Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zaginiona - Lisa Gardner

"Dla psychologa kryminalnego, byłego pracownika FBI Pierce’a Quincy’ego zaczyna się niewyobrażalna tragedia. Wszystko wskazuje, że jego żona, Rainie Conner, zaginęła, nie pozostawiwszy żadnych wskazówek mogących naprowadzić na jej ślad. Na pustej drodze, nieopodal autostrady w stanie Oregon, policja odnajduje otwarty samochód z włączonym silnikiem i torebkę Rainie porzuconą na siedzeniu kierowcy. Czy dopadł ją któryś z duchów jej niespokojnej przeszłości? A może jej zniknięcie spowodowała sprawa, nad którą pracowała wspólnie z mężem – wyjątkowo brutalne podwójne morderstwo? Wraz z córką, agentką FBI Kimberly Quincy, Pierce walczy z miejscowymi władzami, ściga się z czasem i gorączkowo poszukuje odpowiedzi na pytania, których ze strachu nie potrafi sobie zadać. Tylko jeden człowiek wie, co się stało tej nocy. Przyjmując tożsamość zabójcy schwytanego przed osiemdziesięcioma laty, kontaktuje się z prasą. Stawia jasno określone warunki: chce pieniędzy, chce władzy i chce sławy. A jeśli tego nie dostanie, Rainie zginie. Czasu jest coraz mniej, ostateczny termin zbliża się nieubłaganie, a Pierce wyrusza na najbardziej nerwowe i rozpaczliwe łowy w swoim życiu, aby miłość jego życia nie zaginęła na zawsze."

Opinie o ebooku Zaginiona - Lisa Gardner

Fragment ebooka Zaginiona - Lisa Gardner

1

Wtorek, godzina 00.24 czasu pacyficznego

Znowu ten sen. Nie chce, żeby jej się śnił. Szarpie pościel, rzuca głową, za wszelką cenę stara się powstrzymać wyobrażenie samej siebie przed wejściem na te schody, otwarciem tych drzwi, wkroczeniem w mrok.

Budzi się, tłumiąc cisnący się na usta krzyk. Oczy ma szeroko otwarte z przerażenia i wciąż widzi rzeczy, których nie chce oglądać. Z wolna odzyskuje poczucie rzeczywistości, zaczyna rozróżniać pomalowane na szaro ściany, ciemne zarysy okien, pustą drugą połowę łóżka.

Idzie do łazienki, wkłada głowę pod kran i łapczywie pije haustami letnią wodę. Wciąż słyszy dudniący na zewnątrz deszcz. Ma wrażenie, że odkąd zaczął się listopad, leje bez przerwy, ale może tylko tak jej się wydaje.

Wchodzi do kuchni. List wciąż leży na stole. Upłynęło już siedem dni i w końcu przestała go czytać, ale nie ma siły go wyrzucić.

Przegląd zawartości lodówki: jogurt, tuńczyk, ananas, jajka. Bierze jajka, jednak zaraz się orientuje, że ich termin przydatności do spożycia minął dwa tygodnie temu.

Chrzanić to, wraca z powrotem do łóżka.

Ten sam sen, te same obrazy, ten sam dobywający się z głębi wnętrzności krzyk.

Zegar wybija pierwszą w nocy. Wstaje na dobre. Bierze prysznic, wygrzebuje czyste ubranie, spogląda na swoje umęczone odbicie w lustrze.

– Jak się pisze „spieprzyłaś”? R-A-I-N-I-E.

Wychodzi, żeby pojeździć samochodem.

Wtorek, godzina 2.47 czasu pacyficznego

– Dziecko płacze – wymamrotał.

– Obudź się.

– Mmmm, kochanie, twoja kolej zająć się dzieckiem.

– Carl, na miłość boską! To telefon, nie dziecko, w dodatku do ciebie. Odbierz.

Żona Carltona Kincaida, Tina, trąciła go łokciem w żebra. Rzuciła mu telefon i otuliła się z powrotem kołdrą, naciągając ją na swoją głowę w kolorze mokki. Środek nocy nigdy nie był jej ulubioną porą.

Kincaid również nie przepadał za tą częścią doby. Jako detektyw sierżant z wydziału kryminalnego policji stanowej Oregonu w Portlandzie powinien być przygotowany na tego typu sytuacje. I rozmawiać inteligentnie. Najlepiej zdecydowanym głosem. Jednakże niemal od ośmiu miesięcy nie udało mu się porządnie przespać ani jednej nocy. Spojrzał ponuro na telefon, życząc sobie, żeby było to coś ważnego.

Usiadł prosto i wysilił się, aby jego głos zabrzmiał rześko.

– Słucham.

Z drugiej strony zgłosił się policjant z wozu patrolowego. Został wezwany przez miejscowego szeryfa na boczną, wiejską drogę w hrabstwie Tillamook, gdzie stał porzucony samochód. Jak dotąd nie udało się odnaleźć jego właściciela.

Kincaid miał jedno pytanie:

– Czy samochód jest na terenie publicznym, czy prywatnym?

– Nie wiem.

– Dowiedz się więc, bo jeśli na prywatnym, potrzebna będzie zgoda na przeszukanie. Będziesz się także musiał skontaktować z miejscowym biurem prokuratora w sprawie nakazu przeszukania samochodu. Dzwoń do prokuratora, zabezpiecz miejsce, a ja przyjadę za... – Kincaid rzucił okiem na zegarek – pięćdziesiąt pięć minut.

– Tak jest.

Policjant rozłączył się. Kincaid wstał z łóżka. Pracował w policji stanowej od dwunastu lat. Zaczął jako zwykły posterunkowy, jakiś czas spędził w oddziale zwalczania przestępczości zorganizowanej, wreszcie przeniósł się do wydziału kryminalnego. W tym czasie zdążył się dorobić pięknej żony, wielkiego czarnego kundla, a osiem miesięcy temu urodził mu się zdrowy i pełen werwy synek. Życie toczyło się tak, jak sobie zaplanował, pod warunkiem, że częścią tego planu był fakt, iż od ponad pół roku ani on, ani jego żona nie zdołali się porządnie wyspać czy normalnie zjeść.

Dzieci nie dają chwili wytchnienia. Podobnie jak wydział kryminalny.

Słyszał deszcz spływający falami po dachu. Wyjątkowo paskudna noc na eskapady. W bagażniku samochodu stale trzymał dwie zmiany ubrania. W taką noc jak ta wystarczą mu na pierwsze pół godziny. Cholera. Popatrzył tęsknie na łóżko i pożałował, że to jednak nie płacz dziecka go obudził.

Działając jak na włączonym autopilocie, przekopał szafę i zaczął się ubierać. Zapinał właśnie koszulę, kiedy jego żona westchnęła i usiadła.

– Złe wieści? – spytała cicho.

– Nie wiem. Porzucony samochód w Bakersville.

– Kochanie, co ty masz z tym wspólnego?

– Drzwi od strony kierowcy są otwarte, silnik wciąż na chodzie, a na siedzeniu pasażera leży torebka.

Zmarszczyła brwi.

– Dziwne.

– Właśnie.

– Kochanie, nie znoszę dziwnych spraw.

Kincaid włożył kurtkę, podszedł do żony i pocałował ją mocno w policzek.

– Idź spać, dziecinko. Kocham cię.

Wtorek, godzina 1.14 czasu pacyficznego

Kompletnie nic nie widzi. Wycieraczki pracują pełną mocą, omiatając gwałtownie przednią szybę, co i tak niczego nie zmienia. Deszcz pada i pada, i pada. Zakręt na drodze. Wchodzi w niego nieco za późno i natychmiast wylatuje na pobocze.

Ciężko dyszy. Dostała czkawki. Czyżby płakała? Trudno powiedzieć, ale cieszy się, że jest sama w ciemnościach.

Naciskając wolno pedał gazu, ostrożnie wycofuje się na drogę. Jazda późną nocą ma swoje dobre strony. Przynajmniej nikt inny nie ucierpi z powodu jej błędów.

Nawet się nad tym nie zastanawiając, wie dobrze, dokąd zmierza. Gdyby o tym myślała, byłaby to świadoma decyzja, co stanowiłoby tylko potwierdzenie faktu, że ma problem. Znacznie prościej jest stwierdzić, że oto zatrzymuje się na parkingu przy Toasted Lab Tavern. Na żwirowym podjeździe stoi kilka innych samochodów, głównie szerokie furgonetki.

Zagorzali pijacy, przemyka jej przez myśl. Tylko tacy decydują się na opuszczenie domu w taką noc.

Co ona tu robi?

Siedzi w samochodzie z rękami zaciśniętymi na kierownicy. Czuje, że zaczyna dygotać na całym ciele. Do ust napływa jej ślina. Nie może się już doczekać, kiedy pociągnie pierwszy potężny łyk zimnego piwa.

Przez chwilę wisi nad przepaścią.

Wracaj do domu, Rainie. Połóż się do łóżka, pooglądaj telewizję, poczytaj książkę. Zrób coś – cokolwiek, byle nie to.

Dygocze coraz bardziej, jej pochylonym nad kierownicą ciałem wstrząsają konwulsje.

Jeżeli pojedzie do domu, zaśnie. A jeżeli zaśnie...

NIE wchodź po tych schodach. NIE otwieraj tych drzwi. NIE zaglądaj w mrok.

Wypełnia ją taka ciemność. Pragnie być prawdziwym człowiekiem. Chce być silna, rezolutna i przy zdrowych zmysłach. Przeważnie jednak czuje, jak ciemność wpełza jej do głowy. To się zaczęło przed czterema miesiącami, kiedy pierwsze macki wślizgnęły się do zakamarków jej umysłu. Teraz zawładnęły nią całą. Wpadła w otchłań, do której nie dociera światło.

Rainie słyszy jakiś hałas.

Unosi głowę.

W strugach ulewnego deszczu dostrzega rysującą się niewyraźnie wielką sylwetkę. Nie krzyczy. Chwyta za broń.

Pijany kowboj, zataczając się, mija jej samochód, nieświadomy, jak niewiele brakowało, żeby mu odstrzeliła tyłek.

Rainie odkłada swojego glocka na siedzenie pasażera. Już nie dygocze. Oczy ma szeroko otwarte. Twarz ponurą. Dopadło ją zimne szaleństwo, które jest o wiele, wiele gorsze.

Wrzuca bieg i rusza w noc.

Wtorek, godzina 3.35 czasu pacyficznego

Bakersville w stanie Oregon, małe przybrzeżne miasteczko w samym środku hrabstwa Tillamook, przycupnęło w cieniu wysokiego nadbrzeżnego pasma górskiego biegnącego przez hrabstwo. Okolica charakteryzowała się głównie bezkresnymi, porośniętymi bujną zielenią mlecznymi farmami, ciągnącymi się na wiele mil kamienistymi plażami i, przynajmniej z punktu widzenia policji, stale rosnącym problemem nadużywania metamfetaminy. Całkiem niezłe miejsce dla amatorów knajp i sera. Dla kogoś, kto za tym nie przepadał, niewiele było tu do roboty, o czym najlepiej wiedziały miejscowe dzieciaki.

Dojazd do Bakersville powinien był zająć Kincaidowi pięćdziesiąt minut. Jednak w taką noc jak ta, gdy przy zerowej widoczności musiał pokonywać śliskie górskie przełęcze i przedzierać się przez zasłonę deszczu, pokonał trasę w godzinę i piętnaście minut. Zatrzymał się przy oświetlonym miejscu, już wykończony.

Ucieszyło go, że ci, którzy się zjawili przy porzuconym samochodzie jako pierwsi, wywiązali się z zadania. Nocne ciemności rozjaśniały trzy ustawione w strategicznych punktach reflektory – potężne strumienie światła przebijały się przez strugi deszczu. Żółta policyjna taśma ogradzała całkiem pokaźny teren; wokół już się zaczynały gromadzić pojazdy.

Kincaid zauważył wozy zastępcy szeryfa oraz samego szeryfa. Obok zatrzymał się potężny czarny SUV – jak można było przypuszczać, należący do biura prokuratora okręgowego hrabstwa Tillamook. Jeżeli uznają, że trzeba przeprowadzić dochodzenie na szeroką skalę, będą potrzebowali więcej ludzi, kryminalistyków i specjalistów od daktyloskopii, ale to on zadecyduje, czy ich ściągnąć.

Od pierwszego wezwania minęła godzina i czterdzieści minut, a oni wciąż jeszcze nie wiedzieli podstawowej rzeczy: została popełniona zbrodnia, czy też nie? Większość podatników sądziła zapewne, że w takich sytuacjach policja od razu działa z rozmachem. Zawiadamia się laboratorium kryminalistyki, wzywa Gwardię Narodową i helikoptery. I właśnie ci sami podatnicy bez przerwy obcinali budżet policji stanu Oregon – w rezultacie Kincaid miał w tej chwili na etacie trzech i pół detektywa zamiast czternastu, jak było na początku. W prawdziwym świecie policyjna robota zaczynała się od liczenia każdego dolara. Trudno powiedzieć, czy to lepiej, czy też raczej gorzej, w każdym razie dzisiaj musiał oszczędzać na każdym kroku.

Kincaid stanął za monstrualnie wielkim czarnym chevy tahoe i wyłączył silnik. Nie dało się go ominąć. Otworzył drzwi, aby wysiąść, i znalazł się w świecie dotkniętym klęską potopu.

Deszcz runął na niego z ogromną siłą. Musiał więc na chwilę przystanąć, aby odzyskać równowagę i stawić czoło jego naporowi. Włosy zdążyły mu całkowicie zmoknąć, strugi wody ściekały za kołnierz przeciwdeszczowego płaszcza, najgorsze więc miał już za sobą. Nie musiał się martwić, że zmoknie czy pobrudzi się błotem – to już się stało.

Podbiegł truchtem do bagażnika swojego chevy impala, wyjął wielki plastikowy pojemnik ze wszystkim, z czego korzystał podczas badania miejsca zbrodni, i zanurkował pod żółtą taśmą.

Zbliżył się funkcjonariusz Blaney, wielkimi czarnymi buciorami rozpryskując błoto. Porządny gość; miał na sobie pełny, zgodny z regulaminem strój przeciwdeszczowy: czarno-niebieską kurtkę policyjną, która wyglądała jak zniszczona kurtka motocyklisty. Nikt za nią nie przepadał. Kincaid trzymał swoją upchniętą w bagażniku samochodu i rzadko ją zakładał – tylko wówczas, gdy w pobliżu kręciła się prasa albo przełożony.

Blaney musiał przebywać na deszczu od jakiegoś czasu: w świetle reflektorów jego kurtka zdawała się gładka jak szkło, a pod szerokim rondem kapelusza woda spływała strumyczkami po jego zakończonej kwadratową szczęką twarzy i skapywała z czubka nosa. Wyciągnął rękę i Kincaid odwzajemnił gest.

– Witam.

– Dzień dobry, sierżancie.

W ślad za Blaneyem nadeszli szeryf i jego zastępca. Blaney dokonał prezentacji i cała czwórka zbiła się jak najciaśniej, tworząc szczękającą zębami, przemokniętą do suchej nitki grupkę. Stali z rękami przyciśniętymi do boków, aby zatrzymać jak najwięcej ciepła.

Na miejscu jako pierwszy pojawił się zastępca szeryfa, Dan Mitchell. Był młody, wychowany na farmie, ale starał się, jak mógł. Nie spodobało mu się to, co zobaczył – otwarte drzwi, włączone światła, silnik na chodzie. Uznał, że trochę to za bardzo w stylu Hollywoodu, dlatego też wezwał szeryf Atkins. Chociaż nie była zbyt zadowolona, że musi w taką noc wstać z łóżka, mimo wszystko przyjechała.

Kincaid się zdziwił, że szeryfem okazała się kobieta o zdecydowanym uścisku dłoni i twardym spojrzeniu. Shelly, bo tak miała na imię, najwyraźniej nie miała ochoty niczego owijać w bawełnę.

– Słuchajcie – nie patyczkując się, przerwała energiczną tyradę swojego zastępcy. – Tom czeka. – Kiwnęła głową w stronę prokuratora, który, jak Kincaid zauważył, siedział skulony w swoim SUV-ie. – Mamy nakaz przeszukania pojazdu i zgodnie z poleceniem pańskiego człowieka sprawdziliśmy, czy to jest teren publiczny. Nie mam, do cholery, zielonego pojęcia, co się tutaj stało, ale ktoś w pośpiechu opuścił samochód, co mi się wcale nie podoba. Bierzmy się więc do roboty, bo za chwilę zostanie nam tylko kupa przemoczonych policyjnych raportów.

Trudno było się z nią spierać, wobec czego cała grupka przeszła w stronę porzuconego samochodu, ostrożnie zbliżając się do otwartych drzwi.

Była to nowa toyota camry, biała z niebieską tapicerką. Ładna, ale nic wyjątkowego. Kierowca zaparkował ją starannie, świadomie starając się nie blokować drogi. Na lewo od drzwi kierowcy biegła kręta leśna ścieżka. Na prawo rozciągała się stroma skarpa, po której można było się wspiąć do gęstego lasu.

Zgodnie z raportem telefonicznym policjanta, drzwi kierowcy były szeroko otwarte, ich koniec wspierał się o skarpę. Kincaid pomyślał od razu, że zazwyczaj ludzie nie otwierają drzwi aż tak szeroko. Chyba że mają wyjątkowo długie nogi lub gdy coś wkładają czy wyjmują.

Trzeba się nad tym zastanowić.

Z miejsca, w którym stał, widział brązową skórzaną torebkę leżącą na siedzeniu pasażera.

– Sprawdziliście torebkę? – spytał, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

– Podniosłem ją – odparł zastępca Mitchell obronnym tonem. – Żeby sprawdzić tożsamość. Zdziwiłem się, kiedy znalazłem samochód na chodzie, z włączonymi światłami i szeroko otwartymi drzwiami. Musiałem od czegoś zacząć.

– Znalazłeś portfel?

– Nie. Ale otworzyłem schowek i znalazłem dowód rejestracyjny. Odczytałem z niego nazwisko.

– Torebka była pusta?

– Nie. Było w niej pełno różnych rzeczy: kosmetyki, pióra, palmtop i takie tam. Ale nie znalazłem portfela. Odłożyłem torebkę dokładnie w to miejsce, gdzie ją znalazłem. Przysięgam na Boga, że niczego poza tym nie ruszałem.

– Z wyjątkiem schowka – powiedział Kincaid.

Zastępca miał rację – od czegoś trzeba było zacząć.

Należało wyłączyć silnik; zrobił to funkcjonariusz, żeby oszczędzić paliwo. Zawsze dobrze jest sprawdzić, ile go zostało w porzuconym samochodzie. Silnik pracował bez zakłóceń, kiedy zjawił się zastępca Mitchell, i na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, aby opony były uszkodzone. Należało więc wykluczyć, że kierowca zatrzymał się z powodu jakichś kłopotów technicznych.

Kincaid przeszedł na tył toyoty, żeby się przyjrzeć zderzakowi. Żadnych wgnieceń czy zadrapań, chociaż z powodu deszczu nie mógł tego stwierdzić z całą pewnością. Spróbował znaleźć ślady innych opon lub odciski butów. Padający bez ustanku deszcz zniszczył wszystkie ewentualne ślady, pozostawiając jedynie płytkie kałuże błotnistej wody. Ostrzeżenie szeryf Atkins było uzasadnione; niestety, nie na wiele się zdało.

Zajrzał do wnętrza samochodu, uważając, aby niczego nie dotknąć.

– Samochód należy do kobiety? – spytał.

– Według dowodu rejestracyjnego – pospieszył z odpowiedzią funkcjonariusz Blaney – to Lorraine Conner z Bakersville. Szeryf Atkins posłała tam zastępcę. W domu nikogo nie było.

– Mamy rysopis?

– Z danych wydziału komunikacji wynika, że mierzy metr sześćdziesiąt pięć, waży sześćdziesiąt kilogramów, ma brązowe włosy i niebieskie oczy.

Kincaid spojrzał na szeryf Atkins.

– Metr sześćdziesiąt – poprawiła Blaneya. – Nie chciałam niczego dotykać, ale na pierwszy rzut oka z ustawienia fotela wynika, że tak właśnie jest.

Kincaid sądził podobnie. Siedzenie było stosunkowo blisko kierownicy, mniej więcej tak, jak się spodziewał. Naturalnie musiał jeszcze sprawdzić lusterka i kolumnę kierownicy, ale z tym trzeba było poczekać, aż kryminalistycy uporają się ze swoją robotą. Według Blaneya bak był w połowie pełny, kiedy wyłączał silnik. Będą musieli sprawdzić okoliczne stacje benzynowe, ale wszystko wskazywało na to, że Lorraine nie tankowała w ostatnich dniach.

Kincaid wyprostował się, mrużąc oczy przed padającym deszczem, gdy tymczasem jego umysł zaczynał pracować na pełnych obrotach.

Przez pierwsze trzy lata pełnił służbę na wybrzeżu. Zawsze go dziwiło, jak wiele jego spraw zaczynało się od znalezienia porzuconych samochodów. Ocean zdawał się przyciągać ludzi, przemawiać do nich po raz ostatni. Jechali więc na wybrzeże, aby jeszcze raz obejrzeć piękny zachód słońca. Potem zamykali samochód, szli do lasu i strzelali sobie w łeb.

Jednak przez te wszystkie lata nie zdarzyło mu się nic podobnego – nigdy nie znalazł samochodu porzuconego w ten sposób, z silnikiem na chodzie, pracującymi wycieraczkami i włączonymi światłami.

Zastępca szeryfa Mitchell miał słuszność. To wszystko było za bardzo w hollywoodzkim stylu. Coś tu nie grało.

– W porządku – powiedział Kincaid. – Przeszukajmy bagażnik.

Wtorek, godzina 1.45 czasu pacyficznego

Przestała uważać. Wie, że nie należy tego robić. Swego czasu, kiedy pracowała w biurze szeryfa w małym miasteczku, Bóg jej świadkiem, że nieraz miała okazję przekonać się na własne oczy, co się dzieje, kiedy kierowca odwróci wzrok od drogi choćby na jedną sekundę.

Była jednak taka zmęczona. Od jak dawna nie spała? Minęły godziny, dni czy całe miesiące? Zmęczenie upośledziło jej zdolności motoryczne. Pamięć krótkotrwała przestała funkcjonować. Próbuje sobie przypomnieć, co robiła wczoraj, ale rzeczy, jakie stają jej przed oczami, równie dobrze mogły się wydarzyć przed tygodniem. Straciła poczucie czasu. Jej życie zawisło w próżni.

Wycieraczki pracują rytmicznie. Deszcz wali o dach samochodu. Światło reflektorów przecina ciemności.

Kiedy była młodsza, miała czternaście, może piętnaście lat, zanim jej matka została zastrzelona, chodziła z chłopakiem, który uwielbiał włóczyć się w takie noce jak dzisiejsza. Znajdowali jakąś boczną drogę, wyłączali światła i mknęli w ciemność.

– Juuu-huuu! – darł się, po czym pociągał łyk wild turkey.

Później pieprzyli się jak króliki na tylnym siedzeniu, w oparach whiskey, spoceni, pośród zużytych kondomów.

Na wspomnienie tamtych dni Rainie odczuwa ból. Ma wrażenie, że upłynęły całe wieki, odkąd się czuła młoda, dzika i wolna. Od dawna już nie miała odwagi jeździć na oślep w całkowitych ciemnościach.

Nagle jej myśli wracają do miejsca, w którym nie chce się znaleźć.

Przed oczami staje jej Quincy. Przypomina sobie, kiedy pierwszy raz byli razem. Jak delikatnie jej wtedy dotykał. I jak tulił ją po wszystkim.

– Rainie – zapewniał ją cichym głosem – radość życia to nic złego.

A teraz cierpi. Cierpi niewyobrażalnie, nie potrafi złapać tchu. Minęło siedem dni, a ona wciąż się czuje, jakby ktoś ją uderzył w splot słoneczny. Jej usta się poruszają, ale nie wnika do nich powietrze.

Droga skręca. Kobieta jest zbyt rozkojarzona, aby w porę zareagować. Koła buksują, hamulce zgrzytają. Samochód zaczyna się obracać i Rainie wypuszcza kierownicę z rąk. Zdejmuje nogę z pedału gazu. Poddaje się rozwojowi wypadków, w pojedynkę odgrywając rolę z filmu „Thelma i Louise”, nie mogąc się doczekać, kiedy zanurkuje w Wielkim Kanionie, z ulgą przyjmując nieuchronny koniec.

Samochód zjeżdża na bok, po chwili wraca na środek. Górę biorą stare instynkty – z czasów, gdy była doświadczoną, zdolną policjantką. Chwyta kierownicę. Wychodzi z poślizgu. Ostrożnie naciska hamulec i wolno zjeżdża na pobocze.

I wtedy dopada ją załamanie nerwowe. Opiera czoło o kierownicę i zaczyna chlipać jak dziecko, kuli ramiona, krztusi się, cieknie jej z nosa.

Płacze i płacze, i płacze, jej myśli wracają do Quincy’ego, przypomina sobie, jak przytulona policzkiem do jego piersi słyszała bicie jego serca, i znowu zaczyna szlochać. Tym razem jednak nie smutek wywołuje jej łzy, lecz przemożna, wszechogarniająca wściekłość.

Czemu to dla niej takie trudne? Czemu nie może po prostu ustąpić?

I znowu powraca tamten widok. Schody wiodące na ganek, otwierające się drzwi, wabiący mrok...

Rainie instynktownie sięga po broń. Będzie walczyć, atakować, strzelać... ale z kim, do kogo? Spotkała już wroga – jest nim ona sama. Świadomość tego w szalony sposób od nowa wzbudza w niej nienawiść do Quincy’ego. Bo gdyby jej nigdy nie kochał, nie dowiedziałaby się, co utraciła.

Jej palce pieszczą glocka. Przez ułamek sekundy kusi ją...

Pukanie w okno.

Gwałtownie podnosi głowę.

I cały świat wybucha oślepiającym, białym światłem.

Wtorek, godzina 3.49 czasu pacyficznego

Do zastępcy Mitchella w pierwszej chwili nie dotarło, co oznacza zawartość bagażnika. Kincaid widział, jak tamten z wolna zaczynał pojmować, a jego twarz przybierała wszystkie odcienie zieleni.

– Co do diabła... – Zastępca, potykając się, cofnął się i uniósł rękę, jakby chciał się odgrodzić od tego, co widzi.

Kincaid ostrożnie sięgnął po pierwsze zdjęcie. Jego spojrzenie pobiegło ku szeryf Atkins.

– Nie znasz nazwiska?

– Nie, jestem tu dopiero od miesiąca. To naprawdę to, co myślę?

– O tak.

– Słodki Jezu. – Wpatrywała się w porzucony samochód. – To się nie może dobrze skończyć, prawda?

– Mało prawdopodobne.

Kincaid wyjął telefon i zadzwonił.

2

Wtorek, godzina 4.05 czasu pacyficznego

Na zewnątrz rozległ się grzmot.

Quincy obudził się za szybko. Zaparło mu dech, kurczowo chwycił rękami materac, szykując się do przyjęcia ciosu. W następnej chwili przetoczył się gładko na bok i wstał z łóżka.

Dyszał ciężko. Musiał się zmusić, aby spojrzeć na tapetę w gęsty kwiecisty wzór, przypomnieć sobie, gdzie jest i skąd się tu wziął. Wnioski, jakie wyciągnął, odebrały mu resztki woli walki. Ramiona mu opadły. Pochylił głowę. Oparł się ciężko o okno i wpatrywał w strugi deszczu spływające ukośnie po szybie.

Minęło siedem dni, odkąd zamieszkał w tym miłym pensjonacie; o siedem dni za dużo. Przynajmniej właścicielka była miła. Ani słowem nie skomentowała, że samotny mężczyzna wynajął pokój w pensjonacie przeznaczonym dla kochanków. O nic nie pytała, gdy co rano prosił cicho, aby przedłużyła rezerwację o kolejny dzień.

Dokąd to wszystko prowadzi? Jak się skończy? Naprawdę nie miał pojęcia. Ta świadomość go męczyła. Po raz pierwszy w życiu poczuł się bardzo, bardzo stary.

Miał pięćdziesiąt trzy lata i znajdował się na tym etapie życia, w którym jego włosy zaczynały być bardziej siwe niż ciemnobrązowe, kurze łapki w kącikach oczu coraz głębsze, a on sam stawał się raczej dystyngowany niż przystojny. Nadal cztery razy w tygodniu przebiegał dystans dwudziestu kilometrów. Wciąż co miesiąc odbywał trening na strzelnicy. Dwukrotnie w życiu miał bliski kontakt z prawdziwymi drapieżnikami i wcale nie miał zamiaru stać się mięczakiem wyłącznie dlatego, że stuknął mu piąty krzyżyk.

Nie należał do łatwych ludzi, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Był zbyt inteligentny i za dużo czasu spędzał na zgłębianiu tajników swojego umysłu. Jego matka zmarła młodo, a ojciec nigdy nie należał do specjalnie rozmownych. Były okresy w jego życiu, kiedy całe lata mijały mu w milczeniu. Chłopiec wychowujący się w takich warunkach musiał wyrosnąć na szczególnego człowieka.

W szeregi stróżów prawa wstąpił pod wpływem impulsu, zaczynając pracę w chicagowskiej policji. Gdy się okazało, że posiada wrodzony talent do zgłębiania chorych umysłów, przeszedł do FBI jako psycholog kryminalny. Pokonywał tysiące kilometrów, pracując nad setką spraw rocznie, wędrując od motelu do motelu i zawsze stykając się ze śmiercią.

Wówczas opuściła go pierwsza żona – jego dwie córki dorastały bez ojca. Pewnego dnia rozejrzał się wokół siebie i dostrzegł, że poświęcając tyle z siebie zmarłym, sobie nie zostawił nic.

Zdecydował się na przeniesienie i zaczął zajmować wewnętrznymi sprawami biura, starając się więcej czasu spędzać w domu z dziewczynkami. Próbował nawet choć w części uratować związek z byłą żoną, Bethie.

Może coś mu się udało. Trudno powiedzieć. Miał wrażenie, że zdążył zaledwie mrugnąć oczami, gdy zadzwoniła do niego Bethie. Zdarzył się wypadek samochodowy. Mandy jest w szpitalu. Proszę, przyjedź jak najszybciej...

Jego starsza córka nigdy nie odzyskała przytomności. Pochowali ją niedługo po jej dwudziestych czwartych urodzinach, po czym Quincy wrócił do swojego pozbawionego okien gabinetu w Quantico i zdjęć ofiar morderstw.

To był najcięższy rok w jego życiu. Jeszcze gorsza stała się świadomość, że Mandy ktoś zamordował i że teraz ta sama osoba prześladuje Bethie oraz młodszą córkę, Kimberly. Szybko przystąpił do działania, jednak jak się okazało, nie dość szybko. Morderca dopadł najpierw Bethie i być może udałoby mu się zabić również Kimberly, gdyby nie Rainie.

Tego dnia Rainie walczyła. Walczyła o Kimberly, walczyła o siebie i walczyła dla samej walki, ponieważ tak robiła zawsze, takim była człowiekiem, a Quincy nigdy wcześniej nikogo takiego nie spotkał.

Taką Rainie pokochał. Kochał jej duże usta, jej przemądrzałość, wybuchowy charakter. Kochał sposób, w jaki stawiała mu wyzwania, prowokowała go, doprowadzała do czystej furii.

Była twarda, niezależna, cyniczna i bystra. Ale była też jedyną kobietą w jego życiu, która go rozumiała. Która wiedziała, że w głębi serca był optymistą, za wszelką cenę starając się doszukać dobra w świecie przynoszącym tyle zła. Która wiedziała, że Quincy tak naprawdę nie jest w stanie zrezygnować ze swojej pracy, bo jeżeli ludzie tacy jak on nie będą robili tego, co robią, kto zajmie ich miejsce? Która wiedziała, że szczerze ją kocha, nawet gdy wydawał się zamknięty w sobie i odległy; po prostu nie potrafił wyrazić słowami uczuć, które najmocniej nim targały.

Kiedy wreszcie dwa lata temu się pobrali, uznał, że rozpoczął się nowy, szczęśliwszy rozdział w jego życiu. Kimberly skończyła Akademię FBI i świetnie sobie radziła jako agentka w biurze w Atlancie. Rozmawiali ze sobą, może nie tyle, ile inni ojcowie z córkami, ale przynajmniej tak często i szczerze, aby nawzajem zaspokoić swoje potrzeby.

Quincy zrobił również rzecz, zdawałoby się nie do pomyślenia – przeszedł na emeryturę. No, przynajmniej częściowo. Na tyle, na ile było stać takiego człowieka jak on.

Teraz pracowali z Rainie tylko nad kilkoma sprawami, świadcząc usługi policji i FBI jako prywatni konsultanci. Przeprowadzili się do Oregonu, ponieważ Rainie tak bardzo tęskniła za górami, że tylko tam czuła się jak w domu. A nawet zaczęli myśleć o adopcji dziecka.

Trudno sobie wyobrazić, aby mężczyzna w jego wieku znowu został ojcem. Mimo wszystko zdecydował się na ten krok.

Przez trzy tygodnie, zanim pocztą przyszło zdjęcie, cieszył się na myśl o tym.

I wtedy zadzwonił telefon.

Wówczas po raz drugi życie Quincy’ego rozpadło się na kawałki.

Chyba powinien zacząć szukać mieszkania.

Może jutro, pomyślał, choć wiedział, że tego nie zrobi. Nawet mędrzec staje się głupcem w obliczu miłości.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Na progu stała właścicielka pensjonatu, wyraźnie zdenerwowana. Powiedziała, że na dole czeka policjant. Pyta o Quincy’ego. Twierdzi, że to pilne. Musi z nim natychmiast porozmawiać.

Quincy nie był zaskoczony.

Dawno temu się przekonał, że sprawy zawsze mogą przybrać zły obrót.

Wtorek, godzina 4.20 czasu pacyficznego

Kincaid znalazł względne schronienie wewnątrz swojego samochodu, włączył ogrzewanie i zaczął dzwonić z komórki.

Najpierw do dowodzącego w biurze FBI w Portlandzie agenta specjalnego. W zasadzie nie należało budzić federalnego w środku nocy, ale sierżant nie miał wyboru. W bagażniku porzuconego samochodu znaleziono nadzwyczaj niepokojące rzeczy – zdjęcia wypatroszonego ciała kobiety, wszystkie opatrzone napisem: „Własność FBI”.

Udało mu się dodzwonić do Jacka Hughesa za pierwszym razem. Agent potwierdził, że Lorraine Conner była prywatnym śledczym, a w przeszłości pracowała dla terenowego biura w Portlandzie jako konsultant. O ile się orientował, obecnie nie zajmowała się żadną sprawą, ale może współpracowała z innym biurem. Hughes podał nazwisko partnera Conner, poprosił, aby na bieżąco go informować, ziewnął kilka razu i z ulgą wrócił do miłego, ciepłego łóżka.

Podczas następnych dwóch rozmów Kincaidowi nadal sprzyjało szczęście. Udało mu się dodzwonić do kierowniczki laboratorium kryminalistyki, Mary Senate. Opowiedział jej o tym, co znaleźli. Oświadczyła, że przy tak fatalnej pogodzie, gdy wszystko tonie w deszczu, nie warto wysyłać technika. Porozmawiają znowu, kiedy samochód znajdzie się w suchym, bezpiecznym miejscu. Po czym wróciła do łóżka. Kincaid dodzwonił się też do pracowni daktyloskopii, gdzie otrzymał podobną odpowiedź – nie da się zdjąć odcisków z mokrego samochodu, więc odezwijcie się, kiedy wyschnie. Dobranoc.

Przemoczony do suchej nitki Kincaid został sam, rozmyślając, czemu nie został księgowym, jak jego ojciec.

Wysiadł z samochodu i natknął się na szeryf Atkins, która skierowała ludzi do przeszukiwania zarośli. Na nieszczęście deszcz wciąż lał jak z cebra, a widoczność była bliska zeru. Z drugiej strony, chociaż był listopad, temperatura nie spadła poniżej dziesięciu stopni. Było zimno, zwłaszcza jeżeli się kompletnie przemokło, ale przynajmniej nie zagrażało to niczyjemu życiu.

Zakładając, że Lorraine Conner błąkała się gdzieś po lesie.

Co w taką noc skłoniło kobietę do opuszczenia samochodu? Zwłaszcza doświadczoną policjantkę, na ciemnej, bezludnej i bez wątpienia niebezpiecznej drodze? Kincaidowi przychodziły na myśl różne odpowiedzi, ale żadna nie była zadowalająca.

Zadzwonił do firmy holowniczej. Skoro naukowcy życzyli sobie, aby samochód znalazł się w suchym i bezpiecznym miejscu, należało w miarę szybko spełnić ich żądanie.

Przyjechała laweta. Kierowca wysiadł i na widok rozmokłego błocka wokół porzuconego auta pokręcił tylko głową. Pojazd kompletnie ugrzązł. Gdyby próbowali go wyciągnąć, błoto rozbryzgłoby się na wszystkie strony, niszcząc te nieliczne ślady, które być może jeszcze się zachowały.

Samochodu nie można było ruszyć przez co najmniej kilka następnych godzin.

Kincaid zaklął, wściekły potrząsnął głową i nagle wpadł na genialny pomysł. Znalazł miejscowego szeryfa i kazał mu natychmiast przywieźć z domu namiot. Pół godziny później nad i wokół samochodu wznosiło się prowizoryczne zadaszenie. Wszystkie widoczne dowody i tak już dawno zdążyły ulec zniszczeniu, ale do licha, warto było przynajmniej spróbować. Poza tym, pod osłoną mógł w końcu zacząć pracować.

Zaczął robić zdjęcia aparatem cyfrowym. Właśnie się uporał z połową pojazdu, kiedy wrócił funkcjonariusz Blaney, a za nim przyjechał kolejny samochód.

Sierżant przyglądał się, jak mężczyzna parkuje za wozem patrolowym Blaneya i wysiada. Płaszcz marki London Fog, który miał na sobie, zapewne kosztował połowę pensji Kincaida. Drogie buty. Spodnie idealnie zaprasowane w kant. A więc to był Pierce Quincy. Dawny psycholog kryminalny FBI. Mąż Lorraine Conner. Człowiek, którym niewątpliwie należy się zainteresować. Kincaid przyglądał mu się długo i dokładnie.

Quincy, nie tracąc czasu, podszedł do niego.

– Sierżancie Kincaid. – Mężczyzna wyciągnął rękę. Kompletnie mokre włosy kleiły mu się do czaszki.

– Zapewne pan Quincy.

Przywitali się. Kincaid pomyślał, że psycholog ma zdecydowany uścisk dłoni, szczupłą twarz i niemal krystalicznie błękitne oczy. Twardy facet. Przyzwyczajony do panowania nad sytuacją.

– Co się stało? Gdzie jest moja żona? Chciałbym zobaczyć Rainie.

Kincaid tylko skinął głową i kołysząc się na piętach, nie przerywał obserwacji. To było jego przyjęcie. Lepiej ustalić to od razu i obu im zaoszczędzić niepotrzebnej nerwówki.

– Ładny płaszcz – odezwał się w końcu.

– Sierżancie...

– Buty też niezłe. Trochę dużo tu błota, nie sądzi pan?

– Błoto można zmyć. Gdzie jest moja żona?

– Coś panu powiem. Pan odpowie na moje pytania, potem ja odpowiem na pańskie. Może być?

– Mam jakiś wybór?

– Prawdę mówiąc, ponieważ ja tu rządzę, nie ma pan.

Quincy zacisnął usta, ale nie protestował. Kincaid pozwolił sobie na krótki moment triumfu. Punkt dla stanowego policjanta.

– Kiedy widział pan żonę po raz ostatni?

– Siedem dni temu.

– Wyjeżdżał pan z miasta?

– Nie.

– Nie pracujecie razem?

– W tej chwili nie.

– Mieszkacie razem?

Na szczęce Quincy’ego drgnął mięsień.

– Nie w tej chwili.

Kincaid przekrzywił głowę.

– Nie układa wam się?

– Nie w tej chwili.

– Cóż, okay, skoro chce pan pogrywać w ten sposób, ale słuchaj no pan...

– Sierżancie, proszę. – Quincy uniósł rękę. – Jeżeli chce pan, żebym tańczył, jak mi pan zagra, możemy się tak bawić przez kilka następnych godzin. Ale w tej chwili pytam pana jak śledczy śledczego: gdzie jest moja żona?

– Nie wie pan?

– Słowo daję, sierżancie, nie wiem.

Kincaid mierzył go wzrokiem przez długą chwilę, w końcu wzruszył tylko lekko ramionami.

– Miejscowy szeryf znalazł jej samochód tuż po drugiej nad ranem. Nigdzie jej nie ma, ani tutaj, ani w miejscu zamieszkania. Będę z panem szczery – martwi mnie to.

Kincaid zauważył, że psycholog przełknął ślinę, a potem prawie niezauważalnie się zachwiał.

– Potrzebuje pan czasu? – zapytał Kincaid ostro. – Podać panu coś?

– Nie. Ja tylko... Nie.

Quincy zrobił krok. Potem jeszcze jeden. W blasku reflektorów jego twarz wydawała się blada. Kincaid zaczął dostrzegać szczegóły, które wcześniej mu umknęły. Sposób, w jaki elegancki płaszcz wisiał na wychudłej sylwetce psychologa. Sposób, w jaki facet się poruszał – gwałtowny, spięty. Jak ktoś, kto od wielu dni nie wysypiał się porządnie.

Były federalny całkiem nieźle odgrywał rolę zrozpaczonego męża.

– Może kawy? – zaproponował Kincaid.

– Nie. Wolałbym... Czy mogę obejrzeć samochód? Mogę pomóc stwierdzić... czy coś zginęło.

Kincaid zastanowił się nad tą prośbą.

– Może pan popatrzeć, ale niczego nie dotykać. Kryminalistycy jeszcze się nie zjawili.

Zaprowadził go do porzuconej toyoty. Kiedy skończył robić zdjęcia, na których utrwalił położenie otwartych drzwi, zamknął je. Teraz otworzył je ponownie.

– Sprawdziliście otoczenie? – spytał Quincy. Był już bardziej opanowany; natura śledczego wzięła górę nad zdenerwowaniem.

– Za bardzo nie ma tu czego sprawdzać.

– A las?

– W tej chwili przeszukuje go kilku funkcjonariuszy.

– No tak, te wszystkie samochody – mruknął Quincy. Wskazał ręką schowek. – Mogę?

Kincaid przeszedł na drugą stronę samochodu i dłonią w rękawiczce otworzył schowek. Już wcześniej sprawdził jego zawartość, wiedział więc, co się w nim znajduje: kilka serwetek z McDonald’sa, cztery mapy i instrukcja obsługi samochodu z wetkniętą rejestracją. Teraz przyglądał się, jak Quincy dokładnie wszystko przegląda.

– Torebka? – spytał psycholog.

Kincaid posłusznie ją otworzył. Quincy zajrzał do środka.

– Jej broń – odezwał się w końcu. – Glock, kaliber czterdzieści, półautomat. Rainie na ogół trzymała go w schowku, jeżeli nie miała go przy sobie.

– Zawsze podróżowała uzbrojona?

– Zawsze.

– Gdzie pan spędził dzisiejszą noc?

– Wróciłem tuż po dziesiątej. Może pan spytać panią Thompson, właścicielkę pensjonatu. Była na dole, kiedy przyszedłem.

– Pilnuje drzwi wejściowych?

– Nie.

– Mógł więc pan wyjść później, a ona by o niczym nie wiedziała?

– Nie mam alibi, sierżancie. Mogę tylko dać moje słowo.

Kincaid zmienił taktykę.

– Czy pańska żona często się wybierała na przejażdżkę w środku nocy?

– Czasami, kiedy nie mogła spać.

– Jeździła tą drogą?

– Prowadzi na plażę. Rainie lubi słuchać w nocy szumu oceanu.

– Czy to właśnie robiła dziesiątego września, kiedy została zatrzymana za jazdę po pijanemu?

Quincy nie wyglądał na zaskoczonego tym, że Kincaid wie o jej aresztowaniu.

– Sprawdziłbym miejscowe bary – odparł po prostu.

– Czy pańska żona ma problem z piciem?

– Ją musi pan o to zapytać.

– Wygląda na to, że sprawy nie mają się za dobrze.

Nie było to pytanie i Quincy nic nie odpowiedział.

– Co znajdziemy w lesie, panie Quincy?

– Nie wiem.

– Co według pana zaszło na tej drodze, w środku nocy?

– Nie wiem.

– Nie wie pan? Dajże pan spokój. Czy nie jest pan wybitnym psychologiem, znawcą ludzkiej natury?

Quincy wreszcie się uśmiechnął. Pod wpływem tego uśmiechu jego twarz przybrała bardziej ponury wyraz, niż Kincaid mógłby się spodziewać.

– Najwyraźniej, sierżancie – rzekł psycholog cicho – nigdy nie spotkał pan mojej żony.

3

Wtorek, godzina 4.45 czasu pacyficznego

Quincy chciał działać. Instynkt podpowiadał mu, że powinien się rzucić w ciemną gęstwinę krzaków, gorączkowo nawoływać zaginioną żonę. Potem chciał zaatakować samochód Rainie, rozerwać go na strzępy, szukać... czegokolwiek. Listu. Śladów walki. Magicznej wskazówki mówiącej: Rainie jest tutaj, lub: twoja żona wciąż cię kocha.

Powstrzymywał go przed tym sierżant Kincaid. Z zawodową grzecznością dawał mu jedynie do zrozumienia, że traktuje go jak męża, który odszedł od żony, która z kolei zaginęła. Zmusił go, żeby opuścił ogrodzony policyjną taśmą teren. Quincy przez jakiś czas przechadzał się tam i z powrotem, z każdą chwilą przemakając coraz bardziej.

W końcu schronił się w swoim samochodzie. Usiadł na skórzanym siedzeniu i zaczął się bezmyślnie gapić na supernowoczesną deskę rozdzielczą z pięknymi, wykonanymi w drewnie detalami, jednocześnie brzydząc się całym pojazdem.

Rainie zaginęła. Jak on może siedzieć w luksusowej limuzynie?

Spróbował przez przednią szybę śledzić poczynania policji, ale deszcz padał zbyt mocno i wszystko było zamazane. Od czasu do czasu udawało mu się jedynie zauważyć błysk latarki, gdy funkcjonariusze przeczesywali pobliski las. Czterej policjanci. Tylko tylu. Miejscowi, według Kincaida doświadczeni w poszukiwaniu zaginionych myśliwych. Zważywszy na panujące warunki, nic więcej nie dało się zrobić. Gdy nastanie dzień, wezwą ochotników, poszukiwawczo-ratownicza maszyna ruszy pełną parą. Zainstalują stanowisko dowodzenia, sprowadzą psy, podzielą las na sektory.

Pod warunkiem, że do tej pory nie odnajdą Rainie. Zakładając, że czterech policjantów, po omacku przeczesujących las w środku nocy, jakimś cudem nie odnajdzie igły w stogu siana.

Rainie zaginęła. Jej broń także.

Powinien myśleć. To była jego mocna strona. Nikt nie umiał zgłębić zawiłości ludzkiego umysłu lepiej niż Pierce Quincy. Inni potrafią na przykład żonglować, on znał się na tym.

Spróbował przywołać do porządku bezładne myśli. Zaczął sobie przypominać przypadki uprowadzeń, którymi kiedyś się zajmował. Przeróżne sposoby, jakimi złoczyńcy wabili niepodejrzewające niczego kobiety, sprowadzając na nie śmierć. Ted Bundy lubował się w udawaniu, że jest ranny, i z gipsem na ręce prosił młode studentki, aby mu pomogły nieść książki. „Ekologiczny zabójca” z Wirginii wybierał kobiety w barach, podkładał gwoździe pod tylne opony ich samochodów. Potem jechał za nimi, póki z kół nie uszło całe powietrze. Hej, może pani pomóc?

Inni załatwiali sprawę szybko. Zastawiali pułapkę na ofiarę, zaskakiwali ją w nieoczekiwanym momencie. Tyle metod, tyle sposobów, na jakie można to zrobić. W środku nocy, na pustej, biegnącej przez gęsty las drodze. Nic trudnego.

Ale Rainie była uzbrojona. Rainie znała się na rzeczy. Ona także widziała zdjęcia z miejsc zbrodni.

Jego myśli znowu pobłądziły. Próbował wypracować jakąś teorię, wyobrazić sobie, co się tutaj wydarzyło kilka minut po drugiej nad ranem. Nie udało mu się jednak zmusić umysłu do działania. Na razie zapomniał, co to znaczy być doświadczonym i wyszkolonym śledczym. Póki co był zdruzgotanym, zszokowanym mężem.

Rainie zaginęła. Jej broń także.

Te dwa zdania uświadomiły Quincy’emu, że prawdziwie, namacalnie się boi. Przeszywał go strach, którego nie potrafił jeszcze ubrać w słowa. I któremu nie potrafił stawić czoła.

Rainie zaginęła. Jej broń także.

Quincy zamknął oczy. Wsparł czoło o kierownicę. I żałował, nie po raz pierwszy w życiu, że wie to wszystko aż za dobrze.

Czwartek, trzy tygodnie wcześniej, godzina 17.45 czasu pacyficznego

– Jesteś dzisiaj wyjątkowo cicha.

Zauważył, że jego głos ją wystraszył. Gwałtownie podniosła głowę, wyrwana z zadumy zamrugała oczami. W końcu jego słowa do niej dotarły; uśmiechnęła się słabo.

– Na ogół ja to mówię.

Odwzajemnił uśmiech, wchodząc do pokoju, jednocześnie uważając, aby nie naruszyć jej terytorium. Kiedyś bez zastanowienia podszedłby i usiadł obok niej na kanapie. Pocałowałby ją w policzek, może wsunął za ucho niesforny kasztanowy kosmyk włosów. Być może też zachowałby większy dystans i tylko usiadł w swoim ulubionym fotelu z wysokim oparciem przy gazowym kominku i otworzywszy książkę, dzielił wraz z nią ciszę.

Lecz nie tym razem.

– O czym myślisz? – Głos mu zadrżał, co go zdenerwowało.

– O pracy – odparła.

Strząsnęła włosy z ramienia i wstała z kanapy. W Oregonie październik był zazwyczaj ciepły i łagodny. W tym roku jednak odnotowano rekordowe opady deszczu, a ciągnące się bez końca szare deszczowe dni przyniosły chłód, który przenikał do szpiku kości. Rainie wyjęła już zimowe ubrania. Miała na sobie za duży, robiony na drutach, gruby kremowy sweter i swoje ukochane znoszone dżinsy, uwydatniające jej szczupłe, długie nogi. Kolor swetra podkreślał rude pasemka w jej wijących się kasztanowych włosach.

Quincy pomyślał, że Rainie wygląda pięknie.

– Powinnam się zbierać – powiedziała.

– Wychodzisz?

– Mam spotkanie z Dougiem. Zdawało mi się, że wczoraj ci o tym mówiłam.

– Dopiero co się z nim widziałaś.

– To było we wtorek, dzisiaj jest czwartek. Daj spokój, Quince, kiedy to się zaczęło, powiedziałam ci, że zabierze mi mnóstwo czasu.

– Rainie... – Nie wiedział, jak to powiedzieć.

– Co? – W końcu do niego podeszła, z rękami wspartymi na biodrach i niecierpliwością w głosie.

Teraz widział jej stopy. Bose, bez skarpetek. Rząd dziesięciu palców o niepomalowanych paznokciach. Jestem stracony, pomyślał Quincy. Kocham nawet palce u stóp mojej żony.

– Uważam, że nie powinnaś wychodzić.

Jej niebieskie oczy rozszerzyły się. Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Uważasz, że nie powinnam wychodzić? Cóż to, do cholery, ma znaczyć? Chyba nie jesteś zazdrosny o Dougiego?

– Prawdę mówiąc, mam do niego wiele zastrzeżeń.

Już chciała zaprotestować, ale Quincy uciszył ją, podnosząc rękę.

– Wiem jednak, że nie Dougie jest tu problemem.

To jedno zdanie podziałało jak zapalona zapałka.

Rainie odsunęła się od niego, poruszając się gwałtownie, wyraźnie zdenerwowana. Obok sofy znalazła swoje skarpetki i sznurowane buty; demonstracyjnie usiadła i zaczęła je wkładać.

– Odpuść sobie – powiedziała stanowczo.

– Nie mogę.

– Jasne, że możesz. To proste. Wystarczy, żebyś raz na zawsze przyznał, że nie możesz mnie zmienić.

– Kocham cię, Rainie.

– Gówno prawda! Miłość to akceptacja, Quincy. A ty mnie nigdy nie zaakceptowałeś.

– Powinniśmy porozmawiać.

Założyła już skarpetki i chwyciła buty. Była jednak tak wściekła – a może tak smutna, sama już tego nie wiedziała, co stanowiło część problemu – że nie umiała sobie poradzić ze sznurowadłami.

– Nie ma o czym. Poszliśmy tam, widzieliśmy, co widzieliśmy, i teraz będziemy pracować nad tym jak zawsze. Na miłość boską, to były tylko dwa kolejne morderstwa. Widywaliśmy już gorsze rzeczy.

Nie umiała założyć buta. Palce miała niezdarne, roztrzęsione. W końcu jakoś jej się udało wepchnąć lewą stopę, zostawiła niezawiązane sznurowadła i sięgnęła po prawy but.

– Rainie, proszę cię; nie zamierzam udawać, że rozumiem, co czujesz...

– Znowu zaczynasz! Kolejny tekst żywcem wyjęty z podręcznika psychologii. Jesteś moim mężem czy terapeutą? Pora, żebyś to sobie uświadomił, Quincy – dla ciebie to żadna różnica.

– Wiem, że musisz porozmawiać o tym, co się stało.

– Wcale nie muszę!

– Owszem, Rainie, musisz.

– Po raz ostatni proszę: odpuść sobie!

Wyminęła go wściekła, klapiąc sznurowadłami o dywan. Chwycił ją za ramię. Na ułamek sekundy oczy jej pociemniały. Wiedział, że ma ochotę go uderzyć. Zapędzona w kozi róg, potrafiła tylko walczyć. Z jednej strony widok jej zarumienionych policzków dodał mu otuchy. Z drugiej wiedział, że musi zagrać ostatnią kartą, jaka mu została.

– Rainie, wiem, że piłaś.

– To kłamstwo...

– Luke mi powiedział o mandacie.

– Luke jest idiotą.

Quincy nie odrywał od niej wzroku.

– Okay, niech ci będzie: wypiłam jednego drinka.

– Jesteś alkoholiczką. Nigdy nie pijesz jednego drinka.

– Wybacz, że jestem tylko człowiekiem. Miałam chwilę słabości, ale pozbierałam się. Chyba mi nie powiesz, że z powodu dwóch piw trzeba od razu wzywać policję.

– Dokąd się dzisiaj wybierasz, Rainie?

– Do Dougiego. Już ci mówiłam.

– Rozmawiałem z nim dzisiaj po południu. Nic nie wiedział o spotkaniu.

– To tylko mały chłopiec, mogło mu się pomieszać...

– Nie wiedział też o wtorku.

Znieruchomiała. Przyłapana, w pułapce. Wyraz jej twarzy rozdzierał mu serce.

– Rainie – wyszeptał. – Od kiedy kłamstwo przychodzi ci tak łatwo?

Rumieniec znikł z jej policzków. Wpatrywała się w niego przez długą chwilę z takim natężeniem, że zbudziła się w nim nadzieja. Po chwili jednak jej oczy zrobiły się chłodne i przybrały szarą barwę, którą znał tak dobrze. Zacisnęła szczęki.

– Nie uda ci się mnie naprawić, Quincy – powiedziała cicho, wyzwoliła się z jego uchwytu i wyszła.

Wtorek, godzina 5.01 czasu pacyficznego

Quincy siedział w swoim samochodzie, wpatrując się w mrok.

– Och, Rainie – mruknął. – Coś ty zrobiła?

4

Wtorek, godzina 5.10 czasu pacyficznego

Agentka specjalna Kimberly Quincy lubiła biegać. O piątej rano zerwała się z łóżka; od lat przywykła budzić się tuż przed dzwonkiem budzika. O piątej czterdzieści pięć skończyła swój codzienny dziesięciokilometrowy bieg. O szóstej wyszła spod prysznica, założyła proste czarne spodnie i obcisłą kremową bluzkę z jedwabiu. Poszła do kuchni, zjadła tost i wypiła kawę, po czym, chwyciszy żakiet, wyszła z domu.

O szóstej trzydzieści ruch na drogach zaczynał robić się coraz większy. Trzeba było jechać wolno, chociaż nie tworzyły się jeszcze korki. Kimberly lubiła trwający czterdzieści pięć minut dojazd do pracy – miała wówczas czas, aby sobie ułożyć w myślach plan dnia. Dzisiejszego ranka zamierzała przeprowadzić pewne badania, a to oznaczało, że będzie musiała wypełnić formularze dla analityka. Biuro zapewniało swoim agentom najpotężniejszą broń, ale Boże uchowaj, kiedy ktoś chciał skorzystać z komputera.

Po wypełnieniu papierów musiała posortować kilka pudeł z dokumentami dotyczącymi ostatniej sprawy: najwyższej klasy fałszerstw dzieł sztuki, które się pojawiły na rynku w Atlancie. Zespół Kimberly próbował ustalić, czy coś je ze sobą łączy, śledząc drogę, jaką pokonały, aż trafiły do galerii sztuki i handlarzy.

Ponieważ zdobyła już doświadczenie przy dwóch sprawach seryjnych zabójców, wcześniej wyobrażała sobie, że będzie pracować w wydziale kryminalnym biura, albo jeszcze lepiej: w jednostce kontrwywiadu i antyterrorystycznej. Była jednak kobietą, a wszystkie agentki zaczynały od przestępstw lżejszego kalibru.

Ale była też dobra wiadomość: prawdopodobnie dzisiaj po południu jedna z grup operacyjnych aresztuje groźnego przestępcę i Kimberly poproszono o wzięcie udziału w operacji. W takich przypadkach dodatkowi ludzie zawsze się przydawali, poza tym, o czym jej przełożony uwielbiał jej przypominać, w ten sposób młodzi agenci zdobywali doświadczenie. Będzie to miłe urozmaicenie dnia.

Po dwóch latach pracy w biurze Kimberly czuła, że w końcu wszystko w jej życiu zaczyna się układać. Lubiła Atlantę; nie sądziła, że miasto okaże się tak młode i podążające z duchem czasu, jednocześnie pełne starodawnego południowego uroku. Uwielbiała ciepły klimat i zapał ludzi do uprawiania na wolnym powietrzu przeróżnych sportów: spacerów, joggingu, pływania. Wiele też wskazywało na to, że była do szaleństwa zakochana w Macu.

Byli ze sobą od dwóch lat. Kto by pomyślał? Młoda, ambitna agentka federalna i nieco arogancki, lecz przy tym wyjątkowo uroczy stanowy detektyw. Łączył ich nietypowy związek. Nie potrafiłaby zliczyć odwołanych spotkań w piątkowe wieczory czy weekendowych wyjazdów, z których nic nie wyszło. Jej komórka, jego komórka. Bez przerwy któreś z nich było wzywane.

Jednak w ich przypadku taki układ się sprawdzał. Oboje uwielbiali swoją pracę, doceniali te krótkie chwile, które mogli spędzić razem. Właśnie planowali wspólny weekend w Savannah, a to oznaczało, że z całą pewnością jedno zostanie wezwane do jakiejś pilnej sprawy.

Kimberly była ciekawa, co przyniesie pozostała część tygodnia.

W końcu zaparkowała, weszła do biura, nalała sobie drugą filiżankę kawy i podeszła do biurka. Wolnym krokiem ominęła liczne pudła stojące wokół krzesła i znalazła się w swoim małym prywatnym raju, popijając paskudną kawę i bawiąc się najczęściej używaną przez agentów FBI bronią – długopisem.

Do ósmej ani razu nie zadzwoniła jej komórka. Kiedy w końcu się odezwała, widok znajomego numeru na wyświetlaczu nie zaniepokoił Kimberly.

– Cześć, tato.

Połączenie było fatalne. Najpierw usłyszała głośny szum, potem trzask, wreszcie swoje imię.

– ... Kimberly.

– Tato, nie słyszę cię.

– Rainie... o drugiej, dzisiaj nad ranem... Policja stanowa...

– Tato?

– Kimberly?

– Musisz zmienić miejsce. Uciekasz mi. – Znowu szumy i trzaski. Potem dwa dwukrotne kliknięcia. Rozmowa została przerwana. Kimberly siedziała, z irytacją wpatrując się w telefon. Zadzwonił ponownie. Odebrała natychmiast.

– Hej, tato.

Żadnego dźwięku. Nic.

Jednak nie do końca. Słyszała jakieś odgłosy w tle. Przytłumione i rytmiczne. Skrzypienie. Warkot. Jakby samochodu.

– Tato? – zapytała, marszcząc brwi.

Dyszenie. Jęk. Stukot.

I znowu usłyszała ten sam ciężki oddech. Bliższy. Szybszy. Zupełnie jakby... zrozpaczony.

– Halo! – spróbowała ponownie.

Znowu jakieś dźwięki. Kimberly wytężyła słuch, ale żadnego z nich nie rozpoznała. W końcu postanowiła raz jeszcze sprawdzić, kto dzwoni. Tym razem jednak nie był to numer jej ojca.

– Rainie? – spytała zdumiona.

Połączenie znowu zaczęło się rwać. Usłyszała szum, po nim nastąpiła chwila ciszy i ponownie rozległ się ciężki oddech.

– Rainie, musisz mówić głośniej – powiedziała Kimberly donośnie. – Uciekasz mi.

Trzaski, szum, cisza.

– Rainie? Rainie? Jesteś tam?

Kimberly zmartwiona wpatrywała się w telefon – nic nie wskazywało na to, żeby dzwoniący się rozłączył. W ostatniej chwili powróciły szumy. Po nim dziwny metaliczny stukot. Puk, puk, puk. Przerwa. Puk, puk, puk. Przerwa. Puk, puk, puk.

W końcu połączenie zostało przerwane na dobre.

Kimberly zamknęła klapkę telefonu. Natychmiast znowu rozległ się dzwonek. Tym razem to był jej ojciec.

– Gdzie wy jesteście? – spytała Quincy’ego. – Połączenie jest koszmarne.

– Na bocznej drodze – odparł jej ojciec. – Niedaleko Bakersville.

– Tak czy owak, musisz zacząć od początku. Nie zrozumiałam ani słowa z tego, co mówiłeś, nie wspominając już o Rainie.

Po drugiej stronie nastąpiła przedłużająca się chwila ciszy.

– Rainie do ciebie dzwoniła? – Głos ojca brzmiał dziwnie, było w nim słychać napięcie.

– Przed sekundą; dzwoniła ze swojej komórki...

– Swojej komórki – przerwał jej ostro Quincy. – Dlaczego nie pomyśleliśmy o cholernym telefonie?

Kimberly słyszała teraz mnóstwo różnych dźwięków. Najpierw ktoś otworzył drzwi do samochodu, po chwili je zatrzasnął. Jej ojciec wołał sierżanta o nazwisku Kincaid.

– Tato, przerażasz mnie.

– Ona zaginęła.

– Kto zaginął?

– Rainie. – Mówił szybko, rwącym się głosem, najwyraźniej nie stał w miejscu. – Znaleźli jej samochód. O drugiej nad ranem. Silnik był wciąż na chodzie, światła włączone. Na siedzeniu pasażera leżała torebka. Ale nigdzie nie ma śladu jej broni. Jasne, jej komórka. Teraz mów, Kimberly. Powtórz mi każde słowo, które powiedziała.

I wtedy Kimberly w końcu pojęła. Odgłos jadącego samochodu, dyszenie, metaliczny stukot.

– Nic nie powiedziała, tato. Ale dawała sygnały. Wydaje mi się... wydaje mi się, że nadała SOS.

Quincy nic nie odpowiedział. Nie musiał. W zapadłej ciszy Kimberly niemal słyszała myśli przelatujące przez głowę ojca. Pogrzeb swojej siostry. Pogrzeb matki. Wszystkich ludzi, których kochał, a którzy opuścili go zbyt wcześnie.

– Wsiadamy z Makiem do najbliższego samolotu – powiedziała zwięźle.

– Nie musisz...

– Przylecimy pierwszym samolotem.

Kimberly zerwała się z krzesła i pobiegła do gabinetu przełożonego.

5

Wtorek, godzina 6.45 czasu pacyficznego

– Wyjaśnijmy to sobie: do pańskiej córki dzwonił ktoś z komórki Lorraine.

– Tak jest.

– Ale to nie była Rainie. Ktoś użył jej telefonu.

– Nie słyszała głosu Rainie – powtórzył Quincy. – Ale słyszała, jak ktoś ciężko dyszy, i wydawało jej się, że ten ktoś jest w jadącym samochodzie. Potem usłyszała słaby metaliczny stukot, który według niej był próbą wystukania sygnału SOS.

Sierżant Kincaid westchnął. Stał pod białym zadaszeniem osłaniającym toyotę Rainie. Od dwudziestu minut robił zdjęcia. Teraz szkicował ustawienie siedzenia i lusterek oraz spisywał dane ze wszystkich wskaźników – liczbę kilometrów na liczniku, stan baku. Jego włosy były kompletnie mokre, podobnie jak gładka czarna twarz; wyglądał dokładnie tak, jak się czuł: jak wyciągnięty z wygodnego łóżka człowiek, który teraz musi moknąć w strugach ulewnego deszczu.

– Panie Quincy...

– Moja córka jest agentką FBI. Pracuje w biurze w Atlancie od dwóch lat. Sierżancie, chyba nie zamierza pan kwestionować instynktu koleżanki po fachu.

– Proszę pana, „kwestionowałbym instynkt” mojego kapitana, gdyby wyskoczył z podobną historyjką. Wie pan tylko, że do pańskiej córki dzwonił ktoś z konkretnego telefonu, ale nie jest pan w stanie dowieść, kim był dzwoniący.

– To był telefon Rainie!

– To telefon komórkowy! Ludzie je gubią, zostawiają byle gdzie, pożyczają znajomym. Na miłość boską, mój ośmiomiesięczny synek dał radę zadzwonić, przyciskając klawisz szybkiego wybierania. To żadna filozofia.

– Proszę sprawdzić biling – powiedział Quincy z uporem.

– Zrobię to z całą pewnością, bo to należy do dochodzenia. Podobnie jak sprawdzę jej domowy telefon, wyciągi z kart kredytowych, odtworzę ze szczegółami wszystko, co robiła w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Coś panu powiem: już takie rzeczy robiłem.

Kincaid chyba zdał sobie sprawę, jak ostry stał się jego głos. Wziął głęboki oddech, po czym wolno wypuścił powietrze z płuc.

– Panie Quincy...

– Ja też już robiłem takie rzeczy – rzekł psycholog.

– Tak, wiem, że jest pan ekspertem...

– Moją starszą córkę zabił szaleniec, sierżancie. Zabił też moją byłą żonę, niemal udało mu się dopaść moją młodszą córkę. Może w pańskim świecie tego rodzaju zbrodnie się nie zdarzają, ale w moim i owszem, jak najbardziej.

Kincaid znowu głęboko odetchnął. Quincy wyraźnie widział, że sierżant po prostu nie chce mu uwierzyć. W pewnym sensie go rozumiał. Praca detektywa z natury polegała na braniu pod uwagę tego, co najbardziej prawdopodobne. Według statystyk z dwustu tysięcy dorosłych, których zaginięcie zgłaszano każdego roku, tylko jedenastu tysięcy nie udawało się odnaleźć. Z tych jedenastu tysięcy zaledwie trzy tysiące czterystu padało ofiarą porwania wbrew ich woli. Gdyby Rainie była małym dzieckiem albo studentką college’u, sprawa przedstawiałaby się zupełnie inaczej. Ale Rainie była kobietą w średnim wieku, na dodatek uzbrojoną policjantką.

Kincaid znalazł się tutaj, gdyż w grę wchodziły dwie możliwości: albo kierowca porzuconego pojazdu, prawdopodobnie pod wpływem alkoholu, zgubił się w lesie, lub też poszedł do lasu i popełnił samobójstwo.

Podczas śledztwa sierżant weźmie pod uwagę oba warianty. Policyjne dochodzenia zawsze się zaczynały od teorii. Kincaid miał swoją, Quincy także już wypracował swoją.

– W porządku – rzekł gwałtownie sierżant, czym zaskoczył psychologa. – Na chwilę spójrzmy na to z pańskiej strony. Pan uważa, że pańska żona została uprowadzona ze swojego samochodu?

– Chciałbym, aby brano pod uwagę taką możliwość.

– Jak? Według pana, zawsze nosiła przy sobie broń. Poza tym zna się na samoobronie. Według mnie, taka kobieta nie znika bez walki. Niech się pan rozejrzy. Widzi pan tu jakieś ślady stoczonej walki?

– Po pierwsze: nie jestem pewny, że miała przy sobie glocka. Z reguły się z nim nie rozstawała, ale żeby potwierdzić, że miała go przy sobie, musimy dokładnie przeszukać jej dom. Po drugie: na tym etapie nie możemy wykluczyć, że piła, co w znacznym stopniu zmniejszyłoby jej zdolność do obrony. Po trzecie: proszę się rozejrzeć, sierżancie. To jedno wielkie morze błocka – jakie tu można znaleźć ślady?

Kincaid zmarszczył brwi, popatrzył na wszechobecne błoto, po czym spojrzał na Quincy’ego w zamyśleniu. Przynajmniej podjął grę.

– Dobrze. Kto mógł to zrobić? Kto miałby motyw, żeby porwać Lorraine Conner?

– To znaczy: kto poza porzuconym mężem? – spytał sucho Quincy.

– Właśnie.

– Rainie prowadziła różne sprawy, najpierw pracując w biurze szeryfa w Bakersville, później jako prywatny detektyw, wreszcie jako moja partnerka. Tym samym miała do czynienia z określoną grupą miejscowej ludności.

– Czy może mi pan dostarczyć listę nazwisk?

– Mogę spróbować. Skontaktuję się również z Lukiem Hayesem, poprzednim szeryfem Bakersville...

– Poprzednikiem szeryf Atkins? – ton Kincaida sugerował, że chodzi mu o coś innego.

– Luke zdecydował się zrezygnować z funkcji z powodów osobistych – wyjaśnił Quincy. – Jak dotąd nie poznałem szeryf Atkins, ale słyszałem o niej dużo dobrego.

– Okay, załóżmy, że pan Hayes będzie miał ochotę powspominać stare dobre czasy. Co z bieżącymi sprawami? Czy w tej chwili pańska żona zajmowała się czymś wyjątkowo drażliwym?

Quincy potrząsnął głową.

– Pomagaliśmy przy podwójnym morderstwie w Astorii, ale działaliśmy nieoficjalnie. Gdyby podejrzany zrobił się nerwowy, być może wziąłby na cel dowodzącego oficera, ale nie nas.

– Chwileczkę – mówi pan o tym podwójnym morderstwie w Astorii?

– Niewiele się tu zdarza podobnych.

– To się zaczęło w sierpniu, prawda? – I wtedy sierżant Kincaid dowiódł, że naprawdę jest bystry. – Dziesiątego września została zatrzymana za jazdę po pijanemu – mruknął.

– Tak jest – potwierdził Quincy.

Wzrok Kincaida pobiegł ku lasowi: gęstej czarnej masie rozciągającej się tuż za zasięgiem potężnych reflektorów. Quincy znowu wiedział, co sierżant myśli, ale w dalszym ciągu nie mógł się z nim zgodzić. Poza tym wciąż nie chciał przyjąć do wiadomości, że Rainie ponownie zaczęła pić, może więc rzeczywiście to prawda, że mąż zawsze dowiaduje się ostatni.

– Nie wiedziałem, że w tej sprawie jest już jakiś podejrzany – powiedział Kincaid.

– Nasza analiza doprowadziła do konkretnego człowieka. Jednak z tego, co słyszałem, nie ma przeciwko niemu żadnych dowodów. Rzecz jasna, detektywi w dalszym ciągu pracują nad sprawą. Ale na razie jestem daleki od optymizmu.

– Cholera – mruknął Kincaid.

– Cholera – zgodził się z nim cicho Quincy.

– A te zdjęcia w bagażniku? – spytał sierżant. – Ta sprawa wygląda na paskudną. Jeszcze trochę, a biedny Mitchell wyrzyga sobie wszystkie flaki.

– Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty. W tej chwili głównie zajmujemy się próbą rozwiązania starych zbrodni. Czasami coś z tego wychodzi, czasami nie.

– Stare zbrodnie prowadzą do nowych – mruknął Kincaid. – Każdy morderca wciąż na wolności zrobi wszystko, żeby nie dać się złapać.

– Fakt, ale skąd mogą wiedzieć, nad czym pracujemy? Rainie i ja jesteśmy konsultantami. Rzadko nasz udział wychodzi na jaw.

Quincy otworzył swój telefon. Raz jeszcze spróbował się dodzwonić do Rainie. Wciąż bez powodzenia. Ale telefon przynajmniej dzwonił, co oznaczało, że jest włączony. Może więc znajdował się w miejscu, w którym nie mogła po niego sięgnąć.

Może sama znajdowała się w stanie, który jej to uniemożliwiał.

Quincy nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Rainie nigdy mu nie wierzyła, ale sprawa w Astorii jego także głęboko poruszyła.

– Co to dla nas oznacza? – zapytał Kincaid. – Sam pan przyznał, że nie ma nikogo, kto mógłby czyhać na pańską żonę.

– Być może. Chociaż, chwileczkę. – Psycholog zmarszczył czoło i uniósł rękę. – Po pierwsze, nie możemy wykluczyć, że zaatakował ją ktoś zupełnie obcy. Ale po drugie, możemy sprawdzić pewien trop. Ostatnio Rainie zgłosiła się do pracy na ochotnika...

– Na ochotnika?

– Chciała zajmować się dziećmi przebywającymi w rodzinach zastępczych. Reprezentować je w sądzie; jest taka organizacja, do której można wstąpić...

Kincaid machnięciem ręki przerwał tłumaczenie Quincy’ego.

– Tak, tak, słyszałem o tym. To znaczy, że chciała pomagać dzieciom. – Sierżant skinął głową, po raz kolejny udowadniając, że potrafi czytać między wierszami. – To nawet ma sens.

– Miała już pierwszą sprawę. Mały chłopiec, Douglas Jones. Douglas – w zasadzie Dougie – twierdzi, że jego zastępczy ojciec go bije, jednak według zastępczych rodziców wszystko zmyślił, bo wreszcie natrafił na godnych siebie przeciwników w „trudnej miłości”. Powinienem dodać, że Dougie ma na swoim koncie kradzieże, okrucieństwo wobec zwierząt i drobne podpalenia.

– Ile ma lat?

– Siedem.

– Siedem? – Kincaid uniósł brwi. – Chce pan, żebym zaczął podejrzewać siedmiolatka?

– Nie, nie – powiedział Quincy. – Chociaż bardzo szybko może pan zacząć rozważać taką możliwość – dodał sucho. – Rainie została przydzielona do sprawy Dougiego, żeby stwierdzić, czy chłopiec mówi prawdę. Gdyby się okazało, że tak, wówczas reprezentowałaby go w sądzie. Gdyby ustaliła, że mały kłamie, wtedy podjęłaby się negocjacji, aby jakoś rozwiązać konflikt pomiędzy nim a rodzicami. Zastępczym ojcem jest Stanley Carpenter. Ma trzydzieści sześć lat, pracuje w dziale załadunku w fabryce serów i jest znany z tego, że bez trudu potrafi sam podnieść pół palety sera.

– Duży facet.

– Nawet bardzo duży. Z drugiej strony, może to przemawiać na jego korzyść. Gość jego postury bijący małego chłopca, jakim jest Dougie... Wiadomo, jak to by się skończyło. Lekarz sądowy oceniałby obrażenia w kostnicy.

Kincaid roześmiał się.

– To najbardziej zwariowana linia obrony, o jakiej słyszałem. Mimo to...

– Ma sens.

– Owszem, ma. – Sierżant zamyślił się i odwrócił do samochodu.

Quincy po raz kolejny wyjął komórkę. Z uporem naciskał guzik ponownego wybierania. Rainie wciąż nie odbierała, ale też nigdzie z lasu nie dochodził odgłos dzwoniącego telefonu, co dawało mu cień nadziei.

– Myśli, że on to robi? – zapytał Kincaid. – Że ten cały Stanley bije dzieciaka?

– Miała pewne wątpliwości. A one mogły sprawić, że złożyłaby doniesienie, co dla Stanleya...

– Byłoby mało korzystne.

– Otóż to.

– A facet jego postury – dokończył sierżant – mógłby bez problemu porwać kobietę wbrew jej woli, nawet wyszkoloną. Zakładając, rzecz jasna, że nie miała przy sobie broni.

– Zakładając, że nie miała przy sobie broni.

– W porządku – rzekł gwałtownie Kincaid. – To by było na tyle. Tutaj zresztą i tak gówno zdziałamy, przynajmniej dopóki nie przestanie padać. Zwijamy się.

– Mogę iść z wami?

– Pod warunkiem że będzie pan w zasięgu mojego wzroku i nie będzie pan niczego dotykał.

– Będę grzeczny – zapewnił go Quincy. – Dokąd idziemy?

– Poszukać broni, to chyba jasne. Z pańskim pozwoleniem, chcielibyśmy przeszukać pana dom.