Wydawca: E-bookowo Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 151 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zadziwiający Czarodziej z Krainy Oz - Lyman Frank Baum

Znalezienie dobrej książki dla dziecka – nie jest zadaniem łatwym i prostym. Książek jest tak dużo, że dotarcie do tej, której warto poświęcić czas, która będzie odpowiednia dla młodego nie jest zadaniem łatwym. Dobra książka to taka, która ze względu na swoją treść nie tylko potrafi młodego czytelnika zainteresować i zachęcić do czytania, lub słuchania, ale też przekaże mu pozytywne wartości.

Książki Limana Franka Bauma bez żadnych wątpliwości i obaw należy zaliczyć do grupy tych, które warto czytać. Jedną z nich jest „Czarodziej z Krainy Oz”. Utwór ten będzie trzymał młodego czytelnika lub słuchacza w ciągłym napięciu, ale zawsze z pozytywnym rozwiązaniem, bez scen gwałtu i przemocy.

Książka zasługuje na uwagę przede wszystkim z tego powodu, że wątek optymizmu przebija w niej od pierwszej strony do ostatniej. Mała dziewczynka - Dorotka całkiem nieoczekiwanie znajduje się w obcym nieznanym kraju. Szybko się dowiaduje,  że jest to nie tylko kraj nieznany, ale ponadto jest całkiem odmienny, niż jej rodzinny Kansas.

Kraj jest na tyle dziwny, że nawet Strach na Wróble mówi tu ludzkim językiem, Żelazny Drwal ma całkiem ludzkie odruchy. Obaj stają się przyjaciółmi małej dziewczynki, a wkrótce dołącza do nich ogromny Lew, który sam siebie nazywa tchórzliwym. Podczas wspólnej wędrówki, w warunkach zagrożenia wykazuje jednak wielką odwagę, nie cofa się przed zagrożeniem, staje się obrońcą pozostałych przyjaciół, a przede wszystkim Dorotki.

Dorotka, najpierw samotnie, a potem z przyjaciółmi wędruje przez nieznaną krainę do tajemniczego i nieznanego Czarodzieja Oz. Nikt go nie widział, ale wszyscy wiedzą, że jest najpotężniejszym czarodziejem, że spotkanie z nim może być nawet niebezpieczne.

Dorotka jednak dąży do spotkania, nie obawia się go, wierzy że nic złego jej nie zrobi. Wiąże ze spotkaniem nadzieję na powrót do swojej ojczyzny, do Kansas. Każdy z towarzyszących jej przyjaciół też jest zainteresowany w spotkaniu z Czarodziejem. Strach na Wróble ma nadzieję, na otrzymanie mózgu, żelazny Drwal marzy, że otrzyma serce, a Tchórzliwy Lew liczy, iż Czarodziej Oz spowoduje, że stanie się odważny.

W oparciu o dyskusję słomianego Stracha na Wróble i Żelaznego Drwala, autor wprowadza małego czytelnika do „filozoficznych” rozważań o tym, co jest ważniejsze serce, czy mózg. Porusza problem ponoszenia odpowiedzialności za dane słowo. Na przykładzie postępowania Dorotki, uczy rozwagi i wiary we własne siły, ale i ukazuje potrzebę odnajdywania dobrych przyjaciół. Z nimi w najtrudniejszych warunkach można znaleźć rozwiązanie. Wzajemna pomoc, zgoda, odważne działanie Tchórzliwego Lwa, ciekawe pomysły Stracha na Wróble oraz siła Żelaznego Drwala pozwalają na pokonanie wszelkich przeszkód.

Na czoło też wysuwa się jeszcze jedna istotna myśl. Dorotka uzyskuje w tej krainie wiernych przyjaciół. Mieszkańcy zaczarowanej krainy są w stosunku do niej jak najbardziej życzliwi. Dorotka jednak ma jedno marzenie – pragnie wrócić do swojej ojczyzny, do Kansas. Wrócić do cioci Emmy i wujka Henryka, chociaż tam spalony i suchy step, a tu cudowne krajobrazy, wierni przyjaciele, warunki beztroski. Różne zagrożenia, które się pojawiają podczas dążenia do celu nie załamują małej dziewczynki.  Dorotka swój cel osiąga. Czytelnicy lub słuchacze oddychają z ulgą.


Wyjątkowe wydanie z ilustracjami Justyny Stankowskiej

Opinie o ebooku Zadziwiający Czarodziej z Krainy Oz - Lyman Frank Baum

Fragment ebooka Zadziwiający Czarodziej z Krainy Oz - Lyman Frank Baum

Lyman Frank Baum

Zadziwiający Czarodziej z Krainy Oz

wersja polska: Zenon Ciechanowicz

© Copyright by Lyman Frank Baum,

Zenon Ciechanowicz, Justyna Stankowska

& e-bookowo

tłumaczenie: Zenon Ciechanowicz

ilustracje: Justyna Stankowska

ISBN 978-83-7859-185-6

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Huragan

Dorotka mieszkała w maleńkim domku pośród ogromnego stepu w Kansas. Wujek Henryk był farmerem, a ciocia Emma prowadziła dom. Dom był niewielki, ponieważ deski do budowy musieli wozić furmanką, z daleka. Miał cztery ściany, dach, podłogę i jeden jedyny pokój, w którym, prócz zardzewiałej płyty kuchennej, stały: kredens, stół, kilka krzeseł i dwa łóżka. W jednym rogu znajdowało się wielkie łóżko wujka Henryka i cioci Emmy, w drugim – maleńkie łóżeczko Dorotki.

Dom nie miał strychu i piwnicy, ale znajdowała się pod nim jama, zabezpieczona specjalną klapą na środku pokoju. Tam chowała się rodzina podczas huraganów. Huragany, które dość często nawiedzały te okolice, były na tyle okropne, że bez trudu mogły zmieść z powierzchni ziemi maleńki domek.

Wokół domu, we wszystkich kierunkach, po sam horyzont, rozciągał się pusty szary step. Dorotka oglądała go za każdym razem, kiedy wychodziła z domu. Nigdzie nie widziała żadnego domu, żadnego drzewa.

Słońce było tu na tyle gorące, że zaorana ziemia, od palących promieni, momentalnie przekształcała się w szarą zapieczoną masę. Trawa szybko więdła i tak samo stawała się szara, jak wszystko wokół.

Wujek Henryk pomalował kiedyś swój domek, ale farba szybko zaczęła pękać, deszcze ją ostatecznie zmyły, teraz stał jakiś smutny, szary, jak wszystko wokół.

Ciocia Emma, przyjechała w te okolice przed laty. Była wtedy piękną młodą kobietą i cieszyła się życiem. Stopniowo, palące słońce i straszne huragany dokonały swego dzieła. Z oczu cioci szybko zniknęły iskierki radości, a z policzków rumieniec. Twarz zrobiła się szara i przygnębiona. Ciocia Emma schudła i już nie potrafiła się uśmiechać.

Dorotka trafiła tu, kiedy została sierotą. Uśmiech dziewczynki tak bardzo straszył ciocię Emmę, że za każdym razem drgała i chwytała się za serce.

Dzień dzisiejszy jeszcze niczym się nie różnił od innych. Dopiero za parę minut miała się rozpocząć niespodziewana i zadziwiająca przygoda Dorotki. Widząc ponownie uśmiech na twarzy dziewczynki, ciocia Emma znowu się zdziwiła. Nadal nie rozumiała, że można odnaleźć coś śmiesznego lub wesołego w tym szarym życiu.

Wujek Henryk podobnie nie śmiał się nigdy. Pracował ciężko od rana do wieczora. Trudził się ze wszystkich swoich sił i również nie znajdował powodów do radości. Podobnie jak otoczenie, był cały szary – od brody do grubych kamaszy. Wygląd miał srogi, skoncentrowany, mówił rzadko.

Tylko piesek Toto zabawiał Dorotkę, nie pozwalając poddać się panującej wokół szarości. Miał czarującą, jedwabistą czarną sierść, zabawny nosek i maleńkie radosne czarne oczka, iskrzące się wesołością. Toto mógł się bawić od rana do wieczora. Dorotka świata nie widziała poza swym wiernym przyjacielem.

Dzisiaj jednak nikomu nie było do zabawy. Wujek Henryk wyszedł na ganek, usiadł na stopniu i z uwagą popatrzył na niebo. Było bardziej szare niż zwykle. Dorotka stała z Toto na rękach i również patrzyła na niebo. Ciocia Emma zmywała w domu talerze.

Daleko na północy cicho wył wiatr, wysoka trawa przy samym horyzoncie chyliła się i kołysała, falowała jak morze. Takie same, ciche lekkie wycie dolatywało z drugiej, południowej strony. Wujek Henryk i Dorotka odwrócili się w kierunku nowego szumu i zobaczyli, że trawa tam kołysze się coraz mocniej.

Wujek Henryk stanął na stopniu schodów.

– Emmo! – krzyknął do żony. – Zbliża się huragan. – Pójdę zobaczę, jak wygląda sytuacja z bydłem! – i pobiegł do stanowisk, w których były krowy i konie.

Ciocia Emma odstawiła naczynia i zbliżyła się do drzwi. Zaledwo jedno spojrzenie przekonało ją, że zbliża się bieda.

– Dorotko! – zawołała. – Szybko do schronu!

Nieoczekiwanie, Toto zeskoczył z rąk Dorotki i schował się pod łóżko. Dziewczynka rzuciła się go łapać. Przestraszona ciocia Emma otworzyła klapę i zaczęła pośpiesznie schodzić na dół, po drabince. W końcu Dorotka złapała Toto i zapragnęła jak najszybciej znaleźć się w schronie, razem z ciocią. Nie zdążyła, jednak, zrobić żadnego kroku, kiedy ze straszną siłą zawył wiatr. Maleńki domek zadrżał tak, że dziewczynka straciła równowagę i upadła na podłogę.

W następnej chwili stało się coś, w co trudno uwierzyć. Dom kilka razy obrócił się wokół osi, następnie zaczął powoli się unosić, podobnie jak balon.

Właśnie w tym miejscu, gdzie stał domek Dorotki, zderzyły się dwa wiatry – północny i południowy. Z tego zderzenia zrodził się straszny huragan. W centrum huraganu zwykle jest dość cicho, ale strumienie wichru coraz mocniej naciskały na ściany domu, w końcu zaczęły unosić go coraz wyżej, aż znalazł się na szczycie ogromnego wiru, który poniósł go, jak lekkie piórko.

Za oknami panowała całkowita ciemność, wiatr wył jak dzikie zwierzę. Mimo to, leciało się całkiem przyjemnie. Tylko jeden raz, na początku podróży, dom trochę się pokręcił, a jeden raz mocno się przechylił. Potem Dorotka czuła zaledwie lekkie kołysanie, jak na huśtawce.

Toto ze wszystkiego był wyraźnie zadowolony. Głośno szczekał i biegał po pokoju wokół gospodyni, która cicho siedziała na podłodze i próbowała zgadnąć, co będzie dalej.

Był moment, kiedy Toto zagapił się i trafił do otwartego luku. Dorotka przestraszyła się. Pomyślała, że zginął tam na zawsze, ale po chwili zobaczyła, że z luku sterczy skrajek czarnego ucha.

Ciśnienie powietrza nie pozwalało pieskowi upaść na ziemię. Dziewczynka podczołgała się do luku, chwyciła Toto za ucho i wyciągnęła z powrotem. Potem zatrzasnęła luk, żeby taka przygoda nie powtórzyła się po raz drugi.

Czas mijał, w końcu Dorotka całkiem się uspokoiła. Czuła się jednak niezwykle samotnie i trochę się bała, że może ogłuchnąć, bo wiatr wył z niewyobrażalną mocą. Jeszcze bardziej niepokoiła ją myśl, że domek spadnie i razem z Toto zginą. Nic takiego, na szczęście, się nie stało.

Potem Dorotka zapomniała o zdenerwowaniu. Pragnęła wierzyć, że wszystko skończy się szczęśliwie. Doczołgała się do swego łóżka, pomimo że podłoga nadal się kołysała, wdrapała się na nie. Toto urządził się obok. Wiatr wył nadal z tą samą mocą, domek bujał się monotonnie. Dorotka była już na tyle zmęczona, że zamknęła oczy i usnęła.

Spotkanie ze Żwaczami

Dorotka obudziła się w wyniku szarpnięcia. Było na tyle gwałtowne i nieoczekiwane, że odczuła go mocno, chociaż leżała na miękkiej pościeli. Dziewczynka szybko oprzytomniała i zaczęła się zastanawiać, co się wydarzyło. Następnie usiadła na łóżku i stwierdziła, że już nigdzie nie leci. Za oknem pięknie świeciło słońce. Zachęcona ciepłymi promieniami, żwawo zeskoczyła na podłogę i w towarzystwie wiernego Toto w podskokach podbiegła do drzwi. Otworzyła je. Krajobraz, który ujrzała, na tyle ją zadziwił, że ze zdumienia szeroko otworzyła oczy i lekko krzyknęła.

Huragan opuścił domek – jak na huragan całkiem miękko i delikatnie – w zachwycającej krainie. Wokół znajdowała się zielona łąka z owocowymi drzewami, które uginały się od dojrzałych i soczystych owoców.

Wszędzie wokół rosły prześliczne kwiaty. Na drzewach i krzakach siedziały ptaki, ćwierkały różnymi głosami. Niedaleko przebiegał przezroczysty strumyk, szemrał coś cicho i tajemniczo. Dziewczynka całe swe życie spędziła na suchym stepie, nigdy nic kolorowego nie wiedziała, więc zachwycała się nowymi widokami i nie była w stanie wykonać kolejnego kroku.

Stała tak i podziwiała fantastyczne widoki. Nagle zauważyła, że zbliża się do domku grupa dziwnych ludzi. Byli mniej więcej takiego wzrostu jak ona, ale od razu spostrzegła, że są dorośli.

Trzech mężczyzn i kobieta mieli na sobie dziwaczne ubrania, a na głowie wysokie szpiczaste kapelusze z dzwoneczkami. Podczas każdego poruszenia rozlegały się melodyjne dźwięki. Kapelusze mężczyzn były błękitne, a kobiety był biały. Kobieta miała też biały płaszcz, upiększony gwiazdkami, połyskującymi na słońcu, jak maleńkie brylanty.

Mężczyźni byli ubrani w stroje o barwie błękitnej. Nawet na nogach połyskiwały buty z błękitnymi cholewkami. Dorotka pomyślała, że są w takim samym wieku jak wujek Henryk. Dwoje miało brody. Kobieta była starsza, poruszała się z wyraźnym wysiłkiem. Głębokie zmarszczki pokrywały całą jej twarz.

Przybysze zbliżyli się do domku, na progu którego wciąż stała Dorotka, potem zatrzymali się i zaczęli coś szeptać między sobą. Wydawało się, że nie mają odwagi, żeby podejść bliżej. W końcu maleńka staruszka zbliżyła się, nisko się ukłoniła i powiedziała przyjemnym głosem:

– Witamy w Krainie Żwaczy, najmilsza Czarodziejko! Jesteśmy ci bardzo wdzięczni, że zabiłaś Złą Czarownicę ze Wschodu i wyzwoliłaś Żwaczy z niewoli!

Słysząc te słowa, Dorotka mocno się zdziwiła. Nie rozumiała, dlaczego staruszka nazwała ją najmilszą czarodziejką, nie mogła pojąć, w jaki sposób mogła zabić Złą Czarownicę ze Wschodu, jak wyzwoliła Żwaczy z niewoli. Dorotka dobrze wiedziała, że jest maleńką dziewczynką z Kansas, którą huragan zaniósł za wiele dziesiątków kilometrów, że nikogo nie zabiła.

Dorotka chwilę milczała, a potem niepewnie powiedziała:

– Jesteście bardzo mili, ale powstał jakiś błąd. Nikogo nie zabiłam.

– Może ty nie zabiłaś – uśmiechnęła się staruszka – ale zrobił to twój domek. Dla nas wychodzi na to samo. Popatrz – powiedziała, wskazując na róg domu – tam sterczą jej nogi.

– Ojej! – krzyknęła Dorotka, załamując ręce. – Domek zgniótł ją, kiedy wylądował. Co teraz zrobimy?

– Nie mamy nic do roboty – spokojnie odpowiedziała staruszka.

– Kogo zgniótł domek?

– Przecież mówiłam, że Złą Czarownicę ze Wschodu. Wiele lat trzymała w niewoli Żwaczy, zmuszała do pracy we dnie i w nocy. Teraz cały naród uzyskał wolność. Wszyscy są ci wdzięczni.

– Kim jesteście, nigdy nie słyszałam o Żwaczach?

– Żwacze są narodem, który mieszka na Wschodzie tego kraju – tam, gdzie rządziła Zła Czarownica.

– Wszyscy jesteście z krainy Żwaczy?

– Nie, mieszkam na Północy, ale przyjaźnię się z nimi. Przysłali do mnie gońca, kiedy zobaczyli, że ich władczyni zginęła. Przybyłam natychmiast. Jestem Czarodziejką z Północy.

– Czarodziejką? – Dorotka nie wierzyła własnym uszom. – Prawdziwą?

– Prawdziwą – powiedziała kobieta. – Jestem dobrą czarodziejką, naród mnie kocha. Niestety, nie umiałam tak wiele, jak Czarownica ze Wschodu, w przeciwnym wypadku dawno bym wyzwoliła Żwaczy.

– Myślałam, że wszystkie czarownice i czarodzieje są źli – przyznała się Dorotka.

– Pomyliłaś się! W krainie Oz są zaledwie cztery czarownice i czarodziejki. Dwie czarodziejki – jedna z Północy, a druga z Południa są dobre. Możesz mi wierzyć, bo jestem Czarodziejką z Północy i nie mogę się mylić. Ale Czarownice z Zachodu i ze Wschodu faktycznie są wyjątkowo złe. Jedną zabiłaś, teraz w całej krainie Oz została tylko jedna zła czarownica, która mieszka na Zachodzie.

– Ciocia Emma mówiła, że wszystkie czarownice i wszyscy czarodzieje umarli bardzo dawno – zaprzeczyła Dorotka.

– Kim jest ciocia Emma? – zapytała się kobieta.

– To moja ciocia. Mieszka w Kansas, to znaczy tam, gdzie również mieszkam.

Czarodziejka z Północy zamyśliła się, pochyliła głowę, długo patrzyła na ziemię. Potem podniosła spojrzenie na Dorotkę i powiedziała:

– Nie wiem, gdzie jest Kansas. Po raz pierwszy słyszę o takim kraju. Powiedz mi, proszę, czy to jest kraj cywilizowany?

– Oczywiście!

– Wobec tego wszystko zrozumiałe. W cywilizowanych krajach nie ma czarowników, czarodziejów, szarlatanów, ale do nas cywilizacja nie dotarła. Jesteśmy odcięci od całego świata. Z tego powodu zostali u nas czarownice, czarodzieje i szarlatani.

– Kim są?

– Największy czarownik nazywa się Oz – wyszeptała kobieta. – Jest silniejszy niż pozostałe czarownice i czarodzieje, razem wzięci. Mieszka w Szmaragdowym Mieście.

Dorotka chciała zapytać coś jeszcze, ale w tej chwili Żwacze, którzy wciąż stali w milczeniu, głośno krzyknęli i zaczęli pokazywać na róg domu, gdzie leżała zła czarownica.

– Co się stało? – zapytała się u swoich współtowarzyszy Czarodziejka z Północy. Potem spojrzała w tamtym kierunku i się roześmiała. Tylko srebrne pantofelki stały pod domem, nogi zginęły, nawet śladu nie zostało po nich.

– Czarownica ze Wschodu była na tyle stara – wyjaśniła Czarodziejka z Północy – że szybko wyschła na słońcu. Nastąpił dla niej prawdziwy koniec. Srebrne pantofelki należą teraz do ciebie, możesz je nosić.

Mówiąc to, pochyliła się, podniosła pantofelki, strząsnęła z nich kurz i oddała Dorotce.

– Czarownica ze Wschodu była bardzo dumna ze swoich pantofelków – poinformował jeden z Żwaczy – niektórzy twierdzą, że nie są to zwykłe pantofelki, lecz zaczarowane. Nie wiemy jednak, na czym polega ich czarodziejska moc.

– Muszę jak najszybciej wracać do domu. Wujek Henryk i ciocia Emma, na pewno już się denerwują – powiedziała Dorotka. – Może moglibyście powiedzieć, w którym kierunku jest Kansas?

Żwacze i staruszka spojrzeli na siebie, potem popatrzyli na Dorotkę i pokiwali głowami.

– Na Wschodzie, niedaleko od tego miejsca, rozpoczyna się pustynia – powiedział jeden ze Żwaczy – nikt nie potrafił przez nią przejść.

– Podobnie jest na Południu – wtrącił się do rozmowy drugi Żwacz. – Byłem tam i widziałem własnymi oczami. Na południu znajduje się kraj Kwodlingów.

– Słyszałem opowieści – dodał trzeci Żwacz – że na Zachodzie też jest wielka pustynia. Tam mieszkają Migutowie. Rządzi nimi Zła Czarownica, która robi niewolnikiem każdego, kogo los tam zaniesie.

– Mieszkam na Północy – powiedziała kobieta – mój kraj graniczy z bezkresną pustynią. Pustynie otaczają pierścieniem całą krainę Oz. Obawiam się, moja droga, że będziesz musiała zostać u nas na zawsze.

Dorotka, po tych słowach, gorzko zapłakała. Źle się czuła wśród obcych i dziwnych ludzi. Łzy tak bardzo wzruszyły dobrych Żwaczy, że natychmiast wyciągnęli chusteczki i również zaczęli płakać. Kobieta zdjęła swój kapelusz, postawiła ostrym końcem na nos, a potem powiedziała: „Raz! Dwa! Trzy!” W tej samej chwili kapelusz przekształcił się w tablicę do rysowania, na której pojawił się napis:

NIECH DROGI PROWADZĄ

DO SZMARAGDOWEGO MIASTA.

Staruszka zdjęła z nosa tablicę, przeczytała, co jest napisane i zapytała się:

– Ty się nazywasz się Dorotka?

– Tak – odpowiedziała Dorotka pochlipując i wycierając łzy.

– Powinnaś iść do Szmaragdowego Miasta. Tylko Wielki Oz może ci pomóc.

– Nie wiem, gdzie jest Szmaragdowe Miasto?

– W centrum kraju. Rządzi tym krajem największy Oz, o którym ci mówiłam.

– Jest dobrym człowiekiem? – podejrzliwie zapytała się Dorotka.

– Jest dobrym czarodziejem. Jakim jest człowiekiem i czy w ogóle nim jest, tego nie wiem, bo nigdy nie widziałam go.

– Jak mam się dostać do Szmaragdowego Miasta? – zapytała się Dorotka.

– Będziesz musiała iść pieszo. Będzie to długa podróż, czasami przyjemna, czasami nie bardzo. Uruchomię wszystkie swoje czary, by uchronić cię od nieszczęścia.

– Pani nie pójdzie ze mną? – rozczarowała się Dorotka, widząc w staruszce swego jedynego przyjaciela.

– Nie mogę tak postąpić, ale ucałuję cię na pożegnanie. Nikt nie może zrobić krzywdy komuś, kogo pocałowała Czarodziejka z Północy.

Potem zbliżyła się do Dorotki i czule pocałowała w czoło. W miejscu pocałunku został delikatny purpurowy ślad. Dorotka o tym jeszcze nie wiedziała.

– Droga do Szmaragdowego Miasta jest z żółtych cegieł – powiedziała Czarodziejka – znajdziesz ją bez wysiłku. Kiedy zobaczysz Oza, nie obawiaj się, ale opowiedz, co się wydarzyło i poproś o pomoc.

Trzej Żwacze nisko się pokłonili, życzyli Dorotce szczęśliwej drogi i odeszli. Czarodziejka również bardzo mile się ukłoniła, potem trzy razy obróciła się na lewym obcasie i ku wielkiemu zdziwieniu Dorotki, a nawet Toto, zginęła bez śladu.