Wydawca ebooka: Wilga Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 138 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 51 min Lektor: Wojciech Chorąży

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 51 min Lektor: Wojciech Chorąży

Opis ebooka Zagadka starego grobowca - Dariusz Rekosz

Kryminał dla gimnazjalistów z wątkiem sensacyjnym w tle!

Zapowiadają się nudne wakacje. Piątoklasistka Agnieszka i jej brat Adam szykują się do wylotu na wakacje. Wszystko komplikuje wypadek samochodowy.

Ciotka zabiera dzieci do domu na wsi. Pachnie nudą. Nie ma zasięgu sieci komórkowych ani internetu. Przypadkowo podsłuchana rozmowa ekipy „od telefonów” może mieć niebezpieczne konsekwencje. Młodzi bohaterowie postanawiają na własną rękę zdemaskować przestępstwo…

Dariusz Rekosz (ur . 1970) - z wykształcenia informatyk, z wyboru pisarz i animator kultury . Opublikował książki dla dzieci z serii Mors, Pinky i... oraz trzy powieści o Czarnym Maćku.

W 2008 roku został Honorowym Ambasadorem Literatury dla Dzieci i Młodzieży Kampanii MAMA, TATA... & MYSELF.

Opinie o ebooku Zagadka starego grobowca - Dariusz Rekosz

Fragment ebooka Zagadka starego grobowca - Dariusz Rekosz

Dariusz Rekosz

Zagadka starego grobowca

Copyright © by Dariusz Rekosz, 2014

Wydanie I

Warszawa 2014

Wyjątkowy obiad

Wyszedł przed szkołę i wziął głęboki oddech. Przysiadł na murku, który po jednej i drugiej stronie miał zastępować poręcze kamiennych schodów. Przyjrzał się świadectwu. Po raz setny odczytywał z niego nazwy przedmiotów oraz oceny, które wypisano obok. Nagle przez frontowe drzwi szkoły podstawowej numer dwanaście z impetem wysypali się piątoklasiści, którzy z dzikim wyciem rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Trzymane przez nich świadectwa falowały smagane ciepłem czerwcowego poranka. Ktoś zatrzymał się na brzuchu swojego rodzica, ktoś inny zniknął w czeluściach samochodu, który leniwie ruszył z parkingu, a jakiś blondynek wyłożył się na trawnikujak długi i właśnie sprawdzał, czy kolana wyjściowych spodni będą nosiły znamiona zieleni, czy też nie.

Adam przyglądał się temu bez jakiegokolwiek zainteresowania. Mrużąc oczy, obejrzał się za siebie. Słońce odbijało się od szkolnych okien i uparcie próbowało wwiercić mu się w głowę. Sześć lat spędził w tej budzie… o, przepraszam… w szkole podstawowej numer dwanaście, a teraz wydawało mu się, jakby dopiero kilka dni temu po raz pierwszy przekroczył próg „dwunastki” i zszedł do znajdującej się w piwnicy szatni. Gruba pani woźna, z pękiem kluczy zawieszonym na wielkim metalowym kółku, nawoływała, żeby nie biegać i pilnować swoich manatków, bo ona nie prowadzi biura rzeczy znalezionych. Potem tę scenę widywał jeszcze setki razy. Prawie zawsze wyglądała identycznie. Tyle że im był starszy, tym krócej trwała. I to nie tylko dlatego, że w szóstej klasie potrafił wskoczyć w trampki na zmianę szybciej niż pierwszak. Działo się tak również z tego powodu, że boksy najstarszych klas były usytuowane bliżej wejścia do szatni, a tym samym miał do pokonania dużo krótszą drogę – w obie strony. Na wrzaski pani woźnej był więc narażony przez krótszy czas niż tacy na przykład drugoklasiści.

– Gdzie ta guzdrała? – wymamrotał pod nosem, gdy przed szkołą zrobiło się na powrót pusto.

Drzwi znów się otworzyły. Chłopak podniósł wzrok z nadzieją, że za chwilę ujrzy w nich Agnieszkę. Niestety, to był tylko pan Burzyński, nauczyciel informatyki. Adam uśmiechnął się mimochodem.

– A ty jeszcze tutaj? – zapytał informatyk. – Przecież wszyscy twoi koledzy już pewnie świętują. – Mrugnął znacząco.

– Czekam na siostrę – odparł chłopak, wstając.

– Aaa… Chyba, że tak.

– Ale ona zawsze się grzebie.

– Może rozmawia jeszcze z koleżankami?

– Właśnie! – burknął chłopak. – Rozmawia… Nawija jak nakręcona! Baby zawsze tak…

Mężczyzna poprawił torbę, w której niósł laptopa, i wyciągnął dłoń do Adama.

– No to trzymaj się.

Chłopak przybił piątkę.

– I wpadnij do nas czasem. – Nauczyciel uśmiechnął się szeroko.

– Wpadnę, wpadnę…

– Nooo… wszyscy tak mówicie, a później i tak żaden nie przychodzi.

– Ja przyjdę!

– Zobaczymy.

Pan Burzyński uniósł na moment wskazujący palec, a potem zszedł ze schodów. Podreptał na parking, gdzie w cieniu, pod kasztanowcem, stał jego granatowy volkswagen.

Agnieszka – jak się tego spodziewał jej brat – niespiesznie wytoczyła się przez szkolne drzwi, paplając bez opamiętania z Natalią i Patrycją.

– …i wiesz, i wtedy możesz sobie kliknąć po lewej w zakładkę z dodatkowymi ubraniami…

– Ale na którym ekranie?

– Zaraz jak się zalogujesz, tam jest taki napis na żółtym tle.

– Aha…

– Agniecha! – huknął Adam.

Ucichły.

– Co? – Agnieszka spojrzała ze zdziwieniem na brata.

– Dłużej już nie można było?! – zapytał, rozkładając ręce.

– Można. – Skrzywiła się.

Natalia i Patrycja uśmiechnęły się, ale chłopakowi wcale nie było do śmiechu.

– Przecież umawialiśmy się… Zapomniałaś? Obiad…

– Zdążymy. – Machnęła ręką.

– Jaki obiad? – zainteresowała się Natalia.

– Dla rodziców – odpowiedziała Agnieszka. – To ma być niespodzianka.

– Aaa… rozumiem.

– A ja nic nie rozumiem – przyznała druga z koleżanek.

– Nasi rodzice pracują do piętnastej i ustaliliśmy z Adamem, że dzisiaj zrobimy im niespodziankę i sami przygotujemy obiad. Wiecie…

– Phi… też mi niespodzianka – stwierdziła Patrycja.

– Nie w tym rzecz…

– Ale jak tak dalej pójdzie, to się nie wyrobimy! – zajęczał chłopak, przerywając Agnieszce.

– Wyrobimy. – Powtórzyła uspokajający gest dłonią.

Mimo że skończyła dopiero piątą klasę, potrafiła już nieźle kucharzyć. Kotlety, ziemniaki, surówka – to była dla niej łatwizna. Do tego nieraz jakaś zupa albo deser i obiad jak się patrzy! Ale dzisiaj… Na dzisiaj mieli przygotować coś wyjątkowego. Bo to i dzień był wyjątkowy! Rodzice obchodzili właśnie piętnastą rocznicę ślubu! Trzeba więc było zrobić coś ekstra. I to jeszcze zanim wrócą z pracy.

Na początku wymyślili, żeby ich gdzieś zaprosić. Do jakiejś restauracji. Potem stwierdzili jednak, że domowe gotowanie będzie tańsze i nie trzeba się specjalnie szykować. Chociaż i tak umówili się, że podejmą rodziców w odświętnych strojach. Jak na kryształowe gody przystało! Potem ustalili menu. Wybrali przepis na wystrzałową sałatkę z kurczakiem, serem feta i specjalnym dipem, który miał się składać z majonezu, jogurtu i keczupu. Do tego – podsmażane ziemniaki z pieprzem i oregano. A na deser ciasto czekoladowe z jabłkami, gruszkami i cynamonem. Poezja!

Adam bał się, że nie zdążą. Złapał siostrę za rękę.

– Chodź już! – rozkazał.

Pociągnął dziewczynę za sobą i razem zbiegli po schodach.

– Na razie! – Zdołała się jeszcze obejrzeć.

– Napisz w mejlu, jak się kupuje te specjalne ciuchy! – krzyknęła za nią Natalia.

– Dobra!

Rodzeństwo znikło za krzewami jaśminu, które rosły po obu stronach chodnika prowadzącego do szkoły.

Dwie niespodzianki

Adam zwolnił dopiero przy piekarni. Zapachniało świeżym chlebem. Agnieszce udało się w końcu wyswobodzić dłoń z żelaznego uścisku brata.

– Zgłupiałeś?! – ofuknęła go. – Całe świadectwo mi się pomnie! – rzuciła z wyrzutem, bacznie przyglądając się cenzurce, która powiewała z łopotem, gdy pokonywali dystans między szkołą a piekarnią.

– Nie pomnie, nie pomnie – odburknął chłopak w odpowiedzi.

– Akurat…

– Oj, Aga, nie marudź. Kupa roboty przed nami.

– Przecież mówiłam ci, że zdążymy.

– Musiałaś z nimi tyle nawijać?!

– Widocznie musiałam. A ty się już nie wściekaj.

– Nie wściekaj, nie wściekaj… Samo się nie zrobi!

– Pewnie, że nie. Zajmiesz się kurczakiem, a ja ciastem. Potem obiorę ziemniaki, a ty pokroisz wszystko na sałatkę. Pasuje?

Zaniemówił.

Czego, jak czego, ale organizacji pracy mógł Agnieszce pozazdrościć każdy. I to już od przedszkola. Ba! Od pierwszych zabaw w piaskownicy! Odziedziczyła to pewnie po ojcu. W przeciwieństwie do urody, którą dostała w spadku po mamie. Tak samo jak ona miała długie, brązowe włosy. I tak samo jak ona związywała je w koński ogon. Piwne oczy, nieduży nos i wąskie usta też były kubek w kubek jak matczyne. No i chudzina! Gdyby powiedzieć o Agnieszce, że jest szczupła, to tak samo, jakby nitkę nazwać sznurkiem. Była chuda! Nie jakoś przeraźliwie, ale w całej V b nie znaleźlibyście dziewczyny szczuplejszej od Agnieszki. Właściwie to już w VI b, bo przecież kilkanaście minut temu oficjalnie otrzymała promocję do klasy szóstej.

– Pasuje – mruknął Adam.

Urodziła się dokładnie rok po swoim bracie. Tego samego dnia i miesiąca – siódmego grudnia. Czasami nawet zdarzało się, że ktoś dla żartów mówił, że są jak bliźnięta, ale wtedy Adam ucinał dyskusję stwierdzeniem, że może i owszem, tylko jego siostra jest opóźniona, bo urodziła się rok później. Nie szczędziła mu wtedy kuksańców.

– Sam jesteś opóźniony! – darła się na całe gardło.

A jeszcze bardziej wściekała się, gdy wysuwał hipotezę, że jedno z bliźniąt zawsze jest ładniejsze, a drugie mądrzejsze. W końcu wpadła na genialny pomysł i wypaliła:

– Przecież się nie rozdwoję, co nie?

Data urodzin rodzeństwa Urbańskich – bo takie nosili nazwisko – miała też pewien wpływ na wybór ich imion. Okazało się bowiem, że siódmego grudnia przypadają imieniny Ambrożego, a niejaki Ambroży Kleks był ulubionym bohaterem książkowym obojga rodziców. Uradowani tym faktem, ochrzcili swojego pierworodnego imieniem Adam (od Adama Niezgódki z „Akademii Pana Kleksa”), a później, gdy okazało się, że drugie dziecko jest płci niewieściej, zdecydowali się na Agnieszkę.

– Byleby na początku było „a” – zastrzegła pani Urbańska.

Rodzeństwo dziękowało w duchu, że rodzice nie byli na przykład fanami „Władcy pierścieni” czy „Hobbita”, bo nosić imię po jednym z krasnoludów lub elfów… Sami przyznajcie!

Ulubionym przedmiotem Agnieszki była historia. Adam zaś brylował w geografii. Wyuczył się na pamięć stolic wszystkich państw świata i obudzony nawet o drugiej w nocy potrafił bezbłędnie wyrecytować, że stolicą Ekwadoru jest Quito, a Mauretanii – Nawakszut. Niektórzy nie wiedzieli nawet, gdzie wymienione państwa leżą, a co dopiero, jaką nazwę noszą ich metropolie.

Fryzura Adama przypominała źle ułożoną strzechę. Włosy miał nieco jaśniejsze od czupryny swojej siostry i starał się zaczesywać je na bok. Słowo „starał się” dobrze oddawało to, co można było zobaczyć na głowie młodzieńca. Jego niebieskie, przenikliwe oczy bacznie obserwowały otoczenie. Gdy przebywał wśród rówieśników – czy to na boisku, czy na ogromnym placu zabaw – odzywał się tylko wtedy, gdy uznał to za stosowne. Z tych względów bywał często ostatnią instancją, gdy na przykład trzeba było ustalić, czy był gol, czy go nie było.

W klasie wszystkich lubił jednakowo, a wszyscy lubili jego. Po pewnej burzliwej rozmowie, którą przeprowadził z rodzicami, ustalił, że jeżeli chodzi o gimnazjum, to wybierze się do „piątki” – chociaż każdy wiedział, że najbliżej jest „dwójka”.

– Najbliżej, zgadza się – przyznawał. – Ale w „piątce” uczą, jak zrobić robota i… w ogóle poziom jest wyczesany.

Na słowo „wyczesany” rodzice nie mieli riposty. Wybrał więc „piątkę”, z perspektywą codziennego dojeżdżania autobusem.

– Czterdzieści minut… – zatrwożyła się mama.

– Niech jeździ – skwitował tata. – Zobaczymy, co powie, gdy nastanie zima.

Ale Adam w ogóle nie miał zamiaru się tym zrażać.

Rodzina Urbańskich mieszkała na osiedlu Broniewskiego. W samym jego środku postawiono kompleks składający się z przedszkola i podstawówki, tuż obok był ogromny plac zabaw z minitorem rowerowym, nieco dalej – poczta, sklep samoobsługowy (raz nazywał się „Pszczółka”, innym razem „Niezapominajka”, więc umówmy się, że będziemy o nim mówić po prostu „sam” – jak samoobsługowy) i biurowiec administracji. Wszystko otoczone było nieregularnie ustawionymi czteropiętrowymi blokami, pomalowanymi na różne odcienie żółci i brązu.

– Bo to najtańsze farby w „Koloreksie” – mawiał tata Adama i Agnieszki.

„Kolorex” – hurtownia budowlana, w której można było kupić w zasadzie wszystko do wyremontowania domu, a także – jak widać – do pomalowania zewnętrznych ścian bloków na osiedlu Broniewskiego. Każde mieszkanie musiało otrzeć się o „Kolorex”, bo i blisko, i niedrogo. A poza tym, jak coś nie pasowało, to można to było zwrócić. I żaden ze sprzedawców nie gderał.

Sąsiedzi Urbańskich należeli do przeciętniaków, ale pewne charakterystyczne cechy mieszkańców bloku przy Broniewskiego dziewięć sprawiły, że Agnieszka i Adam nazywali ich po swojemu. I tak na przykład ich sąsiadka z naprzeciwka od niepamiętnych czasów była Czarownicą. Miała zakrzywiony nos, niekompletne uzębienie i włosy w całkowitym nieładzie, do tego ubierała się niemal zawsze na czarno i chodziła lekko przygarbiona.

– Tylko miotły jej brakuje – skwitował pewnego popołudnia Adam, gdy dostrzegł Czarownicę stojącą na balkonie.

Na trzecim piętrze mieszkali Łasica i Hipopotam, czyli niewiasta z upiętymi w wysoki kok, czarnymi jak smoła włosami i jej mąż – łysy i bardzo gruby jegomość, który ledwie mieścił się za kierownicą podniszczonego forda. O ile jeszcze Hipopotama można było wytłumaczyć, to dlaczego Łasica była akurat Łasicą, tego młodzi Urbańscy w żaden sposób nie potrafili wyjaśnić. Tak ją przezwali i już!

Parter był zamieszkały tylko w połowie. W jednym z mieszkań działał kiedyś zakład fryzjerski, potem go zamknięto i od tamtej pory żelazna krata broniła dostępu do pomieszczeń, które przerobiono onegdaj na placówkę usługową. Drugi lokal należał do Małego Janka. W rzeczywistości Mały Janek nazywał się Jan Karaś, ale niewysoki wzrost spowodował, że przydomek „mały” był jak najbardziej na miejscu. Nikt nie wiedział, czym zajmował się Mały Janek i skąd miał pieniądze na opłacenie rachunków, a niestety często można go było spotkać pod samem, gdzie w towarzystwie szemranego towarzystwa popijał to i owo.

– Biedny człowiek – mawiała o nim pani Urbańska.

– Biedny?

– No… nieszczęśliwy – poprawiała się.

– Przecież nie musi tego robić – kwitował zawsze jej mąż.

– Alkoholicy często nie wiedzą, że są chorzy – ripostowała.

Trudno było dyskutować o problemie Małego Janka. Każdy miał na ten temat odmienne zdanie. Fakt faktem, że mężczyzna nie był dla nikogo szkodliwy. Biła od niego wręcz uprzejmość, którą (niekoniecznie w stanie trzeźwym) okazywał wszystkim sąsiadom. „Dzień dobry”, „proszę”, „witam serdecznie” – zwroty te były u Małego Janka na porządku dziennym. I żadnej podwórkowej łaciny! Aż dziw!

Pozostali sąsiedzi nie byli już tak bardzo szczególni. Owszem, facet z czwartego piętra nosił ooooolbrzymie okulary, a pani, która mieszkała naprzeciwko okularnika, malowała usta mocną czerwienią. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że uśmiechając się, pokazywała również pomalowane… zęby.

– Ohyda! – wzdrygał się Adam. – I pocałuj tu taką…

Życie w bloku numer dziewięć toczyło się swoim rytmem. Rankiem kilku lokatorów wyprowadzało swoje pieski na okoliczne trawniki. Niektórzy zagadywali do siebie na temat tego, co widzieli poprzedniego dnia w „Wiadomościach” albo ewentualnej podwyżki prądu. Inni biegli na usytuowany nieopodal przystanek tramwajowy, żeby piętnastką albo jedenastką pojechać do pracy. Na przystanku zatrzymywał się także tramwaj linii dwadzieścia jeden, ale tylko w godzinach nocnych, więc służył przede wszystkim tym, którzy późno wracali z imienin lub innych tego typu imprez.

Rodzice Adama i Agnieszki – pani Grażyna oraz pan Ireneusz – mieli to szczęście, że oboje pracowali w gmachu urzędu miejskiego. Dzięki temu codziennie wychodzili i wracali o tej samej porze. Można wręcz powiedzieć, że jednocześnie. Drogę z i do domu pokonywali srebrnym citroenem, prowadzonym najczęściej przez pana Irka. Ona była zastępcą kierownika wydziału komunikacji, on zajmował się uzupełnianiem danych w kartotekach lokalnych przedsiębiorców, którzy rejestrowali swoją działalność w urzędzie. Zarabiali ani dużo, ani mało – na wszystko Urbańskim wystarczało, chociaż zdarzały się miesiące, w których trzeba było nieco zacisnąć pasa. Wyjątkową, niezbyt dużą oszczędność zaplanowali sami, już na początku roku. Z jakiego powodu? Tego na razie nie chcieli zdradzać swoim dzieciom. Aż do pamiętnego dnia, gdy Agnieszka i Adam postanowili przygotować specjalny obiad z okazji piętnastej rocznicy ślubu rodziców. Miały więc zdarzyć się dwie niespodzianki. Obiad i…