Żadnych bogów, żadnych panów - Grzegorz Dziedzic - ebook
NOWOŚĆ

Żadnych bogów, żadnych panów ebook

Grzegorz Dziedzic

4,0

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie do wiary, że to debiut! Peaky Blinders w polonijnej wersji. Zupełnie nowa przestrzeń w polskim kryminale retro, mroczna i krwista niczym rzeźnia przemysłowa.

Marcin Wroński

 

Chicago, rok 1918. Sierżant Teodor Rucki dopiero rozpoczyna karierę w policji, ale brak doświadczenia nadrabia ulicznym sprytem i szybkimi pięściami. W polskiej dzielnicy ktoś podrzuca bestialsko okaleczone zwłoki, a na płocie i w pobliskim kościele maluje farbą anarchistyczny napis. Rucki rozpoczyna śledztwo, które prowadzi go przez najbiedniejsze i najniebezpieczniejsze rejony miasta. Morderca zabija kolejne ofiary w okrutny i teatralny sposób, a na mieszkańców imigranckich dzielnic pada strach przed seryjnym zabójcą, nazwanym przez prasę Diabłem z Michałowa. Szybko okazuje się, że wokół młodego polskiego detektywa toczy się gra pozorów, a on sam musi stanąć ponad prawem i zmierzyć się z demonami przeszłości.

Żadnych bogów, żadnych panów to czarny kryminał historyczny odsłaniający zapomniane i wyparte przez Polonię oraz praktycznie nieznane w Polsce fragmenty historii polskiej diaspory w Chicago – mieście ciężkiej pracy, korupcji i zbrodni. Historii, która była taka, jak ta książka – brutalna, surowa i bezlitosna.

 

Zaskakujący debiut! Mroczna historia, mocna narracja i nieoczywista intryga. Dziedzic śmiało wkracza na literackie salony kryminalne.

Leszek Koźmiński, blog.kryminalnapila.pl

 

Grzegorz Dziedzic napisał mistrzowską powieść, świetnie osadzoną w realiach czasów, kiedy dziesiątki tysięcy polskich imigrantów zamieszkiwały dzielnice otaczające chicagowskie rzeźnie i stalownie. Autor uchwycił okres historyczny oraz życie codzienne tamtych kobiet i mężczyzn, a przy okazji stworzył fascynującą opowieść.

Dominic A. Pacyga, autor American Warsaw: The Rise, Fall, and Rebirth of Polish Chicago

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
2
0
2
0
0
Sortuj według:
legiTomek

Nie oderwiesz się od lektury

Ależ to było dobre! I jak świetnie napisane! Retro, ale bardzo nowocześnie. Nie mogłem sie oderwać. Mroczny, ciężki, wręcz duszny klimat, krwiste (czasem dosłownie), żywe postacie z krwi i kości. Fabuła wartka, zagadka nieoczywista, zaskakujące zakończenie, a w tle polonijne Chicago. Blurby (inaczej polecajki) kłamią, albo przynajmniej przerysowują rzeczywistość i zazwyczaj im bardziej znane nazwisko i bardziej entuzjastycznie zachwala, tym większe później rozczarowanie. Ale "Peaky Blinders" na okładce nie pozwoliło przejśc obojętnie i stanowczo stwierdzam, że nie było w tych słowach ni grama przesady. Brać i czytać! I potem niecierpliwie czekać na ciąg dalszy. Mam nadzieję że będzie równie dobrze, choć może być różnie, bo poprzeczka w debiutanckiej powieści ustawiona bardzo wysoko. Dla mnie murowany kandydat do debiutu roku👍
00

Popularność




ROZDZIAŁ I

Południowe Chicago – The Bush

Niedziela, 26 maja 1918, po północy

MARYJKA SKRĘCIŁ W PRAWO z Osiemdziesiątej Dziewiątej w Green Bay Street. Znad jeziora szła burza, ale była jeszcze daleko, bo choć pioruny waliły gdzieś wysoko w chmurach nad czarną wodą, to grzmotów nie było słychać tutaj, na dole. Maryjka lubił burze, mimo że te w Chicago nie przynosiły spodziewanej świeżości, którą wciągasz do płuc jak życiodajną siłę i którą chcesz zatrzymać w sobie na stałe. Nadzieję na tę świeżość Maryjka stracił wiele lat temu, podczas pierwszego lata na Bushu. Wyszedł wtedy z tawerny Wiśniewskiego na Nadbrzeżu i łakomie wciągnął powietrze, przyzwyczajony do ozonowego chłodu, ale zamiast znanego z Polski łaskoczącego orzeźwienia prawie zakrztusił się gorącą watą. Mimo to wciąż lubił burze, zwłaszcza nocą. Burza przypominała Maryjce o fakcie podstawowym: że dobry Pan Bóg stworzył niebo, ziemię, chmury i pioruny. Że stworzył rośliny, zwierzęta i ludzi, a dopiero ci ostatni zbudowali stalownie, gysernie1 i walcownie. Ta świadomość przynosiła Maryjce ulgę. Kominy się kiedyś zawalą, ściany magazynów na rudę popękają i legną w gruzach, żelazne mosty zardzewieją i runą, a na wszystko, co zostanie, jak zawsze latem, spadnie ciepły deszcz.

Maryjka szedł przed siebie i spoglądał na widoczne na ciemnym niebie kontury stalowni. Ziemia niebrukowanej ulicy była sucha, więc zszedł z drewnianego chodnika, żeby zobaczyć cały zarys zębatego komina, który – ucięty po prawej jak nożem – przechodził na wysokości dachów we wspinającą się pochyłą kreskę dachu hali odlewni. Maryjce od zawsze ten widok kojarzył się z bestią, z Baphometem, który wystawia spod ziemi kozi łeb. Właśnie otworzył paszczę, jeszcze chwila, a obnaży trójkątne zęby, jeszcze trochę, a zgłodnieje i zacznie gryźć. A potem połknie wszystko.

Józefowi Kwasigrochowi, zwanemu przez znajomych Maryjką, nie spieszyło się do domu. Piwo i gorzałka, które tego wieczoru wlał w siebie w tawernie Wiśniewskiego, spełniły swoje zadanie – uspokoiły hałas, który dudnił w jego głowie bez przerwy, a do którego Maryjka zdążył się już tak przyzwyczaić, że nie zwracał uwagi na nieustający zgrzyt, huk, posapywanie i gwizdy lokomotyw, stukanie młotów i całą gamę uderzeń oraz stukotów, które otaczały go bez przerwy. Teraz jednak w głowie Maryjki wciąż jeszcze rozbrzmiewały dźwięki tamburicy i harmonii, szedł zatem i cicho gwizdał skoczną przyśpiewkę, którą jeszcze dwa kwadranse temu śpiewał cały saloon: „Nie mojaś żona, aleś kochanka, napójże, napój mojego kasztanka”. Doszedł do Osiemdziesiątej Siódmej i przez chwilę wahał się, czy pójść na skróty obok stalowni, przejść przez tory i dzięki temu szybciej znaleźć się w domu, ale ostatecznie skręcił w lewo, w kierunku Superior Avenue. Wszedł na chodnik i napomniał się, żeby patrzeć pod nogi. Rzadko rozstawione latarnie dawały blade światło, które rozpraszało się w zalegającym na Bushu smogu, o tej porze przypominającym mgłę. Łatwo było potknąć się na pełnych dziur chodnikach, które w zależności od widzimisię właściciela loty zbudowane były na różnych wysokościach i przypominały piętrową, pokraczną i ciągnącą się w mrok scenę jarmarcznego teatru. Ulica była pusta, gdzieniegdzie tylko na kocach rozłożonych na drewnianych schodach spały dzieciaki uciekające na zewnątrz przed zaduchem przepełnionych sypialni i chrapaniem dorosłych. Z naprzeciwka, zataczając się, szło dwóch mężczyzn. Niższy o pół głowy i chudy pomagał kompletnie zamroczonemu kompanowi, zwalistemu dryblasowi, który przystawał co chwilę i odwracając się w stronę budynków, pokazywał na nie palcem. Chudy zatrzymywał się, jedną ręką chwytał pijanego za klapy marynarki i rozchełstaną białą koszulę, a drugą podnosił jego opadający podbródek, próbując nawiązać z towarzyszem wyraźniejszy kontakt. Po chwili, zrezygnowany, objął dużego wpół i pociągnął ze sobą.

– Ty Polak? – zapytał chudy nadchodzącego z naprzeciwka Maryjkę. I nie czekając na odpowiedź, spytał po słowacku: – Znasz tego tu? Schlał się jak cap i nie pamięta, gdzie mieszka, tyle wie, że gdzieś na Bushu. Godzinę już go tak taskam. Może byś pomógł go dowlec do domu?

Maryjka przypatrzył się zasypiającemu na stojąco mężczyźnie. Nie znał go.

– Jak na Bushu, to musicie zawrócić – powiedział. Minął pijaków, ale po kilkunastu krokach odwrócił głowę, dokładnie w momencie, kiedy chudy posadził zwalistego pod ścianą budynku, po czym uwolnił się od jego ramienia i, klnąc, poszedł w swoją stronę. Dziesięć sekund później Józef usłyszał krótki gwizd, a spomiędzy budynków ku pijanemu wyskoczyła drobna sylwetka. Maryjce aż żal się zrobiło biedaka, bortnika z wyglądu, któremu jakiś gówniarz przetrząsał właśnie kieszenie w poszukiwaniu resztek dniówki.

Józef poszedł dalej, wyjął z kieszeni spodni kupioną u Wiśniewskiego pintę wódki i pociągnął niewielki łyk. Alkohol dodał mu sił, pozwolił zatrzeć na moment nadchodzące zmęczenie po dwunastu godzinach pracy i miłym wieczorze w tawernie. Jutro miał wolne, będzie spał do dziewiątej, a na jedenastą pójdzie z żoną i dzieciakami na sumę do Świętego Michała Archanioła. Po południu postawi wszystkim lody na Commercial Avenue i zajrzą na festyn do parku Russela. A wieczorem Maryjka pójdzie znowu do tawerny Wiśniewskiego, zamówi piwo i usiądzie przy barze jak najbliżej krzątającej się przy szklankach Wandzi Wiśniewskiej. Będzie siedział tak do późna i oczekiwał na te chwile, kiedy Wandzia skręci się mocniej, sięgając na półkę z butelkami, a biała bluzka napnie się na jej piersiach tak, że ich kształtu Maryjka nauczy się na pamięć.

Skręcił w Superior. Na północy, po prawej stronie, nad piecami Illinois Steel Company unosił się ciężki dym, widoczny o tej porze dzięki pomarańczowej łunie, która oświetlała jedną trzecią nieba. Po lewej ze spiczastą godnością sterczały godne katedry wieże kościoła parafialnego pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. Lewa górowała nad prawą, a kościół nad całą okolicą. Maryjka przeżegnał się odruchowo i jak zawsze poczuł ciepły przypływ dumy, choć równie możliwe, że zaczęła działać wódka, której łyk, tym razem spory, jeszcze bardziej poprawił mu nastrój. Skręcił w Osiemdziesiątą Piątą, minął dwa krótkie bloki i wszedł w elę, żeby się odlać. Dzwon na kościelnej wieży wybił pierwszą. Maryjka przystanął przy drewnianym płocie, lewą ręką oparł się o poprzeczną deskę przytrzymującą przybite w równych odstępach pionowe żerdzie. Odgłosy stalowni, które otaczały go z trzech stron, weszły w jazgotliwą kakofonię brzmiącą jak wesele w dantejskim infernie, ale po oddzieleniu od siebie, odsączeniu z hałasu dźwięki tworzyły dobrze znaną pieśń. Pieśń gorąca i stali, z rytmem wystukiwanym przez odbijające formy młoty, skrzypieniem przechylanego konwertora, głuchymi strzałami glinianych kul z madgana, suchymi trzaskami wspinających się do nasady pieców wagoników z rudą. Maryjka znał te hałasy aż za dobrze i choć znajome, nie przestawały niepokoić go brutalnością, zapowiedzią nagłej, czającej się zewsząd śmierci. Skończył oddawać mocz i do domu przy Mackinaw Avenue postanowił dojść już tą elą. Znał tu każdą dziurę, każdą śmierdzącą zaschłym błotem kałużę, na ślepo mógłby omijać usypane na tyłach domów pagórki śmieci. Łyknął jeszcze wódki, by zagłuszyć hałas, i zapalił papierosa. Dym orzeźwił go i wgryzając się w gardło, wypełnił płuca cierpkim spokojem. Piętnaście, może dwadzieścia jardów przed nim coś się poruszyło i Józef Kwasigroch zmrużył oczy, żeby wyostrzyć wzrok przyzwyczajony do mroku.

„Pewnie te cholerne kaczki od Kopciów wylazły spod domu przez dziurę” – pomyślał. Jako robotnik postępowy w słabym poważaniu miał hołyszostwo trzymające pod domami – w bejzmentach i na attikach – kury, kaczki, a nawet kozy czy świnie.

Maryjka hodował tylko gołębie i uważał to za pasję szlachetną, dającą radość i spełnienie. Ale nie próbował nawet wytłumaczyć sąsiadom, że trzymanie kaczek w przestrzeni między ziemią a stojącym na palach domem to oznaka polskiego zacofania, które nie pasuje do najnowocześniejszego miasta świata. Podszedł bliżej i zobaczył dwa bezpańskie kundle. Całe ich watahy kręciły się po okolicy, polując na szczury i rozgrzebując odpadki. Maryjka gwizdnął krótko, chcąc powiadomić psy o swojej obecności i nie ryzykować pogryzienia przez zaskoczone zwierzęta. Jeden z nich łypnął na Józefa, nie przestając lizać leżącej na ziemi bryły, która wyglądała z tej odległości jak worek z mąką, jakie wozami dostarczają dwa razy w tygodniu z młyna do piekarni na Green Bay Avenue.

– Poszły w chuj – warknął Józef i cisnął w kierunku psów podniesioną z ziemi deszczułkę, a do tego poprawił kopniakiem w ziemną bruzdę, wzniecając chmurę pyłu i grudek błota, które doszły celu. Psy spłoszyły się i odbiegły z podkulonymi ogonami, a Józef zaciągnął się papierosem. Nagle zabrakło mu tchu, bo to, co zobaczył, sprawiło, że niedopałek wypadł mu z ust. W ułamku sekundy wytrzeźwiał, a w gardle poczuł pieprzny smak gulaszu, który tego wieczoru zjadł pod gorzałkę u Wiśniewskiego. Maryjka zgiął się wpół i rzygnął sobie na buty. Sięgnął po fosforowe zapałki, wyjął od razu trzy i potarł o drewnianą ścianę domu Kopciów. Rozbłysło jasne światło.

Na ziemi leżał męski kadłub bez rąk, nóg i głowy. Kończyny obcięte były równo i czysto, przy stawach, głowę oddzielono równie starannie. Józef wypuścił zapałki dopiero, kiedy osmaliły mu palce, ale zanim to zrobił, zdążył przeczytać nabazgrany na szarej ścianie, czarny w nikłym świetle, choć z pewnością ciemnoczerwony napis. Jedno krótkie słowo, które nic mu nie mówiło – NI.

– O Jezusie Maryjko – pisnął Józef Kwasigroch, po czym z gardła wydobył mu się wysoki, łamiący się krzyk.

1 Objaśnienia terminów znajdują się na końcu książki.

ROZDZIAŁ II

Południowe Chicago, Back of the Yards

Niedziela, 26 maja 1918, po północy

POSTERUNKOWY BANNON poluzował szeroki pas policyjnego munduru o jedną dziurkę, a stare krzesło oparte o drewnianą zewnętrzną ścianę tawerny Szafrańcowej skrzypnęło ostrzegawczo, kiedy na nim usiadł. Eric Bannon najchętniej poszedłby już do domu, klepnął w tyłek swoją tłustą jak on sam żonę o imieniu Marion i z gazetą usiadł w ulubionym fotelu obitym wyświechtanym zielonym pluszem. Poszedłby już do domu, bo czuł, że rozbiera go wódka, której nie sposób było nie pić na tym polskim weselu. Poszedłby, ale miał zapłacone do drugiej, a był człowiekiem słownym i dobrym policjantem. Wiedział też z doświadczenia, że to pod koniec, a nie na początku, wesela robi się gorąco, goście zaś łapią się za gardła, nawet jeśli przed chwilą śpiewali razem i obiecywali sobie przyjaźń po grób.

„Potrzebuję mocnej kawy” – pomyślał.

Posterunkowy Bannon odmawiał przez pierwszą godzinę częstującym go wódką mężczyznom o podgolonych modnie czuprynach, którzy tego dnia jak jeden mąż przebrali się za Amerykanów, i tylko te ich oczy były zupełnie nieamerykańskie, choć jak najbardziej stąd, przynależne do tego śmierdzącego gównem i zakrzepłą krwią zakątka świata przylegającego do plątaniny torów, niekończących się rzędów drewnianych zagród, wysokich ceglanych budynków rzeźni i nitki tego czegoś, co kiedyś było chyba rzeczką. Ta rzeczka stanowiła dom dla ryb, traszek, żab i innych wodnych stworzeń, zanim panowie Armour, Swift i Morris, ci chicagowscy królowie mięsa i ludzkich żyć, wrzucili do niej tony flaków, sierści, odchodów i resztek tłuszczu, a te utworzyły na powierzchni Bubbly Creek cuchnące, lepkie wyspy, wokół których w ciepłe dni bulgotała woda, zupełnie jakby ktoś ją zagotował. Smród strumienia było czuć na milę i nie przebijały go nawet parujące wzgórza wilgotnego obornika, z którym nie bardzo wiadomo było, co robić, więc zalegał w śmierdzących hałdach. Hałdach, które istnieć mogły tylko tutaj, w tym miejscu do życia gorszym pewnie nawet bardziej niż ciemna strona księżyca. Tam podobno były jeziora, ogrody i lasy z drzewami o długich, spiralnie skręconych liściach, a miejscowi byli wiotcy, niemal przezroczyści i mieli skrzydła ważek. Zapewne zupełnie nie przypominali mieszkańców Back of the Yards – tych żylastych mężczyzn żyjących z zadawania śmierci, mistrzów patroszenia i wykrawaczy o dłoniach bez palców, poprzecinanych zgrubieniami blizn. I ich kobiet o spojrzeniach onieśmielających smutkiem, pod którym czaiła się nieobliczalna determinacja.

Posterunkowy Bannon rozumiał tych ludzi, bo jego ojciec, wujowie i starszy brat pracowali u Armoura. Rozumiał ich ból i właśnie ten ból sprawiał, że od zawsze się ich obawiał. Polacy byli inni, nie pojmowali, co się do nich mówi, nie śmiali się z żartów, a każde słowo i gest odbierali osobiście, byli szybcy do obrazy i jeszcze szybsi do bitki. Odmawiał więc wódki bez przekonania przez pierwszą godzinę, ale uległ, tak jak uległby każdy na jego miejscu, bo nie wypić za zdrowie państwa młodych było nie do pomyślenia. Szczególnie że panem młodym był kolega z posterunku, ten młody, zacięty w sobie Polak o hardym spojrzeniu, który mało mówił, ale już drugiego dnia stażu był ze wszystkimi po imieniu i nie obrażał się, kiedy starzy gliniarze urządzali sobie żarty. Po prawdzie, nie obśmiewali go za bardzo, bo w młodym Polaku było coś, co budziło respekt, a poza tym wszyscy wiedzieli, czyim jest protegowanym.

Eric Bannon beknął głośno i skrzywił się, gdy poczuł w ustach kwaśny smak. Pieprzony refluks. Splunął przed siebie i wstał, bo ze środka tawerny dobiegł dźwięk tłuczonego szkła, potem krótki kobiecy pisk, hałas przewracanych krzeseł i rwane krzyki w tym dziwnym szeleszczącym języku. Zwlókł się z krzesła, które znowu skrzypnęło w proteście, dobył ciężkiej krótkiej pałki z toczonego drewna i wszedł do zatłoczonej sali. Naprzeciwko wejścia znajdował się bar, za którym uwijali się jak w ukropie dwie kobiety, starsza i młoda, prawie dziecko jeszcze, oraz żylasty mężczyzna w przepoconej pod pachami koszuli i wąsem tak sumiastym, że mógłby wycierać nim do sucha kieliszki i kufle. Wokół baru kłębili się krzepcy mężczyźni w odświętnych garniturach, o tej porze wymiętych już i przepoconych jak oni sami, w poluzowanych krawatach, zawadiacko przekrzywionych na bok kapeluszach lub dużych filcowych kaszkietach. Ci przy barze zamawiali kolejne darmowe kolejki, z reguły po prostu piwo lub czystą, inni za nimi czekali cierpliwie, jakby czekanie było ich stanem naturalnym, sensem samym w sobie.

Bannon przecisnął się między nimi, pchnął drzwi wahadłowe i wszedł do głównej sali w chwili, gdy kapela znowu zaczęła grać skoczną polkę, a pary, które przed momentem się rozpierzchły, wróciły na parkiet, jakby nic się nie stało. Jedynym śladem zakłóconego porządku były połamane resztki krzesła, które Szafrańcowa chowała właśnie pod sięgającym prawie do ziemi obrusem przykrywającym długi stół zastawiony półmiskami z kiełbasą, pieczystym, kaszą, ziemniakami, chlebem i sałatkami. Policjant omiótł salę wzrokiem, ale nie zauważył niczego wymagającego interwencji. Oprócz wirujących z przytupem tancerzy goście, jak zwykle na weselach, zbili się w niewielkie grupy. W jednych toczyły się jakieś zacięte dyskusje, w innych brzmiały toasty. Największa, kilkunastoosobowa grupa siedząca w rogu sali śpiewała piosenkę o wyjątkowo rzewnej melodii, nic sobie nie robiąc z radosnego rytmu granej przez muzykantów polki. Pod dłuższą ścianą, na środku, za stołem siedzieli para młoda, drużbowie i najbliższa rodzina nowożeńców. Bannon napotkał wzrok pana młodego, który skinieniem głowy dał mu znak, że wszystko jest pod kontrolą. Obok niego siedziała panna młoda, już po oczepinach. Wyglądała pięknie w białej sukni, cała w koronkach i muślinie, z białymi haftowanymi różyczkami biegnącymi łukiem od ramienia do ramienia, a nad biustem rozkwitającymi kwiatową rozetą. Dziewczyna miała błyszczące duże oczy i wypieki na policzkach, spod czepka po jej ramieniu spływał gruby jasny warkocz, a kilka kosmyków zawinęło się od wilgoci w urocze sprężynki. Rozglądała się, rozdając uśmiechy, ale jasne było, że stara się zapamiętać tę chwilę, że uczy się jej na pamięć, bo czekała na ten moment od dziecka i uwierzyła, że jest najszczęśliwszym w jej krótkim życiu. „Będziesz łatwo rodzić” – pomyślał posterunkowy Bannon i uśmiechnął się do panny młodej, kłaniając się lekko i muskając palcami daszek czapki. Uważnie, by nie wejść pod nogi rozpędzonym tancerzom, przeszedł przy samym krańcu drewnianego podwyższenia dla orkiestry i skierował się do stołu, na którym stały dzbanki z napojami, lemoniadą dla dzieci, kompotem z truskawek i duży garnek z letnią już, ale mocną i czarną jak smoła kawą. Sięgnął po biały kubek, zdjął pokrywkę i nalał sobie kawy chochelką. Wypił solidny łyk. Gorycz naparu była orzeźwiająca, ale Eric nie zdążył wziąć kolejnego łyku. Tylne drzwi od sali otworzyły się nagle i stanęła w nich przestraszona chuda dziewczyna, a z jej ust wydobył się krzyk. Dziewczyna krzyknęła po polsku, a posterunkowy Bannon zrozumiał tylko pierwszą część – Jezus Maria!

Kilku mężczyzn zerwało się od stołów i wybiegło z sali. Policjant zaklął pod nosem, postawił obok garnka kubek z kawą, wcisnął mocniej czapkę i, śmiesznie kołysząc się na boki, pobiegł za nimi. Noc była jasna, jak to przy pełni, ale w uliczkę za tawerną wpadało niewiele księżycowego światła. Nie sposób było rozróżnić kłębiących się postaci, które otoczyły ciasnym kółkiem walczących mężczyzn. Chuda dziewczyna wciąż krzyczała, a jej głos wwiercał się w uszy i docierał do tej części mózgu, która reaguje tylko na alarm, wezwanie do walki lub ucieczki.

Posterunkowy Bannon przepchnął się przez obserwujących walkę mężczyzn w chwili, gdy bójka, jak to każda porządna bójka, przeniosła się na ziemię. Sekundę wcześniej ciężki, ale niespodziewanie przy swojej tuszy szybki mężczyzna kopnął przeciwnika w brzuch, a kiedy ten zgiął się z jękiem, wyprostował go strasznym hakiem, aż trzasnęły kości. Uderzony padł na ziemię, na wznak, a gruby był na nim, zanim jeszcze głowa omdlałego chłopaka spadła na ziemię. Gruby wydał z siebie świszczący dźwięk, usiadł na nim, ścisnął kolanami jak wierzgającego konia. Jedną ręką złapał leżącego za gardło i oparł się na nim całym ciężarem, a drugą bił raz za razem. Mocno, z całej siły. Ciosy spadały na nos i usta nieprzytomnego mężczyzny z chrzęstem, a każdy coraz bardziej zmieniał twarz w krwawą masę. Posterunkowy Bannon krzyknął coś o zaprzestaniu i spokoju, a potem rzucił się na plecy olbrzyma w chwili, gdy ten wyprowadził potężny cios i trafił leżącego w oczodół, łamiąc kość. Policjant złapał grubasa pod łokieć, a drugą ręką próbował chwycić go od tyłu za szyję i założyć duszenie, ale nie zdążył. Gruby wyprężył się, lewą ręką sięgnął za głowę i chwycił go za kołnierz munduru, po czym skręcił całe ciało i przerzucił posterunkowego Bannona nad głową, jakby rzucał świńską półtuszą. Świat przed oczami Erica zawirował, a zwalisty gość zwinnym skokiem przygwoździł go do ziemi, wbijając mu kolano w grdykę. Policjant zakrztusił się i zabrakło mu tchu. Instynktownie zasłonił twarz przedramieniem, spodziewając się uderzenia. Słusznie, bo dostał, ale nie w twarz, lecz w mostek, w sam środek splotu słonecznego, krótkim młotem z góry, a siła ciosu odebrała mu oddech. Rozdziawił usta jak wyjęty z wody karp. Zacharczał i spróbował wziąć haust powietrza, ale nie mógł. Zamiast wdechu Eric poczuł podchodzącą do gardła treść żołądka, a jednocześnie strach i wzbierającą falę paniki, przez którą przebił się krótki gwizd i rozkaz jak szczeknięcie:

– Zostaw, Polikarp. Nie rusz!

Ucisk zelżał, a gruby chłopak zwany Polikarpem zdjął kolano z gardła posterunkowego, który leżał na plecach, trzymając się za brzuch. Bannon przetoczył się na bok i rozkaszlał. Z ust pociekły mu rzygi i gęsta ślina, a z oczu łzy, bo posterunkowy Bannon zawsze płakał przy rzyganiu, choć nie umiał pojąć zasad tego sprzężenia. Polikarp ukląkł przy policjancie i zrobił coś, co wprawiło Erica w większe zdumienie niż cios, który przed chwilą prawie złamał mu mostek. Gruby delikatnie pogłaskał go po policzku i klepnął dobrotliwie tak, jak klepie się młodszego brata po zapasach lub bitwie na poduszki. Powiedział coś po polsku i zaniósł się wysokim śmiechem. Ścisnął jeszcze delikatnie, w geście pojednania i przeprosin, ramię próbującego uklęknąć policjanta, po czym wstał, otrzepał ubranie z kurzu i, pohukując, poszedł w kierunku tylnych drzwi tawerny. Przy posterunkowym kucnął mężczyzna, który przed chwilą uratował go przed ciężkim pobiciem.

Pomógł mu usiąść, chwytając pod łokieć.

– Proszę mu wybaczyć, panie oficerze – powiedział po angielsku z ledwie zauważalnym akcentem. – Wypił za dużo, wie pan, jak to jest. I nie poznał pana, bo ciemno przecież.

– No ciemno – przytaknął głupkowato posterunkowy Bannon, który złapał właśnie pierwszy oddech i poczuł wielką ulgę.

– Polikarp jest jak duże dziecko, rozumie pan. – Mężczyzna zakręcił wskazującym palcem kółko przy skroni. – Rozumie pan, nie ten tego. Sierota, bez matki i ojca. Zaburzony. – Rozłożył przepraszająco ręce.

Obok dwóch innych biesiadników z trudem zdołało postawić na nogi znokautowanego przez Polikarpa osiłka, któremu krew, ślina i smarki spływały po brodzie, tworząc na odświętnej koszuli plamę przypominającą mapę nieodkrytej jeszcze wyspy. Pobity bełkotał coś i powłóczył nogami, kiedy towarzysze prowadzili go elą. Gdy skręcili za róg,zaintonowali pijackimi głosami jakąś polską piosenkę, pewnie tę samą, którą przed chwilą śpiewali, siedząc przy stoliku, ale Eric Bannon nie był tego zupełnie pewien.

– Idź po Teo, ale migiem – powiedział po polsku mężczyzna do kogoś, kto stał za nimi. – Może papierosa? Wstaniemy powolutku? – zwrócił się po angielsku do policjanta.

Wstali. Bannon wziął kilka głębszych oddechów i wymacał pod mundurem splot słoneczny, jakby spodziewał się w tym miejscu wybitej na wylot dziury. Wsadził do ust papierosa. Błysnął płomień zapalniczki. Pięknej, sześciokątnej, z wygrawerowanym orłem w koronie z rozłożonymi skrzydłami. Mężczyzna też zapalił, a w świetle płomienia posterunkowy zobaczył jego twarz. Spod robociarskiego kaszkietu na wysokie czoło opadała chuligańska grzywka. Mężczyzna miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, ciemne oczy, semicko zakrzywiony nos i wyraźnie zarysowane, prawie po kobiecemu ładne usta. Nad białym wykrochmalonym kołnierzykiem wykwitała fantazyjnie zawiązana chustka.

– Lepiej? – Uśmiechnął się pojednawczo, wypuszczając z ust dym nad głową policjanta.

Drzwi otworzyły się szerzej, a żółte światło z tawerny rozświetliło uliczkę rozszerzającym się po ziemi pasem. W drzwiach stanął pan młody, sierżant chicagowskiego departamentu policji, Teodor Rucki.

– Co się tu wyprawia, Gabriel? Obiecałeś mi, kurwa, że spokój będzie – powiedział z wyrzutem po polsku, oceniając, kto tu kontroluje sytuację, ale szybko się zmitygował. – Wszystko w porządku, Eric?

Posterunkowy Bannon skrzywił się w grymasie przypominającym przepraszający uśmiech i kiwnął głową, że w porządku. Rucki podszedł do nich i chwycił młodego mężczyznę powyżej łokcia, odciągając go na bok, trzy kroki dalej. Bannon nie rozumiał, o czym mówią, ale ton Ruckiego nie pozostawiał wątpliwości. Mężczyzna zwany Gabrielem próbował coś tłumaczyć, rozkładał ręce w geście bezsilności, ale niebawem skinął głową, zupełnie jak uczeń, który obiecuje, że to się więcej nie powtórzy.

Rucki podszedł do kolegi z posterunku i poklepał go po plecach.

– Koledzy ze szkoły, Eric. – Wzruszył ramionami. – Przepraszam cię i Gabriel też. Jakoś zadośćuczynimy, co nie? – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, z pliku banknotów wyłuskał dwa i wetknął do bocznej kieszeni munduru Bannona. – Jak chcesz, możesz już iść do domu, poradzimy sobie.

– A która godzina?

– Kwadrans po północy – powiedział Gabriel, patrząc na wyjęty z kieszonki kamizelki zegarek na dewizce.

– To nie, jeszcze ze dwie godziny, ale jak chcesz, mogę zostać dłużej.

– Dłużej nie trzeba, o drugiej będziemy kończyć. A na razie chodźmy się napić. Co złego, to nie my. – Rucki pojednawczo znów poklepał policjanta po plecach.

W sali głównej, na tyłach tawerny, drużbowie rozpoczęli właśnie weselną zabawę w tłuczone talerze. Jej zasady były proste. Pod niezastawioną stołami ścianą, w samym rogu, ułożyli rzędem białe talerze. Zwykłe, z grubego fajansu, jakie można kupić w każdym sklepie na sztuki, a u Goldblattów, w tym ich pięknym dużym domu towarowym na Ashland, o wiele taniej, bo w kompletach po sześć, osiem lub dwanaście sztuk. Mężczyźni stali trzy duże kroki od ściany i próbowali zbić talerze, rzucając w nie srebrnymi dolarówkami. Któremu udało się to zrobić albo choćby ukruszyć talerz, ten brał w ramiona pannę młodą i ruszał z nią wkoło sali w polkę albo oberka, cokolwiek akurat spodobało się zagrać muzykantom. Monety, które nie zbiły żadnego talerza, trafiały do kapelusza, a potem do państwa młodych. Te, które rozbiły, też. Rzucali młodzi i starsi, prawie wszyscy, bo nie przynieść na wesele kilku albo kilkunastu srebrnych dolarówek to był wstyd, znak, że sobie nie radzisz, żeś mameja i luzer, a nie facet. Techniki rzutu były różne. Starsi i bardziej obyci po weselach rzucali sposobem, próbując podkręcić monetę, by wirując wokół własnej osi, nabrała większego pędu, albo celowali w ścianę nad talerzami, a odbita dolarówka trafiała w fajans, spadając pod kątem. Młodzi, jak to młodzi, walili w talerze, jakby puszczali kaczki na jeziorze Michigan, ufni w siłę przedramienia i połączone z nim celne oko. Ci trafiali rzadziej, więc sięgali do kieszeni po kolejne dolary. Nie zatańczyć z panną młodą wróżyło pecha, szczególnie w miłości.

Teodor Rucki, Gabriel Chomsky i Eric Bannon zatrzymali się na moment za plecami celujących do talerzy. Gabriel przepchnął się do przodu i rzucił, raz, drugi, a trafił wreszcie za trzecim. Talerz zachybotał się i zadrżał, ale nie pękł. Gabriel wzruszył ramionami, roześmiał się i ruszyli w stronę baru. Posterunkowy znał ten zwyczaj, podobnie jak inne polskie, litewskie czy słowackie obrzędy weselne. W sezonie ślubnym obstawiał wesela prawie w każdy weekend i w miesiącu zarabiał na tym dodatkowo prawie połowę swojej policyjnej pensji. Marion narzekała trochę, że wraca późno i pijany, ale nie skarżyła się zbyt głośno, bo Eric oddawał jej prawie całe zarobione pieniądze, a jedzenie, które przynosił z weselisk, było świeże, smaczne i starczało dla całej rodziny do wtorku albo i środy. Najlepsze było polskie, bo Litwini gotowali za tłusto, a Słowacy dodawali dziwne przyprawy. O Węgrach nie wspominając, ich gulasz palił w język, jakby diabeł w niego nasrał.

Problem z polskimi weselami był taki, jak przed chwilą. Można było oberwać. Szczęście i dostatek młodej parze zapewniała obecność irlandzkiego policjanta, ale przede wszystkim porządna i krwawa bójka. Posterunkowy Bannon już dawno się nauczył, że nie ma sensu rozdzielać walczących. Sięgał więc po pałkę niejako dla zasady, czasem klepnął lekko co bardziej pijanego i agresywnego weselnika, najczęściej w takich przypadkach jak niedawno, kiedy sytuacja wyglądała groźnie. Wybite zęby, połamane nosy i podbite oczy były na weselach czymś zwyczajnym, zdarzało się, że ktoś złamał rękę, komuś wypłynęło oko, a kto inny od uderzenia stracił słuch w jednym uchu.

Być może, jak myślał Eric, Polacy wierzyli, że weselne burdy przynoszą szczęście nowożeńcom, ale gdyby komuś stało się coś poważnego, byłoby na niego. Wieść rozniosłaby się po dzielnicy szybciej niż smród z ubojni i prawie połowę policyjnej pensji zgarniałby na weselach ktoś inny.

– Trzy wódki. – Teodor uniósł nad głowę rozczapierzone palce. Młodziutka barmanka miała nie więcej niż trzynaście lat, chudziutkie przedramiona i cienkie warkoczyki. Polała alkohol w zgrabne literatki, z czubkiem. Wypili, zagryźli kiszonym ogórkiem i chlebem ze smalcem.

– Na drugą nogę? – spytał Gabriel po polsku, a posterunkowy Bannon pokręcił głową, bo znał to wyrażenie. Wiedział też z doświadczenia, że Polacy to istoty wielonożne.

Podziękował i palcem wskazał na drzwi, dając do zrozumienia, że zaraz wróci. Musiał się przewietrzyć, bo czuł, że letnia wódka podchodzi mu do gardła. Wyszedł na drewniany chodnik przed tawernę i ciężko opadł na skrzypiące krzesło. Zapalił murada i zaciągnął się głęboko. Żołądek się uspokoił, a wódka zrobiła swoje, pogłaskała go od środka uspokajającym ciepłem. Posterunkowy Bannon siedział, palił i patrzył na księżyc, zastanawiając się, czy jego mieszkańcy rzeczywiście mają w życiu lepiej od niego. Czy też mają polskie wesela i czy jako wikidajłów zatrudniają na nich podstarzałych, otyłych irlandzkich gliniarzy? Prawdopodobnie nie, ale Eric nie był zupełnie pewien.

Z zadumy wyrwał go warkot silnika. Czarny, błyszczący nowością chevrolet zatrzymał się przed tawerną, motor mruknął jak głodna bestia i zgasł, wydając z siebie charakterystyczne cykanie. Z automobilu wysiadł mężczyzna, a zanim zatrzasnął drzwi, powiedział coś półgłosem do siedzącej wewnątrz kobiety. Ta kiwnęła głową przystrojoną w ogromnych rozmiarów kapelusz, jakie eleganckie damy noszą na bale, do teatru i na wyścigi konne. Mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, szedł sprężystym krokiem, a mowa jego ciała sygnalizowała, że jest kimś ważnym. Ubrany był w ciemny garnitur, śnieżnobiałą koszulę z wysokim kołnierzykiem oraz ciemny krawat. Kiedy wszedł na chodnik, księżycowa poświata zagrała na jego lakierkach. Posterunkowy rozpoznał go dopiero teraz, zerwał się, wciągnął brzuch i wygładził mundur. Poczuł, że błyskawicznie trzeźwieje. Zasalutował najsprężyściej, jak mógł.

– Popilnuj automobilu – rzucił mężczyzna, przykładając dwa palce do ronda melonika.

– Tak jest, panie kapitanie. Oczywiście. Popilnować automobilu – wybąkał Eric.

Mężczyzna zniknął za drzwiami tawerny, a posterunkowy Bannon ukłonił się w stronę czekającej w chevrolecie kobiety i uznał, że może nie wypada, żeby pilnował, stojąc tu i paląc. Wyrzucił peta, podszedł bliżej i zatrzymał się na brzegu chodnika, cały czas z wciągniętym brzuchem.

Mężczyzna w ciemnym garniturze i świecących lakierkach stanął w progu lokalu i rozejrzał się, ale zanim odnalazł wzrokiem Teodora Ruckiego, ten go zauważył i prawie zakrztusił się wypijaną właśnie na kolejną nogę wódką. Odstawił szklankę, otarł usta wierzchem dłoni, w myślach karcąc się, że zaraz tę samą rękę poda swojemu sponsorowi i mentorowi, kapitanowi Claytonowi Trottwoodowi. Człowiekowi, bez którego pomocy i wsparcia nie miałby szans zostać policjantem. Byłby nikim. Szczerze mówiąc, prędzej spodziewałby się na swoim weselu własnego ojca. Albo i samego diabła.

– Teo! – krzyknął mężczyzna przyjacielsko, uścisnął dłoń Polaka, a drugą ręką ścisnął go za ramię. – Gdzie zgubiłeś panią Rucką? Już schowałeś ją przed światem? Nie dziwię się, też bym chował. – Roześmiał się tubalnie, pokazując równe rzędy zdrowych zębów.

Rucki skinął głową w kierunku towarzysza pozostawionego przy barze, a ten jak zawsze bezbłędnie zrozumiał, o co mu chodzi, i pobiegł do tylnej sali po pannę młodą.

– Panie kapitanie, nie spodziewaliśmy się… To ogromny zaszczyt.

Trotwood machnął ręką. Uśmiechnął się, pokazując szparę między siekaczami, wielkimi jak klocki domina.

– Nie darowałbym sobie, gdybym was osobiście nie uściskał. Chciałem zdążyć do kościoła, ale wiesz, Margaret uwielbia operę, a sezon w pełni. O, jest i Sophie! – Ruszył w kierunku dziewczyny, która zatrzymała się wpół kroku i speszona dygnęła jak służąca. Kapitan Trotwood chwycił ją za ręce, obrócił i uścisnął. – Wszystkiego dobrego, moi drodzy – powiedział. – To początek waszego nowego życia. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej dwie koperty. Jedną wręczył Teodorowi, a drugą Zosi. – Szczęścia wam życzę. I gromadki dzieci umazanych czekoladą. – Cmoknął w policzek dziewczynę, poklepał po plecach pana młodego i wyszedł, zanim Teodor zdążył pomyśleć, gdzie go usadzić i czym poczęstować.

Posterunkowy Bannon wypuścił brzuch dopiero wtedy, gdy światła automobilu zniknęły za rogiem.

ROZDZIAŁ III

Południowe Chicago, Back of the Yards

Niedziela, 26 maja 1918, świt

ZASYPIALI NA KRÓTKIE CHWILE, po których budzili się splątani, wciśnięci w siebie, niecierpliwie szukając się palcami i językami, porozumiewając się krótkimi, urywanymi oddechami i rwanym szeptem. Nie padały prawie żadne słowa. Kochali się tej nocy już czwarty raz, a kiedy skończyli, Teodor przewrócił się na plecy, odwrócił głowę i pochwycił spojrzenie wilgotnych oczu swojej pięknej żony. Palcem dotknął jej naprężonego sutka, ale przeniosła jego dłoń na brzuch.

– Nie dotykaj, za chwilę – szepnęła Zosia. – Przyniesiesz mi wody?

Teo wstał i poczłapał do kuchni. Z blaszanego dzbanka nalał wody do szklanki. Kiedy wrócił do sypialni, Zosia siedziała na łóżku owinięta prześcieradłem i przybliżając do twarzy zapisaną na maszynie kartkę, czytała uważnie każde słowo, bezgłośnie poruszając ustami.

– Jestem z ciebie taka dumna, Teo.

– Jesteś?

– Bardzo. A ty nie? – Zosia wzięła od niego szklankę i wypiła łapczywie.

Teodor wzruszył ramionami, ale prawda była taka, że rozpierała go duma. To była jego noc. Najpierw w kościele Świętego Józefa wziął za żonę kobietę, którą spotkał tylko dzięki temu, że cały wszechświat zawziął się, żeby tak się stało. Wesele udało się wyśmienicie, nie zabrakło wódki ani jedzenia, orkiestra nie upiła się doszczętnie i grała z przytupem aż do samego końca, a woreczek na srebrne dolarówki i banknoty był ciężki i pełny. Nie zdążyli jeszcze przeliczyć, ile pieniędzy dostali w ślubnych prezentach, ale na pewno wystarczy na koszty wesela i pewnie jeszcze trochę zostanie.

Jednak to nie otrzymane pieniądze sprawiały, że Teodora przepełniała duma, uczucie, za którym całe życie gonił, a które tak rzadko udawało mu się złapać. Tym razem się udało. Duma wypełniła go jeszcze w tawernie Szafrańcowej, kiedy gnany ciekawością otworzył koperty, które z Zosią dostali od kapitana Trottwooda. W pierwszej było zaproszenie do jego letniej willi w Willow Springs, gdzie nowożeńcy mieli spędzić trwający tydzień miesiąc miodowy, a na zaproszeniu wyszczególniony był nawet dowóz na miejsce i z powrotem. Samochód z szoferem miał czekać na państwa Ruckich pod domem, w którym wynajmowali mieszkanie, dzisiaj o godzinie dziesiątej rano, ale nowożeńcy zdecydowali, że odprawią kierowcę i pojadą motorem. W ten sposób będą mobilni, będą mogli pojechać na wycieczkę lub do miasteczka na kolację i lody. W drugiej kopercie, złożony na trzy, znajdował się policyjny rozkaz przeniesienia. Teodor w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, o co chodzi, bo nigdy nie był dobry w rozczytywaniu formalnych pism pisanych nadętą angielszczyzną. Rozkaz podpisał zamaszyście sam superintendent chicagowskiej policji, a na jego mocy sierżant Teodor Rucki został przeniesiony na posterunek stokjardowski, pod jurysdykcję kapitana Claytona Trottwooda, awansując na jego osobistego asystenta. Z pensją prawie o połowę wyższą niż dotychczas. Niecały rok po ukończeniu akademii, od przyszłego poniedziałku będzie pracował w stokjardowskim wydziale zabójstw, najlepszym w całym południowym Chicago, pod rozkazami człowieka, o którym w akademii opowiadano legendy.

– Jestem. Chyba. Nie wiem – odpowiedział, bo rzeczywiście nie wiedział. Taki rozwój wypadków, tego typu błyskawiczny awans były możliwe tylko w Chicago, w mieście szans, możliwości, szybkich karier i jeszcze szybszych upadków. Takie rzeczy zdarzały się w powieściach i filmach, ale nie przytrafiały się do tej pory Teodorowi. Ani nikomu, kogo znał. W akademii nauczył się nieźle strzelać, na swoim roku był najlepszy w boksie i zapasach, a sparringi wygrywał przede wszystkim dzięki kilku ulicznym trikom i wrodzonej zaciętości. Był ponoć sprytny. Miał intuicję. Znał Chicago od środka – te flaki miasta pełne śmierdzących złogów. Miał refleks i instynkt. Czyli podobnie jak większość rekrutów, którzy nie byli spasionymi i przygłupimi synami policyjnych oficjeli z zapewnionymi ciepłymi posadkami przy Maxwell Street. On nie miał wyglądu ani nazwiska, a tych kilku polskich chłopaków, których spotkał w akademii, a potem na patrolach, najczęściej zmieniało nazwiska na irlandzkie i trenowało akcent, ze wstrętem wlewając w siebie w pubach ciemne piwo i śmierdzącą myszami whisky, by pozbyć się rozpoznawalnej po pierwszej sylabie słowiańskiej twardości. On nie musiał. Kapitan Trotwood otwierał przed nim kolejne drzwi, a zazdrośni koledzy kręcili głowami i szeptali o głupim, który ma szczęście. Teodor nie był głupi, a życie nauczyło go, że szczęściu trzeba pomóc, że trzeba prowokować postęp i pilnować wszystkiego, co udało się wydrzeć dla siebie. I jeszcze tego, że za wszystko życie wystawia rachunek. Tego przede wszystkim.

– Kupimy sobie dom, prawda, Teo? – Zosia przylgnęła do niego, a on przez materiał pościeli poczuł jej miękkie ciepło.

– Tak, taki na rogu, z wejściami z dwóch stron. A na dole otworzymy tawernę i nazwiemy ją „Sophie’s”.

– Naprawdę? – Dziewczyna chwyciła go pod brodę, uniosła ją i pochwyciła spojrzenie męża. – Kocham cię. Prawdziwie.

Teo kiwnął głową i prawie niesłyszalnie odpowiedział, że on też.

– Wszystko w porządku? Smutny jesteś?

– Tak, w porządku, tylko za dużo się dzieje naraz. – Nachylił się i pocałował ją w usta, luzując zawiązane nad piersiami prześcieradło. – Dzisiaj nie ma tu miejsca na żadne smutki.

Obudziło go pukanie do drzwi, które wplotło się w sen. Teodorowi śniło się, że idzie przez las, który trochę był parkiem na południu Chicago, zaraz przy Stokjardach, ale bardziej w Polsce, w jego rodzinnym Rychwałdzie, gdzie podobno, jak pisała najstarsza siostra, lasy poprzecinane były teraz okopami i śmierdziały trupem, gównem, brudnymi ciałami i podgrzewanymi na małym ogniu konserwami. We śnie las był taki, jaki być powinien, jaki był przed wojną, pełen buków i paproci, pofałdowany głębokimi paryjami, po zboczach których wspinać trzeba się było bokiem, a dla równowagi chwytać krzaki i opierać się o zwalone pnie. We śnie Teodor szedł właśnie w dół takim zboczem i wypatrywał dzięcioła, który gdzieś niedaleko nad jego głową wystukiwał równy rytm. Puk-puk-puk, przerwa, puk-puk-puk.

Teodor otworzył oczy dopiero, kiedy dzięcioł stłumionym głosem krzyknął: „Sierżancie Rucki, wiem, że jest pan w środku”.

Wstał szybko i idąc do drzwi, wciągał pospiesznie spodnie. Zosia przebudziła się z głębokiego snu i popatrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Kto to? – spytała i sięgnęła po stojący na nocnym stoliku kubek z wodą.

– Kto tam? – zapytał Teodor głośno i mało uprzejmie.

Zza drzwi głos odparł:

– Policja. Czekamy na pana sierżanta w automobilu.

Rucki spojrzał na stojący na komodzie zegar, dochodziła ósma. Pokręcił z dezaprobatą głową i włożył koszulę.

– Tumany. Dwie godziny za wcześnie. Pójdę i ich odprawię – rzucił do żony. – I pośpimy jeszcze.

Nie marnował czasu na wkładanie butów, Schodząc po drewnianych schodach, wymacał w kieszeni kilka banknotów, bo choć kierowca był o wiele za wcześnie i nie mógł wiedzieć o ich planach podróży motocyklem, to przecież należało mu się za fatygę. Zszedł z piętra i skręcił w prowadzące na ulicę wąskie przejście między domami. Przy chodniku zaparkowany był policyjny ford T. Kierowca, niewysoki krępy facet o pucołowatej twarzy, oderwał niespiesznie pośladki od bocznych drzwi i zasalutował wyższemu rangą Polakowi. Dopiero wtedy Teo zauważył, że na tylnym siedzeniu automobilu siedzi jego nowy szef, kapitan Clayton Trottwood. W mig zrozumiał, że coś się nie zgadza i że ta poweselna niedziela niekoniecznie przebiegnie tak, jak oczekiwał.

– Dzień dobry, Teo – rzucił Trotwood przez otwarte okno wozu. Tym razem nie miał na twarzy nawet cienia uśmiechu z zeszłej nocy. – Mamy nagłą zmianę planów.

Teodor poczuł, że senność opuszcza go, jakby ktoś chlusnął w niego wiadrem zimnej wody. Zasalutował i poczuł się głupio bez butów i marynarki.

– Dzień dobry – wystękał zaskoczony. – Tak jest, panie kapitanie, jakich planów?

Trotwood na oścież otworzył drzwi forda.

– Nie jedziecie na wakacje. Nie dzisiaj. Mamy jatkę na Bushu.

– Jatkę?

– Morderstwo. Potrzebuję cię jako tłumacza.

– Tak jest.

– Idź się ubierz, Teo, masz pięć minut.

Teodor skinął tylko głową, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę przejścia między domami. Za sobą usłyszał jeszcze:

– Na twoim miejscu darowałbym sobie śniadanie.

ROZDZIAŁ IV

Południowe Chicago, The Bush

Niedziela, 26 maja 1918 roku, kwadrans po dziewiątej rano

POLICYJNY FORD ZATRZYMAŁ SIĘ na rogu Superior i Osiemdziesiątej Piątej. Stojący przy chodniku chudy jak szczapa, przypominający wyżła posterunkowy zasalutował niezgrabnie, dotykając czapki gruszkowatą pałką. Wzbity za automobilem pył właśnie dogonił forda i osiadał powoli na czarnej blasze maski i brezentowym dachu. Posterunkowy Daniel O’Toole nie zwrócił uwagi na miał, który obsypał go tego poranka po raz kolejny. Wiedział, że szykuje się długi dzień, a pył i panujący wokół smród były jego codziennością. Od strony pasażera otworzyło się okno, a wystająca z białego mankietu dłoń oszczędnym gestem wezwała O’Toole’a. Policjant podszedł, pochylił się i zajrzał do środka automobilu, w którym oprócz kierowcy jechało dwóch mężczyzn. Choć byli w cywilu, Danielowi wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że to kryminalni, i to nie z gównianego, położonego o rzut mokrym kapeluszem od granicy z Indianą posterunku, ale ze Stokjardów, z Bridgeport albo nawet z samej Maxwell Street.

– Jestem kapitan Trotwood, a to sierżant Rucki. Którędy na miejsce zbrodni? – zapytał siedzący na tylnej kanapie policjant w meloniku i trzyczęściowym ciemnoszarym garniturze, którego nowość biła po oczach, szczególnie tutaj, na Bushu, gdzie wszystko było zmięte, połatane i używane.

Posterunkowy przełknął ślinę, dopiero teraz kurz dostał mu się do nosa i gardła.

– Prosto i za dwa bloki w prawo, panie kapitanie. Patolog i porucznik Kruger są już na miejscu. Staramy się zabezpieczać teren, ale nie idzie, za dużo dzieciarni, a każdy chce zobaczyć trupa bez głowy, rąk, nóg i, za przeproszeniem pana kapitana, kutasa.

Ford ruszył wolno, a kierowca prawie przykleił do przedniej szyby nos, starając się wypatrzeć zawczasu kolejną dziurę, kupkę śmieci i przebiegające co chwilę przed trąbiącym automobilem gromady dzieci. Clayton Trotwood uważnie obserwował krajobraz rozpościerający się za oknem. Choć usilnie starał się przekonać swój umysł, że jedzie przez współczesne przemysłowe Chicago, miasto świateł, elektryczności i pary, skojarzenia ze średniowieczem przychodziły do głowy same, wydobywając z zakamarków pamięci upiorne, dziwne obrazy flamandzkich mistrzów. Poranek był słoneczny, ale powietrze jakby gęstsze niż kilka przecznic wcześniej, ciemniejsze o dwa tony, zmieszane z mazutem, smarem i śmierdzące czymś nieznośnie organicznym, o czym Trotwood nie chciał myśleć w kategoriach słodkie lub kwaśne.

„Ta dzielnica śmierdzi zgniłą rzygowiną” – stwierdził, a trafność diagnozy sprawiła, że uśmiechnął się do siebie. W duchu, bo na zewnątrz wewnętrzny uśmiech kapitana Trotwooda wyglądał jak grymas towarzyszący ukłuciu woreczka żółciowego. Siedzący z przodu detektyw sierżant Teodor Rucki sprawdzał czystość swoich paznokci. W przeciwieństwie do zwierzchnika na Bushu nie dziwiło go nic. Znał go dobrze. Aż za dobrze.

Kierowca uchylił okno i krzyknął na stojący w półokręgu tłum gapiów, który rozstąpił się niechętnie, ponaglony przez dwóch posterunkowych. Czarny ford wjechał powoli pomiędzy gromadę wyglądających niemal identycznie ludzi. Prawie wszyscy mężczyźni nosili gęste wąsiska, a spod lichych kapeluszy i kaszkietów wystawały źle przycięte kosmyki włosów. Kobiety ubrane były w szare i brązowe sukienki z zawiązanymi w pasie spranymi fartuchami, na głowach nosiły bawełniane lub lniane czepki. Twarze miały tak samo napięte i smutne jak mężczyźni. Tylko dzieci, których całe chmary wypełniały schody, drewniane tarasy, płoty i wąskie przejścia między budynkami, nie kryły czystej, nieskrępowanej fascynacji, błyskając zębami i białkami oczu, wskazując palcami na wnętrze eli, w której pracowali śledczy.

– Home, sweet home, stęskniłeś się, Teo? – Clayton Trotwood nie liczył na odpowiedź asystenta.

Rucki miał kanciastą szczękę, kanciaste, jakby wyciosane kości policzkowe, kanciaste barki i ramiona. Ta kanciastość rysów i sylwetki nie współgrała z dziecięcą niemal, gładką twarzą Polaka, pozbawioną zarostu i rumianą jak u niemowlaka. Rucki nie nosił kapelusza. Wysoko podgolone, do skóry niemal, boki przechodziły na czubku głowy w bujną, zaczesaną na bok jasną grzywę napomadowanych prostych włosów. Polak nie był w nastroju do pogaduszek ze zwierzchnikiem, szczególnie w tę niedzielę, na spędzenie której miał kilka pomysłów, ale żaden nie obejmował wycieczki na Bush. O tej porze planowali ruszać z Zosią do Willow Springs, a pogoda była idealna na plażę.

– Jebana dziura w dupie, panie kapitanie – odpowiedział, po czym wysiedli.

W tylnej uliczce leniwie, wyraźnie siląc się na profesjonalizm, a bardziej pozorując właściwe ruchy, pracowała ekipa śledcza z lokalnego wydziału zabójstw. Ekipa prezentowała wątpliwą jakość dochodzeniową, pod wątpliwej jakości kierownictwem porucznika Simona Krugera, który ucieszył się, widząc zbliżających się detektywów. Wiedział, że zda jeszcze tylko raport, a potem jego zadanie ograniczy się do przesłuchania świadków i spisania zeznań. Trotwood wyciągnął dłoń na powitanie.

– Clayton Trotwood, sekcja specjalna wydziału zabójstw. To mój asystent, detektyw sierżant, znaczy się sierżant Rucki. Cholerni biurokraci i ich idiotyczne nazwy. Proszę meldować, poruczniku.

Kruger uścisnął rękę wysokiego mężczyzny w nienagannie skrojonym garniturze, pod krawatem ze słynną srebrną szpilką. Legenda głosiła, że to właśnie tę szpilkę w 1911 Trotwood wsadził w ucho „Gibkiego” McPhersona, sutenera, gwałciciela i mordercy trzech dziewczyn z Levee. Ale może to była inna szpilka albo po prostu policyjna bajka.

– Porucznik Simon Kruger, zabójstwa, dystrykt szesnasty, do usług. Dzień dobry, panie kapitanie, panie sierżancie. – Kruger uchylił czarnego kapelusza z płaskim szerokim rondem. – O ile w tym pierdolniku bywają dobre dni – mruknął dostatecznie głośno, by pogarda pomieszana z obrzydzeniem była w tym stwierdzeniu wystarczająco wyraźna.

Rucki wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki niewielki, oprawiony w ciemną skórę notes, poślinił kopiowy ołówek i odrywając wzrok od scenerii jedynie na ułamki sekund, rozpoczął pracę. Rysował uważnie, starając się jak najdokładniej oddać kształt, nachylenie i proporcje nabazgranego na ścianie słowa. Drukowane litery pochylone były lekko w prawo, przy czym „I” zdawało się nieco wyżej, jakby linia podstawy napisu biegła lekkim skosem. Wbrew pierwszemu wrażeniu litery nie były namalowane krwią, a czarną farbą, naniesioną na powierzchnię desek sprawnie prowadzonym pędzlem. „NI”. „Nic, nigdy, nikt, niebo, nie. Nicht. Nine” – te słowa jako pierwsze przyszły mu do głowy. I jeszcze, że ktokolwiek to napisał, przerwał w pół słowa, a jeśli przerwał, to spłoszony. Pytanie – przez kogo?

– Ile ofiar? – zapytał Rucki, nie przestając rysować.

– Jedna, mężczyzna, a raczej fragment mężczyzny. To był spory chłop – odpowiedział Kruger i cmoknął jakby z namysłem.

– Proszę odsłonić ciało. – Trotwood rzucił to polecenie w powietrze, do nikogo konkretnego.

Kruger skinieniem przywołał posterunkowego, wskazał na leżący pod drewnianą ścianą przykryty prześcieradłem kształt.

– I skocz po medyka – poinstruował podwładnego porucznik. – Pewnie siedzi w najbliższej tawernie na Green Bay. Aa, i przynieś coś dla ochłody dla szanownych panów detektywów.

Leżący na plecach tors zdążył posinieć i przypominał kolorem niebo przed burzą, na brzuchu wykwitła już ciemna plama. Z ziejących sześciu dziur po głowie, kończynach i genitaliach nie wypłynęła ani jedna kropla krwi zakrzepłej na brzegach obciętych mięśni. Ruckiemu, który kilka razy w życiu był świadkiem zarzynania i oprawiania zwierząt, leżący pod ścianą kadłub skojarzył się ze sprawnie oprawioną świńską tuszą. Teodor odwrócił kartkę w notesie, ponownie poślinił ołówek. Kapitan Trotwood kucnął obok tułowia. Przymknął oczy i powoli kilkakrotnie wciągnął powietrze nosem, głośno wypuścił ustami. Przez moment wyglądał jak pies myśliwski łapiący trop podczas polowania. Prawą ręką dotknął splotu słonecznego trupa, przytrzymał, zamknął oczy i zamarł, zupełnie jakby czekał, aż ten leżący w pyle fragment człowieka da mu odpowiedź, skąd się tu wziął i dlaczego tak marnie skończył. Po chwili przeniósł dłoń na podbrzusze, a następnie w okolice tego, co zostało z szyi. Powąchał palce, zacisnął i poluzował pięść, wstał. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął nieskazitelnie białą, złożoną w trójkąt chusteczkę, w którą wytarł dłonie. Kiedy się odwrócił, w uliczkę wszedł, a właściwie wtoczył się doktor medycyny kryminalnej Jack Reddington. Dwa metry za nim, niosąc w każdej dłoni po dwie butelki coca-coli, szedł posterunkowy. Medyk nie był pierwszej świeżości, na czerwonej z przepicia i niewyspania twarzy wypisane miał pragnienie snu i jasne było, że właśnie nażłopał się przynoszącego ulgę piwa. Reddington był stojącym na progu zawału serca alkoholikiem i nałogowym żarłokiem, ale był też jednym z najlepszych patologów na Środkowym Zachodzie.

– Witam pana kapitana i o zdrowie pytam – wysapał medyk, kłaniając się Trotwoodowi. – Lata mijają, a pan w coraz lepszej formie.

Posterunkowy wręczył każdemu po butelce chłodnej coli. Trotwood uśmiechnął się lekko, spróbował cierpko-słodkiego napoju, ale to już nie była prawdziwa coca, jak kiedyś. Ulepek, woda z cukrem. Kpina, nie napój.

– W lepszej niż ty, Jack. Do rzeczy, co tu mamy?

– No to tak, denat to mężczyzna w wieku czterdziestu pięciu, góra pięćdziesięciu lat. Brak ran kłutych, śladów bicia czy choćby otarć skóry, ale jak panowie widzą, przyczyną śmierci mogła być trauma pourazowa i wykrwawienie. Reszty dowiem się w laboratorium. – Reddington przyłożył zimne szkło butelki do spoconego czoła.

– Masz to, Teo? – zapytał Trotwood asystenta, który prawie niezauważalnie kiwnął głową.

– Nie żyje przynajmniej od kilku, a być może kilkunastu dni. To ciało jest świeżo, jakby to ująć – rozmrożone. A przynajmniej wyjęte z lodu – kontynuował medyk.

– Jak to rozmrożone? Sugeruje pan, że ktoś podrzucił tu korpus, który wcześniej przetrzymywał w chłodni? – dociekał kapitan.

– Ja niczego nie sugeruję, panie kapitanie. Ja panom gwarantuję, że ten trup jeszcze dwanaście godzin temu leżał w lodzie. – Reddington pomimo kaca giganta z każdym słowem odzyskiwał rezon. – I jeszcze jedno. Ktokolwiek go tak sprawił, wiedział, co robi. Na moje oko to był chirurg albo felczer.

– Ewentualnie rzeźnik. Albo myśliwy. – Rucki spojrzał na trupa i wskazał ołówkiem na kikut lewej nogi. – Noga odjęta w dwóch, najwyżej trzech cięciach. Ktokolwiek zaszlachtował tego nieszczęśnika, był w stanie sam rozebrać krowę lub dzika.

Nagle ze stojącego opodal tłumu dało się słyszeć odgłosy sprzeczki, a może nawet szamotaniny, a przez żywą zaporę trzech policjantów przedarł się ubrany w czarną sutannę młody człowiek o pryszczatej, nieforemnej twarzy, w której wszystko było za duże. Kruger dał znać, żeby go przepuścić. Ksiądz podszedł do Trotwooda, który zawsze i bez żadnego wysiłku z miejsca wyglądał na lidera grupy. Nawet gdy milczał. W szczególności gdy milczał.

– Jestem ksiądz Bartłomiej od Świętego Michała Archanioła. Proboszcz Lange prosi panów, najszybciej jak to możliwe. To pilne – powiedział łamiącym się lekko głosem, przy czym ostatnie słowa ugrzęzły mu w gardle. Duchowny spojrzał w dół, pobladł nagle i wydawało się, że straci równowagę Przeżegnał się drżącą ręką, po czym chwycił nią podawaną przez posterunkowego ostatnią butelkę coca-coli.