115 osób interesuje się tą książką

Opis

Są kości i ślady, które rzucają nowe światło na tajemnicze zaginięcie pary studentów. Jednak zmowa milczenia trwa od lat.
Kiedy w podchełmżyńskim Grodnie opadają wieczorne mgły, komisarz Bernard Gross bada sprawę odnalezionych w pobliskim lesie kości. Nowe tropy zaprowadzą go do sprawy zagadkowego zaginięcia pary studentów sprzed szesnastu laty.
Im głębiej i dokładniej Gross będzie szukał, z tym większym trudem przyjdzie mu przedzierać się przez gąszcz traumatycznych wspomnień skłóconych ze sobą członków rodzin dwojga zaginionych. Prawda o tamtych zdarzeniach okaże się wstrząsająca.
Zadra to mroczna opowieść o niszczącej sile miłości, ale też o śmierci, która przedwcześnie zabierając bliskich, strąca w otchłań samotności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 8 min

Lektor: Piotr Grabowski

Popularność


Copyright © Robert Małecki, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Agnieszka Szmatoła, Agnieszka Zygmunt,

Zofia Żółtek / Słowne Babki

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Fotografie na okładce:

Sander van der Werf / Shutterstock

Pola Rusiłowicz

Fotografia autora na skrzydełku: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66431-77-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Moim Czytelnikom

z wdzięcznością

dzień pierwszy

Kość leżała w wysokiej, pożółkłej trawie, tuż przy pniu sosny.

Kilka metrów dalej, pod osłoną cienkich witek rozłożystego krzewu, komisarz Bernard Gross dojrzał czaszkę. Spoczywała w cieniu, na prawym boku, zwrócona do policjanta przodem. Widział głęboką czerń oczodołów i jamy nosowej.

Brakowało żuchwy.

Do gęstego lasu w podchełmżyńskim Grodnie przyjechał przed kilkunastoma minutami, razem z aspirantką sztabową Moniką Skalską.

Młody policjant, kierowca radiowozu, zatrzymał się na niewielkim gruntowym parkingu, na którym czekał na nich krępy podporucznik w mundurze moro i kamizelce odblaskowej, pocierający z zimna spierzchnięte dłonie. Przywitali się, a potem Kowalski, bo tak się nazywał żołnierz, wskazał im drogę. Przeszli w ciszy obok zaparkowanych wzdłuż drogi wojskowych honkerów i ciężarowych starów, przy których kapral z krótkofalówką wypiął klatkę piersiową i zasalutował dowódcy.

Kilkanaście metrów dalej, w miejscu, gdzie teren znacznie się obniżał, zobaczyli otulone od południowego wschodu gęstym lasem jezioro, które odbijało obraz wypłowiałego jesiennego nieba. Jasna tafla marszczyła się od natarczywego wiatru. Zimne powiewy smagały ich poczerwieniałe od chłodu twarze i szumiały w koronach drzew oświetlanych pomarańczową łuną zachodzącego słońca.

– I teraz w lewo – rzekł żołnierz.

Skręcili między brzozy, w zapomniany dukt, porośnięty wysokimi trawami. Kilkanaście metrów dalej czaił się mrok, nieprzystępny i złowrogi. Wysycone zapachem wilgoci oraz leśnego runa powietrze zdawało się ciężkie i lepkie.

Żołnierz wyprzedził ich i żwawo ruszył przed siebie.

– Pewnie wiecie – rzucił przez ramię – że w styczniu czterdziestego piątego wymordowano tu ponad siedemset Żydówek. Tam, na cyplu, jest pomnik. – Machnął ręką w prawo. – Przyjechały z Auschwitz, ale też bezpośrednio z Litwy, Łotwy i Estonii. W sumie pięć tysięcy kobiet.

Policjanci milczeli, a podporucznik kontynuował:

– Uformowano tu coś w rodzaju filii obozu w Stutthofie. Te Żydówki kopały rowy przeciwczołgowe i…

– Pana zdaniem to stare szczątki? – przerwała mu Skalska.

Mężczyzna przystanął i odwrócił się do nich. Krzaczaste brwi zbiegły się ze sobą.

– Cholera wie, ale chyba trudno to wykluczyć – stwierdził. – Zresztą dlatego mówię wam o tych Żydówkach. Być może zwierzęta odkopały jakąś płytką mogiłę, a potem rozniosły szczątki po lesie.

– Zwierzęta? Stare kości? – powątpiewała Skalska, ale podporucznik nic już nie odpowiedział.

Starali się utrzymać narzucone wojskowe tempo. Potykali się o leżące w ściółce konary, ogołocone z kory, a przez to wilgotne i śliskie jak lód. Gałęzie niskich krzewów szarpały im spodnie, kłuły ich w łydki i uda. Gross poczuł, że jego półbuty zaczynają przemakać.

Las z każdym krokiem gęstniał, robiło się też coraz ciemniej, a komisarz zaczął żałować, że nie zabrali z radiowozu latarek.

Po kilku minutach marszu usłyszeli gwar rozmów. Dopiero wtedy Bernard Gross oderwał wzrok od leśnego podłoża i w końcu spojrzał przed siebie. W półmroku dostrzegł zarysy postaci. Kiedy się do nich zbliżył, zauważył, że żołnierze wyglądali na znużonych przedłużającym się oczekiwaniem na rozkazy.

Jeden z nich, starszy szeregowy, mikrej postury, z okularami na nosie, oparł się barkiem o pień sosny i palił papierosa. Zaciągał się głęboko i zatrzymywał dym w płucach na dłużej. Mundur polowy marszczył się na nim, a wysoko wiązane czarne buty wyglądały jak o dwa numery za duże.

To właśnie ten żołnierz, Waldemar Spychała, wskazał policjantom odnalezioną ludzką kość i czaszkę, a potem wrócił do kolegów. Gross odprowadził go wzrokiem.

– Co sądzisz? – spytała cicho Skalska, gdy zostali sami i przyglądali się uważnie znalezisku.

Podporucznik wsunął kciuki za pas i, niczym strażnik, stanął dwa metry za nimi.

Komisarz wzruszył ramionami i podszedłszy bliżej, ale wciąż zachowując odpowiedni dystans, żeby nie popsuć roboty technikom kryminalistyki, nachylił się nad szczątkami. Jego uwagę zwrócił masywny wyrostek sutkowaty znajdujący się w okolicy stawu skroniowo-żuchwowego. W górnej szczęce zauważył diastemę, szparę między jedynkami, a także brak trzech zębów trzonowych. Komisarz odnotował to w pamięci i spojrzał na ostro zakończony łuk brwiowy.

Chociaż z tej perspektywy nie widział kości potylicznej, czaszka wyglądała na całą. Nigdzie nie dostrzegł ran wlotowych ani wylotowych, żadnych pęknięć przypominających ostre, łamane linie błyskawic na burzowym niebie, które mogłyby świadczyć o zadaniu śmiertelnego ciosu tępym narzędziem.

– No i? – Skalska kucnęła obok niego.

Gross uniósł tylko brwi, a następnie westchnął. Wyprostował się i rozejrzał.

Wciąż milczał.

– Bernardzie? – ponagliła go aspirantka po dłuższej przerwie.

Nabrał powietrza i odwrócił się do niej.

– Wróć do radiowozu i zabierz latarki – poprosił cicho. – I zaczekaj na Legnera, powinien wkrótce tu dotrzeć.

Aspirantka sztabowa Monika Skalska skinęła głową. W półmroku ledwie dostrzegał jej oczy, które tonęły w cieniu daszka bejsbolówki.

– Oznaczysz? – spytała, podając mu rulon biało-niebieskiej taśmy.

Wziął go bez słowa, a potem patrzył, jak długa kita czarnych włosów Skałki bujała się w rytm jej kroków. Kiedy policjantka zbliżyła się do starszego szeregowego Spychały, ten szybko zgasił peta o korę i wyrzucił go w ściółkę. Wyprostował się jak do raportu i wyglądał na zaskoczonego, kiedy Skalska minęła go, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.

Gross popatrzył na pozostałych żołnierzy ubranych w kamizelki odblaskowe. Co jakiś czas dobiegały go nagły wybuch śmiechu i potrzaskiwania z przypiętych do wojskowych pasów krótkofalówek.

Omiótł spojrzeniem las, zastanawiając się nad tym, gdzie może się znajdować reszta szkieletu. Szukał świeżego wykopu, rozgrzebanej brunatnej ziemi albo nienaturalnych krzywizn terenu, kopców i wzniesień przykrytych niedawno ściętymi gałęziami. Rozglądał się też za kępami gęstych krzaków. W końcu powiódł wzrokiem po pniach sosen, ale nic nie zwróciło jego uwagi.

„Dziwne”, pomyślał.

– I co? To tych Żydówek?

Gross drgnął. Nie zorientował się, kiedy ktoś stanął za jego plecami.

W tej samej chwili zadzwonił jego telefon.

Odwrócił się do Tomasza Kowalskiego, krępego podporucznika, który z ramienia wojska od kilku godzin nadzorował poszukiwania dzików padłych na afrykański pomór świń, szybko szerzącą się zakaźną chorobę wirusową, znaną także jako ASF. Od kilku dni służby weterynaryjne i leśne, wspierane przez wojsko, realizowały w czterech województwach kolejny etap walki z wirusem.

Komisarz przyłożył aparat do ucha.

– Halo?

– Tu Legner. Gdzie jesteście? – spytał prokurator z Torunia.

– Kilkadziesiąt metrów w głąb lasu.

– W głąb lasu – powtórzył jak echo. – A ja stoję na parkingu. Wyjdzie pan po mnie, komisarzu?

– Skalska zaraz tam będzie.

– O, to świetnie, dzięki. Ale niech pan powie, co tam mamy?

– Kości.

– Tyle to już wiem, pytam, czy jest pan pewien, że ludzkie? Bo butów na zmianę nie zdążyłem zabrać.

Gross popatrzył na swoje przemoczone półbuty.

– Będzie pan tego żałował. – Rozłączył się, a następnie machnął energicznie na podporucznika, by ten odsunął się od miejsca odnalezienia czaszki. – Zadeptaliście tu niemal wszystko.

– Słucham? – Podporucznik nie ukrywał zaskoczenia i kiełkującej w nim złości.

– Niech pan tylko spojrzy na tę trawę. Wygląda, jakbyście tu stado dzików przepędzili.

– Przecież to jakieś stare szczątki – warknął żołnierz.

– A skąd ta pewność? – spytał go Gross i zrobił kilka kroków w tył. Odwinął koniec taśmy, a następnie przewiązał ją wokół drzewa. – Niech pan przejdzie na lewo.

– No… w przeciwnym razie natrafilibyśmy na resztę ciała – odparł Kowalski, schodząc komisarzowi z drogi.

– Jest was więcej? Gdzie pozostali żołnierze? – spytał policjant.

– Kontynuują poszukiwania w innym rejonie. Ale zaraz będziemy zmuszeni je zakończyć. Robi się późno. – Podporucznik spojrzał w górę na kołyszące się korony sosen, niemal czarne na tle szarzejącego nieba, muskanego ostatnimi tego dnia promieniami słońca.

Gross obszedł miejsce odnalezienia czaszki, przewiązując taśmę policyjną wokół kolejnych drzew i okrążając ze sporym zapasem rozłożysty krzew. Wreszcie wrócił do pierwszego oznaczonego pnia.

– Chciałbym porozmawiać z tym szeregowym, który znalazł szczątki – stwierdził komisarz.

Podporucznik wcisnął kciuki za pas spodni i wypiął pierś.

– Spychała! – ryknął. – Do mnie!

Młody żołnierz odrzucił peta i ruszył żwawo w ich stronę. Kiedy podszedł bliżej, Gross skierował się tam, gdzie leżała kość. Kazał mundurowym zatrzymać się z dala od znaleziska i znowu obszedł miejsce, oznaczając je taśmą.

Kiedy skończył, wrócił do Kowalskiego i Spychały.

– Studiował pan medycynę? – Komisarz zwrócił się do starszego szeregowego.

– Tak. Rok temu, ale wyleciałem przez anatomię. – Kiedy to mówił, mięśnie mimiczne na jego twarzy napinały się i rozluźniały, a powieki ulegały mikroskurczom.

Tiki nerwowe.

– Co to jest? – Gross wskazał na leżącą przy pniu kość.

– Os femoris – odezwał się Spychała. – Anatomię oblałem, ale akurat tę kość trudno pomylić z jakąkolwiek inną. To kość udowa.

Podporucznik pociągnął głośno nosem i kolejny raz ściągnął brwi, uważnie ich obserwując.

– Panie komisarzu, to oficjalne przesłuchanie? – spytał nerwowo Kowalski.

– Rozpytanie – odparł Gross, nie odwracając się do podporucznika.

Nie znał łacińskiej nazwy, ale ta część ludzkiego szkieletu odznaczała się charakterystyczną kulą umieszczoną na lekko wysuniętej pod skosem szyjce. Zapamiętał ten osobliwy detal z oględzin szkieletów odnalezionych kilka lat temu na nieużytkach w pobliżu Polnej.

– Prawa czy lewa? – dopytał komisarz.

– Prawa. – Mężczyzna spojrzał na kość, a potem z powrotem na policjanta.

– Po czym pan rozpoznał?

Spychała wzruszył ramionami.

– W dolnej części kości, z tyłu, znajduje się takie jakby trójkątne wgłębienie. – Żołnierz zaczął gestykulować. – To tak zwana powierzchnia podkolanowa. Trzeba odwrócić kość przodem do siebie, to wtedy ta taka jakby piłka znajduje się po mojej prawej. Więc to od prawego uda. I ta właśnie piłka wchodzi w skład stawu krzyżowo-biodrowego…

– Wystarczy – przerwał komisarz. – Wziął ją pan do rąk? Kopnął albo przesunął?

– Słucham? – Żołnierz nie krył zaskoczenia i zdziwiony natychmiast spojrzał w kierunku podporucznika.

Ten patrzył na niego spod krzaczastych brwi i nic nie mówił.

Gross nie powtórzył pytania. Czekał na odpowiedź.

– Nie, no skąd! Niczego nie ruszałem – zapewnił Spychała, przestępując z nogi na nogę.

– Na pewno? A pana koledzy?

– A po co miałbym ruszać? – Oklepał kieszenie kurtki, po czym wyjął paczkę marlboro, a następnie plastikową zapalniczkę, która wypadła mu w gęstą trawę.

– Nikt niczego nie ruszał – odezwał się podporucznik.

– Chociażby po to, żeby sprawdzić, czy to prawa, czy lewa kość. – Gross podpuścił młodego żołnierza.

Spychała przeczesywał dłonią runo. W końcu odnalazł zgubę, wyprostował się i otarł wilgotną dłoń o spodnie, zostawiając na nich ciemne smugi.

– Rozpoznałem ją i bez tego. Zresztą mówiłem już. To najbardziej charakterystyczny fragment ludzkiego szkieletu. – Poczęstował komisarza, który pokręcił głową, i z powrotem schował papierosy do kieszeni, pomijając swojego dowódcę. Widocznie ten nie palił.

– Dobra, dziękuję – stwierdził policjant.

Starszy szeregowy skinął głową i osłonił się od wiatru. Zapalniczka zgrzytnęła kilkukrotnie. Chciał już odejść, gdy Gross podniósł rękę.

– Męska czy kobieca? – spytał.

– Męska – odparł żołnierz bez wahania, wypuszczając kłęby dymu, który rozwiewał się powoli. – Po pierwsze, jest długa, po drugie, kąt szyjkowo-trzonowy jest bardziej rozwarty niż w kości żeńskiej. Dlatego obstawiam, że ta jest jednak męska.

– A coś więcej na temat czaszki?

Wrócili w milczeniu kilka kroków do taśmy rozpiętej wokół krzewu, pod którym spoczywały kolejne szczątki. Podporucznik szedł tuż za nimi, głośno pociągając nosem.

Pod butem Grossa pękła z trzaskiem gałąź.

– Moim zdaniem to czaszka mężczyzny. Poza tym tam – wskazał Spychała papierosem – jak pan widzi, znajduje się duży wyrostek sutkowaty, to takie zaokrąglenie w pobliżu stawu skroniowo-żuchwowego, charakterystyczne dla czaszki męskiej. Warto by sprawdzić kość potyliczną, bo jeśli znajdują się na niej charakterystyczne guzki, to już nie miałbym żadnych wątpliwości.

– Miejsca przyczepów mięśniowych – dodał cicho Gross.

Szeregowy spojrzał na policjanta.

– Zna się pan na rzeczy. – Spychała ponownie się zaciągnął i zmrużył oczy.

Komisarz uważnie przyglądał się jego tikom nerwowym, jakby młodą twarz podrażniały krótkotrwałe przepływy ładunków elektrycznych, drobne spięcia w gęstej sieci neuronów. Przez chwilę zastanawiał się, czy to męczące, ale nie zapytał o to żołnierza, który zapewne – jako niedoszły lekarz – znał ich przyczynę.

W końcu odwrócił wzrok od mężczyzny i raz jeszcze spojrzał na czaszkę.

Kiedy cisza się przedłużała, stojący obok podporucznik wysmarkał się głośno, po czym schował zmiętą chusteczkę do kieszeni spodni.

– Przepraszam, ale mamy robotę do wykonania. – Oparł ręce na biodrach i kazał Spychale odmaszerować. – Czy to wszystko? – spytał, nie siląc się na uprzejmość.

Komisarz kiwnął głową, a Kowalski sięgnął po krótkofalówkę.

– Trzysta dziesięć do trzysta trzynaście – powiedział.

Ciszę w lesie przecięły trzaski, a po chwili z urządzenia dało się słyszeć zniekształcony męski głos:

– Trzysta trzynaście, zgłaszam.

Podporucznik ponownie przysunął urządzenie do ust.

– Melduj, jak sytuacja na froncie?

– Czysto.

Gross jeszcze raz przyjrzał się coraz mniej wyraźnym zarysom żołnierzy, do których dołączył właśnie Spychała. Pewnie szeregowy dał im znać, że zaraz wrócą do pracy, bo zaczęli otrzepywać spodnie i poprawiać kamizelki.

– No to świetnie. Kończycie już? – dopytał podporucznik.

– Tak. Zaraz wyjdziemy na drogę.

– Okej, to my też powoli się zwijamy. Zbierz wszystkich i się ustawcie. Wkrótce po was podjedziemy. Bez odbioru – zakończył rozmowę i wyciągnął do policjanta rękę na pożegnanie.

Kiedy Gross ją uścisnął, była zimna i zupełnie sztywna, niczym dłoń manekina.

– Jeszcze jedno – poprosił policjant. – Tyralierę uformowaliście na tamtej drodze? – spytał, wskazując na oddalony o kilkadziesiąt metrów skraj lasu, gdzie zaparkowali radiowóz.

– Nie. Idziemy z przeciwnej strony. – Podporucznik ponownie pociągnął nosem.

– Czyli tego fragmentu lasu jeszcze nie zbadaliście?

– Nie. Ale zrobimy to teraz. – Spojrzał spod krzaczastych brwi. – I to dokładnie.

Gross rzucił okiem na grupę żołnierzy. Zauważył mężczyznę w cywilu i drugiego, w zupełnie innym umundurowaniu.

– Kto jest z wami? – spytał, unosząc brodę w tamtym kierunku.

– Pyta pan o cywili?

Komisarz potwierdził skinieniem głowy.

– W każdym plutonie jest ktoś od leśników i służb weterynaryjnych. My tu jesteśmy tylko do pomocy – odparł podporucznik, pocierając zmarznięte dłonie.

– Rozumiem. A skąd przyjechaliście?

– Z Szóstego Samodzielnego Oddziału Geograficznego z Torunia.

– Dziękuję. Gdybyście na coś natrafili, proszę o sygnał. Będziemy tu cały czas – zapewnił.

– Jasne. – Kowalski pokiwał głową i odszedł w stronę żołnierzy.

Po chwili do uszu komisarza dotarły krótkie, gardłowe rozkazy i wojskowi rozeszli się, ustawiwszy się w tyralierę, a następnie wznowili poszukiwania padłych dzików.

Wkrótce las wypełniła złowroga cisza.

I zimno, które pochłaniało komisarza, począwszy od stóp w przemoczonych butach.

Ciemność zastała ich szybciej, niż Gross się spodziewał.

– Kurwa, chłopie, weź się do pisania, bo zginiemy tu jak ciotka w Czechach – stęknął Jarek Bloch, technik kryminalistyki z Torunia, kiedy podszedł do nowego chełmżyńskiego dochodzeniowca.

Młody funkcjonariusz Mateusz Zieliński, z okularami w wąskiej drucianej oprawie, sprawiał wrażenie wyrośniętego szkolnego kujona. Marszczył czoło, zbyt długo męcząc się nad zapisami w protokole z oględzin. Odburknął coś niezrozumiale, czym tylko rozbawił Blocha, który w końcu, zniecierpliwiony, ubrany w lekki biały fartuch, machnął ręką i podszedł do Grossa zasłuchanego w ciszę, w której wybrzmiewały jedynie dźwięki natury, szum lasu i dochodzące gdzieś z oddali pohukiwanie sowy.

Od chwili, kiedy komisarz oznaczył miejsca odnalezienia ludzkich szczątków, minęły trzy godziny. Prokurator Legner rzucił tylko na nie okiem i zabrał się z powrotem do Torunia, dając zebranym do zrozumienia, że papierologią zajmie się w prokuraturze następnego dnia. Spieszył się do wypadku drogowego z ofiarami śmiertelnymi, do którego doszło na autostradzie pod Toruniem, a być może martwił się jedynie o półbuty z włoskiej skóry.

– I jak to widzisz? – spytał Gross niskiego technika, który uśmiechnął się nerwowo, odsłaniając małe zęby.

– Czarno to widzę, przynajmniej z takim dochodzeniowcem. – Bloch wyjął z paczki papierosa. Zgrzytnął kamień zapalniczki, a dygoczący płomień rozświetlił okrągłą twarz. Przez moment wyglądała jak odlana plastikowa maska. – Będziemy się tu pierdolić do rana.

– Wiesz, o co pytałem.

– Sam byś to szybciej zrobił, Bernardzie. Ty albo Skałka – powiedział, przytrzymując papierosa ustami.

Gross nie słyszał w jego głosie ani pretensji, ani żalu.

– Gdzieś musi się tego nauczyć. A na prawdziwej robocie najłatwiej – stwierdził, rozcierając zmarznięte dłonie. – Zapomniałeś już, jak to było?

Bloch znów się zaciągnął.

Komisarz obserwował, jak żar w postaci cienkiej czerwonej obrączki rozniecał się i spopielał kolejne skrawki tytoniu.

Wreszcie technik wypuścił z ust szary obłok, który uciekając w górę, rozwiał się i zniknął.

– Teren wokół zadeptany, więc nic z tego nie będzie, a przynajmniej żadnych śladów traseologicznych. – Bloch odchrząknął. – Ale też nie łudźmy się, jesteśmy w lesie, ściółka nigdy nam nie pomagała.

– A czaszka?

– Cała.

– Coś jeszcze?

– Niestety, nie. – Bloch pokręcił głową z nieskrywaną troską.

– Czyli mamy niewiele – podsumował komisarz i się rozejrzał.

Zieliński trzymał w ustach latarkę i świecił sobie na podkładkę, do której miał przypięty formularz protokołu oględzin. Skalska rozmawiała przez telefon. Ze strzępków rozmowy wyłowił, że połączyła się z dyżurnym.

– Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. – Technik zdjął z siebie fizelinowy strój i oddalił się do swoich aluminiowych walizek, żeby poskładać sprzęt. W jednej z nich ustawił latarkę, której snop jasnego światła ciął ciemność i rozpraszał się wysoko pod koronami sosen.

Obok walizek, na niewielkim rozkładanym krześle, stał spory karton, do którego trafiły fragmenty szkieletu nieznanego mężczyzny. Gross podszedł i włożył lateksowe rękawiczki, a następnie podniósł czaszkę na wysokość oczu. Obracał długo i pod różnymi kątami, aż w końcu spojrzał w czarne oczodoły. Wyczuwał zgrubienia i chropowatości na części potylicznej. Krawędź łuku brwiowego odznaczała się sporą wypukłością. Ale było też coś, co go zastanowiło. Czuł się tak, jakby trzymał w dłoniach wielkie, nawoskowane jabłko. Kości czaszki pokrywał tłustawy nalot. Odłożył ją i wyjął kość udową. Tę również pokrywała taka sama gładka warstwa. Gross z łatwością przejechał palcem wskazującym wzdłuż kości, w kierunku nadkłykci.

– Raczej świeżynka – rzucił Bloch. – Rano zawiozę do Raszei, niech się im przyjrzy.

Schyliwszy się, Gross odłożył kość do kartonu i zamknął go. A potem rozejrzał się wokół.

– Mam jeszcze prośbę. Właściwie do wszystkich – podniósł głos, kiedy się zorientował, że Skalska przestała rozmawiać przez telefon.

– No? – zaciekawił się Bloch.

Skalska i Zieliński spojrzeli na nich.

– Chciałbym, żebyśmy przeszli się przez las w stronę drogi – wyjaśnił komisarz.

– Teraz? Po ciemku? – zdziwił się technik. – Przecież mówiłeś, że wojsko już to zrobiło.

– Zrobiło. Ale oni szukali tylko tego, co leżało na ziemi – przypomniał Gross, patrząc po kolei na współpracowników, jakby chciał w ten sposób zweryfikować ich zapał i energię do realizacji tego zadania.

Potem zadarł głowę i spojrzał na oświetlone latarką, kiwające się od wiatru czarne korony sosen.

– Jak chcesz to zrobić? – spytał Bloch, gdy na parkingu w pobliżu Jeziora Grodzieńskiego stanęli przed ścianą lasu, do którego mieli za chwilę wejść.

Obok Skalska włączała i wyłączała latarkę, rzucając raz po raz owal światła na szutrową drogę. Zieliński i kierowca spoglądali na Grossa, a podkomisarz Ryszard Nubiński grzebał obcasem w trawie. Komisarzowi z trudem udało się oderwać tego ostatniego policjanta od rodzinnej uroczystości. Na szczęście Nubiński nie pił i mógł natychmiast wsiąść za kierownicę prywatnego opla astry.

– Rozstawimy się co osiem, dziesięć metrów i ruszymy przed siebie. Będziemy szli równo – dodał Gross. – Pilnujmy siebie nawzajem.

– Jest noc – przypomniał technik i zatrzepotał na wpół przymkniętymi powiekami.

– Ale będziemy widzieli światła latarek.

– Może lepiej wrócić tu rano? – Grubawy podkomisarz nie ukrywał niechęci do działania. – Zbierzemy większą ekipę.

– Jeśli na nic nie trafimy, rano czeka nas powtórka – uciął komisarz. – I jeszcze jedna ważna sprawa – zastrzegł. – Zaglądamy wszędzie. Częściej patrzymy w gęste krzaki niż w leśne podłoże, jasne?

Pokiwali głowami.

– Aspirant Zieliński idzie od strony polnej drogi, obok Ryszard, Jarek, ja, Skałka i pan. – Spojrzał na sierżanta Wolskiego, kierowcę radiowozu. Potem raz jeszcze popatrzył na każdego z osobna. – Wszystko jasne?

Kiedy skinęli głowami, dał im znać, żeby zajęli miejsca, a następnie włączył latarkę i spojrzał przed siebie.

– Bądźcie dokładni – poprosił i ruszył w stronę ciemnego lasu.

Dwadzieścia minut później gałęzie krzewów wciąż chłostały go po ciele, drapały po twarzy, przeczesywały postawione na jeża włosy. Szedł pochylony, jedną ręką torując sobie drogę, drugą operując latarką. Snop światła załamywał się na korze drzew, wysokich trawach i brązowych liściach, z których wiele upadło już na ściółkę. Jedynym plusem było to, że wśród drzew wiatr się uspokoił i komisarz przynajmniej nie odczuwał męczącego chłodu. Powietrze było rześkie, a kiedy wypuszczał je ustami, uciekały z nich kłęby pary.

Rozejrzał się na boki: zarówno po swojej lewej, jak i prawej zobaczył w niewielkim oddaleniu po dwie łuny światła.

Szedł więc dalej i kierował latarkę w skupiska wysokich krzewów.

Po chwili drzewa się przerzedziły i zrobiło się jakby przestronniej. Gross stanął na polanie, pośrodku której rosło kilkanaście sosen. Ich korony kiwały się na tle granatowego nieba. Obrzucił je światłem latarki. Wysoko po pniach pięły się przesuszone pnącza, gęste i poskręcane, niczym żywe sidła. Kiedy zgasił latarkę, odniósł wrażenie, że w tej ciemności patrzy na gigantyczne pajęczyny.

– Bernard! – krzyknął Bloch.

– Jestem, jestem – odezwał się głośno i z powrotem włączył źródło światła. – Chciałem tylko coś sprawdzić.

Obszedł sosny z lewej i wtedy natrafił na czerwony ślad.

„To nie mogło być przywidzenie”, upewnił się.

Poświecił w tamto miejsce. Na jednym z pni na wysokości wzroku zauważył fragment folii przytwierdzony takerem. Zawieszony w pionie biały prostokąt, na którym znajdował się czerwony trójkąt z napisem: „Impreza na orientację – prosimy nie zrywać”.

– Jarek! Podejdź do mnie! – krzyknął.

Odwrócił się i za czarnymi pniami dostrzegł światło, które miotało się raz w jedną, raz w drugą stronę. Bloch był coraz bliżej. W końcu przedarł się przez chaszcze i dysząc, stanął obok Grossa.

– Trzeba to zabezpieczyć – stwierdził komisarz.

– Jasne – odparł technik. – Teraz czy gdy skończymy?

Gross milczał, wpatrując się w zadrukowany prostokąt.

– Gdy skończymy – stwierdził po chwili.

Bloch zrobił krok w bok i przyjrzał się sosnom.

– O kurde. Co to jest? Nigdy czegoś takiego nie widziałem – powiedział, przyglądając się rozpiętym na drzewach pnączom.

– Ja też nie – przyznał Gross.

Z lewej oślepiła ich latarka, niedługo później usłyszeli szelest.

Nubiński zbliżył się do drzew i je oświetlił.

– To chmiel – stwierdził. – Często rośnie tak w lasach.

Gross się rozejrzał. Pozostali policjanci wyprzedzili ich już o kilkanaście metrów.

– Stop! – krzyknął. – Zaczekajcie na nas.

Światła znieruchomiały.

– Dobra, wracajcie na miejsca. Nie traćmy czasu – poprosił kolegów.

Obaj z trudem odwrócili wzrok od nietypowego leśnego znaleziska i ruszyli w kierunku swoich stanowisk.

Gross poczekał, aż przedrą się przez gęstwinę krzewów, i dopiero wtedy wznowił marsz wyznaczoną przez siebie ścieżką. Dobiegały go trzaski pękających pod nogami policjantów gałęzi, ciche i krótkie pokrzykiwania ptaków. Miał wrażenie, że te dźwięki pełniej wybrzmiewają w leśnej głuszy, że dobiegają go zewsząd, że nocą las żyje intensywniej.

Minął niskopienne drzewo liściaste z mnóstwem gałęzi, z których smętnie zwieszały się obkurczone, zmizerniałe liście. Sporo pokrywało już leśną ściółkę. Przypomniało mu to o ich własnej jabłoni, tej, którą zasadził wspólnie z Agnieszką na pierwsze urodziny Bartka. Drzewo rosło za domem na toruńskich Wrzosach.

– Będzie duże i silne jak twój syn. – Agnieszka myła naczynia i raz po raz spoglądała przez okno na niewielki pień z kilkoma gałązkami, który kołysał się na wietrze.

Bartek, nakarmiony i wykąpany, po zabawie w ogrodzie zasnął szybko.

Gross przytulił się do niej od tyłu i złożył ręce na jej brzuchu, a potem pocałował w kark. Wyczuł woń cytrusowych perfum, idealnie współgrających z naturalnym zapachem skóry, i nie przestawał muskać jej szyi ustami. Odchyliła głowę, poddając się tej przyjemności.

Woda i piana z płynu do mycia znikały w odpływie.

– Oby tylko nie chciał być policjantem – stwierdził.

Zaśmiała się, odkładając talerz na suszarkę. W komorze zlewozmywaka zostały same sztućce.

– A jak często tak bywa? – spytała.

– Ale co?

– Jak często synowie idą śladami swoich ojców?

Wzruszył ramionami, po czym pocałował ją w policzek i niechętnie odszedł, żeby postawić czajnik na gazie.

– Nie wiem – rzekł zgodnie z prawdą, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał. – Ale ta robota…

– Oj, nie mów, nie mów.

Uśmiech zniknął z jej twarzy, i tylko dlatego Gross zaczął się obawiać tego, co żona mu powie.

– Jest dla ciebie wszystkim, co masz – dodała Agnieszka, odkładając noże i widelce. Wytarła dłonie w kuchenny ręcznik, a następnie przyjrzała im się z uwagą. Skóra na palcach zwiotczała od wody.

Patrzył na nią, ale ich spojrzenia się nie spotkały.

– Wy jesteście wszystkim – odparł.

Pokiwała tylko ze smutkiem głową.

Dobrze wiedział, co to oznaczało.

A potem, kiedy stracił wszystko, co miał, pozostała mu jabłoń. Rozłożysta i silna.

Żona zapadła w śpiączkę, a od Bartka oddalał się z każdym rokiem. Zupełnie bezwiednie, jakby to nie on był w tej relacji ojcem, tym, którego powinnością było dbanie o potomstwo. W końcu sprzedał dom z ogrodem i silną jabłonią i wyprowadził się do Chełmży.

I teraz też omiatał snopem światła jabłoń. Nie widział tylko, jak się to stało, że wyrosła w sercu lasu.

– Bernard! – zawołała Skalska.

Zorientował się, że został w tyle.

– Już idę! – odkrzyknął i ruszył naprzód.

Cztery łuny światła przesunęły się w tej ciemności do przodu, a pięć metrów dalej Gross zatrzymał się ponownie. Stanął przy wysokich i gęstych krzewach, otaczających dwie rosnące blisko siebie sosny.

– Koniec! – krzyknął Bloch. – Jestem już tu, gdzie leżała kość.

Do komisarza dotarły pokrzykiwania pozostałych osób z zespołu.

Gross się nie odezwał. Kucnął, żeby podnieść zatopioną we mchu błyskotkę, od której odbiło się światło latarki. Rozsunął dłonią mokrą trawę i spojrzał na przedmiot. Wyciągnął z kieszeni lateksową rękawiczkę, włożył ją, podniósł znalezisko i skierował pod światło.

Dwa klucze na stalowym kółku bez breloka.

Pierwszy klucz, połyskujący na zielono, znaczyły głębokie rysy. Spod metalicznej farby na krawędziach przedmiotu wyzierała właściwa srebrna powłoka. Na drugim, w kolorze zmatowionej miedzi, Gross dostrzegł zbierające się w wyżłobieniach osady brudu.

– Mam coś! – krzyknął i skierował latarkę w górę na korony sosen, żeby pozostali widzieli, gdzie dokładnie się znajduje, i mogli tu przyjść. Spojrzał w ich stronę. Pięć punktów żółtego światła było blisko siebie. Pojawiały się i znikały przysłanianie przez drzewa i krzewy.

Szli w jego stronę.

Gross zajrzał pod krzak.

Wokół miejsca odnalezienia kluczy niczego więcej nie dostrzegł. Obszedł rozłożysty krzew wokoło, co rusz wpuszczając wiązkę światła z latarki przez gęsto rosnące gałęzie. W końcu rozchylił je i przecisnął się tak, by dostać się do pnia sosny. Gałęzie drapały go w twarz. Musiał przymykać oczy, aby uniknąć urazu.

– No, co tam masz? – usłyszał głos Skałki oraz rytmiczny szelest traw i gałęzi pod jej stopami. W tle rozmawiali pozostali.

I wtedy to zobaczył.

Pętla z jasnego sznura oplatała pień sosny.

dzień drugi

Nad ranem na parkingu przy lesie zaroiło się od policjantów.

Gross, zziębnięty i ze skostniałymi stopami, siedział na tylnej kanapie radiowozu i popijał herbatę z jednorazowego kubka. Zmęczenie pogłębiło jego zmarszczki i sprawiało, że powieki mu ciążyły. Tuż obok Jarek Bloch, wykończony kilkugodzinną nocną pracą w podwójnej roli fotografa i technika kryminalistyki, oparł ręce o dach i otwarte drzwi wysłużonej policyjnej kijanki. Stał w bezruchu, obserwując skraj lasu, jaśniejący od brzasku. Jasne dżinsy technika były mokre do kolan, poznaczone zielonkawymi i ciemnobrązowymi smugami. Podobnie jak rękawy polara, których nie ochronił fizelinowy strój roboczy.

– Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem – stwierdził Bloch.

Gross milczał. Dopiero teraz zaczął odczuwać prawdziwe zmęczenie, które powoli ogarniało jego wychłodzone ciało.

Rześki poranek przywitał ich utkanymi między pniami drzew i unoszącymi się nad leśnym runem strzępkami mgieł, które snuły się po polach rozciągających się za ich plecami. Tafla położonego w dolinie jeziora była gładka jak lustro, w którym odbijały się kłębiaste chmury.

Ktoś klasnął w dłonie i dopiero w tej chwili dotarło do Grossa, że musiał przymknąć oczy.

– No, panowie, robota czeka! – usłyszał znajomy głos.

Skupił wzrok na sięgających do kolan gumiakach. Kiedy spojrzał wyżej, zobaczył tęgawego, niskiego prokuratora w sportowej, puchowej kurtce z kapturem. Artur Legner z Prokuratury Rejonowej Toruń–Wschód wyciągnął z kieszeni chusteczki i wytarł nos. Oddychał przez usta, z których co chwila wydobywały się kłęby pary.

– Musiałem się zaziębić na tym wypadku – stęknął.

Gross spojrzał na Blocha, a ten podszedł do otwartego bagażnika.

– Coście tu zmajstrowali, co? – spytał wesoło prokurator.

Komisarz dźwignął się i wyprostował. Dopił herbatę, a potem odstawił kubek w zagłębienie w drzwiach i ostentacyjnie zerknął na zegarek.

Legner nie wyglądał na steranego pracą – był świeżo ogolony, a poranny wiatr niósł w stronę Grossa orientalny zapach drogich perfum.

– Chodźmy – zaproponował komisarz.

– A pan? – rzucił prokurator do Blocha.

Ten wyjął z bagażnika długi nóż i stanął za Grossem.

– Prawie jak maczeta. – Zaśmiał się Legner.– Będzie nam pan torował drogę jak ten, co boso po dżungli łazi? No wiecie. Ten taki z radykalnymi poglądami. Jakże się on nazywa? – Popstrykał palcami. – O! Już mam. Cejrowski.

Nie odpowiedzieli.

Gross w ciszy minął prokuratora i ruszył do lasu.

Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce oznaczone policyjną taśmą, za którą znajdował się wysoki i gęsty krzak otaczający rosnące blisko siebie sosny. Na gałęziach krzewu Gross zobaczył czarno-żółtego ptaka wielkości dziecięcej pięści, który odleciał, gdy tylko się zbliżyli.

Komisarz uniósł taśmę i przytrzymał, żeby Legner mógł wejść na wyznaczony teren. Prokurator spojrzał zdumiony na pusty worek na zwłoki.

Kilka metrów dalej Skalska pomagała Zielińskiemu dokończyć protokół oględzin, ale Gross dał jej znak, by zeszli z pola widzenia Legnera. Oboje wycofali się za gęste krzaki.

Nubiński wrócił do komisariatu i miał zastąpić komisarza przy bieżącej robocie.

– To tu? – zdziwił się Legner.

Gross pokiwał głową. Włożyli z Blochem lateksowe rękawiczki i podali parę Legnerowi, ale ten odmówił. Wsadził ręce w kieszenie na znak, że niczego nie dotknie.

– Pan sobie jaja robi, komisarzu? Gdzie? – spytał.

– Tu – odparł Gross, wskazując na krzew.

W lesie wciąż panował półmrok, ale niebo nad drzewami błękitniało.

Legner z niedowierzaniem pokręcił głową. Jego gumiaki lśniły od rosy. Lepiły się do nich liście i igliwie.

– Nie musimy się kochać, do kurwy nędzy, ale moglibyśmy się chociaż szanować, prawda? – Uniósł brwi. – Co to jest, do chuja? Zajęcia terenowe z dendrologii?

Komisarz skinął na Blocha, żeby ten do niego podszedł. Podnieśli z ziemi solidne konary, które znaleźli i wykorzystali już wcześniej. Wsunęli je głęboko w krzew, a następnie rozgarnęli gałęzie, z których spadło kilka zbrązowiałych liści.

Zanim Legner uwierzył w to, co zobaczył, minęła chwila. Gross odwrócił się do niego i obserwował, jak niedowierzanie ustępuje zaskoczeniu, które z kolei szybko przeradza się w obrzydzenie.

Wreszcie prokurator zasłonił sobie usta i rozejrzał się w panice. Odbiegł kilka metrów dalej, do najbliższego drzewa, i oparłszy się jedną ręką o pień, gwałtownie się pochylił i głośno wyrzucił z siebie zawartość żołądka. Długo trwało, nim go wreszcie opróżnił.

– Uuu, obfite śniadanko – gwizdnął Bloch cicho.

Wreszcie prokurator się wyprostował, splunął kilka razy gęstą śliną i wyciągnął chusteczkę, żeby otrzeć usta, a potem czubki gumiaków. Odetchnął głęboko i uniósł głowę.

Dobiegło ich kilka rzuconych przez zęby przekleństw.

– Odcinamy? – spytał Gross, a Legner, nie odwracając się, machnął ręką, że się zgadza, po czym krzyknął z oddali:

– A patolog?

Bloch sięgnął po nóż.

– Mówiłem, Bernardzie, że pan prorok obrzyga sobie buty? Mówiłem. – Zaśmiał się technik. – I gdybym się tylko z tobą założył, wisiałbyś mi zgrzewkę żywca.

Grossa to nie rozbawiło. Nie zależało mu na tym, by odgrywać się na prokuratorze. Chciał jedynie, aby ten wiedział, że gdyby nie przypadek, ciała nikt by nie odnalazł.

– Stop, zaraz, do cholery! A patolog? – powtórzył pytanie prokurator, który stanął tuż przy nich. W przekrwionych oczach wciąż jeszcze zbierały się łzy, efekt silnych torsji.

Gross ponownie spojrzał na zegarek.

– Za pół godziny będzie w prosektorium i zrobi sekcję.

– Nie przyjedzie tu?

– A widzi pan w tym jakikolwiek sens? – odparł komisarz. – Tu, na miejscu, niczego więcej się nie dowiemy.

– No dobra, a co ze zdjęciami? – dociekał prokurator.

– Mamy pełną dokumentację fotograficzną. Dwie sesje, jedna z nocy, druga z rana. – Bloch uśmiechnął się sztucznie. – Mogę pokazać.

Legner machnął ręką, jakby odpędzał natrętną muchę. Popatrzył na zwłoki i gwałtownie wciągnął nosem powietrze. Zamknął oczy i próbował przetrwać. Kiedy je otworzył, technik zrobił krok przed siebie. Przytrzymał zwiotczałą linę, która z jednej strony oplatała drzewo, a z drugiej zakończona była pętlą zaciśniętą na szyi bezgłowego ciała.

Bloch jedną dłonią naprężył sznur, a drugą, mniej więcej w połowie odległości od drzewa, zaczął go przecinać. Za każdym razem, kiedy ostrze zanurzało się w zaplecione warkocze liny, słychać było głuchy zgrzyt, a pozbawione głowy zwłoki podskakiwały jak makabryczna pacyna w teatralnym przedstawieniu.

– Zgon musiał nastąpić co najmniej tydzień temu. Powieszenie w pozycji nietypowej z niepełnym zwieszeniem ciała. Brak głowy i jednej kończyny dolnej, ale druga jest zgięta w kolanie, więc należy przypuszczać, że denat ukląkł na twardych konarach krzewu – stwierdził Gross.

– Pana zdaniem, komisarzu, nic tu nie wskazuje na zabójstwo? – Legner się skrzywił, a Gross ponownie przyjrzał się ludzkim szczątkom.

Nocą, w świetle latarki, zwłoki wyglądały upiornie, ale teraz nie robiły na nim już takiego wrażenia.

– W obecnej sytuacji trudno wykluczyć taką wersję. Mam nadzieję, że autopsja zmieni nasz ogląd w tej sprawie – odparł. – Pewne jest jedno. Jeśli czaszka, którą odnaleźli wojskowi, należy do tego ciała, to śmierć nie nastąpiła ani w wyniku postrzału w głowę, ani w wyniku uderzenia w nią tępym narzędziem. Kości czaszki nie noszą żadnych śladów uderzeń, nie ma w niej też ran wlotowych.

Na szczątkach mężczyzny słusznego wzrostu wisiała kurtka moro i zielona koszula, obficie poplamione zaschłymi ocieklinami gnilnymi i postrzępione przez ptaki albo wiewiórki. Jedna nogawka zielonych bojówek, tak samo brudna, zwisała swobodnie, jakby denat był kaleką. Na stopie tkwił brązowy traper. Drugiego buta nigdzie nie znaleźli.

Gross wiedział jednak, że zarówno czaszka, jak i brakująca kończyna odpadły od ciała jako pierwsze na skutek procesów gnilnych i praw fizyki. Podobnie jak dłonie, bo zgniłe kończyny górne utrzymywały się tylko dzięki wyciągniętym od ciężaru rękawom. Fragmenty szczątków musiały spaść na ściółkę i wtedy stały się łatwiejszym łupem dla lisa albo wilka, który rozciągnął je po lesie.

– Ale, co dziwne – zaczął Gross – mamy dwie niepołączone ze sobą pętle z samozaciskowych plastikowych opasek.

– Czyli? – Legner zmarszczył czoło.

Gross spojrzał na niego.

– Biorąc pod uwagę średnicę, mogły być zaciśnięte na nadgarstkach – stwierdził.

Bloch zaczął sapać ze zmęczenia i z powodu niewygodnej pozycji, w której musiał odcinać sznur.

– Trzymasz? – spytał technik komisarza.

Gross podtrzymał korpus i poczuł nieznośny smród gnijącego ciała, mdły i gęsty, który oblepił nozdrza. Widział wyraźnie jasnokremowy kikut kręgosłupa z odsłoniętymi kręgami szyjnymi. Larwy owadów ogołociły tę część zwłok z wszelkiej tkanki. Potem przyjrzał się wysuszonej, niemal sczerniałej i sztywnej, jakby wyprawionej skórze szyi z ciągnącym się po obwodzie wyraźnym wgłębieniem, powstałym od pętli wisielczej, która, poluzowana, się z niego wysunęła. Węzeł znajdował się z lewej strony szyi denata.

– Uważaj – ostrzegł Bloch.

Komisarz poczuł, jak osuwa się na niego martwe ciało.

W tej samej chwili z pomiędzy połów poszarpanej i poplamionej koszuli wyleciały ze świergotem dwa czarno-żółte ptaki, które odfrunęły gdzieś za plecy policjanta.

Łopot ich małych skrzydeł zabrzmiał niezwykle głośno.

Gross wzdrygnął się i poczuł, że jego serce też próbuje się wyrwać z klatki piersiowej. Mimo to nie upuścił zwłok. Wciąż trzymał je przed sobą. Były lekkie niczym kukła.

Bloch pobladł, wpatrując się z przerażeniem w komisarza.

Zanim ten zorientował się, co się tak naprawdę stało, zdołał w końcu ułożyć ciało w otwartym worku. Trupi smród stał się nie do zniesienia.

– Pomóż mi – poprosił Gross technika.

Bloch kucnął, naciągając sobie na nos zapiętą pod szyję bluzę polarową.

– Przełożymy go na plecy – wyjaśnił komisarz. – Na trzy.

Po czym odliczył i obrócili zwłoki. Policjant poprawił nienaturalne ułożenie nogi i rąk ukrytych pod warstwą ubrudzonych ubrań.

Wtedy Gross rozchylił koszulę i spojrzał w otwartą, pozbawioną wnętrzności jamę brzuszną, w której dostrzegł drobne patyki, przesuszone źdźbła traw oraz ptasie pierze.

Legner nachylił się nad nimi.

– Chryste Panie! – jęknął na widok zawieszonego na żebrach gniazda opuszczonego przez osy.

Kiedy zaparkowali przy chełmżyńskim orlenie, Gross siedział na tylnej kanapie radiowozu i nie zamierzał wysiadać. Dał kierowcy dwadzieścia złotych i poprosił o gorzką herbatę i hot-doga. Skalska zamówiła dużą białą kawę i muffinkę.

Wkrótce kierowca zatrzasnął drzwi i zostali sami.

Policjant obserwował przez boczną szybę Jarka Blocha, który wysiadł ze swojej kijanki i przeciągnął się, wyrzucając ręce w górę. Koszula, którą nosił pod szarym polarem, wyszła mu ze spodni. Po chwili technik ruszył wolnym krokiem za kierowcą i Mateuszem Zielińskim do wejścia do oświetlonego mimo słonecznego poranka sklepu.

– Zadzwoniłeś do niej? – spytała Skalska, która siedziała ze spuszczoną głową na fotelu pasażera.

Nie zdjęła bejsbolówki.

Widział jedynie profil jej twarzy, która z powodu daszka czapki niknęła w cieniu.

– Do kogo? – spytał zdziwiony.

– Do Malwiny.

Przymknął oczy i zrugał się w myślach. Wychylił się, żeby spojrzeć na zegarek umieszczony pośrodku konsoli, tuż obok radia, z którego sączyły się dźwięki kojącego amerykańskiego swingu.

Było krótko po siódmej.

Przypomniał sobie, że poprzedniego dnia umówił się z bibliotekarką Malwiną Lemańską. Zaprosiła go na późny obiad, a on zaraz po wizycie u lekarza poszedł do sklepu po wino i kwiaty. Gdzieś je tu nawet zostawił. Omiótł wzrokiem wnętrze pojazdu, ale po wiązance żółtych tulipanów nie było śladu. Być może kierowca przełożył je do bagażnika. Butelka wina, którą wsunął w kieszeń oparcia siedzenia Skalskiej, pozostała na swoim miejscu.

– Przepraszam – wyszeptała Skalska.

Gross westchnął.

– Obiecałam, że załatwimy to szybko. Że będziesz mógł do niej wrócić.

Nie miał żalu do podwładnej, ale poczuł się źle, że zawiódł Lemańską. Pamiętał, że kiedy się do niej wybierał, kiedy stał pod oknem zielonego dwuklatkowego bloku na Sikorskiego, w którym mieszkała, wychyliła się i z uśmiechem zaprosiła go na górę. I gdyby wtedy do niej wszedł, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Może wyciszyłby aparat i dzięki temu nie odebrałby telefonu od Skalskiej. Ale zamiast tego chciał przynieść bibliotekarce kwiaty. Wreszcie zrobić to, co powinien był zrobić dawno temu. Traktować ją jak kobietę, która – bał się tego określenia – zawładnęła jego myślami.

Bał się przede wszystkim własnego zaangażowania. Bo przecież to Agnieszce, która od dziesięciu lat przebywała pogrążona w śpiączce w zakładzie opiekuńczym Fundacji „Światło” w Toruniu, obiecał, że będzie ją kochał w zdrowiu i chorobie. A co dziś czuł do tej kobiety, która w oczywisty sposób nie była już tamtą Agnieszką, ale wciąż była jego żoną?

Pozostało po niej ciało, utrzymywane przy życiu przez odpowiednie impulsy płynące z niedotlenionego mózgu, który z jednej strony w ogóle nie reagował na bodźce zewnętrzne, a z drugiej – uparcie podtrzymywał płomyk ledwie tlącego się życia. Serce z uporem pompowało krew, dotleniało tkanki i mięśnie, ale mózg nie przesyłał do nich sygnału, jakby ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka sieci neuronalnych.

– Zadzwoń do niej. Proszę – odezwała się ponownie Skalska.

Wyczuł napięcie w jej głosie.

Powinien tak zrobić. Powinien zadzwonić do Malwiny i ją przeprosić. A być może obiecać, że odwiedzi ją jutro, że wszystko jej wynagrodzi. Ale im więcej składał obietnic, tym częściej zawodził sam siebie.

Gross sięgnął po ukrytą w kieszeni kurtki komórkę, ale chwilę później kierowca szarpnął tylne drzwi i podał mu hot-doga i herbatę.

– Resztę mam w kieszeni. Zaraz oddam – powiedział i wycofał się do sklepu.

Komisarz powiódł za nim wzrokiem. Ugryzł ciepłą bułkę i zaczął wolno przeżuwać. Po chwili upił łyk gorącej herbaty.

– To nie jest twoja wina – stwierdził, gdy przełknął kęs.

– Jasne – prychnęła. – Nie moja.

Zaskoczył go jej ton.

W końcu odwróciła się do niego gwałtownie i odpięła pas.

Chciała coś powiedzieć, otworzyła nawet usta, ale ostatecznie zrezygnowała.

Szarpnęła drzwi i wysiadła.

Wiatr zawył głośno i chłód owinął się Grossowi wokół karku.

– Powiedz, żeby się pospieszyli – rzucił.

W odpowiedzi Skalska trzasnęła drzwiami i podbiegła do sklepu. Widział, jak szybko przechodzi między półkami i kieruje się do toalet. A potem zniknęła mu z oczu.

Popatrzył na stojących przy ekspresie do kawy policjantów. Jeden z nich ziewał, drugi drapał się po głowie.

„Zadzwoń do niej”, przypomniał sobie słowa Skalskiej.

Ugryzł bułkę, a następnie przytrzymał hot-doga i kubek z herbatą w jednej ręce, a drugą sięgnął po komórkę. Kciukiem wybrał numer do Lemańskiej i przyłożył aparat do ucha. Przełknął kęs przy trzecim sygnale, a po piątym przerwał nawiązywanie połączenia. Postanowił wysłać esemes.

Próbował sklecić kilka słów, ale to, co napisał, nijak nie oddawało jego myśli. Pisał więc wiadomość na nowo. I tak kilka razy.

W końcu usunął całą treść i zgasił ekran.

– Vis maior – wyszeptał, schowawszy aparat do kieszeni kurtki.

– Panie komisarzu, kwiaty! – Kierowca wysiadł z radiowozu i otworzył bagażnik.

Gross był już przy ciężkich drewnianych drzwiach komisariatu, kiedy go usłyszał. Odwrócił się i wrócił do samochodu. Z każdym krokiem niemal chlupało mu w butach. Odebrał zwiędłe żółte tulipany, a po chwili młody policjant podał mu też butelkę wina.

Komisarz wyrzucił kwiaty do pobliskiego kosza, a butelkę schował do torby.

Tuż po ósmej przesłaniane co i rusz chmurami słońce wznosiło się wyżej na nieboskłonie.

Gross usiadł ciężko za biurkiem i nastawił czajnik, w którym była jeszcze resztka wody z poprzednich dni. Szybko zaszumiała i zabulgotała, ale mimo to nie zaparzył herbaty. Opadł na oparcie fotela i przymknął oczy. Powinien wrócić do domu, przebrać się i wziąć prysznic, zanim zaśnie w swoim gabinecie. Ale miał sporo pracy. Wstał więc, kiedy w drzwiach pojawiła się korpulentna młodsza inspektorka Lucyna Wojtasik, komendantka chełmżyńskiego komisariatu. Rude włosy jak zawsze spięła w kok.

– Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? – spytała spokojnie, ale z wyczuwalną pretensją. Spódnica munduru podkreślała jej szerokie biodra.

Komisarz potarł oczy, ale nic nie odpowiedział.

– To samobójca? – Odsunęła sobie krzesło i usiadła na szczycie stołu do odpraw, który drugim końcem stykał się z biurkiem komisarza.

Gross zdał sobie sprawę, że zachowała większy dystans, bo wyczuła od niego trupi fetor. Odwrócił się do okna, żeby je otworzyć, ale zrezygnował. Wiedział, że to nic nie da, a mogło tylko pogorszyć sytuację. Ewentualny przeciąg rozwiałby smród po korytarzu.

Opowiedział jej o tym, gdzie znaleźli czaszkę i kość udową, a także, że zwłoki wisielca odnalazł w potężnym i gęstym krzewie, który rósł wokół dwóch sosen.

– Nie wiem. Być może tak to właśnie wygląda. Nikt z zewnątrz nie dostrzegłby ciała – oznajmił.

– Dlaczego?

– Denat był ubrany w strój moro.

– Ale tobie się udało – rzuciła z przekąsem.

– Nie dlatego, że zobaczyłem zwłoki.

– A co? – zainteresowała się.

– Klucze – stwierdził. – Jeden zielony, drugi złoty, spięte stalowym kółkiem, pozbawione breloka.

– Jego?

– Tego się raczej szybko nie dowiemy – zastrzegł. – Z obu dłoni pozostało jedynie kilka kości śródręcza, więc o odbitkach linii papilarnych możemy zapomnieć przynajmniej do czasu identyfikacji.

Wojtasik pokiwała głową.

– Rozumiem, że nie miał przy sobie dokumentów? – odezwała się po chwili.

– Nie, żadnych. W kieszeniach pusto. Te w spodniach się przetarły, więc możliwe, że klucze należały do denata – odparł Gross.

– Żołnierz?

Komisarz zaprzeczył.

– To nie był żołnierski mundur.

Westchnęła.

– Więc jaki masz plan?

Policjant pochylił się i oparł pięściami o biurko.

– Skalska wyszukuje zaginionych…

– Na miejscu nie było patologa – przerwała mu. – Skąd Skałka wie, jaki zakres dat nas interesuje?

– Na razie sprawdzamy po ubiorze i znaku szczególnym.

– Co masz na myśli?

– Diastemę, czyli szparę między górnymi jedynkami – wolał uzupełnić.

– Przecież wiem, co to diastema – obruszyła się Wojtasik. Wstała i zasunęła krzesło. – Proszę, melduj mi o wszystkim.

Pokiwał głową.

– I przebierz się – poprosiła i zniknęła za drzwiami.

Gross odczekał chwilę i przedzwonił na górę do Moniki Skalskiej.

– Wiemy coś więcej? – spytał zmęczonym, wypranym z emocji głosem.

– Właśnie miałam do ciebie zejść.

– Może nie. Po prostu powiedz, co…

– Zaraz będę – weszła mu w słowo i odłożyła słuchawkę.

Ponownie włączył czajnik i sięgnął po kubek, do którego wrzucił ekspresówkę.

Drzwi się uchyliły i do gabinetu weszła Skalska. Miała na sobie puchowy granatowy bezrękawnik, a pod nim czarny polar zapięty pod szyję.

Z ulgą stwierdził, że ona też nie zdążyła się przebrać. Prosto z lasu w Grodnie przyjechała tutaj, ale o dziwo, nie wyglądała na zmęczoną. Z werwą żuła gumę. Położyła na biurku kartkę ze zdjęciem uśmiechniętego mężczyzny z wyraźną szparą między jedynkami. Pospolita, owalna twarz, krótkie włosy, niewielkie zakola i dołek w brodzie pokrytej drobnym zarostem, przetkanym siwą nitką.

Pod fotografią znajdowały się imię i nazwisko, a także data urodzenia i zaginięcia oraz miejscowość, z której pochodził mężczyzna. Gross odczytał też informację o znakach szczególnych i o tym, w co facet był ubrany w dniu zaginięcia.

– Rafał Becker? – spytał, podnosząc wzrok.

Skalska pokiwała głową, a następnie wydmuchała niewielki balon, który szybko schowała w ustach. Pękł głucho, kiedy tylko go rozgryzła.

– To musi być on – powiedziała z przekonaniem.

Komisarz raz jeszcze spojrzał na wydruk.

– Zaginął siedemnastego września w godzinach popołudniowych. – Spojrzał na kalendarz ścienny. – Czyli kilkanaście dni temu.

– Nasz człowiek.

– Nasz? – Skrzywił się.

– No w sensie, że z Chełmży – wyjaśniła.

Ponownie przyjrzał się zdjęciu.

– Dobra robota – pochwalił i w gabinecie zapadła cisza.

– Co teraz? – spytała Skalska.

Gross się zamyślił, wreszcie przeczesał dłonią włosy.

– Nic. Pojedź do domu i odpocznij. Poproszę Judytę, by wzięła na siebie stomatologów i pozyskała kartę dentystyczną. Ułatwi nam to identyfikację. A ja w tym czasie się przebiorę i pojadę do Torunia na sekcję.

– Jechać z tobą?

Pokręcił nieznaczne głową.

– Przy okazji wpadnę jeszcze do żony – wyjaśnił.

– Rozumiem. – Skalska podeszła do drzwi, ale odwróciła się w progu. – A pamiętałeś o telefonie do Malwiny?

Gross znieruchomiał.

– Przy okazji wpadnę jeszcze do żony – powtórzył twardo.

Zimny, październikowy wiatr się wzmagał, kiedy komisarz szedł po pomoście w zachodniej części jeziora. Podmuchy szarpały mu kurtkę i przenikały przez grubą warstwę ubrań. Wyciskały też łzy spod półprzymkniętych powiek.

Szlaka na Plażowej, po której szedł pod górę do swojego bloku, chrzęściła miarowo pod podeszwami przemoczonych butów. Wszedłszy do klatki schodowej, Gross poczuł ulgę. Świst wiatru ucichł i przynajmniej chwilowo zmasowany atak zimna szalał już tylko na zewnątrz.

W mieszkaniu komisarz nastawił czajnik na gazie i rozebrawszy się, włożył ubrania oraz bieliznę do pralki, którą szybko uruchomił. Wziął długi i gorący prysznic, a na koniec spryskał się wodą kolońską. Mimo tego wciąż czuł smród rozkładającego się ciała.

Kiedy wyszedł z zaparowanej łazienki, czajnik gwizdał już od dłuższego czasu. Gross zalał herbatę ekspresową i ubrał się w świeże ciuchy: gruby granatowy sweter i czarne sztruksowe spodnie. Przemoczone buty wsunął pod kaloryfer w kuchni, ale dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ten jest zupełnie zimny. Obawiał się, że pokryte ciemnymi plamami wilgoci skórzane obuwie będzie musiał wyrzucić.

Zrobił sobie drugie śniadanie, które dokończył na schodach, bo nie zamierzał spóźnić się na sekcję zwłok wisielca.

Unieruchomił dwiema cegłówkami otwarte blaszane wrota garażu, żeby nie zatrzasnął ich wiatr, a następnie wyprowadził golfa.

Zapomniał zabrać książkę, którą chciał przeczytać żonie, ale nie zdecydował się już na powrót do mieszkania. Postanowił, że poszuka czegoś na miejscu, w świetlicy.

Przejechał przez torowisko na rogatkach miasta, gdy zawibrował telefon.

– Judyta Judycka, szefie – usłyszał kobiecy głos.

– Co masz? – spytał.

– Gładko poszło. Dentysta był na miejscu, spisałam protokół i przejęłam kartę dentystyczną Rafała Beckera.

– Świetnie. Diastema?

– Tak, pacjent z diastemą. Podczas ostatniej wizyty, w styczniu, zgłosił się do wyrwania trzonowca. Prawa siódemka na dole. W sumie miał pięć ekstrakcji.

– Pięć? – Gross zapamiętał brak trzech trzonowców w górnej szczęce. Powiedział to Judyckiej.

– Zgadza się. Trzy u góry i dwie na dole.

Szum silnika i gwizd wiatru przez krótką chwilę wypełniały kabinę golfa.

– Miał czterdzieści dwa lata – zauważył Gross. – Stomatolog mówił coś o jego ogólnym stanie uzębienia?

– Pięć ekstrakcji chyba mówi więcej niż opinia lekarza.

Pomyślał o tym samym.

– Czy możesz zostawić mi tę dokumentację na biurku? – spytał.

– Już tam leży – odparła. – Jakby co, jestem do dyspozycji.

– Dziękuję, Judyto. – Gross się rozłączył, ale nie odłożył aparatu.

Wahał się przez moment, w końcu wybrał jednak numer Lemańskiej. Dobijał się do niej przez siedem sygnałów. Potem odpuścił.

„Może tak wygląda koniec czegoś, co się nawet na dobre nie zaczęło”, zmartwił się. „Może to jakiś znak”.

Nagle, kiedy tylko o tym pomyślał, coś przyszło mu do głowy. Dlatego połączył się z Judycką.

– Jeszcze jedna sprawa – powiedział, kiedy podniosła słuchawkę. – Na miejscu, w lesie, widziałem przytwierdzoną do drzewa folię z wydrukowanym hasłem. Technik ją zabezpieczył. Chodziło chyba o marsz lub bieg na orientację czy coś podobnego.

– Sprawdzić to?

– Koniecznie – rzucił, a po chwili, kiedy musiał zwolnić i zjechać na gruntowe pobocze, żeby przepuścić wariata wyprzedzającego tira, odezwał się ponownie: – Co to w ogóle jest?

– Te marsze?

– Tak. To jakiś rodzaj podchodów?

– No tak jakby. Zabawa połączona z turystyką – stwierdziła. – Generalnie rzecz polega na tym, że organizator przekazuje uczestnikom mapę, a oni mają dzięki niej i pozostawionym w terenie wskazówkom dotrzeć do punktów kontrolnych. Wszystko to zazwyczaj odbywa się na czas.

– To wciąż jest modne? Kto się w to bawi?

Usłyszał jej ciepły śmiech i wyobraził sobie tę młodą blondynkę z zadartym nosem i włosami do ramion, których równo przystrzyżone końcówki podwijały się do szyi. Widział ją siedzącą przy biurku w gabinecie na poddaszu, tuż pod oknem połaciowym. Przypomniała mu jedną z tych znanych aktorek z Hollywood, jeszcze zanim ta zaczęła wydawać zarobione pieniądze na liczne operacje plastyczne, które całkowicie zniszczyły jej piękne, naturalne rysy.

– Dziś modne są gry komputerowe, szefie. Ale w te marsze bawić się mogą wszyscy. Dorośli i dzieci. Takie imprezy odbywają się zwykle w ciągu dnia, czasami też nocą. Ja chodziłam na nie z rodzicami, a potem z koleżankami z liceum. A szef brał w tym kiedyś udział?

– Nocą też? – zainteresował się.

– No, wtedy jest zabawniej. A już na pewno straszniej. – W jej głosie znowu brzmiała wesołość.

– Sprawdź to dokładnie, proszę.

– Oczywiście. Dam znać, gdy już coś ustalę.

Wiatr siekł pierwszymi kroplami deszczu, ciężkimi i zimnymi jak drobinki lodu.

Jeszcze w samochodzie komisarz postawił kołnierz kurtki, a następnie wysiadł z auta i pochyliwszy się, podbiegł do drzwi prosektorium szpitala na Bielanach. Z powodu silnego podmuchu stoczył z nimi chwilową walkę, a kiedy znalazł się we wnętrzu zakładu patomorfologii, machinalnie przetarł ręką zaczesane na jeża posiwiałe włosy, mokre jakby po kąpieli. Wytarł dłoń w sztruksy i zapukał do gabinetu Raszei. Odpowiedziała mu cisza. Zszedł więc do piwnicy, w której na czas budowy nowych obiektów lecznicy zorganizowano tymczasowe prosektorium. Legner już tam był, kręcił się nerwowo przed stalowymi drzwiami i rozmawiał przez telefon. Mrugnął do Grossa i kontynuował rozmowę.

Policjant wszedł do holu. Ściągnął z wieszaka zielony fizelinowy fartuch i spojrzał w kierunku pokoju, w którym dwóch laborantów przygotowywało zwłoki mężczyzny do pogrzebu. Dłonie w niebieskich rękawiczkach uniosły sinoszary tułów z bezwładnie odchyloną głową, żeby włożyć denatowi białą koszulę.

Gross narzucił strój ochronny na ramiona i dopiero wtedy nacisnął klamkę.

Raszeja, wysoka i chuda lekarka sądowa, pochylała się nad posiniałymi zwłokami otyłego młodego mężczyzny. Komisarz przyjrzał się wielkim, sinym podeszwom jego stóp, a potem przeniósł wzrok na wzdęty gazami gnilnymi brzuch i widoczne na skórze, niczym sieć dróg na mapie, smugi dyfuzyjne. Powstawały, kiedy krew w żyłach zaczynała gnić.

Głowa, z odciętą pokrywą czaszki, spoczywała na stalowej podpórce, a skalp był wywinięty na twarz. Mężczyzna leżał na połyskującym od świateł jarzeniówek szerokim stalowym stole. Trupi odór uderzył komisarza dopiero po chwili.

Bloch z założonymi rękoma i przymkniętymi powiekami opierał się o ścianę. Wyglądał na zmęczonego i znużonego jednocześnie. Dwie aluminiowe walizki stały przy jego nogach.

– O! Jak dobrze, że już jesteś, Bernardzie. Cieszę się – powiedziała Raszeja, po czym się wyprostowała i odgarnęła przedramieniem kręcone, krótkie włosy. Na dłoniach miała gumowe rękawice. – Panie Stefanie, poproszę o zwłoki wisielca z lasu! – krzyknęła w kierunku otwartych drzwi po drugiej stronie sali, a następnie zwróciła się do Grossa: – Zaraz przyjdę.

Opuściła salę. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, technik kryminalistyki kucnął i położył walizki na podłodze. Zgrzytnęły zamki, a po chwili znowu dało się słyszeć miarowy szum wentylatorów. Bloch nałożył zielonkawy strój i sięgnął po karton lateksowych rękawiczek. Podsunął go Grossowi, który podszedł do drugiego, wolnego stołu sekcyjnego.

Chwycił jedną z rękawiczek od wewnętrznej strony i wprawnie nałożył na dłoń. Z drugą postąpił tak samo.

– Znowu będzie śmierdziało. – Bloch posmarował sobie mentolową maścią skórę nad górną wargą. – Chcesz? – Wyciągnął w kierunku komisarza dłoń ze specyfikiem w blaszanym opakowaniu.

Policjant poczuł jej intensywny zapach, ale tak samo wyczuwał też smród papierosów, którymi przesiąkły ubrania kolegi. Odmówił, a Bloch spojrzał na niego przekrwionymi oczami.

– Na pewno? – wolał się upewnić.

Gross machnął ręką.

– A ty? Dasz radę? – spytał technika po chwili, gdy z zaplecza dotarły do nich metaliczne dźwięki, a zaraz potem salę wypełnił charakterystyczny terkot kółek wózka na zwłoki. Laborant sekcyjny, łysiejący pięćdziesięciolatek w niebieskim stroju, skinął im głową.

– Pomożecie, panowie? – spytał.

Gross stanął u wezgłowia, a Bloch w nogach stołu sekcyjnego. Z łatwością przenieśli lekki worek, a laborant odjechał z wózkiem na zaplecze.

– Co miałeś na myśli, pytając, czy dam radę? – Technik podniósł wzrok na komisarza.

– Nic. Po prostu wyglądasz na wykończonego – zauważył Gross.

– Do tej pory jeszcze nigdy nie spierdoliłem swojej roboty. – Bloch podniósł głos.

– Nie to miałem na myśli – bronił się policjant.

– Właśnie, że miałeś – upierał się mężczyzna. – Uważasz, że mogę coś spierdolić.

– Daj spokój – poprosił komisarz i wtedy drzwi się otworzyły.

Do sali weszła Raszeja, za nią Legner i jeszcze jeden mężczyzna, ubrany w garnitur. Prokurator zatrzymał się jednak tuż za progiem i przetarł dłonią twarz.

– Panowie, przedstawiam wam Krystiana Kowalika, entomologa z toruńskiego uniwersytetu. – Raszeja odwróciła się do naukowca. – Poprosiłam go o udział w autopsji, bo być może jego wiedza przyda się w wyjaśnieniu waszej sprawy.

Gładko ogolony szatyn z włosami zaczesanym na bok uśmiechnął się przyjaźnie, ale krótko, i wyciągnął dłoń. Zorientował się, że policjanci mieli nałożone rękawice, więc raz jeszcze się uśmiechnął, tym razem z zakłopotaniem, i wsunął rękę w kieszeń spodni.

– No to co? Zaczynamy? – spytała lekarka, zbliżywszy się do czarnego worka.

Legner skinął głową.

Raszeja chwyciła za suwak i ze zgrzytem rozsunęła zamek, uwalniając trupi odór.

Prokurator nabrał powietrza i się skrzywił. Przestępował z nogi na nogę.

– Panie komisarzu… – Pokazał na drzwi i jednocześnie uniósł telefon.

Gross skinął mu głową.

– Jakby co, zawołam pana – powiedział i rozsunął poły worka, w którym tkwiło bezgłowe ciało.

Dwie godziny później w gabinecie Raszei rozszedł się intensywny zapach świeżo zaparzonej kawy. Oparłszy łokcie na kolanach, Gross wpatrywał się w brązową szklankę, z której parowała herbata. Nieco dalej nitka dymu uciekała z odłożonego na skraj popielniczki papierosa.

– Trudna sprawa – stwierdziła Raszeja.

– Jak sądzisz, dlaczego to zrobił?

– Pytasz o samobójstwo? – Sięgnęła po papierosa i zaciągnęła się dymem.

– Nie.

– A, o to. – Uniosła brwi i się zamyśliła. – Rzeczywiście dziwne.

Wypuściwszy dym, odchyliła się na oparcie fotela i przymknęła oczy. Żółtymi od tytoniu palcami strzepnęła do popielniczki długi ogonek siwego popiołu.

– Widziałam już wisielców, którzy zanim się powiesili, krępowali sobie ręce – dodała. – Ale rzeczywiście pierwszy raz spotykam się z tym, żeby ktoś zrobił to przy pomocy opasek samozaciskowych.

Gross przypomniał sobie to, co niedawno zobaczył, zanim Raszeja przecięła ubrania i odsłoniła gnijące w nich kończyny górne pozbawione dłoni. Przyjrzeli się wtedy zakończeniom kości łokciowej i promieniowej.

– Nie widać żadnych śladów cięć – powiedziała, pochylając się nad szczątkami ze szkłem powiększającym. – Wszystko wskazuje na to, że dłonie odpadły same w wyniku przegnicia stawów i tkanki chrzęstnej. Podobnie głowa.

Spojrzała jeszcze do papierowej koperty i wysypała do stalowej nerki trzy odnalezione w leśnym poszyciu, pod zwłokami, niewielkie kości. Nieprzyjemnie głośno zagrzechotały w naczyniu.

– Kość trójgraniasta lewego nadgarstka – stwierdziła, biorąc w szczypce jedną z nich i odkładając na bok. Potem to samo zrobiła z drugą i trzecią. – Tu mamy kość łódeczkowatą i główkowatą, ale prawej dłoni.

Gross ocknął się ze wspomnienia i znowu spojrzał na lekarkę.

– Ciągle myślę o tych opaskach – stwierdził.

Raszeja przekrzywiła głowę i zaciągnęła się ponownie. Delikatne smugi dymu przysłoniły jej twarz.

– Zrobicie badania i wszystko będzie jasne. Jeśli odnajdziecie na nich ślady naskórka, a nie wątpię, że tak właśnie będzie, to przestaniesz się zadręczać.

– Ale wciąż dziwi mnie jedno.

– Co takiego?

– Sznur pozostał w bruździe wisielczej, a opaski odpadły od ciała – odparł.

Raszeja pokiwała głową i w ciszy wypaliła papierosa.

– To może zacznijmy od początku – zaproponowała, zgniatając peta w popielniczce. – Po stanie rozkładu kończyn górnych i jednej dolnej uznałabym, że śmierć mężczyzny nastąpiła około dwóch tygodni temu. Odnaleziona kość udowa i czaszka należą do tych samych zwłok, ale w tym wypadku poczekajmy na badania porównawcze DNA z materiałem genetycznym ściągniętym przez waszych ludzi ze szczoteczki do zębów i bielizny pościelowej. Bo rozumiem, że to zrobiliście, prawda?

– To standardowa procedura – wyjaśnił Gross. – Prześlę ci jeszcze skan karty dentystycznej.

– Świetnie, to przyspieszy proces identyfikacji. Ale wróćmy do meritum. – poprosiła. – Kiedy odnaleźliście denata, lina była zwiotczała, a bezgłowe, klęczące zwłoki opierały się o pień sosny, prawda? Ale żeby mężczyzna mógł się udusić, sznur oczywiście musiał się naprężyć, bo tylko wtedy pętla wisielcza może się zacisnąć. – Spojrzała na Grossa. – Wiem, że to truizm. Ale chodzi o to, że wówczas jego ciało na pewno odchyliło się od pnia sosny w kierunku krzewu. Wniosek z tego taki, że kąt zgięcia nogi w stawie kolanowym mógł być kątem rozwartym, a nie ostrym.

Gross zastanawiał się, do czego zmierza Raszeja.

– Mężczyzna nie udusił się w pozycji siadu klęcznego, czyli takiego, w którym pośladki spoczywają na piętach – odezwała się po przerwie, jakby czytała komisarzowi w myślach. – Gdyby tak było, wówczas prawdopodobnie obie kończyny dolne pozostałyby na swoich miejscach, czyż nie?

Komisarz odchrząknął. Dym papierosowy przenikał powietrze w gabinecie i drapał w gardło.

– No to idźmy dalej. Odkryta skóra i fragmenty tkanek uległy mumifikacji. Warunki pogodowe temu sprzyjały. A jednocześnie reszta ciała, w tym kończyny, które pozostały w ubraniu, poddała się procesom gnilnym. W początkowej fazie ciało mogło zostać skolonizowane przez larwy muchówek, o czym mówił zresztą Krystian Kowalik, ale chodziło zaledwie o kilka zapłodnionych samic, które złożyły jaja. Osy, jak widać, też znalazły w tym wszystkim coś dla siebie i zdołały utworzyć kokon.

Gross gestem dał znać, że zgadza się z takim tokiem myślenia.

– I teraz wracamy do interesującej cię kwestii, czyli sznura, który utkwił w bruździe wisielczej. – Lekarka uniosła wzrok i paznokciami wystukała rytm na blacie biurka. Po chwili spojrzała na swojego gościa. – Głowa odpadła, bo była ciężka. Prawo grawitacji. Naprężenie liny już wtedy zwiotczało. A ponieważ znowu zmienił się środek ciężkości zwłok, które na tym etapie rozkładu, pozbawione wnętrzności i częściowo zmumifikowane, były lekkie, to pierwotnie wychylone ciało oparło się o pień sosny. Nie jest też wykluczone, że z powodu mniejszego nacisku zwłok na konary krzewu roślina odzyskała swoją dawną formę. W każdym razie to oraz wyżłobiona w twardej, zmumifikowanej skórze bruzda sprawiły, że pętla wisielcza pozostała na swoim miejscu.

– A dłonie i noga?

– Z nogą musiało być podobnie. Procesy gnilne postępowały, a zmiana środka ciężkości ciała mogła spowodować przesunięcie kończyny i jej wyprostowanie się. Za resztę mogą odpowiadać wilki albo lisy. – Raszeja podniosła paczkę davidoffów i wygrzebała kolejnego cienkiego papierosa. – A co do dłoni… – Potarła zapałkę o draskę i przystawiła płomień, który odbijał się w szkłach jej lenonnek. – Zaciśnięcie opasek na przegubach mogło spowolnić zachodzenie procesu gnilnego przynajmniej w pierwszym etapie, bo przyżyciowo zablokowano dostęp krwi do dłoni. Ale post mortem nie miało to już znaczenia, bo, jak wiesz, wówczas krew przesiąka poprzez tkanki do niżej położonych partii ciała.

– Po co to zrobił? – Gross przerwał jej wywód. – Po co zacisnął sobie opaski na dłoniach?

Raszeja oparła łokcie na blacie biurka, na którym stał duży mikroskop. Wokół leżały zagraniczne czasopisma medyczne i kilka otwartych pudełek z preparatami. Zestaw komputerowy z monitorem znajdował się obok, na mniejszym biurku.

– Może bał się, że stchórzy? – spytała, wydmuchując dym ku sufitowi.

Gross zaprzeczył ruchem głowy.

– Wówczas powiesiłby się klasycznie, z pełnym zwieszeniem ciała – dodał.

Drzwi do gabinetu się otworzyły i Gross ujrzał w nich technika kryminalistyki.

– Bernardzie – powiedział Bloch. – Możesz podejść?

Komisarz popatrzył na Raszeję, która wysunęła papierosa z ust.

– Stało się coś? – zapytała.

Technik zamrugał. Oczy miał przekrwione. Sprawiał wrażenie zupełnie nieobecnego.

Poszli za nim do piwnicy i z powrotem znaleźli się w wychłodzonej sali sekcyjnej wypełnionej resztkami mdławego smrodu gnijącego ciała. Raszeja zaciągnęła się ostatni raz i zgasiła papierosa, po czym wyrzuciła go do kratki odpływowej w podłodze.

Jarek Bloch stanął przy stole sekcyjnym, na którym zostały pocięte ciuchy denata. Zmierzwił sobie włosy, a potem przetarł oczy i całą twarz.

– Przeoczyłem coś – rzucił, wskazując palcem na pozostałości ubrań.

Gross podszedł do stołu. Na blacie leżała duża brązowa koperta.

– Tkwiła tu, w wewnętrznej kieszeni kurtki. – Technik wskazał fragment okrycia wierzchniego.

Z powodu plam ociekliny trupiej komisarz nie zauważył wąskiego nacięcia materiału, który mógł sugerować, że znajduje się tam kieszeń.

– Ale co konkretnie? – spytał Gross.

Bloch sięgnął po aparat fotograficzny, a następnie odszukał na wyświetlaczu zdjęcie i pokazał je komisarzowi i Raszei. Oboje przysunęli się do aparatu.

– Chusta? – spytał Gross, przyglądając się pomiętemu czerwonemu materiałowi z białymi wzorkami.

– Bandana – sprostował Bloch. – Zakładana na głowę lub rękę, a może i przywiązywana do szlufki spodni. Zabezpieczyłem w papierowym pakiecie i opisałem.

– Świetnie – uznał Gross.

– Ale coś jest nie tak. – Bloch pokręcił głową.

– W jakim sensie?

Raszeja spojrzała na nich.

Technik zmarszczył czoło i otworzył usta, ale się nie odezwał. Chwilę trwało, zanim zebrał myśli.

– Chodzi o to, że ta chusta była w reklamówce.

Gross wziął do ręki aparat i przyjrzał się wyświetlonemu zdjęciu. Raszeja zerkała mu przez ramię.

– To nie wszystko – dodał Bloch. – Są na niej brunatne ślady.

Komisarz oderwał wzrok od niewielkiego monitora.

– Chcesz powiedzieć, że jest na nich krew? – spytał.

– To prawdopodobne, ale… – Bloch zawiesił głos.

Gross bezwiednie przygryzł policzek i cierpliwie czekał.

– Tej krwi musiało być dużo – dokończył technik. – Jakby ktoś zanurzył w niej chustę.

Rozpadało się na dobre.

Grube krople deszczu tłukły o spękany asfalt pokryty warstwą opadłych liści i rozbryzgiwały się na mniejsze. Droga błyszczała.

Gross pobiegł wzdłuż skrzydła obiektu dla śpiochów, jak nazywano osoby pozostające w śpiączce. Schował się na parterze i odsapnął. Wszedł na pierwsze piętro i skierował się do pokoju, w którym od lat przebywała jego żona. Przystanął w progu zaskoczony, bo na łóżku tuż przy drzwiach leżała młoda kobieta, krótko ostrzyżona korpulentna szatynka, którą widział pierwszy raz. W jej czaszce, po prawej stronie, było spore, nieregularne wklęśnięcie, w którym układał się teraz złowrogo półcień. Oczy miała przymknięte, a w otwartych ustach połyskiwały dwa duże siekacze.

Zamknął za sobą drzwi, podszedł do łóżka Agnieszki i oparł dłoń na jej stopach ukrytych pod grubą warstwą kołdry i zielonego koca. Leżała na boku, zwrócona do okna i drzwi balkonowych. Martwy wzrok miała utkwiony w szybie, po której jedna za drugą uciekały zygzakami krople deszczu. Obserwował je, nasłuchując szumu ulewy, który wzmagał się, po czym cichł nagle, by za chwilę przypomnieć o sobie głośnym chrobotaniem w okna i bulgotaniem w rynnach.

„Ucieczka”, pomyślał.

Ile razy właśnie w tym miejscu przychodził mu do głowy ten pomysł. Z coraz większym wysiłkiem dźwigał ciężar, na który złożyła się nie tylko tragedia Agnieszki, lecz także pustka, wypełniająca go po brzegi od czasu, kiedy opuścił go syn. Syn, którego zaniedbał, o którego miłość w ogóle nie walczył i o którego potrzebach – co zdawało mu się niemożliwe – zupełnie zapomniał, oddając się całkowicie pracy. Jedynemu narkotykowi, który tak silnie go uzależnił i wytworzył w nim pancerz. Tych dziesięć lat, od kiedy stracił żonę i zaczął tracić syna, wydawało mu się czarną dziurą, potężną wyrwą w jego czasoprzestrzeni, której nic już nie mogło zasklepić. Być może dlatego tak bardzo chciał uciec i rozpocząć nowy etap u boku innej kobiety. Ale na tym rozdrożu sam ogradzał się kolejnymi zasiekami.

Wsunąwszy dłoń pod kołdrę, pogładził żonę po stopach, a potem wyżej, po łydkach, wyczuwając pod palcami miękkie owłosienie.

Cofnął rękę.

Ale czy umiałby to zrobić? Czy mógłby kochać się nad ranem z Malwiną, a potem przyjeżdżać tutaj i ocierać ślinę z ust kobiety, której obiecywał miłość i troskę, której czytał na głos książki, obcinał przydługie, pożółkłe ze starości paznokcie, wcierał krem w czoło?

Tuż za obsadzonym starymi drzewami skwerem dostrzegł kuriera w służbowym polarze, ze sporym kartonem w rękach. Mężczyzna zmierzał do starego budynku, przeznaczonego na hospicjum.

Gross odprowadził go wzrokiem do wejścia, a potem spojrzał na żonę. Wymizerniała twarz, zapadające się policzki i przerzedzające się krótkie spłowiałe włosy sprawiały wrażenie, jakby na łóżku leżała zupełnie obca osoba. Jego Agnieszka przecież nigdy tak nie wyglądała, była atrakcyjną blondynką z błyskiem w oku, wysportowaną, mądrą kobietą i matką.

Widocznie w jego życiu były dwie różne Agnieszki.

„Od której z nich chcesz uciec?”, spytał siebie w myślach.

Przysunął krzesło, ale nie usiadł. Zdjął mokrą kurtkę i zawiesił ją na oparciu. Ze stolika nocnego, na którym leżała paczka chusteczek higienicznych, zabrał pomadkę ochroną i próbował przetrzeć sztyftem przesuszone usta Agnieszki, z których obłaził naskórek. Przytrzymał i uniósł lekko jej brodę, na tyle, na ile pozwalało wyczuwalne w jej ciele napięcie mięśniowe. Udało mu się, ale sztyft był twardy. Pomadka z trudem zostawiała na miękkich wargach cienki, błyszczący film.

Następnie nasmarował jej zesztywniałe dłonie warstwą kremu, którego pozostałość wtarł we własne ręce.