Zaginione miasto Z - David Grann - ebook
Opis

Fascynująca historia pułkownika Percy’ego Fawcetta, angielskiego podróżnika, który latami niestrudzenie poszukiwał amazońskiego Eldorado.

Sensacyjne wieści o ukrytej gdzieś w amazońskiej dżungli krainie pełnej bogactw od wieków rozpalały wyobraźnię władców i awanturników. Na początku XX wieku pułkownik Percy Fawcett postanawia odnaleźć mityczne złote miasto i podejmuje kolejne mordercze wyprawy – na próżno. W 1925 roku zabiera w podróż swego dorosłego syna i jego kolegę. Wyprawa ginie bez śladu. Kolejne ekipy poszukiwawcze również przepadają w dżungli. Sto lat później znakomity amerykański dziennikarz David Grann postanawia rozwikłać zagadkę pułkownika i tajemniczego miasta. Co odkryje w amazońskim piekle?
Zaginione miasto Z to pasjonująca historia o determinacji graniczącej z szaleństwem i okrutnej przyrodzie, która daje odpór pragnieniom człowieka. To także opowieść dziennikarza z XXI wieku o pasji podróżnika sprzed 100 lat.

W 2016 roku na podstawie książki powstał film w reżyserii Jamesa Graya, z Charliem Hunnamem w roli głównej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


David ‌Grann

Zaginione ‌miasto Z

Amazońska wyprawa ‌tropem zabójczej obsesji

przełożyła ‌Dominika Cieśla-Szymańska

Tytuł oryginału: The ‌Lost City of Z. ‌The Tale of Deadly ‌Obsession in ‌the Amazon

Copyright © ‌2005, ‌2009 ‌by David ‌Grann. ‌All rights reserved.

Copyright ‌© for ‌the Polish edition ‌by Grupa Wydawnicza ‌Foksal, ‌2018

Copyright ‌© for the Polish ‌translation by Dominika ‌Cieśla-Szymańska, 2018

Autor i wydawca składają ‌podziękowania Rolette ‌de ‌Montet-Guerin za ‌zgodę na ‌przedruk tekstów, zdjęć ‌oraz rysunków będących w posiadaniu ‌Fawcett estate. © ‌R. ‌de Montet-Guerin

Wydanie II

Warszawa ‌2018

Dla mojej ‌nieustraszonej Kyry

Czasami ‌wystarcza mi ‌widok, jaki otwiera ‌się pośród nieskładnego pejzażu, ‌światła ‌przebijające we ‌mgle, ‌rozmowa pary przechodniów, którzy ‌spotykają się ‌w ciżbie, ‌aby naszła ‌mnie myśl, że wychodząc ‌od ‌tego, zdołam zebrać, fragment ‌po ‌fragmencie, ‌miasto doskonałe. [...] ‌Jeśli mówię, ‌że ‌miasto, do którego ‌zmierza moja ‌podróż, ‌jest nieciągłe w przestrzeni i czasie, ‌na przemian rzednie ‌i gęstnieje, nie powinieneś ‌sądzić, że można zaniechać poszukiwań.

Italo Calvino, Niewidzialne miasta, przeł. Alina Kreisberg, Kraków 2005, s. 140–141.

Przedmowa

Wyjąłem mapę z tylnej kieszeni. Była mokra i zmięta, kreski, którymi zaznaczyłem swoją trasę, zblakły. Wpatrywałem się w te oznaczenia z nadzieją, że może wyprowadzą mnie znad Amazonki, zamiast zawieść jeszcze dalej w głąb.

Pośrodku mapy wciąż widać było literę Z. Widniała tam jednak nie tyle jak drogowskaz, ile kolejny szyderczy znak mojego szaleństwa.

Zawsze uważałem się za zdystansowanego reportera, który nie angażuje się zbytnio w opisywane sprawy. Podczas gdy inni często ulegali szalonym marzeniom i obsesjom, ja starałem się być niewidzialnym świadkiem. Przekonałem też sam siebie, że właśnie dlatego przebyłem ponad szesnaście tysięcy kilometrów z Nowego Jorku do Londynu, a potem nad rzekę Xingu, jeden z najdłuższych dopływów Amazonki, że dlatego miesiącami ślęczałem nad tysiącami stron wiktoriańskich dzienników i listów i dlatego zostawiłem żonę i rocznego synka oraz wykupiłem dodatkową polisę na życie.

Rzekomo przyjechałem tu tylko, by opisać, jak pokolenia naukowców i poszukiwaczy przygód ogarniała zabójcza obsesja rozwiązania zagadki określanej często jako „największa tajemnica badawcza XX wieku” – lokalizacji zaginionego miasta Z. Uważano, że to starożytne miasto, z siecią ulic, mostami i świątyniami, jest ukryte gdzieś w Amazonii, największej dżungli na świecie. W epoce samolotów i satelitów obszar ten wciąż pozostaje jedną z ostatnich białych plam na mapie i od setek lat jest inspiracją i udręką geografów, archeologów, budowniczych imperiów, poszukiwaczy skarbów i filozofów. Kiedy Europejczycy po raz pierwszy przybyli do Ameryki Południowej mniej więcej na początku XVI wieku, byli przekonani, że dżungla skrywa skrzące się od bogactw królestwo El Dorado. Jego poszukiwania pochłonęły tysiące ofiar. W ostatnich latach wielu naukowców doszło do wniosku, iż żadna rozwinięta cywilizacja nie mogła powstać w tak nieprzyjaznym środowisku, gdzie gleba jest uboga, moskity przenoszą śmiertelne choroby, a w koronach drzew czają się drapieżniki.

Obszar ten uważa się powszechnie za pierwotną dżunglę, miejsce, w którym, jak opisywał Thomas Hobbes, istnieje stan natury, gdzie „nie ma sztuki ani umiejętności, ani sztuki słowa, ani społeczności. A co najgorsze, jest bezustanny strach i niebezpieczeństwo śmierci”1. Bezlitosne warunki życia w Amazonii zainspirowały jedną z najdłużej utrzymujących się teorii rozwoju człowieka: determinizm środowiskowy. Zgodnie z tą teorią nawet jeśli jakimś ludziom pierwotnym udawało się przetrwać w najsurowszych warunkach na planecie, rzadko wznosili się ponad poziom niewielkich prymitywnych plemion. Innymi słowy, społeczeństwo jest więźniem geografii. A więc gdyby odnaleziono miasto Z w tym, wydawałoby się, nienadającym się do życia środowisku, byłoby to coś więcej niż skarbiec ze złotem, więcej niż intelektualna ciekawostka, byłby to, jak stwierdzono w pewnej gazecie w 1925 roku, „nowy rozdział w historii ludzkości”2.

Przez niemal stulecie badacze poświęcali wszystko, nawet życie, by odnaleźć miasto Z. Poszukiwania tej cywilizacji oraz niezliczonych ludzi, którzy zaginęli podczas wypraw, przyćmiły wiktoriańskie powieści przygodowe Arthura Conan Doyle’a i H. Ridera Haggarda – obaj zresztą zostali wciągnięci w prawdziwą pogoń za Z. Niekiedy muszę przypominać sobie, że wszystko w tej historii jest prawdą: że gwiazdor filmowy naprawdę został porwany przez Indian, że naprawdę byli tam ludożercy, ruiny, tajne mapy i szpiedzy, że badacze umierali z głodu, chorób, od zatrutych strzał i atakowani przez dzikie zwierzęta i że liczyła się nie tylko przygoda i śmierć, ale też samo zrozumienie Ameryki z czasów, zanim Krzysztof Kolumb przybił do brzegów Nowego Świata.

Jednak gdy przyglądałem się mojej pogniecionej mapie, to wszystko nie było ważne. Spojrzałem w górę, na gąszcz drzew i pnączy, na chmarę gryzących much i moskitów, które zostawiały strużki krwi na skórze. Zgubiłem przewodnika. Nie miałem już jedzenia ani wody. Włożywszy mapę do kieszeni, ruszyłem naprzód, chłostany przez gałęzie, próbując znaleźć drogę. I wtedy dostrzegłem wśród drzew jakiś ruch. „Jest tu kto?!” – zawołałem. Nikt nie odpowiedział. Między gałęziami mignęła jakaś postać, potem kolejna. Zbliżały się i wtedy po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: Co ja, u diabła, tu robię?

Wrócimy

Pewnego zimnego dnia w styczniu 1925 roku wysoki dystyngowany dżentelmen szedł pospiesznie przez doki w Hoboken w New Jersey ku SS „Vauban”, transatlantykowi długości stu sześćdziesięciu ośmiu metrów, mającemu płynąć do Rio de Janeiro. Mężczyzna liczył sobie pięćdziesiąt siedem lat, miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, długie, muskularne ramiona. Choć jego włosy już się przerzedziły, a wąs przyprószyła siwizna, był tak wytrzymały, że mógł iść przez wiele dni, prawie bez odpoczynku i jedzenia. Nos miał skrzywiony niczym bokser i była w nim jakaś zawziętość, widoczna szczególnie w spojrzeniu wąsko osadzonych oczu, spoglądających spod gęstych brwi. Nawet jego krewni nie byli zgodni co do barwy tych oczu – niektórzy uważali, że są niebieskie, inni, że szare. Lecz niemal każdego, kto go spotkał, uderzała intensywność spojrzenia; niektórzy nazywali je „oczami wizjonera”. Często fotografował się w butach do konnej jazdy i stetsonie, ze strzelbą przewieszoną przez ramię, ale nawet w marynarce i krawacie, choć nie miał jak zwykle kudłatej brody, tłum na nabrzeżu go rozpoznał. Był to pułkownik Percy Harrison Fawcett, którego nazwisko znane było na całym świecie.

Był jednym z ostatnich wielkich wiktoriańskich odkrywcówI, którzy odważnie zapuszczali się w niezbadane rejony, uzbrojeni niemal tylko w maczetę, kompas i nadludzkie poczucie misji. Od prawie dwudziestu lat opowieści o jego przygodach działały na powszechną wyobraźnię: o tym, jak przetrwał w południowoamerykańskiej dżungli bez kontaktu ze światem, jak wpadł w zasadzkę wrogich tubylców, z których wielu nigdy nie widziało białego człowieka, jak walczył z piraniami, węgorzami elektrycznymi, jaguarami, krokodylami, nietoperzami wampirami i anakondami, z których jedna nieomal go zmiażdżyła, i jak pojawił się z mapami obszarów, z których nie wróciła żadna z poprzednich ekspedycji. Okrzyknięto go „Davidem Livingstone’em Amazonki”, a jego zdolność przetrwania była tak niezrównana, że zdaniem niektórych jego kolegów bliska nieśmiertelności. Pewien amerykański odkrywca opisał go jako „człowieka o niezłomnej woli, niewyczerpanych siłach, nieustraszonego”3, inny stwierdził, że „jako piechur, podróżnik i odkrywca przewyższa wszystkich”4. Londyński „Geographical Journal”, najważniejszy periodyk poświęcony tej tematyce, zauważył w 1953 roku, że „Fawcett był znakiem końca pewnej epoki. Można go niemal nazwać ostatnim indywidualnym eksploratorem, jeszcze sprzed czasów samolotu, radia, zorganizowanych i kosztownych nowoczesnych ekspedycji. Wyprawa w jego przypadku była heroiczną opowieścią o człowieku zmagającym się z puszczą”5 .

W 1916 roku Królewskie Towarzystwo Geograficzne nagrodziło go, przy poparciu króla Jerzego V, złotym medalem „za wkład w mapowanie Ameryki Południowej”. Co kilka lat, kiedy wyłaniał się z dżungli, chudy jak szkielet, zmoknięty i brudny, dziesiątki naukowców i luminarzy tłoczyło się w sali Towarzystwa, by go posłuchać. Wśród nich był sir Arthur Conan Doyle6, który podobno oparł powieść Świat zaginiony z 1912 roku na doświadczeniach Fawcetta. Badacze „znikają w nieznanym obszarze” Ameryki Południowej i znajdują na odległym płaskowyżu krainę, gdzie wciąż żyją dinozaury.

Tego styczniowego dnia, gdy Fawcett szedł do trapu, niezwykle przypominał jednego z bohaterów książki, lorda Johna Roxtona:

Miał w sobie coś z Napoleona III i Don Kichota, a jednak czuło się w nim przede wszystkim typowego angielskiego ziemianina. [...] Głos ma miły i jest spokojny, choć w jego błyszczących niebieskich oczach tai się niezłomna stanowczość i zaciętość, tym niebezpieczniejsza, że trzymana na wodzy.7

Żadna z poprzednich ekspedycji Fawcetta nie mogła równać się z tym, co zamierzał zrobić, i z trudem hamował niecierpliwość, gdy wraz z innymi pasażerami ustawił się w kolejce na pokład SS „Vauban”. Statek, reklamowany jako „najpiękniejszy na świecie”8, należał do elitarnej klasy „V” firmy Lamport & Holt. Niemcy zatopili kilka transatlantyków tej kompanii podczas pierwszej wojny światowej, ale ten przetrwał, ze swym czarnym kadłubem poznaczonym solą, eleganckimi białymi pokładami i pasiastym kominem, wyrzucającym w niebo kłęby dymu. Fordy T zawiozły pasażerów do doków, gdzie robotnicy portowi pomagali umieszczać wózki z bagażami w ładowni statku. Wielu pasażerów miało jedwabne krawaty i meloniki, kobiety zaś futra i kapelusze z piórami, tak jakby wybierali się na spotkanie towarzyskie – i w pewnym sensie tak było: listy pasażerów luksusowych transatlantyków drukowano w kronikach towarzyskich, w których przeglądały je panny na wydaniu, szukające odpowiednich kandydatów na męża.

Fawcett przeciskał się ze swoim ekwipunkiem. Jego kufry wyładowane były bronią, żywnością w puszkach, mlekiem w proszku, racami i ręcznie robionymi maczetami. Wiózł także zestaw instrumentów badawczych: sekstant i zegar do ustalania współrzędnych geograficznych, barometr aneroidalny do mierzenia ciśnienia atmosferycznego oraz kompas glicerynowy mieszczący się w kieszeni. Fawcett wybrał każdy przedmiot na podstawie wieloletniego doświadczenia, nawet ubrania, które zapakował, zrobione były z lekkiej, odpornej na rozdarcia gabardyny. Widział, jak ludzie umierają z powodu, wydawałoby się, najbardziej niewinnych niedopatrzeń: rozdartej moskitiery, za ciasnego buta.

Fawcett wybierał się do Amazonii, dzikiego obszaru wielkości niemal Stanów Zjednoczonych, by dokonać czegoś, co nazywał „wielkim odkryciem stulecia”9 – odnaleźć zaginioną cywilizację. W owym czasie większość świata została już zbadana, zasłona tajemnicy zdjęta, ale Amazonia nadal była równie tajemnicza co ciemna strona Księżyca. Jak zauważył sir John Keltie, były sekretarz Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i jeden z najbardziej uznanych geografów w owym czasie: „Nikt nie wie, co tam jest”10.

Od czasu kiedy Francisco de Orellana i jego armia hiszpańskich konkwistadorów spłynęli Amazonką w 1542 roku, chyba żadne inne miejsce na ziemi nie pobudzało wyobraźni tak bardzo – ani nie było równie śmiertelną pułapką. Gaspar de Carvajal, dominikanin, który towarzyszył Orellanie, opisał żyjące w dżungli kobiety wojowniczki, które przypominały mityczne greckie Amazonki. Pół wieku później sir Walter Raleigh opowiadał o Indianach, którzy mają „oczy na ramionach, a usta pośrodku piersi”11 – legendę tę Szekspir wplótł w tekst Otella:

O Kanibalach, o Antropofagach,

O ludziach, którym głowy wyrastają

Ze środka piersi [...]12

Prawdziwe relacje z tego regionu – o wężach długich jak drzewa, gryzoniach wielkości świń – i tak nie mieściły się w głowie, więc żadne zmyślenie nie wydawało się zbyt fantastyczne. A najbardziej urzekająca ze wszystkich była wizja Eldorado. Raleigh twierdził, że w królestwie, o którym konkwistadorzy słyszeli od Indian, była taka obfitość złota, że jego mieszkańcy ścierali metal na proszek, który wydmuchiwali „przez puste słomki na swe nagie ciała, aż całe lśniły od stóp do głów”13.

Jednak wszystkie wyprawy udające się na poszukiwanie Eldorado kończyły się fiaskiem. Carvajal, który wraz z towarzyszami poszukiwał tego królestwa, napisał w dzienniku: „Popadliśmy w taką nędzę, że jedliśmy tylko skórę, pasy i podeszwy butów, gotowane z dodatkiem pewnych ziół, przez co osłabliśmy tak bardzo, że nie mogliśmy ustać na nogach”14. Tylko podczas tej wyprawy zginęło około czterech tysięcy ludzi, z powodu głodu i chorób, a także z rąk Indian, którzy bronili swego terytorium, używając zatrutych strzał. Członkowie innych wypraw do Eldorado posuwali się nawet do kanibalizmu. Wielu eksploratorów popadło w obłęd. W 1561 roku Lope de Aguirre prowadził swych ludzi w morderczym szale, krzycząc: „Czy Bóg myśli, że z powodu deszczu porzucę zamiar... zniszczenia świata?”15. Aguirre zadźgał nożem własne dziecko, szepcząc: „Poleć się Bogu, córeczko, bowiem zaraz cię zabiję”16. Zanim korona hiszpańska przysłała wojsko, które miało go zatrzymać, ostrzegał w liście: „Daję ci, Królu, słowo chrześcijanina, że jeśli przybędzie sto tysięcy ludzi, nikt nie ujdzie z życiem. Relacje bowiem są fałszywe: nad tą rzeką nie ma nic prócz rozpaczy”17. Towarzysze Aguirre’a w końcu zbuntowali się i go zabili. Jego zwłoki poćwiartowano, a hiszpańskie władze wystawiły głowę „gniewu Bożego” na widok publiczny w metalowej klatce. Wciąż jednak, przez kolejne trzy wieki, organizowano wyprawy badawcze, aż w końcu, gdy żniwo śmierci i cierpienia godne było pióra Josepha Conrada, większość archeologów doszła do wniosku, że Eldorado jest jedynie złudzeniem.

Fawcett był jednak pewien, że Amazonia skrywa bajeczne królestwo, i nie był tylko kolejnym awanturnikiem ani szaleńcem. Jako człowiek uczony przez lata zbierał argumenty – odkopując artefakty, studiując rysunki naskalne i rozmawiając z członkami plemion. Stoczywszy zacięte boje ze sceptykami, otrzymał fundusze od najbardziej szanowanych instytucji naukowych, w tym od Królewskiego Towarzystwa Geograficznego oraz Muzeum Indian Amerykańskich. Gazety głosiły, że wkrótce zadziwi świat. W „Atlanta Constitution” pisano: „To być może najbardziej niebezpieczna i z pewnością najbardziej spektakularna przygoda, jaka została przedsięwzięta przez szanowanego naukowca z poparciem konserwatywnych instytucji naukowych”18.

Fawcett twierdził, że w brazylijskiej Amazonii wciąż istnieje starożytny lud o rozwiniętej kulturze, a jego cywilizacja jest tak stara i wyrafinowana, że zmieni zachodni pogląd na obie Ameryki. Nadał temu zaginionemu światu miano „Miasta Z”. „Centralne miejsce, które nazywam Z, nasz główny cel, położone jest w dolinie [...] szerokiej na mniej więcej dziesięć mil, a miasto jest na wzniesieniu pośrodku, i prowadzi do niego brukowana droga – stwierdził wcześniej. – Domy są niskie i pozbawione okien, jest tam też świątynia w kształcie piramidy”19.

Reporterzy w dokach Hoboken, po przeciwnej stronie rzeki Hudson niż Manhattan, wykrzykiwali pytania, mając nadzieję, że dowiedzą się, gdzie znajduje się Z. Po technologicznych horrorach pierwszej wojny światowej, przy postępującej urbanizacji i uprzemysłowieniu niewiele wydarzeń tak bardzo poruszało opinię publiczną. Jak zachwycała się jedna z gazet: „Od czasów, kiedy Ponce de León przemierzał niezbadaną Florydę w poszukiwaniu źródła wiecznej młodości [...], nie planowano równie porywającego przedsięwzięcia”20.

Fawcetta cieszyło to „zamieszanie”, jak je określił w liście do jednego z przyjaciół, ale był ostrożny w słowach. Wiedział, że jego główny rywal, Alexander Hamilton Rice, amerykański lekarz i multimilioner, który dysponował olbrzymimi środkami, właśnie wkracza do dżungli z niespotykanym dotąd ekwipunkiem. Wizja, że to doktor Rice odkryje Z, przerażała Fawcetta. Wiele lat wcześniej jeden z jego kolegów z Królewskiego Towarzystwa Geograficznego Robert Falcon Scott wyruszył, by jako pierwszy zdobyć biegun południowy, i dotarł tam tylko po to, by stwierdzić, zanim zamarzł na śmierć, że jego norweski rywal Roald Amundsen wyprzedził go o trzydzieści trzy dni. We wcześniejszym liście do KTG Fawcett pisał: „Nie mogę powiedzieć wszystkiego, co wiem, ani nawet określić precyzyjnie miejsca, gdyż takie rzeczy się rozchodzą, a nie ma większej goryczy dla pioniera niż odkrycie, że ktoś go wyprzedził w dziele jego życia”21.

Obawiał się także, że jeśli ujawni szczegóły swej trasy i inni spróbują odnaleźć Z albo ruszyć mu na ratunek, pociągnie to za sobą niezliczone ofiary. Wcześniej w tym samym rejonie zaginęła wyprawa składająca się z 1400 uzbrojonych mężczyzn. Jak głosił biuletyn rozpowszechniany telegraficznie na całym świecie: „Wyprawa Fawcetta [...] zbada ląd, z którego nikt jeszcze nie wrócił”. Fawcett, który chciał dotrzeć do najbardziej niedostępnych obszarów, nie planował, jak inni badacze, popłynąć łodzią; miał zamiar przedzierać się przez dżunglę pieszo. Królewskie Towarzystwo Geograficzne ostrzegało, że Fawcett „to nieomal jedyny żyjący geograf, który może z sukcesem podjąć”22 taką ekspedycję, i „że ktokolwiek inny, kto pójdzie w jego ślady, nie ma szans powodzenia”23. Przed wyjazdem z Anglii Fawcett zwierzył się swemu młodszemu synowi Brianowi: „Jeśli przy całym mym doświadczeniu poniesiemy klęskę, nie ma wielkiej nadziei dla innych”24.

Przekrzykującym się wokół niego reporterom Fawcett wyjaśniał, że tylko niewielka ekspedycja może się powieść. Wyżywi się z tego, co daje puszcza, i nie będzie zagrożeniem dla wrogo usposobionych Indian. Jego ekspedycja, stwierdził, „nie będzie wygodnicką wyprawą badawczą z armią tragarzy, przewodników i jucznych zwierząt. Takie przeładowane ekspedycje nie mają sensu, tkwią na pograniczu cywilizacji i pławią się w popularności. Tam, gdzie zaczyna się prawdziwie niezbadany ląd, i tak nie można mieć tragarzy z obawy przed dzikimi. Nie można zabrać zwierząt z powodu braku pastwisk oraz przez atakujące owady i nietoperze. Nie ma przewodników, bo nikt nie zna kraju. Wyposażenie należy ograniczyć do absolutnego minimum, nieść je samemu i ufać, że będzie można zawrzeć przyjaźń z rozmaitymi napotkanymi plemionami”25. Dodał też: „Będziemy musieli znosić trudy i niebezpieczeństwa wszelkiego rodzaju. [...] Musimy osiągnąć odporność nerwową i umysłową, nie tylko fizyczną, ponieważ ludzie w takich warunkach załamują się dlatego, że ich umysły poddają się wcześniej niż ich ciała”26.

Fawcett postanowił zabrać ze sobą tylko dwóch towarzyszy: swego dwudziestojednoletniego syna Jacka oraz jego najlepszego przyjaciela Raleigha Rimella. Choć nigdy jeszcze nie byli na wyprawie, wierzył, że idealnie nadają się do tej misji: twardzi, lojalni, a ponieważ byli sobie tak bliscy, nie powinni po miesiącach izolacji i cierpień „nękać i dręczyć się nawzajem”27 – albo, co się często zdarzało na takich ekspedycjach, się zbuntować. Jack, jak ujął to jego brat Brian, był „lustrzanym odbiciem ojca”: wysoki, nieprawdopodobnie wytrzymały, ascetyczny. Obaj nie palili i nie pili alkoholu. Brian zauważył, że „Jack przy swoich sześciu stopach i trzech calach wzrostu składał się tylko z kości i mięśni, a trzy główne czynniki degeneracji ciała – alkohol, tytoń i rozwiązłe życie – były dlań odpychające”28. Pułkownik Fawcett, posłuszny surowemu wiktoriańskiemu kodeksowi, ujął to nieco inaczej: „Jest on [...] absolutnie nieskalany tak pod względem umysłu, jak i ciała”29.

Jack, który od dziecka chciał towarzyszyć ojcu w wyprawie, przygotowywał się od lat – podnosił ciężary, przestrzegał surowej diety, uczył się portugalskiego i nawigacji na podstawie gwiazd. Nie doświadczył jednak prawdziwego niedostatku, a w jego twarzy o promiennej cerze, przystrzyżonym wąsiku i w gładkich kasztanowych włosach nie było nic z surowości ojca. W modnym ubraniu wyglądał raczej jak gwiazdor filmowy, którym zresztą miał nadzieję zostać po triumfalnym powrocie.

Raleigh, choć niższy od Jacka, miał jednak niemal sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i był muskularny. („Znakomita budowa”30 – jak pisał Fawcett do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego). Jego ojciec był lekarzem w Królewskiej Marynarce Wojennej i zmarł na raka w 1917 roku, kiedy Raleigh miał piętnaście lat. Ciemnowłosy, z głębokimi zakolami i sumiastym wąsem szulera, miał wesołą i przekorną naturę. „Był urodzonym żartownisiem – powiedział Brian Fawcett. – Dokładnym przeciwieństwem poważnego Jacka”31. Obaj chłopcy byli niemal nierozłączni, od kiedy biegali po okolicy Seaton w Devonshire, gdzie dorastali, jeździli na rowerach i strzelali w powietrze. W liście do jednego z zaufanych przyjaciół Fawcetta Jack napisał:

Teraz mamy na pokładzie Raleigha Rimella, który jest co do joty tak samo zapalony jak ja. [...] To jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałem. Znałem go, jeszcze nim skończyłem siedem lat, i od tego czasu trzymamy się razem. Jest do szpiku kości uczciwy i przyzwoity w każdym sensie tego słowa, i znamy się nawzajem na wylot.32

Jack i Raleigh podekscytowani weszli na pokład statku, gdzie kilkudziesięciu stewardów w wykrochmalonych białych uniformach biegało po korytarzach z telegramami i pożegnalnymi koszami owoców. Jeden z nich, starannie omijając pomieszczenia na rufie, gdzie były miejsca trzeciej klasy, zaprowadził badaczy do kabin klasy pierwszej, pośrodku statku, z dala od hałasujących turbin. Warunki raczej nie przypominały tych, w jakich Fawcett po raz pierwszy podróżował do Ameryki Południowej dwadzieścia lat wcześniej, albo tych opisywanych przez Karola Dickensa, przemierzającego Atlantyk w 1842 roku, który określił swoją kabinę jako „zupełnie bezużyteczne, do cna beznadziejne i głęboko niedorzeczne pudło”33. („Jadalnia – zanotował też Dickens – przypominała karawan z oknami”34). Teraz wszystko zaprojektowano dla wygody nowego gatunku turystów – „zwykłych podróżników” – jak z pogardą określał ich Fawcett, którzy nie mieli większego pojęcia o „miejscach wymagających odpowiedniej wytrzymałości i ofiar oraz budowy ciała niezbędnej, by zmierzyć się z niebezpieczeństwami”. W kabinach pierwszej klasy były łóżka i bieżąca woda, przez bulaje wpadało słońce i świeże powietrze, a na suficie obracały się wiatraki elektryczne. Folder reklamowy statku zachwalał „doskonałą wentylację zapewnianą przez nowoczesne urządzenia”, która pomagała „pokonać wrażenie, że wyprawa w tropiki nieuchronnie wiąże się z niewygodami”35.

Fawcett, jak wielu innych wiktoriańskich odkrywców, fachowiec amator, był nie tylko samozwańczym geografem i archeologiem, ale też utalentowanym artystą (jego rysunki piórkiem były wystawiane w Akademii Królewskiej) oraz szkutnikiem (opatentował krzywiznę, dzięki której szybkość statku zwiększała się o kilka węzłów). Mimo swego zainteresowania morzem pisał do żony Niny, niezłomnego sprzymierzeńca i rzecznika podczas jego nieobecności, że SS „Vauban” i sama podróż były dlań „raczej męczące”36: pragnął jedynie znaleźć się w dżungli.

Tymczasem Jack i Raleigh mieli wielką ochotę zapoznać się z luksusowym wnętrzem statku. Za jednym zakrętem był salon z łukowatym sklepieniem i marmurowymi kolumnami, za drugim jadalnia ze stołami przykrytymi białymi obrusami, do których podawali kelnerzy pod krawatem, przy dźwiękach orkiestry serwujący pieczone żeberka jagnięce i wina w karafkach. Na statku była nawet sala gimnastyczna, gdzie młodzi ludzie mogli ćwiczyć, przygotowując się do wyprawy.

Jack i Raleigh nie byli już anonimowymi chłopcami: byli, jak okrzyknęły ich gazety, „dzielnymi”, „prostymi jak struna Anglikami” podobnymi do sir Lancelota. Spotykali się z dygnitarzami, którzy zapraszali ich do swych stolików, i palącymi papierosy w fifkach kobietami, które rzucały im, jak to określał pułkownik Fawcett, „bezwstydnie śmiałe spojrzenia”. Według wszelkich relacji Jack w towarzystwie kobiet tracił pewność siebie: wydawało się, że są dla niego równie odległe i tajemnicze jak miasto Z. Raleigh jednak szybko zaczął flirtować z jedną z dziewcząt, z pewnością przechwalając się przygodami, które go czekały.

Fawcett wiedział, że dla Jacka i Raleigha wyprawa wciąż jest jedynie piękną wizją. W Nowym Jorku młodzi mężczyźni pławili się w popularności: wieczór w hotelu Waldorf-Astoria, gdzie dygnitarze i naukowcy z całego miasta zgromadzili się w Złotej Sali na wydanym na ich cześć bankiecie pożegnalnym; toasty w Camp Fire Club i National Arts Club, przystanek na wyspie Ellis (urzędnik imigracyjny odnotował, iż żaden z członków wyprawy nie jest „ateistą, poligamistą, anarchistą ani kaleką”); pałacowe wnętrza kinematografów, gdzie Jack przesiadywał całymi dniami.

Fawcett budował swoją wytrzymałość przez lata wypraw, Jack i Raleigh natomiast musieli nabrać jej natychmiast. Fawcett nie miał jednak wątpliwości, że im się uda. W swoich dziennikach zapisał, że „Jack ma wszelkie zadatki”, i przewidywał: „Jest dość młody, żeby przystosować się do dowolnych warunków, i kilka miesięcy na szlaku uczyni go wystarczająco twardym. Jeśli wdał się we mnie, nie dosięgną go rozmaite dolegliwości i choroby [...], a w razie niebezpieczeństwa, myślę, że starczy mu odwagi”37. Fawcett wyrażał takie samo przekonanie w stosunku do Raleigha, który podziwiał Jacka niemal tak bardzo, jak Jack podziwiał ojca. „Raleigh pójdzie za nim wszędzie”38 – zauważył.

Załoga zaczęła wołać: „Wszyscy na pokład!”. Gwizdek kapitana rozbrzmiał echem w porcie, statek trzeszczał i kołysał się, wychodząc z doków. Fawcett widział Manhattan z Metropolitan Life Insurance Tower, wówczas najwyższym budynkiem na świecie, i Woolworth Building, który teraz go przewyższył – metropolię rozjarzoną światłami, jakby ktoś zebrał w jednym miejscu wszystkie gwiazdy. Z Jackiem i Raleighiem u boku, Fawcett zawołał do reporterów na nabrzeżu: „Wrócimy i przywieziemy to, czego szukamy!”39.

Zniknięcie

Jak łatwo można dać się zwieść Amazonce.

Na początku jest zaledwie rzeczką – ta najpotężniejsza rzeka na świecie, potężniejsza niż Nil i Ganges, potężniejsza niż Missisipi i wszystkie rzeki Chin.40 Pojawia się na wysokości 6000 metrów n.p.m. w Andach, wśród śniegów i chmur, w skalnej rozpadlinie – strumyczek krystalicznej wody. Tutaj nie da się jej odróżnić od innych strumyczków płynących przez Andy. Część z nich spada kaskadami po stronie zachodniej ku Pacyfikowi, niecałe 100 kilometrów dalej, inne, takie jak ten, spływają po wschodnim zboczu, rozpoczynając z pozoru niemożliwą podróż ku Oceanowi Atlantyckiemu – to odległość większa niż z Nowego Jorku do Paryża. Na tej wysokości jest zbyt zimno dla dżungli czy drapieżników, a jednak to właśnie tutaj bierze swój początek Amazonka, zasilana topniejącym śniegiem i deszczem, spychana z urwisk siłą grawitacji.

Początkowo rzeka spływa ostro w dół. Gdy nurt nabiera prędkości, dołączają do niego setki innych potoczków, w większości tak małych, że nie mają nazw. Dwa tysiące metrów niżej woda wpływa do doliny, gdzie widać pierwsze przebłyski zieleni. Niedługo potem łączą się z nią większe strumienie. Niosąc wzburzone wody ku równinom poniżej, rzeka musi pokonać jeszcze prawie 5000 kilometrów, nim dotrze do oceanu. Jest niepowstrzymana. I taka też jest dżungla, która dzięki równikowemu upałowi i ulewnym deszczom stopniowo pochłania brzegi rzeki. Ten dziki obszar, rozpościerający się aż po horyzont, mieści największą różnorodność gatunków na świecie. I dopiero wtedy rzeka staje się rozpoznawalna – to Amazonka.

Wciąż jednak nie jest tym, czym się wydaje. Meandrując na wschód, dociera do ogromnego obszaru ukształtowanego jak płytka misa, a ponieważ Amazonka płynie na dnie tego basenu, niemal 40 procent wód Ameryki Południowej – z rzek odległej Kolumbii, Wenezueli, Boliwii i Ekwadoru – spływa właśnie do niej. Amazonka staje się więc jeszcze potężniejsza. Miejscami głęboka na 100 metrów, nie musi już nigdzie się spieszyć, swoim własnym rytmem bierze we władanie kolejne obszary. Meandrując, mija Rio Negro i Madeirę, Tapajós i Xingu, dwa największe południowe dopływy, Marajó, wyspę większą niż Szwajcaria, aż w końcu, przebywszy 6400 kilometrów i zebrawszy wodę z tysiąca dopływów, Amazonka dociera do swego szerokiego na ponad 300 kilometrów ujścia i wlewa się do Oceanu Atlantyckiego. To, co wzięło początek jako strumyczek, teraz niesie 215 460 000 litrów wody na sekundę – sześć razy więcej niż Nil. Słodka woda pochodząca z Amazonki dociera tak daleko w głąb morza, że w 1500 roku Vicente Pinzón, hiszpański komandor, który wcześniej towarzyszył Kolumbowi, odkrył rzekę, płynąc w odległości wielu mil od wybrzeża. Nazwał ją Mar Dulce, czyli Słodkie Morze.

Jest to obszar trudny do zbadania w każdych okolicznościach, ale nastanie pory deszczowej w listopadzie czyni go właściwie niedostępnym. Fale – w tym poruszająca się z szybkością 24 kilometrów na godzinę gwałtowna fala przypływu, zwana pororoca, czyli „wielki ryk” – rozbijają się o wybrzeże. W Belém poziom wody Amazonki podnosi się o 3,5 metra, w Iquitos o 6 metrów, w Óbidos 10 metrów. Madeira, najdłuższy dopływ Amazonki, może przybrać jeszcze bardziej, o 20 metrów. Po miesiącach powodzi wiele z tych i innych rzek wylewa z brzegów, spadając kaskadą przez las, podmywając rośliny i skały i przemieniając południowy basen niemal w wewnętrzne morze, jakim był miliony lat wcześniej. Potem wychodzi słońce i pali cały obszar. Gleba pęka jak podczas trzęsienia ziemi. Bagna wyparowują, piranie, odcięte w wysychających sadzawkach, zjadają się nawzajem. Mokradła zmieniają się w łąki, wyspy stają się wzgórzami.

W czerwcu 1996 roku, gdy w południowym basenie Amazonki nastała pora sucha, wyprawa brazylijskich naukowców i poszukiwaczy przygód zmierzała w głąb dżungli. Szukali śladów pułkownika Percy’ego Fawcetta, który ponad siedemdziesiąt lat wcześniej zaginął tam wraz ze swym synem Jackiem i Raleighiem Rimellem.

Na czele ekspedycji stał czterdziestodwuletni brazylijski bankier James Lynch.41 Od kiedy od pewnego reportera usłyszał o historii Fawcetta, przeczytał wszystko, co mógł znaleźć na ten temat. Dowiedział się, że zniknięcie pułkownika w 1925 roku wstrząsnęło światową opinią publiczną – „był to jeden z najbardziej celebrowanych przypadków zaginięcia w naszych czasach”42, jak określił to jeden z obserwatorów. Przez pięć miesięcy Fawcett przesyłał depesze, które indiańscy posłańcy przenosili, pogniecione i poplamione, przez dżunglę i które, niczym w magicznej sztuczce, były przekazywane telegraficznie i drukowane przez prasę na całym świecie. Był to wczesny przykład tego, jak nowoczesny news, którego tematem może być wszystko, sprawia, że uwagę Afrykanów, Azjatów, Europejczyków, Australijczyków i Amerykanów przykuwa to samo wydarzenie, mające miejsce gdzieś daleko. Ekspedycja, jak pisano w jednej z gazet, „owładnęła wyobraźnią każdego dziecka, które kiedykolwiek marzyło o niezbadanych lądach”43.

Potem depesze przestały nadchodzić. Jak dowiedział się Lynch, Fawcett ostrzegał, że przez kilka miesięcy może nie być z nim kontaktu, ale minął rok, potem dwa, a ciekawość opinii publicznej rosła. Czy Fawcett i dwaj młodzieńcy zostali schwytani przez Indian? Czy umarli z głodu? Czy też urok Z okazał się zbyt silny, by wracać? Dyskutowano zawzięcie w salonach i spelunkach, na najwyższych szczeblach rządowych krążyły depesze. Sprawie poświęcono niezliczone słuchowiska radiowe, powieści (podobno Garść prochu Evelyna Waugha44 powstała pod wpływem historii Fawcetta), wiersze, filmy dokumentalne i fabularne, znaczki pocztowe, książki dla dzieci, komiksy, ballady, sztuki teatralne, powieści graficzne i wystawy. W 1933 roku pewien autor książek podróżniczych stwierdził: „Legenda, która narosła wokół tej sprawy, tworzy nową, odrębną gałąź folkloru”45. Fawcett zyskał sobie miejsce w annałach wypraw badawczych nie dzięki temu, co odkrył przed światem, ale dzięki temu, co ukrył. Przysiągł dokonać „odkrycia stulecia”, a zamiast tego za jego sprawą zrodziła się „największa tajemnica badawcza XX wieku”.

Lynch dowiedział się także, ku swemu zdumieniu, że bardzo wielu naukowców, badaczy i poszukiwaczy przygód zagłębiało się w dżunglę, by odnaleźć członków wyprawy Fawcetta, żywych lub martwych, i wrócić z dowodem na istnienie miasta Z. W lutym 1955 roku „New York Times” stwierdził, że zaginięcie Fawcetta pociągnęło za sobą więcej wypraw poszukiwawczych niż „te, które wyruszały przez stulecia na poszukiwanie baśniowego Eldorado”46. Niektóre grupy zginęły z powodu głodu i chorób, inne wycofały się w desperacji, jeszcze inne wymordowali tubylcy. Byli także poszukiwacze przygód, którzy wyruszyli, by znaleźć Fawcetta, i zamiast tego zniknęli tak jak on w lasach, dawno już ochrzczonych przez podróżników mianem „zielonego piekła”. Ponieważ wielu poszukiwaczy wyruszało bez rozgłosu, nie ma żadnych wiarygodnych danych na temat liczby ofiar. Według jednej z ostatnich ocen liczba ta może sięgać stu.

Lynch wydawał się odporny na porywy fantazji. Wysoki, szczupły mężczyzna o niebieskich oczach i jasnej skórze skłonnej do oparzeń pracował w Chase Bank w São Paulo. Miał żonę i dwoje dzieci. Jednak w okolicach trzydziestki, ogarnięty niewytłumaczalnym niepokojem, zaczął znikać na długie dni w Amazonii, wędrując pieszo przez dżunglę. Wziął też udział w kilku wyczerpujących wyścigach: pewnego razu szedł przez 72 godziny bez snu i przedostał się przez kanion po linie. „Chodzi o to, żeby doprowadzić się do stanu wyczerpania psychicznego i fizycznego i przekonać się, jak człowiek reaguje w takiej sytuacji – powiedział Lynch i dodał: – Niektórzy się załamują, ale mnie zawsze wydawało się to stymulujące”.

Lynch był kimś więcej niż tylko poszukiwaczem przygód. Pociągały go wyzwania nie tylko fizyczne, ale też intelektualne, miał nadzieję rzucić nieco światła na jakiś mało znany aspekt świata i często miesiącami siedział w bibliotece, zgłębiając temat. Wyprawił się między innymi do źródeł Amazonki i znalazł osadę menonitów na boliwijskiej pustyni. Ale nigdy jeszcze nie spotkał się z takim przypadkiem, jak historia pułkownika Fawcetta.

Poprzednim wyprawom poszukiwawczym nie udało się poznać losu ekspedycji Fawcetta – każde kolejne zniknięcie samo stawało się zagadką – nikt też nie rozwikłał największej tajemnicy: miasta Z. Lynch stwierdził, że w przeciwieństwie do innych zaginionych odkrywców – takich jak Amelia Earhart, która zniknęła w 1937 roku podczas próby przelotu dookoła świata – Fawcett zrobił wszystko, żeby nie można było go odnaleźć. Trasę wyprawy utrzymywał w takiej tajemnicy, że nawet jego żona Nina wyznała, iż ukrywał przed nią najważniejsze szczegóły. Lynch przekopał się przez stare relacje prasowe, ale nie znalazł w nich wielu wiarygodnych wskazówek. Potem natrafił na zaczytany egzemplarz Exploration Fawcett, wydany w 1953 roku wybór pism badacza opracowany przez jego młodszego syna Briana. (Ernest Hemingway miał egzemplarz w swojej biblioteczce). Wydawało się, że książka zawiera kilka wskazówek dotyczących ostatecznej trasy. Według słów Fawcetta: „Wyruszymy z obozu Dead Horse, 11°43’ szerokości południowej i 54°35’ długości zachodniej, miejsca, gdzie w 1921 roku padł mój koń”47. Choć współrzędne te określały jedynie punkt początkowy, Lynch wpisał je w swój GPS. Okazało się, że są to współrzędne punktu na południowym basenie Amazonki w Mato Grosso – nazwa oznacza „gęsty las” – jednym ze stanów Brazylii, większym niż Francja i Wielka Brytania razem wzięte. By dotrzeć do obozu Dead Horse, trzeba było przedostać się przez jeden z najbardziej nieprzebytych obszarów amazońskiej dżungli i wkroczyć na ziemie należące do rdzennych mieszkańców, którzy żyli w odosobnieniu w gęstym lesie i zawzięcie bronili swego terytorium.

Wydawało się to nadludzkim wyzwaniem, jednak Lynch, ślęcząc w pracy nad arkuszami kalkulacyjnymi, zastanawiał się: A jeśli miasto Z naprawdę istnieje? Co jeśli dżungla skrywa takie miejsce? Nawet obecnie, według ocen brazylijskiego rządu, istnieje ponad 60 indiańskich plemion, które nigdy nie miały kontaktu z ludźmi z zewnątrz.48 „Te lasy to [...] niemal ostatnie miejsce na ziemi, gdzie rdzenni mieszkańcy mogą żyć odizolowani od reszty ludzkości”49 – pisał John Hemming, wybitny badacz historii Indian brazylijskich i były dyrektor KTG.

Sydney Possuelo, kierownik brazylijskiego urzędu do spraw ochrony plemion indiańskich, powiedział o nich: „Nikt nie wie na pewno, kim są, gdzie są, ilu ich jest i jakimi językami mówią”50. W 2006 roku członkowie plemienia nomadów nazywanego Nukak-Makú wyłonili się z głębin Amazonii w Kolumbii i oświadczyli, że są gotowi przyłączyć się do nowoczesnego społeczeństwa, choć nie mieli pojęcia, że Kolumbia jest krajem, i pytali, czy samoloty na niebie poruszają się po niewidzialnej drodze.51

Pewnej nocy Lynch, nie mogąc zasnąć, poszedł do swojego gabinetu zarzuconego mapami i pamiątkami z poprzednich wypraw. Wśród dokumentów dotyczących Fawcetta natrafił na przestrogę, którą pułkownik kierował do swego syna: „Jeśli przy całym mym doświadczeniu nam się nie powiedzie, nie ma wielkiej nadziei dla innych”. Zamiast zniechęcić, te słowa były dla Lyncha impulsem do działania. „Muszę jechać” – powiedział żonie.

Szybko znalazł sobie towarzysza podróży, Rene Delmotte’a, brazylijskiego inżyniera, którego poznał podczas zawodów surwiwalowych. Obaj miesiącami studiowali satelitarne zdjęcia Amazonii, ustalając szczegóły trasy. Lynch postarał się o najlepszy sprzęt: dżipy z napędem turbo z oponami odpornymi na przebicie, radiotelefony i agregaty prądotwórcze. Podobnie jak Fawcett, Lynch miał doświadczenie w projektowaniu łodzi i z pomocą szkutnika zbudował dwie aluminiowe o długości siedmiu i pół metra i takim zanurzeniu, by mogły przepływać przez bagna. Skompletował także apteczkę zawierającą zestaw antidotów na jad węży.

Bardzo starannie dobrał też członków wyprawy. Wybrał dwóch mechaników, którzy mogli naprawiać cały sprzęt, oraz dwóch doświadczonych kierowców samochodów terenowych. Zabrał także doktora Daniela Muñoza, znanego antropologa sądowego, który w 1958 roku pomógł zidentyfikować szczątki Josefa Mengele, zbiegłego zbrodniarza nazistowskiego, i który mógł pomóc w określeniu pochodzenia ewentualnych przedmiotów należących do wyprawy Fawcetta: klamry pasa, kawałka kości, naboju.

Chociaż Fawcett ostrzegał, że wielkie ekspedycje „wszystkie co do jednej kończyły się smutno”52, grupa szybko rozrosła się do szesnastu osób. A chciała dołączyć jeszcze jedna: szesnastoletni syn Lyncha – James. Wysportowany i umięśniony bardziej niż jego ojciec, z gęstą kasztanowatą czupryną i dużymi piwnymi oczami, był już na poprzedniej ekspedycji i sprawił się dobrze. Lynch zgodził się więc, podobnie jak Fawcett, zabrać syna ze sobą.

Zespół zebrał się w Cuiabie, stolicy Mato Grosso, na południowym skraju basenu Amazonki. Lynch rozdał wszystkim przygotowane przez siebie koszulki z obrazkiem śladów stóp prowadzących w dżunglę. Brytyjski dziennik „Daily Mail” opublikował artykuł na temat ekspedycji zatytułowany Czy nareszcie rozwiążemy tajemnicę pułkownika Percy’ego Fawcetta? Przez wiele dni grupa jechała przez dorzecze Amazonki, poruszając się drogami gruntowymi pełnymi kolein i krzaków. Las zrobił się gęstszy i James przycisnął twarz do szyby. Gdy przetarł zaparowane okno, zobaczył rozpięte w górze korony drzew, a tam, gdzie była między nimi przerwa, słupy światła wlewającego się do lasu, w których nagle pojawiały się żółte skrzydła motyli i ar. Raz zobaczył dwumetrowego węża, na wpół zagrzebanego w mule, z zagłębieniem między oczami. „Żararaka” – wyjaśnił jego ojciec. Był to wąż z rodziny żmijowatych, jeden z najbardziej jadowitych gadów obu Ameryk. (Ukąszenie żararaki powoduje, że człowiek zaczyna krwawić z oczu i, jak ujął to pewien biolog, „po kawałku zmienia się w trupa”53). Lynch ominął węża. Słysząc ryk silnika, inne zwierzęta, w tym wyjce, umknęły w korony drzew, i tylko moskity wciąż wisiały nad pojazdami niczym patrole straży.

Po wielu postojach ekspedycja ruszyła szlakiem prowadzącym do polany nad rzeką Xingu, gdzie Lynch spróbował określić współrzędne na GPS.

– I co? – zapytał jeden z kolegów.

Lynch wpatrywał się we współrzędne na ekranie.

– Jesteśmy niedaleko od miejsca, gdzie po raz ostatni widziano Fawcetta – powiedział.

Sieć pnączy i lian zarastała drogi wychodzące z polany, Lynch postanowił więc, że ekspedycja będzie musiała płynąć dalej łodziami. Części uczestników kazał zawrócić z najcięższym sprzętem; kiedy znajdzie miejsce, w którym mógłby wylądować przystosowany do tego samolot, poda przez radio współrzędne, także ekwipunek zostanie dostarczony drogą powietrzną.

Pozostali członkowie wyprawy, w tym James junior, zwodowali dwie łodzie i zaczęli podróż w dół Xingu. Nurt niósł ich szybko, mijali kolczaste paprocie i palmy buriti, pnącza i mirt – niekończący się gąszcz po obu stronach. Niedługo przed zachodem słońca, gdy Lynch mijał kolejny zakręt, wydawało mu się, że spostrzegł coś na odległym brzegu. Podsunął wyżej kapelusz. Między gałęziami dostrzegł wiele par wpatrujących się weń oczu. Gdy łodzie dopłynęły do brzegu, szorując dnem o piasek, Lynch i jego ludzie wyskoczyli na brzeg. W tym samym momencie Indianie – nadzy, ze wspaniałymi papuzimi piórami w uszach – wyłonili się z lasu. Potężnie zbudowany mężczyzna, umalowany na czarno wokół oczu, wystąpił naprzód. Według tych spośród Indian, którzy mówili łamanym portugalskim i pełnili funkcję tłumaczy, był to wódz plemienia Kuikuro. Wydawało się, że jest przyjaźnie nastawiony. Zezwolił wyprawie rozbić obóz w wiosce Kuikuro, zgodził się też, by samolot wylądował na pobliskiej polanie.

Tego wieczoru James jr, próbując zasnąć, zastanawiał się, czy Jack Fawcett położył się spać w podobnym miejscu i czy widział takie cudowne rzeczy. Słońce obudziło go następnego dnia o świcie. Zajrzał do namiotu ojca. „Wszystkiego najlepszego, tato” – powiedział. Lynch zapomniał, że to jego urodziny. Kończył czterdzieści dwa lata.

Później tego samego dnia kilku Kuikuro zaprosiło Lyncha i jego syna do pobliskiej laguny, gdzie kąpali się razem z pięćdziesięciokilogramowymi żółwiami. Lynch usłyszał, jak ląduje samolot z pozostałymi członkami wyprawy i sprzętem. Wszyscy znów mieli zebrać się razem.

Kilka chwil później jeden z Kuikuro przybiegł ścieżką, wołając coś w swoim języku. Jego ziomkowie rzucili się do brzegu.

– Co się stało? – zapytał Lynch po portugalsku.

– Kłopoty – odparł jeden z Kuikuro.

Indianie pobiegli w stronę wioski, Lynch z synem ruszyli za nimi, wśród gałęzi chłostających im twarze. Kiedy dotarli na miejsce, podszedł do nich jeden z członków ekspedycji.

– Co się dzieje? – zapytał Lynch.

– Otaczają nasz obóz.

Lynch zobaczył biegnących ku nim ze trzydziestu Indian, być może z sąsiednich plemion. Oni także usłyszeli odgłos nadlatującego samolotu. Wielu z nich pomalowało nagie ciała na czarno i czerwono. Mieli łuki z prawie dwumetrowymi strzałami, staroświeckie strzelby i dzidy. Pięciu ludzi Lyncha pognało do samolotu. Pilot wciąż był w kabinie. Mężczyźni wskoczyli do samolotu, chociaż było w nim miejsce tylko dla czterech osób. Wołali do pilota, żeby odlatywał, ale on jakby nie wiedział, co się dzieje. Wyjrzał przez okno i zobaczył biegnących ku niemu Indian celujących z łuków. Gdy uruchomił silnik, Indianie uwiesili się u skrzydeł, próbując zatrzymać samolot na ziemi. Pilot, zaniepokojony niebezpiecznym przeciążeniem maszyny, wyrzucał przez okno, co miał pod ręką – ubrania, papiery, które wirowały rozdmuchiwane przez śmigło. Samolot potoczył się prowizorycznym pasem startowym, podskakując, wyjąc silnikiem i zataczając się między drzewami. Tuż przed oderwaniem się kół od ziemi ostatni Indianin puścił skrzydło.

Lynch patrzył, jak samolot znika, a wokół niego wirował czerwony pył wzbity podczas startu. Młody Indianin o ciele pokrytym farbą, jak się wydawało przywódca najazdu, zbliżył się do Lyncha, wymachując borduna, ponadmetrową pałką, jakich wojownicy używali do miażdżenia wrogom czaszek. Zapędził Lyncha i pozostałych jedenastu członków wyprawy do małych łódek.

– Dokąd nas zabieracie? – zapytał Lynch.

– Będziecie naszymi więźniami do końca życia – odparł młody człowiek.

James jr przesunął palcami po szyi. Lynch zawsze był przekonany, że nie ma przygody do czasu, jak to ujmował, „aż człowiek wpadnie w jakieś gówno”. Ale to było coś, czego nigdy nie brał pod uwagę w swoich przewidywaniach. Nie miał nawet broni. Ścisnął dłoń syna.

– Cokolwiek będzie się działo – wyszeptał do niego – nic nie rób, dopóki ci nie powiem.

Łodzie skręciły z głównej rzeki i popłynęły wąskim strumieniem. Gdy wciąż płynęli w głąb dżungli, Lynch przyglądał się otoczeniu – krystalicznie czystej wodzie pełnej tęczowych ryb, coraz gęstszej masie roślin. To jest, pomyślał, najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałem.

Początek poszukiwań

Podobno u początków każdej wyprawy jest jakiś pierwiastek romantyzmu. Ale mnie nawet teraz trudno znaleźć coś takiego w moich poszukiwaniach.

Postawmy sprawę jasno: nie jestem odkrywcą ani poszukiwaczem przygód. Nie chodzę po górach ani nie poluję. Nawet nie lubię spać w namiocie. Mam nieco ponad 170 centymetrów wzrostu, zbliżam się do czterdziestki, jestem brunetem o rzedniejących włosach, za to o coraz większym brzuchu. Cierpię na stożek rogówki – zwyrodnieniową chorobę oczu, która utrudnia mi widzenie po zmierzchu. Nie mam za grosz poczucia kierunku i zwykle zapominam, gdzie jestem, w metrze i przegapiam swoją stację na Brooklynie. Lubię gazety, jedzenie na wynos, wiadomości sportowe (które sobie nagrywam) oraz klimatyzację włączoną na full. Mając do wyboru wejście po schodach na pierwsze piętro i skorzystanie z windy, nieodmiennie wybieram windę.

Ale kiedy pracuję nad reportażem, wszystko się zmienia. Już od dzieciństwa pociągały mnie powieści sensacyjne i przygodowe, takie, od których wedle słów Ridera HaggardaII „nie można się oderwać”. Pierwsze historie, jakich słuchałem, były o moim dziadku Monyi. Dziadek był wtedy po siedemdziesiątce, chorował na parkinsona i siedział na ganku naszego domu w Westport w Connecticut, trzęsąc się i wpatrując pustym wzrokiem w horyzont. Tymczasem moja babka opowiadała mi jego przygody. Opowiadała, że był w Rosji handlarzem futer i że robił zdjęcia dla „National Geographic”, jako jeden z nielicznych fotografów z Zachodu, którym pozwolono dotrzeć do niektórych części Chin i Tybetu. (Część rodziny podejrzewała, że był szpiegiem, choć nigdy nie znaleźliśmy niczego, co potwierdzałoby tę teorię). Babka wspominała, że niedługo przed ich ślubem Monya pojechał do Indii kupić jakieś cenne futra. Mijały tygodnie, a od niego nie nadchodziły żadne wieści. Wreszcie pocztą przyszedł pomięty list. W kopercie była tylko zamazana fotografia: przedstawiała dziadka, jak leży skulony i blady pod moskitierą, nękany malarią. Wreszcie wrócił, ale ponieważ wciąż nie był zdrowy, ślub odbył się w szpitalu. „Wiedziałam, że już po mnie” – powiedziała mi babcia. Opowiadała też, że Monya został zawodowym kierowcą startującym w wyścigach motocyklowych, a kiedy spojrzałem na nią z powątpiewaniem, przyniosła mi jego medale zawinięte w chustkę. Pewnego razu, gdy kupował futra w Afganistanie i przejeżdżał przez Przełęcz Chajberską z przyjacielem w koszu, przestały działać hamulce. „Kiedy stracił panowanie nad motocyklem, pożegnał się ze swoim przyjacielem – wspominała babcia. – Potem zauważył robotników naprawiających drogę, za nimi była wielka kupa gnoju, więc skierował się prosto na nią. Twojego dziadka i jego przyjaciela wyrzuciło z siodełek. Trochę się połamali, ale to wszystko. Oczywiście dziadek nadal jeździł na motocyklu”.

Dla mnie najbardziej zdumiewający w tych opowieściach był ich główny bohater. Znałem mojego dziadka tylko jako staruszka, który ledwie chodził. Im więcej babcia mi o nim opowiadała, tym bardziej pragnąłem szczegółów, które pomogłyby mi go zrozumieć. Wciąż jednak było w nim coś, co wydawało się umykać nawet mojej babce. „Taki po prostu był Monya” – mówiła, machając ręką.

Kiedy zostałem reporterem, pociągały mnie historie przykuwające uwagę. W latach dziewięćdziesiątych pracowałem jako korespondent kongresowy, ale często zbaczałem poza swój rewir, by zajmować się historiami oszustów, gangsterów i szpiegów. Choć większość moich artykułów wydaje się ze sobą niepowiązana, mają zwykle wspólny wątek: obsesję. Są o zwyczajnych ludziach, których coś skłoniło do niezwykłych czynów, na jakie większość z nas nigdy by się nie odważyła. Którzy łapią jakiegoś bakcyla, a on rozwija się tak długo, aż ich pożera.

Zawsze uważałem, że moje zainteresowanie tymi ludźmi ma charakter czysto zawodowy: są najlepszym tematem artykułu. Ale czasem myślę, że może mam z nimi więcej wspólnego, niż ośmieliłbym się sądzić. Pisanie reportaży to nieustanne szperanie, wyszukiwanie detali w nadziei na odkrycie jakiejś ukrytej prawdy. Ku irytacji mojej żony, kiedy pracuję nad tekstem, świata poza tym nie widzę. Zapominam, że miałem zapłacić rachunki albo się ogolić. Chodzę w nieświeżych ubraniach. Podejmuję ryzyko, na które nigdy bym się nie naraził: pełznę setki metrów pod ulicami Manhattanu z kopaczami tuneli, zwanymi kretami. Albo płynę małą łódeczką z łowcą kałamarnic olbrzymich podczas straszliwego sztormu. Kiedy wróciłem z tej wyprawy, moja matka powiedziała: „Wiesz, przypominasz mi dziadka”.

W 2004 roku, kiedy zbierałem materiały do reportażu o tajemniczej śmierci znawcy Conan Doyle’a i Sherlocka Holmesa, natknąłem się na wzmiankę o Fawcetcie i roli, jaką odegrał w powstaniu Świata zaginionego. Gdy przeczytałem o nim więcej, zaintrygowała mnie fantastyczna wizja miasta Z, myśl, że w Amazonii mogła istnieć wyrafinowana cywilizacja z monumentalną architekturą. Jak zapewne wielu innych ludzi, miałem wyobrażenie – zbudowane na podstawie nie tylko hollywoodzkich filmów i powieści przygodowych, ale także opisów naukowych – że są tam tylko rozproszone plemiona żyjące jak w epoce kamienia łupanego.

Przyrodnicy często przedstawiają Amazonię jako „dziewiczy las”, którego, zanim wkroczyli tam drwale i inni intruzi, nie tknęła ludzka ręka. Co więcej, wielu archeologów i geografów twierdzi, że warunki panujące w Amazonii, podobnie jak w Arktyce, uniemożliwiają powstanie tam większych populacji, a zatem i złożonych społeczeństw, z podziałem pracy i hierarchiami, na których czele staliby wodzowie czy królowie.54 Betty Meggers ze Smithsonian Institution jest być może najbardziej wpływowym współczesnym archeologiem Amazonii. Zasłynęła w 1971 roku określeniem tej krainy jako „fałszywego raju”55, miejsca, które mimo całego bogactwa fauny i flory jest wrogie człowiekowi. Deszcze i powodzie oraz palące słońce pozbawiają ziemię niezbędnych składników odżywczych, co sprawia, że rolnictwo na dużą skalę staje się niemożliwe. Zdaniem Meggers i innych naukowców w takim nieprzyjaznym krajobrazie mogą przetrwać jedynie niewielkie plemiona nomadów. Ponieważ ziemia rodzi tak mało pożywienia, nawet jeśli plemionom udaje się uniknąć zmniejszenia populacji z powodu głodu i chorób, wciąż muszą stosować „kulturowe substytuty”56, żeby kontrolować swą liczebność – w tym zabijanie członków własnej społeczności. Niektóre plemiona praktykują dzieciobójstwo, porzucają chorych w lesie albo angażują się w krwawe wendety i wojny. W latach siedemdziesiątych Claudio Villas Boas, jeden z wielkich obrońców Indian amazońskich, powiedział pewnemu reporterowi: „To jest dżungla i zabicie kalekiego dziecka albo porzucenie człowieka bez rodziny może być konieczne dla przetrwania plemienia. Dopiero teraz, kiedy dżungla ginie i jej prawa tracą sens, zaczyna nas to szokować”57.

Jak zauważa Charles Mann w książce 1491, antropolog Allan R. Holmberg przyczynił się do skrystalizowania popularnego, a także naukowego postrzegania Indian amazońskich jako ludów prymitywnych.58 Po badaniach nad plemieniem Sirionó w Boliwii na początku lat czterdziestych Holmberg opisał ich jako „jeden z najbardziej zacofanych kulturowo ludów świata”59, społeczność tak pochłoniętą zdobywaniem pożywienia, że nie wytworzyła żadnej sztuki, religii, ubrań, nie udomowiła zwierząt, nie budowała trwałych domów ani dróg, nie umiała handlować ani nawet liczyć więcej niż do trzech. „Nie mierzą czasu – twierdził Holmberg – ani nie znają kalendarza”60. Członkowie tego plemienia nie mieli nawet „pojęcia miłości romantycznej”61. Byli więc, podsumował Holmberg, „ludźmi w surowym stanie natury”62. Według Meggers pewne bardziej wyrafinowane społeczeństwo z Andów przeniosło się na niziny, na wyspę Marajó u ujścia Amazonki, tylko po to, by stopniowo rozpaść się i wymrzeć.63 Krótko mówiąc, Amazonia była dla cywilizacji śmiertelną pułapką.

Kiedy zainteresowałem się miastem Z, odkryłem, że grupa rewizjonistycznie nastawionych antropologów i archeologów zaczęła coraz bardziej podważać te utrwalone poglądy i przekonywać, że w Amazonii mogła jednak powstać rozwinięta cywilizacja. Mówiąc w skrócie, twierdzą oni, że konserwatywni naukowcy nie doceniali siły, z jaką kultury i społeczeństwa potrafią się przeobrażać, wykraczając poza swoje naturalne środowiska, tak jak w przypadku stacji kosmicznych czy upraw na izraelskich pustyniach. Zdaniem niektórych w tradycyjnych poglądach wciąż widoczny jest ślad rasistowskich przekonań o rdzennych Amerykanach, którymi przesiąknięte były wczesne teorie determinizmu środowiskowego. Tradycjonaliści natomiast twierdzą, że tezy rewizjonistów to przykład politycznej poprawności posuniętej do granic absurdu i że podtrzymują oni długą tradycję postrzegania Amazonii jako projekcji wyobrażonej krainy, fantazji zachodniego umysłu. Stawką w tym sporze jest fundamentalne rozumienie natury ludzkiej i starożytnego świata i budzi on w uczonych sporą zajadłość. Kiedy zadzwoniłem do Meggers do Smithsonian Institution, stwierdziła, że to niemożliwe, by ktokolwiek odkrył kiedyś w Amazonii zaginioną cywilizację. Zbyt wielu archeologów, rzekła, „wciąż goni za Eldorado”.

Zwłaszcza jeden uznany archeolog z Uniwersytetu Florydy podważa tradycyjną wizję Amazonii jako fałszywego raju. Nazywa się Michael Heckenberger i pracuje w rejonie Xingu, właśnie tam, gdzie miał zaginąć Fawcett. Kilku antropologów powiedziało mi, że powinienem z nim porozmawiać, ale ostrzegli, że Heckenberger rzadko wynurza się z dżungli i nie lubi, gdy cokolwiek odrywa go od pracy. James Petersen, który w 2005 roku był dziekanem wydziału antropologii na Uniwersytecie Vermont i szkolił Heckenbergera, powiedział mi: „Mike jest niesłychanie błyskotliwy, nie ma lepszego od niego, jeśli chodzi o archeologię Amazonii, ale obawiam się, że to nie jest właściwa osoba. Ten facet był drużbą na moim ślubie, a nie mogę go zmusić, żeby się ze mną skontaktował”.

Z pomocą Uniwersytetu Florydy w końcu udało mi się porozmawiać z Heckenbergerem przez telefon satelitarny. Przez trzaski i odgłosy dżungli w tle powiedział, że ma zamiar zatrzymać się w wiosce Kuikuro w rejonie Xingu i, ku mojemu zaskoczeniu, że może się tam ze mną spotkać, jeśli zdołam tam dotrzeć. Dopiero później, kiedy zyskałem nieco pełniejszy obraz historii miasta Z, odkryłem, że to właśnie w tym miejscu James Lynch i jego ludzie zostali porwani.

– Jedziesz do Amazonii, żeby odnaleźć kogoś, kto zaginął dwieście lat temu? – zapytała moja żona Kyra. Był styczniowy wieczór 2005 roku, stała w kuchni w naszym mieszkaniu, nakładając na talerze makaron z sezamem na zimno z Hunan Delight.

– To było zaledwie osiemdziesiąt lat temu.

– A więc masz zamiar szukać kogoś, kto zaginął osiemdziesiąt lat temu?

– Zasadniczo tak.

– A skąd w ogóle wiesz, gdzie szukać?

– Tego jeszcze dokładnie nie wiem.

Moja żona, która jest producentką programu 60 minutes i osobą bardzo rozsądną, postawiła talerze na stole, czekając, aż powiem coś więcej.

– Nie ja pierwszy tam jadę – dodałem. – Przede mną były tam setki ludzi.

– I co się z nimi stało?

Nabrałem na widelec trochę makaronu i zawahałem się.

– Wielu z nich zaginęło.

Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

Obiecałem, że nie pognam do Xingu, przynajmniej dopóki nie dowiem się, gdzie rozpocząć wyprawę. Ostatnie ekspedycje polegały na współrzędnych obozu Dead Horse zawartych w Exploration Fawcett, ale biorąc pod uwagę wyrafinowane wybiegi pułkownika, wydawało się dziwne, żeby obóz tak łatwo dało się znaleźć. Chociaż Fawcett prowadził drobiazgowe notatki dotyczące swoich wypraw, najbardziej interesujące dokumenty uważano za zaginione albo ukryte przez rodzinę. Część korespondencji Fawcetta oraz dzienniki członków jego ekspedycji trafiły jednak do brytyjskich archiwów. Przed zanurzeniem się w dżunglę wybrałem się zatem do Anglii, żeby przekonać się, czy zdołam dowiedzieć się czegoś więcej o obsesyjnie strzeżonej tajemnicy trasy Fawcetta oraz o człowieku, który w 1925 roku zniknął bez śladu.

Zakopany skarb

Percy Harrison Fawcett nigdy jeszcze nie czuł się tak pełen życia.

Był rok 1888, a on miał dwadzieścia jeden lat i służył jako porucznik w Królewskiej Artylerii. Właśnie otrzymał miesięczną przepustkę ze swojego garnizonu w kolonii brytyjskiej na Cejlonie i był wystrojony w wyprasowany biały mundur ze złotymi guzikami oraz pikelhaubę z paskiem zapiętym pod brodą. Ale nawet ze strzelbą i z szablą wyglądał jak chłopiec – „najbardziej nieopierzony”64 ze wszystkich młodych oficerów, jak mówił sam o sobie.

Poszedł do swego bungalowu w forcie Frederick, którego okna wychodziły na lśniącą błękitem zatokę w Trikunamalaja. Fawcett, który był zagorzałym miłośnikiem psów, dzielił pokój z siedmioma foksterierami, które w owym czasie oficerowie często zabierali ze sobą na pole walki. Wśród wytworów lokalnego rzemiosła, którymi zarzucona była jego kwatera, zaczął szukać schowanego wcześniej listu. Wreszcie znalazł: z dziwnymi literami wijącymi się na kopercie, wypisanymi sepiowym atramentem. Otrzymał tę notatkę od pewnego kolonialnego zarządcy, on zaś dostał ją od naczelnika wioski, któremu wyświadczył przysługę. Jak Fawcett zanotował później w swoim dzienniku, wiadomość napisana po angielsku przyczepiona była do tajemniczego manuskryptu. Wynikało z niej, że w mieście Badulla, w głębi wyspy, znajduje się równina pokryta na jednym końcu skałami. W języku syngaleskim miejsce to nazywano czasem Galla-pita-Galla, „skała na skale”. Dalej tekst brzmiał tak:

Pod tymi skałami jest jaskinia, do której kiedyś łatwo było wejść, ale teraz trudno do niej dotrzeć, ponieważ wejście przesłaniają kamienie, dżungla i wysoka trawa. Można tam czasem napotkać leopardy. W jaskini tej znajduje się skarb [...], nieoszlifowane kamienie szlachetne i złoto, większy, niż był w posiadaniu królów.65

Chociaż Cejlon – obecnie Sri Lanka – był znany jako „skarbiec Oceanu Indyjskiego”, zarządca kolonialny nie dał wiary tak niezwykłej opowieści i przekazał dokumenty Fawcettowi, uznawszy, że mogą go zainteresować. Fawcett nie miał pojęcia, co z nimi zrobić – równie dobrze mogła to być jakaś bzdura – ale, w przeciwieństwie do większości arystokratycznej kadry oficerskiej, miał mało pieniędzy. „Dla niezamożnego porucznika artylerii – pisał – wizja skarbu była zbyt pociągająca, by ją porzucić”66. Była to także szansa, by uciec od placówki wojskowej i jej białej kasty rządzącej, odzwierciedlenia wyższej klasy angielskiego społeczeństwa – społeczeństwa, które pod przykrywką szacowności zawsze, z punktu widzenia Fawcetta, skrywało coś z Dickensowskiego horroru.

Jego ojciec, kapitan Edward Boyd Fawcett, był wiktoriańskim arystokratą, należącym do kręgu zaufanych ludzi księcia Walii, i jednym z najlepszych graczy w krykieta w imperium brytyjskim. Ale jako młody człowiek wpadł w alkoholizm – przezywano go „Bulwa”, bo jego nos zrobił się bulwiasty od trunku – i prócz tego, że wdawał się w romanse, roztrwonił rodzinny majątek. Wiele lat później jeden z krewnych, starając się przedstawić go w jak najlepszym świetle, napisał, że kapitan Fawcett „miał ogromne możliwości, których nie wykorzystał – wspaniały człowiek, który się zmarnował... Absolwent Balliol, znakomity sportowiec [...], żeglarz, uroczy i błyskotliwy, koniuszy księcia Walii (który wstąpił na tron po królowej Wiktorii jako Edward VII), roztrwonił dwa znaczne majątki na dworze, zaniedbał żonę i dzieci... i na skutek rozwiązłości i uzależnienia od alkoholu pod koniec swego krótkiego życia, zmarł na suchoty w wieku czterdziestu pięciu lat”67.

Matka Percy’ego, Myra Elizabeth, nie zapewniała mu ucieczki od tego „zaburzonego” środowiska. Jak wspominał ją jeden z członków rodziny, „była bardzo sfrustrowana i rozgoryczona nieszczęśliwym małżeństwem, a przez to często kapryśna i niesprawiedliwa, szczególnie wobec dzieci”68. Percy zwierzył się później Conan Doyle’owi, z którym korespondował, że jego matka była niemal „przepełniona nienawiścią”69. Percy starał się jednak chronić jej dobre imię, podobnie jak opinię ojca, wspominając o nich jedynie niejasno w Exploration Fawcett: „Być może tym lepiej, że moje dzieciństwo[...] było tak bardzo pozbawione rodzicielskiej czułości, że zamknąłem się w sobie”70.

Za pieniądze, które im jeszcze zostały, rodzice Fawcetta posłali go do najlepszych szkół w Wielkiej Brytanii – w tym do Westminster – które znane były z surowych metod. Chociaż Fawcett upierał się, że częste chłosty „nie zmieniają jego poglądu na świat”71, musiał podporządkować się wiktoriańskiej definicji dżentelmena.72 Ubiór uważano za jednoznaczną wskazówkę co do charakteru, często więc nosił czarny surdut i kamizelkę oraz, na oficjalne okazje, frak i cylinder. Nieskazitelne rękawiczki, przygotowywane za pomocą urządzeń do rozciągania i pudrowania, były tak niezbędne, że niektórzy mężczyźni zużywali sześć par dziennie. Wiele lat później Fawcett skarżył się, że „trudny do zapomnienia koszmar [takich ubrań] wciąż emanował ze wspomnień ponurych dni w Westminster School”73.

Stroniący od ludzi, waleczny i nadwrażliwy Fawcett musiał nauczyć się konwersować na temat dzieł sztuki (choć nigdy nie popisywał się swoją wiedzą), tańczyć walca bez odwracania się i zachowywać się bez zarzutu w obecności płci pięknej. Wiktoriańskie społeczeństwo w obawie, że uprzemysłowienie zniszczy wartości chrześcijańskie, miało obsesję na punkcie kontrolowania instynktów. Prowadzono całe krucjaty przeciwko nieprzyzwoitej literaturze oraz „chorobie masturbacyjnej”, rozpowszechniano broszurki na temat powściągliwości seksualnej, pouczające matki, by zwracały „baczną uwagę na łąki”. Lekarze zalecali „kolczaste pierścienie na penisa”, mające powstrzymać niekontrolowane popędy. Ta gorliwość przyczyniła się do tego, że Fawcett postrzegał życie jako niekończącą się walkę z otaczającymi go siłami cielesnymi. W swoich późniejszych tekstach przestrzegał przed „dążeniem do zmysłowego podniecenia” oraz „słabościami i pragnieniami”, które zbyt często się „ukrywa”74.

W byciu dżentelmenem chodziło jednak o coś więcej niż o przyzwoitość. Od Fawcetta oczekiwano, jak pisał jeden z historyków o wiktoriańskim dżentelmenie, że „będzie naturalnym przywódcą [...] nieustraszonym w boju”75. Sport uważano za najlepszy rodzaj treningu dla mężczyzn, którzy niedługo mieli dowieść swej odwagi na odległych polach bitew. Fawcett, podobnie jak jego ojciec, został pierwszorzędnym graczem w krykieta. Relacje w lokalnych gazetach wielokrotnie wychwalały jego „błyskotliwą” grę. Wysoki i smukły, ze znakomitą koordynacją ruchów, był urodzonym sportowcem, ale obserwatorzy dostrzegali w jego stylu gry niemal maniakalną determinację. Według słów jednego ze świadków Fawcett nieodmiennie pokazywał serwującym, że „nie wystarczą zwykłe sposoby, żeby się go pozbyć, gdy raz się ustawi”76. Kiedy zajął się rugby i boksem, ujawnił tę samą zawziętość – w jednym z meczów przedzierał się przez obronę przeciwników nawet po tym, jak wybito mu przednie zęby.

Już wcześniej wyjątkowo twardy, Fawcett stał się jeszcze twardszy, kiedy w wieku siedemnastu lat został przeniesiony do Królewskiej Akademii Wojskowej w Woolwich, znanej jako „The Shop” (fabryka).77 Chociaż Fawcett wcale nie chciał być żołnierzem, matka najwyraźniej zmusiła go, żeby tam wstąpił, ponieważ podobały jej się efektowne mundury. Chłód akademii zastąpił chłód jego rodzinnego domu. Snookers – nowicjusze tacy jak Fawcett – odbywali wielogodzinne musztry, a jeśli naruszyli kodeks „kadeta dżentelmena”, byli poddawani chłoście. Starsi kadeci często zmuszali młodszych do „sprawdzania, czy pada”, co oznaczało wystawianie gołej ręki albo nogi przez okno przez długie godziny. Kazano im też stać na ustawionych jeden na drugim stołkach balansujących na stole i kopnięciem wybijano im stołek spod nóg, albo przyciskano im rękę do rozgrzanego pogrzebacza. „Tortury były często wymyślne i niekiedy godne najbardziej barbarzyńskich ras”78 – stwierdził jeden z historyków akademii.

Zanim niemal dwa lata później Fawcett ukończył szkołę, nauczono go, jak ujął to jeden ze współczesnych, „postrzegać niebezpieczeństwo śmierci jako najbardziej pikantną przyprawę życia”79. Co ważniejsze, nauczono go być apostołem zachodniej cywilizacji: iść i nawracać świat na kapitalizm i chrześcijaństwo, przekształcać pastwiska w plantacje i chaty w hotele, pokazywać ludom żyjącym w epoce kamienia cuda silnika parowego i lokomotywy i dbać o to, by nad imperium brytyjskim nigdy nie zachodziło słońce.

Gdy Fawcett wymknął się z odosobnionej bazy na Cejlonie80 z mapą skarbów w ręku, nagle znalazł się wśród bujnych zielonych lasów, obmywanych kryształową wodą plaż i gór, oraz ludzi ubranych w kolory, jakich nie widział nigdy przedtem: nie w żałobną czerń i biel jak w Londynie, ale w fiolety, żółcie i czerwienie, jaskrawe, wibrujące i promieniujące – był to widok tak zachwycający, że nawet cynik nad cynikami, Mark Twain, który odwiedził wyspę mniej więcej w tym samym okresie, zauważył: „Mój Boże, to jest piękne!”81.

Fawcett popłynął niewielką łódką z żaglem, która przy brytyjskich okrętach wojennych wydawała się jedynie łupiną z drewna z kawałkiem płótna. Gdy łódka opuściła wyspę, na wysokim klifie zobaczył fort Frederick, z zewnętrznym murem pełnym otworów strzelniczych z końca XVIII wieku, kiedy Brytyjczycy próbowali przejąć cypel od Holendrów (ci wcześniej przejęli go od Portugalczyków). Przepłynąwszy około stu trzydziestu kilometrów wzdłuż wschodniego wybrzeża, łódź przybiła do portu Batticaloa, gdzie łódki krążyły wokół przypływających statków. Syngalescy handlarze, przekrzykując się wśród plusku wioseł, oferowali kamienie szlachetne, szczególnie sahibom w cylindrach i z wiszącymi u kamizelek zegarkami z dewizką, którzy z pewnością mieli kieszenie pełne funtów szterlingów. Gdy Fawcett zszedł na ląd, otoczyli go kolejni handlarze: Syngalezowie, Tamilowie, muzułmanie, stłoczeni na bazarze, wypatrujący świeżych produktów. W powietrzu unosił się zapach suszonych liści herbaty, słodki aromat wanilii i kakao i ostrzejsza woń suszonych ryb, w której intensywny odór morza mieszał się z zapachem curry. I byli tam ludzie: wróżbici, wędrowni kramarze, pracze, sprzedawcy cukru z trzciny, jubilerzy, bębniarze i żebracy. By dotrzeć do Badulla, ponad 150 kilometrów w głąb lądu, Fawcett wynajął wóz zaprzężony w woły, który klekotał i skrzypiał, gdy bicz woźnicy spadał na boki zwierząt, poganiając je na górskiej drodze biegnącej wzdłuż pól ryżowych i plantacji herbaty. W Badulla Fawcett zapytał pewnego Brytyjczyka, właściciela plantacji, czy słyszał o miejscu zwanym Galla-pita-Galla.

„Niestety nie mogę nic panu powiedzieć – wspominał później Fawcett jego słowa. – Tam w górze jest ruina nazywana królewską łaźnią, która być może kiedyś była cysterną albo czymś podobnym – a jeśli chodzi o skały, do diaska, są tam tylko skały!” Poradził Fawcettowi, by porozmawiał z lokalnym naczelnikiem o nazwisku Jumna Das, potomkiem kandyjskich królów, którzy władali tym krajem do 1815 roku. „Jeśli ktoś może panu powiedzieć, gdzie jest Galla-pita-Galla, to właśnie on”82 – powiedział Anglik.