rozciągały się malowniczo pomiędzy domami. Przez otwarte drzwi i tyły wzniesionych na palach konstrukcji widać było na wylot wnętrza domostw, ale kiedy obok nich przepływaliśmy, w środku nie było żywego ducha. Miejscowi najwyraźniej postanowili się ulotnić, prawdopodobnie podejrzewając, że ryk yamahy zwiastował wizytę władz. W rozproszonym świetle późnego poranka Contrabando ze swoimi sfatygowanymi przez pogodę, pastelowymi deskami i kolorowym praniem powiewającym na lekkim wietrze przedstawiało sobą niezwykły widok, który nadawał pewien łachmaniarski urok życiu przemytnika.

Wkrótce skręciliśmy w lewo i wpłynęliśmy w ujście rzeki Itaquaí. Po wewnętrznej stronie każdego zakola wznosiła się wysoka biała plaża – pozostałość z epoki, kiedy Amazonia była ogromnym śródlądowym morzem, odprowadzającym wody do Pacyfiku. Andy wypiętrzyły się13 w wyniku potężnego zderzenia płyt tektonicznych jakieś dziesięć do dwunastu milionów lat temu, odwracając bieg wód w stronę Atlantyku oraz doprowadzając w mikrosiedliskach wzdłuż wschodniego skraju pasma górskiego (które gwałtownie opada do Amazonki) do czegoś, co biolodzy nazywają „eksplozją gatunków”, zjawiska niesłychanie bogatej biodywersyfikacji. Pradawne morze i nieustępliwa erozja wywoływana przez wody spływające kaskadą z nowych gór pozostawiły po sobie piaszczyste brzegi rzek, gliniastą glebę i prawie zupełny brak kamienia14 na powierzchni. Ta geologiczna osobliwość na niezliczone sposoby kształtowała później rdzenne kultury, które wyrastały wzdłuż dróg wodnych w dżungli, wprawiając w zakłopotanie archeologów próbujących odtworzyć kulturową historię prekolumbijskiej, zachodniej Amazonii. Mając do dyspozycji bardzo niewielką ilość kamienia na narzędzia czy budowle, społeczności górnego biegu Amazonki pozostawiły po sobie niewiele śladów nadających się do wykorzystania w archeologicznej dokumentacji. Nawet dziś wśród izolowanych plemion groty strzał – choć śmiercionośne – robione są z degradowalnego bambusa.

Kajmany długie jak torpedy ześlizgiwały się z plaż na płycizny koloru miodu. Jeden z nich ani drgnął, kiedy przepływaliśmy obok, tylko gapił się na nas z idealnym spokojem, leżąc w pozycji krokodyla Lacoste, z czterema łapami rozczapierzonymi na piasku, ogonem podwiniętym i paszczą rozdziawioną w ohydnym uśmiechu. Słońce właśnie przebiło się przez chmury i rzuciło silne, żółte światło na brzeg rzeki, zmieniając korę cekropii w pasma pulsującej bieli na tle strzelistej, zielonej ściany dżungli.

Opłynąwszy późnym popołudniem zakole, gdzie do Itaquaí dołącza od zachodu rzeka Ituí, zbliżyliśmy się do dużego kompleksu połączonych ze sobą pomostami budynków na palach, stojących na szczycie wypielęgnowanego wzgórza; bardziej nieprawdopodobny widok w środku dżungli trudno sobie wyobrazić. Z daleka można by ten lśniący bielą, ogrodzony teren pomylić z sielankową siedzibą centrali jakiejś małej firmy farmaceutycznej w Delaware. W rzeczywistości był to posterunek kontrolny FUNAI, od którego zależało prawo wstępu na Terra Indigena Vale do Javari. Gdybyśmy się wybrali na zwykłą wycieczkę, byłby to kres naszej podróży, najdalszy punkt, do którego moglibyśmy dotrzeć, nie ignorując zarządzeń Ministerstwa Sprawiedliwości. My zaś dopiero zaczynaliśmy15: staliśmy u bram jednej z największych połaci nieprzebytego, tropikalnego lasu deszczowego na świecie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Przez wąskie gardło

Przybiliśmy do unoszącego się na wodzie dwukondygnacyjnego hangaru, osadzonego na gigantycznych pniach balsy. Na pomoście powitała nas mała armia żylastych młodych mężczyzn w źle dopasowanych T-shirtach i szortach Nike’a. Twarze mieli całe w tatuażach, nosy poprzebijane kołeczkami, a z małżowin usznych wystawały im muszle mięczaków, przypominające miniaturowe talerzyki.

– Burrá? – zawołał do nich Nicolas, z szacunkiem wyrywając sobie słuchawki z uszu. – To Indianie Matis – wyjaśnił, odwracając się do mnie. Nazwę ich plemienia wymawiało się tak jak nazwisko tego malarza: Matisse. – Burrá to elementarne powitanie w języku Matisów – ciągnął dalej Nicolas. – Oznacza „dobry”, ale używają go przy wielu różnych okazjach.

Matisi byli jednym1 z co najmniej pięciu mówiących w języku pano plemion, z jakimi zespół FUNAI nawiązał po raz pierwszy kontakt w 1976 roku. Nadal mieszkają w dwóch odległych wioskach na brzegach rzeki Ituí, daleko w głąb od granic chronionego terenu. Mimo zabójczych epidemii (pokłosia kontaktu), które straszliwie odmieniły sposób ich życia, wciąż zachowują wiele ze swoich tradycji, łącznie z wymyślnym zdobieniem twarzy, któremu teraz próbowałem się dyskretnie przyjrzeć, dokładając starań, by się jak najmniej gapić.

Przed sześcioma laty kilku Indian z plemienia Matis brało udział wraz z Nicolasem w zorganizowanej przez Possuela wyprawie, której celem było nawiązanie kontaktu z odłamem Indian Korubo. Podobnie jak Lewis i Clark2, a nawet wcześniejsi odkrywcy Nowego Świata, Possuelo i jego brazylijscy poprzednicy nieodmiennie werbowali rdzennych zwiadowców, takich jak Matisi, aby towarzyszyli im podczas wędrówek w dżungli. Indianie byli doświadczonymi ludźmi lasu i tropicielami, niestrudzonymi tragarzami i łowcami. Potrafili znosić skrajne trudy bez słowa skargi. A w sytuacji ewentualnego kontaktu z „dzikimi Indianami” ich język mógł się okazać na tyle podobny do języka izolowanej grupy, że dałoby się ich zrozumieć. W rzadkich przypadkach izolowane plemiona mogły okazać się nawet dalekimi lub dawno zaginionymi krewniakami zwiadowców, których rodziny rozpierzchły się w różnych kierunkach na wiele pokoleń wstecz, zanim biali intruzi przybyli do puszczy i przewrócili ich świat do góry nogami. Podczas wyprawy FUNAI3, jak ta, którą właśnie zamierzaliśmy przedsięwziąć, takie od dawna „uśpione” więzy – albo nawet kilka wzajemnie rozumianych słów, mogły czynić tę subtelną różnicę między pokojowym kontaktem a kompletną katastrofą.

Zabieganie o względy grupy rozłamowców Korubo4 było ostatnim oficjalnie odnotowanym „pierwszym kontaktem” w Brazylii, a Matisi odegrali istotną rolę tłumaczy rozmówców podczas tego spotkania. Całe plemię Korubo, szacowane na około dwustu dwudziestu osób5, podczas walk polegało wyłącznie na ciężkich maczugach i z tego powodu zaczęto ich nazywać cacetoiros albo Rozbijacze Głów, w przeciwieństwie do flecheiros, którzy podczas polowań i wojen wykorzystywali łuki i strzały. Mimo tej różnicy zarówno Rozbijaczy Głów, jak i Plemienia Strzały bano się z powodu ich brutalnego traktowania obcych.

Grupa Korubo, z którą skontaktował się Possuelo6, licząca wszystkiego około dwudziestu ludzi, wielokrotnie ścierała się z drwalami i rybakami na granicach terytorium Javari niedaleko miejsca, gdzie znajdowała się placówka, do której właśnie przypłynęliśmy. I choć sam Possuelo był głównym architektem strategii nienawiązywania kontaktu w FUNAI, dla Korubo zrobił wyjątek. Podczas dyskusji, dlaczego nawiązał z nimi kontakt7, powoływał się zazwyczaj na pilną potrzebę ich chronienia przed nasilającymi się walkami typu „wet za wet” z drwalami i kłusownikami, co z pewnością było prawdą. Ale prawdą było też to, że w swoich wędrówkach ludzie ci znaleźli się bardzo blisko strategicznego zbiegu rzek – tam, gdzie Possuelo planował wzniesienie tegoż posterunku. Miał on zresztą chronić nie tylko Korubo, ale wszystkie w ogóle plemiona w Javari. A ponieważ zbyt wielkim niebezpieczeństwem byłoby przystąpienie do jego budowy, gdy w okolicy czaili się „nieoswojeni” Korubo, musiał najpierw zaprowadzić wśród nich spokój. Załatwił nakaz sądowy zabraniający dalszej wycinki drzew w tym regionie, zakazał wstępu obcym i zorganizował kilka wypraw, których wynikiem stało się w końcu nawiązanie kontaktu z Korubo. Te kroki zapoczątkowały długą serię wydarzeń, które doprowadziły do objęcia stałą ochroną całych Ziem Rdzennej Ludności w Dolinie Javari, ogromnej, położonej w samym sercu Amazonii, przeznaczonej wyłącznie dla Indian, zamkniętej strefie wielkości połowy Florydy. Główny odłam Korubo nadal żył poza zasięgiem cywilizacji – i był jednym z co najmniej ośmiu plemion „bez kontaktu”, które, jak się uważa, trwają w najgłębszych, najbardziej niedostępnych obszarach Javari, z rozmysłem chyba stawiając opór płynącym z zewnątrz staraniom o nawiązanie z nimi kontaktu.

Tu w bazie stale pracowała garstka Matisów będących na liście płac FUNAI. Zmieniali się co dwa tygodnie; taka organizacja pracy gwarantowała ich rodzinom pieniądze na zakup ubrań, leków i nabojów do strzelb. Było to niezwykle istotne źródło dochodów8, ponieważ przepisy obowiązujące na ziemiach tubylczych zabraniały im sprzedaży drewna, ryb czy mięsa dzikich zwierząt handlarzom z zewnątrz. Dopóki nie wymyśli się jakiejś metody, która pozwalałaby na uzyskiwanie pewnych i stałych dochodów z tytułu „nienaruszających równowagi ekologicznej” form eksploatowania lasu deszczowego, patronat rządu będzie chyba jedyną alternatywą dla ludzi, którzy uzależnili się już od ekonomii opartej na pieniądzu. Dziś potrzebowali mnóstwa towarów, bez których obywali się przez tysiące lat – broni, amunicji, siekier i leków.

Nicolas wyskoczył na pomost, w jednej ręce trzymając torbę z aparatem, drugą zamykając najstarszego Matisa w niedźwiedzim uścisku. Niski i żylasty, mężczyzna ten miał czarne, gęste włosy przycięte „pod garnek”; taką fryzurę preferowało wiele plemion amazońskich.

– Scott, to jest Biní. – Uśmiech Biniego obramowany był cienkimi, czarnymi paskami, wytatuowanymi na policzkach i czole. Dziesięciocentymetrowy kołeczek przebijał jego przegrodę nosową, ale największe wrażenie zrobiło na mnie z pół tuzina krótkich pędów, które sterczały z każdego nozdrza jak wąsy jaguara.