Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 466 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaginione historie - John Flanagan

Zaginione historie” rzucają nieco światła na nieznane dotąd przygody i doświadczenia bohaterów, w intrygujący sposób rozszerzają  tematy, poruszone w poprzednich książkach. Co wydarzyło się po wydarzeniach opisanych w „Cesarzu Nihon-Ja”? Kim był Halt, zanim został zwiadowcą? W jakich okolicznościach zginął ojciec Willa? Co dzieje sie z konikami zwiadowców, gdy zakończą służbę?

Zaginione historie” powstały na wyraźne życzenie milionów fanów na całym świecie.

Opinie o ebooku Zaginione historie - John Flanagan

Fragment ebooka Zaginione historie - John Flanagan

Tytuł oryginału: Ranger’s Apprentice. The Lost Stories.

First published by Random House Australia Pty Limited, Sydney, Australia.

This edition published by arrangement with Random House Australia.

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład i łamanie: EKART

Redakcja: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz

Korekta: Zespół

ISBN 978-83-7686-153-1

Copyright © John Flanagan 2011

All rights reserved.

Cover design & illustration © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2012 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 11 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Książkę dedykuję wszystkim fanom „Zwiadowców” na całym świecie, dzięki którym tak miło przeżyłem ostatnie siedem lat. Zamieszczone tu opowiadania to odpowiedź na pytania, które zadawaliście mi przez te lata.

Dziękuję Wam wszystkim.

Hrabstwo Redman

Republika Stanów Aralanu

(dawniej średniowieczne Królestwo Araluenu)

Lipiec 1896 roku

Profesor Giles MacFarlane jęknął cicho, pocierając obolałe plecy. Robił się zbyt stary, aby przez długi czas kucać i delikatnie usuwać pył z wykopalisk. A wszystko po to, by wydobyć kolejne znalezisko z ziemi, która tak długo je więziła.

Razem ze swoim zespołem natrafił na te ruiny zamku już przed laty. Sporządzili plan trójkątnego obrysu głównych murów – zaiste, niezwykły kształt, jak na zamek. Postrzępiony kikut prastarej wieży warownej wznosił się pośrodku oczyszczonej przez archeologów przestrzeni. Zwalona wieża miała teraz ledwie cztery metry wysokości. Mimo że z budowli zostały tylko ruiny, MacFarlane widział, że niegdyś budziła respekt swoją potęgą.

Pierwszy sezon wykopalisk spędzili na wyznaczaniu zewnętrznych granic zamczyska. W kolejnym roku zaczęli kopać sieć przecinających się rowów, by przekonać się, co kryją ziemia i kamienie nagromadzone przez dwanaście stuleci.

Teraz, w trzecim sezonie, zajmowali się już precyzyjniejszą pracą i zaczynali docierać do prastarych skarbów. Tu sprzączka od pasa. Tam grot strzały. Nóż. Pęknięta chochla. Biżuteria o wyglądzie charakterystycznym dla połowy siódmego wieku wspólnej ery.

Pewnego doniosłego dnia wydobyli granitową tablicę, na której wyrzeźbiono podobiznę odyńca o ostrych kłach. To właśnie znalezisko pozwoliło zidentyfikować zamek ponad wszelką wątpliwość.

– To Zamek Redmont – powiedział wtedy MacFarlane swoim skupionym pomocnikom.

Zamek Redmont. Rówieśnik słynnego Zamku Araluen. Siedziba barona Aralda, znanego jako jeden z najwierniejszych sług legendarnego króla Duncana. Jeśli Redmont naprawdę istniał, to bez wątpienia wszystkie opowieści o jego mieszkańcach znajdowały oparcie w faktach. Z nadzieją wykraczającą poza granice zdrowego rozsądku profesor pomyślał, że być może uda mu się znaleźć dowód na istnienie tajemniczych zwiadowców Araluenu. Byłoby to odkrycie niezwykłej wagi.

Sezon trwał, kopano coraz głębsze rowy, a nikt nie natrafił na znalezisko równie ważne jak granitowa tablica. MacFarlane i jego ludzie musieli się zadowolić przeciętnymi wynikami wykopalisk, takimi jak zwyczajne metalowe narzędzia i ozdoby, ceramiczne skorupy i szczątki naczyń kuchennych.

Szukali, kopali i machali szczotkami, każdego dnia licząc, że odkryją swojego Świętego Graala. Gdy jednak letni sezon minął, MacFarlane zaczął tracić nadzieję. Przynajmniej jeśli chodzi o ten rok.

– Panie profesorze! Panie profesorze!

Profesor wstał i znowu potarł plecy, usłyszawszy, że ktoś go woła. Jedna z młodych wolontariuszek, uzupełniających opłacaną grupę z uczelni, biegła w jego stronę i machała. Zmarszczył brwi. Na terenie wykopalisk nie należało poruszać się tak nierozważnie. Lekkie potknięcie mogło zniszczyć efekty całych tygodni mozolnej pracy. Potem rozpoznał Audrey, jedną ze swoich ulubienic, i rysy mu złagodniały. Była młoda. Młodzi mieli prawo do lekkomyślności.

Znalazła się przy nim i stanęła, z trudem odzyskując dech.

– Tak, Audrey, o co chodzi? – spytał, odczekawszy chwilę.

Wciąż dysząc, wskazała ręką w dół zbocza, ku rzece Tarb.

– Za rzeką – wysapała. – W gąszczu drzew i krzewów. Znaleźliśmy zarys dawnej chaty.

Wzruszył ramionami, nieporuszony tą informacją.

– Była tam wioska – stwierdził. – To żadne zaskoczenie.

Audrey jednak pokręciła głową i chwyciła go za rękę, by poprowadzić w dół wzgórza.

– To daleko za granicą wioski – odparła. – Chata stała samotnie. Musi pan to zobaczyć!

MacFarlane zawahał się. Czekał go długi marsz w dół, a potem jeszcze dłuższy z powrotem na górę. Potem jednak wzruszył ramionami. Pomyślał, że taki entuzjazm, jak u tej dziewczyny, należy wspierać, a nie tępić. Pozwolił, by poprowadziła go krętą ścieżką.

Przeszli po starym moście na drugą stronę rzeki. Wykorzystując każdą okazję do nauki, pokazał Audrey, że podpory po obu stronach są starsze od reszty.

– Część środkowa jest znacznie nowsza – powiedział.

– Te mosty projektowano tak, by środkowe przęsło dało się usunąć albo zniszczyć w razie ataku.

Normalnie dziewczyna wsłuchiwałaby się w każde jego słowo. Traktowała profesora jak swojego bohatera. Dziś jednak gorączkowo pragnęła pokazać mu, co znalazła.

– Tak, tak – bąknęła z roztargnieniem, delikatnie go popędzając.

Uśmiechnął się pobłażliwie, gdy szarpała go za rękaw, odciągając od pozostałości dawnej wioski. Weszli do lasu i musieli podążać trudniejszą, wąską ścieżką między rozłożystymi drzewami i gęstym poszyciem. W końcu Audrey zboczyła ze ścieżki i, zgięta w pół, zaczęła się przedzierać przez plątaninę pnączy. MacFarlane ruszył za nią niezdarnie, po czym zatrzymał się ze zdziwieniem, znalazłszy się na niewielkiej polanie, okolonej starymi dębami i znacznie młodszymi dereniami.

– Jakim cudem to znalazłaś? – spytał, a ona się zarumieniła.

– Oj… bo… eee… potrzebowałam ustronnego miejsca… wie pan… – wyjąkała z zakłopotaniem.

Skinął głową i machnął ręką.

– Nieważne.

Poprowadziła go naprzód. W miejscu, które wskazała ręką, jego wprawne oko dostrzegło charakterystyczny kontur niewielkiej chaty. Budynek w większości już zgnił, ma się rozumieć. Pozostały jednak szczątki pionowych filarów.

– Dąb – stwierdził. – Przetrwa wieki.

Wciąż wyraźnie było widać zarysy pomieszczeń i dzielących je ścian – ślady na wieki wryte w ziemię, mimo że same budowle dawno zniknęły. A płaska, równa powierzchnia klepisk w środku stanowiła świadectwo aż nazbyt oczywiste.

– Z tyłu mogła być stajnia – powiedziała, podświadomie ściszając głos w tym starożytnym miejscu. – Znalazłam kilka kawałków metalu, część wygląda na sprzączki od uprzęży. I resztki wiadra.

MacFarlane zatoczył powolny krąg, przyglądając się konturowi budynku.

– Inny układ niż w domach w wiosce – powiedział, właściwie do siebie. – Zupełnie inny.

Zrobił kilka kroków, chcąc z grubsza oszacować rozmiary chaty, a potem nagle się zatrzymał.

– Słyszałaś to?

Audrey pokiwała głową, szeroko otwierając oczy.

– Pański ostatni krok. Zabrzmiał tak, jakby pod ziemią była pusta przestrzeń.

Razem opadli na kolana i zaczęli rozgarniać ziemię oraz stertę liści. Dziewczyna poobcierała sobie knykcie i znowu usłyszeli odgłos, świadczący o pustej przestrzeni pod spodem. MacFarlane nigdzie się nie ruszał bez małej, ręcznej łopatki za paskiem. Teraz ją wyjął i zaczął odrzucać ziemię na bok. Po chwili narzędzie zadudniło o coś twardego – twardego, ale i sprężystego.

Pracując w szybkim tempie i raz po raz sprawdzając, czy podłoże wciąż wydaje ten głuchy odgłos, odsłonił prostokąt o wymiarach mniej więcej czterdzieści na pięćdziesiąt centymetrów. Audrey nachyliła się i zmiotła resztkę ziemi ze środka. Patrzyli na stare, wysuszone drewno. Z jednej strony osadzono mosiężny pierścień. Profesor delikatnie wsunął pod niego łopatkę i podważył.

Drewniana płyta uniosła się, pękła i rozpadła, odsłaniając wyłożoną kamieniami przestrzeń poniżej.

Przestrzeń, w której stała stara skrzynia z drewna i mosiądzu.

Profesor znowu posłużył się łopatką, by otworzyć wieko. Audrey położyła dłoń na jego ręce, by go powstrzymać.

– Powinniśmy to robić? – spytała. Wiedziała, że normalnie MacFarlane zawsze podejmował wszelkie starania, by ochronić znaleziska przed zniszczeniem.

Popatrzył na nią.

– Nie – przyznał. – Ale nie chcę dłużej czekać.

Wieko otwarło się z zaskakującą łatwością. Mosiężne zawiasy, pomyślał. Gdyby były żelazne, już dawno rozpadłyby się w rdzawy pył. Ledwie powstrzymując entuzjazm, lekko odchylił wieko i zajrzał do środka.

Skrzynia pełna była manuskryptów na pergaminie albo welinie, które teraz stały się kruche i delikatne. Powoli podniósł jedną stronicę. Krawędzie się pokruszyły, ale część środkowa pozostała nietknięta. Pochylił się, by odcyfrować ciasno zapisane słowa. Ostrożnie przestudiował pozostałe strony, podnosząc je z wprawną dbałością i odczytując nazwiska, miejsca, opisy wydarzeń.

Potem delikatnie odłożył rękopisy i odchylił się, siedząc w kucki, z oczami błyszczącymi z podniecenia.

– Audrey – odezwał się – wiesz, co znaleźliśmy?

Pokręciła głową. Jego reakcja bez wątpienia świadczyła, że odkrycie było ważne. Nie, pomyślała, więcej niż ważne: bezprecedensowe.

– Co to jest? – spytała.

MacFarlane odchylił głowę i roześmiał się, wciąż nie mogąc uwierzyć.

– Nigdy nie wiedzieliśmy, co się z nimi stało – powiedział, a gdy przekręciła głowę w niewypowiedzianym pytaniu, wyjaśnił dokładniej. – Ze zwiadowcami. Z Haltem, Willem Treatym i pozostałymi. Kroniki i legendy wspominają o nich tylko do momentu powrotu z wyprawy do Nihon-Ja. Ale teraz mamy to.

– Ale co to jest, panie profesorze?

Roześmiał się w głos.

– To dalszy ciąg tej historii, dziewczyno! Znaleźliśmy Zaginione Opowieści Araluenu!

To były trzy długie i ciężkie dni.

Will objeżdżał wioski wokół Zamku Redmont. Robił to regularnie, utrzymując kontakt z wieśniakami i ich przywódcami, trzymając rękę na pulsie w bieżących sprawach. Czasami, jak się przekonał, plotki, które wydają się błahe, mogą pomóc w razie przyszłych kłopotów i tarć w obrębie lenna.

Było to rutynowe postępowanie zwiadowców, dla których informacja, choćby na pozór nieistotna, stanowiła element niezbędny do życia.

Teraz, późnym popołudniem, gdy wracał zdrożony do chaty wśród drzew, z zaskoczeniem zobaczył światło w oknach i sylwetkę kogoś siedzącego na małym ganku.

Zaskoczenie ustąpiło miejsca ogromnej radości, gdy rozpoznał Halta. Ostatnio dawny nauczyciel bywał nieczęstym gościem Willa, bowiem większość czasu spędzał w komnatach, które lady Pauline urządziła dla niego w zamku.

Will zsunął się z siodła i z ulgą rozprostował zmęczone mięśnie.

– Czołem – powiedział. – Co cię sprowadza? Mam nadzieję, że nastawiłeś kawę.

– Kawa gotowa – odrzekł Halt. – Zajmij się domem, a potem dołącz do mnie. Muszę z tobą porozmawiać.

– W jego głosie pobrzmiewało napięcie.

Nadzwyczaj zaciekawiony Will poprowadził Wyrwija do stajni za chatą, rozkulbaczył, oczyścił, po czym dał obroku i świeżej wody. Konik z wdzięcznością trącił łbem jego ramię. Will poklepał zwierzę po szyi, po czym skierował się z powrotem do chaty.

Halt wciąż przebywał na ganku. Na niewielkim stoliku parowały dwa kubki gorącej kawy; Will usiadł na jednym z krzeseł z drewna i płótna, po czym z wdzięcznością pociągnął łyk krzepiącego naparu. Poczuł, jak ciepło rozchodzi się po zmarzniętych, zesztywniałych mięśniach. Nadciągała zima, przez cały dzień wiał zimny, przeszywający wiatr.

Wbił spojrzenie w Halta. Siwobrody zwiadowca wydawał się dziwnie niespokojny. I pomimo deklaracji, że musi porozmawiać z Willem, po zwyczajowym powitaniu nie sprawiał wrażenia skorego do rozmowy.

– Masz mi coś do powiedzenia? – ponaglił go Will.

Wyraźnie nieswój, Halt zmienił pozycję na krześle.

Później, z wyraźnym wysiłkiem, zaczął mówić:

– Powinieneś o czymś wiedzieć – oznajmił. – Powinienem był powiedzieć ci o tym już dawno. Ale po prostu… chwila nigdy nie wydawała się odpowiednia.

Ciekawość Willa narastała. Nigdy nie widział Halta w tak niepewnym nastroju. Czekał, dając mentorowi czas na poukładanie myśli.

– Pauline uważa, że pora, bym ci powiedział – dodał Halt. – Podobnie Arald. Oboje wiedzą od jakiegoś czasu. Może więc powinienem po prostu… mieć to za sobą.

– Czy to coś złego? – spytał Will, a jego rozmówca pierwszy raz od kilku minut spojrzał prosto na niego.

– Nie jestem pewien – odrzekł powoli. – Możesz tak uznać.

Przez chwilę Will zastanawiał się, czy chce usłyszeć, co starszy zwiadowca ma do powiedzenia. Potem, widząc zmieszanie na jego twarzy, zrozumiał, że – na dobre czy na złe – nauczyciel musi zrzucić ten ciężar z piersi. Gestem dał mu znak, by kontynuował.

Halt milczał jeszcze przez kilka chwil, po czym znowu zaczął mówić.

– Zaczęło się podczas ostatniej bitwy z siłami Morgaratha na wrzosowiskach Hackham. Przełamaliśmy ich frontalny atak i zmuszaliśmy ich do odwrotu. Ale skupili się na prawym skrzydle, gdzie znaleźli słaby punkt w naszych liniach…

Wrzosowiska Hackham

Panie! Kłopoty na prawej flance!

Duncan, młody król Araluenu, usłyszał wołanie posłańca poprzez straszliwy bitewny zgiełk. Szczęk broni i tarcz, krzyki i szloch rannych i konających, wykrzykiwane rozkazy dowódców, przyzywających żołnierzy, nieartykułowane wrzaski samych wojowników, tnących, dźgających i pchających nieubłaganego wroga – wszystko to tworzyło niemal ogłuszającą mieszaninę dźwięków.

Duncan zadał kolejny cios warczącemu wargalowi i poczuł, że miecz trafia w cel; warkot ustąpił miejsca grymasowi zdziwienia, gdy stwór zrozumiał, że umiera. Władca cofnął się, wyłączając się z bitwy, sprawiał też wrażenie, że i myślami jest daleko.

Młody rycerz ze Szkoły Rycerskiej w Araluenie szybko zajął królewskie miejsce w szyku, a jego miecz już zataczał śmiercionośny łuk, by ciąć linię wargalów, tak jak kosa tnie wysoką trawę.

Duncan odpoczywał przez chwilę, wsparty na mieczu, ciężko oddychając. Pokręcił głową, by się otrząsnąć.

– Panie! Prawa flanka… – znowu zaczął posłaniec, lecz król machnął ręką, by go uciszyć.

– Słyszałem – oznajmił.

Minęły trzy dni od bitwy na wrzosowiskach Hackham, podczas której na tyły armii Morgaratha spadł niespodziewany atak, prowadzony przez zwiadowcę Halta. Nieprzyjaciel był w pełnym odwrocie. W zasadzie Morgarath powinien się poddać. Dalszy opór oznaczał po prostu coraz więcej ofiar po obu stronach. Ale buntowniczy lord nigdy nie dbał o życie innych. Wiedział, że został pokonany, ale nadal chciał zadać jak największe straty Duncanowi i jego ludziom. Skoro już mieli zwyciężyć, postanowił się postarać, by słono okupili ten sukces.

Stratami w swoich oddziałach niezbyt się przejmował. Traktował swych żołnierzy jak maszyny do zabijania i zamierzał dalej atakować wojska królewskie, poświęcając setki istnień – ważne, że przeciwnik także tracił ich setki.

Przez trzy dni cofał się zatem na południowy wschód, aby osiągnąć ziemie, które sprzyjały stoczeniu kilku zaciekłych i krwawych bitew. Dobrze wybrał miejsce na swoją ostatnią obronę. Była to wąska równina wbijająca się pomiędzy dwa strome wzgórza. Niedawny deszcz zmiękczył grunt, przez co Duncan nie mógł rzucić do boju konnych. To piechota musiała zmagać się z wargalami w ciężkim, żmudnym, rozpaczliwym boju.

A w umyśle króla wciąż czaiła się myśl, że wystarczy jeden jego błąd, łut szczęścia Morgaratha, by armia wargalów znowu przejęła inicjatywę. W bitwie fortuna to kapryśna pani, a wojnę, którą miał nadzieję zakończyć na wrzosowiskach Hackham, wciąż mógł przegrać na skutek bezmyślnego rozkazu albo błędnie przeprowadzonego manewru.

Impet, pomyślał. W takich sytuacjach był bardzo ważny. Utrzymanie tempa miało kluczowe znaczenie. Należało bezustannie podążać naprzód. Spychać tamtych w tył. Wahanie, nawet chwilowe, mogło oznaczać oddanie inicjatywy wrogowi.

Zerknął w lewo. To skrzydło, złożone głównie z oddziałów z Norgate i Whitby, wspartych przez żołnierzy z kilku mniejszych lenn, mocno parło naprzód. Pośrodku armie z Araluenu i Redmont odnosiły podobne sukcesy. Tego się spodziewał po czterech największych lennach w królestwie, tworzących trzon jego wojsk. Pochodzący z nich rycerze i żołnierze byli świetnie wyszkoleni i zdyscyplinowani.

Lecz prawa flanka zawsze stanowiła słaby punkt. Tworzyły ją lenna Seacliff, Aspienne i Culway, a ponieważ wszystkie trzy miały mniej więcej tę samą wielkość, brakowało tam silnego przywódcy. Wiedząc o tym, Duncan przydzielił generalne dowództwo mistrzowi sztuk walki Normanowi z lenna Aspienne. Był to doświadczony dowódca, zdolny połączyć tak różne oddziały w jedną siłę.

Posłaniec odezwał się znowu, jakby czytał w myślach władcy.

– Mistrz Norman umiera, panie. Wargal przebił się przez nasze linie i przeszył go włócznią. Norman przeszedł na tyły, lecz wątpię, by zostało mu wiele życia. Mistrzowie Patrick i Marat nie są pewni, co dalej robić, a Morgarath to wykorzystał.

Oczywiście, pomyślał Duncan, Morgarath z pewnością rozpoznał chorągwie mniejszych lenn na tym skrzydle i przewidział, jakie zamieszanie może wywołać wyeliminowanie dowódcy. Gdy to już się udało, wódz buntowników bez wątpienia wysłał na prawą flankę jeden ze swoich elitarnych oddziałów uderzeniowych.

Znowu impet, pomyślał król. Tyle że tym razem ów impet działał przeciwko niemu. Popatrzył z uwagą na walkę toczącą się na prawym skrzydle. Zobaczył, że wojsko przestało posuwać się naprzód, dostrzegł, że jego ludzie robią pierwsze niepewne kroki w tył. Potrzebował dowódcy, który opanuje tam sytuację, i to szybko. Kogoś, kto nie będzie się wahał. Kogoś o charyzmie pozwalającej zebrać oddziały i znowu poprowadzić je naprzód.

Rozejrzał się dookoła. Jego wybór padłby na Aralda z Redmont. Lecz Araldem zajmowali się uzdrowiciele. Bełt z kuszy trafił go w nogę i do końca bitwy nie można go było brać pod uwagę. Młody podwładny Aralda, mistrz Rodney, zajął jego miejsce i walczył jak wściekły, gnając siły Araluenu naprzód. Był tu potrzebny.

– Potrzebują dowódcy… – powiedział do siebie Duncan.

– Ja pójdę – odezwał się spokojny głos za jego plecami.

Król obrócił się i popatrzył w ciemne oczy Halta, zwiadowcy. Gdy szarża konnicy rozbiła armię wargalów, Halt przedarł się do punktu dowodzenia, szukając następnego zadania. Czarna broda i nieprzycięte włosy w większej części skrywały jego rysy, lecz oczy kryły w sobie pewność i determinację. Ich właściciel nie należał do ludzi, którzy sprzeczaliby się o przywództwo czy wahali, co należy zrobić. On działał.

Duncan skinął głową.

– No to ruszaj. Niech znowu pójdą naprzód, bo przegramy. Powiedz Patrickowi i Maratowi…

Nie dokończył. Halt uśmiechnął się ponuro.

– Oj, już ja im powiem – zapewnił. Następnie wspiął się na małego, kudłatego wierzchowca, który stał przy nim, i pogalopował na prawe skrzydło.

Kopyta Abelarda dudniły głucho na miękkim gruncie wrzosowisk Hackham, w miarę jak koń przybliżał się do źródła kłopotów. Teraz, z mniejszego dystansu, Halt widział, że natarciu wargalów przewodzi jeden z oddziałów specjalnych Morgaratha. Walczący w nim byli więksi od innych, dobrani z uwagi na rozmiar, siłę i dzikość.

Nie dbali o własne straty, prąc naprzód. Maczugi, topory i ciężkie dwuręczne miecze unosiły się i opadały, zataczając szerokie łuki.

Żołnierze z aralueńskiej armii padali przed tym nacierającym klinem.

Halta wciąż dzieliło od nich czterdzieści metrów i wiedział, że przybędzie za późno. Linia aralueńskiego wojska ugięła się pod naporem. Lada chwila mogła się skruszyć, jeśli zwiadowca nie podejmie działań.

Ściągnął cugle i zatrzymał Abelarda.

– Spokojnie – powiedział. Mały koń stał jak skała, nie zwracając uwagi na przerażającą kakofonię bitewnego zgiełku i okropną, metaliczną woń świeżej krwi.

Halt odczepił łuk i stanął w strzemionach. Po chwili zaczął strzelać. W powietrzu świstały już trzy strzały, zanim pierwsza trafiła wargala, który prowadził nacierający klin. Halt wybrał do bitwy swój najmocniejszy łuk o maksymalnym dziewięćdziesięciofuntowym naciągu. Celny zasięg takiej broni sięgał czterdziestu metrów. Ciężka strzała o czarnym drzewcu przebiła zbroję ze wzmocnionej skóry i brązowych płyt, powalając bestię na miejscu. Dwie kolejne błyskawicznie dosięgły celu i uśmierciły dwóch wargalów. Śmiercionośne strzały śmigały jedna po drugiej, gdy Halt opróżniał swój kołczan, demonstrując budzącą grozę celność.

Mierzył w wargalów na czele klina, więc gdy padali, tamowali ruch następnych. Zwykły łucznik nawet nie próbowałby strzelać w ten sposób. Gdyby chybił, mógłby posłać strzały w plecy aralueńskich żołnierzy, którzy walczyli z wargalami.

Halt nie był jednak zwykłym łucznikiem. On nie chybiał.

Gdy skończyły mu się strzały, znowu pognał Abelarda naprzód. Dotarłszy na tyły linii walczących, zeskoczył z siodła i pobiegł dołączyć do żołnierzy. Po drodze zatrzymał się, odrzucił płaszcz i podniósł okrągłą tarczę, leżącą w trawie – technika obrony z użyciem dwóch noży na nic by się nie zdała przeciwko ciężkiej broni wargalów. Wahał się przez chwilę, patrząc na miecz, leżący obok wyciągniętej ręki poległego rycerza. Nie nawykł jednak do takiej broni, więc porzucił pomysł, by się nią posłużyć. Przyzwyczaił się do swojej saksy, a jej ciężka, ostra jak brzytwa klinga doskonale nadawała się do walki w krótkim dystansie. Wyciągnął nóż i biegł naprzód, przepychając się między żołnierzami.

– Naprzód! – krzyknął. – Za mną! Odeprzemy ich!

Żołnierze rozstępowali się przed nim, aż znalazł się na przedzie, przed wielkim warczącym dowódcą oddziału wargalów. Był tylko trochę wyższy od Halta, lecz miał potężne barki i pierś, więc ważył zapewne dwa razy więcej. Halt zobaczył, że czerwona paszcza otwiera się i potwór obnaża kły na widok nowego wroga. Nabijana kolcami maczuga zatoczyła poziomy łuk w jego kierunku. Pochylił się, robiąc unik, i znalazł się pod nią, po czym natychmiast się wyprostował i pchnął saksą, zatapiając ją głęboko między żebrami bestii.

Zobaczył miecz, zbliżający się z lewej, zablokował cios tarczą, po czym kopniakiem zepchnął z ostrza saksy olbrzymiego wargala, aż konający potwór runął jak długi.

– Naprzód! – zawołał znowu, tnąc klingą gardło innego wargala i skacząc naprzód. Uniknął kolejnego miecza i dwa razy dźgnął przeciwnika przed sobą, po czym odepchnął go na bok, gdy ten w agonii zgiął się w pół. Wargalowie byli nadzwyczaj silni. Byli też jednak niezdarni, a Halt dysponował szybkością i refleksem węża. Uchylał się, machał bronią, zadawał cięcia i pchnięcia, torując sobie drogę. Poczuł teraz, że ktoś podąża za nim, usłyszał inny głos, który powtarzał jego krzyki.

– Dalej! Naprzód! Odeprzeć ich!

Załamanie nieprzyjacielskiego ataku, spowodowane deszczem strzał Halta i jego nagłym pojawieniem się, gdy parł naprzód i przejmował inicjatywę, tchnęło w aralueńskich żołnierzy nowego ducha. Ruszyli za Haltem i jego niezidentyfikowanym towarzyszem, znowu posuwając się naprzód.

Zwiadowca przystanął na chwilę, by się obejrzeć. O krok za sobą, nieco po lewej, zobaczył przysadzistego sierżanta, uzbrojonego w włócznię. Na jego oczach sierżant pchnął włócznią i przebił wargala, który zaskrzeczał przed śmiercią. Mężczyzna uśmiechnął się do Halta.

– Idź, idź, zwiadowco! Wchodzisz mi w drogę!

Za nim nadciągali inni, tworząc teraz własny klin i wbijając się coraz głębiej w szeregi wargalów.

Halt znowu patrzył przed siebie. Ruszył na niego wargal z toporem wzniesionym do śmiertelnego ciosu. Włócznia sierżanta wystrzeliła w przód nad ramieniem zwiadowcy, trafiła napastnika w krtań, uśmiercając wroga na miejscu.

– Dzięki! – zawołał Halt, nie oglądając się. Ruszyło na niego dwóch kolejnych wargalów. Odskoczył w bok, unikając pchnięcia mieczem pierwszego, poczuł, że jego stopa obraca się, trafiając na rękę martwego wroga, i runął na ziemię.

Drugi wargal zamachnął się na niego pałką, a to potknięcie zapewne uratowało Haltowi życie. Pałka ledwie trafiła go z boku, zamiast strzaskać czaszkę bezpośrednim uderzeniem. Oszołomiony, upadł na ziemię, a saksa wypadła mu z dłoni. Próbował wstać, ale tarcza na lewej ręce krępowała mu ruchy. Jak przez mgłę uświadomił sobie, że nieprzyjaciel z pałką stanął na tarczy i uniemożliwiał mu powstanie. Podniósł wzrok, wciąż zamroczony, i zobaczył, że pałka znowu się unosi.

Zatem to koniec, pomyślał. Zastanawiał się, czemu tak obojętnie godzi się ze swoją śmiercią. Może cios w głowę go spowolnił. Patrzył i czekał z fatalistycznym spokojem na uderzenie pałki.

Wtedy ujrzał nad sobą rozbłysk światła, odbitego od grotu włóczni, która zagłębiła się w pierś przeciwnika. Siła pchnięcia odrzuciła stwora w tył. Wydał z siebie ochrypły okrzyk bólu i padł, znikając Haltowi z oczu. Sierżant żwawo przyskoczył do leżącego zwiadowcy, wyciągnął broń ze zwłok wargala i stanął w rozkroku, by chronić Halta przed następnymi atakami. Znowu zadał cios włócznią i jeszcze jeden wróg cofnął się w pośpiechu. Po chwili na drzewce broni spadł topór i ciężki żelazny grot zawirował w powietrzu, pozostawiając sierżanta tylko z dwuipółmetrowym jesionowym drągiem.

Haltowi kręciło się w głowie i miał mroczki przed oczami. Cios w głowę bez wątpienia nie pozostał bez efektu. Kończyny zwiadowcy osłabły i brakowało mu sił, by się podnieść. Scena przed jego oczami zdawała się rozgrywać w zwolnionym, sennym tempie.

Sierżant popatrzył na pozbawioną grota włócznię, wzruszył ramionami, po czym zakręcił ciężkim jesionowym drzewcem i roztrzaskał je o hełm innego wargala. Trzymając teraz drzewce obiema rękami niczym długi kij, uderzył drugiego wroga, wbijając koniec kija głęboko w jego brzuch.

– Uwaga! – Halt próbował krzyknąć ostrzegawczo, lecz wydał z siebie coś na podobieństwo ochrypłego krakania. Dostrzegł trzeciego wargala, który przycupnął, skryty za towarzyszami, szykując do ciosu miecz o ząbkowanym ostrzu.

Jeden z rannych wargalów złapał drzewce, wytrącając sierżanta z równowagi, i klinga miecza wystrzeliła naprzód niczym atakujący wąż. Z trafionego boku sierżanta popłynęła czerwona krew. A jednak się nie zachwiał. Wyszarpnął swoją broń z uścisku przeciwnika, a potem, robiąc zamach jak do rzutu włócznią, pchnął nią na wprost, trafiając tępym końcem stwora, który go zranił, prosto między oczy.

Wargal wrzasnął i upadł, przykładając dłonie do rozbitego czoła i upuszczając miecz. Sierżant w jednej chwili złapał broń i odrzucił na bok drzewce. Ze zdumiewającą prędkością chlastał na prawo i lewo, zadając duże, cięte rany kolejnym dwóm nieprzyjaciołom. Jeden padł tam, gdzie stał, a drugi obrócił się i runął na swoich towarzyszy, obalając dwóch na ziemię. Sierżant sparował pchnięcie krótkiej żelaznej włóczni z prawej. Druga wystrzeliła z lewej i trafiła go w udo. Popłynęło więcej krwi. A jednak walczył dalej. Zabił uzbrojonego w włócznię wargala z niemal pogardliwą łatwością. Potem zaczął wymachiwać mieczem na wszystkie strony, zbierając śmiertelne żniwo wśród wrogów, którzy znaleźli się w jego zasięgu. Pchnięcie nożem rozcięło mu bok. Zignorował ranę i ranił właściciela noża zamaszystym ciosem.

Wtedy Halt zobaczył coś, czego się nie spodziewał.

Gdy zakrwawiona postać ruszyła naprzód, wnosząc i opuszczając miecz, zadając cięcia i pchnięcia, wargalów ogarnęła fala strachu.

Doborowa jednostka uderzeniowa Morgaratha, która dotąd nie obawiała się nikogo oprócz konnych rycerzy w zbrojach, cofnęła się z przerażeniem przed krwawiącym, śmiertelnie groźnym mężczyzną z mieczem.

A wtedy żołnierze Araluenu poczuli w sercu nową odwagę i ruszyli naprzód w ślad za sierżantem. Był poważnie ranny, ale walczył dalej, aż minął go tłum towarzyszy, którzy atakowali podupadłych na duchu wargalów, wydając triumfalne okrzyki.

Przez chwilę sierżant stał wśród pustej przestrzeni, która powstała na polu bitwy. Potem, gdy drugi szereg aralueńskich wojowników przeszedł obok niego, by wesprzeć pierwszy, a linia nieprzyjaciół załamała się i zaczęła chaotycznie cofać, wypełniając powietrze chrapliwymi, nieartykułowanymi wrzaskami, kolana ugięły się pod nim i opadł na ziemię.

Zgiełk bitwy oddalił się, cofając się niczym fala odpływu, i Halt w końcu zdołał uwolnić rękę z tarczy, wciąż przygwożdżony do ziemi martwym ciałem wargala. Spróbował dźwignąć się na nogi, ale ten wysiłek go przerastał. Z bólem podpełzł więc do leżącego sierżanta po trupach wargalów, których tamten ubił.

Pomimo ran mężczyzna wciąż oddychał i z wysiłkiem odwrócił głowę, gdy Halt się doń zbliżył. Zdobył się na słaby uśmiech.

– Pokazaliśmy im, zwiadowco, prawda?

Halt ledwie usłyszał te słowa, a jego własny głos był ochrypły, gdy odpowiedział:

– Owszem. Jak cię zwą, sierżancie?

– Daniel.

Halt ścisnął jego przedramię.

– Trzymaj się, Danielu. Dasz radę. Uzdrowiciele nadejdą lada chwila.

Starał się wlać w swoje słowa tyle otuchy, ile się tylko dało. Lecz sierżant pokręcił głową.

– Dla mnie już za późno. – Nagle jego spojrzenie stało się natarczywe. Próbował się podnieść, ale opadł z powrotem.

– Leż spokojnie – powiedział mu Halt, lecz Daniel dźwignął głowę i nachylił się w jego stronę.

– Moja żona… – zdołał wyjąkać. – Moja żona i dziecko. Obiecaj, że… – Zakaszlał i krew popłynęła mu po brodzie.

– Zaopiekuję się nimi – zapewnił zwiadowca. – Ale nie martw się. Niedługo ich zobaczysz.

Sierżant pokiwał głową i opuścił ją z powrotem. Zrobił przeciągły, urywany wdech. Potem najwyraźniej się uspokoił, a jego oddech stał się spokojniejszy, jakby obietnica Halta uwolniła jego umysł od wielkiego ciężaru.

Wtedy Halt usłyszał w pobliżu głosy i kroki. Czyjeś ręce obróciły go łagodnie i po chwili patrzył na zatroskane twarze dwóch sanitariuszy, którzy położyli przy nim nosze. Wykonał słaby gest w kierunku Daniela.

– Mnie nic nie jest – powiedział. – Najpierw weźcie sierżanta.

Bliższy z sanitariuszy zerknął na Daniela i pokręcił głową.

– Nic nie możemy dla niego zrobić – stwierdził. – Nie żyje.

Halt się obudził.

Przez kilka chwil zastanawiał się, gdzie się znajduje. Leżał na plecach i widział nad sobą płócienny dach dużego namiotu. Słyszał cicho poruszających się wokół ludzi, którzy rozmawiali stłumionymi głosami. Gdzieś, w pewnej odległości, jęczał jakiś mężczyzna. Spróbował obrócić głowę, ale nagły ruch wywołał falę takiego bólu, że aż stęknął.

Uniósł rękę do czoła i poczuł gruby bandaż. Pamięć zaczęła mu wracać.

Bitwa z wargalami. Przypominał ją sobie… Przypominał sobie uderzenie pałki, która trafiła go w bok głowy… To właśnie ono musiało stanowić przyczynę pulsującego bólu, który teraz odczuwał. Przypominał też sobie sierżanta. Jak on się nazywał? Dawid? Nie! Daniel. Daniel uratował mu życie.

Potem ogarnął go smutek, gdy wróciły do niego słowa noszowego. Daniel nie żył.

Jak długo tu był? Pamiętał, że stracił przytomność, gdy sanitariusze układali go na noszach. Miał wrażenie, że stało się to ledwie kilka minut temu. Spróbował się podnieść i znowu ukłuł go ból za oczami. Ponownie stęknął i tym razem w polu jego widzenia pojawiła się twarz, która na niego patrzyła.

– Ocknąłeś się – stwierdził sanitariusz. Wyciągnął dłoń i położył ją na czole Halta, sprawdzając temperaturę. Wyraźnie zadowolony, że nie stwierdził gorączki, lekko dotknął bandaża, upewniając się, że wciąż mocno trzyma.

– Jak… długo… – Głos uwiązł rannemu w obolałym, suchym gardle. Medyk przytknął mu do warg kubek zimnej wody, ostrożnie uniósł jego głowę i pozwolił mu się napić. Woda smakowała cudownie. Zwiadowca przełknął i zakrztusił się; kaszel znowu wywołał ból głowy, więc zamknął oczy.

– Widzę, że ciągle odczuwasz skutki bitwy – odezwał się sanitariusz. – Uzdrowiciele powiedzieli, że nie ma ciężkich obrażeń. Po prostu musisz jeszcze poleżeć kilka dni, by ból ustąpił.

– Jak długo… tu jestem?

Tamten wydął wargi.

– Policzmy. Przynieśli cię przedwczoraj wieczorem, czyli jakieś trzydzieści sześć godzin.

Trzydzieści sześć godzin! Leżał tu nieprzytomny przez półtorej doby! Nagle poczuł zimny dreszcz lęku.

– Wygrał? – spytał. Pamiętał, że wargalowie cofnęli się w obliczu ataku Daniela, ale to mógł być odosobniony epizod. Sanitariusz uśmiechnął się, przytakując.

– O tak. Morgarath ze swoimi bestiami został doszczętnie pobity. Niektórzy nazwali to nawet pogromem. Ponoć miałeś w nim swój udział?

Zadał to pytanie z ciekawością, jakby chciał usłyszeć jak najwięcej o bitewnych wyczynach Halta. Lecz zwiadowca go zbył.

– Ciągle jesteśmy pod Hackham? – spytał.

– Tak. Konnica ściga wroga, ma się rozumieć. Ale reszta wojsk nadal jest tutaj. Choć już niedługo. Wkrótce odejdą.

– Dokąd?

– Rozejdą się. Wojna się skończyła. Żołnierze wrócą do swoich gospodarstw i rodzin. Nareszcie.

Do gospodarstw i rodzin. Te słowa wywołały w umyśle Halta kolejne wspomnienie. Daniel mówił o swojej żonie i dziecku. A on obiecał, że im pomoże. Teraz jednak zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, gdzie szukać rodziny sierżanta, a skoro armia naprawdę została zdemobilizowana – może jej nigdy nie znaleźć. Bez namysłu usiadł i przewiesił nogi przez skraj łóżka, po czym skulił się, przeszyty dojmującym bólem. Sanitariusz próbował go powstrzymać.

– Proszę! Leż, zwiadowco! Musisz odpocząć.

Halt jednak chwycił jego przedramię i stanął przy łóżku, choć wciąż się chwiał. Kilka razy zamrugał powiekami. Ból nieco zelżał. Ale nie ustąpił.

– Nie mam czasu – powiedział. – Przynieś mi coś na ten ból głowy. Muszę się dowiedzieć, gdzie on mieszkał.

Przypomniał sobie, że grupa żołnierzy, których miał pod komendą, pochodziła z Seacliff, Aspienne i Culway. Ci, którzy go otaczali, gdy przedzierał się przez przednie szeregi, nosili na tunikach godło z czarnym borsukiem. Ten sam symbol widział na stroju Daniela. Nie miał pojęcia, jaka jednostka używała tego herbu, więc skierował się do namiotu dowództwa i do królewskiego Mistrza Sztuk Walki.

Gdy dotarł na miejsce, okazało się, że mistrza nie ma. Oczywiście, kierował pościgiem, który pędził Morgaratha i wargalów na południowo-wschodni kraniec królestwa. Był za to jego sekretarz, który prowadził dokumentację strat, uzupełnień i awansów. Na widok Halta podniósł wzrok i posłał mu ciepły uśmiech. Cała armia słyszała o dokonaniach Halta podczas bitwy.

– Dzień dobry, zwiadowco – powitał gościa.

Potem zauważył zakrwawiony bandaż i zobaczył, że przybyły chwieje się na nogach i wyciąga rękę, by oprzeć się o blat.

– Dobrze się czujesz? – spytał z niepokojem. Wstał i popędził poszukać zydla dla Halta. Zwiadowca usiadł z wdzięcznością. Kilka razy zamrugał powiekami. Wciąż miał zamglony wzrok. Liczył, że mu przejdzie. Nie wyobrażał sobie strzelania z łuku przy tak słabym widzeniu.

– To tylko ból głowy – stwierdził. – Potrzebuję pewnych informacji. Objąłem dowództwo na prawym skrzydle pod koniec bitwy…

– Rzeczywiście – przytaknął z serdecznością sekretarz.

– Całe wojsko o tym słyszało.

– Był tam pewien żołnierz. Sierżant imieniem Daniel. To on poprowadził natarcie, kiedy leżałem na ziemi. Czy ktoś podał jego nazwisko? Albo ma informacje o miejscu jego zamieszkania?

Urzędnik jednak pokręcił głową.

– Nie mam pełnego spisu. Każdy pododdział zajmuje się swoimi ludźmi. Do której jednostki należał?

– Nie jestem pewien. Nosili znak z czarnym borsukiem.

Sekretarz zmrużył na chwilę w skupieniu oczy, po czym oblicze mu się rozjaśniło.

– Z czarnym borsukiem? To kompania kapitana Stantona z lenna Aspienne. Obozuje na północ stąd, na niewielkim wzgórzu. Stanton został poważnie ranny, zanim przejąłeś jego ludzi. Odwieziono go z powrotem do Zamku Aspienne. Ale jego starszy sierżant powinien ci pomóc.

– Dziękuję za podpowiedź. – Halt wyszedł z namiotu. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na północ. Na małym wzgórzu w odległości kilkuset metrów dostrzegł kilka namiotów, rozstawionych wokół sztandaru. Z tej odległości nie rozpoznawał kształtu na fladze, ale widział jego czarną barwę. Skierował się w tamtą stronę.

Zgodnie ze zwyczajem sztandar oznaczał pozycję namiotu oficera dowodzącego. Gdy Halt podszedł bliżej, stwierdził, że miał rację. Na fladze widniał czarny borsuk. Zwiadowca przystanął przy otwartym wejściu. Namiot dowódcy był większy niż zwykłe, czteroosobowe, które stały dookoła. Pracował tu dowódca i jego sztab, namiot pełnił więc zrazem funkcję gabinetu dowodzenia. Tylną część oddzielono parawanem – mieściła się tam kwatera kapitana. Teraz oczywiście świeciła pustkami. Przy stole z przodu siedziała jednak zwalista postać, marszcząc brwi nad kartką papieru. Był to starszy mężczyzna, lekko szpakowaty i rozsiewający wokół charakterystyczną aurę doświadczenia i autorytetu – bez wątpienia sierżant, o którym wspomniał sekretarz. Podniósł wzrok po wejściu Halta i popatrzył na płaszcz zwiadowcy oraz na bandaż na jego głowie.

– Wygląda na to, że widziałeś wojnę z bliska – stwierdził i wyszczerzył się. Halt pozwolił sobie na słaby uśmiech.

– Tylko jedną. Tę samą, co ty. Próbuję ustalić adres domowy jednego z waszych ludzi. Sierżanta o imieniu Daniel.

Twarz tamtego stężała i ze smutkiem pokręcił głową.

– Daniel? Dobry był z niego żołnierz. Niestety, straciliśmy go w ostatniej bitwie.

– Wiem. Tuż przed śmiercią uratował mi życie.

Starszy mężczyzna spojrzał na Halta ze zwiększonym zainteresowaniem.

– A – powiedział. – To ty jesteś tym zwiadowcą, tak?

– Wstał zza stołu i wyciągnął rękę. – To dla mnie zaszczyt. Nazywam się Griff.

Zwiadowca poruszył się niespokojnie. Nie lubił znajdować się w centrum uwagi. To nie było w jego stylu. Wolał dyskretnie podążać przez życie i w miarę możliwości nie rzucać się w oczy. Uścisnął jednak dłoń tamtego.

– Jestem Halt – przedstawił się.

Griff gestem zaprosił go na krzesło i sam także usiadł. W zamyśleniu wydął wargi.

– Chyba niewiele mogę ci powiedzieć. Mobilizacja wojska odbywała się w pośpiechu, a Daniel był nowy w tym lennie. Razem z żoną przeprowadził się z Norgate niedługo przed wybuchem wojny. – Wskazał stertę papierów i zwojów rozrzuconych na stole, który służył za biurko. – Nie mieliśmy czasu na zapisanie wszystkich szczegółów o żołnierzach przed wymarszem. Próbuję to teraz uzupełnić.

– Możesz mi powiedzieć cokolwiek na jego temat? – spytał Halt.

– Miał gospodarstwo, zdaje się, gdzieś w południowo-wschodniej części Aspienne. Ale nie mam pojęcia, gdzie dokładnie.

– Miał w kompanii jakichś przyjaciół, którzy mogliby coś wiedzieć?

Starszy sierżant kręcił głową, jeszcze zanim Halt dokończył pytanie.

– Możliwe. Chociaż jako sierżant trzymał się pewnie trochę z dala od innych żołnierzy. Spróbuj popytać. Dowodził szóstą drużyną. Znajdziesz ją o jeden szereg dalej, w połowie zbocza.

– Jestem wdzięczny – rzekł Halt. Wstał na nogi i znowu się skrzywił, gdy ból przeszył mu czoło. Położył dłoń na blacie, by nad sobą zapanować, i Griff popatrzył na niego z troską.

– Powinieneś wstawać i chodzić? Nie wyglądasz zbyt dobrze.

Zwiadowca pokręcił głową, i natychmiast tego pożałował.

– Nic mi nie będzie – zapewnił. – To tylko lekkie oszołomienie. Świeże powietrze lepiej mi służy niż duszny namiot uzdrowiciela.

– To prawda. – Griff z rozczarowaniem popatrzył na formularze i dokumenty na swoim biurku, jakby liczył, że same się wypełnią, kiedy on rozmawiał.

– Cóż… Przykro mi, że nie mogłem bardziej pomóc.

Halt podniósł rękę na znak podziękowania.

– Przydaje się każda, nawet najdrobniejsza informacja.

Ruszył między rzędami schludnych namiotów, przechodząc między dwoma z nich, by dotrzeć do kolejnego szeregu. Mniej więcej dziesięć metrów dalej dostrzegł tabliczkę, zawieszoną na drzewcu włóczni i oznaczoną cyfrą 6. Popatrzył na kolejne pięć namiotów i ujrzał podobną tabliczkę, tym razem z numerem 7. Pięć namiotów, w każdym czterech ludzi – drużyna liczyła łącznie dwadzieścia osób. Przy założeniu, że wszyscy przeżyli, a wiedział, że to nieprawda. Trzej żołnierze leniuchowali na słońcu przed pierwszym namiotem. Podnieśli wzrok, gdy padł na nich cień. W ich oczach czaiła się podejrzliwość, ale Halt już do tego przywykł, odkąd wraz z Crowleyem zreformował Korpus Zwiadowców. Oficerowie i sierżanci cenili wartość, którą ten korpus wnosił do armii, ale zwykli żołnierze czuli się nieswojo w obecności odzianych w szarość i zieleń postaci. Wiedział o krążących szalonych plotkach, że zwiadowcy uprawiają czary.

– Dzień dobry – powiedział beznamiętnym tonem. Tamci skinęli głowami, wyciągając szyje, by przyjrzeć się przybyłemu. Siedzieli na niskich stołkach. Jeden łatał rozdarty kaftan, drugi strugał patyk nożem, trzeci zaś żuł powoli kawałek suszonej wołowiny. Z miejsca, w którym stał Halt, wyglądało na to, że mięso wygrywa w tym starciu. Zwiadowca wskazał wolny stołek, stojący nieco dalej.

– Mogę dołączyć do was na kilka chwil? – spytał.

Mężczyzna łatający kaftan skinął głową.

– Czemu nie? – odparł głosem, w którym nie było słychać ani zachęty, ani sprzeciwu.

Jego żujący wołowinę towarzysz wbił spojrzenie w Halta i zmarszczył brwi z wyrazem zrozumienia na twarzy.

– Znam cię… – powiedział z namysłem, próbując odszukać wspomnienie w swojej głowie. – Brałeś udział w bitwie! – stwierdził. – Napierali na nas i nagle zjawiłeś się ty, ruszyłeś naprzód, chlastałeś wargalów i krzyczałeś, żebyśmy szli za tobą. Świetnie się spisałeś. Świetnie! – Odwrócił się do pozostałych. – Widzieliście go? Najpierw położył przynajmniej tuzin tamtych ze swojego łuku, potem rzucił się między nich, ciął i pchał. A spójrzcie na niego! Ledwie większy od młodego chłopaka.

Halt uniósł brwi na te słowa. Nie był najpotężniejszym z mężczyzn, ale wiedział, że żołnierz trochę przesadza. Widział jednak, że nie chciał go obrazić, więc puścił tę uwagę mimo uszu.

– Wasz sierżant mi pomógł – powiedział i tamci z zapałem przytaknęli.

– Prawda! Ruszył na nich, kiedy upadłeś. Chyba też zabił ich z tuzin!

Zwiadowca uśmiechnął się bez słowa. Ten człowiek miał skłonność do przesady.

– Wykonał znakomitą robotę – przyznał.

Żujący wołowinę odwrócił się do kolegów.

– Widzieliście go?

Obaj pokręcili głowami.

– Byliśmy trochę dalej, z prawej – odparł ten, który łatał kaftan. – Widzieliśmy tylko, że szereg już się łamał i lada chwila mógł przejść do odwrotu, a potem znowu ruszył naprzód. A później to wargalowie uciekali.

Pytanie jednak było retoryczne, a żujący wołowinę pragnął ciągnąć swoją opowieść.

– Załatwił czterech albo pięciu włócznią. Potem jeden z nich odciął jej grot, a on używał jej jak pałki, kręcił nią i przewracał ich niby kręgle. Potem złapał miecz i zabił ośmiu czy dziewięciu, zanim go dopadli. – Spojrzał na Halta, chcąc uzyskać potwierdzenie. – Widziałeś to, zwiadowco! Jak sądzisz, ilu zabił?

– Przynajmniej ośmiu – odrzekł Halt. Nie widział powodu, by zaprzeczać słowom mężczyzny. Atmosfera stała się nagle znacznie serdeczniejsza niż przedtem. – Chciałem się czegoś o nim dowiedzieć – oznajmił. – Wiecie może, gdzie mieszkał?

Doznał zawodu, widząc, że na trzech twarzach maluje się znajomy już wyraz niepewności.

– Przykro mi – powiedział żołnierz, który wychwalał czyny i odwagę Daniela. – Był nowy w jednostce i w okolicy. Szybko awansował.

– Zgadza się – dorzucił drugi, odkładając załatany kaftan. – Przypadł do gustu kapitanowi, który prawie od razu mianował go sierżantem. Zdaje się, że miał jakieś doświadczenie wojskowe w Norgate, zanim przybył do Aspienne.

– Awansował tak szybko, że w sumie nie mieliśmy czasu go poznać – odezwał się ten, który strugał patyk. – Chyba coś wspominał o jakimś gospodarstwie…

Ucichł, niepewny swojej wiedzy. Zapadło krępujące milczenie. Halt zaczął podnosić się ze stołka, sądząc, że jego starania, by odnaleźć rodzinę Daniela, znowu spełzną na niczym. Ale mężczyzna, który pierwszy przemówił i żuł suszoną wołowinę, najwyraźniej podjął decyzję.

– Powinieneś spytać Korda i Jerrela – podsunął. – Mogą coś wiedzieć.

– O ile ci powiedzą – wtrącił żołnierz, który naprawił swój kaftan.

Zwiadowca spoglądał to na jednego, to na drugiego.

– Jak rozumiem, nie przepadacie za tymi dwoma?

Trzej żołnierze wymienili spojrzenia. W końcu odpowiedział mu ten, który uprzednio wspomniał dwa imiona:

– To kłamcy i oszuści. Grają w kości i na początku próbowali zaprzyjaźnić się z Danielem, zapraszając do gry i dając mu fory. Podejrzewam, że pozwolili mu wygrać w kości, żeby wkraść się w jego łaski. Ale szybko przejrzał ich plan i musieli harować, jak inni. Więc dali sobie spokój.

– Dlaczego sądzicie, że będą wiedzieć, gdzie mieszkał? – spytał Halt i znowu zapanowała niezręczna cisza. W końcu przemówił żołnierz strugający patyk.

– Zawsze chcieli wiedzieć, gdzie każdy mieszka. Pytali wszystkich, skąd pochodzą, co robili w domu. Nic nie udowodnię, ale podejrzewam, że prowadzili zapiski. Planowali wrócić po wojnie i okradać ludzi.

– Zwłaszcza tych, którzy zginęli w bitwie – dodał ciężko ten od kaftana. – Wiedzieli, że osierocone rodziny będą łatwą zdobyczą. Zrobiliby coś takiego, bez dwóch zdań. Pewnie wiedzą, gdzie znaleźć gospodarstwo sierżanta.

– Cała sztuka w tym, żeby ci powiedzieli – stwierdził żujący wołowinę, a pozostali pokiwali głowami. Halt potoczył wzrokiem po niewielkim kręgu twarzy, widząc niesmak wobec dwóch hien o imionach Kord i Jerrel.

– Jak z nimi pogadać? – spytał.

Ten od kaftana uniósł brwi.

– Zagraj z nimi w kości – odparł. – Ale bądź przygotowany na porażkę.

Szeregowy Jerrel z kompanii czarnego borsuka pracował nad dwiema kośćmi. Pierwszą skończył wcześniej, a teraz już niemal uporał się także z drugą. Chciał spiłować ostre rogi, lekko je zaokrąglając, by miała tendencję do przekręcania się na określoną stronę i pokazywania szóstki częściej, niż nakazywałoby zwykłe prawdopodobieństwo. Metoda nie była tak skuteczna, jak umieszczanie w środku ciężarków. Ale zaokrąglenie rogów zwiększało szanse na zwycięski rzut.

W kieszeni miał parę obciążonych kości, starannie przygotowanych tak, by wypadały na nich głównie jedynka i dwójka. Ale stosowanie ciężarków było niebezpieczne, bo usunięcie wszelkich śladów tego, że umieszczono je w środku, wymagało czasu. Drugą parę skonfiskował mu kilka dni temu przechodzący oficer. Teraz musiał uciec się do zaokrąglenia rogów. Trzeba było mieć dwie pary przerobionych kości, by oskubać nową ofiarę. Za pomocą pierwszej należało wzbudzić zainteresowanie, pozwolić wygrać kilka pierwszych prób. Następnie, gdy nieszczęśnik sądził, że dopisuje mu szczęście, proponowało się podniesienie stawki. A kiedy już się zgodził, wystarczyło podmienić kości, by wyrzucił przegrywającą liczbę oczek.

Cień padł na wejście do namiotu i Jerrel pospiesznie wetknął pod koc kości oraz pilnik. Wejście do namiotu było przez chwilę przesłonięte i do środka wkroczył mężczyzna. Jerrel podniósł wzrok i zmarszczył czoło. Przybysz miał przewieszony przez ramię chlebak, przewiązany był pasem, do którego przytroczył miecz w pochwie. Miał na sobie żołnierski mundur z czarnym borsukiem na lewej piersi. Rozejrzał się po wnętrzu namiotu, zobaczył pustą pryczę i rzucił na nią swoje rzeczy.

– Kim jesteś, do diabła? – spytał Kord. Leżał z tyłu na swojej pryczy po przeciwległej stronie namiotu, a w jego głosie pobrzmiewało wyraźne niezadowolenie. Razem z Jerrelem cieszyli się, że mają namiot tylko dla siebie. Koledzy, którzy z nimi kwaterowali, zginęli albo odnieśli rany w bitwie. Teraz wyglądało na to, że miał do nich dołączyć ktoś nowy.

– Nazywam się Arratay – oznajmił nieznajomy. – Przenieśli mnie z drugiej drużyny. Starszy sierżant powiedział, że mam sobie znaleźć pryczę tutaj.

Był niski, o lekkiej budowie, lecz szerokich ramionach i wydatnej klatce piersiowej. Brodę i włosy miał zmierzwione i niechlujne. Głowę otaczał mu szorstki bandaż.

Włosy nad bandażem były czarne, a oczy poniżej – ciemne i przenikliwe. Jak u drapieżnego ptaka, pomyślał Jerrel. Potem uśmiechnął się drwiąco na tę myśl. Bardziej prawdopodobne, że tamten sam padnie ofiarą drapieżników, czyli jego i Korda, gdy tylko uda się dokończyć te kości. Tak czy inaczej nie chciał, by nowy zamieszkał z nimi w namiocie.

– Znajdź sobie pryczę gdzie indziej – powiedział krótko. – Tu jest pełno.

– Jest was tylko dwóch – odrzekł rozsądnie Arratay, rozglądając się po namiocie.

– Słyszałeś – rzucił Kord. – A teraz się stąd wynoś.

Arratay wzruszył ramionami.

– Skoro tak mówisz…

– Mówię – odparł Kord – więc idź.

Znowu wzruszając ramionami, przybysz wziął swoje rzeczy i wyszedł z namiotu. Jerrel posłał uśmiech Kordowi. Łatwo poszło, pomyślał. Po chwili twarz mu spochmurniała, gdy usłyszał donośny głos przed namiotem.

– Ej, ty! Ratataj, czy jak się tam nazywasz! Dokąd się wybierasz? Kazałem ci znaleźć pryczę w namiocie czterdziestym trzecim, prawda?

– Ale jest pełny, starszy sierżancie – odparł Arratay.

– Akurat!

Kord i Jerrel wymienili zrozpaczone spojrzenia, słysząc ciężkie, nadciągające kroki. Po chwili poła tkaniny odchyliła się i wejście wypełniła zwalista sylwetka starszego sierżanta Griffa.

– Jak ten namiot jest pełny, to moja ciocia ma wąsy! Właź tutaj! – Zgromił wzrokiem obu mieszkańców namiotu. – Zróbcie miejsce! – ryknął.

– Tak jest, starszy sierżancie – powiedział ponuro Jerrel. Kord zdobył się tylko na mruknięcie. Gdy Arratay znowu wszedł do środka, Griff stanął przed nim, by zagrodzić mu drogę, wziął się pod boki i przyjął agresywną postawę.

– A co do ciebie, Ratataj, zamelduj się w kuchni i przez resztę dnia szoruj garnki i kubły na śmieci. Może następnym razem będziesz pamiętał, żeby robić, co mówię!

– Tak jest – odrzekł niski mężczyzna. Opuścił wzrok, nie patrząc tymczasowemu dowódcy w oczy. Ale wykonał obraźliwy gest w kierunku pleców starszego sierżanta, gdy ten już wychodził. Potem odwrócił się Jerrela i Korda, wzruszając ramionami.

– Przepraszam za to – powiedział.

Jerrel i Kord popatrzyli po sobie, po czym ten pierwszy wstał, wziął torbę przybysza i położył ją na pustej pryczy.

– Nic nie poradzisz. Griff umie się dać we znaki. Lepiej idź do tej kuchni, bo znowu się do ciebie przyczepi. – Dostrzegł spojrzenie Korda. Gdy tylko nowy wyjdzie, przeszukają jego rzeczy i sprawdzą, czy ma coś, co warto ukraść. Kord od niechcenia pokiwał głową. Myślał o tym samym.

Arratay westchnął i odwrócił się. Gdy był już przy wejściu, Kord zawołał za nim:

– Jak już skończysz robotę, może miałbyś ochotę na partyjkę w kości?

Arratay uśmiechnął się i odrzekł:

– Byłoby fajnie.

Kord wyrzucił ręce w górę w geście udawanej rozpaczy.

– Znowu zwycięski rzut! Skąd się bierze twoje szczęście, Arratay?

Drobny żołnierz uśmiechnął się radośnie, zagarniając wygraną. Miał trzy udane rzuty z rzędu i na niskim stoliku, przy którym siedziała cała trójka, piętrzył się budzący respekt stos monet.

– Pewnie mam po prostu dobry dzień – odparł, pchając do przodu kolejny zakład i potrząsając kośćmi w kubku. Zagrzechotały, po czym wyrzucił je na stół.

– Znowu dwie szóstki! – stwierdził Jerrel. – Nie do wiary! – Spojrzał na towarzysza. – Chyba mamy w namiocie zawodowca. – Kord posępnie pokiwał głową, ale Arratay tylko się roześmiał.

– Nie, chłopaki. To tylko czyste życie i czyste sumienie. Chcecie podnieść stawkę? – Zadał to pytanie od niechcenia, ale dostrzegł szybkie, ukradkowe spojrzenie, które wymienili mężczyźni. Kord zgodził się po krótkim, fałszywym wahaniu.

– No, może to szaleństwo, ale czemu nie? Będziemy mieli szansę częściowo się odegrać.

– Wcześniej wygram od was wszystko – uśmiechnął się Arratay. Położył przed sobą kolejną stawkę, poczekał, aż tamci wyrównają, i znowu rzucił. Tym razem wypadło jedenaście, ale i tak było to automatyczne zwycięstwo.

– Czy umiesz wyrzucić cokolwiek innego niż piątki i szóstki? – spytał Jerrel.

– Nie, kiedy się rozgrzeję. – Arratay znowu się uśmiechnął. Ale jego oczy zwęziły się, bo tym razem, zamiast pozwolić mu wziąć kości, Kord je podniósł i mu podał.

Dokonał podmiany, pomyślał Halt. Wziął kości, umieścił je w kubku, potrząsnął i rzucił.

Dwaj pozowali wydali ironiczny okrzyk, gdy ukazały się jedynka i dwójka.

– Trzy! – stwierdził Jerrel. – Nareszcie!

Gra była prosta. Jedenaście i dwanaście automatycznie zapewniały wygraną. Liczby dwa i trzy przegrywały. Żaden inny wynik się nie liczył. Uczestnik rzucał po prostu tak długo, aż wygrał albo przegrał. Halt skrzywił się, gdy tamci zgarnęli pieniądze, które postawił. Kości przeszły do Jerrela, który wyrzucił sześć. Potem cztery, a potem dwa. Halt odzyskał niewielką część tego, co przegrał po ostatnim rzucie. Kord wziął kości i chwilę się nimi bawił, nim włożył je do kubka.

Znowu je podmienił, pomyślał zwiadowca, a Kord, jak było do przewidzenia, wyrzucił jedenaście, a później dwanaście, wygrywając dwa drobne zakłady, po czym znowu wziął drugi zestaw kości i przegrał. Przed podaniem kości Haltowi zamienili je na te wygrywające. Dwaj oszuści nie chcieli, by Arratay – sądzili, że tak się nazywa – zbyt szybko stracił entuzjazm. Rozgrywka trwała dalej, Halt to wygrywał, to przegrywał, ale wychodził na swoje.

Tamci próbowali poić go winem, które rozsądnie wylewał do starego buta, gdy nie patrzyli. Udawał jednak, że alkohol działa na niego coraz bardziej, mówiąc bełkotliwie i ciesząc się jak głupiec z wygranych.

– Jutro wielki dzień – powiedział, gdy rozgrywka trwała już jakiś czas. – Wyruszamy wcześnie i maszerujemy na południe.

Jego dwaj towarzysze zareagowali na te słowa zaskoczeniem.

– Na południe? – powtórzył Kord. – Czemu na południe? Mieliśmy iść w stronę domu, a potem się zdemobilizować.

Halt pokręcił głową i popatrzył na nich z powagą.

– Już nie. Już nie – powiedział, stukając się palcem wskazującym w bok nosa. – Wargalowie stawiają większy opór od spodziewanego. Morgarath znowu ma nad nimi pełną kontrolę i Duncan potrzebuje dodatkowych ludzi. To my nimi jesteśmy – dodał po krótkiej pauzie.

Widział, że wieści wywarły upragniony efekt. Kord i Jerrel popatrzyli po sobie. Później ten drugi zaczął dalej go wypytywać.

– Gdzie to usłyszałeś?

Halt kciukiem wskazał ogólny kierunek administracyjnej części obozu za swoim ramieniem.

– W kuchni – powiedział. – Kucharze odebrali dostawę dodatkowych racji, żeby je dla nas przygotować.

Teraz obaj oszuści wydawali się głęboko przejęci. Kuchenne plotki stanowiły źródło ważnych informacji dla szarych żołnierzy. I uważano, że często się potwierdzają. Halt, ma się rozumieć, nie słyszał żadnych pogłosek. Liczył jednak, że myśl o natychmiastowym wymarszu na południe zmusi Korda i Jerrela do działania. Jeśli planowali obrabować gospodarstwo Daniela, sprawy mogły nabrać tempa.

Nachylił się w przód, wbijając zamglone spojrzenie w stół.

– Gdzie te kości? – spytał. – Znowu moja kolej.

– Proszę – powiedział Kord, podając mu kości i kubek. Przed chwilą przegrał ostatni rzut i kolejka przeszła na Halta. Zwiadowca był niemal pewien, że dostał przegrywającą parę. Następne słowa Jerrela potwierdziły jego przypuszczenia.

– Robi się późno. Postawmy wszystko na jeden, ostatni zakład. Co wy na to?

Kord udawał, że ma wątpliwości.

– To zależy od Arrataya.

Halt wzruszył ramionami.

– Czemu nie? Czuję, że moje szczęście wraca.

Wszyscy rzucili pieniądze na środek stołu. Halt sięgnął po metalowy kubek i pociągnął głęboki łyk, największy przez cały wieczór. Potem niezdarnie odstawił kubek i rozlał resztę wina na stół, który nachylił w stronę Jerrela, tak że czerwona strużka pociekła po drewnie na jego kolana. Jerrel odskoczył i zaklął.

– Uważaj! – krzyknął.

– Przepraszam. Przepraszam – tłumaczył się Halt. Lecz w całym zamieszaniu podmienił przegrywające kości na inną parę, którą miał w kieszeni. Przygotował ją po południu, gdy miał siedzieć w kuchni, a były tak wyważone, by za każdym razem wypadała dwunastka.

Potrząsnął kośćmi, coś do nich zamruczał, a potem wyrzucił na stół.

– Masz pe… – zaczął Kord, który już sięgał po pieniądze. Zatrzymał się jednak na widok dwóch szóstek, które zdawały się szczerzyć do niego niczym rzędy zębów w maleńkich czaszkach.

– Jak ty… – Jerrel urwał, uświadomiwszy sobie, że lada chwila może się zdradzić. Może i Arratay był pijany, ale nie aż tak.

Halt uśmiechnął się głupawo, po czym zagarnął dwa sześciany ku sobie.

– Szczęśliwe kości! Kocham je! – oznajmił.

Udał, że hałaśliwie je całuje i znowu podmienił swój zestaw na ten przegrywający, który mu podano. Następnie wsunął własne kości do kieszeni, a tamte rzucił na stół i zaczął zbierać wygraną.

– Bez urazy, chłopaki – powiedział. – Jutro dam wam szansę na rewanż.

– Tak. Pewnie. Jutro – odrzekł Kord. Lecz z jego tonu Halt wywnioskował, że jutro nie będzie żadnej gry. Nie będzie też ani śladu Korda i Jerrela.

Pół godziny później Halt leżał na plecach, ciężko i głośno oddychając przez usta w udawanym śnie. Dwaj jego towarzysze z namiotu rozmawiali przyciszonymi głosami. Czekali, by zyskać pewność, że Arratay głęboko zasnął. Kord sprawdzał kości, turlając je raz za razem i ciągle uzyskując niskie wyniki.

– Nie rozumiem – stwierdził cicho. – To po prostu niemożliwe, że wyrzucił dwanaście tymi kośćmi.

– Uważaj – ostrzegł Jerrel, rzucając szybkie spojrzenie w kierunku Halta. Jego rozmówca jednak machnął lekceważąco ręką.

– A tam, śpi jak kamień – odrzekł. – Widziałeś, ile wypił? Jest nieprzytomny jak but.

Usta Halta zadrgały lekko z rozbawienia. W tym namiocie rzeczywiście jest zalany but, pomyślał. Przez własny głośny oddech z trudem słyszał, co tamci mówią, więc poruszył się, mruknął coś pod nosem i przewrócił się na bok, plecami do nich. Chrapanie ustało, bo nie leżał już na plecach, ale nadal oddychał równo i głęboko. Kord i Jerrel wahali się przez chwilę, ale szybko się odprężyli, gdy stało się jasne, że ich towarzysz się nie obudził.

Kord znowu sprawdził kości. I znowu wyrzucił trójkę.

– Odłóż je – rzucił ze złością Jerrel. – To był przypadek. Pewnie trafiły na szczelinę albo szczerbę w blacie. Poza tym mamy ważniejsze sprawy na głowie.

Jego kolega z ociąganiem wsunął kości do kieszeni.

– Chodzi ci o te plotki o wymarszu na południe?

Jerrel przytaknął.

– Ostatnie, czego chcemy, to wpakować się w kolejną kampanię. Może się ciągnąć tygodniami, a my mamy sprawy gdzie indziej. Jeśli się nie pospieszymy, rodziny mogą przybyć na pomoc wdowom, a wtedy stracimy swoją szansę.

Leżący tyłem Halt mógł sobie pozwolić na gniewny grymas. Rzeczywiście, pomyślał, ci dwaj planują obrabować rodziny żołnierzy poległych w bitwie.

– No to jaki masz plan? – spytał Kord.

Jerrel przez chwilę milczał, po czym podjął decyzję.

– Wyrwijmy się dziś w nocy. Ruszymy godzinę lub dwie przed świtem traktem na północ. Najpierw zajmiemy się gospodarstwem sierżanta. Jest najbliżej.

– Za dezercję grozi nam chłosta – zauważył Kord, lecz Jerrel zlekceważył ostrzeżenie.

– Nie złapią nas. Po ostatnich stratach nie będą nawet pewni, że uciekliśmy.

– Griff będzie wiedział. Coś czuję, że ma nas na oku.

Kord zbył to prychnięciem.

– Griff będzie zbyt zajęty swoją robotą i robotą kapitana, żeby się nami przejmować. Pewnie uzna, że dobrze się stało. A teraz się połóżmy. Musimy wcześnie ruszyć.

– Co z nim? – spytał Jerrel, kciukiem wskazując nieruchomą sylwetkę Halta. Kord zawahał się.

– Chciałbym walnąć go w łeb i odebrać nasze pieniądze – powiedział. – Ale jeśli go zabijemy, Griff na pewno zwróci na to uwagę. Na pewno wyśle za nami ludzi. Lepiej go zostawmy.

Halt usłyszał, że tamci wychodzą tuż przed trzecią nad ranem. Byli złodziejami – nawykli do cichego poruszania się. Lecz zwiadowca miał wyczulone zmysły i lekki sen. Nasłuchiwał ich ukradkowych ruchów i niegłośnych kroków, gdy zbierali swoje rzeczy i potajemnie wychodzili w noc. Księżyc wisiał nad niebem już od wielu godzin, a wiatr gnał porozrywane chmury, rzucając pasma cienia, przemykające po bezgłośnym obozie.

Kord i Jerrel bez trudu wymknęli się strażnikom. Ci byli zmęczeni i znudzeni pod koniec trzygodzinnej warty. Poza tym wypatrywali raczej intruzów z zewnątrz niż osób wychodzących z obozu. Plotka, że kompania ma wyruszyć na południe i kontynuować walkę, była wymysłem Halta, który chciał w ten sposób skłonić złodziei do działania.

Zwiadowca odczekał piętnaście minut, by dać tamtej dwójce czas na wyjście poza obręb obozu, a następnie zwinął swój koc i wymknął się za nimi niczym duch. Odebrał swoje ubranie z namiotu dowództwa. Griff czekał przy osłoniętej lampie, rozsiewającej we wnętrzu przyćmiony blask.

– Połknęli haczyk? – spytał.

Halt przytaknął. Zmienił ubranie i postawił na stole ciężką torbę z wygranymi pieniędzmi.

– Możesz to dorzucić do funduszu kompanii – powiedział. Wiedział, że większość żołnierzy składa się na specjalny fundusz, przeznaczony dla rodzin tych, którzy stracili życie na wojnie. Griff podziękował skinieniem głowy.

– Jeśli ich złapiesz, możesz przyprowadzić ich tu z powrotem – rzucił. – Z chęcią zadbam o to, żeby nie było im zbyt przyjemnie.

– O, na pewno ich złapię – odparł zwiadowca. – A wtedy to już od nich będzie zależało, co z nimi zrobię.

Uścisnął dłoń starszego sierżanta i przeszedł na tyły namiotu, gdzie czekał Abelard. Wskoczył na siodło i kłusem wyjechał z obozu. Nawet nie próbował się kryć i po drodze okrzyknął się wartownikom.

Znalazł trakt na północ i nieco wstrzymał Abelarda, by szedł stępa. Nie chciał dogonić tych dwóch zbyt szybko. W okutanym w płaszcz jeźdźcu pewnie nie rozpoznaliby byłego kolegi z namiotu, ale na sam widok zwiadowcy, podążającego tym samym traktem, mogli spanikować i na jakiś czas porzucić swoje plany.

Gdy nadszedł brzask i szarawe światło rozlało się nad okolicą, przyspieszył. Niebawem minął zakręt i dostrzegł dwie postacie, wlokące się drogą kilkaset metrów przed nim. Na szczęście ból głowy i mroczki przed oczami, które mu wcześniej doskwierały, teraz zniknęły i Halt bez trudu poznał obu mężczyzn – wysokiego i żylastego Korda oraz bardziej krępego, mocno zbudowanego Jerrela. Powstrzymał Abelarda i zjechał z drogi, tak że przesłoniła ich ciemna zieleń drzew.

Kiedy Kord i Jerrel minęli następny zakręt, pogalopował za nimi.

Przez resztę dnia podążał naprzód w ten sam sposób. Gdy światło stało się lepsze, bez trudu odnajdywał ślady dezerterów na pylistej drodze – podkute wojskowe sandały zostawiały wyraźny trop. Został więc nieco dalej z tyłu, a przybliżył się znowu dopiero późnym popołudniem, gdy zaczęło się ściemniać. Z nadejściem zmierzchu dwaj mężczyźni zeszli z traktu, by przygotować nocleg.