Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 110 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaginiona kartoteka Utracone dziedzictwa - Pittacus Lore

Przed Numerem Cztery, trójka członków Loryjskiej Gardy została pojmana i zabita. Ich historie nie zostały opowiedziane - aż do teraz...

Numer Jeden dopadli w Malezji.

Numer Dwa w Anglii.

Numer Trzy w Kenii.

Teraz po raz pierwszy poznasz ich historię - jak odkrywali swoje moce, jak ukrywali się przed Modagorczykami i kiedy zaczęli uciekać, w obawie o swoje życie.

Pochwały dla serii Dziedzictwa Loryjskie:

"Pełna napięcia, ekscytująca, pełna energii" - Observer

"Nie sposób oderwać się od lektury" - The Times

"Akcja i napięcie, które cię zadziwią" - Sunday Times

Pittacus Lore jest głową Starszyzny Loryjczyków. Posiada moce, o jakich posiadaniu wy marzycie. Potrafi robić rzeczy, o jakich wy możecie tylko pomarzyć. Widział rzeczy, jakich nigdy nie zobaczycie. Od dwunastu lat mieszka na Ziemi, szykując się do wojny, która zdecyduje o losie naszej planety. Nikt nie zna miejsca jego pobytu.

Opinie o ebooku Zaginiona kartoteka Utracone dziedzictwa - Pittacus Lore

Fragment ebooka Zaginiona kartoteka Utracone dziedzictwa - Pittacus Lore

Tytuł oryginału: I Am Number Four: The Lost Files: The Fallen Legacies

Copyright © 2012 by Pittacus Lore All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G + J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Joanna Zioło Korekta: Małgorzata Grudnik-Zwolińska Projekt okładki: Panna Cotta Zdjęcie na okładce: Fotolia Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-552-2

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

1

Czasami zastanawiam się, co by pomyśleli, gdyby wiedzieli, że tu jesteśmy. Tuż obok nich.

Siedzę z moim najlepszym przyjacielem Ivanem na trawiastym, zatłoczonym National Mall, a kretyński kamienny pomnik Waszyngtona w kształcie obelisku góruje ponad nami. Na chwilę odłożyłem pracę domową i kiedy tak patrzę na turystów pochylających się nad mapami czy prawników i urzędników zmierzających Independence Avenue na różne spotkania, czuję się niemal rozbawiony. Ludzie są tak bardzo pochłonięci kretyńskimi lękami przed promieniami UV, środkami chemicznymi w warzywach, bezsensownymi „poziomami zagrożenia terrorystycznego”, czy co tam jeszcze jest obecnie dla nich powodem do niepokoju, że nawet przez myśl im nie przejdzie, iż dwójka dzieciaków siedzących na trawniku i odrabiających pracę domową może stanowić realne zagrożenie. Nie mają pojęcia, że nie mogą nic zrobić, aby się obronić. Prawdziwy wróg już tu jest.

Hej, tutaj! – Mam niekiedy ochotę zawołać, wymachując rękami. – Jestem waszym przyszłym złym dyktatorem! Drżyjcie przede mną, żałosne robaki!

Oczywiście nie mogę tego zrobić. Jeszcze nie. Ten czas nadejdzie. Jak na razie wszyscy mogą patrzeć na mnie, jakbym był jeszcze jedną zwyczajną twarzą w tłumie. Ale nie jestem ani trochę zwyczajny, mimo iż sprawiam takie wrażenie. Muszę przyznać, że bardzo się staram. Na Ziemi protokoły asymilacji wymagają tego, abym był zanany jako Adam, syn Andrew i Susannah Suttonów, mieszkańców Waszyngtonu, Dystryktu Kolumbii. Ale wcale nim nie jestem.

Jestem Adamus Sutekh, syn wielkiego generała Andrakkusa Sutekha.

Jestem Mogadorczykiem. Jestem kimś, kogo należy się obawiać.

Niestety na razie bycie najeźdźcą nie jest tak ekscytujące jak powinno. W obecnej chwili ugrzęzłem na odrabianiu pracy domowej. Ojciec zapewniał mnie, że to nie będzie trwało wiecznie; kiedy Mogadorczycy obejmą władzę nad tą zafajdaną małą planetą, przejmę kontrolę nad stolicą Stanów Zjednoczonych. Możecie mi wierzyć, po spędzeniu tu trzech lat wiem dobrze, co należałoby zmienić. Po pierwsze nazwy ulic. Żadnych odniesień do niepodległości czy konstytucji, tego słabego, durnego patriotyzmu. Kiedy dojdę do władzy, nikt nie będzie w stanie przypomnieć sobie, czym jest konstytucja. Kiedy dojdę do władzy, nazwy ulic będą się kojarzyły z najróżniejszymi zagrożeniami.

– Bulwar Krwi Wojowników – mamroczę do siebie, próbując oszacować, czy ta nazwa brzmi odpowiednio groźnie. Trudno powiedzieć. – Aleja Złamanego Miecza…

– Co? – pyta Ivan, unosząc wzrok ze swojego miejsca na trawniku, obok mnie. Leży na brzuchu, przytrzymując ołówek wzdłuż palca wskazującego jak miotacz własnej roboty. Podczas gdy ja marzę o dniu, kiedy stanę się władcą tych włości, Ivan wyobraża sobie siebie jako snajpera zdejmującego loryjskich wrogów opuszczających Mauzoleum Lincolna. – Co powiedziałeś?

– Nic – mówię.

Ivanick Shu-Ra, syn wielkiego wojownika Bologa Shu-Ra, wzrusza ramionami. Nigdy nie przepadał za fantazjami, które nie krążyły wokół krwawych walk. Jego rodzina przyznaje się do dalekich związków z naszym Ukochanym Przywódcą Setrákusem Ra i jeśli gabaryty Ivana mogą coś sugerować, jestem gotów w to uwierzyć. Ivan jest o dwa lata młodszy ode mnie, ale już masywniejszy, szerszy w barach i postawniejszy, podczas gdy ja jestem szczupły i zwinny. Wygląda jak wojownik, ma gęste czarne włosy przycięte krótko i niecierpliwie wyczekuje dnia, kiedy będzie mógł je zgolić i przyjąć ceremonialne mogadorskie tatuaże.

* * *

Wciąż pamiętam noc Pierwszej Wielkiej Ekspansji, kiedy mój lud podbił Lorien. Miałem wtedy osiem lat, byłem zbyt duży, aby płakać, ale i tak się rozpłakałem, gdy kazano mi pozostać na orbicie nad Lorien wraz z kobietami i dziećmi. Łzy płynęły mi tylko przez kilka sekund, dopóki Generał siarczystym spoliczkowaniem nie przywołał mnie do porządku. Ivan patrzył, jak się złoszczę, i ssał przy tym kciuk; był chyba za mały, by zrozumieć, co się działo. Obserwowaliśmy bitwę z pokładu naszego statku wraz z moją matką i maleńką siostrzyczką. Klaskaliśmy, gdy na planecie poniżej zaczęły się rozprzestrzeniać jęzory ognia. Kiedy bitwa została wygrana, a Loryjczycy pokonani, Generał wrócił na nasz statek cały uwalany krwią. Pomimo triumfu miał poważne oblicze. Zanim odezwał się do mojej matki czy do mnie, ukląkł przed Ivanem i wyjaśnił mu, że jego ojciec poległ, do końca służąc naszej rasie. Poniósł chwalebną śmierć, godną prawdziwego mogadorskiego bohatera. Potem przesunął kciukiem po czole Ivana, pozostawiając na nim rozmazany krwawy ślad. Błogosławieństwo.

Jakby po namyśle Generał uczynił to samo ze mną.

Później Ivan, którego matka umarła, wydając go na świat, przybył, aby zamieszkać z nami, i wychowywał się jako mój brat. Moi rodzice mogą uważać się za szczęśliwców, że mają troje prawdziwie urodzonych dzieci.

Nie zawsze jestem pewien, czy mój ojciec uważa się za szczęśliwego, że ma mnie. Kiedy wyniki moich egzaminów albo testów sprawnościowych okazują się nie dość zadowalające, Generał żartuje, że może przenieść moje dziedzictwo na Ivana.

Jestem prawie pewien, że tylko żartuje.

Kieruję wzrok ku rodzinie turystów. Przechodzą przez trawnik i każdy ogląda świat przez obiektyw aparatu cyfrowego. Ojciec przystaje, by zrobić kilka zdjęć obeliskowi, a ja przez moment rewiduję swoje plany zburzenia pomnika. Może powinienem go powiększyć albo zaaranżować na szczycie specjalny penthouse dla siebie. Ivan miałby pokój poniżej.

Córka tych turystów ma ze trzynaście lat, tyle co ja, i jest na swój sposób urocza, nosi aparat ortodontyczny na zębach. Wychwytuję jej spojrzenie i mimowolnie zmieniam pozycję na dogodniejszą, siadam prosto i opuszczam podbródek, aby ukryć ostre kąty mojego zdecydowanie przydużego nosa. Kiedy dziewczynka uśmiecha się do mnie, odwracam wzrok. Czemu miałbym się przejmować, co o mnie myślą jacyś ludzie?

Zawsze musimy pamiętać, po co tu jesteśmy.

– Czy nie zdumiało cię nigdy, jak łatwo zaakceptowali nas jako swoich? – zwracam się do Ivana.

– Nigdy nie lekceważ ludzkiej głupoty – odpowiada i stuka palcem w pustą stronę leżącej obok mnie pracy domowej. – Skończysz to wreszcie?

Zadanie domowe nie jest moje, lecz Ivana. On czeka, abym je odrobił za niego. Prace pisemne zawsze sprawiały mu trudności, podczas gdy ja nigdy nie miałem kłopotu z udzieleniem właściwych odpowiedzi.

Spojrzałem na polecenie. Ivan miał napisać krótkie wypracowanie na temat cytatu z Wielkiej Księgi – księgi mogadorskiej wiedzy i etyki, którą cały nasz lud musi znać i według której musi żyć – interpretując mądrości Setrákusa Ra.

– „Nie obwiniamy zwierzęcia za to, że poluje – przeczytałem na głos, choć jak wielu przedstawicieli mojego ludu znałem ten fragment na pamięć. – Polowanie leży w naturze zwierzęcia, tak jak Mogadorczyk ma w naturze ekspansję. Ci, którzy próbowaliby zapobiec ekspansji Imperium Mogadorskiego, równie dobrze mogliby próbować opierać się naturze”.

Patrzę na Ivana. Wziął na cel rodzinę, którą wcześniej obserwowałem, wydając przez zaciśnięte zęby przenikliwe dźwięki przypominające odgłosy lasera. Dziewczynka z aparatem na zębach spogląda na niego, marszcząc brwi, i odwraca się.

– Co to dla ciebie znaczy? – pytam.

– Nie wiem – odpowiada. – Że nasza rasa to największe zakapiory i wszyscy powinni się z tym pogodzić. Mam rację?

Wzruszam ramionami.

– Mniej więcej – wzdycham.

Sięgam po pióro i zaczynam pisać, ale przerywa mi sygnał komórki. Domyślam się, że dostałem SMS od matki, która chce, abym w drodze do domu zrobił zakupy. Od kilku lat uwielbia gotować i muszę przyznać, że tu na Ziemi jedzenie jest smaczniejsze od tego, do czego przywykliśmy na Mogadore. To, co tu uchodzi za produkt przetworzony, byłoby traktowane jak prawdziwy skarb na mojej rodzimej planecie, gdzie jedzenie hoduje się w wielkich podziemnych kadziach.

Ale SMS nie jest od mamy, tylko od Generała.

– Cholera – cedzę przez zęby, upuszczając pióro, jakby Generał właśnie przyłapał mnie na tym, że pomagam Ivanowi w oszustwie.

Ojciec nigdy nie przysyła mi wiadomości tekstowych. To poniżej jego godności. Jeżeli Generał czegoś chce, powinniśmy się domyślić, o co mu chodzi, zanim w ogóle o tym wspomni. Musiało się wydarzyć coś naprawdę ważnego.

– Co się dzieje? – pyta Ivan.

Komunikat jest krótki: DO DOMU. NATYCHMIAST.

– Musimy iść.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

24

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

25

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

26

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

27

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.