Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 123 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaginiona kartoteka. W poszukiwaniu Sama - Pittacus Lore

Przeżyłem upadek w przepaść. Przeżyłem zniszczenie bazy w Ashwood Estates. Byłem wtedy nieprzytomny, ale Malcolm powiedział, że coś chroniło nas przed zmiażdżeniem, jakby jakaś siła osłaniała nas przed niszczącym wszystko kataklizmem. Do trzech razy sztuka. Może to z wyczerpania, a może zaczynam już majaczyć, ale w tej chwili nabieram głębokiej, jasnej pewności, że śmierć nie jest mi pisana. Że mam inny cel w życiu, gdzieś poza tymi walącymi się ścianami, i ta szalona chwila nie doprowadzi mnie do niego. Że jeszcze nie dałem z siebie tego, co najlepsze. Pittacus Lore jest głową Starszyzny Loryjczyków. Posiada moce, o jakich posiadaniu wy marzycie. Potrafi robić rzeczy, o jakich wy możecie tylko pomarzyć. Widział rzeczy, jakich nigdy nie zobaczycie. Od dwunastu lat mieszka na Ziemi, szykując się do wojny, która zdecyduje o losie naszej planety. Nikt nie zna miejsca jego pobytu.

Opinie o ebooku Zaginiona kartoteka. W poszukiwaniu Sama - Pittacus Lore

Fragment ebooka Zaginiona kartoteka. W poszukiwaniu Sama - Pittacus Lore

Tytuł oryginału:I AM NUMBER FOUR: THE LOST FILES: THE SEARCH FOR SAM
Redakcja: JOANNA ZIOŁO
Korekta: BRONISŁAWA DZIEDZIC-WESOŁOWSKA
Projekt okładki: Panna Cotta
Zdjęcie na okładce: Fotolia
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: Katka, Warszawa
Copyright © 2012 by Pittacus Lore All rights reserved. Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-823-3
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

1

Nie wiem, czy dam radę.

Nie mam siły mówić, więc wypowiadam to w myślach, nie otwierając nawet ust. Ale wiem, że Pierwsza usłyszy. Ona zawsze mnie słyszy.

– Musisz – oznajmia stanowczo. – Musisz się ocknąć. Musisz walczyć.

Leżę na dnie głębokiego wąwozu. Nogi mam zgięte w kolanach, a pomiędzy moje łopatki wbija się boleśnie jakiś głaz. Woda z płynącego dnem jaru strumienia cieknie mi po udzie. Nic nie widzę, bo nie mam siły, żeby otworzyć oczy.

Szczerze mówiąc, wcale nie chcę ich otwierać. Chcę już z tym skończyć, ulec, poddać się.

Kiedy otworzę oczy, będę musiał zmierzyć się z rzeczywistością.

A rzeczywistość wygląda tak, że nurt rzeki wyrzucił mnie na suchy brzeg. Wilgoć, którą czuję na nodze, to nie jest woda z rzeki. To moja krew: prawą nogę mam złamaną w wielu miejscach, a na wysokości goleni ze skóry sterczy ostra kość.

Zmierzenie się z rzeczywistością oznacza przyjęcie do wiadomości, że własny ojciec zostawił mnie na pewną śmierć w miejscu odległym od naszego domu o ponad jedenaście tysięcy kilometrów. I że to mój przybrany brat Ivanick zepchnął mnie do tego wąwozu, w tak brutalny sposób chcąc pozbawić życia.

Jeśli otworzę oczy, będę musiał też pogodzić się z tym, że jestem Mogadorczykiem, że należę do rasy odpowiedzialnej za zagładę mieszkańców planety Lorien i planującej podbój Ziemi.

Z całych sił zaciskam powieki, rozpaczliwie usiłując nie dopuścić do siebie tej prawdy.

Dopóki nie otworzę oczu, mogę umknąć do znacznie przyjemniejszego miejsca: na kalifornijską plażę. Rozgarniam piasek bosymi stopami. Pierwsza siedzi obok, przyglądając mi się z uśmiechem. Tak właśnie zapamiętała Kalifornię, to jest jej wspomnienie. Ja nigdy tam nie byłem, ale dzieliłem z nią pamięć przez trzy mroczne lata i czuję się tak, jakbym widział to wszystko na własne oczy.

– Mógłbym tak tutaj siedzieć przez cały dzień – mówię, rozkoszując się słonecznym ciepłem.

Pierwsza uśmiecha się do mnie łagodnie, jakby chciała powiedzieć: zgadzam się z tobą w zupełności. Ale kiedy otwiera usta, słowa i ton głosu nie pasują w najmniejszym stopniu do wyrazu twarzy. Są szorstkie, surowe, nakazujące.

– Nie możesz tutaj zostać. Wstawaj. Natychmiast.

***

Otwieram oczy. Leżę na swojej pryczy w kwaterze dla wolontariuszy, w obozie pomocy humanitarnej. Pierwsza stoi obok.

Uśmiecha się tak jak w moim śnie, ale jej uśmiech nie jest już uroczy, raczej przekorny.

– Boże – wzdycha, przewracając oczami. – Jak ty strasznie długo śpisz...

Kwituję jej słowa śmiechem, siadając na posłaniu. To prawda, ostatnio rzeczywiście dużo sypiam. Upłynęło siedem tygodni od dnia, gdy wyczołgałem się z wąwozu; doszedłem już w pełni do zdrowia, ale wciąż potrzebuję dziesięciu godzin snu.

Rozglądam się po baraku. Wszystkie prycze są puste. Inni pracownicy obozu zdążyli wstać i ruszyć do porannych obowiązków. Zsuwam się z posłania i przenoszę ciężar ciała na prawą nogę, kołysząc się na niej przez chwilę. Pierwsza, widząc moją niezdarność, obdarza mnie kolejnym uśmieszkiem.

Nie zwracam na nią uwagi. Wkładam sandały, narzucam na siebie koszulę i wychodzę.

Na zewnątrz z nieba leje się żar, a powietrze jest bardzo wilgotne. Wrażenie takie, jakbym dostał obuchem w głowę. Po nocy cały się lepię od potu i marzę o prysznicu, ale Marco i inni zasuwają już na pełnych obrotach. Przepadło.

Pierwsza godzina jest przeznaczona na obozowe prace gospodarcze: przygotowanie śniadania, pranie, zmywanie. Potem zajeżdża jeep, którym część z nas uda się w głąb wioski. Obecnie pracujemy nad zaopatrzeniem w wodę, modernizując starą studnię. Ci, którzy zostaną, pójdą do sali lekcyjnej w pobliżu obozu i będą tam uczyć wiejskie dzieci. Próbowałem opanować język suahili, ale czeka mnie jeszcze wiele pracy, zanim będę mógł wystąpić w roli nauczyciela.

Pracuję w obozie, nie szczędząc sił. Pomoc tutejszym mieszkańcom sprawia mi olbrzymią przyjemność, ale głównym motorem mojego działania jest wdzięczność.

Kiedy wypełzłem z wąwozu i dobywając resztek sił ze swojego okaleczonego ciała, przeczołgałem się prawie pół kilometra przez dżunglę, znalazła mnie staruszka z tej wioski. Myśląc, że jestem wolontariuszem – bo podszywałem się pod kogoś takiego, tropiąc Hannu, czyli Numer Trzeci – sprowadziła z obozu Marca i lekarza, który akurat tam przyjechał. Zabrali mnie na prowizorycznych noszach, po czym lekarz nastawił mi nogę, zaszył ranę i założył gips, który zdjąłem dopiero niedawno.

Marco pozwolił mi zostać w obozie, dopóki nie powrócę do zdrowia, a potem przyjął jako wolontariusza. Nie zadawał żadnych pytań, oczekiwał tylko, że będę wywiązywał się z obowiązków i pracował równie ciężko jak pozostali.

Nie mam pojęcia, jak sobie wytłumaczył, że znalazłem się w dżungli z tak ciężkimi obrażeniami, ale pewnie domyślił się, że winę za to ponosi Ivan, który tego samego dnia zniknął bez słowa. Może Marco jest dla mnie taki wspaniałomyślny, bo po prostu mi współczuje. Nie zna szczegółów, ale wie, że rodzina się mnie wyrzekła, a ponieważ jest to bliskie prawdy, nie mam nic przeciwko jego współczuciu.

A poza tym... To, że wyrzekła się mnie moja rodzina i cała moja rasa...

To największe szczęście, jakie mnie w życiu spotkało.

Renowacja studni jest żmudną i wyczerpującą pracą, ale mam nad resztą ekipy pewną przewagę. Towarzyszy mi Pierwsza. Pracując, przez cały czas rozmawiam z nią i chociaż bolą mnie mięśnie i plecy, to godziny mijają niepostrzeżenie.

Jej główną metodą motywacji jest ironia.

– Źle to robisz – podśmiewa się ze mnie. – Co ty wyprawiasz z tą kielnią? Gdybym miała ciało, już dawno bym skończyła tę robotę.

I tak dalej, i tak dalej. Nabija się w najlepsze, wylegując się w słońcu na skraju placu, gdzie pracujemy. Rasowa dama z klasy próżniaczej.

Sama spróbuj, skoro jesteś taka mądra, odszczekuję jej w myślach.

– Nie mogę – pada odpowiedź. – Jeszcze złamię sobie paznokieć...

Muszę oczywiście uważać, żeby nie rozmawiać z nią na głos przy pracy, w obecności innych. Gdy się tutaj pojawiłem, przez pierwszych kilka tygodni ludzie mieli mnie za wariata, bo gadałem sam ze sobą. Dopiero potem nauczyłem się komunikować z Pierwszą bezgłośnie, samymi myślami. Ale udało mi się odbudować nadszarpniętą reputację i przestali patrzeć na mnie jak na pomyleńca.

Tego wieczoru mam dyżur w kuchni razem z Elswitem, najnowszym członkiem obozowej ekipy. Gotujemy githeri, prostą potrawę z kukurydzy i fasoli. Elswit obiera kolby kukurydzy i łuska nasiona, a ja namaczam i płuczę fasolę.

Lubię go. Zadaje mi mnóstwo pytań: skąd jestem, dlaczego tutaj przyjechałem i tak dalej – oczywiście nie mogę powiedzieć mu prawdy. Na szczęście nie przeszkadza mu, że odpowiadam ogólnikowo albo nawet zbywam go milczeniem. Jest strasznym gadułą, sypie pytaniami jak z rękawa i w ogóle nie zwraca uwagi na moje milczenie, a chwile ciszy zapełnia ciekawostkami z własnego życia. Z tego, co się o nim dowiedziałem, jest synem bardzo bogatego bankiera z Ameryki; podobno jego ojciec nie pochwala humanitarnej działalności swojego syna.

Sprostanie oczekiwaniom mojego ojca również nie było łatwe, nawet gdy byłem jeszcze dzieckiem, a po tym, co zobaczyłem w umyśle i wspomnieniach Pierwszej, stało się dla mnie zupełnie niemożliwe. Zrobiłem się miękki, zacząłem mieć skrupuły i okazywać współczucie, co dla mojego ojca było niezrozumiałe, wręcz niedopuszczalne. To mnie łączy z Elswitem: obaj sprawiliśmy zawód naszym ojcom.

Szybko jednak zrozumiałem, że na tym podobieństwa się raczej kończą. Chociaż Elswit twierdził, że rodzina się go „wyrzekła”, to wciąż utrzymywał kontakt ze swoimi bogatymi rodzicami i miał nieograniczony dostęp do ich pieniędzy. Za kilka tygodni ojciec miał nawet przysłać po niego do Nairobi prywatny samolot, żeby chłopak mógł wrócić do domu na swoje urodziny. Mój ojciec natomiast myśli, że nie żyję, i jest z tego bardzo zadowolony.

Po obiedzie biorę zasłużony prysznic i kładę się na pryczy. Pierwsza siedzi skulona na wiklinowym fotelu stojącym w kącie.

– Idziesz spać? – docina mi. – O tej porze?

Rozglądam się szybko po sypialni. Nikogo jeszcze nie ma, więc mogę jej odpowiedzieć na głos, byle cicho. Taka rozmowa jest bardziej naturalna niż komunikacja w myślach.

– Od dzisiaj chcę wstawać razem z innymi – oznajmiam.

Pierwsza rzuca mi spojrzenie.

– No co? – ciągnę. – Zdjąłem gips, już prawie nie utykam... Jestem zdrowy. Najwyższy czas wziąć się w garść i pracować tyle samo, co wszyscy.

Pierwsza marszczy czoło i skubie rąbek koszuli. Wiem, co ją gryzie, oczywiście, że wiem.

Na każdym z jej pobratymców, którzy błąkają się po Ziemi, ciąży wyrok śmierci wydany przez moją rasę. A ona wciąż tkwi tutaj, w Kenii, a ponadto jest uwięziona w mojej świadomości, bezcielesna, nie ma własnej woli ani żadnych możliwości działania. Gdyby tylko mogła, z całą pewnością byłaby teraz gdzie indziej – obojętnie gdzie, aby tylko mogła walczyć.

– Jak długo tutaj zostaniemy? – pyta ponurym głosem.

Udaję głupiego, że niby nie wiem, o co chodzi; wzruszam ramionami, przykrywam się kołdrą i obracam na bok.

– Nie mam dokąd pójść – odpowiadam.

***

Śnię.

Znów jest ta noc, kiedy próbowałem uratować Hannu przed śmiercią. Wybiegam z obozu prosto w dżunglę. Pędzę w kierunku chaty, w której mieszka Hannu, chcąc za wszelką cenę uprzedzić Ivana i swojego ojca. Wiem, jak to się skończy – Hannu zginie, a mnie zostawią na pewną śmierć – ale w tym śnie przeżywam na nowo naiwny pośpiech tamtej nocy. To on gna mnie na przełaj przez zarośla i gęste pnącza. Pod drzewami zalegają głębokie cienie, a puszcza jest pełna zwierzęcych głosów.

Do paska mam przypięty komunikator, który gwizdnąłem z chaty. Urządzenie trzeszczy złowieszczo. Wiem, że Mogadorczycy są już blisko.

Muszę ich wyprzedzić. Koniecznie.

Wybiegam na polanę w środku dżungli. Chata, w której mieszka Hannu ze swoim Cêpanem, stoi dokładnie tam, gdzie ją zapamiętałem. Moje oczy z wysiłkiem przyzwyczajają się do ciemności.

Dopiero wtedy dostrzegam, co się zmieniło.

Polana jest całkowicie zarośnięta, a pnącza i rośliny nie oszczędziły też chaty, którą zniszczył wybuch. Jej przednia część zniknęła, a naderwany dach zwisa ciężko do samej podłogi. Tor przeszkód na skraju polany, który kiedyś najprawdopodobniej służył Hannu do ćwiczeń, zniknął niemalże całkowicie pod warstwą bujnej roślinności.

– Przepraszam cię – pomiędzy drzewami rozlega się czyjś głos.

– Kto tu jest? – Odwracam się błyskawicznie.

Na polanę wychodzi Pierwsza.

– Za co mnie przepraszasz? – pytam oszołomiony.

Brak mi tchu, a nogi bolą od biegu. I wtedy do mnie dociera.

– To nie jest sen – mówię.

– Nie. – Pierwsza kręci głową.

– Zawładnęłaś mną. – Te słowa ulatują z moich ust, zanim jeszcze zdążę zrozumieć, co właściwie mówię, ale wyraz twarzy Pierwszej potwierdza, że mam rację: kiedy spałem, przejęła kontrolę nad moją świadomością, aby zaprowadzić mnie do miejsca, gdzie zginął Hannu. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Nie miałem nawet pojęcia, że potrafi zrobić coś takiego, ale nie powinno mnie to dziwić, skoro nasze jaźnie są jak pasma jednego warkocza. – Po prostu mnie porwałaś – dodaję.

– Przepraszam cię, Adamie, ale musiałam cię tutaj przyprowadzić, żebyś przypomniał sobie...

– Co z tego, że musiałaś? I tak ci się nie udało! – wołam zdezorientowany i zły na nią, że pozwoliła sobie na taką manipulację.

Ale to na nic. Udało jej się, dobrze o tym wiem.

Adrenalina pobudza moje serce do galopu i nagle czuję przytłaczającą potrzebę podjęcia się na nowo zadania, którego nie wykonałem poprzednio, przed kilkoma miesiącami: moja rasa w dalszym ciągu stanowi śmiertelne zagrożenie dla loryjskich Gardów i dla całej Ziemi.

Muszę ich powstrzymać.

Odwracam się do Pierwszej plecami, żeby nie dostrzegła niepewności malującej się na mojej twarzy.

Tylko że ona siedzi w moim umyśle. Nie schowam się przed nią.

– Wiem, że też to poczułeś – mówi.

Ma rację, ale odpycham od siebie dojmującą myśl, że mam pilne zadanie do wykonania, wręcz powołanie, którego nie wypełniam, tkwiąc w Kenii. Akurat zacząłem wychodzić na prostą. Dobrze mi się tutaj żyje, podoba mi się to, że zmieniam coś na lepsze, i aż do tej chwili, kiedy Pierwsza zaciągnęła mnie do miejsce, gdzie zginął Hannu, aby przypomnieć mi, o co toczy się gra, bez trudu udawało mi się zapomnieć o nadchodzącej wojnie.

– Robię tutaj coś dobrego – odpowiadam, potrząsając głową. – Pomagam ludziom.

– Oczywiście – przytakuje Pierwsza – ale możesz też dokonać czegoś wielkiego. Możesz pomóc Gardom ocalić twoją planetę! A poza tym chyba nie myślisz, że Mogadorczycy oszczędzą tę wioskę, gdy wcielą w życie swój ostateczny plan? Nie rozumiesz, że jeśli nie włączysz się w walkę ze swoją rasą, to cała ciężka praca, którą tutaj wykonujesz, będzie warta tyle, co garść piasku na wietrze?

Bezbłędnie wyczuwając, że zaczynam się wahać, Pierwsza pochodzi bliżej.

– Adamie, możesz zdziałać wiele, znacznie więcej niż to, co robisz tutaj...

– Nie jestem bohaterem! – wołam łamiącym się głosem. – Jestem słaby. Jestem odstępcą!

– Adamie... – mówi Pierwsza błagalnym tonem, a jej głos też drży niepewnie. – Wiesz, że lubię się z tobą przekomarzać i naprawdę nie chciałabym, żebyś wbił się w pychę, ale muszę to powiedzieć: jesteś kimś wyjątkowym. Jednym na milion. Na dziesięć milionów. Jesteś jedynym Mogadorczykiem, który sprzeciwił się władzy. Nie masz pojęcia, jaka to rzadkość. Możesz położyć olbrzymie zasługi dla sprawy!

Zawsze pragnąłem, żeby Pierwsza zobaczyła we mnie kogoś wyjątkowego, bohatera. Chciałbym uwierzyć w jej słowa, ale wiem, że to nieprawda.

– Nie – powtarzam. – Jestem wyjątkowy tylko i wyłącznie dlatego, że mam ciebie. Gdyby doktor Anu nie podłączył mnie do twojego mózgu, gdybym nie spędził trzech lat wśród twoich wspomnień... To Hannu zginąłby z mojej ręki. A ja pewnie byłbym dumny z tego, co zrobiłem.

Pierwsza wzdryga się nerwowo.

Dobrze, myślę. Zaczyna mi wierzyć.

– Ty należałaś do Gardów – ciągnę. – Miałaś wielkie moce. A ja, eks-Mogadorczyk? Jestem cienias i nie mam żadnej mocy. Stać mnie tylko na to, żeby przeżyć. Przykro mi.

Odwracam się na pięcie i ruszam w długą drogę powrotną do obozu.

Pierwsza nie idzie za mną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki