Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaginiona - Harlan Coben

Myron Bolitar nie miał kontaktu z dawną kochanką, Therese Collins, od ponad siedmiu lat. Niespodziewanie kobieta dzwoni do niego z prośbą o pomoc. Mąż Therese, Rick, o którym Myron nie miał zielonego pojęcia, miał spotkać się z żoną w Paryżu. Chciał przekazać jej jakąś ważną informację, ale przepadł bez wieści. Po chwili wahania Bolitar decyduje się lecieć do Europy. We Francji czeka na niego przykra niespodzianka. Już na lotnisku obydwoje zostają zatrzymani przez policję. Rick, pracujący jako reporter śledczy, został zamordowany, a Therese stała się główną podejrzaną... Jedna rzecz podważa tę hipotezę. Na miejscu zbrodni znaleziono ślady krwi, a badanie DNA ujawniło, że należy ona do nieżyjącej od lat córki Collinsów. Gdy tylko Myron zagłębia się w śledztwo, okazuje się, że ktoś bardzo nie chce, by prawda wyszła na jaw. Jakie tajemnice kryją się w przeszłości Ricka?

'Zaginiona' to długo wyczekiwana, dziewiąta książka o Myronie Bolitarze, agencie sportowym i detektywie, ulubionym bohaterze pisarza.

Opinie o ebooku Zaginiona - Harlan Coben

Fragment ebooka Zaginiona - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

www.har­lan­co­ben.com

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LONG LOST

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2009

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2010

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2010

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Zdję­cie na okład­ce: Sa­mot/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-084-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

San­drze Whi­ta­ker

naj­rów­niej­szej „ku­zyn­ce” na świe­cie

CZĘŚĆ PIERWSZA

Trzy­maj się.

To za­bo­li bar­dziej niż co­kol­wiek do­tąd.

Wil­liam Fitz­sim­mons, I Don’t Feel It Any­mo­re

1

– Nie znasz jej se­kre­tu – po­wie­dział mi Win.

– A po­wi­nie­nem?

Win wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Czy to coś złe­go? – za­py­ta­łem.

– Bar­dzo – od­parł Win.

– No to może nie chcę go znać.

■ ■ ■

Dwa dni przed tym, jak po­zna­łem ten se­kret, któ­ry skry­wa­ła przez dzie­sięć lat – po­zor­nie pry­wat­ną spra­wę, któ­ra nie tyl­ko znisz­czy­ła nas obo­je, ale na za­wsze zmie­ni­ła świat – Te­re­se Col­lins za­dzwo­ni­ła do mnie o pią­tej rano, prze­no­sząc mnie z jed­ne­go pół­e­ro­tycz­ne­go snu w dru­gi.

– Przy­jedź do Pa­ry­ża – po­wie­dzia­ła po pro­stu.

Nie wiem, od ilu lat nie sły­sza­łem jej gło­su. Chy­ba od sied­miu. Były szu­my na li­nii, a ona nie tra­ci­ła cza­su na po­wi­ta­nia czy wstę­py. Usia­dłem na łóż­ku.

– Te­re­se? Gdzie je­steś? – za­py­ta­łem.

– W za­cisz­nym ho­te­lu o na­zwie d’Au­bus­son, na le­wym brze­gu Se­kwa­ny. Spodo­ba ci się tu. O siód­mej wie­czo­rem masz sa­mo­lot li­nii Air Fran­ce.

Ocza­mi du­szy zo­ba­czy­łem sze­reg ob­ra­zów: jej bę­dą­ce ob­ra­zą mo­ral­no­ści bi­ki­ni, tam­tą pry­wat­ną wy­spę, roz­grza­ną słoń­cem pla­żę, jej spoj­rze­nie mo­gą­ce sto­pić ska­łę, znów to pro­wo­ka­cyj­ne bi­ki­ni.

Bi­ki­ni było war­te dwu­krot­ne­go wspo­mnie­nia.

– Nie mogę – po­wie­dzia­łem.

– Pa­ryż – za­chę­ca­ła.

– Wiem.

Pra­wie dzie­sięć lat temu ucie­kli­śmy na wy­spę jako dwie za­gu­bio­ne du­sze. My­śla­łem, że już nig­dy się nie zo­ba­czy­my. A jed­nak. Kil­ka lat póź­niej po­mo­gła ura­to­wać ży­cie mo­je­go syna. A po­tem puff – zni­kła bez śla­du, aż do te­raz.

– Po­myśl o tym – cią­gnę­ła. – Mia­sto Za­ko­cha­nych. Mo­gli­by­śmy ko­chać się przez całą noc.

Ja­koś zdo­ła­łem prze­łknąć śli­nę.

– Tak, pew­nie, ale co ro­bi­li­by­śmy w dzień?

– Je­śli do­brze pa­mię­tam, ty za­pew­ne po­trze­bo­wał­byś od­po­czyn­ku.

– I wi­ta­mi­ny E. – Uśmiech­ną­łem się mimo woli. – Nie mogę, Te­re­se. Je­stem z kimś.

– Z tą wdo­wą z je­de­na­ste­go wrze­śnia?

Za­sta­na­wia­łem się, skąd o tym wie.

– Ta­aak.

– To nie mia­ło­by z nią nic wspól­ne­go.

– Przy­kro mi, ale ja my­ślę, że tak.

– Je­steś za­ko­cha­ny? – spy­ta­ła.

– A mia­ło­by ja­kieś zna­cze­nie, gdy­bym po­wie­dział, że je­stem?

– Nie­zu­peł­nie.

Prze­ło­ży­łem słu­chaw­kę do dru­giej ręki.

– Co się sta­ło, Te­re­se?

– Nic złe­go. Chcę spę­dzić z tobą ro­man­tycz­ny, zmy­sło­wy, fan­ta­stycz­ny week­end w Pa­ry­żu.

Znów prze­łkną­łem śli­nę.

– Nie od­zy­wa­łaś się przez ile… sie­dem lat?

– Pra­wie osiem.

– Dzwo­ni­łem. Wie­le razy.

– Wiem.

– Zo­sta­wia­łem wia­do­mo­ści. Pi­sa­łem li­sty. Pró­bo­wa­łem cię zna­leźć.

– Wiem – po­wtó­rzy­ła.

Za­pa­dła ci­sza. Nie lu­bię ci­szy.

– Te­re­se?

– Kie­dy mnie po­trze­bo­wa­łeś – ode­zwa­ła się wresz­cie – na­praw­dę po­trze­bo­wa­łeś, by­łam przy to­bie, praw­da?

– Tak.

– Przy­jedź do Pa­ry­ża, My­ro­nie.

– Tak po pro­stu?

– Tak.

– Gdzie się po­dzie­wa­łaś przez cały ten czas?

– Opo­wiem ci wszyst­ko, kie­dy tu­taj do­trzesz.

– Nie mogę. Je­stem z kimś.

Znów ta prze­klę­ta ci­sza.

– Te­re­se?

– Pa­mię­tasz, kie­dy się po­zna­li­śmy?

Sta­ło się to tuż po naj­więk­szej ka­ta­stro­fie w moim ży­ciu. Po­dej­rze­wam, że tak samo było z nią. Obo­je zo­sta­li­śmy wy­pchnię­ci przez życz­li­wych przy­ja­ciół na wen­tę do­bro­czyn­ną i gdy tyl­ko się zo­ba­czy­li­śmy, było tak, jak­by na­sze nie­szczę­ścia przy­cią­ga­ły się ni­czym ma­gne­sy. Nie­spe­cjal­nie wie­rzę w to, że oczy są okna­mi du­szy. Zna­łem zbyt wie­lu psy­cho­li po­tra­fią­cych zwo­dzić lu­dzi, żeby wie­rzyć w ta­kie pseu­do­nau­ko­we stwier­dze­nia. Jed­nak smu­tek w oczach Te­re­se był tak wi­docz­ny. Ema­no­wał z ca­łej jej isto­ty i tam­te­go wie­czo­ru, na ru­inach mo­je­go ży­cia, wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łem.

Je­den z przy­ja­ciół Te­re­se miał wy­sep­kę na Mo­rzu Ka­ra­ib­skim, nie­da­le­ko Aru­by. Po­le­cie­li­śmy tam jesz­cze tej sa­mej nocy, ni­ko­mu nie mó­wiąc, do­kąd się uda­je­my. Spę­dzi­li­śmy ra­zem trzy ty­go­dnie, ko­cha­jąc się, nie­wie­le mó­wiąc, zni­ka­jąc i za­ta­pia­jąc się w so­bie, gdyż nic in­ne­go nam nie po­zo­sta­ło.

– Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam – po­wie­dzia­łem.

– Obo­je by­li­śmy zdru­zgo­ta­ni. Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Jed­nak obo­je wie­dzie­li­śmy.

– Tak.

– Co­kol­wiek cię za­ła­ma­ło, zdo­ła­łeś się z tym upo­rać. To na­tu­ral­ne. Do­cho­dzi­my do sie­bie. Od­bu­do­wu­je­my swo­je ży­cie, kie­dy le­gnie w gru­zach.

– A ty?

– Ja nie od­bu­do­wa­łam swo­je­go. Nie są­dzę, że­bym chcia­ła to zro­bić. By­łam zdru­zgo­ta­na i może tak było naj­le­piej.

– Nie wiem, czy na­dą­żam.

Mó­wi­ła co­raz ci­szej.

– Nie są­dzi­łam… po­praw­ka, nadal nie są­dzę, że chcia­ła­bym zo­ba­czyć, jak wy­glą­dał­by ten mój od­bu­do­wa­ny świat. Nie są­dzę, że spodo­bał­by mi się re­zul­tat.

– Te­re­se?

Nie od­po­wie­dzia­ła.

– Chcę ci po­móc.

– Może nie je­steś w sta­nie. Może to nie ma sen­su.

Znów ci­sza.

– Za­po­mnij, że dzwo­ni­łam, My­ro­nie. Uwa­żaj na sie­bie.

I roz­łą­czy­ła się.

2

– Ach – po­wie­dział Win – ape­tycz­na Te­re­se Col­lins. Do­sko­na­ły, świa­to­wej kla­sy ty­łe­czek.

Sie­dzie­li­śmy na roz­kle­ko­ta­nych skła­da­nych try­bu­nach sali gim­na­stycz­nej Kas­sel­ton High Scho­ol. W po­wie­trzu uno­si­ły się zna­jo­me za­pa­chy potu i środ­ków czy­sto­ści. Wszyst­kie dźwię­ki były znie­kształ­co­ne, jak w każ­dej sali gim­na­stycz­nej na ca­łym kon­ty­nen­cie, a dziw­ne echa two­rzy­ły dźwię­ko­wy od­po­wied­nik za­sło­ny prysz­ni­ca.

Uwiel­biam ta­kie sale gim­na­stycz­ne. Do­ra­sta­łem w nich. Wie­le naj­szczę­śliw­szych chwil mo­je­go ży­cia spę­dzi­łem w po­dob­nych dusz­nych po­miesz­cze­niach z pił­ką od ko­sza w rę­kach. Uwiel­biam od­głos ko­zło­wa­nia. Uwiel­biam war­stew­kę potu po­kry­wa­ją­cą twa­rze za­wod­ni­ków pod­czas roz­grzew­ki. Uwiel­biam szorst­ką skó­rę pił­ki pod czub­ka­mi pal­ców, ten mo­ment nie­mal re­li­gij­ne­go sku­pie­nia, z ja­kim wpa­tru­jesz się w brzeg ko­sza, rzu­casz pił­kę, a ta wi­ru­je w po­wie­trzu i nie ma ni­cze­go poza nią.

– Cie­szę się, że ją pa­mię­tasz – po­wie­dzia­łem.

– Do­sko­na­ły, świa­to­wej kla­sy ty­łe­czek.

– Ta­aak, za­ła­pa­łem za pierw­szym ra­zem.

Win dzie­lił ze mną po­kój na stu­diach, a te­raz jest moim wspól­ni­kiem i – tak samo jak Espe­ran­za Diaz – moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Na­praw­dę na­zy­wa się Wind­sor Hor­ne Loc­kwo­od Trze­ci i do­kład­nie tak wy­glą­da: rzed­nie­ją­ce blond locz­ki z nie­ziem­sko rów­nym prze­dział­kiem, ru­mia­na cera, twarz rzym­skie­go pa­try­cju­sza, opa­le­ni­zna gol­fi­sty i oczy nie­bie­skie jak lód. Miał na so­bie po­twor­nie dro­gie spodnie kha­ki, któ­rych kan­ty ry­wa­li­zo­wa­ły z prze­dział­kiem, nie­bie­ski ble­ze­rek od Lil­ly Pu­lit­zer z ró­żo­wo-zie­lo­ną pod­szew­ką oraz do­pa­so­wa­ną ko­lo­rem chu­s­tecz­kę w bu­to­nier­ce, ster­czą­cą jak try­ska­ją­cy wodą kwia­tek cyr­ko­we­go klau­na.

Strój wy­mocz­ka.

– Kie­dy Te­re­se wy­stę­po­wa­ła w te­le­wi­zji – rzekł Win, a jego sno­bi­stycz­ny ak­cent ab­sol­wen­ta pry­wat­nej szko­ły spra­wił, że za­brzmia­ło to tak, jak­by wy­ja­śniał coś naj­zu­peł­niej oczy­wi­ste­go dziec­ku opóź­nio­ne­mu w roz­wo­ju – nie moż­na było go do­ce­nić. Sie­dzia­ła za biur­kiem.

– Uhm.

– Po­tem jed­nak zo­ba­czy­łem ją w tym bi­ki­ni… – Uważ­nym czy­tel­ni­kom wy­ja­śniam, że cho­dzi­ło mu o to pro­wo­ka­cyj­ne bi­ki­ni, o któ­rym wspo­mi­na­łem wcze­śniej. – No cóż, to cu­dow­na za­le­ta. Mar­no­wa­ła się jako spi­ker­ka. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić, to praw­dzi­wa tra­ge­dia.

– Jak ka­ta­stro­fa „Hin­den­bur­ga”.

– Za­baw­na uwa­ga – skwi­to­wał Win. – I jak­że na cza­sie.

Za­wsze miał wy­nio­słą minę. Lu­dzie pa­trzy­li na nie­go i wi­dzie­li sno­bi­stycz­ne­go, wy­alie­no­wa­ne­go bo­ga­cza. W znacz­nej czę­ści było to praw­dą. Jed­nak ta część, w któ­rej się my­li­li… tę mo­gli przy­pła­cić cięż­kim ka­lec­twem.

– No, da­lej – za­chę­cił Win. – Do­kończ swo­ją opo­wieść.

– To już wszyst­ko.

Win ścią­gnął brwi.

– Za­tem kie­dy wy­la­tu­jesz do Pa­ry­ża?

– Nie wy­la­tu­ję.

Na bo­isku do ko­szy­ków­ki za­czę­ła się dru­ga kwar­ta. Gra­li chłop­cy z pią­tej kla­sy. Moja dziew­czy­na – to dość nie­zręcz­ne okre­śle­nie, ale nie je­stem pe­wien, czy któ­reś z ta­kich jak „dama mego ser­ca”, „dru­ga po­ło­wa” lub „ko­chan­ka” pa­su­je – Ali Wil­der ma dwo­je dzie­ci, z któ­rych młod­sze gra w tej dru­ży­nie. Ma na imię Jack i nie jest zbyt do­bry. Nie oce­niam go i nie prze­są­dzam jego przy­szłych osią­gnięć – Mi­cha­el Jor­dan nie od razu do­stał się do szkol­nej dru­ży­ny ko­szy­ków­ki – tyl­ko mó­wię, jak jest. Jack jest duży, jak na swój wiek, krzep­ki i wy­so­ki, a z tym czę­sto idzie w pa­rze brak szyb­ko­ści i ko­or­dy­na­cji ru­cho­wej. Na par­kie­cie przy­po­mi­na ko­nia po­cią­go­we­go.

Jed­nak Jack uwiel­bia tę grę, a to wie­le dla mnie zna­czy. To faj­ny dzie­ciak, by­stry w naj­lep­szym zna­cze­niu tego sło­wa i po­trze­bu­ją­cy cie­pła, jak każ­dy chło­piec, któ­ry tak tra­gicz­nie i przed­wcze­śnie stra­cił ojca.

Ali nie mo­gła przyjść przed za­koń­cze­niem pierw­szej po­ło­wy, a ja przy­najm­niej sta­ram się pod­no­sić go na du­chu.

Win wciąż miał ścią­gnię­te brwi.

– Nie wiem, czy do­brze ro­zu­miem: od­mó­wi­łeś spę­dze­nia week­en­du z ape­tycz­ną pan­ną Col­lins i jej świa­to­wej kla­sy ty­łecz­kiem w luk­su­so­wym pa­ry­skim ho­te­lu?

Roz­mo­wa z Wi­nem o związ­kach mię­dzy­ludz­kich to nie­po­ro­zu­mie­nie.

– Zga­dza się.

– Dla­cze­go? – Win od­wró­cił się do mnie. Wy­glą­dał na szcze­rze zdzi­wio­ne­go. Za­raz jed­nak się uspo­ko­ił. – Och, po­cze­kaj.

– Co?

– Przy­ty­ła, tak?

Cały Win.

– Nie mam po­ję­cia.

– A za­tem dla­cze­go?

– Wiesz dla­cze­go. Je­stem z kimś, pa­mię­tasz?

Win po­pa­trzył na mnie tak, jak­bym za­ła­twiał się na środ­ku bo­iska.

– No co? – za­py­ta­łem.

Usiadł pro­sto.

– Sta­ra baba z cie­bie.

Sy­gnał we­zwał za­wod­ni­ków na par­kiet. Jack za­ło­żył go­gle i z cu­dow­nie do­bro­dusz­nym pół­u­śmie­chem po­czła­pał w kie­run­ku sto­łu sę­dziow­skie­go. Pią­to­kla­si­ści z Li­ving­ston gra­li ze swo­imi naj­groź­niej­szy­mi ry­wa­la­mi z Kas­sel­ton. Sta­ra­łem się nie uśmie­chać drwią­co na wi­dok pa­sji – nie tyle gra­ją­cych dzie­cia­ków, ile ich ro­dzi­ców na try­bu­nie. Nie chcę uogól­niać, ale mat­ki za­zwy­czaj moż­na po­dzie­lić na dwie gru­py: ga­du­ły, któ­re trak­tu­ją mecz jako im­pre­zę to­wa­rzy­ską, oraz mę­czen­ni­ce, któ­re umie­ra­ją za każ­dym ra­zem, gdy ich la­to­rośl do­tknie pił­ki.

Oj­co­wie czę­sto by­wa­ją bar­dziej kło­po­tli­wi. Nie­któ­rzy po­tra­fią trzy­mać nie­po­kój na wo­dzy, mam­ro­cząc pod no­sem i gry­ząc pa­znok­cie. Inni gło­śno krzy­czą. Ob­jeż­dża­ją sę­dziów, tre­ne­rów i dzie­cia­ki.

Je­den z oj­ców, sie­dzą­cy dwa rzę­dy przed nami, miał to, co Win i ja na­zy­wa­li­śmy „spor­to­wym syn­dro­mem To­uret­te’a” – naj­wy­raź­niej nie mógł się po­wstrzy­mać od wy­my­śla­nia gło­śno wszyst­kim wo­kół przez cały mecz.

Ja pa­trzę na to z nie­co in­nej per­spek­ty­wy, trzeź­wiej niż więk­szość ki­bi­ców. By­łem rzad­kim przy­pad­kiem bar­dzo uta­len­to­wa­ne­go za­wod­ni­ka, co za­sko­czy­ło całą moją ro­dzi­nę, po­nie­waż przede mną naj­więk­szym spor­to­wym osią­gnię­ciem Bo­li­ta­rów była wy­gra­na wuja Sau­la w tryk­tra­ka pod­czas rej­su stat­kiem w 1974 roku. Ukoń­czy­łem szko­łę śred­nią w Li­ving­ston, wy­ty­po­wa­ny przez Pa­ra­de do re­pre­zen­ta­cji USA. By­łem gwiaz­dą dru­ży­ny Duke, któ­ra ze mną jako ka­pi­ta­nem dwu­krot­nie zdo­by­ła mi­strzo­stwo NCAA. W je­sien­nej run­dzie mia­łem grać w Bo­ston Cel­tics.

I na­gle ba­bach, wszyst­ko prze­pa­dło.

– Zmia­na! – krzyk­nął ktoś.

Jack po­pra­wił go­gle i wy­biegł na bo­isko.

Tre­ner prze­ciw­nej dru­ży­ny wska­zał na nie­go i krzyk­nął:

– Hej, Con­nor! Masz no­we­go. Jest duży i po­wol­ny. Wy­mi­jaj go.

– To wy­rów­na­na gra – jęk­nął ta­tu­siek z syn­dro­mem To­uret­te’a. – Dla­cze­go wy­sta­wi­li go aku­rat te­raz?

Duży i po­wol­ny? Czy ja do­brze usły­sza­łem?

Spoj­rza­łem na tre­ne­ra Kas­sel­ton. Miał tle­nio­ne, na­stro­szo­ne że­lem wło­sy i czar­ną, rów­no przy­strzy­żo­ną ko­zią bród­kę, któ­ra nada­wa­ła mu wy­gląd pod­sta­rza­łe­go ba­si­sty z boys ban­du. Był wy­so­ki – ja mam metr dzie­więć­dzie­siąt dwa, a ten fa­cet był z pięć cen­ty­me­trów wyż­szy i ja­kieś dzie­sięć do pięt­na­stu ki­lo­gra­mów cięż­szy.

– Jest duży i po­wol­ny? – po­wtó­rzy­łem. – Dasz wia­rę, że ten tre­ner wła­śnie to krzyk­nął?

Win wzru­szył ra­mio­na­mi.

Ja też pró­bo­wa­łem to zi­gno­ro­wać. To ogień wal­ki. Za­po­mnij­my.

Przy re­mi­so­wych dwu­dzie­stu czte­rech do­szło do ka­ta­stro­fy. Tuż po prze­rwie tech­nicz­nej dru­ży­na Jac­ka wpro­wa­dzi­ła pił­kę pod kosz prze­ciw­ni­ka. Ze­spół Kas­sel­ton prze­szedł do obro­ny. Jack był na wol­nej po­zy­cji. Do­stał po­da­nie, lecz na­ci­ska­ny przez obro­nę, na mo­ment się po­gu­bił. Zda­rza się.

Szu­kał po­mo­cy. Spoj­rzał na ław­kę Kas­sel­ton, któ­ra była bli­żej, a Wiel­ki Szczot­ko­gło­wy Tre­ner wrza­snął: „Strze­laj! Strze­laj!” – i wska­zał mu kosz.

Nie­wła­ści­wy kosz.

– Strze­laj! – znów krzyk­nął tre­ner.

A Jack, któ­ry po pro­stu był do­brym chłop­cem i ufał do­ro­słym, zro­bił to.

Pił­ka wpa­dła do ko­sza. Nie­wła­ści­we­go. Dwa punk­ty dla Kas­sel­ton.

Ro­dzi­ce z Kas­sel­ton przy­ję­li to grom­ki­mi owa­cja­mi, a na­wet śmie­chem. Ro­dzi­ce z Li­ving­ston za­ła­my­wa­li ręce i ję­cze­li, przy­gnę­bie­ni po­mył­ką pią­to­kla­si­sty. A wte­dy tre­ner Kas­sel­ton, ten fa­cet z na­stro­szo­ny­mi wło­sa­mi i ko­zią bród­ką ba­si­sty, przy­bił piąt­kę swo­je­mu za­stęp­cy i wska­zał Jac­ka pal­cem.

– Hej, dzie­cia­ku, zrób to jesz­cze raz!

Jack może i był naj­więk­szym chłop­cem na bo­isku, ale te­raz wy­glą­dał tak, jak­by bar­dzo sta­rał się być jak naj­mniej­szy. Do­bro­dusz­ny uśmiech znikł. War­gi mu drża­ły. Mru­gał ner­wo­wo. Wi­dać było, że cier­pi, a ja cier­pia­łem ra­zem z nim.

Oj­ciec z Kas­sel­ton nie po­sia­dał się z ra­do­ści. Ze śmie­chem przy­ło­żył dło­nie do ust.

– Po­da­waj­cie do tego du­że­go z prze­ciw­nej dru­ży­ny! – ryk­nął jak przez me­ga­fon. – To na­sza taj­na broń!

Win klep­nął go w ra­mię.

Fa­cet od­wró­cił się do Wina i zo­ba­czył jego wy­mocz­ko­wa­ty strój, blond wło­ski i por­ce­la­no­wą buź­kę. Już miał uśmiech­nąć się szy­der­czo i rzu­cić ja­kąś po­gar­dli­wą uwa­gę, ale coś – za­pew­ne in­stynkt prze­trwa­nia, jaki mają na­wet gady – ka­za­ło mu się roz­my­ślić. Na­po­tkał lo­do­wa­te spoj­rze­nie oczu Wina i spu­ścił wzrok.

– Ta­aak, prze­pra­szam, to było nie­po­trzeb­ne.

Le­d­wo go sły­sza­łem. Znie­ru­cho­mia­łem. Sie­dzia­łem na try­bu­nach i pa­trzy­łem na tego cwa­niacz­ka tre­ne­ra z na­stro­szo­ny­mi wło­sa­mi. Czu­łem, jak krew ude­rza mi do gło­wy.

Dźwięk dzwon­ka ogło­sił ko­niec pierw­szej po­ło­wy. Tre­ner wciąż się śmiał i roz­ba­wio­ny krę­cił gło­wą. Je­den z jego po­moc­ni­ków pod­szedł i uści­snął mu dłoń. To samo zro­bi­ło kil­ko­ro ro­dzi­ców i wi­dzów.

– Mu­szę iść – rzekł Win.

Nic nie po­wie­dzia­łem.

– Mam zo­stać w po­bli­żu? Na wszel­ki wy­pa­dek?

– Nie.

Win kiw­nął gło­wą i od­szedł. Wciąż nie od­ry­wa­łem oczu od tre­ne­ra Kas­sel­ton. Wsta­łem i za­czą­łem scho­dzić z roz­kle­ko­ta­nej try­bu­ny. Drew­nia­ne stop­nie dud­ni­ły pod mo­imi no­ga­mi. Tre­ner ru­szył do drzwi. Po­sze­dłem za nim. Zmie­rzał do ła­zien­ki, uśmie­cha­jąc się jak idio­ta, któ­rym nie­wąt­pli­wie był. Cze­ka­łem na nie­go przy drzwiach.

– Świet­ne – po­wie­dzia­łem, gdy wy­szedł.

Na ko­szul­ce miał wy­ha­fto­wa­ny na­pis „Tre­ner Bob­by”. Przy­sta­nął i wy­trzesz­czył oczy.

– Słu­cham?

– Za­chę­ca­nie dzie­się­cio­lat­ka, żeby rzu­cił do nie­wła­ści­we­go ko­sza – wy­ja­śni­łem. – I ten za­baw­ny okrzyk: „Hej, dzie­cia­ku, zrób to jesz­cze raz!”, kie­dy go upo­ko­rzy­łeś. Świet­na ro­bo­ta, tre­ne­rze Bob­by.

Zmru­żył oczy. Był ro­sły, opa­sły, miał gru­be przed­ra­mio­na, sze­ro­kie łap­ska i czół­ko ne­an­der­tal­czy­ka. Zna­łem ten typ. Wszy­scy ta­kich zna­my.

– To część gry.

– Wy­śmie­wa­nie dzie­się­cio­lat­ka to część gry?

– Mą­ce­nie w gło­wie. Zmu­sza­nie prze­ciw­ni­ka, by po­peł­nił błąd.

Nic nie po­wie­dzia­łem. Zmie­rzył mnie wzro­kiem i do­szedł do wnio­sku, że owszem, mógł­by mnie za­ła­twić. Duzi fa­ce­ci, tacy jak Tre­ner Bob­by, są pew­ni, że mogą za­ła­twić wła­ści­wie każ­de­go. A ja tyl­ko na nie­go pa­trzy­łem.

– Ma pan ja­kiś pro­blem?

– To są dzie­się­cio­let­nie dzie­ci.

– Ra­cja, pew­nie, dzie­cia­ki. A pan co, jest pan jed­nym z tych upier­dli­wych prze­czu­lo­nych ta­tu­siów, któ­rzy uwa­ża­ją, że na bo­isku wszy­scy po­win­ni być rów­ni? Ni­czy­je uczu­cia nie po­win­ny być zra­nio­ne, nikt nie po­wi­nien wy­grać ani prze­grać… Hej, może nie po­win­ni­śmy w ogó­le li­czyć punk­tów, co?

Pod­szedł do nas asy­stent tre­ne­ra. Miał taką samą ko­szul­kę, tyl­ko z na­pi­sem „Asy­stent Tre­ne­ra Pat”.

– Bob­by? Za­raz za­cznie się dru­ga po­ło­wa.

Pod­sze­dłem krok bli­żej.

– Po pro­stu niech pan da mu spo­kój.

Zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­nia­mi, Tre­ner Bob­by od­pa­lił z drwią­cym uśmie­chem:

– Bo co?

– To wraż­li­wy chło­piec.

– Ojej­ku. Je­śli jest taki wraż­li­wy, to może nie po­wi­nien grać?

– A pan może nie po­wi­nien być tre­ne­rem?

Wte­dy Asy­stent Tre­ne­ra Pat zro­bił krok na­przód. Po­pa­trzył na mnie i na jego twa­rzy po­ja­wił się ten wszyst­ko­wie­dzą­cy uśmie­szek, któ­ry zna­łem aż za do­brze.

– No, no, no…

– Co? – spy­tał Tre­ner Bob­by.

– Czy wiesz, kim jest ten fa­cet?

– Kim?

– To My­ron Bo­li­tar.

Było wi­dać, jak Tre­ner Bob­by ob­ra­ca moje na­zwi­sko w gło­wie, jak­by miał szyb­kę w czo­le, za któ­rą wie­wiór­ka bie­ga co­raz szyb­ciej w swo­jej klat­ce. Kie­dy sy­nap­sy prze­sta­ły iskrzyć, jego uśmiech roz­cią­gnął ko­zią bród­kę wraz z ką­ci­ka­mi ust.

– Ten wiel­ki „su­per­gwiaz­dor” – pal­ca­mi na­kre­ślił w po­wie­trzu cu­dzy­słów – któ­ry nie po­ra­dził so­bie w za­wo­do­wej? Świa­to­wej sła­wy za­wod­nik, któ­ry od­padł w pierw­szej run­dzie?

– Ten sam – po­twier­dził Asy­stent Tre­ne­ra Pat.

– Te­raz ro­zu­miem.

– Hej, Tre­ne­rze Bob­by? – po­wie­dzia­łem.

– Co?

– Po pro­stu zo­staw dzie­cia­ka w spo­ko­ju.

Zmarsz­czył czo­ło.

– Nie chcesz ze mną za­dzie­rać – uznał.

– Masz ra­cję. Nie chcę. Po pro­stu zo­staw dzie­cia­ka w spo­ko­ju.

– Nie ma mowy, ko­leś. – Uśmiech­nął się i pod­szedł bli­żej. – Masz z tym ja­kiś pro­blem?

– Mam, i to duży.

– No to może prze­dys­ku­tu­je­my go po me­czu? Na osob­no­ści?

Krew za­czę­ła mi ży­wiej krą­żyć w ży­łach.

– Czyż­byś wy­zy­wał mnie na po­je­dy­nek?

– Taaa. No chy­ba, rzecz ja­sna, że tchó­rzysz. Tchó­rzysz?

– Nie tchó­rzę.

Cza­sem wy­cho­dzą mi cię­te ri­po­sty. Tak trzy­mać.

– Mu­szę wra­cać na mecz. Po­tem za­ła­twi­my to, ty i ja. Ka­pu­jesz?

– Ka­pu­ję.

Ko­lej­na cię­ta ri­po­sta. Świet­nie mi idzie.

Tre­ner Bob­by pod­su­nął mi pa­lec pod nos. Za­sta­na­wia­łem się, czy mu go nie od­gryźć – to za­wsze zmu­sza do za­sta­no­wie­nia.

– Je­steś głu­pi, Bo­li­tar. Sły­szysz mnie? Głu­pi.

– Głu­chy?

– Głu­pi.

– Och, to do­brze, bo gdy­bym był głu­chy, to nie mógł­bym cię zro­zu­mieć. A je­śli się do­brze za­sta­no­wić, to gdy­bym był głu­pi, też bym nie zro­zu­miał.

Sy­gnał ogło­sił ko­niec prze­rwy.

– Chodź, Bob­by – po­wie­dział Asy­stent Tre­ne­ra Pat.

– Głu­pi – po­wtó­rzył jesz­cze raz.

Przy­ło­ży­łem dłoń do ucha, jak­bym nie do­sły­szał.

– Co?! – krzyk­ną­łem, ale on już się od­da­lił. Pa­trzy­łem, jak idzie. Szedł tym pew­nym sie­bie, roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem, sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny, tro­chę za bar­dzo wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi. Już mia­łem krzyk­nąć coś głu­pie­go, gdy ktoś po­ło­żył rękę na moim ra­mie­niu. Od­wró­ci­łem się. To była Ali, mat­ka Jac­ka.

– O co cho­dzi­ło? – za­py­ta­ła.

Twarz Ali była miła i szcze­ra, a jej wiel­kie zie­lo­ne oczy mia­ły dla mnie nie­od­par­ty urok. Chcia­łem po­rwać ją w ra­mio­na i ob­sy­pać po­ca­łun­ka­mi, ale ktoś mógł­by to opacz­nie zin­ter­pre­to­wać.

– O nic – mruk­ną­łem.

– Jak mi­nę­ła pierw­sza po­ło­wa?

– Zda­je się, że prze­gry­wa­my dwo­ma punk­ta­mi.

– Jack zdo­był ja­kiś?

– Nie są­dzę, nie.

Ali przez mo­ment wpa­try­wa­ła się w moją twarz i zo­ba­czy­ła w niej coś, co jej się nie spodo­ba­ło. Od­wró­ci­łem się i po­sze­dłem na try­bu­nę. Usia­dłem. Ali usia­dła obok mnie. Mi­nę­ły dwie mi­nu­ty me­czu.

– No więc, co się sta­ło?

– Nic.

Wier­ci­łem się na twar­dych de­skach.

– Kłam­czuch – po­wie­dzia­ła Ali.

– Sku­pi­łem uwa­gę na grze.

– Kłam­czuch.

Spoj­rza­łem na nią, na tę ślicz­ną szcze­rą twarz, na pie­gi, któ­rych w tym wie­ku nie po­win­na mieć, a któ­re tyl­ko do­da­wa­ły jej uro­ku, i też coś zo­ba­czy­łem.

– Ty tak­że wy­glą­dasz tro­chę nie­swo­jo.

Po­my­śla­łem, że nie tyl­ko dzi­siaj, lecz przez kil­ka mi­nio­nych ty­go­dni tro­chę się mię­dzy nami nie ukła­da­ło. Ali była roz­tar­gnio­na i po­de­ner­wo­wa­na, ale nie chcia­ła o tym roz­ma­wiać. Ja by­łem bar­dzo za­pra­co­wa­ny, więc nie na­le­ga­łem.

Nie od­ry­wa­ła oczu od bo­iska.

– Czy Jack do­brze grał?

– Do­brze – po­wie­dzia­łem. A po­tem do­da­łem: – O któ­rej masz ju­tro sa­mo­lot?

– O trze­ciej.

– Od­wio­zę cię na lot­ni­sko.

Cór­ka Ali, Erin, do­sta­ła się na sta­no­wy uni­wer­sy­tet w Ari­zo­nie. Ali, Erin i Jack le­cie­li tam na ty­dzień, żeby po­móc jej się urzą­dzić.

– Nie mu­sisz. Już za­mó­wi­łam sa­mo­chód.

– Z przy­jem­no­ścią was za­wio­zę.

– Nie trze­ba.

To stwier­dze­nie koń­czy­ło wszel­ką dys­ku­sję na ten te­mat. Pró­bo­wa­łem uspo­ko­ić się i ob­ser­wo­wać mecz. Tęt­no wciąż mia­łem przy­spie­szo­ne.

– Dla­cze­go wciąż pa­trzysz na tre­ne­ra tam­tej dru­ży­ny?

– Ja­kie­go tre­ne­ra?

– Tego z fry­zu­rą kiep­skie­go show­ma­na z ka­blów­ki i bród­ką Ro­bin Ho­oda.

– Szu­kam in­spi­ra­cji do mo­je­go no­we­go ima­ge’u.

Pra­wie się uśmiech­nę­ła.

– Czy Jack dużo grał w pierw­szej po­ło­wie?

– Tyle co zwy­kle.

Mecz się za­koń­czył i Kas­sel­ton wy­gra­ło trze­ma punk­ta­mi.

Tłum wi­wa­to­wał. Tre­ner Jac­ka, pod każ­dym wzglę­dem po­rząd­ny gość, wo­lał nie wy­sta­wiać go w dru­giej po­ło­wie. Ali była tym tro­chę za­nie­po­ko­jo­na, po­nie­waż tre­ner za­zwy­czaj da­wał po­grać wszyst­kim dzie­cia­kom, ale po­sta­no­wi­ła nie py­tać.

Dru­ży­ny ro­ze­szły się do prze­ciw­le­głych na­roż­ni­ków, żeby po­że­gnać się po me­czu. Ali i ja cze­ka­li­śmy przed salą gim­na­stycz­ną, na ko­ry­ta­rzu. Nie trwa­ło to dłu­go. Tre­ner Bob­by ru­szył ku mnie tym swo­im roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem, tyl­ko że te­raz za­ci­skał pię­ści. Miał ze sobą trzech kum­pli, w tym Asy­sten­ta Tre­ne­ra Pata. Wszy­scy byli ro­śli i oty­li, i na­wet w po­ło­wie nie tak sil­ni, jak im się zda­wa­ło. Tre­ner Bob­by za­trzy­mał się mniej wię­cej pół me­tra od ni­żej pod­pi­sa­ne­go. Jego trzej kom­pa­ni sta­nę­li pół­ko­lem, skrzy­żo­wa­li ręce na pier­siach i ga­pi­li się na mnie.

Przez mo­ment nikt się nie od­zy­wał. Tyl­ko pa­trzy­li na mnie groź­nie.

– Pew­nie mam się te­raz po­si­kać ze stra­chu?

Tre­ner Bob­by znów za­czął wy­gra­żać mi pal­cem.

– Znasz bar Land­mark w Li­ving­ston?

– Pew­nie – od­par­łem.

– Dziś wie­czór o dzie­sią­tej. Par­king na ty­łach.

– O tej po­rze mu­szę już być w domu – od­rze­kłem. – I nie cho­dzę na ta­kie rand­ki. Naj­pierw ko­la­cja. I może bu­kiet kwia­tów.

– Je­śli się nie zja­wisz… – przy­su­nął pa­lec do mo­jej twa­rzy – znaj­dę ja­kiś inny spo­sób, żeby uzy­skać sa­tys­fak­cję. Ka­pu­jesz?

Nie ka­po­wa­łem, ale od­ma­sze­ro­wał, za­nim zdą­ży­łem po­pro­sić, żeby mi to wy­ja­śnił. Jego kum­ple po­szli za nim. Po­ma­cha­łem im pal­ca­mi unie­sio­nej dło­ni. Kie­dy je­den z nich po­zwo­lił so­bie pa­trzeć na mnie odro­bi­nę za dłu­go, po­sła­łem mu ca­łu­sa. Od­wró­cił się jak spo­licz­ko­wa­ny.

Po­sła­nie bu­zia­ka – mój ulu­bio­ny spo­sób na wku­rze­nie ho­mo­fo­ba.

Od­wró­ci­łem się do Ali, zo­ba­czy­łem jej minę i po­my­śla­łem: oho.

– Co to było, do dia­bła?

– Coś się sta­ło pod­czas me­czu, za­nim tu przy­szłaś.

– Co?

Opo­wie­dzia­łem jej.

– I na­sko­czy­łeś na tego tre­ne­ra?

– Tak.

– Dla­cze­go?

– Jak to dla­cze­go?

– Tyl­ko po­gor­szy­łeś sy­tu­ację. To pa­lant. Dzie­ci to wie­dzą.

– Jack był bli­ski łez.

– Ja się tym zaj­mę. Nie po­trze­bu­ję mę­skich po­pi­sów.

– Nie po­pi­sy­wa­łem się. Chcia­łem, żeby prze­stał się cze­piać Jac­ka.

– Nic dziw­ne­go, że Jack nie grał w dru­giej po­ło­wie. Jego tre­ner pew­nie zo­ba­czył two­je idio­tycz­ne za­cho­wa­nie i był do­sta­tecz­nie mą­dry, żeby nie do­le­wać oli­wy do ognia. Czu­jesz się te­raz le­piej?

– Nie, jesz­cze nie, ale my­ślę, że owszem, po­czu­ję się le­piej, kie­dy obi­ję mu twarz.

– Na­wet o tym nie myśl.

– Sły­sza­łaś, co po­wie­dział.

Ali po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie wie­rzę wła­snym uszom. Co z tobą jest, do cho­le­ry?

– Ują­łem się za Jac­kiem.

– To nie two­ja spra­wa. Nie masz do tego pra­wa. Nie je­steś…

Urwa­ła.

– Po­wiedz to, Ali.

Za­mknę­ła oczy.

– Masz ra­cję. Nie je­stem jego oj­cem.

– Nie to chcia­łam po­wie­dzieć.

Kła­ma­ła, ale nie wy­tkną­łem jej tego.

– Może nie by­ła­by to moja spra­wa, gdy­by cho­dzi­ło tyl­ko o Jac­ka, ale nie. Po­szedł­bym do tego fa­ce­ta, na­wet gdy­by po­wie­dział to o in­nym dzie­cia­ku.

– Dla­cze­go?

– Po­nie­waż źle po­stą­pił.

– A kim ty je­steś, żeby to tak na­zy­wać?

– Jak na­zy­wać? Coś jest złe. Albo do­bre. On po­stą­pił źle.

– Jest aro­ganc­kim osłem. Nie­któ­rzy lu­dzie tacy są. Jack to ro­zu­mie albo zro­zu­mie z cza­sem. Na­po­ty­ka­nie osłów to część do­ra­sta­nia. Nie ro­zu­miesz tego?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

– A je­śli mój syn zo­stał tak głę­bo­ko zra­nio­ny – wy­ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby – to za kogo się uwa­żasz, żeby mi o tym nie mó­wić? Py­ta­łam, o czym wy dwaj roz­ma­wia­li­ście pod­czas prze­rwy, pa­mię­tasz?

– Tak.

– Po­wie­dzia­łeś, że o ni­czym waż­nym. Co so­bie my­śla­łeś, chcia­łeś uspo­ko­ić małą ko­biet­kę?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie.

Ali po­krę­ci­ła gło­wą i mil­cza­ła.

– Co ta­kie­go? – za­py­ta­łem.

– Po­zwo­li­łam ci za bar­dzo się do nie­go zbli­żyć – stwier­dzi­ła.

Moje ser­ce za­nur­ko­wa­ło jak sa­mo­lot.

– Do li­cha – prych­nę­ła.

Cze­ka­łem.

– Jak na wspa­nia­łe­go fa­ce­ta, któ­ry zwy­kle jest tak cho­ler­nie spo­strze­gaw­czy, cza­sem ni­cze­go nie ro­zu­miesz.

– Może nie po­wi­nie­nem na nie­go na­ska­ki­wać, w po­rząd­ku? Gdy­byś jed­nak była tam, kie­dy wo­łał do Jac­ka, żeby zro­bił to jesz­cze raz, i gdy­byś wi­dzia­ła minę Jac­ka…

– Nie mó­wię o tym.

Za­mil­kłem i za­sta­no­wi­łem się.

– Za­tem masz ra­cję. Ni­cze­go nie ro­zu­miem.

Mam metr dzie­więć­dzie­siąt dwa, a Ali jest ode mnie o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów niż­sza. Sta­ła bli­sko i pa­trzy­ła w górę.

– Nie jadę do Ari­zo­ny, żeby po­móc Erin się urzą­dzić. A przy­najm­niej nie tyl­ko po to. Tam miesz­ka­ją moi ro­dzi­ce.

1 jego ro­dzi­ce tak­że.

Wie­dzia­łem, o kim mówi – o zmar­łym mężu, któ­re­go du­cha na­uczy­łem się ak­cep­to­wać, cza­sem na­wet ocho­czo. Ten duch nig­dy jej nie opusz­cza. Nie wiem, czy kie­dyś so­bie pój­dzie, cho­ciaż cza­sa­mi tego pra­gnę, co oczy­wi­ście jest okrop­ne z mo­jej stro­ny.

– Oni… mó­wię o mo­ich i jego ro­dzi­cach… chcą, że­by­śmy się tam prze­pro­wa­dzi­li. Że­by­śmy mo­gli być bli­sko sie­bie. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić, to ma sens.

Kiw­ną­łem gło­wą, po­nie­waż nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć.

– Jack, Erin i, do li­cha, ja tak­że, po­trze­bu­je­my tego.

– Cze­go po­trze­bu­je­cie?

– Ro­dzi­ny. Jego ro­dzi­ce chcą być czę­ścią ży­cia Jac­ka. Nie mogą już dłu­żej sami zno­sić tam­tej­szych chło­dów. Ro­zu­miesz to?

– Oczy­wi­ście, że ro­zu­miem.

Te sło­wa dziw­nie za­brzmia­ły w mo­ich uszach, jak­by wy­po­wie­dział je ktoś inny.

– Moi ro­dzi­ce zna­leź­li miesz­ka­nie i chcą, że­by­śmy je obej­rze­li – cią­gnę­ła Ali. – To apar­ta­ment w tym sa­mym bu­dyn­ku, w któ­rym miesz­ka­ją.

– Ta­kie miesz­ka­nia to do­bra rzecz – po­wie­dzia­łem bez sen­su. – Ni­skie kosz­ty. Pła­cisz tyl­ko mie­sięcz­ny czynsz, no nie?

Te­raz to ona mil­cza­ła.

– Za­tem, żeby mieć ja­sność, co to ozna­cza dla nas? – spy­ta­łem.

– Chcesz się prze­pro­wa­dzić do Scot­ts­da­le?

Za­wa­ha­łem się.

Po­ło­ży­ła dłoń na moim ra­mie­niu.

– Spójrz na mnie.

Zro­bi­łem to, a wte­dy po­wie­dzia­ła coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­łem.

– To z nami nie było na za­wsze, My­ro­nie. Obo­je o tym wie­my.

Obok nas prze­bie­gła grup­ka dzie­ci. Jed­no z nich wpa­dło na mnie.

– Prze­pra­szam – mruk­nę­ło.

Sę­dzia li­nio­wy za­gwiz­dał, za­po­wia­da­jąc po­czą­tek no­we­go me­czu.

– Mamo?

Jack, wspa­nia­ły dzie­ciak, wy­ło­nił się zza rogu. Obo­je uśmiech­nę­li­śmy się do nie­go. Nie od­po­wie­dział uśmie­chem. Za­zwy­czaj, choć­by grał nie wiem jak okrop­nie, przy­bie­gał w pod­sko­kach jak roz­ra­do­wa­ny szcze­niak, ob­da­rza­jąc nas uśmie­cha­mi i przy­bi­ja­jąc piąt­ki. Nie dziś.

– Hej, mały – rzu­ci­łem, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. Czę­sto sły­szę, jak lu­dzie w po­dob­nych sy­tu­acjach mó­wią „do­bry mecz”, ale dzie­cia­ki wie­dzą, że to pro­tek­cjo­nal­ne kłam­stwo, i to jesz­cze po­gar­sza spra­wę.

Jack pod­biegł, ob­jął w mnie wpół, przy­ci­snął twarz do mo­jej pier­si i za­czął pła­kać. Ser­ce znów za­czę­ło mi pę­kać. Sta­łem, gła­dząc go po gło­wie. Ali przy­glą­da­ła się mo­jej twa­rzy. Nie po­do­ba­ło mi się to, co wi­dzia­łem w jej oczach.

– Cięż­ki dzień – po­wie­dzia­łem. – Wszy­scy je mie­wa­my. Nie daj się, do­bra? Ro­bi­łeś co mo­głeś, a to naj­waż­niej­sze. – A po­tem do­da­łem coś, cze­go chło­piec nie był w sta­nie zro­zu­mieć, cho­ciaż było stu­pro­cen­to­wo praw­dzi­we: – Te me­cze tak na­praw­dę wca­le nie są waż­ne.

Ali po­ło­ży­ła dło­nie na ra­mio­nach chłop­ca. Pu­ścił mnie, od­wró­cił się do niej i znów się przy­tu­lił. Sta­li­śmy tam tak przez mi­nu­tę, aż się uspo­ko­ił. Wte­dy kla­sną­łem i spy­ta­łem z wy­mu­szo­nym uśmie­chem:

– Czy ktoś ma ocho­tę na lody?

Jack szyb­ko do­szedł do sie­bie.

– Ja!

– Nie dzi­siaj – ucię­ła Ali. – Mu­si­my się spa­ko­wać i przy­go­to­wać.

Jack ścią­gnął brwi.

– Może in­nym ra­zem.

My­śla­łem, że Jack po­wie „och, mamo”, ale może i on usły­szał coś w jej gło­sie. Prze­chy­lił gło­wę i bez sło­wa od­wró­cił się do mnie. Przy­bi­li­śmy żół­wi­ka – tak się wi­ta­li­śmy i że­gna­li­śmy, stu­ka­jąc się pię­ścia­mi – po czym Jack ru­szył do drzwi.

Ali wska­za­ła ocza­mi na pra­wo. Spoj­rza­łem tam i zo­ba­czy­łem Tre­ne­ra Bob­by’ego.

– Nie pró­buj się z nim bić – ostrze­gła.

– Rzu­cił mi wy­zwa­nie – przy­po­mnia­łem.

– Mą­drzej­szy ustę­pu­je.

– Może na fil­mach. W miej­scach peł­nych do­brych dusz­ków, wiel­ka­noc­nych kró­licz­ków i ślicz­nych wró­żek. Jed­nak w praw­dzi­wym ży­ciu ten, kto ustę­pu­je, jest uwa­ża­ny za mię­cza­ka.

– Więc zrób to dla mnie, do­brze? Dla Jac­ka. Nie idź dziś wie­czo­rem do tego baru. Obie­caj mi.

– Po­wie­dział, że je­śli się tam nie po­ka­żę, po­szu­ka sa­tys­fak­cji w inny spo­sób.

– To aro­ganc­ki osioł. Obie­caj mi.

Zmu­si­ła mnie, że­bym spoj­rzał jej w oczy.

– Do­brze, nie pój­dę tam.

Od­wró­ci­ła się, żeby odejść. Bez po­ca­łun­ku na po­że­gna­nie, na­wet cmok­nię­cia w po­li­czek.

– Ali?

– Co?

Ko­ry­tarz na­gle wy­dał mi się bar­dzo pu­sty.

– Zry­wasz ze mną?

– Chcesz za­miesz­kać w Scot­ts­da­le?

– Mam ci od­po­wie­dzieć na­tych­miast?

– Nie. Jed­nak ja już znam od­po­wiedź. Ty też.

3

Nie wiem, ile cza­su mi­nę­ło. Za­pew­ne kil­ka mi­nut. Po­tem po­sze­dłem do sa­mo­cho­du. Nie­bo było sza­re. Mży­ło. Przy­sta­ną­łem na mo­ment, za­mkną­łem oczy i unio­słem twarz ku nie­bu. My­śla­łem o Ali. My­śla­łem o Te­re­se w luk­su­so­wym ho­te­lu w Pa­ry­żu.

Spu­ści­łem gło­wę, zro­bi­łem dwa kro­ki i zo­ba­czy­łem Tre­ne­ra Bob­by’ego oraz jego kum­pli w for­dzie expe­di­tion.

Tyl­ko wes­tchną­łem.

Byli tam wszy­scy czte­rej: Asy­stent Tre­ne­ra Pat za kie­row­ni­cą, Tre­ner Bob­by obok nie­go, a dwa po­zo­sta­łe gru­ba­sy z tyłu. Wy­ją­łem te­le­fon ko­mór­ko­wy i wci­sną­łem je­dyn­kę w opcji szyb­kie­go wy­bie­ra­nia. Win ode­brał po pierw­szym sy­gna­le.

– Wy­słów się – rzu­cił.

Za­wsze w ten spo­sób od­bie­ra te­le­fo­ny, na­wet kie­dy wi­dzi na wy­świe­tla­czu, że dzwo­nię ja. To de­ner­wu­ją­ce.

– Le­piej tu wróć – po­wie­dzia­łem.

– Och. – Miał ura­do­wa­ny głos chłop­czy­ka w wi­gi­lij­ny po­ra­nek. – Su­per.

– Ile ci to zaj­mie?

– Je­stem nie­da­le­ko, na uli­cy. Po­dej­rze­wa­łem, że coś ta­kie­go może się zda­rzyć.

– Tyl­ko ni­ko­go nie za­strzel – do­da­łem.

– Tak, ma­mu­siu.

Mój sa­mo­chód stał z tyłu par­kin­gu. Ford po­wo­li je­chał za mną. Deszcz się wzmógł. Za­sta­na­wia­łem się, jaki mają plan – nie­wąt­pli­wie za­mie­rza­li zro­bić coś de­bil­nie mę­skie­go – i po­sta­no­wi­łem cze­kać na roz­wój wy­da­rzeń.

Po­ja­wił się ja­gu­ar Wina i sta­nął w od­da­li. Ja jeż­dżę for­dem tau­ru­sem, czy­li Lep na La­ski. Win nie­na­wi­dzi mo­je­go sa­mo­cho­du. Za żad­ne skar­by do nie­go nie wsią­dzie. Wy­ją­łem klu­czy­ki i wci­sną­łem przy­cisk pi­lo­ta. Sa­mo­chód za­pisz­czał i drzwi się otwo­rzy­ły. Wsia­dłem. Wte­dy ford ru­szył do ata­ku. Pod­je­chał i sta­nął tuż za mną, blo­ku­jąc mi wy­jazd. Tre­ner Bob­by wy­sko­czył, gła­dząc swo­ją ko­zią bród­kę. Dwaj jego kum­ple po­szli za nim.

Wes­tchną­łem i pa­trzy­łem w lu­ster­ku, jak pod­cho­dzą.

– Mogę coś dla was zro­bić? – za­py­ta­łem.

– Sły­sza­łem, jak ob­jeż­dża­ła cię two­ja dziew­czy­na – po­wie­dział.

– Nie­ład­nie pod­słu­chi­wać, Tre­ne­rze Bob­by.

– Do­my­śli­łem się, że mo­żesz zmie­nić zda­nie i nie przyjść. Po­my­śla­łem, że mo­że­my za­ła­twić to te­raz. Tu­taj.

Tre­ner Bob­by przy­su­nął swo­ją twarz do mo­jej.

– Chy­ba że tchó­rzysz.

– Ja­dłeś tuń­czy­ka na lunch? – za­py­ta­łem.

Ja­gu­ar Wina pod­je­chał i sta­nął obok for­da. Tre­ner Bob­by cof­nął się o krok i zmru­żył oczy. Win wy­siadł. Tam­ci czte­rej po­pa­trzy­li na nie­go i ścią­gnę­li brwi.

– Kto to jest, do dia­bła?

Win uśmiech­nął się i pod­niósł rękę, jak­by wła­śnie przed­sta­wio­no go jako go­ścia pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go i chciał po­dzię­ko­wać wi­dow­ni za aplauz.

– Miło tu być – po­wie­dział. – Bar­dzo dzię­ku­ję.

– To mój przy­ja­ciel. Jest tu, by wy­rów­nać szan­se.

– On? – ro­ze­śmiał się Bob­by. Jego chó­rek mu za­wtó­ro­wał. – Och tak, na pew­no.

Wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du. Win przy­su­nął się do tych trzech.

– Sko­pię ci ty­łek – oznaj­mił Tre­ner Bob­by. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Mo­żesz pró­bo­wać.

– Tu jest za dużo lu­dzi. Za­raz za tym bo­iskiem jest le­śna po­la­na. – Wska­zał pal­cem. – Tam nikt nie bę­dzie nam prze­szka­dzał.

– A skąd, je­śli wol­no spy­tać, wiesz o tej po­la­nie? – za­py­tał Win.

– Cho­dzi­łem tu do szko­ły śred­niej. Sko­pa­łem tam wie­le tył­ków. – I na­dy­ma­jąc się, do­dał: – By­łem też ka­pi­ta­nem dru­ży­ny rug­by.

– Ooo… – po­wie­dział Win gło­sem wy­pra­nym z emo­cji. – Czy mogę no­sić two­ją kurt­kę na po­tań­ców­ce?

Tre­ner Bob­by wy­ce­lo­wał w nie­go gru­by pa­luch.

– Bę­dziesz nią ocie­rał krew, je­śli się nie za­mkniesz.

Win bar­dzo się sta­rał nie oka­zy­wać ucie­chy.

Przy­po­mnia­łem so­bie, co obie­ca­łem Ali.

– Obaj je­ste­śmy do­ro­śli – po­wie­dzia­łem. Przy każ­dym sło­wie mia­łem wra­że­nie, że plu­ję tłu­czo­nym szkłem. – Po­win­ni­śmy roz­wią­zy­wać pro­ble­my, nie ucie­ka­jąc się do wal­ki na pię­ści, nie są­dzisz?

Spoj­rza­łem na sto­ją­ce­go za nim Wina. Marsz­czył czo­ło.

– Na­praw­dę uży­łeś okre­śle­nia „wal­ka na pię­ści”?

Tre­ner Bob­by przy­su­nął się do mnie. Stał bar­dzo bli­sko.

– Tchó­rzysz?

Zno­wu to samo.

Ja jed­nak by­łem mą­drzej­szy, a mą­drzej­szy za­wsze ustę­pu­je. Pew­nie, ra­cja.

– Tak. Tchó­rzę. Za­do­wo­lo­ny?

– Sły­szy­cie, chło­pa­ki? On tchó­rzy.

Skrzy­wi­łem się, ale wy­trwa­łem. Albo zła­ma­łem się, jak kto woli. Tak, mą­drzej­szy fa­cet to ja.

Chy­ba jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łem Wina tak za­wie­dzio­ne­go.

– Ze­chce­cie za­brać swój sa­mo­chód, że­bym mógł od­je­chać? – za­py­ta­łem.

– Do­bra – mruk­nął Tre­ner Bob­by – ale ostrze­ga­łem cię.

– Przed czym?

Znów przy­su­nął się za bli­sko.

– Nie chcesz się bić, do­brze. W ta­kim ra­zie roz­pocz­nie się se­zon po­lo­wań na two­je­go chło­pa­ka.

Krew za­szu­mia­ła mi w uszach.

– O czym ty mó­wisz?

– O tym nie­zdar­nym chło­pa­ku, któ­ry wrzu­cił pił­kę do nie­wła­ści­we­go ko­sza. Przez resz­tę se­zo­nu bę­dzie ce­lem. Bę­dzie­my mie­li oka­zję mu do­ło­żyć i zro­bi­my to. Gdy zo­ba­czy­my szan­sę, by na­mie­szać mu w gło­wie, wy­ko­rzy­sta­my ją.

Chy­ba roz­dzia­wi­łem usta. Po­pa­trzy­łem na Wina, upew­nia­jąc się, że do­brze sły­szę. Już nie wy­glą­dał na za­ła­ma­ne­go. Za­cie­rał ręce.

Od­wró­ci­łem się do Tre­ne­ra Bob­by’ego.

– Po­waż­nie?

– Jak atak ser­ca.

W my­ślach po­wtó­rzy­łem obiet­ni­cę zło­żo­ną Ali, szu­ka­jąc luki. Po kon­tu­zji na bo­isku ko­szy­ków­ki, któ­ra za­koń­czy­ła moją ka­rie­rę, mu­sia­łem do­wieść świa­tu, że nic mi nie jest i ba­sta. Po­sze­dłem więc na stu­dia praw­ni­cze na Ha­rvard. My­ron Bo­li­tar, w ca­łej swej kra­sie – wy­bit­ny spor­to­wiec i za bar­dzo wy­kształ­co­ny choć do­bro­dusz­ny praw­nik. Mia­łem dy­plom praw­ni­ka. A to ozna­cza­ło, że umiem znaj­do­wać luki.

Co do­kład­nie obie­ca­łem? Przy­po­mnia­łem so­bie sło­wa Ali: „Nie idź dziś wie­czo­rem do tego baru. Obie­caj mi”.

No cóż, to nie był bar, praw­da? Tyl­ko le­śna po­la­na za szkol­nym bo­iskiem. Ja­sne, może za­po­mi­na­łem o du­chu, ale trzy­ma­łem się li­te­ry. A ona była tu klu­czem.

– Zrób­my to – po­wie­dzia­łem.

W szóst­kę ru­szy­li­śmy w kie­run­ku lasu. Win nie­mal w pod­sko­kach. Po przej­ściu sze­ściu me­trów przez las zo­ba­czy­łem po­la­nę. Zie­mia była za­sy­pa­na nie­do­pał­ka­mi i pusz­ka­mi po pi­wie. Szko­ła śred­nia. To nig­dy się nie zmie­nia.

Tre­ner Bob­by za­jął po­zy­cję po­środ­ku po­la­ny. Uniósł rękę i ski­nął na mnie. Przy­łą­czy­łem się do nie­go.

– Pa­no­wie – po­wie­dział Win – pro­szę o chwi­lę wa­sze­go cza­su, za­nim oni za­czną.

Wszy­scy po­pa­trzy­li na nie­go. Win stał pod du­żym klo­nem z Asy­sten­tem Tre­ne­ra Pa­tem i dwo­ma go­ry­la­mi.

– Źle bym się czuł – cią­gnął Win – gdy­bym nie udzie­lił wam pew­nej bar­dzo waż­nej rady.

– O czym, do dia­bła, ga­dasz? – wark­nął Tre­ner Bob­by.

– Nie mó­wię do cie­bie. To rada dla trzech two­ich kum­pli. – Win po­wiódł wzro­kiem po ich twa­rzach. – W pew­nej chwi­li od­czu­je­cie po­ku­sę, żeby wtrą­cić się i po­móc Tre­ne­ro­wi Bob­by’emu. To był­by błąd. Pierw­szy, któ­ry zro­bi choć krok w ich kie­run­ku, bę­dzie ho­spi­ta­li­zo­wa­ny. Zważ­cie na to, że nie po­wie­dzia­łem „po­wstrzy­ma­ny”, „skrzyw­dzo­ny” czy na­wet „zra­nio­ny”. Ho­spi­ta­li­zo­wa­ny.

Tam­ci ga­pi­li się na nie­go.

– Ko­niec rady. – Od­wró­cił się do Tre­ne­ra Bob­by’ego i do mnie. – Te­raz mo­że­cie roz­po­cząć za­pla­no­wa­ną bój­kę.

Tre­ner Bob­by spoj­rzał na mnie.

– Skąd on się urwał?

Jed­nak ja już wpa­dłem w trans i nie by­łem w na­stro­ju do po­ga­wę­dek. Sza­la­łem z wście­kło­ści. Nie jest to do­bre, kie­dy masz wal­czyć. Mu­sisz stłu­mić to uczu­cie, spo­wol­nić sza­le­ją­cy puls i nie do­pu­ścić do tego, aby spa­ra­li­żo­wał cię przy­pływ ad­re­na­li­ny.

Bob­by spoj­rzał na mnie i po raz pierw­szy w jego oczach za­uwa­ży­łem cień wąt­pli­wo­ści. Przy­po­mnia­łem so­bie, jak się śmiał, jak wska­zał nie­wła­ści­wy kosz i co po­wie­dział: „Hej, dzie­cia­ku, zrób to jesz­cze raz!”.

Na­bra­łem po­wie­trza.

Tre­ner Bob­by przy­jął po­sta­wę bok­ser­ską. Ja tak­że, cho­ciaż moja nie była taka sztyw­na. Sta­łem na ugię­tych i lek­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Bob­by był osił­kiem i miej­sco­wym twar­dzie­lem, któ­ry przy­wykł do tego, że lu­dzie się go boją. Nie miał ze mną szans.

Kil­ka fak­tów do­ty­czą­cych wal­ki na pię­ści. Pierw­szy: nig­dy nie wia­do­mo, jak wal­ka się skoń­czy. To kar­dy­nal­na re­gu­ła. Każ­de­mu może wyjść szczę­śli­wy cios. Jed­nak praw­dę mó­wiąc, Tre­ner Bob­by po pro­stu nie miał szans. Nie mó­wię tego, po­nie­waż je­stem cheł­pli­wy czy lu­bię się po­wta­rzać. Obo­jęt­ne, co ro­dzi­ce z tych chwiej­nych try­bun są­dzi­li o swo­ich pry­wat­nych tre­ne­rach i in­ten­syw­nych za­ję­ciach spor­to­wych w trze­cio­li­go­wych dru­ży­nach, spor­to­wiec po­wsta­je przede wszyst­kim w ło­nie mat­ki. Oczy­wi­ście po­trzeb­ne są chę­ci, szko­le­nia i ćwi­cze­nie, ale tak na­praw­dę istot­ne są wro­dzo­ne umie­jęt­no­ści.

Ta­lent jest waż­niej­szy od prak­ty­ki.

Zo­sta­łem ob­da­rzo­ny nie­wia­ry­god­nie do­brym re­flek­sem i ko­or­dy­na­cją ru­cho­wą. Nie prze­chwa­lam się. To jak ko­lor wło­sów, wzrost lub słuch. I na­wet nie wspo­mi­nam o la­tach ćwi­czeń ma­ją­cych po­pra­wić moją mu­sku­la­tu­rę i na­uczyć mnie sztu­ki wal­ki. One też zro­bi­ły swo­je.

Tre­ner Bob­by po­stą­pił zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­nia­mi. Zro­bił krok na­przód i wy­pro­wa­dził za­ma­szy­sty sier­po­wy. Nie jest to sku­tecz­ny cios prze­ciw­ko do­świad­czo­ne­mu prze­ciw­ni­ko­wi. Szyb­ko moż­na się na­uczyć, że kie­dy ma to zna­cze­nie, naj­krót­szym od­cin­kiem mię­dzy dwo­ma punk­ta­mi jest li­nia pro­sta. Po­sia­da­jąc tę wie­dzę, ma się prze­wa­gę przy wy­mia­nie cio­sów.

Lek­ko od­su­ną­łem się w lewo. Nie­wie­le. Tyl­ko tyle, żeby móc spa­ro­wać cios lewą ręką i po­zo­stać bli­sko celu. Bob­by od­sło­nił się, a ja to wy­ko­rzy­sta­łem. Czas zwol­nił. Mo­głem ude­rzyć w kil­ka wraż­li­wych miejsc.

Wy­bra­łem gar­dło.

Zgią­łem pra­wą rękę i przed­ra­mie­niem ude­rzy­łem go w grdy­kę.

Tre­ner Bob­by za­rzę­ził. Wal­ka skoń­czo­na. Wie­dzia­łem o tym. A przy­najm­niej po­wi­nie­nem wie­dzieć. Po­wi­nie­nem się cof­nąć i po­zwo­lić, żeby, char­cząc, osu­nął się na zie­mię.

Jed­nak wciąż sły­sza­łem jego drwią­cy głos:

„Hej, dzie­cia­ku, zrób to jesz­cze raz… Przez resz­tę se­zo­nu bę­dzie ce­lem… Bę­dzie­my mie­li oka­zję i zro­bi­my to… Tchó­rzysz”.

Po­wi­nie­nem po­zwo­lić mu upaść. Po­wi­nie­nem za­py­tać, czy ma dość, i w ten spo­sób to za­koń­czyć. Jed­nak roz­sa­dzał mnie gniew. I nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Zgią­łem lewą rękę w łok­ciu i za­czą­łem wy­pro­wa­dzać cios. Za­mie­rza­łem ude­rzyć go łok­ciem w twarz.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że by­ło­by to mor­der­cze ude­rze­nie. Jed­no z ta­kich, któ­re ła­mią ko­ści twa­rzy. Ta­kie, któ­re wy­ma­ga in­ter­wen­cji chi­rur­ga i wie­lu mie­się­cy bo­le­snych za­bie­gów.

W ostat­niej chwi­li od­zy­ska­łem roz­są­dek. Nie po­wstrzy­ma­łem cio­su, ale tro­chę go osła­bi­łem. Za­miast ude­rzyć w jego twarz, mój ło­kieć tyl­ko za­wa­dził o nos Bob­by’ego. Try­snę­ła krew. Roz­legł się dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy trzask ła­ma­nych su­chych ga­łą­zek.

Bob­by ru­nął na zie­mię.

– Bob­by!

To krzyk­nął Asy­stent Tre­ne­ra Pat. Od­wró­ci­łem się do nie­go, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać go ge­stem otwar­tej dło­ni.

– Nie! – krzyk­ną­łem.

Jed­nak było za póź­no. Pat zro­bił krok na­przód i za­mach­nął się pię­ścią.

Win pra­wie się nie po­ru­szył. Tyl­ko jego sto­pa z trza­skiem tra­fi­ła w lewe ko­la­no Tre­ne­ra Pata. Noga nie­szczę­śni­ka zgię­ła się w sta­wie pod dziw­nym, nie­na­tu­ral­nym ką­tem. Pat wrza­snął i jak dłu­gi ru­nął na zie­mię.

Win uśmiech­nął się i uniósł brwi, pa­trząc na dwóch po­zo­sta­łych.

– Na­stęp­ny?

Obaj le­d­wie śmie­li od­dy­chać.

Na­tych­miast uszła ze mnie wście­kłość. Tre­ner Bob­by pod­niósł się na klęcz­ki, ści­ska­jąc nos, jak­by tu­lił zra­nio­ne zwie­rząt­ko. Spoj­rza­łem na nie­go. Zdu­mia­ło mnie to, jak bar­dzo po­ko­na­ny męż­czy­zna przy­po­mi­na ma­łe­go chłop­ca.

– Po­zwól, że­bym ci po­mógł – po­wie­dzia­łem.

Krew z nosa cie­kła mu przez pal­ce.

– Odejdź ode mnie!

– Trze­ba to za­ci­snąć. Za­trzy­mać krwa­wie­nie.

– Po­wie­dzia­łem, trzy­maj się z da­le­ka!

Mia­łem po­wie­dzieć coś na swo­ją obro­nę, ale ktoś po­ło­żył dłoń na moim ra­mie­niu. Win. Po­krę­cił gło­wą, jak­by mó­wił „to na nic”. Miał ra­cję.

Bez sło­wa wy­szli­śmy z lasu.

Kie­dy go­dzi­nę póź­niej wró­ci­łem do domu, cze­ka­ły na mnie dwie wia­do­mo­ści gło­so­we. Obie krót­kie i rze­czo­we. Pierw­sza nie była za­sko­cze­niem. W ma­łych mia­stecz­kach złe wie­ści szyb­ko się roz­cho­dzą.

– Nie wie­rzę, że zła­ma­łeś obiet­ni­cę – po­wie­dzia­ła Ali.

No tak.

Wes­tchną­łem. Prze­moc ni­cze­go nie roz­wią­zu­je. Win skrzy­wił­by się, gdy­bym to po­wie­dział, ale praw­da wy­glą­da tak, że ile­kroć ucie­ka­łem się do prze­mo­cy, co zda­rza­ło się dość czę­sto, nig­dy się na tym nie koń­czy­ło. Prze­moc roz­cho­dzi się jak krę­gi na wo­dzie. Po­wra­ca echem, któ­re nig­dy nie cich­nie.

Dru­ga wia­do­mość na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce po­cho­dzi­ła od Te­re­se: „Pro­szę, przy­leć”.

Te­raz już nie pró­bo­wa­ła ukryć de­spe­ra­cji.

Dwie mi­nu­ty póź­niej za­dzwo­nił mój te­le­fon. Zo­ba­czy­łem na wy­świe­tla­czu, że to Win.

– Mamy mały pro­blem – oznaj­mił.

– Jaki?

– Asy­stent Tre­ne­ra Pat, ten wy­ma­ga­ją­cy po­mo­cy chi­rur­ga or­to­pe­dy.

– Co z nim?

– To funk­cjo­na­riusz po­li­cji z Kas­sel­ton. Ści­śle mó­wiąc, ka­pi­tan, cho­ciaż nie będę no­sił jego kurt­ki na po­tań­ców­ce.

– Och – wes­tchną­łem.

– Naj­wy­raź­niej za­mie­rza­ją nas aresz­to­wać.

– To oni za­czę­li – przy­po­mnia­łem.

– Och tak, i je­stem pe­wien, że każ­dy w tym mie­ście przed­ło­ży na­sze sło­wo nad sło­wa ka­pi­ta­na po­li­cji oraz trzech wie­lo­let­nich miesz­kań­ców.

Miał ra­cję.

– Jed­nak po­my­śla­łem – cią­gnął – że mo­gli­by­śmy spę­dzić kil­ka ty­go­dni w Taj­lan­dii, pod­czas gdy mój praw­nik się tym zaj­mie.

– Nie­zły po­mysł.

– Znam pe­wien klub dla dżen­tel­me­nów przy Pat­pong Stre­et w Bang­ko­ku. Mo­gli­by­śmy tam roz­po­cząć na­szą po­dróż.

– Nie są­dzę.

– Co za pu­ry­ta­nin. Tak czy in­a­czej, ty też po­wi­nie­neś się zmyć.

– Taki mam za­miar.

Roz­łą­czy­li­śmy się. Za­dzwo­ni­łem do Air Fran­ce.

– Zo­sta­ło jesz­cze ja­kieś miej­sce na wie­czor­ny lot do Pa­ry­ża?

– Pana na­zwi­sko?

– My­ron Bo­li­tar.

– Już ma pan re­zer­wa­cję i bi­let. Chce pan przy oknie czy przy przej­ściu?

4

Sko­rzy­sta­łem z pre­mii za czę­ste prze­lo­ty i do­pła­ci­łem do wyż­szej kla­sy. Nie po­trze­bu­ję dar­mo­wej go­rza­ły ani lep­sze­go po­sił­ku, ale miej­sce na nogi dużo dla mnie zna­czy. W sa­mo­lo­cie za­wsze do­sta­ję miej­sce mię­dzy dwo­ma spa­śla­ka­mi le­d­wie miesz­czą­cy­mi się w fo­te­lach, a przede mną nie­chyb­nie sie­dzi drob­niut­ka star­sza pani, któ­ra le­d­wie się­ga sto­pa­mi pod­ło­gi, ale musi od­chy­lić opar­cie naj­bar­dziej, jak się da, czer­piąc nie­mal zmy­sło­wą przy­jem­ność, gdy sły­szy, jak ocie­ra się ono o moje ko­la­na, wy­cią­gnię­ta tak, że przez cały lot mu­szę li­czyć płat­ki łu­pie­żu w jej wło­sach.

Nie mia­łem nu­me­ru te­le­fo­nu Te­re­se, ale za­pa­mię­ta­łem ho­tel d’Au­bus­son. Za­dzwo­ni­łem i zo­sta­wi­łem wia­do­mość, że je­stem w dro­dze. Wsia­dłem do sa­mo­lo­tu i we­pchną­łem do uszu słu­chaw­ki iPo­da. Szyb­ko za­pa­dłem w sa­mo­lo­to­wy pół­sen, my­śląc o Ali, pierw­szej ko­bie­cie z dzieć­mi, z któ­rą by­łem, w do­dat­ku wdo­wie, o tym, jak od­wró­ci­ła się i po­wie­dzia­ła: „To z nami nie jest na za­wsze, My­ro­nie…”.

Czy mia­ła ra­cję?

Pró­bo­wa­łem wy­obra­zić so­bie ży­cie bez niej.

Czy ko­cha­łem Ali Wil­der? Tak.